Młody samuraj. Tom 2. Droga miecza - Chris Bradford

-
Proszę czekać

4 Ziarnko ryżu

- Dlaczego przyniosłeś miecz? - skarcił go sensei Hosokawa, surowy samuraj o groźnym spojrzeniu i szpiczastej bródce.

Jack spuścił wzrok na katanę. Wypolerowana czarna saya lśniła w świetle poranka, przypominając o skrytym we wnętrzu, ostrym jak brzytwa mieczu. Speszony niespodziewaną wrogością nauczyciela szermierki, pogładził kciukiem kamon ze złotym feniksem wytłoczony przy rękojeści.

- Bo... to są zajęcia z kenjutsu, sensei - wyjaśnił z braku lepszej odpowiedzi, wzruszając ramionami.

- Czy jeszcze któryś z uczniów ma katanę?

Jack zerknął na pozostałych uczniów siedzących rzędem wzdłuż ściany Butokuden, gdzie trenowali kenjutsu, czyli drogę miecza, oraz taijutsu, walkę wręcz. Sala była ogromna: sufit z drewnianych płyt i potężne kolumny z ciemnego cyprysa wznosiły się wysoko nad głowami początkujących samurajów.

Jack znowu mógł się przekonać, jak bardzo się różni od pozostałych. Choć nie skończył jeszcze czternastu lat, był najwyższy, miał błękitne jak niebo oczy i włosy tak jasne, że lśnił niczym złota moneta w korcu miedziaków na tle ciemnowłosych kolegów. Mimo że pozwolono mu odbywać trening samurajskiego wojownika w gronie Japończyków o oliwkowej skórze i oczach w kształcie migdałów, na zawsze miał pozostać cudzoziemcem - czy też gaijinem, jak lubili go określać wrogowie.

Rozejrzał się i stwierdził, że ani jeden z kolegów nie trzyma katany. Wszyscy przynieśli bokkeny, drewniane miecze treningowe.

- Nie, sensei - przyznał stropiony.

Siedzący na końcu szeregu chłopak o dumnej postawie i posępnej urodzie, z wygoloną głową i oczami o opadających powiekach, zaśmiał się z jego pomyłki. Jack zignorował Kazukiego; wiedział, że rywal będzie zachwycony, jeśli on straci teraz twarz przed całą klasą.

Chociaż przekonał się do wielu japońskich zwyczajów - jak noszenie kimona zamiast koszuli i bryczesów, kłanianie się na widok każdej napotkanej osoby i przepraszanie niemal za wszystko - Jack wciąż nie potrafił się pogodzić z surową, zrytualizowaną dyscypliną życia w tym kraju.

Tego ranka, po nocy pełnej koszmarów, spóźnił się na śniadanie i już musiał przeprosić dwóch senseiów. Wyglądało na to, że sensei Hosokawa będzie trzeci.

Jack wiedział, że sensei to sprawiedliwy, lecz wymagający nauczyciel, narzucający wysokie standardy. Oczekiwał, że uczniowie będą przychodzić punktualnie, starannie ubrani i gotowi do ciężkiej pracy. Sensei Hosokawa nie tolerował błędów.

Stał pośrodku przeznaczonej do treningu części dojo, rozległego prostokąta z podłogą z lakierowanych na kolor miodowy drewnianych klepek, wpatrując się gniewnie w chłopca.

- Czemu więc sądzisz, że powinieneś nosić katanę, skoro inni tego nie robią?

Jack wiedział, że każda odpowiedź, jakiej udzieli, będzie niewłaściwa. Japońskie powiedzenie głosiło: "Wystający kołek zostanie wbity młotkiem", i chłopiec zaczynał rozumieć, że życie tutaj to kwestia przestrzegania zasad. Nikt inny w klasie nie przypasał miecza. Wobec tego Jack był wystającym kołkiem i należało go potraktować w odpowiedni sposób.

Miał wrażenie, że stojący obok Yamato chce się za nim ująć, lecz sensei Hosokawa posłał mu ostrzegawcze spojrzenie i chłopak natychmiast zrezygnował.

Cisza, jaka zapadła w dojo, była niemal ogłuszająca. Jack słyszał, jak krew pulsuje mu w uszach; łamał sobie głowę nad właściwą odpowiedzią.

Jedyne, co mu przychodziło na myśl, to wyznać prawdę. Masamoto podarował mu własne daish?, parę mieczy symbolizujących władzę samuraja, za zasługi w zdobyciu przez szkołę zwycięstwa podczas zawodów Taryu-Jiai oraz za odwagę, z jaką przeszkodził Smoczemu Oku w zamordowaniu daimyo Takatomiego.

- Zwyciężyłem w Taryu-Jiai - zaryzykował. - Sądziłem więc, że wywalczyłem prawo, by ich używać.

- Prawo? Kenjutsu to nie zabawa, Jack-kun. Zwycięstwo w jednych skromnych zawodach nie czyni cię doświadczonym kendoką.

Jack umilkł pod płonącym spojrzeniem nauczyciela.

- Powiem ci, kiedy będziesz mógł przynieść katanę na zajęcia. Do tego czasu będziesz używał jedynie bokkena. Zrozumiałeś, Jack-kun?

Hai, sensei - zapewnił chłopiec. - Po prostu miałem nadzieję, że chociaż raz będę mógł użyć prawdziwego miecza.

- Prawdziwego? - prychnął sensei. - Naprawdę sądzisz, że jesteś gotowy?

Jack wzruszył niepewnie ramionami.

- Chyba tak. Masamoto-sama dał mi swoje daish?, więc pewnie sądził, że tak jest.

- Nie jesteś jeszcze na zajęciach u Masamoto-samy - odparł Hosokawa, zaciskając dłonie na rękojeści własnego miecza, aż pobielały mu kostki. - Jack-kun, trzymasz w dłoniach władzę nad życiem i śmiercią. Potrafisz stawić czoło konsekwencjom swoich działań?

Zanim chłopiec zdążył odpowiedzieć, nauczyciel przywołał go ruchem.

- Chodź tutaj! Ty też, Yamato-kun.

Jack i wystraszony Yamato wystąpili z szeregu i zbliżyli się do senseia Hosokawy.

Seiza - rozkazał i obaj uklękli. - Ty nie, Jack-kun. Chcę, żebyś zrozumiał, co to znaczy nosić katanę. Wyciągnij miecz.

Jack wyjął z pochwy katanę. Klinga zalśniła; była tak ostra, że wydawało się, iż mogłaby rozciąć spadający płatek wiśni.

Niepewny, czego oczekuje nauczyciel, przyjął postawę do walki. Trzymał miecz wyciągnięty przed sobą, ściskając rękojeść obiema rękami. Stopy rozstawił szeroko, kissaki uniósł na wysokość gardła wyimaginowanego przeciwnika.

Miecz Masamoto wydawał się niezwykle ciężki. Po roku treningów kenjutsu własny bokken stał się przedłużeniem jego ramienia. Jack znał jego ciężar, dotyk; wiedział, w jaki sposób przecina powietrze.

Ten miecz jednak był inny. Cięższy i groźniejszy. Zabijał już wcześniej ludzi. Jack naraz poczuł w dłoniach ciężar jego krwawej historii.

Zaczynał żałować braku rozwagi, który spowodował, że zdecydował się przynieść broń.

Sensei z ponurą satysfakcją obserwował przestrach Jacka, po czym wyjął ziarnko ryżu ze swojego inro, drewnianej kasetki przywiązanej do obi, i położył na czubku głowy Yamato.

- Przetnij je na pół - rozkazał.

- Co? - wykrzyknął Yamato, szeroko otwierając oczy z przerażenia.

- Ale leży na jego głowie... - zaprotestował Jack.

- Zrób to! - ponowił rozkaz nauczyciel, wskazując ziarnko.

- Ale... ale... ja nie mogę...

- Sądzisz, że jesteś gotowy przyjąć odpowiedzialność, więc teraz masz szansę tego dowieść.

- Przecież mógłbym zabić Yamato! - zawołał Jack.

- To właśnie oznacza nosić miecz. Ktoś może zginąć. A teraz przetnij ziarno.

- Nie mogę - powtórzył Jack, opuszczając katanę.

- Nie możesz?! - krzyknął Hosokawa. - Rozkazuję ci, jako twój sensei, zamierzyć się i przeciąć ziarnko na pół.

Sensei chwycił dłonie Jacka i ustawił miecz nad obnażoną głową Japończyka. Maleńkie ziarnko ryżu wyglądało jak biała plamka w gęstwie czarnych włosów.

Jack wiedział, że klinga rozpłatałaby głowę przyjaciela niczym arbuz. Ręce drżały mu niepowstrzymanie; Yamato rzucił mu zrozpaczone spojrzenie, z jego twarzy odpłynęła cała krew.

- ZRÓB TO NATYCHMIAST! - rozkazał Hosokawa, unosząc ręce Jacka.

Pozostali uczniowie przyglądali się temu z przerażeniem, ale i fascynacją.

Akiko patrzyła z lękiem. Jej najlepsza przyjaciółka Kiku, siedząca obok - drobna dziewczyna o ciemnych włosach do ramion i orzechowych oczach - była bliska łez. Kazuki przeciwnie, najwyraźniej rozkoszował się sytuacją. Szturchnął swojego wspólnika Nobu, rosłego chłopca o budowie zawodnika sumo, i szepnął mu do ucha na tyle głośno, by Jack usłyszał:

- Założę się, że gaijin utnie Yamato ucho!

- Albo może nos! - zarechotał Nobu i odrażający uśmiech rozlał się po jego tłustej twarzy.

Miecz zadrżał. Jack poczuł, jak znika cała jego władza nad bronią.

- Ja... ja... nie mogę - wyjąkał. - Zabiłbym Yamato.

Pokonany, odłożył katanę na ziemię.

- Więc ja to zrobię za ciebie - odparł sensei Hosokawa.

Yamato, który odetchnął z ulgą, natychmiast zamarł znowu.

Sensei w ułamku sekundy wyciągnął własny miecz i zamachnął się, celując w głowę chłopca. Kiku krzyknęła, kiedy ostrze dotknęło włosów Yamato. Jej głos odbił się echem po Butokuden.

Yamato padł na twarz, głową dotykając ziemi.

Jack zobaczył, jak ziarnko ryżu rozpłatane dwie części opada na podłogę dojo.

Yamato pozostał schylony w ukłonie, dygocąc jak liść i próbując odzyskać kontrolę nad oddechem. Ostrze nawet nie musnęło jego głowy.

Jack stał bez ruchu, pełen podziwu dla umiejętności Hosokawy. Jakim był głupcem, podając w wątpliwość ocenę nauczyciela. Teraz rozumiał odpowiedzialność, jaką jest noszenie miecza. W jego rękach rzeczywiście spoczywał wybór między życiem a śmiercią. To nie była zabawa.

- Póki nie zdobędziesz całkowitej kontroli - zakończył sensei, wbijając w chłopca surowe spojrzenie i chowając katanę do pochwy - nie posiadasz umiejętności dających prawo do noszenia prawdziwej klingi. Nie jesteś gotów podążać drogą miecza.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

1 Gra

- Oszukujesz! - zawołała dziewczynka.

- Nie, wcale nie! - zaprotestował Jack, klęczący naprzeciw siostrzyczki w przydomowym ogródku.

- Właśnie że tak! Powinieneś był klasnąć, zanim pozbierałeś kostki.

Jack przestał się spierać: jego niewinna mina nie zwiodła Jess. Bardzo kochał siostrę, drobną siedmiolatkę o jasnoniebieskich oczach i mysioblond włosach. Wiedział jednak, jaka jest skrupulatna, gdy chodzi o przestrzeganie zasad. Zazwyczaj słodka jak anioł, podczas gry stawała się surowa i nieugięta, zupełnie jak ich matka w kwestii pomagania w pracach domowych.

Jack podniósł z ziemi pięć kostek owcy i zaczął jeszcze raz. Były wielkości niewielkich kamyków, o brzegach wygładzonych od licznych rozgrywek, jakie stoczył z Jess w ciągu lata. Mimo duszącego upału białe kości wydawały mu się dziwnie chłodne.

- Założę się, że mnie nie pokonasz. Doszłam do dwójek! - zawołała dziewczynka.

Podejmując wyzwanie, Jack rozsypał cztery kostki na ziemi. Potem wyrzucił piątą wysoko w powietrze, klasnął, szybko chwycił jedną z leżących w trawie i złapał tę spadającą. Powtórzył całą procedurę z wprawą, aż znowu trzymał w dłoni wszystkie pięć kostek.

- Jedynki - powiedział.

Jess, na której nie zrobiło to wrażenia, z udawanym znudzeniem zerwała stokrotkę.

Jack na nowo rozrzucił kostki i ukończył drugą rundę paroma swobodnymi ruchami.

- Dwójki! - oznajmił, po czym znowu cisnął kostki w trawę. Potem wyrzucił jedną w powietrze i klasnął, następnie zgarnął trzy i schwycił spadającą czwartą.

- Trójki! - wykrzyknęła Jess, nie umiejąc ukryć podziwu.

Jack wyszczerzył zęby i rozrzucił kostki ostatni raz.

W oddali grzmot przetoczył się ciężko po ciemniejącym niebie. Powietrze stało się duszne i parne przed nadciągającą letnią burzą, lecz Jack nie zwrócił uwagi na zmianę pogody. Zamiast tego skupił się na wyzwaniu, jakim było zebranie wszystkich pięciu kostek za jednym zamachem.

Rzucił jedną wysoko w powietrze i klasnął w chwili, kiedy rozległ się ogłuszający huk. Niebo rozdarła poszarpana biała błyskawica, piorun uderzył w szczyt odległego pagórka, trafiając w rosnące na nim drzewo. Płonęło krwistą czerwienią na tle ciemnych chmur. Jacka jednak gra pochłonęła za bardzo, by dał się oderwać. Zgarnął cztery kostki i chwycił piątą, kiedy znajdowała się zaledwie o szerokość dłoni nad ziemią.

- Udało mi się! Udało! Cztery za jednym razem! - wykrzyknął zachwycony.

Rozejrzał się tryumfalnie, ale Jess zniknęła.

Podobnie jak słońce. Groźne, czarne jak smoła, skłębione chmury mknęły po niebie.

Patrzył oszołomiony na nagłą furię żywiołów. Naraz uświadomił sobie ze zdumieniem, że we wnętrzu jego zaciśniętej dłoni coś drgnęło, jakby kostki zaczęły się poruszać.

Ostrożnie rozchylił palce.

Gwałtownie wciągnął powietrze. Po jego ręce pełzły cztery maleńkie skorpiony.

Otoczyły piątą białą kostkę i wymierzyły w nią śmiertelnie groźne odwłoki; każdy kolec jadowy ociekał zabójczą trucizną.

Jeden ze skorpionów zawrócił i pomknął w górę ramienia chłopca. Jack strząsnął go ogarnięty dziką paniką, zrzucił pozostałe na trawę i na oślep rzucił się w stronę domu.

- Matko! Matko! - nawoływał, lecz zaraz przypomniał sobie o Jess. Gdzie jest siostrzyczka?

Zaczęły padać wielkie krople deszczu, ogród ogarnął cień. Chłopiec ledwie widział pięć kostek porzuconych w trawie, nigdzie jednak nie dostrzegł śladu skorpionów ani siostry.

- Jess? Matko? - krzyknął, ile sił w płucach.

Nikt nie odpowiedział.

W tej samej chwili usłyszał dobiegające z kuchni nucenie:

Kto obietnic nie wypełnia,*

Jest jak łąka chwastów pełna.

A gdy się rozplenią chwasty,

Jest jak łąka w śnieżnej zaspie...

Popędził do kuchni wąskim korytarzem.

Wnętrze domu tonęło w mroku, mroczne i wilgotne niczym grobowiec. Przez wąską szparę w drzwiach sączył się promień światła. Dobiegał go głos matki, to słabnąc, to przybierając na sile niczym powiew wiatru:

A gdy przejdą śnieżne burze,

Jest jak ptak, co siadł na murze.

A gdy ptak się z muru zerwie,

Jest jak jastrząb hen, na niebie...

Chłopiec przyłożył oko do szpary i zobaczył matkę w fartuchu siedzącą plecami do drzwi i obierającą ziemniaki wielkim, zakrzywionym nożem. Izbę oświetlała samotna świeca, w jej blasku cień noża na ścianie wyglądał niczym monstrualny samurajski miecz.

A gdy niebo ryknie grzmotem,

Jest jak lew, co siadł pod płotem...

Jack pchnął drzwi. Zgrzytnęły o podłogę z kamiennych płyt, lecz matka się nie obejrzała.

- Matko? - zapytał. - Słyszałaś mnie...?

A gdy płot się ugnie z trzaskiem,

Jest jak bat, co grzbiet twój chlaszcze...

- Matko! Czemu nie odpowiadasz?

Deszcz na zewnątrz zacinał teraz tak gwałtownie, że odgłos przypominał skwierczenie ryby na patelni. Chłopiec przestąpił próg i zbliżył się do matki. Nadal siedziała plecami do niego i szybko poruszając nożem, obierała ziemniak za ziemniakiem.

A gdy grzbiet ci z bólu ścierpnie,

Jest jak nóż wrażony w serce...

Jack pociągnął ją za fartuch.

- Matko? Dobrze się czujesz?

Z sąsiedniego pokoju dobiegł zduszony krzyk; w tej samej chwili kobieta odwróciła się do niego i nagle przemówiła ostrym, skrzeczącym głosem:

A gdy w sercu krwi nie stanie,

Toś już zimny trup, mój panie!

Jack spoglądał wprost w zapadnięte oczy starej wiedźmy; jej tłuste siwe włosy roiły się od wszy. Postać, którą wziął za matkę, sięgnęła nożem do jego gardła; obierka ziemniaka zwisała z ostrza niczym zdarta skóra.

- Zimny trup, gaijinie! - wychrypiała zasuszona czarownica; jej cuchnący zgnilizną oddech przyprawiał chłopca o mdłości.

Wybuchnęła okrutnym śmiechem, kiedy Jack rzucił się z krzykiem do wyjścia.

Z głębi domu słyszał pełen udręki płacz Jess. Wpadł do pokoju od frontu.

Wielki fotel, w którym zwykł przesiadywać ojciec, był zwrócony do ognia płonącego na kominku. Migocące płomienie obrysowywały siedzącą na nim, spowitą płaszczem postać.

- Ojcze? - zapytał Jack z wahaniem.

- Twój ojciec nie żyje, gaijinie.

Wykręcony palec, sterczący z obciągniętej czarną rękawiczką dłoni, wskazał leżące twarzą w dół ciało ojca, pokonanego i krwawiącego, w odległym kącie pokoju. Chłopiec aż się wzdrygnął na makabryczny widok; podłoga zakołysała się niczym pokład statku.

Intruz jednym susem skoczył z fotela ku oknu z drobnych kwadratowych szybek; ściskał w ramionach Jess.

Serce Jacka zamarło.

Jedno jedyne, zielone jak jadeit oko spoglądało gniewnie przez szparę w kapturze. Nieznajomym, odzianym od stóp do głów w czarne shinobi shozoku, był Dokugan Ryu.

Smocze Oko. Ninja, który zamordował ojca Jacka, bezlitośnie prześladował chłopca, a teraz porwał jego małą siostrzyczkę.

- Nie! - krzyknął Jack i rzucił się Jess na ratunek.

Ze ścian, niczym czarne pająki, wyroili się jednak kolejni ninja, by go powstrzymać. Chłopiec walczył ze wszystkich sił, lecz miejsce każdego pozbawionego twarzy przeciwnika, którego pokonał, natychmiast zajmował następny.

- Innym razem, gaijinie! - wysyczał Smocze Oko, odwrócił się i zniknął pośród srożącej się burzy. - Wciąż pamiętam o rutterze.

3 Życzenie

- Rutter twojego ojca! - wykrzyknął Japończyk i jego zaskoczenie ustąpiło miejsca niedowierzaniu. - Przecież kiedy Smocze Oko napadł dom Akiko, twierdziłeś, że nic o nim nie wiesz!

- Skłamałem. Nie miałem wyboru.

Jack nie mógł się zdobyć na to, by spojrzeć przyjacielowi w oczy. Wiedział, że Yamato poczuł się zdradzony.

Japończyk zwrócił się do Akiko.

- Wiedziałaś o tym?

Skinęła głową i zarumieniła się z zawstydzenia.

Yamato się nadąsał.

- Nie wierzę. To dlatego Smocze Oko ciągle wraca? Z powodu głupiej książki?

- Yamato, nie mogłam ci o tym powiedzieć - odezwała się Akiko, próbując go udobruchać. - Obiecałam Jackowi, że nie zdradzę sekretu.

- Jak książka może być cenniejsza od życia Chiro? - spytał, zrywając się z miejsca. - Była tylko pokojówką, ale służyła wiernie naszej rodzinie. Jack naraził nas wszystkich na niebezpieczeństwo z powodu tego swojego ruttera!

Patrzył na chłopca z gniewem; w jego oczach błysnęła dawna nienawiść. Ku przerażeniu Jacka ruszył do wyjścia.

- Zamierzam powiedzieć o tym ojcu.

- Proszę, nie rób tego - rzucił błagalnie Jack, chwytając go za rękaw kimona. - To nie jest zwykła książka. Muszę ją ukrywać.

- Dlaczego? - spytał surowo Yamato i spojrzał z niechęcią na rękę przyjaciela.

Jack puścił go, lecz Yamato został w pokoju.

Chłopiec bez słowa podał mu książkę; Japończyk przerzucił kilka stron, bez zrozumienia przebiegając wzrokiem mapy oceanów i gwiazdozbiorów oraz raporty morskie.

Jack ściszonym głosem wyjaśnił ich znaczenie.

- Rutter to dziennik pokładowy służący do nawigacji, opisujący bezpieczne trasy przez oceany świata. Informacje te są tak cenne, że wielu ludzi zginęło, próbując je zdobyć. Obiecałem ojcu, że nikomu o nim nie wspomnę.

- Ale dlaczego jest taki ważny? Czy to nie jedynie zbiór wskazówek?

- Nie. To znacznie więcej niż tylko mapa oceanów. Ojciec mówił, że to potężne narzędzie polityczne. Ten, kto je posiada, może kontrolować szlaki handlowe między państwami. Co znaczy, że każdy kraj dysponujący rutterem równie dokładnym jak ten, włada na morzach. Właśnie dlatego pożądają go Anglia, Hiszpania i Portugalia.

- A co to ma wspólnego z Japonią? - spytał Yamato, oddając książkę. - Japonia nie jest taka jak Anglia. Nie sądzę, żebyśmy w ogóle posiadali flotę.

- Nie wiem. Mnie polityka nie obchodzi. Chcę tylko pewnego dnia wrócić do Anglii i odnaleźć Jess. Martwię się o nią - wyjaśnił Jack, pieszczotliwie gładząc skórzaną oprawę dziennika. - Ojciec nauczył mnie używać ruttera, żebym tak jak on mógł zostać pilotem. Dlatego kiedy opuszczę Japonię, rutter będzie moim biletem do domu. Moją przyszłością. To jedyne, co posiadam cennego. Chociaż uwielbiam treningi drogi wojownika, w Anglii nikt nie potrzebuje samurajów.

- Więc co cię powstrzymuje przed wyruszeniem już teraz?! - rzucił wyzywająco Yamato, patrząc na niego zmrużonymi oczyma.

- Jack nie może tak po prostu odejść - wtrąciła Akiko w imieniu chłopca. - Pozostaje pod opieką twojego ojca, póki nie ukończy szesnastu lat. Musiałby uzyskać zgodę Masamoto-samy. Poza tym dokąd by pojechał?

Yamato wzruszył ramionami.

- Do Nagasaki - odpowiedział Jack.

Oboje spojrzeli na niego zaskoczeni.

- To port, do którego prowadził nas ojciec, zanim sztorm zepchnął statek z kursu. Może znalazłbym tam żaglowiec płynący do Europy albo nawet do Anglii.

- A wiesz chociaż, gdzie leży Nagasaki, Jack? - zapytała Akiko.

- Mniej więcej... tu jest naszkicowana mapa.

Zaczął kartkować rutter.

- Na samym południu Japonii, na wyspie Kiusiu - wyjaśnił poirytowany Yamato.

Akiko położyła dłoń na dzienniku, przerywając poszukiwania Jacka.

- Jak się tam dostaniesz bez żywności i pieniędzy? Z Kioto wędrowałbyś tam co najmniej miesiąc.

- Lepiej ruszaj w drogę natychmiast! - rzucił ironicznie Japończyk.

- Przestań, Yamato! Jesteście przyjaciółmi, pamiętasz? - skarciła go Akiko. - Jack nie może tak po prostu pomaszerować do Nagasaki. Czyha na niego Smocze Oko. Tutaj chroni go twój ojciec, a Masamoto-sama to chyba jedyny człowiek, którego ninja się obawia. Gdyby Jack samotnie opuścił szkołę, mógłby zostać porwany... albo nawet zamordowany!

Umilkli wszyscy troje.

Jack schował rutter i przyklepał futon. Była to marna kryjówka dla tak cennego przedmiotu i uświadomił sobie, że będzie musiał znaleźć pewniejszą, nim Smocze Oko powróci.

Yamato odsunął drzwi izdebki, zbierając się do wyjścia. Obejrzał się przez ramię i zapytał Jacka:

- Zatem ty powiesz o rutterze mojemu ojcu?

Chłopcy mierzyli się wzrokiem, napięcie między nimi rosło.

Jack pokręcił głową.

- Mój ojciec zadał sobie wiele trudu, by zachować istnienie dziennika w tajemnicy. Na pokładzie statku trzymał go w specjalnej skrytce. Nawet kapitan nie wiedział gdzie. Jako jego syn mam obowiązek chronić rutter - wyjaśnił, wiedząc, że jakimś sposobem musi przekonać Yamato. - Rozumiesz, co to obowiązek. Jesteś samurajem. Ojciec kazał mi przysiąc, że dotrzymam sekretu. Jestem związany tą obietnicą.

Yamato ledwie zauważalnie skinął głową, zasunął drzwi i obrócił się do Jacka.

- Teraz rozumiem, czemu nikomu nie powiedziałeś - przytaknął, rozluźniając zaciśnięte pięści; jego złość nareszcie minęła. - Rozgniewało mnie, że mnie nie wtajemniczyłeś. Że mi nie ufasz. Wiesz, że możesz mi ufać.

- Dziękuję, Yamato - odparł Jack i odetchnął z ulgą.

Japończyk usiadł obok niego.

- Nie rozumiem tylko, czemu nie możesz powiedzieć ojcu. Potrafiłby ochronić rutter.

- Nie wolno nam - upierał się Jack. - Ojciec Lucius wyznał mi na łożu śmierci, że ktoś, kogo zna, poszukuje ruttera i jest gotów mnie zabić.

- Dokugan Ryu, oczywiście - stwierdził Yamato.

- Owszem, Smocze Oko chce zdobyć rutter - zgodził się Jack - sam jednak mówiłeś, że ninja są najmowani ze względu na umiejętności. Ktoś go opłacił, by wykradł rutter. Może to być ktoś znany Masamoto-samie. Ojciec Lucius należał do jego otoczenia, więc nie mogę zaufać nikomu. Dlatego uważam, że im mniej ludzi wie o istnieniu ruttera, tym lepiej.

- Chcesz powiedzieć, że nie ufasz mojemu ojcu? Podejrzewasz, że to on może pragnąć ruttera? - spytał ostro Yamato, oburzony sugestią.

- Nie! - zapewnił szybko Jack. - Mówię, że gdyby Masamoto-sama go miał, mógłby zostać zamordowany z tego powodu tak jak mój ojciec. A tego nie mogę ryzykować. Próbuję go chronić, Yamato. Jak długo Smocze Oko wierzy, że to ja mam rutter, tylko mnie prześladuje. Dlatego musimy dochować tajemnicy.

Jack widział, jak Yamato rozważa różne możliwości; przez jedną przerażającą chwilę zdawało mu się, że przyjaciel zdradzi wszystko ojcu.

- W porządku. Obiecuję, że nic nie powiem - ustąpił Yamato. - Ale dlaczego sądzisz, że Smocze Oko przyjdzie po niego znowu? Nie widzieliśmy ninja, odkąd próbował zamordować daimyo Takatomiego podczas święta Gion. Może zginął. Akiko zraniła go bardzo poważnie.

Jack przypomniał sobie, jak przyjaciółka ocaliła mu życie tamtego wieczoru. Zauważyli ninja wkradającego się do zamku Nijo, siedziby pana Takatomiego, i ruszyli w pościg. Smocze Oko pokonał Jacka i groził, że utnie mu rękę, a wtedy Akiko rzuciła mieczem wakizashi, by mu w tym przeszkodzić. Krótkie ostrze przeszyło bok ninja, lecz ten nawet nie drgnął. Gdyby Masamoto i jego samuraje nie zjawili się w porę, Jack i Akiko nie uniknęliby zemsty zabójcy. Smocze Oko uciekł przez mur zamkowy, wcześniej jednak przysiągł, że wróci po rutter.

Groźba ninja wciąż prześladowała Jacka i chłopiec nie wątpił, że jego wróg powróci. Ninja czaił się gdzieś, czekając na sposobność.

Akiko miała rację. Jak długo Jack przebywał w Niten Ichi Ry?, znajdował się pod ochroną Masamoto. Poza murami szkoły jednak groziło mu wielkie niebezpieczeństwo. Jeśli podróżowałby samotnie, mógłby mówić o szczęściu, gdyby udało mu się dotrzeć do granic miasta.

Nie miał wyboru, jak tylko pozostać w Kioto, trenując w Niten Ichi Ry?. Musiał poznać drogę miecza, jeśli kiedyś miał przeżyć podróż do domu.

Mimo wszystko na myśl o szlifowaniu swoich samurajskich umiejętności Jacka przeszedł dreszcz podniecenia. Pociągały go dyscyplina i cnoty bushido, a wizja siebie jako samurajskiego wojownika wydawała się niezwykle atrakcyjna.

- On żyje - powiedział na głos. - I jeszcze się zjawi.

Sięgnął po lalkę Daruma. Spojrzał wprost w jej jedyne oko i z powagą powtórzył życzenie.

- Lecz następnym razem będę gotowy na jego przybycie.

Prolog Dokujutsu

Japonia, sierpień 1612

- To najjadowitszy skorpion znany człowiekowi - wyjaśnił ninja, wyjmując duży czarny okaz z drewnianej skrzynki, i położył go na drżącej dłoni uczennicy. - Uzbrojony, bezgłośny i śmiertelnie groźny: zabójca doskonały.

Dziewczyna na próżno próbowała opanować dreszcz, kiedy ośmionogi stwór pełzł jej po skórze; kolec jadowy lśnił w półmroku.

Klęczała przed ninja w ciasnej, rozjaśnionej blaskiem świecy izdebce pełnej ceramicznych słojów, drewnianych skrzynek i niewielkich klatek kryjących trujące mikstury i proszki, rośliny oraz zwierzęta. Ninja pokazał już uczennicy czerwone jak krew jagody, rozdętą rybę fugu, jaskrawo ubarwione żaby, długonogie pająki i zwinięte węże z czarnymi kapturami - każdy eksponat był zabójczy dla człowieka.

- Jedno ukłucie tego skorpiona wystarczy, by ofiara poczuła niewyobrażalny ból - ciągnął, dostrzegłszy błysk lęku w oczach uczennicy. - Po konwulsjach następuje paraliż, utrata przytomności i wreszcie śmierć.

Dziewczyna znieruchomiała jak głaz, wpatrzona w stworzenie wędrujące po jej ramieniu w kierunku szyi. Ninja, nie zważając na grożące uczennicy niebezpieczeństwo, kontynuował wykład.

- W ramach szkolenia ninjutsu musisz opanować dokujutsu, sztukę trucizny. Kiedy zaczniesz wypełniać misje, odkryjesz, że zabicie ofiary nożem powoduje bałagan i niesie zwiększone ryzyko porażki. Trucizna działa ukradkiem, jest trudna do wykrycia, a podana w odpowiedni sposób, na pewno będzie skuteczna.

Skorpion dotarł do szyi dziewczyny i wślizgnął się za zapraszającą zasłonę długich ciemnych włosów. Uczennica odwróciła twarz jak najdalej od zbliżającego się zwierzęcia; z przerażenia oddychała płytko i szybko. Ninja ignorował jej męki.

- Nauczę cię pozyskiwać trucizny z rozmaitych roślin i zwierząt i wyjaśnię, którymi można powlec broń, a które podawać w potrawach i napojach - tłumaczył, przesuwając palcami wzdłuż boku klatki, tak aby uwięziony wąż zaatakował jej pręty. - Musisz też wytworzyć w swoim ciele odporność na trucizny, nic bowiem nie zyskasz, jeśli zadasz śmierć sobie.

Obrócił się i zobaczył, że uczennica unosi dłoń, by strącić skorpiona wtulonego w zagłębienie szyi. Ledwie zauważalnie pokręcił głową.

- Na wiele toksyn istnieją odtrutki. Pokażę ci, jak je sporządzać. Na inne można się uodpornić, przyjmując niewielkie ilości trucizny przez dłuższy czas. Są jednak i takie, na które nie ma antidotum.

Wskazał maleńką ośmiornicę w niebieskie prążki, nie większą od pięści niemowlęcia, umieszczoną w korytku wypełnionym wodą.

- Choć wygląda pięknie, ma jad tak silny, że zabija człowieka w ciągu paru minut. Sugeruję podawać go w napojach, takich jak sake i sencha, bo jest pozbawiony smaku.

Uczennica nie potrafiła dłużej znieść bliskości skorpiona. Machnęła ręką, próbując go wytrząsnąć z włosów, i krzyknęła, kiedy wbił kolec jadowy głęboko w jej dłoń. Ciało wokół rany natychmiast zaczęło puchnąć.

- Pomóż mi... - jęknęła, kiedy jej ramię ogarnął palący ból.

Ninja przyglądał się bez współczucia wijącej się w konwulsjach dziewczynie.

- Przeżyjesz. - Chwycił skorpiona za odwłok i wrzucił go z powrotem do skrzynki. - Jest stary i duży. To małych samic należy się obawiać.

Uczennica nieprzytomna osunęła się na podłogę.

2 Rutter

Blade światło świtu sączyło się przez maleńkie okienko, a deszcz kapał leniwie z nadproża na parapet.

W półmroku na Jacka spoglądało jedno jedyne oko.

Nie należało jednak do Dokugana Ryu.

Należało do lalki Daruma, którą sensei Yamada, nauczyciel zen, podarował chłopcu w pierwszym tygodniu samurajskiego treningu w Niten Ichi Ry?, Jednej Szkole Dwojga Niebios w Kioto.

Minął ponad rok od brzemiennego w skutki przybycia Jacka do Japonii, kiedy to po ataku ninja na statek pilotowany przez jego ojca chłopiec stał się rozbitkiem. Ocalał jako jedyny, został uratowany przez legendarnego wojownika Masamoto Takeshiego, założyciela niezwykłej szkoły dla samurajów.

Ranny, nieznający języka, bez rodziny i przyjaciół mogących się o niego zatroszczyć, Jack nie miał innego wyboru, niż zdać się na łaskę swego wybawiciela. Szczególnie że Masamoto nie należał do ludzi, których autorytet można podważać. Dowiódł zresztą swych szlachetnych intencji, adoptując młodego cudzoziemca.

Oczywiście Jack marzył o powrocie do kraju i odnalezieniu siostry Jess, jedynej krewnej, jaka mu pozostała. Ale marzenia często zmieniały się w koszmary, gdy w jego sny wkradał się wróg, Smocze Oko. Ninja pragnął ruttera, należącego do ojca Jacka dziennika pokładowego zawierającego wskazówki na temat nawigacji - za wszelką cenę, nawet gdyby oznaczało to zamordowanie chłopca.

Drewniana laleczka z okrągłą, malowaną twarzą gapiła się na Jacka w ciemności; jej jedyne oko drwiło z kłopotów chłopca. Przypomniał sobie dzień, kiedy sensei Yamada zalecił mu pomalować prawe oko lalki i wypowiedzieć życzenie - drugie oko miał pokryć farbą dopiero wtedy, gdy życzenie się spełni. Jack z przerażeniem uświadomił sobie, że to pragnienie nie jest ani trochę bliższe urzeczywistnienia niż na początku roku, kiedy malował prawe oko lalki.

Zdesperowany przewrócił się na brzuch i wtulił twarz w futon. Inni początkujący wojownicy z pewnością usłyszeli jego krzyk przez cienkie, papierowe ściany maleńkiej izdebki w Shishi-no-ma, Sali Lwów.

- Jack, wszystko w porządku? - Zza shoji dobiegł go szept.

Usłyszał, jak drzwi się odsuwają; poznał sylwetki swojej najbliższej przyjaciółki Akiko i jej kuzyna Yamato, młodszego syna Masamoto. Cicho wślizgnęli się do środka. Akiko, w nocnym kimonie z kremowego jedwabiu, z ciemnymi włosami związanymi z tyłu, uklękła przy posłaniu.

- Usłyszeliśmy krzyk - ciągnęła dziewczyna, z troską wpatrując się w jego twarz skośnymi oczyma.

- Myśleliśmy, że może jesteś w niebezpieczeństwie - dodał Yamato, szczupły, lecz muskularny chłopiec w wieku Jacka, o oczach brązowych jak kasztany i sterczących we wszystkie strony czarnych włosach. - Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.

Jack drżącą ręką otarł czoło i próbował uspokoić nerwy. Sen, tak żywy i realny, głęboko nim wstrząsnął, a obraz porywanej Jess wciąż stał mu przed oczyma.

- Przyśnił mi się Smocze Oko... Włamał się do domu moich rodziców... Porwał moją siostrzyczkę... - Przełknął z wysiłkiem ślinę, starając się opanować.

Akiko sprawiała wrażenie, jakby chciała wyciągnąć do niego rękę, wiedział jednak, że japońskie maniery nie pozwalają na tak otwarte okazywanie uczuć. Zamiast tego posłała mu smutny uśmiech.

- To był tylko sen - zapewniła.

Yamato kiwnął na potwierdzenie głową i dodał:

- Niemożliwe, żeby Smocze Oko dotarł do Anglii.

- Wiem - przyznał Jack, biorąc głęboki oddech - ale ja też nie jestem w Anglii. Gdyby Alexandria nie została zaatakowana, znajdowałbym się właśnie w połowie drogi do domu. Tymczasem utknąłem na drugim końcu świata. Nie wiadomo, co się dzieje z Jess. Mną opiekuje się Masamoto, ale ona nie ma nikogo.

Wzrok przesłoniły mu łzy.

- Ale czy twoją siostrą nie zajmowała się sąsiadka? - zapytała Akiko.

- Pani Winters jest stara - odparł chłopiec, kręcąc głową. - Nie ma siły pracować, a wkrótce skończą się pieniądze, które zostawił jej ojciec. Poza tym mogła zachorować i umrzeć... tak jak moja matka! Jess trafi do przytułku, jeśli nie będzie miała nikogo, kto się nią zajmie.

- Co to jest przytułek? - spytał Yamato.

- Coś jak więzienie, tylko dla żebraków i sierot. Będzie musiała tłuc kamienie na drodze, rozplatać stare liny, a może nawet kruszyć kości na nawóz. Nie dają prawie nic do jedzenia, więc w końcu trzeba walczyć o gnijące resztki, żeby przetrwać. To nie miejsce dla Jess!

Ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł nic zrobić, by ocalić ostatnią bliską osobę. Tak samo jak wtedy, kiedy ojciec potrzebował jego pomocy w walce z ninja, który wdarł się na statek. Jack uderzył pięścią w poduszkę, zrozpaczony własną bezsilnością. Akiko i Yamato patrzyli w milczeniu, jak wyładowuje gniew.

- Dlaczego Alexandria musiała natrafić na sztorm? Gdyby kadłub nie został uszkodzony, nie wpadlibyśmy na mieliznę. Nie zostalibyśmy zaatakowani. Mój ojciec nadal by żył!

Nawet teraz chłopiec widział śliską od krwi pętlę z drutu, którą Smocze Oko zaciskał coraz mocniej na szyi wyrywającego się Johna Fletchera. Jack przypomniał sobie, jak stał wrośnięty w ziemię, sparaliżowany strachem, z nożem w bezwładnej dłoni. Ojciec chwytający powietrze, z nabrzmiałymi żyłami na szyi, błagalnie wyciągający do niego rękę...

Wściekły, że nie potrafił się zmusić do działania, cisnął poduszką przez pokój.

- Jack, uspokój się. Jesteś teraz z nami, wszystko będzie dobrze - przekonywała kojąco Akiko. Wymieniła zaniepokojone spojrzenie z Yamato. Nigdy nie widzieli przyjaciela w takim stanie.

- Nie, nie będzie dobrze - odparł chłopiec, wolno kręcąc głową i trąc oczy, by wymazać z pamięci koszmarną wizję.

- Nic dziwnego, że źle sypiasz. Pod twoim futonem jest książka! - zawołał naraz Yamato, biorąc do ręki oprawny w skórę tom.

Jack wyrwał mu go z dłoni.

Był to rutter jego ojca. Chłopiec trzymał go pod materacem. W ciasnym, pozbawionym mebli pokoju nie było innego miejsca, w którym mógłby go ukryć. Rutter stanowił jedyne ogniwo łączące go z ojcem; Jack był przywiązany do każdej strony, każdej notki i każdego słowa skreślonego przez Johna Fletchera. Zawarte w dzienniku informacje miały wielką wagę, a chłopiec przysiągł zachować je w tajemnicy.

- Spokojnie, Jack. To tylko słownik - rzucił Yamato, zaskoczony nagłą gwałtownością przyjaciela.

Chłopak spojrzał na niego szeroko otwartymi oczyma, uświadamiając sobie, że Japończyk pomylił rutter ze słownikiem portugalsko-japońskim podarowanym mu w poprzednim roku przez zmarłego ojca Luciusa. Słownikiem, który zobowiązał się oddać przełożonemu duchownego, ojcu Bobadilli w Osace...

Obie książki miały co prawda podobną skórzaną oprawę, ale w rękach Yamato spoczywał teraz rutter ojca Jacka.

Chłopak nigdy nie powiedział Yamato prawdy o dzienniku pokładowym, nawet nie wspomniał o jego istnieniu. I miał po temu ważne powody. Nie ufali sobie bardzo długo i do wydarzeń, które rozegrały się podczas turnieju Taryu-Jiai, ich relacje były bardzo napięte.

Gdy Masamoto adoptował Jacka, Yamato zapałał do cudzoziemca natychmiastową niechęcią. Tenno, starszy brat Yamato, został zamordowany; Yamato sądził, że Masamoto przygarnął Jacka jako następcę swego najstarszego syna. Uznał, że obcy przybłęda próbuje mu ukraść ojca. Trzeba było dopiero wspólnych zmagań, podczas których obaj omal nie zginęli, by Jack zdołał przekonać Yamato, że to nieprawda, i zyskać w nim sprzymierzeńca.

Jack wiedział, że ryzykuje, wspominając o przedmiocie tak cennym jak rutter. Nie miał pojęcia, co robić. Może jednak nadeszła pora, by powierzyć nowemu przyjacielowi tajemnicę?

- To nie jest słownik ojca Luciusa - wyznał.

- Więc co to jest? - spytał Yamato ze zdziwioną miną.

- Rutter mojego ojca.