Młody Mungo - Douglas Stuart

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (42,27 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Je­den

Kiedy zbli­żali się do rogu, Mungo za­trzy­mał się i strzą­snął dłoń męż­czy­zny ze swo­jego ra­mie­nia. Ten aser­tywny gest za­sko­czył wszyst­kich. Chło­pak od­wró­cił się i zmru­żo­nymi oczami spoj­rzał na ka­mie­nicę czyn­szową, a jego po­wieki za­częły ner­wowo drgać. Matka, ob­ser­wu­jąca go przez wzo­rzy­stą fi­rankę w kłosy psze­nicy, pró­bo­wała wmó­wić so­bie, że ten tik to we­sołe mru­że­nie oczu, ra­do­sna wia­do­mość nada­wana al­fa­be­tem Morse'a: wszystko bę­dzie do­brze. D-O-B-R-Z-E. Taki wła­śnie był jej naj­młod­szy syn: uśmie­chał się, na­wet kiedy nie miał ochoty. Zro­biłby wszystko, żeby inni po­czuli się le­piej.

Po-Mo od­su­nęła za­słonę i oparła się o ramę okna jak ko­bieta szu­ka­jąca to­wa­rzy­stwa. Unio­sła ku­bek z her­batą i za­stu­kała w szybę pa­znok­ciami dru­giej dłoni, po­ma­lo­wa­nymi na per­ło­wo­ró­żowo. Wy­brała ten ko­lor, żeby jej palce wy­da­wały się śwież­sze. Je­żeli dło­nie wy­glą­dały mło­dziej, to samo mo­gło do­ty­czyć twa­rzy i ca­łej jej osoby. Mungo znów się prze­su­nął, stopy same nio­sły go z po­wro­tem ku do­mowi. Po­trzą­snęła pal­cami z po­ma­lo­wa­nymi pa­znok­ciami, od­ga­nia­jąc go. "Idźże już!"

Jej chło­piec stał lekko po­chy­lony, z ple­ca­kiem tkwią­cym na grzbie­cie ni­czym garb. Nie wie­dział, co po­wi­nien za­brać, więc wcze­śniej bez en­tu­zja­zmu wziął się za pa­ko­wa­nie i osta­tecz­nie w ple­caku wy­lą­do­wała kupa bzdur: za duży sze­tlandzki swe­ter - ża­kard z Fair Isle, her­bata w to­reb­kach do za­pa­rza­nia, szki­cow­nik z po­wy­gi­na­nymi ro­gami, gra w chiń­czyka i kilka na wpół wy­ci­śnię­tych tu­bek lecz­ni­czych ma­ści. Chło­pak za­chwiał się na rogu, tak jakby ple­cak prze­wa­żał go i cią­gnął w tył, pro­sto do rynsz­toka. Po-Mo wie­działa, że ba­gaż nie jest aż tak ciężki. Była pewna, że je­śli już coś ob­ciąża Munga, to jego ma­sywne ko­ści.

Za­pla­no­wała to wszystko dla jego do­bra, a on te­raz śmiał ga­pić się na nią smęt­nym wzro­kiem. Było zbyt go­rąco na ta­kie głu­poty, do tego grał jej na ner­wach. - No, idźże! - wy­mó­wiła bez­dź­więcz­nie i łyk­nęła zim­nej her­baty.

Na rogu cze­kało na Munga dwóch męż­czyzn. Wes­tchnęli, za­chi­cho­tali i wy­mie­nili po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, a po­tem od­sta­wili torby i za­pa­lili pa­pie­rosy. Po-Mo do­strze­gała, że mają już ochotę stąd spa­dać - na tych wą­skich ulicz­kach nie lu­biano nie­zna­nych twa­rzy - a także, że ostat­kiem sił po­wstrzy­my­wali się od po­pę­dza­nia jej chłopca. Męż­czyźni byli dość sprytni, żeby nie na­ci­skać Munga, nie tak bli­sko domu, gdzie wciąż mógł im uciec. Spo­glą­dali na niego spod przy­mru­żo­nych po­wiek, ob­ser­wu­jąc i cze­ka­jąc, co zrobi, a ich dło­nie mysz­ko­wały w kie­sze­niach spodni, od­kle­ja­jąc moszny od ud. Za­po­wia­dał się go­rący, duszny dzień. Młod­szy z męż­czyzn ba­wił się swoim fiu­tem. Po-Mo prze­je­chała ję­zy­kiem po dol­nych zę­bach.

Mungo uniósł dłoń, by po­ma­chać w kie­runku okna, ale Po-Mo spoj­rzała na niego groź­nie. Mu­siał do­strzec, jak jej twarz tę­żeje w gry­ma­sie, a może do­szedł do wnio­sku, że ma­cha­nie jest dzie­cinne, po­nie­waż prze­rwał gest w po­ło­wie i zła­pał dło­nią po­wie­trze, tro­chę jak to­nący.

W ob­wi­słych spor­to­wych spoden­kach i zbyt du­żej prze­ciw­desz­czo­wej kan­gurce wy­glą­dał jak lump w stroju z da­rów, lecz kiedy od­gar­nął włosy z twa­rzy, Po-Mo zo­ba­czyła na­pięte mię­śnie jego szczęki i przy­po­mniała so­bie, że jej syn staje się wła­śnie nie­za­leż­nym mło­dzień­cem. Znów za­stu­kała pa­znok­ciami w szybę. "Że­byś mi sie nie śmiał tak ga­pić!"

Młod­szy z męż­czyzn pod­szedł do Munga i ob­jął go ra­mie­niem. Chło­pak skrzy­wił się pod cię­ża­rem ręki tam­tego. Po-Mo do­strze­gła, jak roz­ciera so­bie boki, a pa­mięć pod­su­nęła jej wspo­mnie­nie fio­le­to­wych si­nia­ków roz­kwi­ta­ją­cych mu na że­brach. Za­stu­kała w szkło. "Idźże już, na li­toś bo­sko!" Po tym jej syn opu­ścił wzrok i po­zwo­lił się od­pro­wa­dzić. Męż­czyźni śmiali się i kle­pali go po ple­cach. "Do­bry mło­dziak, dzielny mło­dziak".

Po-Mo nie była prze­sad­nie re­li­gijna, ale te­raz wy­cią­gnęła ró­żowe pa­znok­cie ku niebu i po­trzą­snęła pal­cami, wy­krzy­ku­jąc po­dzię­ko­wa­nia. Wy­lała resztę her­baty do do­niczki z wy­su­szoną zie­listką, na­peł­niła ku­bek beł­tem, al­ko­ho­lo­wym drin­kiem z ko­fe­iną, pod­krę­ciła mu­zykę i zrzu­ciła buty.

Trójka po­dróż­ni­ków zła­pała miej­ski au­to­bus na Sau­chie­hall Street. Glas­gow omdle­wało od wy­jąt­kowo uciąż­li­wych upa­łów, a oni mu­sieli prze­pchnąć się pod prąd przez tłum ha­ła­śli­wych fa­ce­tów w bez­rę­kaw­ni­kach, pod­pie­czo­nych już na ró­żowo w pro­mie­niach słońca. Ławki w cen­trum mia­sta zaj­mo­wały krzep­kie bab­cie w ka­pe­lu­szach i gru­bych weł­nia­nych płasz­czach. Na war­gach ko­biet po­ja­wiały się kro­ple potu. Spo­cone dzie­ciaki prze­my­kały po uli­cach, a bab­cie przy­tu­lały głowy do ob­fi­tych piersi i drze­mały w go­rącu. Przy­po­mi­nały Mun­gowi go­łę­bie z jego dziel­nicy, wiel­kie, le­niwe pta­szy­ska o pół­przy­mknię­tych oczach i gło­wach scho­wa­nych w na­stro­szo­nym pie­rzu.

Mia­sto żyło dźwię­kami me­lo­dii gra­nych przez bu­ske­rów, idą­cych o lep­sze z woj­sko­wym zgieł­kiem ćwi­czą­cego ze­społu pro­te­stan­tów. Ich fle­ciki świer­go­tały słodko ni­czym ptaszki na tle ni­skich, po­wol­nych ude­rzeń wiel­kiego bębna lam­beg. Me­lo­dia była tak po­ru­sza­jąca, że ja­kiś star­szy, wy­glą­da­jący na dys­tyn­go­wa­nego dżen­tel­men po­grą­żył się w za­du­mie i uro­nił kilka rzę­si­stych łez. Mungo pró­bo­wał nie pa­trzeć na tak jaw­nie pła­czą­cego męż­czy­znę, tym bar­dziej że nie był pe­wien, czy to łzy żalu, czy też dumy. Spod man­kietu tam­tego błysz­czała bran­so­letka kosz­tow­nego ze­garka. Z braku lep­szych pod­po­wie­dzi chło­pak do­szedł do wnio­sku, że jest zbyt osten­ta­cyjna, zbyt nie­tak­towna jak na ka­to­lika.

Męż­czyźni czła­pali w bla­sku słońca, ob­ła­do­wani na­rę­czami pla­sti­ko­wych re­kla­mó­wek, skó­rza­nym tor­ni­strem z przy­bo­rami węd­kar­skimi i wiel­kim kem­pin­go­wym ple­ca­kiem. Mungo sły­szał, jak skarżą się na do­skwie­ra­jące pra­gnie­nie. Znał ich za­le­d­wie od go­dziny, ale wspo­mnieli o tym już kilka razy. Zda­wało się, że przez cały czas ich su­szy. - Ale­bym se łyk­noł! - za­gaił star­szy z tej dwójki, z bu­racz­ko­wo­czer­wo­nymi ru­mień­cami, wy­raź­nie prze­grzany w gru­bym twe­edo­wym gar­ni­tu­rze. Drugi męż­czy­zna zi­gno­ro­wał pierw­szego. Szedł okra­kiem, tak jakby no­gawki cia­snych dżin­sów draż­niły jego uda.

Po­pro­wa­dzili chłopca na dwo­rzec au­to­bu­sowy i po­brzę­ku­jąc mo­ne­tami, za­ła­do­wali się do au­to­busu, który po chwili ru­szył na pół­noc, wy­wo­żąc ich z Glas­gow ku zie­lo­nym wzgó­rzom Dum­bar­ton.

Za­nim męż­czyźni prze­ci­snęli się do pla­sti­ko­wej ka­napy na tyle po­jazdu, spo­cili się i za­sa­pali. Mungo sie­dział po­mię­dzy nimi, pró­bu­jąc się sku­lić tak, by ich nie do­ty­kać. Kiedy je­den z nich pa­trzył przez okno, chło­pak przy­glą­dał się jego pro­fi­lowi, a gdy fa­cet od­wra­cał się w stronę Munga, on uda­wał, że za­in­te­re­so­wało go coś za prze­ciw­le­głym oknem, i sta­rał się uni­kać wzroku tam­tego.

Przy­ci­snął pod­bró­dek do piersi i spró­bo­wał po­wstrzy­mać ner­wowe swę­dze­nie roz­cho­dzące mu się po twa­rzy, gdy pa­trzył na szare mia­sto zni­ka­jące za oknami. Wie­dział, że znów to robi: marsz­czył się i mru­gał z taką miną, jakby krę­ciło go w no­sie, ale nie był w sta­nie kich­nąć. Czuł na so­bie spoj­rze­nie tam­tego.

- Nie pa­mien­tam, kiedy żem ostatni raz był za mia­stem - po­wie­dział star­szy męż­czy­zna. Jego głos za­brzmiał chra­pli­wie, tak jakby miał w gar­dle pełno su­chych okru­chów. Cza­sami w środku zda­nia wcią­gał po­wie­trze i dy­go­tał: miało się przy tym wra­że­nie, że każde jego słowo może być ostat­nim. Mungo pró­bo­wał się do niego uśmiech­nąć, ale coś w twa­rzy tam­tego przy­po­mi­nało mu szczura. Trudno było mu pa­trzeć w oczy.

Nie­zna­jomy w gar­ni­tu­rze od­wró­cił się z po­wro­tem do okna, a Mungo wy­ko­rzy­stał tę oka­zję, by przyj­rzeć mu się do­kład­niej. Ko­ści­sty męż­czy­zna na prze­ło­mie pięć­dzie­siątki i sześć­dzie­siątki swoje w ży­ciu prze­szedł. Chło­pak wi­dy­wał już wcze­śniej ta­kich fa­ce­tów. Mło­dzi pro­te­stanccy chu­li­gani z jego dziel­nicy czę­sto ga­niali ta­kich dla za­bawy, okrą­ża­jąc ha­ła­śli­wych pi­ja­ków pod ro­bot­ni­czymi pu­bami, za­ga­nia­jąc ich szy­der­stwami ku ba­rom z rybą i fryt­kami, a po­tem rzu­ca­jąc się na ostat­nie mo­nety wy­pa­da­jące z po­roz­dzie­ra­nych kie­szeni. Star­szy męż­czy­zna przez całe ży­cie naj­wy­raź­niej jadł byle co i ostro po­pi­jał, to­też wy­da­wał się wy­chu­dły i po­żół­kły. Zbyt mało tłusz­czu, zbyt dużo skóry i w efek­cie jego żół­tawa twarz marsz­czyła się ni­czym przej­rzałe jabłko.

Sfa­ty­go­wana ma­ry­narka nie pa­so­wała do pary spodni z wy­pcha­nymi ko­la­nami, które rów­nież wy­glą­dały jak roz­cią­gnięta skóra. Pod ma­ry­narką miał re­kla­mu­jący ser­wis hy­drau­lika z So­uth Side T-shirt, któ­rego góra była ode­rwana od reszty. Chło­pak za­sta­na­wiał się, czy nie są to je­dyne ciu­chy star­szego fa­ceta: śmier­działy bru­dem i po­tem, tak jakby wła­ści­ciel no­sił je przez cały czas.

Mun­gowi na­gle zro­biło się dziw­nie żal tam­tego. Męż­czy­zna trząsł się lekko. Lata spę­dzone na ukry­wa­niu się przed świa­tłem w za­ka­mar­kach mrocz­nych pu­bów spra­wiły, że te­raz re­ago­wał na słońce ni­czym chart wy­pchnięty na śnieg. Jego małe oczka strze­lały na wszyst­kie strony, a dłu­gie koń­czyny drgały jak u mal­tre­to­wa­nego psa. Wy­glą­dał, jakby miał ochotę rzu­cić się do ucieczki.

Kiedy ostatni z wie­żow­ców znik­nął za oknem, męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze za­czął wy­da­wać za­chę­ca­jące dźwięki, wy­peł­nia­jąc ci­szę i su­ge­ru­jąc in­nym, by do­łą­czyli do kon­wer­sa­cji. Mungo przy­ci­snął brodę do piersi i mil­czał, a młod­szy męż­czy­zna dra­pał się tylko po kro­czu. Dzie­ciak ob­ser­wo­wał go ką­tem oka.

Ten z ko­lei wy­glą­dał na dwa­dzie­ścia kilka lat. No­sił błę­kitne dżinsy, w któ­rych pa­sek miał prze­wle­czony pod logo, tak by nie za­sła­niał dum­nego znaku "Ar­mani". Wy­da­wał się przy­stojny, a w każ­dym ra­zie kie­dyś taki był, ale coś psuło jego wy­gląd: miało się wra­że­nie, że przy­po­mina mięso u rzeź­nika, zbyt długo po­zo­sta­wione na la­dzie. Mimo go­rąca za­ło­żył na ten wy­jazd pę­katą bom­berkę, lecz kiedy w au­to­bu­sie ją zdjął, Mungo do­strzegł na jego ra­mio­nach ży­la­ste mię­śnie, świad­czące o tym, że ich po­sia­dacz ma za sobą lata cięż­kiej pracy, walki albo i tego, i tego.

Włosy miał krótko przy­strzy­żone, a grzywkę za­cze­saną do przodu i po­zle­pianą tak, że two­rzyła małe zęby, jakby przy­cięto ją pro­fi­lo­wa­nymi no­życz­kami. Mungo za­ga­pił się na jego otarte kostki. Skóra męż­czy­zny miała mio­dowy od­cień, rzadko spo­ty­kany u Szko­tów. Być może jego ro­dzina po­cho­dziła z Włoch lub Hisz­pa­nii, albo od "czar­nych Ir­land­czy­ków".

Ostatni ślad ro­man­tycz­no­ści pierzch­nął w po­pło­chu, kiedy męż­czy­zna prze­mó­wił ni­ską, gar­dłową gwarą z Glas­gow. - Ho, nie za­wra­caj se głowy sta­rym Świn­tym Krzysz­to­fem - rzu­cił w prze­strzeń przed sobą, nie pa­trząc na żad­nego z to­wa­rzy­szy. - Ten jak za­cznie nu­dzić, to kro­wie dupa od­pada.

Po czym wró­cił do dłu­ba­nia w no­sie, a Mungo po­zo­sta­wiony sa­memu so­bie za­cho­dził w głowę, co robi w jed­nym au­to­bu­sie ze Świę­tym Krzysz­to­fem. Kiedy męż­czy­zna ope­ro­wał w no­sie ma­łym pal­cem, dzie­ciak do­strzegł, że tam­ten nosi na wszyst­kich pal­cach pier­ście­nie ze zło­tymi su­we­re­nami, a na jego przed­ra­mio­nach wiją się sple­cione ta­tu­aże. Całe jego ciało po­kry­wały znaki: słowa i ob­razy wid­niały na piersi, bu­tach i dżin­sach, a także na skó­rze. Wy­dzia­rał je so­bie na mię­śniach zwy­kłą igłą do szy­cia - imiona ko­biet i na­zwy gan­gów: San­dra, Jac­kie, RFC, Mad Squad. Tu i ów­dzie nie­bie­ski tusz z dłu­go­pisu po­bladł lub roz­pły­nął się pod skórą jak akwa­rela i za­bar­wił ją na śliczny fio­le­towy od­cień. Mungo uważ­nie od­czy­ty­wał na­pisy na ra­mio­nach tam­tego, sta­ra­jąc się za­pa­mię­tać jak naj­wię­cej z nich.

Święty Krzysz­tof się­gnął do jed­nej z re­kla­mó­wek, mru­gnął prze­bie­gle i wy­cią­gnął pół tu­zina pu­szek piwa Ten­nent's Su­per. Utkwił małe oczka w po­ty­licy kie­rowcy, wy­rwał dwa po­jem­niki z fo­lio­wej ramki i po­dał je chłopcu oraz wy­ta­tu­owa­nemu męż­czyź­nie. Mungo po­krę­cił prze­cząco głową, ale jego to­wa­rzysz przy­jął puszkę z ję­kiem wdzięcz­no­ści. Po­śpiesz­nie ją otwo­rzył i chwy­cił ustami ucie­ka­jącą pianę, po czym opróż­nił po­jem­nik trzema hau­stami.

Święty Krzysz­tof mu­siał od­czy­tać my­śli chło­paka, po­nie­waż ode­zwał się: - Mó­wio o mie Świnty Krzysz­tof, bo cho­dze na spo­tka­nia al­ko­ho­li­ków na Hope Street co środe i co wto­rek. Śro­dowo-Wtor­kowy Krzysz­tof, zna­czy sie ś-w, jak świnty, nie my­lić z Krzysz­to­fem z Ca­stle­milk czy Ma­łym Ru­dym Krzyś­kiem. - Męż­czy­zna po­cią­gnął łyk piwa, a Mungo ob­ser­wo­wał, jak jego gar­dło pra­cuje z wy­sił­kiem, żeby prze­łknąć, ile trzeba. - Ś-w, Świnty Krzysz­tof, ła­piesz?

Mungo sły­szał już wcze­śniej o czymś ta­kim. Po-Mo była prze­cież znana jako Po­nie­dział­kowo-Czwart­kowa Mau­reen. Taką ksywkę wy­mie­niali inni al­ko­ho­licy, kiedy chło­pak od­bie­rał te­le­fon w przed­po­koju. Roz­mówcy wo­leli się upew­nić, że nie do­dzwo­nili się przez po­myłkę do "Mau­reen z Mil­ler­ston" albo "Ma­łej Mo z Milk". Te roz­róż­nie­nia miały zna­cze­nie, je­żeli zgod­nie z za­sa­dami chcieli za­cho­wać ano­ni­mo­wość.

- Cza­sem tak mie trzen­sie, że po­wi­nie­nem też pójść w pion­tek wie­czór. Ale ja­koś nie moge. - Święty Krzysz­tof zmarsz­czył twarz ze smut­kiem. - Ła­piesz, o co mi idzie?

Mungo za­wsze bar­dzo się sta­rał, żeby zro­zu­mieć, o co lu­dziom na­prawdę cho­dzi. Po-Mo i Jo­die, jego sio­stra, zwy­kle do­ku­czały mu z tego po­wodu. Naj­wy­raź­niej ist­niała róż­nica po­mię­dzy tym, co ktoś mó­wił, a co po­winno się ro­zu­mieć. Jo­die twier­dziła, że jej brat jest ła­two­wierny, a Po-Mo ża­ło­wała, że nie wy­cho­wała go na spryt­niej­szego dzie­ciaka, któ­rego nikt nie mógłby na­bić w bu­telkę. To na­wet za­bawne: roz­cza­ro­wy­wał ich, po­nie­waż był uczciwy i za­kła­dał, że lu­dzie też tacy będą. Gierki, w które grali inni, przy­pra­wiały chło­paka o ból głowy.

Święty Krzysz­tof wy­sy­sał resztki z puszki, kiedy Mungo po­wie­dział: - Może po­wi­nien pan cho­dzić także w piątki, je­żeli rze­czy­wi­ście pan po­trze­buje?

- Ano, ale lu­bie swojo ksywe. - Się­gnął pod ko­szulę i wy­cią­gnął mały me­da­lik z wi­ze­run­kiem świę­tego, po czym spoj­rzał na niego ze­zem wzdłuż ospo­wa­tego nosa. - "Ś-w Krzysz­tof". Naj­faj­niej­sze, co żem o so­bie w ży­ciu usły­szał.

- A nie mógł pan po­dać im po pro­stu na­zwi­ska?

- No, to by nie było bar­dzo ano­ni­mowe, co nie? - prze­rwał wy­ta­tu­owany męż­czy­zna. - Jak za­czniesz kła­pać ozo­rem, co ci złego sie­dzi w gło­wie, to szy­scy na ulicy bedo o to­bie ga­dać.

Mungo do­sko­nale wie­dział, że lu­dziom cza­sem sie­działo w gło­wie coś złego. Po-Mo po­ka­zy­wała swoją złą stronę za każ­dym ra­zem, kiedy miała ochotę so­bie wy­pić. Jej de­mon wy­glą­dał jak pła­ski, wę­żo­waty stwór ze szczęką i pa­cior­ko­wa­tymi oczami ła­sicy, po­kryty ma­tową sier­ścią par­szy­wego szczura. Pod­stępna be­stia na łań­cu­chu, ła­koma i sprytna, szar­piąca jego matkę i cią­gnąca ku rze­czom, któ­rych po­winna uni­kać. De­mon po­tra­fił cze­kać w uśpie­niu, aż dzieci po­ca­łują mamę na do wi­dze­nia i wyjdą do szkoły, a wtedy zwra­cał się prze­ciwko Po-Mo, du­sząc ją, jakby była bez­wolną my­szą. In­nym ra­zem zwi­jał się we­wnątrz niej i mocno za­ci­skał wę­żowe sploty na jej sercu. Za­wsze był w po­bliżu, tuż pod po­wierzch­nią, na­wet w do­bre dni.

Kiedy pod­da­wała się na­ło­gowi, cichł na chwilę, ale cza­sami po­su­wała się w pi­jań­stwie tak da­leko, że sta­wała się cał­kiem inną ko­bietą, ba, inną istotą. Pierw­szą oznaką tego stanu była wiot­cze­jąca skóra, tak jakby jej twarz za­czy­nała się zsu­wać, by od­sło­nić dziwną ko­bietę cza­jącą się pod spodem. Mungo, jego brat i sio­stra na­zy­wali tę sfla­czałą wer­sję matki "Ba­bulwą". Ta na­zwa pa­so­wała do nie­czu­łego stra­szy­dła o spo­wol­nio­nych ru­chach. Bez względu na to, jak wielką mi­łość oka­zy­wały jej dzieci, jak bar­dzo ją wspie­rały i po­ma­gały się po­zbie­rać, wchła­niała całą ich tro­skę i uwagę, a po­tem wy­glą­dała wciąż na rów­nie wy­zutą z uczuć.

Gdy Ba­bulwa się od­zy­wała, żu­chwa zwi­sała jej luźno, a ję­zyk ob­ra­cał się w ustach w obrzy­dliwy, lu­bieżny spo­sób, jakby bar­dzo chciała coś po­li­zać. Ba­bulwa za­wsze po­dej­rze­wała, że omija ją ja­kaś im­preza, że tuż za ro­giem albo w ukry­ciu dzieje się wła­śnie coś eks­cy­tu­ją­cego. W tym sta­nie zwra­cała się prze­ciwko dzie­ciom i prze­pę­dzała je, jakby były ulicz­nymi wró­blami. Ba­bulwa są­dziła, że ko­biety, które nie mają dzieci, ba­wią się le­piej, śmieją się gło­śniej i bry­lują po ja­śniej­szej stro­nie ży­cia.

Ba­bulwa za­da­wała się z przy­god­nie spo­tka­nymi ko­bie­tami i nad bu­telką whi­sky Black & White zdra­dzała im swoje naj­głęb­sze, naj­bar­dziej in­tymne ta­jem­nice, a na­stęp­nie czuła się zra­niona, kiedy nowe przy­ja­ciółki nie dzie­liły się z nią rów­nie skwa­pli­wie. Dla­tego do­cho­dziło do awan­tur i bó­jek, pod­czas któ­rych cią­gnęła je - albo sama by­wała przez nie cią­gana - po dy­wa­nie, a póź­niej w dół po scho­dach. Rano Mungo znaj­do­wał le­żące w ko­ry­ta­rzu kłaki wy­per­fu­mo­wa­nych wło­sów, przy­po­mi­na­jące siano z wy­pa­tro­szo­nego stra­cha na wró­ble, po­ru­szane po­dmu­chem wpa­da­ją­cym przez szparę pod fron­to­wymi drzwiami. On albo Jo­die uprzą­tali je kaśką do dy­wa­nów, a po­tem nie wspo­mi­nali o tym ni­komu.

To Jo­die po­dzie­liła ich matkę na dwie różne osoby. W świe­tle zim­nych po­ran­ków ta sztuczka po­ma­gała Mun­gowi wy­ba­czyć Po-Mo chwile, kiedy al­ko­hol wy­wo­ły­wał u niej na­pady pi­jac­kiej mści­wo­ści. - To nie była Po-Mo - uspo­ka­jała go Jo­die, gdy matka za­mknęła go w szafce do su­sze­nia bie­li­zny. - To tylko ta straszna stara Ba­bulwa, która te­raz po­szła spać.

Mungo do­sko­nale wie­dział, jak wy­glą­dają de­mony. Au­to­bus to­czył się na pół­noc, a chło­pak sie­dział ci­cho i roz­my­ślał o wła­snych spra­wach.

- Ten kie­rowca to mógby sie, kurwa, po­śpie­szyć - stwier­dził wy­ta­tu­owany męż­czy­zna. Się­gnął do torby mię­dzy no­gami, w któ­rej płó­cienne pa­ski wpięto ja­skrawe przy­nęty, i spo­mię­dzy szpu­lek żyłki węd­kar­skiej wy­grze­bał sa­szetkę z ty­to­niem. Skrę­cił z niego gru­bego pa­pie­rosa, li­żąc wpraw­nie jego brzeg. Za­pa­lił go, za­cią­gnął się i wy­dmuch­nął dym do puszki po pi­wie. Za­krył usta dło­nią, tak jakby zła­pał pa­jąka, ale smród ni­ko­tyny już roz­cho­dził się po au­to­bu­sie. Kil­koro pa­sa­że­rów od­wró­ciło ku nim głowy, spo­glą­da­jąc gniew­nie na pa­la­cza. Mungo ze sła­bym uśmie­chem prze­chy­lił się nad ko­la­nami to­wa­rzy­sza i od­blo­ko­wał za­trzask wą­skiego okienka.

- Pa­lisz? - za­py­tał wy­ta­tu­owany męż­czy­zna po­mię­dzy łap­czy­wymi hau­stami dymu. Jego oczy lśniły zie­le­nią, na­kra­pianą tu i ów­dzie zło­tymi cęt­kami.

- Nie.

- No i cacy. - Za­cią­gnął się po raz ko­lejny. - To szko­dzi.

Święty Krzysz­tof wy­cią­gnął drżącą dłoń, a młod­szy męż­czy­zna nie­chęt­nie po­dał mu pa­pie­rosa. Krzysz­tof za­cią­gnął się dy­mem po same dziurki w no­sie, przy­kle­ja­jąc su­che wargi do wil­got­nego pa­pieru. Fa­cet z ta­tu­ażami szturch­nął Munga ra­mie­niem. - Kum­ple mó­wio mi Gal­low­gate. Zna­czy sie stam­ton je­stem. - Po­pra­wił pier­ście­nie z su­we­re­nami i ski­nął głową ku nie­świa­do­memu kie­rowcy. - Ner­wowy ście­bie ko­leś, co nie? Nic sie nie mart, jak za­cznie py­sko­wać, to mu, kurwa, sprze­dam kose.

Święty Krzysz­tof przy­ssał się do nie­do­pałka, aż żar spa­rzył go w palce. - Lu­bisz wen­d­ko­wać?

- Nie wiem. - Mungo ucie­szył się na wi­dok ga­sną­cego pa­pie­rosa. - Ni­gdy tego nie ro­bi­łem.

- Tam, dzie je­dziemy, można ła­pać szczu­paki, we­ngo­rze i cent­ko­wane pstrongi - ode­zwał się Gal­low­gate. - Ło­wisz cały łi­kend i nik sie nie do­pier­dala o po­zwo­le­nie. Be­dzie dwaj­ścia, może czter­dziej­ści mil od lu­dzi.

Święty Krzysz­tof przy­tak­nął. - Ano. Tak bli­sko nieba, jak sie da za­je­chać na trzy ał­to­busy.

- Cztery! - po­pra­wił Gal­low­gate. - Cztery ał­to­busy.

Myśl o tak od­le­głej oko­licy spra­wiła, że Mungo po­czuł się słabo. - Je­cie po­tem te ryby?

- Za­leży, ja­kie duże - od­parł Gal­low­gate. - W tarło da sie zła­pać tyle, że mu­siał­byś je cho­wać do za­mra­żarki. Twoja mam­cia ma po­rzonno za­mra­żarke?

Mungo po­krę­cił prze­cząco głową. Po­my­ślał o ma­lut­kiej za­mra­żarce Po-Mo, za­ro­śnię­tej lo­dem. Czy ucie­szyłby ją tłu­sty cęt­ko­wany pstrąg? Chyba nie. Nie cie­szyło jej nic, co ro­bił Mungo. Ostat­nio bar­dzo jej le­żał na sercu, o czym wie­dział, po­nie­waż po­wie­działa mu to wprost. Pró­bo­wał się nie ro­ze­śmiać, gdy to usły­szał, bo wy­obra­ził so­bie ma­lut­kiego sie­bie, le­żą­cego na jej sercu mię­dzy że­brami. Jo­die prze­wró­ciła wtedy oczami i po­wie­działa: - Po­słu­chaj sama sie­bie, Mau­reen. Czy ty w ogóle masz serce?

Mungo po­sku­bał się w po­li­czek, kiedy au­to­bus mi­nął Dum­bar­ton, a w polu wi­dze­nia po­ja­wiły się ochrowe brzegi Loch Lo­mond. Przy­po­mniał so­bie wszyst­kie krzyw­dzące rze­czy, ja­kie mó­wiła mu Po-Mo. Wie­dział, dla­czego tu jest: z wła­snej winy.

- A ile ty masz lat? - za­py­tał Gal­low­gate.

- Pięt­na­ście. - Mungo spró­bo­wał wy­pro­sto­wać się na całą wy­so­kość, ale że­bra wciąż go bo­lały, a stary au­to­bus miał strasz­nie kiep­skie za­wie­sze­nie. Chło­pak jak na swój wiek nie był szcze­gól­nie wy­soki: za­czął ro­snąć jako je­den z ostat­nich w kla­sie. Jego star­szy brat Ha­mish chwy­tał go cza­sem za brodę i prze­krę­cał jego twarz do świa­tła, a po­tem szcze­gó­łowo spraw­dzał cienką li­nię de­li­kat­nego za­ro­stu na gór­nej war­dze Munga, po­dob­nie jak ogrod­nik przy­gląda się wiot­kim sa­dzon­kom. Czę­sto dmu­chał w ten pu­szek, tylko po to, żeby roz­draż­nić brata. Cho­ciaż Mungo nie był zbyt wy­soki, prze­rósł już Ha­mi­sha, któ­remu bar­dzo się to nie po­do­bało.

Święty Krzysz­tof wy­cią­gnął dłoń i chwy­cił nad­gar­stek chłopca swo­imi dłu­gimi pal­cami. - Gów­niarz ście­bie jesz­cze, co nie? Dał­bym ci dwa­na­ście, na­wy­żej trzy­na­ście.

- E tam, to pra­wie fa­cet. - Gal­low­gate po­ło­żył wy­ta­tu­owane ra­mię na bar­kach chło­paka i uśmiech­nął się prze­bie­gle do star­szego męż­czy­zny. - Jajka ci już opa­dły, Mungo?

Chło­pak nie od­po­wie­dział. Wie­dział, że wi­szą so­bie, po­marsz­czone i bez­sen­sowne. Jakby miały opaść, to niby gdzie?

- Ła­piesz? Jajka, we worku. - Gal­low­gate lekko trą­cił jego kro­cze.

- Nie wiem - od­parł Mungo i zgiął się w ochron­nej po­zy­cji.

Męż­czyźni za­re­cho­tali, a chło­piec spró­bo­wał do nich do­łą­czyć, ale było sły­chać, że to wsty­dliwy śmiech, o pół se­kundy spóź­niony. Święty Krzysz­tof roz­kasz­lał się ha­ła­śli­wie, Gal­low­gate zaś lek­ce­wa­żąco od­wró­cił się do okna. - Za­dbamy o cie­bie, Mungo, nic sie nie mart. Be­dzie za­bawa, a po­tem za­wie­ziesz mamci świeżo rybke.

Mungo roz­ma­so­wał otarte jajka i przy­po­mniał so­bie znowu o tym, jak le­żał na sercu Po-Mo.

- Ano. Twoja mam­cia to do­bra ko­bita. Mało już ta­kich zo­stało. - Gal­low­gate za­czął ob­gry­zać skórkę wo­kół pa­znok­cia na palcu wska­zu­ją­cym i wy­plu­wać ją na pod­łogę. Na­gle wy­jął pa­lec z ust. - Dasz spoj­rzeć? - Za­nim Mungo zdą­żył za­pro­te­sto­wać, męż­czy­zna wło­żył dłoń pod jego prze­ciw­desz­czową kan­gurkę. Za­czął ją pod­no­sić, a po­tem roz­bie­rać chłopca. - No, dajże rzu­cić okiem.

Mungo uniósł ra­miona i po­zwo­lił tam­temu ścią­gnąć so­bie górę, aż ny­lo­nowy ma­te­riał za­krył mu twarz, ką­piąc wszystko w przy­ćmio­nym nie­bie­skim świe­tle. Nic nie wi­dział, ale sły­szał obu męż­czyzn i ich ury­wane od­de­chy: wcią­gnęli ze smut­kiem po­wie­trze, na­stą­piła se­kunda prze­rwy, a póź­niej do­bie­gło go wes­tchnię­cie. Pa­lec Gal­low­gate'a, śli­ski od śliny tam, gdzie męż­czy­zna go ob­gry­zał, do­tknął czer­nie­ją­cego sińca na piersi Munga, na­stęp­nie chło­pak po­czuł, jak prze­suwa się od mostka, wo­kół krzy­wi­zny naj­niż­szego że­bra, ni­czym ołó­wek kar­to­grafa kre­ślą­cego mapę. Gal­low­gate trą­cił jego mo­stek i wci­snął pa­luch w si­niaka, tak jakby spraw­dzał jego wraż­li­wość. Mungo skrzy­wił się i skrę­cił, ucie­ka­jąc przed do­ty­kiem. Ścią­gnął kan­gurkę z po­wro­tem w dół, pe­wien, że na jego twa­rzy po­ja­wił się pie­kący ru­mie­niec. Gal­low­gate po­krę­cił głową. - Straszna sprawa. Twoja mam­cia mó­wiła nam, ja­kie żeś miał kło­poty z tymi cho­ler­nymi Fe­nia­nami. Ka­to­licy, cho­pie. Wilki w owczej skó­rze.

Mungo pró­bo­wał o tym nie my­śleć.

- Nic sie nie mart - uśmiech­nął się Gal­low­gate. - Wy­rwiemy cie z tej dzielni. Urzon­dzimy se nor­malny men­ski łi­kend i jesz­cze zro­bimy ście­bie mensz­czy­zne, nie?

Prze­sie­dli się na na­stępny au­to­bus, po­tem na jesz­cze je­den, a na na­stępną prze­siadkę cze­kali pra­wie trzy go­dziny. Znaj­do­wali się te­raz da­leko za Loch Lo­mond i Mungo za­czął po­dej­rze­wać, że męż­czyźni sami nie mają po­ję­cia, gdzie są. Wszystko wo­koło wy­glą­dało mu tak samo.

Obaj pi­jacy za­le­gli w za­ro­ślach kol­co­li­stu za bla­szaną budą przy­stanku au­to­bu­so­wego i wy­kań­czali ostat­nie za­pasy ten­nenta. Co ja­kiś czas Gal­low­gate prze­rzu­cał opróż­nioną puszkę nad ży­wo­pło­tem na wiej­ską dróżkę i py­tał chło­paka, czy nie nad­jeż­dża au­to­bus. Mungo sprzą­tał śmieć i mó­wił, że nie, nic nie wi­dać.

Mimo słońca po­czuł dreszcz i po­zwo­lił, żeby mię­śnie jego twa­rzy swo­bod­nie drgały, wolny od zdzi­wio­nych spoj­rzeń i otwar­tych ust nie­zna­jo­mych. Kiedy był sam, pró­bo­wał so­bie w ten spo­sób ulżyć, wy­czer­pać do cna ner­wowe na­pię­cie po­wo­du­jące ten tik, ale ni­gdy mu się nie udało.

Tu­taj na wsi było zim­niej. Ospałe pół­nocne słońce wy­da­wało się tkwić w jed­nym miej­scu na nie­bie, lecz jego cie­pło na­tych­miast wy­kra­dał upo­rczywy wiatr wie­jący z wą­wo­zów. Za­częło mu ciek­nąć z nosa, mimo że rano mógł się spa­lić na słońcu.

Usiadł na ziemi. Na pra­wym ko­la­nie miał strupa, skóra była po­marsz­czona i swę­działa. Spraw­dził, czy nikt nie pa­trzy, a po­tem przy­tknął do niego usta, po­li­zał mocno, żeby zmięk­czyć, po czym ssał, aż jego usta wy­peł­niły się me­ta­licz­nym sma­kiem. Wie­dział, że nie może so­bie za­ufać i za chwilę znów za­cznie li­zać strupa, więc pod­cią­gnął gołe nogi ku piersi i za­krył je brze­giem kan­gurki przed nio­są­cym co­raz mniej cie­pła słoń­cem. Na osie­dlu za­zwy­czaj grzało, to­też nie po­my­ślał, by wziąć ze sobą co­kol­wiek wię­cej niż cien­kie spor­towe spodenki. Po-Mo nie dała mu czasu na spa­ko­wa­nie i nie za­trzy­my­wała go, kiedy kiep­sko ubrany wy­śli­zgnął się z miesz­ka­nia.

Mungo wy­cią­gnął z ple­caka gruby ża­kar­dowy swe­ter i za­ło­żył go pod ny­lo­nową kan­gurkę. Su­cha sze­tlandzka wełna po­ła­sko­tała go prze­lot­nie w twarz. Spraw­dził, że pi­jacy wciąż leżą w za­ro­ślach. Cho­wa­jąc pół twa­rzy w swe­trze, prze­su­nął ję­zy­kiem wzdłuż weł­nia­nych splo­tów. Na­dal pach­niały świe­żym po­wie­trzem, tro­ci­nami i kwa­śną wo­nią amo­niaku z za­sra­nego go­łęb­nika. Przy­po­mi­nały mu o domu. Wci­snął tka­ninę kciu­kiem do otwar­tych ust, za­mknął oczy i na­ci­skał da­lej, aż do udła­wie­nia.

Kiedy nad­je­chał wiej­ski au­to­bus, męż­czyźni byli już nie­źle wsta­wieni. Mungo po­mógł im wejść do środka z tor­bami i węd­kami, a po­tem cze­kał cier­pli­wie, aż Święty Krzysz­tof za­płaci za bi­lety. Pi­jany męż­czy­zna za­chwiał się i wy­cią­gnął z kie­szeni garść sre­bra i mie­dzia­nych drob­nych. Ko­biety o spierzch­nię­tych ustach sa­pały z roz­draż­nie­niem, u ich stóp roz­mra­żały się za­kupy, a Mungo czuł, jak kark za­czyna go pa­lić, kiedy wy­dłu­by­wał mo­nety z za­ci­śnię­tej dłoni Świę­tego Krzysz­tofa i upusz­czał je jedną po dru­giej na po­daj­nik. Po­czuł, że po­wieki za­czy­nają mu drgać, to­też z ulgą po­wi­tał pro­te­sty kie­rowcy: - Do­bra, do­bra, już star­czy. To za dużo, sy­nek. - Z za­kło­po­ta­niem po­my­ślał, że nie po­trafi do­da­wać tak szybko. Rzadko by­wał w szkole, od kiedy Po-Mo znów za­cho­ro­wała na al­ko­hol.

Kie­rowca zwol­nił ha­mu­lec ręczny. Mungo nie po­tra­fił spoj­rzeć wiej­skim ko­bie­tom w oczy, ale ro­ze­śmiał się, sły­sząc, jak Święty Krzysz­tof ta­ra­bani się za nim i ży­czy skwa­szo­nym pa­sa­żer­kom "cu­dow­nego i ra­do­snego dnia". Gal­low­gate już za­snął na sto­sie przy­bo­rów węd­kar­skich i re­kla­mó­wek. Mungo usiadł z przodu i za­czął sku­bać czarną gu­mową uszczelkę wo­kół okna.

Opa­sły au­to­bus to­czył się po­woli krętą gór­ską drogą. Co ja­kiś czas się za­trzy­my­wał i wy­pusz­czał ni­skie, blade ko­biety pod ich ma­łymi bia­łymi dom­kami. Wy­so­ko­prężny sil­nik mru­czał ko­ły­sankę, aż chło­pak po­czuł, że po­wieki ro­bią mu się cięż­kie po dniu peł­nym wra­żeń. Przy dro­dze po­ja­wiły się oka­la­jące ją so­snowe i ci­sowe za­gaj­niki, a ich ga­łę­zie prze­sie­wały pro­mie­nie słońca pa­da­jące mu na twarz. Mungo oparł głowę o szybę i głę­boko za­snął.

We śnie spo­tkał Ha­mi­sha. Brat le­żał na łóżku na­prze­ciwko po­sła­nia Munga, który po ką­cie, pod ja­kim świa­tło słońca od­bi­jało się od gru­bych szkieł tam­tego, roz­po­znał porę dnia: wcze­sny wie­czór. Ha­mish ła­do­wał so­bie do ust pełne łyżki płat­ków śnia­da­nio­wych, a strużki mleka cze­ko­la­do­wego cie­kły mu na bez­włosą klatkę pier­siową. Mungo le­żał bez ru­chu, spo­koj­nie ob­ser­wu­jąc brata. Czer­pał ra­dość z ta­kich chwil, kiedy mógł pa­trzeć na ko­goś, kto nie wie­dział, że jest pod­glą­dany. Ha­mish uśmie­chał się do sie­bie. Lewa strona jego twa­rzy marsz­czyła się, gdy chło­pak prze­wra­cał kartki ko­lo­ro­wego ma­ga­zynu. Mungo do­strze­gał wy­ma­lo­wane, ścią­gnięte twa­rze na­gich, roz­kra­czo­nych ko­biet, które od­po­wia­dały Ha­mi­showi gry­ma­sami. Gdy jed­nak z po­wro­tem prze­niósł wzrok na twarz brata, oka­zało się, że to Ha­mish mu się przy­gląda. Już się nie uśmie­chał. - Po­wiedz mi, Mungo: to szy­sko moja wina?

Gal­low­gate obu­dził go gwał­tow­nym szarp­nię­ciem. Do gór­nej wargi męż­czy­zny przy­kle­iła się lepka, na wpół wy­schnięta ślina. Chło­pak przez chwilę nie wie­dział, czy tam­ten się uśmie­cha, czy na niego war­czy.

Gdy wy­ta­czali się z au­to­busu, Święty Krzysz­tof na­cią­gnął so­bie kostkę i upadł w trawę na po­bo­czu. Na tym od­cinku drogi pod gę­stym bal­da­chi­mem olch stało zie­lone, wil­gotne i duszne po­wie­trze. Święty Krzysz­tof wił się po ziemi, przy­ci­ska­jąc ma­ry­narkę do pta­siej piersi. - Czemu żeś nas nie obu­dził! - ry­czał wście­kle, a w ką­ci­kach jego ust zbie­rała się piana. - Że­śmy so o mile od na­szej pier­do­lo­nej drogi!

- Nie wiem, do­kąd je­dziemy. Wszystko wy­gląda tak samo.

Gal­low­gate zro­bił krok na­przód, tak jakby miał ochotę ude­rzyć chło­paka, a Mungo in­stynk­tow­nie się cof­nął, za­sła­nia­jąc się ra­mio­nami.

- Do kurwy nę­dzy. - Od­dech tam­tego śmier­dział kwa­śno pi­wem i snem. - Spo­kój. Nima już o co drzeć ryja. - Męż­czy­zna dźwi­gnął siatki z ziemi i za­rzu­cił je so­bie na ra­mię, po czym ru­szył spa­ce­ro­wym kro­kiem w kie­runku, z któ­rego przy­je­chał au­to­bus, środ­kiem drogi, rzu­ca­jąc wy­zwa­nie każ­demu kie­rowcy. - Jak że­śmy so mile w plecy, to sie le­piej, kurwa, ru­szajmy.

Tą drogą naj­wy­raź­niej rzadko jeź­dziły sa­mo­chody, ale Mungo i Święty Krzysz­tof wle­kli się bez­piecz­nie po­bo­czem. Ich ba­gaże za­cze­piały o kol­cza­ste pędy je­żyn. Chło­pak za­piął błę­kitną kan­gurkę aż pod szyję, a po­tem wy­żej, za­kry­wa­jąc rów­nież usta. Wtu­lił głowę w wy­soki koł­nierz tak, że na ze­wnątrz po­zo­stała tylko para spusz­czo­nych oczu, mru­ga­ją­cych w takt ner­wo­wego tiku.

Po czter­dzie­stu mi­nu­tach mar­szu Święty Krzysz­tof za­czął ję­czeć: siatki wpi­jały mu się w palce, a buty od gar­ni­turu za­częły ocie­rać jego su­che jak pa­pier pięty. Gal­low­gate ob­rzu­cił ich gniew­nym spoj­rze­niem jak oj­ciec, który nie może skło­nić dzieci, by się grzecz­nie za­cho­wy­wały. Szarp­nął Munga za ra­mię i zmu­sił go do wy­sta­wie­nia kciuka w kie­runku nad­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów, mimo że w za­sięgu wzroku nie było żad­nych po­jaz­dów, po czym ze­śli­zgnął się z na­sypu, a star­szy męż­czy­zna po­dą­żył za nim, nie­ustan­nie uskar­ża­jąc się na swój los. Za­le­gli za ka­mien­nym mur­kiem, tym­cza­sem Mungo cze­kał przy pu­stej dro­dze, usi­łu­jąc zła­pać oka­zję. Nic nie je­chało, ani z jed­nej, ani z dru­giej strony. Da­leko przed nim drogę blo­ko­wało stado owiec.

Mungo nie wie­dział, która go­dzina, ale pod bal­da­chi­mem olch zro­biło się chłodno. Jego na­gie go­le­nie za­częły si­nieć, więc ścią­gnął kan­gurkę i za­ło­żył rę­kawy na nogi, a gdy zro­biło mu się zim­niej w że­bra niż w nogi, znów ją roz­piął i za­ło­żył z po­wro­tem na górę. Mi­nęła go­dzina, po­tem dwie, lecz na szo­sie nie po­ja­wiły się żadne sa­mo­chody. Usły­szał za ka­mien­nym mu­rem syk ko­lej­nych otwie­ra­nych pu­szek z pi­wem. Święty Krzysz­tof wsta­wał co ja­kiś czas, by rzu­cić mu słowa za­chęty. - Ano, do­brze se ra­dzisz, sy­nek. Na­prawde świet­nie!

Ko­bieta o mę­skim wy­glą­dzie naj­wy­raź­niej po­czuła się wstrzą­śnięta wi­do­kiem chłopca sto­ją­cego na środku drogi. Jej za­sko­cze­nie ustą­piło miej­sca lę­kowi, a po­tem roz­cza­ro­wa­niu, kiedy zza murku wy­gra­mo­liło się dwóch pi­ju­sów. Mungo stał z sym­pa­tycz­nym uśmie­chem przed jej brą­zową ładą, unie­moż­li­wia­jąc jej ucieczkę. Wy­glą­dał nie­po­ko­jąco, szcze­rząc się z ulgą w sła­bym bla­sku re­flek­to­rów.

Wła­ści­cielka auta nie po­zwo­liła żad­nemu z nich usiąść z przodu. Mungo, ści­śnięty na tyl­nym sie­dze­niu po­mię­dzy ob­cymi męż­czy­znami, cie­szył się, że ich ciała go ogrze­wają. Po­si­nieli od al­ko­holu, a nuta torfu w ich od­de­chu sko­ja­rzyła mu się z zi­mo­wym ogni­skiem. Chłód po­zba­wił go ja­kie­go­kol­wiek po­czu­cia nie­za­leż­no­ści, więc bez wa­ha­nia po­zwo­lił, żeby ści­snęli go mię­dzy sobą. Gal­low­gate si­lił się na uprzejme uwagi, a Mungo słu­chał, jak fa­cet wal­czy z wła­snym ję­zy­kiem, pró­bu­jąc wy­ma­wiać każde słowo wy­raź­nie. Po­pro­sił ko­bietę, by pod­wio­zła ich do miej­sca, gdzie droga wio­dła przez ob­ni­że­nie te­renu, do dziury w ogro­dze­niu, za którą błot­ni­sty szlak pro­wa­dził do je­ziora. Mungo wi­dział, że to miej­sce trudno by­łoby zna­leźć na­wet w świe­tle dnia, a co do­piero o ta­kim fio­le­to­wym zmierz­chu, jaki wła­śnie za­pa­dał.

Ko­bieta pro­wa­dziła po­woli. Naj­wy­raź­niej bała się męż­czyzn na tyl­nym sie­dze­niu i wo­lała nie prze­ga­pić prze­rwy w ogro­dze­niu, żeby nie spę­dzić z nimi ani chwili dłu­żej, niż to ko­nieczne. Mungo za­uwa­żył, że jej oczy co i rusz wę­drują ku we­wnętrz­nemu wstecz­nemu lu­sterku, i za każ­dym ra­zem, kiedy ich wzrok się spo­ty­kał, po­sy­łał jej swój naj­lep­szy uśmiech ze szkol­nego zdję­cia.

- Ni­gdy w ży­ciu nie wi­dzia­łem owiec - oświad­czył.

Ko­bieta uśmiech­nęła się, być może tylko z grzecz­no­ści. Co­kol­wiek ro­bił Mungo, wy­da­wało się ją krę­po­wać. Jej skóra wy­glą­dała na wy­gar­bo­waną, tak jakby pra­co­wała na wie­trze i desz­czu. Na jej no­sie tkwiły oku­lary w ro­go­wych opraw­kach. Miała na so­bie ręcz­nie ro­biony swe­ter z wzo­rem z wysp Aran. Do tego skrom­nego stroju za­ło­żyła na­szyj­nik z pe­reł. Mungo ob­ser­wo­wał, jak ko­bieta po­śpiesz­nie wpy­cha bi­żu­te­rię pod swe­ter.

- Nie je­ste­śmy spo­krew­nieni - po­wie­dział ci­cho. - To kum­ple mo­jej matki. Za­bie­rają mnie na węd­kar­ski week­end.

- Cu­dow­nie - od­po­wie­działa, ale jej ton zdra­dzał, że tak nie my­śli.

- Ano. - Po­czuł na­gły przy­mus, by opo­wie­dzieć tej snobce wię­cej o so­bie, swo­ich to­wa­rzy­szach i celu ich po­dróży. - Są ano­ni­mo­wymi al­ko­ho­li­kami. Pew­nie mam­cia po­my­ślała, że tro­chę świe­żego po­wie­trza po­służy nam wszyst­kim.

Ko­bieta w swe­trze z Aran pa­trzyła na niego o se­kundę za długo. Sa­mo­cho­dem za­rzu­ciło, kiedy koła zła­pały po­bo­cze. Czyjś kciuk (a może to była ta­nia pla­sti­kowa za­pal­niczka?) wbił mu się ostrze­gaw­czo w gołą nogę. Naj­wy­raź­niej Gal­low­gate wo­lał, żeby dzie­ciak prze­stał ga­dać. Mungo sły­szał sa­pa­nie Świę­tego Krzysz­tofa. Star­szy męż­czy­zna cmo­kał z prze­ję­ciem, ni­czym sto­jąca przed skle­po­wym re­ga­łem go­spo­dyni, która nie może uwie­rzyć w pod­wyżkę cen mleka.

Wle­kli się tak przez kilka mil, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc zna­leźć punkt za­pa­mię­tany przez Gal­low­gate'a, gdy jed­nak w końcu do­tarli do prze­rwy w ogro­dze­niu, wy­glą­dała do­kład­nie tak, jak ją opi­sał. Ko­bieta ści­snęła to­rebkę mię­dzy ko­la­nami, za­nim ich wy­pu­ściła, po czym od­je­chała z ry­kiem sil­nika, pod­czas gdy oni ogar­niali swoje ba­gaże, siatki z pi­wem i torby z żyłką węd­kar­ską.

- Na­denta cipa. My­ślał żem, że se ukrenci to per­łowe ucho - ode­zwał się Gal­low­gate i za­chi­cho­tał.

Święty Krzysz­tof dy­go­tał przy pło­cie. Wciąż cmo­kał z prze­ję­ciem. - Mungo, nie po­wi­nien żeś tyle o nas ga­dać.

Mungo ode­rwał wzrok od nik­ną­cych w od­dali tyl­nych świa­teł. - Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łem. - Od­pro­wa­dzał Po-Mo na spo­tka­nia AA na Hope Street tyle razy, że do­sko­nale orien­to­wał się w za­sa­dach do­ty­czą­cych ano­ni­mo­wo­ści.

- Co s tobo? - za­py­tał Gal­low­gate. - Młody tyko se traj­ko­tał.

Święty Krzysz­tof dy­go­tał te­raz jak szkie­let w we­so­łym mia­steczku. Wy­mam­ro­tał pod no­sem: - Mó­wie tyko, żeś nie po­wi­nien ni­komu tak psuć re­pu­ta­cji.

Gal­low­gate spoj­rzał bacz­nie na trzę­są­cego się to­wa­rzy­sza. Na jego ma­ry­narce wi­dać było ślady błota po po­pa­sie w za­ro­ślach, a białe spor­towe skar­pety, jak z pa­kietu "dzie­sięć za pią­taka", miały czarne ob­wódki ku­rzu z drogi. Na ob­tar­tych bu­tami pię­tach wid­niały pur­pu­rowe pę­che­rze. Wy­ta­tu­owany męż­czy­zna po­krę­cił głową. - Bym nie po­my­ślał, że masz wo­gle ja­koś re­pu­ta­cje. - Wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki paczkę cia­stek Wa­gon Wheel i wrę­czył ją chłopcu z po­ro­zu­mie­waw­czym mru­gnię­ciem, tak jakby prze­pra­szał za sta­rego pi­jaka. Mru­gnię­cie ozna­czało, że Gal­low­gate uważa go za w po­rządku chło­paka i że mu­szą ścier­pieć Świę­tego Krzysz­tofa ra­zem.

Ro­biło się późno. Kiedy scho­dzili nad je­zioro, Mungo po­my­ślał, że jego to­wa­rzy­sze to dziwna, nie­do­brana para. Wie­dział jed­nak, że al­ko­hol to wielki ni­we­la­tor róż­nic, który po­trafi po­łą­czyć zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cych lu­dzi. Wi­dział we wła­snym domu, jak kom­plet­nie różni go­ście gro­ma­dzą się so­li­dar­nie wo­kół po­siłku przy­nie­sio­nego z baru. Przy­po­mi­nał so­bie wszyst­kie te ciotki i wuj­ków, któ­rych jego matka go­ściła, a po­tem sta­czała się z nimi pod stół. Lu­dzie, na któ­rych nie spoj­rza­łaby na­wet na ulicy, sta­wali się naj­bliż­szą ro­dziną, gdy wy­mie­nili czeki z za­sił­kiem dla bez­ro­bot­nych na ćwiartkę bursz­ty­no­wego płynu.

Nad je­zioro nie pro­wa­dziła żadna wy­raźna ścieżka: na ziemi roz­po­ście­rał się dy­wan skrzy­pów. W ostat­nich pro­mie­niach fio­le­to­wego zmierz­chu Gal­low­gate prze­my­kał po­mię­dzy brzo­zami, zsu­wa­jąc się ku je­zioru, któ­rego jesz­cze nie było wi­dać. Święty Krzysz­tof zo­stał z tyłu. Mungo sły­szał, jak star­szy męż­czy­zna mam­ro­cze do sie­bie, i za­trzy­my­wał się od czasu do czasu, by uśmiech­nąć się do na­bur­mu­szo­nego to­wa­rzy­sza, ale tam­ten tylko sta­wał i dłu­bał w omsza­łej ko­rze, jakby go fa­scy­no­wała.

Mungo pra­wie ni­gdy nie wy­jeż­dżał z mia­sta, a już na pewno ni­gdy nie był w miej­scu, gdzie zie­leń wy­da­wała się roz­cią­gać bez końca we wszyst­kie strony. Kie­dyś zna­lazł się na za­pusz­czo­nych po­lach nie­da­leko Gar­tham­lock, ale tam było pełno wy­pa­lo­nych wra­ków sa­mo­cho­dów oraz po­roz­pru­wa­nych ka­nap i nie dało się bie­gać po tra­wie bez stra­chu, że czło­wiek nie ro­ze­tnie so­bie kostki. Te­raz kiedy szli przez las, aż mu się za­krę­ciło w gło­wie na myśl, że przed nim była tu za­pewne tylko garstka lu­dzi. W brzo­zo­wym za­gaj­niku pa­no­wała ci­sza, nie było sły­chać pta­ków ani zwie­rzą­tek prze­my­ka­ją­cych przez po­szy­cie. Nie­ska­zi­telna przy­roda ko­iła zmy­sły chło­paka.

Zna­leźli po­bie­lałą czaszkę i ko­ści sta­rej owcy. Gal­low­gate prze­su­nął pal­cami po za­krzy­wio­nych ro­gach i wy­ja­śnił, że to był ba­ran, "owczy fa­cet". Mungo po chwili po­szu­ki­wań wy­grze­bał z kie­szeni kan­gurki jed­no­ra­zowy apa­rat, który dała mu sio­stra, z fil­mem w po­ło­wie wy­pstry­ka­nym na głu­pie uję­cia Jo­die eks­pe­ry­men­tu­ją­cej z ob­ciętą sa­mo­dziel­nie grzywką. Je­dy­nym dźwię­kiem, jaki roz­le­gał się te­raz w za­gaj­niku, było "skrzyp-skrzyp" prze­su­wa­ją­cej się kli­szy. Flesz za­trzy­mał w ru­chu ko­ły­szące się li­ście. Na­wet Święty Krzysz­tof prze­stał na­rze­kać.

Prze­cięli mroczną po­lanę, idąc gę­siego. Gal­low­gate kuc­nął i po­ka­zał Mun­gowi, jak wy­glą­dają po­krzywy, a kiedy do­tarli do miej­sca, gdzie roz­cią­gało się całe mo­rze tych ro­ślin, wsa­dził so­bie go­ło­no­giego chło­paka na plecy i ru­szył przez pa­rzące za­ro­śla ni­czym osio­dłany muł. Za­rżał, gdy jego wy­głupy przy­pra­wiły chło­paka o bul­go­czący śmiech. Im moc­niej Mungo się śmiał, tym szyb­ciej męż­czy­zna ga­lo­po­wał, aż wrza­ski ra­do­ści od­biły się echem od gę­stych ko­ron drzew, a Gal­low­gate ciężko dy­szał.

Kiedy gołe nogi Munga ob­jęły Gal­low­gate'a w pa­sie, chło­pak uznał to w pierw­szej chwili za dość dziwne uczu­cie, ale po­tem po­czuł się bez­piecz­nie na ple­cach męż­czy­zny. Gdy zaś ten po­sta­wił go z po­wro­tem na ziemi, roz­tarł mu go­le­nie i roz­grzał ko­ści. Mungo za­sta­na­wiał się, czy wcze­śniej nie zro­zu­miał jego za­cho­wa­nia opacz­nie. Spoj­rzał za sie­bie, jed­nak nie zo­ba­czył ani nie usły­szał za nimi Świę­tego Krzysz­tofa. Gal­low­gate nie wy­da­wał się tym szcze­gól­nie prze­jęty: od­kaszl­nął, splu­nął mię­dzy pa­pro­cie i żwawo ru­szył da­lej.

Słońce cho­wało się już za wzgó­rzami, kiedy do­tarli nad wodę. Wy­szli z gę­stego lasu i na­gle otwarło się przed nimi je­zioro, nieco zbyt wiel­kie jak na gust Munga. Po­szedł po­woli ku brze­gowi.

Dzień koń­czył się fe­erią barw, a gdy mięk­kie fio­lety i od­cie­nie brzo­skwi­nio­wego znik­nęły już za ho­ry­zon­tem, Mungo się za­smu­cił: dla­czego nie przy­byli tu wcze­śniej? Od­chy­lił głowę i za­czął cho­dzić w kółko: w gó­rze ciem­nie­jący błę­kit nieba prze­szy­wały lek­kie cy­try­nowe smugi. Do tej pory nie wie­dział, że niebo po­trafi być tak ko­lo­rowe - albo nie zwra­cał na to uwagi. Czy kto­kol­wiek w Glas­gow pa­trzył w górę?

Wes­tchnął ci­cho z po­dzi­wem. Cały ten prze­piękny spek­takl na nie­bie od­bi­jał się w wo­dach je­ziora, tak jakby matka na­tura cheł­piła się swo­imi moż­li­wo­ściami. Gal­low­gate uśmiech­nął się z dumą. - Cze­kaj, aż przyj­dzie noc. Żeś jesz­cze nie wi­dział ta­kiego czar­nego nieba.

Męż­czy­zna za­pro­po­no­wał Mun­gowi, że weź­mie go na ba­rana, tak żeby chło­pak mógł zo­ba­czyć drugi brzeg, za­nim znik­nie cał­ko­wi­cie w mroku nocy. Pa­trząc z tej wy­so­ko­ści, Mungo my­ślał so­bie, że je­zioro musi być sze­ro­kie na ja­kieś dwie mile, ale za to dłu­gie chyba na sto.

Prze­ciwny brzeg ob­rę­biony był krzep­kimi wzgó­rzami, któ­rych stoki wy­da­wały się roz­prute, tak jakby skały spod spodu roz­darły samą ich tkankę. Cały barwny kra­jo­braz wy­glą­dał na po­ła­tany i usiany cęt­kami. Mun­gowi zda­wało się, jakby pa­górki zo­stały przy­kryte wiel­kim wy­tar­tym dy­wa­nem, a omszała zie­leń i bure brązy - miej­scami prze­tarte, od­sła­niały szary gra­nit, tak jakby ta skała sta­no­wiła pod­szewkę ziemi. Na tym tle ro­sły roz­siane kępy fio­le­to­wych wrzo­sów i zło­tych kol­co­li­stów, a tu i ów­dzie le­żały małe łaty bia­łego śniegu, trwa­jące upar­cie w naj­głęb­szych szcze­li­nach.

Po le­wej je­zioro zni­kało z wi­doku, po pra­wej zaś skrę­cało le­ni­wie i cho­wało się za ścianą so­sen. Mungo oce­niał w my­ślach, że jest więk­sze od jego osie­dla, a może na­wet więk­sze niż całe Glas­gow.

Dwa razy w ży­ciu wi­dział mo­rze, któ­rego wody przez cały czas ko­ły­sały się i bu­rzyły. Tu jed­nak fale wę­dro­wały le­ni­wie, a po­wierzch­nia lśniła nie­ru­chomo ni­czym w ka­łuży. Pra­wie nic się nie po­ru­szało poza ro­jami czar­nych mu­szek, la­ta­ją­cymi ni­sko i przy­cią­ga­ją­cymi głodne ryby, które wzbu­dzały na ta­fli kręgi fal. Je­zioro wy­glą­dało na głęb­sze i chłod­niej­sze niż w naj­śmiel­szych za­ło­że­niach Munga. Pa­no­wała tu smutna at­mos­fera za­po­mnie­nia i spo­koju. Ci­sza wy­da­wała się kryć liczne ta­jem­nice.

Gal­low­gate opu­ścił chłopca na zie­mię. Roz­tarł zzięb­nięte plecy Munga, a na­stęp­nie ru­szył po­mię­dzy roz­łu­pane skały oka­la­jące brzeg. W po­kryty mchem stok wzgó­rza wci­śnięto tu stos to­por­nie ocio­sa­nych ka­mieni, przy­po­mi­na­ją­cych nieco sza­łas. Mungo do­strze­gał rów­no­le­głe ściany, zruj­no­wane wej­ście i prze­ciw­le­głą ścianę szczy­tową. Na ze­wnątrz sza­łasu było miej­sce na ogni­sko i usta­wione w pół­kole więk­sze głazy - sie­dzi­ska. W cie­niach brzę­czały żar­łoczne muszki.

- Przy­wyk­niesz do nich - oświad­czył Gal­low­gate, wrę­cza­jąc chłopcu wielki liść szcza­wiu. - Na­trzyj tym nogi i szy­sko be­dzie w po­rzonku.

Mungo tarł od­sło­nięte go­le­nie, aż po­zie­le­niały i stały się śli­skie od chlo­ro­filu, nie znie­chę­ciło to jed­nak gry­zą­cych much.

Święty Krzysz­tof wy­kuś­ty­kał spo­mię­dzy drzew. Opadł ciężko na ka­mie­nie przy brzegu je­ziora i za­nu­rzył stopy w lo­do­wa­tej wo­dzie. Jego kan­cia­sta syl­wetka odziana w szary tweed wy­glą­dała jak jesz­cze jedna nad­brzeżna skała.

Gal­low­gate za­rzą­dzał roz­bi­ja­niem obozu wo­kół ka­mien­nego kręgu ogni­sko­wego. Zdjął modną ny­lo­nową bom­berkę, a ko­lana jego wło­skich dżin­sów szybko za­mo­kły, kiedy roz­pa­ko­wy­wał stos pla­sti­ko­wych sia­tek. Wy­jął z ple­caka dwa na­mioty, które wy­glą­dały, jakby ich ścianki zro­biono z pa­pieru. Dwu­oso­bowy roz­bił we­wnątrz po­rzu­co­nego sza­łasu, a drugi, mniej­szy, po prze­ciw­nej stro­nie obozu, na su­chym, żwi­ro­wym pod­łożu, zda­wało się - jak naj­da­lej od pierw­szego. Mungo po­ma­gał wbi­jać za­krzy­wione śle­dzie w zie­mię ka­wał­kiem krze­mie­nia. - Czy te na­mioty nie po­winny stać bli­żej sie­bie?

Gal­low­gate spoj­rzał na chłopca i po­krę­cił głową z uśmie­chem, który miał wy­glą­dać przy­jaź­nie, ale był cał­ko­wi­cie po­zba­wiony cie­pła. Mun­gowi wy­da­wało się, że po­mię­dzy cien­kimi war­gami do­strzega nie­bez­pieczny błysk zę­bów. Być może ten męż­czy­zna - tak jak Ha­mish - nie lu­bił, kiedy pod­wa­żano jego au­to­ry­tet.

- Nie. Le­piej po­sta­wić go da­leko od ognia - od­parł Gal­low­gate. Cof­nął się, by na­piąć od­ciąg, po czym szarp­nął za niego, żeby spraw­dzić na­prę­że­nie. - Nie chcesz se po­oglon­dać gwiazd?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki