Jeden
Kiedy zbliżali się do rogu, Mungo zatrzymał się i strząsnął dłoń mężczyzny ze swojego ramienia. Ten asertywny gest zaskoczył wszystkich. Chłopak odwrócił się i zmrużonymi oczami spojrzał na kamienicę czynszową, a jego powieki zaczęły nerwowo drgać. Matka, obserwująca go przez wzorzystą firankę w kłosy pszenicy, próbowała wmówić sobie, że ten tik to wesołe mrużenie oczu, radosna wiadomość nadawana alfabetem Morse'a: wszystko będzie dobrze. D-O-B-R-Z-E. Taki właśnie był jej najmłodszy syn: uśmiechał się, nawet kiedy nie miał ochoty. Zrobiłby wszystko, żeby inni poczuli się lepiej.
Po-Mo odsunęła zasłonę i oparła się o ramę okna jak kobieta szukająca towarzystwa. Uniosła kubek z herbatą i zastukała w szybę paznokciami drugiej dłoni, pomalowanymi na perłoworóżowo. Wybrała ten kolor, żeby jej palce wydawały się świeższe. Jeżeli dłonie wyglądały młodziej, to samo mogło dotyczyć twarzy i całej jej osoby. Mungo znów się przesunął, stopy same niosły go z powrotem ku domowi. Potrząsnęła palcami z pomalowanymi paznokciami, odganiając go. "Idźże już!"
Jej chłopiec stał lekko pochylony, z plecakiem tkwiącym na grzbiecie niczym garb. Nie wiedział, co powinien zabrać, więc wcześniej bez entuzjazmu wziął się za pakowanie i ostatecznie w plecaku wylądowała kupa bzdur: za duży szetlandzki sweter - żakard z Fair Isle, herbata w torebkach do zaparzania, szkicownik z powyginanymi rogami, gra w chińczyka i kilka na wpół wyciśniętych tubek leczniczych maści. Chłopak zachwiał się na rogu, tak jakby plecak przeważał go i ciągnął w tył, prosto do rynsztoka. Po-Mo wiedziała, że bagaż nie jest aż tak ciężki. Była pewna, że jeśli już coś obciąża Munga, to jego masywne kości.
Zaplanowała to wszystko dla jego dobra, a on teraz śmiał gapić się na nią smętnym wzrokiem. Było zbyt gorąco na takie głupoty, do tego grał jej na nerwach. - No, idźże! - wymówiła bezdźwięcznie i łyknęła zimnej herbaty.
Na rogu czekało na Munga dwóch mężczyzn. Westchnęli, zachichotali i wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a potem odstawili torby i zapalili papierosy. Po-Mo dostrzegała, że mają już ochotę stąd spadać - na tych wąskich uliczkach nie lubiano nieznanych twarzy - a także, że ostatkiem sił powstrzymywali się od popędzania jej chłopca. Mężczyźni byli dość sprytni, żeby nie naciskać Munga, nie tak blisko domu, gdzie wciąż mógł im uciec. Spoglądali na niego spod przymrużonych powiek, obserwując i czekając, co zrobi, a ich dłonie myszkowały w kieszeniach spodni, odklejając moszny od ud. Zapowiadał się gorący, duszny dzień. Młodszy z mężczyzn bawił się swoim fiutem. Po-Mo przejechała językiem po dolnych zębach.
Mungo uniósł dłoń, by pomachać w kierunku okna, ale Po-Mo spojrzała na niego groźnie. Musiał dostrzec, jak jej twarz tężeje w grymasie, a może doszedł do wniosku, że machanie jest dziecinne, ponieważ przerwał gest w połowie i złapał dłonią powietrze, trochę jak tonący.
W obwisłych sportowych spodenkach i zbyt dużej przeciwdeszczowej kangurce wyglądał jak lump w stroju z darów, lecz kiedy odgarnął włosy z twarzy, Po-Mo zobaczyła napięte mięśnie jego szczęki i przypomniała sobie, że jej syn staje się właśnie niezależnym młodzieńcem. Znów zastukała paznokciami w szybę. "Żebyś mi sie nie śmiał tak gapić!"
Młodszy z mężczyzn podszedł do Munga i objął go ramieniem. Chłopak skrzywił się pod ciężarem ręki tamtego. Po-Mo dostrzegła, jak rozciera sobie boki, a pamięć podsunęła jej wspomnienie fioletowych siniaków rozkwitających mu na żebrach. Zastukała w szkło. "Idźże już, na litoś bosko!" Po tym jej syn opuścił wzrok i pozwolił się odprowadzić. Mężczyźni śmiali się i klepali go po plecach. "Dobry młodziak, dzielny młodziak".
Po-Mo nie była przesadnie religijna, ale teraz wyciągnęła różowe paznokcie ku niebu i potrząsnęła palcami, wykrzykując podziękowania. Wylała resztę herbaty do doniczki z wysuszoną zielistką, napełniła kubek bełtem, alkoholowym drinkiem z kofeiną, podkręciła muzykę i zrzuciła buty.
Trójka podróżników złapała miejski autobus na Sauchiehall Street. Glasgow omdlewało od wyjątkowo uciążliwych upałów, a oni musieli przepchnąć się pod prąd przez tłum hałaśliwych facetów w bezrękawnikach, podpieczonych już na różowo w promieniach słońca. Ławki w centrum miasta zajmowały krzepkie babcie w kapeluszach i grubych wełnianych płaszczach. Na wargach kobiet pojawiały się krople potu. Spocone dzieciaki przemykały po ulicach, a babcie przytulały głowy do obfitych piersi i drzemały w gorącu. Przypominały Mungowi gołębie z jego dzielnicy, wielkie, leniwe ptaszyska o półprzymkniętych oczach i głowach schowanych w nastroszonym pierzu.
Miasto żyło dźwiękami melodii granych przez buskerów, idących o lepsze z wojskowym zgiełkiem ćwiczącego zespołu protestantów. Ich fleciki świergotały słodko niczym ptaszki na tle niskich, powolnych uderzeń wielkiego bębna lambeg. Melodia była tak poruszająca, że jakiś starszy, wyglądający na dystyngowanego dżentelmen pogrążył się w zadumie i uronił kilka rzęsistych łez. Mungo próbował nie patrzeć na tak jawnie płaczącego mężczyznę, tym bardziej że nie był pewien, czy to łzy żalu, czy też dumy. Spod mankietu tamtego błyszczała bransoletka kosztownego zegarka. Z braku lepszych podpowiedzi chłopak doszedł do wniosku, że jest zbyt ostentacyjna, zbyt nietaktowna jak na katolika.
Mężczyźni człapali w blasku słońca, obładowani naręczami plastikowych reklamówek, skórzanym tornistrem z przyborami wędkarskimi i wielkim kempingowym plecakiem. Mungo słyszał, jak skarżą się na doskwierające pragnienie. Znał ich zaledwie od godziny, ale wspomnieli o tym już kilka razy. Zdawało się, że przez cały czas ich suszy. - Alebym se łyknoł! - zagaił starszy z tej dwójki, z buraczkowoczerwonymi rumieńcami, wyraźnie przegrzany w grubym tweedowym garniturze. Drugi mężczyzna zignorował pierwszego. Szedł okrakiem, tak jakby nogawki ciasnych dżinsów drażniły jego uda.
Poprowadzili chłopca na dworzec autobusowy i pobrzękując monetami, załadowali się do autobusu, który po chwili ruszył na północ, wywożąc ich z Glasgow ku zielonym wzgórzom Dumbarton.
Zanim mężczyźni przecisnęli się do plastikowej kanapy na tyle pojazdu, spocili się i zasapali. Mungo siedział pomiędzy nimi, próbując się skulić tak, by ich nie dotykać. Kiedy jeden z nich patrzył przez okno, chłopak przyglądał się jego profilowi, a gdy facet odwracał się w stronę Munga, on udawał, że zainteresowało go coś za przeciwległym oknem, i starał się unikać wzroku tamtego.
Przycisnął podbródek do piersi i spróbował powstrzymać nerwowe swędzenie rozchodzące mu się po twarzy, gdy patrzył na szare miasto znikające za oknami. Wiedział, że znów to robi: marszczył się i mrugał z taką miną, jakby kręciło go w nosie, ale nie był w stanie kichnąć. Czuł na sobie spojrzenie tamtego.
- Nie pamientam, kiedy żem ostatni raz był za miastem - powiedział starszy mężczyzna. Jego głos zabrzmiał chrapliwie, tak jakby miał w gardle pełno suchych okruchów. Czasami w środku zdania wciągał powietrze i dygotał: miało się przy tym wrażenie, że każde jego słowo może być ostatnim. Mungo próbował się do niego uśmiechnąć, ale coś w twarzy tamtego przypominało mu szczura. Trudno było mu patrzeć w oczy.
Nieznajomy w garniturze odwrócił się z powrotem do okna, a Mungo wykorzystał tę okazję, by przyjrzeć mu się dokładniej. Kościsty mężczyzna na przełomie pięćdziesiątki i sześćdziesiątki swoje w życiu przeszedł. Chłopak widywał już wcześniej takich facetów. Młodzi protestanccy chuligani z jego dzielnicy często ganiali takich dla zabawy, okrążając hałaśliwych pijaków pod robotniczymi pubami, zaganiając ich szyderstwami ku barom z rybą i frytkami, a potem rzucając się na ostatnie monety wypadające z porozdzieranych kieszeni. Starszy mężczyzna przez całe życie najwyraźniej jadł byle co i ostro popijał, toteż wydawał się wychudły i pożółkły. Zbyt mało tłuszczu, zbyt dużo skóry i w efekcie jego żółtawa twarz marszczyła się niczym przejrzałe jabłko.
Sfatygowana marynarka nie pasowała do pary spodni z wypchanymi kolanami, które również wyglądały jak rozciągnięta skóra. Pod marynarką miał reklamujący serwis hydraulika z South Side T-shirt, którego góra była oderwana od reszty. Chłopak zastanawiał się, czy nie są to jedyne ciuchy starszego faceta: śmierdziały brudem i potem, tak jakby właściciel nosił je przez cały czas.
Mungowi nagle zrobiło się dziwnie żal tamtego. Mężczyzna trząsł się lekko. Lata spędzone na ukrywaniu się przed światłem w zakamarkach mrocznych pubów sprawiły, że teraz reagował na słońce niczym chart wypchnięty na śnieg. Jego małe oczka strzelały na wszystkie strony, a długie kończyny drgały jak u maltretowanego psa. Wyglądał, jakby miał ochotę rzucić się do ucieczki.
Kiedy ostatni z wieżowców zniknął za oknem, mężczyzna w garniturze zaczął wydawać zachęcające dźwięki, wypełniając ciszę i sugerując innym, by dołączyli do konwersacji. Mungo przycisnął brodę do piersi i milczał, a młodszy mężczyzna drapał się tylko po kroczu. Dzieciak obserwował go kątem oka.
Ten z kolei wyglądał na dwadzieścia kilka lat. Nosił błękitne dżinsy, w których pasek miał przewleczony pod logo, tak by nie zasłaniał dumnego znaku "Armani". Wydawał się przystojny, a w każdym razie kiedyś taki był, ale coś psuło jego wygląd: miało się wrażenie, że przypomina mięso u rzeźnika, zbyt długo pozostawione na ladzie. Mimo gorąca założył na ten wyjazd pękatą bomberkę, lecz kiedy w autobusie ją zdjął, Mungo dostrzegł na jego ramionach żylaste mięśnie, świadczące o tym, że ich posiadacz ma za sobą lata ciężkiej pracy, walki albo i tego, i tego.
Włosy miał krótko przystrzyżone, a grzywkę zaczesaną do przodu i pozlepianą tak, że tworzyła małe zęby, jakby przycięto ją profilowanymi nożyczkami. Mungo zagapił się na jego otarte kostki. Skóra mężczyzny miała miodowy odcień, rzadko spotykany u Szkotów. Być może jego rodzina pochodziła z Włoch lub Hiszpanii, albo od "czarnych Irlandczyków".
Ostatni ślad romantyczności pierzchnął w popłochu, kiedy mężczyzna przemówił niską, gardłową gwarą z Glasgow. - Ho, nie zawracaj se głowy starym Świntym Krzysztofem - rzucił w przestrzeń przed sobą, nie patrząc na żadnego z towarzyszy. - Ten jak zacznie nudzić, to krowie dupa odpada.
Po czym wrócił do dłubania w nosie, a Mungo pozostawiony samemu sobie zachodził w głowę, co robi w jednym autobusie ze Świętym Krzysztofem. Kiedy mężczyzna operował w nosie małym palcem, dzieciak dostrzegł, że tamten nosi na wszystkich palcach pierścienie ze złotymi suwerenami, a na jego przedramionach wiją się splecione tatuaże. Całe jego ciało pokrywały znaki: słowa i obrazy widniały na piersi, butach i dżinsach, a także na skórze. Wydziarał je sobie na mięśniach zwykłą igłą do szycia - imiona kobiet i nazwy gangów: Sandra, Jackie, RFC, Mad Squad. Tu i ówdzie niebieski tusz z długopisu pobladł lub rozpłynął się pod skórą jak akwarela i zabarwił ją na śliczny fioletowy odcień. Mungo uważnie odczytywał napisy na ramionach tamtego, starając się zapamiętać jak najwięcej z nich.
Święty Krzysztof sięgnął do jednej z reklamówek, mrugnął przebiegle i wyciągnął pół tuzina puszek piwa Tennent's Super. Utkwił małe oczka w potylicy kierowcy, wyrwał dwa pojemniki z foliowej ramki i podał je chłopcu oraz wytatuowanemu mężczyźnie. Mungo pokręcił przecząco głową, ale jego towarzysz przyjął puszkę z jękiem wdzięczności. Pośpiesznie ją otworzył i chwycił ustami uciekającą pianę, po czym opróżnił pojemnik trzema haustami.
Święty Krzysztof musiał odczytać myśli chłopaka, ponieważ odezwał się: - Mówio o mie Świnty Krzysztof, bo chodze na spotkania alkoholików na Hope Street co środe i co wtorek. Środowo-Wtorkowy Krzysztof, znaczy sie ś-w, jak świnty, nie mylić z Krzysztofem z Castlemilk czy Małym Rudym Krzyśkiem. - Mężczyzna pociągnął łyk piwa, a Mungo obserwował, jak jego gardło pracuje z wysiłkiem, żeby przełknąć, ile trzeba. - Ś-w, Świnty Krzysztof, łapiesz?
Mungo słyszał już wcześniej o czymś takim. Po-Mo była przecież znana jako Poniedziałkowo-Czwartkowa Maureen. Taką ksywkę wymieniali inni alkoholicy, kiedy chłopak odbierał telefon w przedpokoju. Rozmówcy woleli się upewnić, że nie dodzwonili się przez pomyłkę do "Maureen z Millerston" albo "Małej Mo z Milk". Te rozróżnienia miały znaczenie, jeżeli zgodnie z zasadami chcieli zachować anonimowość.
- Czasem tak mie trzensie, że powinienem też pójść w piontek wieczór. Ale jakoś nie moge. - Święty Krzysztof zmarszczył twarz ze smutkiem. - Łapiesz, o co mi idzie?
Mungo zawsze bardzo się starał, żeby zrozumieć, o co ludziom naprawdę chodzi. Po-Mo i Jodie, jego siostra, zwykle dokuczały mu z tego powodu. Najwyraźniej istniała różnica pomiędzy tym, co ktoś mówił, a co powinno się rozumieć. Jodie twierdziła, że jej brat jest łatwowierny, a Po-Mo żałowała, że nie wychowała go na sprytniejszego dzieciaka, którego nikt nie mógłby nabić w butelkę. To nawet zabawne: rozczarowywał ich, ponieważ był uczciwy i zakładał, że ludzie też tacy będą. Gierki, w które grali inni, przyprawiały chłopaka o ból głowy.
Święty Krzysztof wysysał resztki z puszki, kiedy Mungo powiedział: - Może powinien pan chodzić także w piątki, jeżeli rzeczywiście pan potrzebuje?
- Ano, ale lubie swojo ksywe. - Sięgnął pod koszulę i wyciągnął mały medalik z wizerunkiem świętego, po czym spojrzał na niego zezem wzdłuż ospowatego nosa. - "Ś-w Krzysztof". Najfajniejsze, co żem o sobie w życiu usłyszał.
- A nie mógł pan podać im po prostu nazwiska?
- No, to by nie było bardzo anonimowe, co nie? - przerwał wytatuowany mężczyzna. - Jak zaczniesz kłapać ozorem, co ci złego siedzi w głowie, to szyscy na ulicy bedo o tobie gadać.
Mungo doskonale wiedział, że ludziom czasem siedziało w głowie coś złego. Po-Mo pokazywała swoją złą stronę za każdym razem, kiedy miała ochotę sobie wypić. Jej demon wyglądał jak płaski, wężowaty stwór ze szczęką i paciorkowatymi oczami łasicy, pokryty matową sierścią parszywego szczura. Podstępna bestia na łańcuchu, łakoma i sprytna, szarpiąca jego matkę i ciągnąca ku rzeczom, których powinna unikać. Demon potrafił czekać w uśpieniu, aż dzieci pocałują mamę na do widzenia i wyjdą do szkoły, a wtedy zwracał się przeciwko Po-Mo, dusząc ją, jakby była bezwolną myszą. Innym razem zwijał się wewnątrz niej i mocno zaciskał wężowe sploty na jej sercu. Zawsze był w pobliżu, tuż pod powierzchnią, nawet w dobre dni.
Kiedy poddawała się nałogowi, cichł na chwilę, ale czasami posuwała się w pijaństwie tak daleko, że stawała się całkiem inną kobietą, ba, inną istotą. Pierwszą oznaką tego stanu była wiotczejąca skóra, tak jakby jej twarz zaczynała się zsuwać, by odsłonić dziwną kobietę czającą się pod spodem. Mungo, jego brat i siostra nazywali tę sflaczałą wersję matki "Babulwą". Ta nazwa pasowała do nieczułego straszydła o spowolnionych ruchach. Bez względu na to, jak wielką miłość okazywały jej dzieci, jak bardzo ją wspierały i pomagały się pozbierać, wchłaniała całą ich troskę i uwagę, a potem wyglądała wciąż na równie wyzutą z uczuć.
Gdy Babulwa się odzywała, żuchwa zwisała jej luźno, a język obracał się w ustach w obrzydliwy, lubieżny sposób, jakby bardzo chciała coś polizać. Babulwa zawsze podejrzewała, że omija ją jakaś impreza, że tuż za rogiem albo w ukryciu dzieje się właśnie coś ekscytującego. W tym stanie zwracała się przeciwko dzieciom i przepędzała je, jakby były ulicznymi wróblami. Babulwa sądziła, że kobiety, które nie mają dzieci, bawią się lepiej, śmieją się głośniej i brylują po jaśniejszej stronie życia.
Babulwa zadawała się z przygodnie spotkanymi kobietami i nad butelką whisky Black & White zdradzała im swoje najgłębsze, najbardziej intymne tajemnice, a następnie czuła się zraniona, kiedy nowe przyjaciółki nie dzieliły się z nią równie skwapliwie. Dlatego dochodziło do awantur i bójek, podczas których ciągnęła je - albo sama bywała przez nie ciągana - po dywanie, a później w dół po schodach. Rano Mungo znajdował leżące w korytarzu kłaki wyperfumowanych włosów, przypominające siano z wypatroszonego stracha na wróble, poruszane podmuchem wpadającym przez szparę pod frontowymi drzwiami. On albo Jodie uprzątali je kaśką do dywanów, a potem nie wspominali o tym nikomu.
To Jodie podzieliła ich matkę na dwie różne osoby. W świetle zimnych poranków ta sztuczka pomagała Mungowi wybaczyć Po-Mo chwile, kiedy alkohol wywoływał u niej napady pijackiej mściwości. - To nie była Po-Mo - uspokajała go Jodie, gdy matka zamknęła go w szafce do suszenia bielizny. - To tylko ta straszna stara Babulwa, która teraz poszła spać.
Mungo doskonale wiedział, jak wyglądają demony. Autobus toczył się na północ, a chłopak siedział cicho i rozmyślał o własnych sprawach.
- Ten kierowca to mógby sie, kurwa, pośpieszyć - stwierdził wytatuowany mężczyzna. Sięgnął do torby między nogami, w której płócienne paski wpięto jaskrawe przynęty, i spomiędzy szpulek żyłki wędkarskiej wygrzebał saszetkę z tytoniem. Skręcił z niego grubego papierosa, liżąc wprawnie jego brzeg. Zapalił go, zaciągnął się i wydmuchnął dym do puszki po piwie. Zakrył usta dłonią, tak jakby złapał pająka, ale smród nikotyny już rozchodził się po autobusie. Kilkoro pasażerów odwróciło ku nim głowy, spoglądając gniewnie na palacza. Mungo ze słabym uśmiechem przechylił się nad kolanami towarzysza i odblokował zatrzask wąskiego okienka.
- Palisz? - zapytał wytatuowany mężczyzna pomiędzy łapczywymi haustami dymu. Jego oczy lśniły zielenią, nakrapianą tu i ówdzie złotymi cętkami.
- Nie.
- No i cacy. - Zaciągnął się po raz kolejny. - To szkodzi.
Święty Krzysztof wyciągnął drżącą dłoń, a młodszy mężczyzna niechętnie podał mu papierosa. Krzysztof zaciągnął się dymem po same dziurki w nosie, przyklejając suche wargi do wilgotnego papieru. Facet z tatuażami szturchnął Munga ramieniem. - Kumple mówio mi Gallowgate. Znaczy sie stamton jestem. - Poprawił pierścienie z suwerenami i skinął głową ku nieświadomemu kierowcy. - Nerwowy ściebie koleś, co nie? Nic sie nie mart, jak zacznie pyskować, to mu, kurwa, sprzedam kose.
Święty Krzysztof przyssał się do niedopałka, aż żar sparzył go w palce. - Lubisz wendkować?
- Nie wiem. - Mungo ucieszył się na widok gasnącego papierosa. - Nigdy tego nie robiłem.
- Tam, dzie jedziemy, można łapać szczupaki, wengorze i centkowane pstrongi - odezwał się Gallowgate. - Łowisz cały łikend i nik sie nie dopierdala o pozwolenie. Bedzie dwajścia, może czterdziejści mil od ludzi.
Święty Krzysztof przytaknął. - Ano. Tak blisko nieba, jak sie da zajechać na trzy ałtobusy.
- Cztery! - poprawił Gallowgate. - Cztery ałtobusy.
Myśl o tak odległej okolicy sprawiła, że Mungo poczuł się słabo. - Jecie potem te ryby?
- Zależy, jakie duże - odparł Gallowgate. - W tarło da sie złapać tyle, że musiałbyś je chować do zamrażarki. Twoja mamcia ma porzonno zamrażarke?
Mungo pokręcił przecząco głową. Pomyślał o malutkiej zamrażarce Po-Mo, zarośniętej lodem. Czy ucieszyłby ją tłusty cętkowany pstrąg? Chyba nie. Nie cieszyło jej nic, co robił Mungo. Ostatnio bardzo jej leżał na sercu, o czym wiedział, ponieważ powiedziała mu to wprost. Próbował się nie roześmiać, gdy to usłyszał, bo wyobraził sobie malutkiego siebie, leżącego na jej sercu między żebrami. Jodie przewróciła wtedy oczami i powiedziała: - Posłuchaj sama siebie, Maureen. Czy ty w ogóle masz serce?
Mungo poskubał się w policzek, kiedy autobus minął Dumbarton, a w polu widzenia pojawiły się ochrowe brzegi Loch Lomond. Przypomniał sobie wszystkie krzywdzące rzeczy, jakie mówiła mu Po-Mo. Wiedział, dlaczego tu jest: z własnej winy.
- A ile ty masz lat? - zapytał Gallowgate.
- Piętnaście. - Mungo spróbował wyprostować się na całą wysokość, ale żebra wciąż go bolały, a stary autobus miał strasznie kiepskie zawieszenie. Chłopak jak na swój wiek nie był szczególnie wysoki: zaczął rosnąć jako jeden z ostatnich w klasie. Jego starszy brat Hamish chwytał go czasem za brodę i przekręcał jego twarz do światła, a potem szczegółowo sprawdzał cienką linię delikatnego zarostu na górnej wardze Munga, podobnie jak ogrodnik przygląda się wiotkim sadzonkom. Często dmuchał w ten puszek, tylko po to, żeby rozdrażnić brata. Chociaż Mungo nie był zbyt wysoki, przerósł już Hamisha, któremu bardzo się to nie podobało.
Święty Krzysztof wyciągnął dłoń i chwycił nadgarstek chłopca swoimi długimi palcami. - Gówniarz ściebie jeszcze, co nie? Dałbym ci dwanaście, nawyżej trzynaście.
- E tam, to prawie facet. - Gallowgate położył wytatuowane ramię na barkach chłopaka i uśmiechnął się przebiegle do starszego mężczyzny. - Jajka ci już opadły, Mungo?
Chłopak nie odpowiedział. Wiedział, że wiszą sobie, pomarszczone i bezsensowne. Jakby miały opaść, to niby gdzie?
- Łapiesz? Jajka, we worku. - Gallowgate lekko trącił jego krocze.
- Nie wiem - odparł Mungo i zgiął się w ochronnej pozycji.
Mężczyźni zarechotali, a chłopiec spróbował do nich dołączyć, ale było słychać, że to wstydliwy śmiech, o pół sekundy spóźniony. Święty Krzysztof rozkaszlał się hałaśliwie, Gallowgate zaś lekceważąco odwrócił się do okna. - Zadbamy o ciebie, Mungo, nic sie nie mart. Bedzie zabawa, a potem zawieziesz mamci świeżo rybke.
Mungo rozmasował otarte jajka i przypomniał sobie znowu o tym, jak leżał na sercu Po-Mo.
- Ano. Twoja mamcia to dobra kobita. Mało już takich zostało. - Gallowgate zaczął obgryzać skórkę wokół paznokcia na palcu wskazującym i wypluwać ją na podłogę. Nagle wyjął palec z ust. - Dasz spojrzeć? - Zanim Mungo zdążył zaprotestować, mężczyzna włożył dłoń pod jego przeciwdeszczową kangurkę. Zaczął ją podnosić, a potem rozbierać chłopca. - No, dajże rzucić okiem.
Mungo uniósł ramiona i pozwolił tamtemu ściągnąć sobie górę, aż nylonowy materiał zakrył mu twarz, kąpiąc wszystko w przyćmionym niebieskim świetle. Nic nie widział, ale słyszał obu mężczyzn i ich urywane oddechy: wciągnęli ze smutkiem powietrze, nastąpiła sekunda przerwy, a później dobiegło go westchnięcie. Palec Gallowgate'a, śliski od śliny tam, gdzie mężczyzna go obgryzał, dotknął czerniejącego sińca na piersi Munga, następnie chłopak poczuł, jak przesuwa się od mostka, wokół krzywizny najniższego żebra, niczym ołówek kartografa kreślącego mapę. Gallowgate trącił jego mostek i wcisnął paluch w siniaka, tak jakby sprawdzał jego wrażliwość. Mungo skrzywił się i skręcił, uciekając przed dotykiem. Ściągnął kangurkę z powrotem w dół, pewien, że na jego twarzy pojawił się piekący rumieniec. Gallowgate pokręcił głową. - Straszna sprawa. Twoja mamcia mówiła nam, jakie żeś miał kłopoty z tymi cholernymi Fenianami. Katolicy, chopie. Wilki w owczej skórze.
Mungo próbował o tym nie myśleć.
- Nic sie nie mart - uśmiechnął się Gallowgate. - Wyrwiemy cie z tej dzielni. Urzondzimy se normalny menski łikend i jeszcze zrobimy ściebie menszczyzne, nie?
Przesiedli się na następny autobus, potem na jeszcze jeden, a na następną przesiadkę czekali prawie trzy godziny. Znajdowali się teraz daleko za Loch Lomond i Mungo zaczął podejrzewać, że mężczyźni sami nie mają pojęcia, gdzie są. Wszystko wokoło wyglądało mu tak samo.
Obaj pijacy zalegli w zaroślach kolcolistu za blaszaną budą przystanku autobusowego i wykańczali ostatnie zapasy tennenta. Co jakiś czas Gallowgate przerzucał opróżnioną puszkę nad żywopłotem na wiejską dróżkę i pytał chłopaka, czy nie nadjeżdża autobus. Mungo sprzątał śmieć i mówił, że nie, nic nie widać.
Mimo słońca poczuł dreszcz i pozwolił, żeby mięśnie jego twarzy swobodnie drgały, wolny od zdziwionych spojrzeń i otwartych ust nieznajomych. Kiedy był sam, próbował sobie w ten sposób ulżyć, wyczerpać do cna nerwowe napięcie powodujące ten tik, ale nigdy mu się nie udało.
Tutaj na wsi było zimniej. Ospałe północne słońce wydawało się tkwić w jednym miejscu na niebie, lecz jego ciepło natychmiast wykradał uporczywy wiatr wiejący z wąwozów. Zaczęło mu cieknąć z nosa, mimo że rano mógł się spalić na słońcu.
Usiadł na ziemi. Na prawym kolanie miał strupa, skóra była pomarszczona i swędziała. Sprawdził, czy nikt nie patrzy, a potem przytknął do niego usta, polizał mocno, żeby zmiękczyć, po czym ssał, aż jego usta wypełniły się metalicznym smakiem. Wiedział, że nie może sobie zaufać i za chwilę znów zacznie lizać strupa, więc podciągnął gołe nogi ku piersi i zakrył je brzegiem kangurki przed niosącym coraz mniej ciepła słońcem. Na osiedlu zazwyczaj grzało, toteż nie pomyślał, by wziąć ze sobą cokolwiek więcej niż cienkie sportowe spodenki. Po-Mo nie dała mu czasu na spakowanie i nie zatrzymywała go, kiedy kiepsko ubrany wyślizgnął się z mieszkania.
Mungo wyciągnął z plecaka gruby żakardowy sweter i założył go pod nylonową kangurkę. Sucha szetlandzka wełna połaskotała go przelotnie w twarz. Sprawdził, że pijacy wciąż leżą w zaroślach. Chowając pół twarzy w swetrze, przesunął językiem wzdłuż wełnianych splotów. Nadal pachniały świeżym powietrzem, trocinami i kwaśną wonią amoniaku z zasranego gołębnika. Przypominały mu o domu. Wcisnął tkaninę kciukiem do otwartych ust, zamknął oczy i naciskał dalej, aż do udławienia.
Kiedy nadjechał wiejski autobus, mężczyźni byli już nieźle wstawieni. Mungo pomógł im wejść do środka z torbami i wędkami, a potem czekał cierpliwie, aż Święty Krzysztof zapłaci za bilety. Pijany mężczyzna zachwiał się i wyciągnął z kieszeni garść srebra i miedzianych drobnych. Kobiety o spierzchniętych ustach sapały z rozdrażnieniem, u ich stóp rozmrażały się zakupy, a Mungo czuł, jak kark zaczyna go palić, kiedy wydłubywał monety z zaciśniętej dłoni Świętego Krzysztofa i upuszczał je jedną po drugiej na podajnik. Poczuł, że powieki zaczynają mu drgać, toteż z ulgą powitał protesty kierowcy: - Dobra, dobra, już starczy. To za dużo, synek. - Z zakłopotaniem pomyślał, że nie potrafi dodawać tak szybko. Rzadko bywał w szkole, od kiedy Po-Mo znów zachorowała na alkohol.
Kierowca zwolnił hamulec ręczny. Mungo nie potrafił spojrzeć wiejskim kobietom w oczy, ale roześmiał się, słysząc, jak Święty Krzysztof tarabani się za nim i życzy skwaszonym pasażerkom "cudownego i radosnego dnia". Gallowgate już zasnął na stosie przyborów wędkarskich i reklamówek. Mungo usiadł z przodu i zaczął skubać czarną gumową uszczelkę wokół okna.
Opasły autobus toczył się powoli krętą górską drogą. Co jakiś czas się zatrzymywał i wypuszczał niskie, blade kobiety pod ich małymi białymi domkami. Wysokoprężny silnik mruczał kołysankę, aż chłopak poczuł, że powieki robią mu się ciężkie po dniu pełnym wrażeń. Przy drodze pojawiły się okalające ją sosnowe i cisowe zagajniki, a ich gałęzie przesiewały promienie słońca padające mu na twarz. Mungo oparł głowę o szybę i głęboko zasnął.
We śnie spotkał Hamisha. Brat leżał na łóżku naprzeciwko posłania Munga, który po kącie, pod jakim światło słońca odbijało się od grubych szkieł tamtego, rozpoznał porę dnia: wczesny wieczór. Hamish ładował sobie do ust pełne łyżki płatków śniadaniowych, a strużki mleka czekoladowego ciekły mu na bezwłosą klatkę piersiową. Mungo leżał bez ruchu, spokojnie obserwując brata. Czerpał radość z takich chwil, kiedy mógł patrzeć na kogoś, kto nie wiedział, że jest podglądany. Hamish uśmiechał się do siebie. Lewa strona jego twarzy marszczyła się, gdy chłopak przewracał kartki kolorowego magazynu. Mungo dostrzegał wymalowane, ściągnięte twarze nagich, rozkraczonych kobiet, które odpowiadały Hamishowi grymasami. Gdy jednak z powrotem przeniósł wzrok na twarz brata, okazało się, że to Hamish mu się przygląda. Już się nie uśmiechał. - Powiedz mi, Mungo: to szysko moja wina?
Gallowgate obudził go gwałtownym szarpnięciem. Do górnej wargi mężczyzny przykleiła się lepka, na wpół wyschnięta ślina. Chłopak przez chwilę nie wiedział, czy tamten się uśmiecha, czy na niego warczy.
Gdy wytaczali się z autobusu, Święty Krzysztof naciągnął sobie kostkę i upadł w trawę na poboczu. Na tym odcinku drogi pod gęstym baldachimem olch stało zielone, wilgotne i duszne powietrze. Święty Krzysztof wił się po ziemi, przyciskając marynarkę do ptasiej piersi. - Czemu żeś nas nie obudził! - ryczał wściekle, a w kącikach jego ust zbierała się piana. - Żeśmy so o mile od naszej pierdolonej drogi!
- Nie wiem, dokąd jedziemy. Wszystko wygląda tak samo.
Gallowgate zrobił krok naprzód, tak jakby miał ochotę uderzyć chłopaka, a Mungo instynktownie się cofnął, zasłaniając się ramionami.
- Do kurwy nędzy. - Oddech tamtego śmierdział kwaśno piwem i snem. - Spokój. Nima już o co drzeć ryja. - Mężczyzna dźwignął siatki z ziemi i zarzucił je sobie na ramię, po czym ruszył spacerowym krokiem w kierunku, z którego przyjechał autobus, środkiem drogi, rzucając wyzwanie każdemu kierowcy. - Jak żeśmy so mile w plecy, to sie lepiej, kurwa, ruszajmy.
Tą drogą najwyraźniej rzadko jeździły samochody, ale Mungo i Święty Krzysztof wlekli się bezpiecznie poboczem. Ich bagaże zaczepiały o kolczaste pędy jeżyn. Chłopak zapiął błękitną kangurkę aż pod szyję, a potem wyżej, zakrywając również usta. Wtulił głowę w wysoki kołnierz tak, że na zewnątrz pozostała tylko para spuszczonych oczu, mrugających w takt nerwowego tiku.
Po czterdziestu minutach marszu Święty Krzysztof zaczął jęczeć: siatki wpijały mu się w palce, a buty od garnituru zaczęły ocierać jego suche jak papier pięty. Gallowgate obrzucił ich gniewnym spojrzeniem jak ojciec, który nie może skłonić dzieci, by się grzecznie zachowywały. Szarpnął Munga za ramię i zmusił go do wystawienia kciuka w kierunku nadjeżdżających samochodów, mimo że w zasięgu wzroku nie było żadnych pojazdów, po czym ześlizgnął się z nasypu, a starszy mężczyzna podążył za nim, nieustannie uskarżając się na swój los. Zalegli za kamiennym murkiem, tymczasem Mungo czekał przy pustej drodze, usiłując złapać okazję. Nic nie jechało, ani z jednej, ani z drugiej strony. Daleko przed nim drogę blokowało stado owiec.
Mungo nie wiedział, która godzina, ale pod baldachimem olch zrobiło się chłodno. Jego nagie golenie zaczęły sinieć, więc ściągnął kangurkę i założył rękawy na nogi, a gdy zrobiło mu się zimniej w żebra niż w nogi, znów ją rozpiął i założył z powrotem na górę. Minęła godzina, potem dwie, lecz na szosie nie pojawiły się żadne samochody. Usłyszał za kamiennym murem syk kolejnych otwieranych puszek z piwem. Święty Krzysztof wstawał co jakiś czas, by rzucić mu słowa zachęty. - Ano, dobrze se radzisz, synek. Naprawde świetnie!
Kobieta o męskim wyglądzie najwyraźniej poczuła się wstrząśnięta widokiem chłopca stojącego na środku drogi. Jej zaskoczenie ustąpiło miejsca lękowi, a potem rozczarowaniu, kiedy zza murku wygramoliło się dwóch pijusów. Mungo stał z sympatycznym uśmiechem przed jej brązową ładą, uniemożliwiając jej ucieczkę. Wyglądał niepokojąco, szczerząc się z ulgą w słabym blasku reflektorów.
Właścicielka auta nie pozwoliła żadnemu z nich usiąść z przodu. Mungo, ściśnięty na tylnym siedzeniu pomiędzy obcymi mężczyznami, cieszył się, że ich ciała go ogrzewają. Posinieli od alkoholu, a nuta torfu w ich oddechu skojarzyła mu się z zimowym ogniskiem. Chłód pozbawił go jakiegokolwiek poczucia niezależności, więc bez wahania pozwolił, żeby ścisnęli go między sobą. Gallowgate silił się na uprzejme uwagi, a Mungo słuchał, jak facet walczy z własnym językiem, próbując wymawiać każde słowo wyraźnie. Poprosił kobietę, by podwiozła ich do miejsca, gdzie droga wiodła przez obniżenie terenu, do dziury w ogrodzeniu, za którą błotnisty szlak prowadził do jeziora. Mungo widział, że to miejsce trudno byłoby znaleźć nawet w świetle dnia, a co dopiero o takim fioletowym zmierzchu, jaki właśnie zapadał.
Kobieta prowadziła powoli. Najwyraźniej bała się mężczyzn na tylnym siedzeniu i wolała nie przegapić przerwy w ogrodzeniu, żeby nie spędzić z nimi ani chwili dłużej, niż to konieczne. Mungo zauważył, że jej oczy co i rusz wędrują ku wewnętrznemu wstecznemu lusterku, i za każdym razem, kiedy ich wzrok się spotykał, posyłał jej swój najlepszy uśmiech ze szkolnego zdjęcia.
- Nigdy w życiu nie widziałem owiec - oświadczył.
Kobieta uśmiechnęła się, być może tylko z grzeczności. Cokolwiek robił Mungo, wydawało się ją krępować. Jej skóra wyglądała na wygarbowaną, tak jakby pracowała na wietrze i deszczu. Na jej nosie tkwiły okulary w rogowych oprawkach. Miała na sobie ręcznie robiony sweter z wzorem z wysp Aran. Do tego skromnego stroju założyła naszyjnik z pereł. Mungo obserwował, jak kobieta pośpiesznie wpycha biżuterię pod sweter.
- Nie jesteśmy spokrewnieni - powiedział cicho. - To kumple mojej matki. Zabierają mnie na wędkarski weekend.
- Cudownie - odpowiedziała, ale jej ton zdradzał, że tak nie myśli.
- Ano. - Poczuł nagły przymus, by opowiedzieć tej snobce więcej o sobie, swoich towarzyszach i celu ich podróży. - Są anonimowymi alkoholikami. Pewnie mamcia pomyślała, że trochę świeżego powietrza posłuży nam wszystkim.
Kobieta w swetrze z Aran patrzyła na niego o sekundę za długo. Samochodem zarzuciło, kiedy koła złapały pobocze. Czyjś kciuk (a może to była tania plastikowa zapalniczka?) wbił mu się ostrzegawczo w gołą nogę. Najwyraźniej Gallowgate wolał, żeby dzieciak przestał gadać. Mungo słyszał sapanie Świętego Krzysztofa. Starszy mężczyzna cmokał z przejęciem, niczym stojąca przed sklepowym regałem gospodyni, która nie może uwierzyć w podwyżkę cen mleka.
Wlekli się tak przez kilka mil, rozpaczliwie próbując znaleźć punkt zapamiętany przez Gallowgate'a, gdy jednak w końcu dotarli do przerwy w ogrodzeniu, wyglądała dokładnie tak, jak ją opisał. Kobieta ścisnęła torebkę między kolanami, zanim ich wypuściła, po czym odjechała z rykiem silnika, podczas gdy oni ogarniali swoje bagaże, siatki z piwem i torby z żyłką wędkarską.
- Nadenta cipa. Myślał żem, że se ukrenci to perłowe ucho - odezwał się Gallowgate i zachichotał.
Święty Krzysztof dygotał przy płocie. Wciąż cmokał z przejęciem. - Mungo, nie powinien żeś tyle o nas gadać.
Mungo oderwał wzrok od niknących w oddali tylnych świateł. - Przepraszam, nie wiedziałem. - Odprowadzał Po-Mo na spotkania AA na Hope Street tyle razy, że doskonale orientował się w zasadach dotyczących anonimowości.
- Co s tobo? - zapytał Gallowgate. - Młody tyko se trajkotał.
Święty Krzysztof dygotał teraz jak szkielet w wesołym miasteczku. Wymamrotał pod nosem: - Mówie tyko, żeś nie powinien nikomu tak psuć reputacji.
Gallowgate spojrzał bacznie na trzęsącego się towarzysza. Na jego marynarce widać było ślady błota po popasie w zaroślach, a białe sportowe skarpety, jak z pakietu "dziesięć za piątaka", miały czarne obwódki kurzu z drogi. Na obtartych butami piętach widniały purpurowe pęcherze. Wytatuowany mężczyzna pokręcił głową. - Bym nie pomyślał, że masz wogle jakoś reputacje. - Wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę ciastek Wagon Wheel i wręczył ją chłopcu z porozumiewawczym mrugnięciem, tak jakby przepraszał za starego pijaka. Mrugnięcie oznaczało, że Gallowgate uważa go za w porządku chłopaka i że muszą ścierpieć Świętego Krzysztofa razem.
Robiło się późno. Kiedy schodzili nad jezioro, Mungo pomyślał, że jego towarzysze to dziwna, niedobrana para. Wiedział jednak, że alkohol to wielki niwelator różnic, który potrafi połączyć zupełnie niepasujących ludzi. Widział we własnym domu, jak kompletnie różni goście gromadzą się solidarnie wokół posiłku przyniesionego z baru. Przypominał sobie wszystkie te ciotki i wujków, których jego matka gościła, a potem staczała się z nimi pod stół. Ludzie, na których nie spojrzałaby nawet na ulicy, stawali się najbliższą rodziną, gdy wymienili czeki z zasiłkiem dla bezrobotnych na ćwiartkę bursztynowego płynu.
Nad jezioro nie prowadziła żadna wyraźna ścieżka: na ziemi rozpościerał się dywan skrzypów. W ostatnich promieniach fioletowego zmierzchu Gallowgate przemykał pomiędzy brzozami, zsuwając się ku jezioru, którego jeszcze nie było widać. Święty Krzysztof został z tyłu. Mungo słyszał, jak starszy mężczyzna mamrocze do siebie, i zatrzymywał się od czasu do czasu, by uśmiechnąć się do naburmuszonego towarzysza, ale tamten tylko stawał i dłubał w omszałej korze, jakby go fascynowała.
Mungo prawie nigdy nie wyjeżdżał z miasta, a już na pewno nigdy nie był w miejscu, gdzie zieleń wydawała się rozciągać bez końca we wszystkie strony. Kiedyś znalazł się na zapuszczonych polach niedaleko Garthamlock, ale tam było pełno wypalonych wraków samochodów oraz porozpruwanych kanap i nie dało się biegać po trawie bez strachu, że człowiek nie rozetnie sobie kostki. Teraz kiedy szli przez las, aż mu się zakręciło w głowie na myśl, że przed nim była tu zapewne tylko garstka ludzi. W brzozowym zagajniku panowała cisza, nie było słychać ptaków ani zwierzątek przemykających przez poszycie. Nieskazitelna przyroda koiła zmysły chłopaka.
Znaleźli pobielałą czaszkę i kości starej owcy. Gallowgate przesunął palcami po zakrzywionych rogach i wyjaśnił, że to był baran, "owczy facet". Mungo po chwili poszukiwań wygrzebał z kieszeni kangurki jednorazowy aparat, który dała mu siostra, z filmem w połowie wypstrykanym na głupie ujęcia Jodie eksperymentującej z obciętą samodzielnie grzywką. Jedynym dźwiękiem, jaki rozlegał się teraz w zagajniku, było "skrzyp-skrzyp" przesuwającej się kliszy. Flesz zatrzymał w ruchu kołyszące się liście. Nawet Święty Krzysztof przestał narzekać.
Przecięli mroczną polanę, idąc gęsiego. Gallowgate kucnął i pokazał Mungowi, jak wyglądają pokrzywy, a kiedy dotarli do miejsca, gdzie rozciągało się całe morze tych roślin, wsadził sobie gołonogiego chłopaka na plecy i ruszył przez parzące zarośla niczym osiodłany muł. Zarżał, gdy jego wygłupy przyprawiły chłopaka o bulgoczący śmiech. Im mocniej Mungo się śmiał, tym szybciej mężczyzna galopował, aż wrzaski radości odbiły się echem od gęstych koron drzew, a Gallowgate ciężko dyszał.
Kiedy gołe nogi Munga objęły Gallowgate'a w pasie, chłopak uznał to w pierwszej chwili za dość dziwne uczucie, ale potem poczuł się bezpiecznie na plecach mężczyzny. Gdy zaś ten postawił go z powrotem na ziemi, roztarł mu golenie i rozgrzał kości. Mungo zastanawiał się, czy wcześniej nie zrozumiał jego zachowania opacznie. Spojrzał za siebie, jednak nie zobaczył ani nie usłyszał za nimi Świętego Krzysztofa. Gallowgate nie wydawał się tym szczególnie przejęty: odkaszlnął, splunął między paprocie i żwawo ruszył dalej.
Słońce chowało się już za wzgórzami, kiedy dotarli nad wodę. Wyszli z gęstego lasu i nagle otwarło się przed nimi jezioro, nieco zbyt wielkie jak na gust Munga. Poszedł powoli ku brzegowi.
Dzień kończył się feerią barw, a gdy miękkie fiolety i odcienie brzoskwiniowego zniknęły już za horyzontem, Mungo się zasmucił: dlaczego nie przybyli tu wcześniej? Odchylił głowę i zaczął chodzić w kółko: w górze ciemniejący błękit nieba przeszywały lekkie cytrynowe smugi. Do tej pory nie wiedział, że niebo potrafi być tak kolorowe - albo nie zwracał na to uwagi. Czy ktokolwiek w Glasgow patrzył w górę?
Westchnął cicho z podziwem. Cały ten przepiękny spektakl na niebie odbijał się w wodach jeziora, tak jakby matka natura chełpiła się swoimi możliwościami. Gallowgate uśmiechnął się z dumą. - Czekaj, aż przyjdzie noc. Żeś jeszcze nie widział takiego czarnego nieba.
Mężczyzna zaproponował Mungowi, że weźmie go na barana, tak żeby chłopak mógł zobaczyć drugi brzeg, zanim zniknie całkowicie w mroku nocy. Patrząc z tej wysokości, Mungo myślał sobie, że jezioro musi być szerokie na jakieś dwie mile, ale za to długie chyba na sto.
Przeciwny brzeg obrębiony był krzepkimi wzgórzami, których stoki wydawały się rozprute, tak jakby skały spod spodu rozdarły samą ich tkankę. Cały barwny krajobraz wyglądał na połatany i usiany cętkami. Mungowi zdawało się, jakby pagórki zostały przykryte wielkim wytartym dywanem, a omszała zieleń i bure brązy - miejscami przetarte, odsłaniały szary granit, tak jakby ta skała stanowiła podszewkę ziemi. Na tym tle rosły rozsiane kępy fioletowych wrzosów i złotych kolcolistów, a tu i ówdzie leżały małe łaty białego śniegu, trwające uparcie w najgłębszych szczelinach.
Po lewej jezioro znikało z widoku, po prawej zaś skręcało leniwie i chowało się za ścianą sosen. Mungo oceniał w myślach, że jest większe od jego osiedla, a może nawet większe niż całe Glasgow.
Dwa razy w życiu widział morze, którego wody przez cały czas kołysały się i burzyły. Tu jednak fale wędrowały leniwie, a powierzchnia lśniła nieruchomo niczym w kałuży. Prawie nic się nie poruszało poza rojami czarnych muszek, latającymi nisko i przyciągającymi głodne ryby, które wzbudzały na tafli kręgi fal. Jezioro wyglądało na głębsze i chłodniejsze niż w najśmielszych założeniach Munga. Panowała tu smutna atmosfera zapomnienia i spokoju. Cisza wydawała się kryć liczne tajemnice.
Gallowgate opuścił chłopca na ziemię. Roztarł zziębnięte plecy Munga, a następnie ruszył pomiędzy rozłupane skały okalające brzeg. W pokryty mchem stok wzgórza wciśnięto tu stos topornie ociosanych kamieni, przypominających nieco szałas. Mungo dostrzegał równoległe ściany, zrujnowane wejście i przeciwległą ścianę szczytową. Na zewnątrz szałasu było miejsce na ognisko i ustawione w półkole większe głazy - siedziska. W cieniach brzęczały żarłoczne muszki.
- Przywykniesz do nich - oświadczył Gallowgate, wręczając chłopcu wielki liść szczawiu. - Natrzyj tym nogi i szysko bedzie w porzonku.
Mungo tarł odsłonięte golenie, aż pozieleniały i stały się śliskie od chlorofilu, nie zniechęciło to jednak gryzących much.
Święty Krzysztof wykuśtykał spomiędzy drzew. Opadł ciężko na kamienie przy brzegu jeziora i zanurzył stopy w lodowatej wodzie. Jego kanciasta sylwetka odziana w szary tweed wyglądała jak jeszcze jedna nadbrzeżna skała.
Gallowgate zarządzał rozbijaniem obozu wokół kamiennego kręgu ogniskowego. Zdjął modną nylonową bomberkę, a kolana jego włoskich dżinsów szybko zamokły, kiedy rozpakowywał stos plastikowych siatek. Wyjął z plecaka dwa namioty, które wyglądały, jakby ich ścianki zrobiono z papieru. Dwuosobowy rozbił wewnątrz porzuconego szałasu, a drugi, mniejszy, po przeciwnej stronie obozu, na suchym, żwirowym podłożu, zdawało się - jak najdalej od pierwszego. Mungo pomagał wbijać zakrzywione śledzie w ziemię kawałkiem krzemienia. - Czy te namioty nie powinny stać bliżej siebie?
Gallowgate spojrzał na chłopca i pokręcił głową z uśmiechem, który miał wyglądać przyjaźnie, ale był całkowicie pozbawiony ciepła. Mungowi wydawało się, że pomiędzy cienkimi wargami dostrzega niebezpieczny błysk zębów. Być może ten mężczyzna - tak jak Hamish - nie lubił, kiedy podważano jego autorytet.
- Nie. Lepiej postawić go daleko od ognia - odparł Gallowgate. Cofnął się, by napiąć odciąg, po czym szarpnął za niego, żeby sprawdzić naprężenie. - Nie chcesz se pooglondać gwiazd?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki