Przedmowa do nowego wydania
Ojciec po raz pierwszy poprosił, bym pomogła mu opowiedzieć o jego
bolesnym dojrzewaniu w Berlinie czasów Hitlera, na początku lat
dziewięćdziesiątych. Efektem był ten szczery i niezwykły pamiętnik, po
raz pierwszy wydany w 1996 roku (nakładem niewielkiego amerykańskiego
wydawnictwa) jako Soaring Underground. Ów osobliwy tytuł1 był
moim peanem na cześć jego protagonisty: Lothara, sprytnego żydowskiego
młokosa, którego woli życia nie dało się pokonać w najciemniejszych
nawet czasach i miejscach.
Ta przemożna siła życiowa miała na zawsze pozostać esencją postaci
Larry'ego "Lothara" Orbacha (1924-2008), niepowstrzymanego marzyciela i człowieka czynu, niezłomnego syna swego narodu, apologety całej
ludzkości.
Jestem bardzo wdzięczna wydawnictwu I.B.Tauris, a zwłaszcza jego
redaktorce Tatianie Wilde, za to, że dostrzegli siłę i pouczający walor
jego historii oraz obdarzyli ją w tych niespokojnych czasach nowym
życiem pod tytułem Młody Lothar.
Jako współautorka tego memuaru stałam się pisarką/córką obarczoną misją:
miałam dać głos cierpieniu, radościom i złożonemu człowieczeństwu nie
tylko Lothara, lecz sześciu milionów europejskich Żydów - w tym półtora
miliona dzieci - zabijanych w ramach systematycznego, ukierunkowanego,
organizowanego przez państwo ludobójstwa.
Jednakże gdy ojciec się do mnie z tym zwrócił, w pierwszej chwili
chciałem zakryć oczy, a najlepiej uciec. Nie byłam pewna, czy mam dość
siły, by słuchać o tym wszystkim, co zrobili tacie, czy też (przede
wszystkim) o tym, co zrobił tata.
Przyczyną, dla której całe to wahanie zniknęło ledwie kilka miesięcy
później, było pewne zaskakujące spotkanie, coś - dosłownie - jak z kart
jednej z książek Philipa Rotha.
Tata regularnie grywał z ojcem Rotha, Hermanem, w karty w lokalnym
barze. Kiedy starszy Roth zaprosił go do domu, by pokazał kilka stron
rodzących się dopiero zapisków jego synowi - znanemu pisarzowi - tata
wpadł w zachwyt.
Do tego momentu przeczytał tylko jedno z dzieł Philipa Rotha: zmysłowy
majstersztyk Skarga Portnoya. W komicznie nietrafionej próbie wywarcia
wrażenia na literackim tuzie tata (bez naszej wiedzy) wręczył mu
rozwiniętą, drobiazgowo opisaną scenę swej utraty dziewictwa. Jego
barokowej przeróbce brakowało jednak otrzeźwiającego kontekstu: faktu,
iż życie na kocią łapę z samotną Frau Trudi było jedynym, co
odgradzało go od ulic, na których roiło się od gestapowców.
Roth przekartkował ów ustęp, ale nie pokusił się o żaden komentarz, jak
stwierdził mój rozczarowany ojciec, i wszyscy o sprawie zapomnieli. Z wyjątkiem, jak się miało okazać, Philipa Rotha.
W 1991 roku opublikował on własne wspomnienia, Dziedzictwo. Historia
prawdziwa. Ponad dwadzieścia stron stanowiła druzgocąca karykatura (jak
to określił recenzent tygodnika "Time") "stukniętego ocaleńca z Auschwitz wciskającego swą pornograficzną powieść z czasów Holocaustu".
Nie mogłam potępiać Rotha za obsmarowanie mojego ojca. Ale nie mogłam
też pozwolić, by jego uproszczona opinia na temat negującej śmierć i afirmującej życie odysei Lothara stała się moim dziedzictwem.
Podjęłam zatem wyzwanie rozsunięcia zwyczajowych zasłon zaciągniętych
między rodzicem a dzieckiem, by opowiedzieć historię prześladowanego
młodzieńca pragnącego zakosztować życia w apokaliptycznym mieście
bezprawia.
Tak więc moje małe dzieci beztrosko bawiły mi się pod nogami, podczas
gdy ja zagłębiałam się w przerażający świat Lothara. Na duchu
podtrzymywała mnie wiara, że życie moich dzieci będzie równie bezpieczne
jak moje własne. Dorastaliśmy bowiem z bratem żarliwie kochani i nadopiekuńczo strzeżeni przez naszych rodziców-uchodźców oraz ich
legendarną "wioskę", ulokowaną w New Jersey enklawę ocalałych z Holocaustu zdecydowanych wychować nas, swe "cudem" zrodzone potomstwo,
na dumne nowe pokolenie Żydów - wykształconych, silnych i niepokonanych.
Nigdy nie przestanę dziwić się temu, jak zdumiewająco udanie - a przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz - te potrzaskane dusze zdołały
odnaleźć swe miejsce w Ameryce połowy XX wieku praktycznie bez
jakiegokolwiek wsparcia czy to psychologicznego, czy też społecznego.
Działo się to lata przedtem, nim to, co stało się ich udziałem, zaczęto
nazywać Holocaustem, i lata przedtem, nim "zwykli ludzie" byli gotowi
wysłuchać ich świadectw.
Memu bratu i mnie uświadomiono, że wybuchowość ojca i długie okresy
melancholii matki nie mają związku z nami, lecz z potworną
niesprawiedliwością, którą my mogliśmy głośno piętnować. I piętnowaliśmy
- aktywnością polityczną i działaniami artystycznymi oraz wszechobecnym
czarnym humorem. W naszym domu zawsze panowała atmosfera wdzięczności,
cisza - nigdy. Choć w pobliżu czaiły się śmierć i poczucie
niepowetowanej straty, my jakimś cudem czuliśmy się niepokonani i byliśmy pełni nadziei.
Dzisiaj, dwadzieścia jeden lat po pierwszym wydaniu tego pamiętnika,
nikt już nie nazywa mnie córką. W mojej niegdyś tak zgiełkliwej wiosce
świadków historii panuje niemal głucha cisza.
Jestem dziś babcią małych dzieci, dzieci noszących imiona po moich
rodzicach, i gdy bawią się one pod nogami, mnie czasami dopadają
nieokreślone fale głębokiego, egzystencjalnego lęku.
Badania wykazały, że potomkowie ocalałych z Holocaustu mogą być
nosicielami "epigenetycznego dziedzictwa" traumy: zmian w kodzie DNA,
które czynią nas "hiperczujnymi", wyczulonymi na najlżejszy poszept
nadciągającego niebezpieczeństwa.
Kiedy piszę te słowa, nie trzeba hiperczujności, by usłyszeć narastające
bicie bębnów neofaszyzmu, rasizmu, ksenofobii. Platformy
społecznościowe, które przekuwają w rzeczywistość ideę globalnego
społeczeństwa, dają również możliwość współdziałania i rozkwitu
rozmaitym grupom wyrastającym z nienawiści. Ofiarami tych ilościowo
bezprecedensowych nawoływań stają się uchodźcy, azylanci oraz niewinni
cywile schwytani w pułapkę przewlekłych konfliktów zbrojnych.
Te przejawy rzeczywistości XXI wieku przydają ponadczasowej historii
Lothara aktualności; staje się ona opowieścią "ku przestrodze",
opowieścią o tym, jak bezpodstawna nienawiść, potrzeba znalezienia kozła
ofiarnego oraz autorytaryzm potrafią obalić demokratyczne struktury i fundamentalne zasady cywilizowanego społeczeństwa.
Bicie bębnów sygnalizuje ponadto odradzanie się na całym świecie
antysemityzmu w starych i nowych dekoracjach. Jest czymś porażającym, że
nienawiść do Żydów to jedyny ideologiczny zwornik ekstremizmów
sytuujących się w najróżniejszych miejscach politycznego spektrum.
Pomimo rozlicznych dowodów na rdzenny charakter związku Żydów z zajmowanymi przez nich ziemiami, i to od starożytności, państwo Izrael
wciąż nie jest uznawane przez sąsiadów i często demonizowane przez
krytyków. Można by pomyśleć, że - mając również na względzie ucisk,
przymusową emigrację i/lub czystki etniczne, których ofiarami padali w ostatnim stuleciu Żydzi w różnych krajach na całym świecie - winno to
zaowocować umieszczeniem kwestii żydowskiego samostanowienia w bezpiecznej ojczyźnie pośród licznych humanitarnych imperatywów tego
regionu. A jednak - i to coraz częściej - tak się nie dzieje. To, z czym
mamy teraz do czynienia, to straszne militarne i moralne bagno, które
dla dwóch narodów jest nie do utrzymania.
Wszystko to jest przyczyną mojego największego koszmaru: że po erze
"współczucia" dla Żydów, która nastąpiła bezpośrednio po Holocauście i w której toczyło się moje życie, świat moich dzieci i wnuków może się
upodobnić do świata moich rodziców i dziadków.
Historia Lothara stanowi dla nas wezwanie, by bezpieczeństwa demokracji
nie pozostawiać wyłącznie rządom. Spoczywa ono w naszych własnych rękach
- rękach wyciągniętych do siebie ponad kulturami, wierzeniami i granicami. Wszyscy mamy siłę zdolną odrzucić strach, dyskryminację i obojętność; wszyscy mamy prawo dążyć do sprawiedliwego społeczeństwa i na nowo przemyśleć nasze nawet najgłębiej zakorzenione przekonania.
Przypomina to nam, że nie ma na świecie siły potężniejszej - bądź
bardziej ulotnej - niż odwaga cywilna.
W 1983 roku, w ówczesnym Berlinie wschodnim, siedziałam w skromnym
mieszkaniu siedemdziesięcioletniej Sylvii Ebel, która jako
siedemnastoletnia komunistka była wspólniczką Lothara w tak zwanej
działalności kryminalnej. Spytałam ją: "Skąd brała się pani odwaga, by
ryzykować życie dla nieswoich?". Odparła bez namysłu: "Matka zawsze
mówiła nam, że kiedy wiesz, że coś jest złe, poczujesz to tutaj" -
po czym obiema pięściami, mocno, uderzyła się w brzuch - "i nigdy nie
wolno ci tego uczucia ignorować".
A potem twarz rozjaśniła się jej jak u młodej dziewczyny i konspiracyjnym szeptem dodała:
- Und es war auch, natürlich, ein Abenteuer...
No i, oczywiście, była to też... przygoda.
Jak wszystkim nastolatkom, zawsze i wszędzie, Lotharowi i jego kompanom
brakowało pełnej świadomości śmiertelnych konsekwencji - byli przekonani
o swej niezniszczalności. Budzi to skojarzenia z determinacją mojego
ojca każącą mu dzielić się swymi przeżyciami z nierzadko zawstydzającą
szczerością, z jego przekonaniem, że ofiary wojny i wysiedleń są zbyt
łatwo degradowane do uproszczonych zarysów postaci definiowanych
wyłącznie ich pożałowania godną niedolą, co czyni z nich "tych innych",
zamiast nas: ludzi powodowanych tymi samymi fantazjami i słabostkami,
tymi samymi ideałami i tęsknotami.
Krzepiąca jest świadomość, że historia życia mego ojca poruszyła serca i umysły. Mam nadzieję, że będzie tak oddziaływać również w przyszłości.
Cieszę się, że Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu w Jerozolimie, Jad wa-Szem, uhonorował Sylvię i członkinie jej rodziny
tytułem "Sprawiedliwych wśród Narodów Świata", stawiając ich heroizm za
wzór dla innych. Niezwykle cenię sobie więzi zadzierzgnięte z najprzeróżniejszymi osobami ze wszystkich środowisk, zwłaszcza młodymi,
które znalazły w Lotharze pokrewną duszę.
Jak Kerstin Malka-Winter, która w 1999 roku podczas szkolnej wycieczki
usłyszała w Berlinie prelekcję Larry'ego Orbacha i zainspirowała się
jego "brakiem zapiekłości" mimo doznanego zła - zła, jakie dotknęłoby
również jej, lesbijki, gdyby przyszło jej żyć w czasach Hitlera. Zaczęła
aktywnie działać ze swymi izraelskimi odpowiednikami w programach
wymiany młodzieży LGBT, a dzisiaj jest bibliotekarką w Goethe-Institut w Tel Awiwie.
Jak Ulrike Boettcher, studentka wzornictwa wynajmująca dawne mieszkanie
Orbachów przy Greifswalder Strasse, kiedy Larry (w czasie swej ostatniej
podróży do Europy w 2006 roku) zapukał do drzwi i wprawił ją w osłupienie opowieścią o tym, co się tam zdarzyło w czasach nazizmu.
Później przyjęła jego zaproszenie do "pobycia" w jego mieszkaniu na
Manhattanie - ostatnia, wielka przygoda dwojga berlińczyków.
Jak mój były student Komail Aijazuddin, młody pakistański
malarz/dziennikarz, muzułmanin, którego opowieść Lothara poruszyła tak
bardzo, że w 2008 roku podarował mi jego zdumiewająco sugestywny portret
namalowany ze zdjęcia z obwoluty książki i obramowany płatkami złota.
Kłaniam się im i wszystkim innym - w tym nieznanym czytelnikom stojącym
za facebookowymi polubieniami z Mosulu, Kataru, Azerbejdżanu - za
przyjęcie uniwersalnego charakteru przesłania Lothara oraz tego, że
wszyscy jesteśmy towarzyszami podróży na tym samym bezbronnym statku po
tym samym wzburzonym morzu.
Tak, Holocaust był potwornym, szczególnym zdarzeniem w historii
ludzkości, choć nie był ani pierwszym, ani - co tragiczne - ostatnim
aktem ludobójstwa. Niewielu z nas kiedykolwiek doświadczy takiej
potworności. A jednak w życiu każdego z nas zdarzają się głębokie
osobiste tragedie, udręki, które mogą nas złamać. Lothara kronika
tryumfu stanowi dla nas obietnicę, że nawet w najczarniejszej godzinie
jesteśmy zdolni się zbuntować, odkryć się na nowo, odnaleźć radość - a może nawet uzdrowić świat.
W imieniu moich rodziców wyrażam wdzięczność za dobroć i życzliwość
pojedynczym osobom i całym klanom tworzącym, w różnych okresach, ich
wioskę: w Izraelu - rodzinom Orbachów, Bonehów, Sacków, Morrisów,
Warshów i Hoenke; w USA i Europie - dr. Michaelowi Bergmanowi, Uliemu
Boettcherowi, rodzinom Booków i Burstynów-Greenów, Lisie Chrystal,
rodzinie Doppeltów, Peterowi Ebelowi, Nizzie Fluss, Lindzie Gangayi,
rodzinom Genów, Greenfieldów, Halpernów, Kalishów, Hechtów, Kneplerów,
Lernerów-Kane'ów, Peterowi Kesselowi, rodzinom Kushnerów i LaPoffów, dr.
Richardowi Michaelsonowi, rodzinom Milichów i Negrinów, Mary Quigley,
rodzinom Salomonów-Benedonów i Schellerów, rabinowi Gideonowi
Shloushowi, rodzinom Smithów, Sobelów, Sokolerów, Steinerów, Teitzów,
Tijongów-Kimmelów i Wachtelów.
Szczególne słowa podziękowania należą się mojej szwagierce Elisie
Swiller-Orbach oraz licznej grupie wspaniałych przyjaciół, a zwłaszcza
moim wytrwale dążącym do prawdy byłym studentom, młodym dziennikarzom,
którzy każdego dnia są mi inspiracją. Wyrazy dozgonnej wdzięczności
kieruję do Alix Kates Shulman, Roberta Lipsyte'a i Helen Epstein za ich
rady i pełne aprobaty komentarze na temat mającej się dopiero ukazać
Soaring Underground; jak również do dr Iael Nidam-Orvieto z Instytutu
Jad wa-Szem za przekonanie grupy swych ekspertów do weryfikacji książki
po tym, jak ją jej zaprezentowałam.
Serdecznie dziękuję Danielowi Wasserowi (Franklin, Weinrib, Rudell &
Vassallo) za niezmienne wsparcie dla tego przedsięwzięcia, a także
Christopherowi Zitterbartowi (Watchmen Productions) i Heather Schuster
(Detour Tours) za opracowanie wspomaganej przez aplikację mobilną
pieszej wycieczki po żydowskim Prenzlauer Bergu opartej na kronikach
Lothara (www.detour.com/berlin).
Książka ta nie powstałaby bez serca i muzyki Ricky'ego Orbacha, który
czci naszych rodziców każdym oddechem. Najgorętsze słowa wdzięczności
kieruję też do mojego męża, Richarda Smitha, który wybrał naszą mniej
uczęszczaną drogę i pokonuje ją z miłością; oraz do zięciów Josepha
Friedmana Tartakovsky'ego i Darrena Levy'ego, którzy razem z naszymi
córkami dają początek "Czwartemu Pokoleniu", dumnemu i niepokonanemu.
Wreszcie, słowa miłości dla kuzynki Jane, z którą wciąż rozmawiam o tym
wszystkim, śmieję się i płaczę, mimo że już odeszła.
Vivien Orbach-Smith
2017
Tytuł ów można przetłumaczyć jako Wzrastający (bądź Szybujący) pod ziemią (przyp. tłum.). [wróć]
Przedmowa
W czasach mojej młodości spędziłem niemal dwa lata, ukrywając się w nazistowskim Berlinie, a potem osiem miesięcy w piekle Auschwitz i Buchenwaldu. W owym czasie nauczyłem się dawać sobie jak najlepiej radę
tam, gdzie akurat zdarzyło mi się znaleźć, i czerpać wszelką przyjemność
z tego, co mam. Ta lekcja pozostała mi na całe życie; do dziś zawsze
postrzegam szklankę jako w połowie pełną, a lepiej to ujmując, nigdy jej
nie postrzegam jako w połowie pustej.
Pomysł na tę książkę wziął się z naklejek na zderzaki, jakie pojawiły
się pod koniec wojny w Wietnamie. Głosiły one: "Jeńcy nigdy nie mają
dobrego dnia". Kiedy zastanowiłem się nad własnymi doświadczeniami,
uderzyło mnie, że ów slogan to przesadne uproszczenie, fałszywy obraz
prawdziwego życia w więzieniu czy obozie koncentracyjnym. Niewątpliwie
żaden dzień więźnia w nazistowskim obozie nie był dobry, lecz definicja
dobrego dnia zmienia się, gdy na szali znajdzie się przetrwanie. Za
dobry można uznać dzień, w którym nie zostało się pobitym. Taki dzień z pewnością jest dużo lepszy niż inne. Dzień, w którym dręczący głód
złagodzi odrobina jedzenia, też jest - relatywnie - dobry. Tak jak
dzień, w którym ma się dach nad głową i nie marznie na kość na mrozie.
Dotarło do mnie, że gdy ukrywałem się przed nazistami w rozdartym wojną
Berlinie, przeżyłem całkiem sporo takich "dobrych dni". Zestawienie
tamtych mrocznych czasów, tego morderczego uścisku, ze wspomnieniami
przebłysków światła i ciepła - romansu, przyjaźni, przyjemności i przygody - może zabrzmieć bluźnierczo. Tak to jednak wyglądało. Jako
nastoletni "nurek", który żył w berlińskim podziemiu obejmującym Żydów i innych zbiegów jeszcze długo po tym, jak miasto zostało oficjalnie
uznane za Judenrein, wolne od Żydów, wiedziałem, że każdy dzień może
być moim ostatnim. Kurczowo trzymałem się życia w tym cywilizowanym
mieście, moim mieście, które zmieniło się w moralnego bankruta;
zdecydowany byłem smakować wszelkie wolności i przyjemności, jakie tylko
uda mi się mu wyrwać. By zwiększyć szanse przeżycia swoje i matki,
robiłem wiele rzeczy, których nigdy nie zrobiłbym w świecie, w jakim się
urodziłem i w jakim zostałem wychowany. Nie czuję z tego powodu ani
dumy, ani wstydu. Ujawniam je tutaj, ponieważ ilustrują one, jak sądzę,
coś, co można uznać za normalne zachowanie w świecie, który postradał
zmysły.
Naturalnie zdaję sobie sprawę, że ten pamiętnik byłby zupełnie inny,
gdybym w czasie Holocaustu był choć kilka lat starszy. Tak się złożyło,
że straciłem ojca, młodość i wielu dobrych przyjaciół, w tym kilku
krewnych. Gdybym był starszy, miałbym do stracenia o wiele więcej, może
żonę i dzieci, generalnie wszystko, podobnie jak wielu innych. Albo,
gdybym spędził te lata uwięziony i przymierający głodem w getcie lub
ukrywający się gdzieś na jakimś poddaszu, że o obozie koncentracyjnym
nie wspomnę, byłaby to zupełnie inna historia - bez przebłysków światła
czy ciepła, przyjaźni czy przygody, całkiem inna, ponura opowieść, która
na dodatek mogłaby nigdy nie zostać opowiedziana.
Lata całe myślałem o spisaniu tego pamiętnika, lecz zawsze na
przeszkodzie stawały mi troski dnia codziennego. Zmieniło się to pewnego
dnia w listopadzie 1988 roku, kiedy szedłem przez centrum Manhattanu i poczułem miażdżący ból w klatce piersiowej. Kilka lat wcześniej
przeszedłem lekki atak serca, lecz te bóle były gorsze niż cokolwiek,
czego doświadczyłem wcześniej. Chwiejnym krokiem przeszedłem kilka
przecznic, z trudem łapiąc oddech, i w swojej głupocie nikomu o tym nie
mówiąc, zdołałem usadowić się w autobusie, który zawiózł mnie do domu,
do New Jersey. Jakiś tydzień później potrójna operacja wszczepienia
by-passów naczyniowych serca uratowała mi życie. W czasie tej koszmarnej
przeprawy przez Times Square przysiągłem sobie jednak, że jeśli jeszcze
raz będę miał szczęście przeżyć, opowiem historię czasu, kiedy to w podziemiu odnalazłem życie.
W książce tej nie próbuję opisać Holocaustu ani nie oddaję w szczegółach
miesięcy, które spędziłem w obozie koncentracyjnym. Nie byłem po prostu
w stanie wyrazić bestialstwa Auschwitz, zresztą nawet tego nie
próbowałem - muszę to pozostawić innym. Nie jest to zatem opowieść o śmierci milionów, lecz o życiu jednego młodego człowieka w tamtym
czasie.
Badania nad ocalałymi z Holocaustu wykazały, że osoby te miały pewne
cechy wspólne: zdolności przystosowawcze, nieustępliwość, inicjatywę,
umiejętność szybkiego myślenia oraz ignorowania emocji i oporów
moralnych dzięki pełnemu determinacji skupieniu na celu, jakim było
przeżycie. Wydaje mi się, że w pewnej mierze miałem je wszystkie. Oraz
jeszcze jeden atut, bardzo ważny, jak wykazano, dla przetrwania -
świadomość, że żyją jeszcze inni członkowie mojej rodziny. A także dwie
inne, nie mniej istotne rzeczy: łut szczęścia i wiarę w osobistego Boga,
który zawsze - choć bezgłośnie - zdawał się nade mną unosić.
Po napisaniu tej książki oraz przemyśleniu mojego życia przez te
pięćdziesiąt lat od wyjazdu z Niemiec mogę stwierdzić, że nie kierowały
nim nienawiść i chęć zemsty. Dziedzictwem owych ciemnych lat, z których
wybawiła mnie boża interwencja, było raczej pielęgnowanie mej tożsamości
i żydowskiego obyczaju oraz zaangażowanie całym sercem w życie Żydów w Ameryce oraz Izraelu.
Pomieszczone w tej książce dialogi odtworzyłem najlepiej, jak zdołałem
je sobie przypomnieć. I choć żadną miarą nie są dosłownymi cytatami,
oddają zarówno intencje mówiących, jak i stan ich ducha. Kilka nazwisk i szczegółów zostało zmienionych, by chronić prywatność tych, którzy wciąż
żyją lub mogą żyć. Poza tym wszystko, co zostało tutaj spisane, jest
prawdą.
Larry Orbach
Union, New Jersey
Prolog
W świetle zmierzchającego wiosennego dnia stoję niepewnie na taborecie
od pianina w salonie berlińskiego mieszkania rodziców i przeglądam się w złoconym lustrze wiszącym nad instrumentem. Jest rok 1934, a ja mam
dziesięć lat. W drzwiach stoi matka. Wpatruje się we mnie z zachwytem,
mimo że niczego jeszcze nie powiedziałem. Ojciec siedzi w wyczekującej
pozie w swoim starym fotelu uszaku, trzymając ręce na popołudniówce.
Heinz i Manfred, moi nastoletni bracia, leżą na podłodze, a na ich
twarzach mieszają się rozbawienie i zazdrość.
Za chwilę będę ćwiczył wiersz, który mam wyrecytować na zakończenie roku
w mojej publicznej szkole. Chociaż jestem dopiero w czwartej klasie,
dostąpiłem tego zaszczytu z uwagi na sukces odniesiony w szkolnym
konkursie genealogicznym. Dzięki wielkiej sumienności, nie wspominając o odrobinie wsparcia ojca, dokopałem się moich niemieckich przodków
głębiej niż jakikolwiek inny uczeń - w ostatniej dekadzie XV wieku,
kiedy to niejaki Moses Auerbach (albo Orbach lub Urbach, gdyż wszystkie
te trzy nazwiska mają w hebrajskim podobną pisownię) był nadwornym
Żydem, czyli bankierem, biskupa Ratyzbony.
Wcześniej tego dnia dyrektor szkoły, Herr Bothe, przydzielił mi ów
wielce ceniony monolog.
- Moje najserdeczniejsze gratulacje, Lotharze Orbach! - rzekł, mocarnie
potrząsając moją ręką. - I pamiętaj: musisz mówić głośno i dobitnie, jak
senator!
Głośno i dobitnie, jak senator. To - jestem pewien - nie będzie dla mnie
problemem, bo wiersz "Kämpfe, blute!" jest jednym z moich ulubionych.
Napisał go Hoffmann von Fallersleben, który jest również autorem
Deutschland Über Alles, poruszającego hymnu naszego kraju1. I w całym, calusieńkim moim życiu nie ma niczego, z czego byłbym bardziej
dumny, niż z tego, że jestem Niemcem, Niemcem wywodzącym się od tych,
którzy służyli na dworach biskupów. Jeśli zaś chodzi o ścisłość, mam już
też za sobą walkę i przelaną krew - nawet jeśli było jej niewiele - za
Niemcy, kiedy to niedawno zeskoczyłem z roweru i dołączyłem do mojego
brata Heinza w ulicznej bójce z młodymi komunistami, którzy wzięli nas
za członków jakiejś bandy nazistów.
Tak więc, odwracając się do mojej rodziny, oznajmiam płomiennym głosem:
Kämpfe, blute, werbe
Für dein höchstes Erbe,
Siege oder sterbe:
Deutsch sei bis ins Mark.
Was dich auch bedrohe:
Eine heil'ge Lohe,
Gibt dir Sonnenkraft!
Lass dich nimmer knechten,
Lass dich nicht entrechten;
Gott gibt den Gerechten
Wahre Heldenkraft!
(Walcz, krwaw, upominaj się
O swe najwyższe dziedzictwo,
Zwyciężaj lub giń:
Bądź Niemcem do szpiku kości.
Cokolwiek ci grozi,
Święty płomień
Daje ci siłę Słońca!
Nigdy nie daj się zniewolić,
Nigdy się swych praw nie zrzekaj,
Bóg darzy sprawiedliwych
Prawdziwą, heroiczną mocą!)
A potem gnę swe patykowate ciało w niskim ukłonie. Mama zaczyna klaskać.
Moi bracia wyją głośno, wykrzykują sarkastycznie "brawo!" i rwą przez
drzwi na spotkanie z kumplami. Papa bez słowa podnosi się z fotela i ściska mnie mocno. Do oczu napływają mu łzy.
Chociaż nie jesteśmy rodziną szczególnie religijną, nauczono mnie co
wieczór odmawiać Szema Jisrael: "Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym
Bogiem - Panem jedynym". Zwykle odmawiam tę modlitwę, nim odpłynę w sen.
Lecz tamtej nocy, a i całe tygodnie później, moszczę się w łóżku,
poszeptując: "Kämpfe, blute...".
Mija kilka tygodni. Parę dni przed zakończeniem roku szkolnego zostałem
wezwany do gabinetu dyrektora. Nie jestem zdenerwowany - właściwie
jestem uradowany, bo zakładam, że chce usłyszeć mój oratorski popis, a wiem, że moje wykonanie jest nieskazitelne.
Dyrektor uśmiecha się do mnie zza swego mahoniowego biurka z wyrazem
troski na twarzy i daje znak, bym usiadł. Na ścianie naprzeciw mnie wisi
portret Führera. Jak zwykle uprzejmie dyrektor mówi mi, że administracja
zdecydowała, iż nie byłoby stosowne, by Żyd reprezentował ogół uczniów,
recytując "Kämpfe, blute!". A ponieważ jestem Żydem, moje
niekwestionowane zwycięstwo w konkursie genealogicznym nie ma znaczenia.
Zaszczyt ten przypadnie zdobywcy drugiego miejsca, gburowatemu
szóstoklasiście, którego niemieccy przodkowie są w komplecie
Aryjczykami.
Ten kulturalny, inteligentny dżentelmen, ten szanowany pedagog dzieli
się ze mną tą wiadomością w najbardziej rzeczowy sposób, jakby wskazywał
jakąś oczywistą anomalię powodującą, że mój występ na zakończenie roku
jest czymś logicznie niemożliwym: nie masz nóg, więc nie możesz wziąć
udziału w biegu; nie masz rąk, więc nie możesz ponieść znicza; jesteś
Żydem, więc nie możesz być Niemcem.
Przez resztę szkolnego dnia powstrzymuję łzy. Lecz kiedy wracam do domu,
ze szlochem biegnę do matki. Gdy mówię jej, co się stało, jest oburzona,
że mnie, jej najmłodsze i najwrażliwsze dziecko, spotkał taki zawód.
Ojciec, mężczyzna porywczy, oświadcza, że natychmiast idzie do szkoły
obić dyrektorowi pysk. Matka błaga go, by nie ściągał na nas kłopotów.
- Ta rasowa nienawiść, wiesz, przychodzi i odchodzi - przypomina mu. -
Za pół roku wszystko to minie.
Moi bracia zaś nie posiadają się z radości, bo teraz nie muszą już
przesiadywać na nudnych przygotowaniach do absolutorium, przyglądając
się, jak pieszczoszek rodziny skupia na sobie całą uwagę i zbiera cały
aplauz.
Tej nocy, w łóżku, z boleśnie ściśniętym gardłem i piekącymi oczyma,
jeszcze raz odmawiam "Kämpfe, blute!". To mój wiersz. Nie zabiorą mi
go.
Po paru dniach matka zwraca uwagę na wciąż posępny wyraz mojej twarzy i próbuje mnie pocieszyć.
- W każdym dzieciństwie są też rany, Lotharchen - mówi uspokajająco. -
Ta również się zagoi, chociaż pewnie zapamiętasz ją na zawsze.
I tak zdecydowaliśmy się patrzeć na ten pożałowania godny epizod: lekcja
zaliczona, uraz, jak to w dzieciństwie, rytuał inicjacyjny.
Dzisiaj, całe życie później, patrzę wstecz i zastanawiam się, czy mogłem
jakoś przeczuć, że cały mój świat, wszystko, czemu ufałem i w co
wierzyłem, wkrótce się rozpadnie. Że moja edukacja, której byłem tak
oddany, skończy się na ósmej klasie, ponieważ żadne gimnazjum nie będzie
chciało mnie przyjąć. Że moi szkolni kumple, ci dobroduszni chłopcy, z którymi rywalizowałem na boisku do piłki nożnej, wkrótce poprzysięgną
mnie zniszczyć. Że mego ojca, zagorzałego niemieckiego patriotę, kraj,
któremu dzielnie służył, wyśle na śmierć w obozie koncentracyjnym. Że
kiedy będę nastolatkiem, zostanę zwierzyną łowną i żeby przetrwać, będę
musiał oszukiwać, kraść, zwodzić, może nawet zabić. Czy że w ciemnej i odległej przyszłości będę sobie powtarzał słowa "Kämpfe, blute",
stojąc wygłodzony i samotny między moimi umierającymi pobratymcami w Auschwitz.
Nie, wówczas nie wiedziałem. Wiedziałem, że stało się coś strasznie
złego, że nie tak miały wyglądać moje Niemcy. Nie miałem jednak pojęcia,
co dopiero się wydarzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Pomyłka autora - wiersz, który deklamował, Feuerspruch, napisał Heinrich Gutberlet (1877-1953). Śpiewany do muzyki Eugena Naumanna nosił tytuł Marsch der Deutschen in Polen (przyp. red.). [wróć]