Od Autorów
Każda epoka, wojna czy powstanie narodowe ma swoje mity i legendy.
Podobnie zresztą jak większość wydarzeń historycznych, i to wcale nie
tylko tych najważniejszych, decydujących o losach państwa czy narodu. Po
wielu latach bardziej zresztą niż realne fakty liczy się ich społeczne
postrzeganie, niemające czasami wiele wspólnego z prawdą historyczną. Z perspektywy czasu ważniejsze bywa bowiem nie to, co się rzeczywiście
wydarzyło, ale jak zostało zapamiętane i na jakich zasadach funkcjonuje
w społecznym odbiorze.
Historia Polski obfituje w różnego rodzaju mity narodowe, które na dobre
zadomowiły się w publicznej świadomości. Czasami powstały one "ku
pokrzepieniu serc", by wykazać, że klęski ponosiliśmy wyłącznie z powodu
przygniatającej przewagi wroga lub ze względu na niekorzystne
okoliczności. Zadomowiło się nawet pojęcie "porażki z przyczyn
obiektywnych", które miało wykazać, że nie było szans na powodzenie, ale
walczyliśmy o honor i byliśmy moralnymi zwycięzcami.
Wbrew pozorom także sukcesy obdarzone są pokaźną liczbą mitów i przeinaczeń, które do dzisiaj straszą w podręcznikach czy tekstach
publicystycznych. Gorzej, że czasami takie legendy służą do ilustracji
bieżących sporów politycznych lub światopoglądowych. Odbywa się to
zgodnie z zasadą, że "historia jest nauczycielką życia", co raczej nie
ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Autorzy tej książki zgodnie bowiem
uważają, że do roli pedagogów historycznych czasami aspirują ludzie, dla
których nie jest ważne, dlaczego coś się wydarzyło i jak przebiegały
wydarzenia, a wyłącznie jaki morał z nich płynie i jak go można odnieść
do dzisiejszych realiów. A jak wiadomo, morał zależy od sposobu
przedstawienia faktów, a także od naświetlenia ogólnej sytuacji, jaka im
towarzyszyła. Poza tym niewygodne sprawy można przemilczeć.
Nie jest wolna od mitów także wojna polsko-rosyjska z lat 1919-1921. Na
postrzeganie tego konfliktu miały wpływ sympatie polityczne sprzed lat
czy też działalność propagandy. I to nie tylko tej z okresu
międzywojennego, ale także z czasów emigracji londyńskiej i epoki PRL.
Pomimo upływu lat nawet w wolnej Polsce powtarza się bezkrytycznie mity
powstałe dla doraźnych potrzeb, a poziom dyskusji często rozpala emocje.
Co gorsza, do dzisiaj pokutują też opinie z podręczników powstałych w czasach Polski Ludowej, których autorzy usiłowali tłumaczyć, że wojna w obronie niepodległości przyniosła Polsce nieszczęścia. Papier jest
bowiem cierpliwy i wszystko wytrzyma, gorzej, że w ten sposób utrwalano
absurdy, które straszyły przed laty.
Z drugiej jednak strony, w ostatnich latach nie brakuje specyficznego
hurraoptymizmu, na bazie którego uważa się, że postępowanie polskich
władz cywilnych i wojskowych było wspaniałe i pozbawione wad. Tak też
nie było, o czym warto pamiętać. Popełniono wiele błędów, a wiele spraw
mogło potoczyć się inaczej. Ale łatwo jest po latach dawać dobre rady z pozycji wygodnej kanapy.
Do dzisiaj przebieg tej wojny, a szczególnie role odegrane przez jej
głównych aktorów wzbudzają zajadłe spory. Oprócz powtarzanych do
znudzenia pytań na temat autorstwa planu bitwy warszawskiej mamy całkiem
pokaźne grono bohaterów, którzy nimi nigdy nie byli, i czołowe postacie,
o których w ogóle się nie pamięta. A do tego kilku mitycznych bohaterów,
których prawdziwe losy nie miały wiele wspólnego z legendą. Wojnie tej
towarzyszy również całkiem pokaźny bagaż narodowych mitów niemających
wiele wspólnego z rzeczywistością. Nie wszystkie bowiem narodowe zalety
i wady można pomieścić w jednej kampanii wojennej i wykazać, że gdyby
Polacy czy Rosjanie byli inni, to wojna potoczyłaby się inaczej.
Autorzy nie ukrywają, że lubią, gdy ich praca pobudza do dyskusji. Nie
jest ona jednak celem samym w sobie, gdyż ich naczelnym zadaniem jest
przywrócenie właściwego postrzegania wydarzeń. Taki charakter ma ta
książka, która jest głosem w dyskusji historyków i publicystów na temat
wojny z Rosjanami o niepodległość. Autorzy mają nadzieję, że będzie w miarę ważnym głosem, a przynajmniej skłoni do refleksji, że nawet w tamtych dramatycznych miesiącach nie wszystko było czarno-białe, a wydarzenia i losy ludzi przebiegały czasami inaczej, niż dotychczas
uważano. A zatem także skutki tych wypadków były inne, niż to
przedstawiano na łamach podręczników czy książek historycznych.
Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski
Rozdział 1
Powstania narodowe kończą się klęską?
Wszystkie polskie zrywy niepodległościowe były krwawymi, beznadziejnymi
zmaganiami, które zawsze kończyły się klęską. Jedyne, co Polacy mogą
sobie zapisać na plus, to "moralne zwycięstwa". Powstania przynosiły
olbrzymie straty, za każdym razem pogarszając sytuację Polaków. Jedno
tylko powstanie wielkopolskie w 1919 roku zakończyło się sukcesem, a i to niewielkim - każda reguła musi mieć bowiem wyjątek.
Na pierwszy rzut oka stwierdzenie, że polskie powstania kończą się
porażkami, wydaje się prawdziwe. Na drugi rzut oka - poparty edukacją
szkolną - również. Takie postrzeganie polskich dziejów jest jednak
błędne, a wynika z indoktrynacji i propagandy - zarówno w wykonaniu
naszych wrogów, jak i nas samych.
Kanon polskich powstań narodowych został ustalony nie przez historyków,
ale przez urzędników. Stało się to w 1919 roku na podstawie kilku
rozkazów, dekretów i ustaw. Odradzające się państwo polskie chciało
bowiem zadbać o weteranów powstań, których żyło jeszcze 3644. Dlatego
też w dokumentach wymieniono trzy powstania: z 1863, 1848 oraz 1831
roku. (Ostatni z weteranów powstania listopadowego - Michał Szurmiński -
zmarł w 1926 roku w wieku 127 lub 113 lat.) Z przyczyn urzędowych nie
nazywano powstaniami wcześniejszych walk z zaborcami - ponieważ ich
weterani już nie żyli, ani walk "współczesnych", z lat 1914-1918 -
ponieważ ich weterani dostawali prawa kombatanckie na mocy innych ustaw.
Wrogowie państwa polskiego - czyli państwa zaborcze - miały oczywisty
interes w przekonywaniu swoich polskich poddanych, że opór jest
bezcelowy. Skoro powstania się nie udają, Polacy nie zasługują na własne
państwo i muszą być wierni monarchom Rosji, Prus czy Austrii. Zaborcy
mieli łatwe zadanie, chociażby ze względu na istnienie cenzury. W czasach PRL było podobnie - trzeba było potępiać Powstanie Warszawskie,
a przy okazji i inne, wcześniejsze.
Władze państw zaborczych dysponowały również innym środkiem nacisku:
możliwością blokowania lub ułatwiania kariery. Oczywiście polscy
historycy nie byli łapówkarzami, ale zastanawiający jest fakt, że
przedstawiciele krakowskiej szkoły historycznej - potępiającej walkę o Polskę - robili dużo większe kariery naukowe i polityczne niż
przedstawiciele warszawskiej szkoły historycznej - usprawiedliwiający
powstania. Dla historyków będących apologetami powstań narodowych w ogóle nie było miejsca w legalnych instytucjach, działali oni - jak
chociażby Józef Piłsudski - w podziemiu.
W XXI wieku jest podobnie, czego świadectwem są książki takie jak ta -
obalające mity narodowe. Polityka historyczna państwa polskiego opiera
się przede wszystkim na martyrologii, premiuje się zatem naukowców
piszących o porażkach. Drugim filarem są przyzwyczajenia środowiska
akademickiego, w którym obowiązuje hierarchia, poszanowanie starych
mistrzów oraz przemożna chęć studiowania w spokoju własnych problemów.
Historycy akademiccy zajmują się z reguły bardzo ograniczoną tematyką i chcą mieć spokój. Wierzą w to, co przekazali im ich mistrzowie, a jeśli
nawet nie wierzą, to rzadko przedstawiają swoje wątpliwości. Mogliby
bowiem narazić się środowisku, co utrudniłoby im badania. Oczywiście nie
dotyczy to całej profesury - oprócz zwykłych profesorów historii
istnieją również wybitni profesorowie historii.
Bezmyślnie powtarzamy zatem mit o porażkach polskich powstań
niepodległościowych. Tego uczono nas w szkole, tak jest w podręcznikach
szkolnych pisanych - lub nadzorowanych - przez naukowców. Mało kto zdaje
sobie jednak sprawę, że nowe szkolne podręczniki historyczne pisane są
tak, żeby nie urazić wcześniejszych autorów. Bo recenzentami
podręczników są przecież ludzie z doświadczeniem w ich pisaniu - z reguły owi wcześniejsi autorzy. Lepiej im się nie narażać. Lepiej
również nie narażać się rodzicom, narzekającym na ciągłe zwiększanie
ilości materiału, który muszą opanować dzieci.
Pisane dla współczesnych uczniów muszą być kompatybilne z tymi, których
używali ich rodzice. Wynika to z faktu, że szkoła nie może podważać
prestiżu rodziny i nauka szkolna musi być spójna z tym, co swoim
dzieciom przekazuje matka i ojciec. Niestety nie można również dodawać
zbyt dużo nowej wiedzy: uczniowie i tak są przeciążeni "ważniejszymi"
przedmiotami, przede wszystkim językiem polskim, potrzebnym do zdania
matury. Podręczniki do historii zawierają bardzo dużo - zbyt dużo -
treści wprowadzonych w czasach PRL, z oczywistych powodów sławiących
wieczną przyjaźń Polaków z narodami "Związku Radzieckiego".
I dlatego o żołnierzach wyklętych w większości podręczników jest akapit,
pół strony - czasem mniej, niż o bitwie pod Lenino. Na Krzyżaków trzeba
poświęcić miesiąc nauki, na wojny polsko-moskiewskie nie starcza więc
miejsca i czasu. Dlaczego? Dlatego, że nazewnictwo i styl pisania
polskich podręczników wywodzi się z XIX wieku, gdy walka z Krzyżakami
była symbolem panslawistycznego oporu przeciwko Niemcom, a o walce
Polaków z carem rosyjscy cenzorzy zabronili opowiadać. O powstaniach
narodowych było - i jest - niewiele.
W szkołach uczymy się zatem o dwóch powstaniach narodowych -
listopadowym i styczniowym. Uczymy się w charakterystyczny sposób -
najwięcej uwagi poświęcając popowstaniowym represjom. Czasem jako
przykład nieudanych powstań dodaje się insurekcję kościuszkowską oraz
wydarzenia Wiosny Ludów. Wszystkie te zrywy niepodległościowe zostały -
w sposób oczywisty i bezdyskusyjny - przegrane. Potem dowiadujemy się o porażkach trzech powstań śląskich, a przede wszystkim - o Powstaniu
Warszawskim. Czasami pamiętamy o powstaniu wielkopolskim 1918 roku,
znamy co prawda mało szczegółów, ale akceptujemy fakt, że odniosło ono
sukces dlatego, że było dobrze - "po wielkopolsku" - przygotowane i zorganizowane.
Bardzo rzadko pamięta się o powstaniach zwycięskich.
Najważniejsze z nich to powstanie 1806 roku. W tym czasie Polska nie
istniała już od 11 lat. Wówczas jeden z zaborców - Królestwo Prus -
popełniło wielki błąd i postanowiło zaatakować Francję. Napoleon
Bonaparte odparł pruską agresję i wtargnął na ziemie przeciwnika. Pod
koniec października z Napoleonem, cesarzem Francuzów, spotkał się
generał Jan Henryk Dąbrowski, który zaproponował wystawienie polskiej
armii w zamian za odbudowę państwa polskiego. Napoleon niczego nie
obiecywał, jedyne, co powiedział, to: "na niepodległość trzeba sobie
zasłużyć" i "zobaczymy, czy Polacy są godni być narodem".
Polacy okazali się godni: wystawili czterdziestotysięczną armię,
wyrzucili załogi pruskie z Wielkopolski, Mazowsza i Pomorza. Dywizja
gen. Dąbrowskiego miała decydujący udział we francuskim zwycięstwie w bitwie pod Frydlandem, stoczonej 14 czerwca 1807 roku. Krótko po niej
zawarto pokój w Tylży. Potwierdzono tam formalnie istnienie państwa
polskiego - tymczasowo nazwanego Księstwem Warszawskim. Ważniejsze było
jednak to - co należy jeszcze raz podkreślić - że w wyniku powstania
1806 roku i pokoju w Tylży przestały obowiązywać traktaty rozbiorowe.
Znaczenie polityczne Polaków było tak duże, że kilka lat później - nawet
pomimo klęski Napoleona - odbudowano Królestwo Polskie.
Nic dziwnego, że po kolejnych kilkudziesięciu latach ponownie doszło do
powstania, niestety, w dużo mniej dogodnej sytuacji. Powstanie z 1863
roku - znane jako "styczniowe" - trwało półtora roku i zakończyło się
klęską. Z perspektywy lat wiemy jednak, że było wydarzeniem niezmiernie
istotnym. Przed rokiem 1863 i 1864 mieszkańcy Polski bowiem żyli obok
siebie - szlachta w dworkach, chłopi w chałupach, a mieszczanie w kamienicach. Wzajemne kontakty były ograniczone, społeczeństwo było
podzielone, różne grupy walczyły o różne interesy - taka była też
przyczyna porażki powstania styczniowego. Jednak jego klęska sprawiła,
że szlachta opuściła swoje dworki, chłopi przejęli niemal wszystkie
szlacheckie tradycje, a i mieszczanie - zasileni chłopskimi i szlacheckimi przybyszami z prowincji - stracili swój stanowy charakter.
Zmiana ta przyniosła doskonałe rezultaty, bo kolejne - trzecie -
powstanie narodowe odniosło olbrzymi sukces.
Czyżbyśmy w tych kalkulacjach o czymś zapomnieli? A gdzie insurekcja
kościuszkowska i powstanie listopadowe? Po prostu to nie były powstania,
niezależnie od tego, jak słowo "powstanie" zdefiniujemy. Właściwe
znaczenie słowa "powstanie" odnosi się bowiem do mobilizacji pospolitego
ruszenia, czyli - w realiach XIX wieku - zwołania oddziałów
partyzanckich, które następnie stają się armią narodową. Słowo to
zmieniło z czasem znaczenie i zaczęto określać nim zbrojne wystąpienia
przeciwko zaborcy lub okupantowi. A akcje zbrojne, które nastąpiły w roku 1794 oraz 1830, były wymierzone przeciwko polskim monarchom.
Insurekcja kościuszkowska to wystąpienie części polskich sił zbrojnych
przeciwko władzy królewskiej Stanisława Augusta Poniatowskiego. Państwo
polskie przecież istniało. Tadeusz Kościuszko i jego współpracownicy
używali słowa "insurekcja", nie chciano bowiem użyć słowa "rewolucja".
Rewolucja toczyła się właśnie we Francji i słowo to fatalnie się
kojarzyło - z morderstwem rodu królewskiego, rzeziami dokonywanymi na
arystokracji i klerze, rabunkami i gwałtami. Cała Europa wystąpiła
przeciwko rewolucji francuskiej, Polacy nie mogli więc swojego oporu
przeciwko Stanisławowi Augustowi - najgorszemu polskiemu królowi -
nazwać rewolucją.
Nie było takich oporów w roku 1830, gdy część polskich sił zbrojnych
wystąpiła przeciwko władzy królewskiej Mikołaja Romanowa. W przeddzień
rewolucji listopadowej Królestwo Polskie było państwem niepodległym,
połączonym jednak unią personalną z Rosją. (Poprzednio takimi uniami
personalnymi Polska była połączona z Czechami, Węgrami, Litwą, Saksonią,
a nawet Szwecją). Królestwo Polskie w latach 1815-1831 miało dużo
większą samodzielność niż Polska Rzeczypospolita Ludowa w latach
1944-1989, o czym nie można było wspominać w czasach PRL.
Powstanie listopadowe uzyskało swoją nazwę dopiero po kilkudziesięciu
latach, a ówcześni nazywali te wydarzenia "rewolucją listopadową" oraz
"wojną polsko-rosyjską". Dwudziestego dziewiątego listopada 1830 roku
zbuntowali się - niezadowoleni z warunków finansowych - oficerowie
Wojska Polskiego. Przez kilka kolejnych tygodni sejm Królestwa Polskiego
- pomimo rewolucyjnych nastrojów wojska i społeczeństwa - próbował
znaleźć ze swoim monarchą porozumienie. Dopiero 25 stycznia 1831 roku
sejm zdetronizował króla Mikołaja Romanowa, który odpowiedział, wydając
armii rosyjskiej rozkaz ataku na Polskę. Rozpoczęła się wojna toczona w sposób całkowicie regularny, podczas której stutysięczne armie toczyły
wielkie bitwy z udziałem kawalerii, artylerii, a nawet wojsk
rakietowych.
Sposób, w jaki "rewolucja listopadowa roku 1830" oraz "wojna
polsko-rosyjska 1831 roku" stały się w świadomości Polaków "powstaniem
listopadowym", zasługuje na odrębną książkę. To kwestia propagandy,
indoktrynacji, polityki, inercji środowisk naukowych oraz... wychowania
domowego. Ta ostatnia przyczyna jest najważniejsza. Można łatwo
zrozumieć, że władza - szczególnie zaborcza - oszukiwała Polaków. Że
podręczniki zostały zainfekowane przez politykę historyczną i ograniczenia cenzorskie. Można nawet przyjąć do wiadomości, że przez
wiele lat żyło się w niewiedzy. Najtrudniej jest jednak zaakceptować
fakt, że nasi rodzice - którzy nas wychowali i wykształcili -
uprawomocnili te błędy swoim autorytetem.
Dlatego też obalanie mitów jest trudnym przedsięwzięciem.
Rozdział 2
Niepodległość Polski to dar losu i państw Ententy?
W listopadzie 1918 roku Polacy nie podejmowali działań zbrojnych
przeciwko zaborcom, ograniczyli się jedynie do pokojowego rozbrojenia
Niemców w Warszawie. Jedynym chlubnym wyjątkiem było powstanie
wielkopolskie, rozpoczęte dopiero 27 grudnia. Polska odzyskała
niepodległość przede wszystkim dzięki koniunkturze międzynarodowej -
niepodległa Rzeczpospolita została nam podana niemal na tacy.
Sytuacja międzynarodowa przyczyniła się do odzyskania niepodległości
przez Polskę, nie była jednak decydującym czynnikiem. Tuziny innych
narodów nie potrafiły skorzystać z historycznej szansy, która pojawiła
się w wyniku Wielkiej Wojny. Taki był los chociażby naszych najbliższych
sąsiadów: Białorusini zbytnio zwlekali z ogłoszeniem niepodległości, a Ukraińcy nie potrafili zorganizować działającego państwa.
Polska odzyskała niepodległość w wyniku trzeciego powstania narodowego.
Powstania zwycięskiego, które można by nazwać powstaniem listopadowym
1918 roku. Spełnia ono wszystkie obiektywne kryteria: było wystąpieniem
przeciwko władzy zaborców oraz okupantów i polegało na zmobilizowaniu
pospolitego ruszenia. Wydarzeń listopadowych nie nazywamy powstaniem
tylko dlatego, że - wedle powszechnej opinii - każde z nich powinno być
źle przygotowane, przeprowadzone chaotycznie, przynieść wiele ofiar
śmiertelnych i zakończyć się krwawą klęską.
Ideowym wodzem powstania był - więziony przez Niemców - Józef Piłsudski.
Faktycznym organizatorem zbrojnego zrywu stał się natomiast Edward
"Śmigły" Rydz. "Śmigły" - inaczej niż wszyscy inni współpracownicy
Józefa Piłsudskiego - zajmował się wyłącznie sprawami wojskowymi. Był
również - miało to duże znaczenie - poddanym austriackim, pułkownikiem
c.k. armii. Gdy więc latem 1917 roku Niemcy aresztowali Piłsudskiego i jego politycznych współpracowników, "Śmigły" pozostał na wolności i stał
się nieformalnym przywódcą propiłsudczykowskiej i proniepodległościowej
konspiracji. Bardzo szybko zreorganizował Polską Organizację Wojskową,
zamieniając ją z nielicznej formacji paramilitarnej w potężną
konspirację niepodległościową, której wpływy rozciągały się od Niemiec
po Syberię.
Jesienią 1918 roku Wielka Wojna dobiegała końca, a państwa centralne
kontrolujące polskie ziemie - Niemcy oraz Austro-Węgry - stały na
krawędzi klęski. Pod koniec października w dowództwie POW podjęto
decyzję o zbrojnym wystąpieniu przeciwko słabszemu z zaborców - Austrii.
Początek akcji zaplanowano na 1 listopada.
Daty nie wybrano przypadkowo, tylko na skutek zimnej kalkulacji. Jeden z przywódców akcji zbrojnej w Tarnowie - Jan Styliński - tak wspominał
moment podejmowania decyzji: "zastanawiano się, czy nie odłożyć
przewrotu, wobec tego, iż normalna porcja gotówki na wypłaty na
pierwszego jeszcze nie nadeszła i mogłyby być trudności finansowe z samego początku działania". Często zapomina się o tym, że wraz z wolnością, przychodzą obowiązki - także finansowe. Choć w podejmowaniu
decyzji powstańczych nie było ani krzyny romantyzmu, dobrze to świadczy
o polskich przywódcach. Nie wszyscy byli cierpliwi: w Tarnowie nie
czekano i oswobodzono go - jako pierwsze znaczące miasto w Polsce - już
31 października. W kilka godzin później wolny był również Kraków. Nie
było żadnych ofiar śmiertelnych - na razie - więc wydarzeń tych nie
nazywa się "powstaniem", a jedynie "rozbrajaniem wojsk okupacyjnych".
Pierwszy etap powstania zakończył się pełnym sukcesem: 3 listopada
zwierzchnik okupacyjnych wojsk austriackich w Lublinie wysłał telegram
do Rady Regencyjnej - polskich władz zorganizowanych przez Niemców - że
przekazuje jej pełnię władzy. Jednak Rada Regencyjna i stworzony przez
nią rząd w Warszawie nie byli odpowiednim przywództwem dla Polski.
Powstanie narodowe wciąż trwało i wkraczało właśnie w drugą fazę:
powołania rządu narodowego. "Śmigły" udał się do Lublina, objął
dowodzenie nad organizującymi się tam wojskami i wezwał do siebie
konspiratorów mających mniej determinacji, ale większe doświadczenie
polityczne i większy prestiż (sam był nieznany większości Polaków, tak
samo jak dziś mało kto zna nazwisko Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił
Zbrojnych WP). Politycy jednak nie chcieli ryzykować, "Śmigły" wysłał
więc do Krakowa samochód, który przywiózł Ignacego Daszyńskiego. To
właśnie on został 7 listopada premierem Tymczasowego Rządu Ludowego
Republiki Polskiej.
Dziesiątego listopada do Warszawy przybył - uwolniony przez Niemców -
Józef Piłsudski. Jego celem był Lublin, ale w Warszawie musiał
przeprowadzić rozmowy z Radą Regencyjną i przedstawicielami środowisk
politycznych. Spotkał się również z komendą miejscowej Polskiej
Organizacji Wojskowej, od której dowiedział się, że została ona
postawiona w stan gotowości i czeka na rozkaz wejścia do akcji.
W tym czasie w Warszawie przebywało 30 000 Niemców: 12 000 żołnierzy
oraz 18 000 urzędników i cywilów. Zaproponowali, że dobrowolnie opuszczą
polską stolicę - wraz z bronią oraz zrabowanymi łupami. Rozmowy nie
przyniosły więc rezultatu, ale zamierzano kontynuować je następnego
dnia. Do rozmów jednak nie doszło, ponieważ mieszkańcy Warszawy zebrali
się stutysięcznym tłumem pod mieszkaniem Piłsudskiego, a POW obsadziła
niektóre punkty w Warszawie. Polacy opanowali Warszawę, a Niemcy
zamknęli się w koszarach.
Jedenastego listopada niczego już więc nie negocjowano, bo przestraszeni
pokazem siły Niemcy zgadzali się na wszystkie jego warunki: opuszczenie
Królestwa Polskiego w ciągu tygodnia, z pozostawieniem tutaj całego
majątku, łącznie z bronią osobistą. Rozpoczęcie rozbrajania Niemców
wyznaczono na godzinę 13.00 i przeprowadzono je bardzo sprawnie.
Oczywiście nie wszyscy okupanci zgodzili się na kapitulację: niemal od
razu spacyfikowano oficerów, strzelających z okien najnowocześniejszego
wówczas hotelu Polonia na rogu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej w ikonicznym wprost centrum Warszawy. Dzień dłużej broniła się kompania
wojska obsadzająca ratusz przy placu Teatralnym. Dopiero 16 listopada
poddał się doborowy pułk obsadzający Cytadelę. Walki nie przyniosły
ofiar śmiertelnych - przynajmniej po polskiej stronie.
Ofiar nie było w Warszawie, ale zdarzały się poza nią. Najbardziej
znanym przykładem - choć dzisiaj zapomnianym - jest los Międzyrzeca
Podlaskiego. Szesnastego listopada zaatakowali je Niemcy: miasto zostało
zrabowane, spalone, obłożone kontrybucją. Poległo 22 obrońców,
zamordowanych zostało 22 cywilów. Być może gdyby 11 listopada w Warszawie był równie krwawy, nikt nie miałby wątpliwości, że właśnie
wybuchło powstanie narodowe, a co więcej - że zakończyło się olbrzymim
sukcesem.
Józef Piłsudski wezwał do siebie rząd sformowany w Lublinie i nakazał mu
podanie się do dymisji: jego istnienie mogło bowiem doprowadzić do
niepotrzebnych konfliktów politycznych. Politycy "lubelscy" nie
rozumieli tego i chcieli utrzymać się przy władzy. Piłsudski zareagował
na to - podobno - słowami: "Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę
robić". Ostatecznie lubelski rząd podał się do dymisji, gdy Edward
"Śmigły" Rydz wskazał, że władza premiera Daszyńskiego opiera się tylko
na sile oddziałów wojskowych, a one posłuchają rozkazów "Śmigłego" i Piłsudskiego. Czternastego listopada rozwiązała się również Rada
Regencyjna, przekazując swoje uprawnienia Józefowi Piłsudskiemu jako
Naczelnikowi Państwa.
W ten sposób zakończył się trzeci, ale nie ostatni etap powstania
listopadowego 1918 roku. Wyzwolono bowiem jedynie Królestwo Polskie -
czyli ziemie okupowane przez Rosjan w latach 1831-1915, a w latach
1915-1918 przez Niemców i Austriaków - oraz część zaboru austriackiego.
Pod obcą kontrolą pozostawały jeszcze ziemie zaboru rosyjskiego,
niemieckiego oraz Śląsk.
A na ziemiach tych doszło do krwawych walk. W Małopolsce Wschodniej
Polacy walczyli o częściowo opanowany przez Ukraińców Lwów. Na Śląsku
Cieszyńskim - walczyli przeciwko Czechom. Kilka miesięcy później
wybuchły walki na Górnym Śląsku przeciwko Niemcom oraz w Sejnach
przeciwko Litwinom. Trzy powstania śląskie są pamiętane, powstanie
sejneńskie jest zapomniane, a konfliktów z Czechami i Ukraińcami - z różnych powodów - nie nazywa się powstaniami. A powinno - bo i one
spełniają wspomniane warunki obiektywne i swoim charakterem nie różnią
się zbytnio od wydarzeń śląskich czy sejneńskich.
Najbardziej znane jest - podobno jedyne w polskiej historii udane -
powstanie wielkopolskie. Paradoksalnie nie spełniało ono - przynajmniej
w pierwszych tygodniach - warunków, żeby je nazwać powstaniem. Zaczęło
się 27 grudnia 1918 roku od manifestacji mieszkańców Poznania, w wyniku
której wojska niemieckie wyszły z miasta. Był to jednak skutek ogólnej
sytuacji w Niemczech: niemal we wszystkich niemieckich miastach cywile
występowali przeciwko armii. Rząd w Berlinie rozkazał, aby żołnierze
opuszczali koszary w miastach, co miało uspokoić nastroje społeczne i zmniejszyć ryzyko konfliktu pomiędzy cywilami a mundurowymi. To samo
stało się w Wielkopolsce: 27 grudnia 1918 roku, w dzień wybuchu, w całej
prowincji zginęło tylko dwóch Polaków, a przez kolejnych dziesięć dni -
kilkunastu.
Prawdziwe powstanie wielkopolskie rozpoczęło się po kilku tygodniach.
Piętnastego stycznia 1919 roku armia niemiecka odzyskała władzę nad
zrewoltowanym Berlinem - przy okazji mordując radykalnych polityków,
m.in. Różę Luksemburg - i podjęła takie kroki wobec innych zbuntowanych
miast. Dwudziestego drugiego stycznia ruszyła niemiecka ofensywa na
Poznań, która rozwijała się powoli, ale skutecznie. W lutym polski front
obronny cofał się i był bliski załamania się. Ratunek przyszedł ze
strony Francuzów, którzy 14 lutego wymusili na Niemcach powstrzymanie
ofensywy. Wielkopolska stała się oficjalnie częścią Rzeczypospolitej na
mocy pokoju wersalskiego podpisanego 28 czerwca 1919 roku.
Spojrzenie na wydarzenia 1918 roku jako na powstanie narodowe pozwala
nie tylko przypomnieć sobie okoliczności odrodzenia Rzeczypospolitej,
ale służy również do rozważania roli, jaką odegrała bitwa warszawska.
Wyobraźmy sobie, że Armia Czerwona zdobywa Warszawę 15 sierpnia, Wojsko
Polskie jest rozbite, władze Rzeczypospolitej ewakuują się najpierw do
Poznania, a potem szukają schronienia na obczyźnie. Powtarza się
sytuacja z roku 1794, 1813, 1831, 1864. Zachód nie reaguje. Polska
ponownie staje się częścią Rosji (bo Związek Sowiecki - co wyjaśnimy w kolejnych rozdziałach - w takiej sytuacji nie powstaje).
Gdyby bitwa warszawska potoczyła się inaczej, dzisiaj uczylibyśmy się -
z podręczników napisanych cyrylicą - o kolejnym nieudanym polskim
powstaniu. O "powstaniu 1918 roku", a może o "drugim powstaniu
listopadowym". Józef Piłsudski i Roman Dmowski zostaliby postawieni obok
Tadeusza Kościuszki, Piotra Wysockiego i Romualda Traugutta jako
bezmyślni romantycy, podejmujący z góry przegraną walkę i narażający
swoich rodaków na niepotrzebne cierpienia. Wojna polsko-bolszewicka, czy
też wojna 1920 roku - na kolejnych stronach wyjaśnimy zresztą, dlaczego
obie te nazwy są kłamliwe - zadecydowała nie o polskich granicach, tylko
o polskiej niepodległości.
Rozdział 3
Potop szwedzki czy moskiewski?
Przez całe wieki Polacy walczyli z Niemcami, dlatego chrzest przyjęliśmy
od Czechów, dlatego musieliśmy odpierać ataki Krzyżaków, a i potop
szwedzki można by zaliczyć do walki z żywiołem germańskim. Wojny z Rosją
prowadziliśmy natomiast bardzo rzadko.
Jeśli spojrzymy do podręczników historii - nawet tych najnowszych -
wizja odwiecznego boju Polaków przeciwko Niemcom może wydawać się
właściwa. Wynika to jednak przede wszystkim ze sposobu powstawania
podręczników i pisania programów nauczania.
I chociaż dzisiaj w podręcznikach raczej nie znajdzie się stwierdzenia,
że chrzest w 966 roku przyjęliśmy od Czechów dlatego, że nie chcieliśmy
od Niemców, to mit taki wciąż pokutuje. Wciąż świętuje się bitwę pod
Cedynią - chociaż historycy wiedzą o niej bardzo niewiele - a nawet
bitwę na Psim Polu, chociaż nigdy jej nie było. Bardzo dużo czasu
poświęca się w szkole problemowi krzyżackiemu, z reguły nie wyjaśniając
nawet tego, że Państwo Zakonne nie miało charakteru narodowego.
Konieczność indoktrynowania uczniów o Niemcach jako wrogach sprawia, że
na wiele innych problemów brakuje czasu. Dużo uczy się o hołdzie
pruskim, a bardzo mało o hołdzie ruskim.
Rosjanie pojawili się w historii Polski dość późno, chociaż niemal od
samego początku Polskę łączyły żywe kontakty z Rusią Kijowską. Wzajemnie
żeniliśmy swoje księżniczki z książętami, Grody Czerwińskie przechodziły
z rąk do rąk, szczerbiliśmy miecze w interwencjach dynastycznych. Ruś
Kijowska - rozbita na dzielnice, a potem najechana przez Mongołów -
podupadła w XIII wieku. Wkrótce większość jej ziem została zajęta przez
Wielkie Księstwo Litewskie. Dlatego Wielkie Księstwo Litewskie - wbrew
swojej nazwie - było przede wszystkim państwem ruskim. Zamieszkiwali je
głównie wyznający prawosławie Rusini, a językiem urzędowym był
staroruski - "przodek" dzisiejszego języka białoruskiego i ukraińskiego.
Wielkie Księstwo Litewskie doczekało się jednak konkurencji. Dwa wieki
później pojawił się nowy pretendent do spadku po Rusi Kijowskiej -
książę moskiewski Iwan III Srogi. W 1478 roku ogłosił się "władcą
Wszechrusi", a celem jego - i jego następców - było zjednoczenie
wszystkich dawnych ziem ruskich. Wielkie Księstwo Litewskie w walkach z Moskwą ponosiło ogromne straty, zagrożone było wręcz jego istnienie.
Ratunkiem stało się podpisanie unii lubelskiej z Koroną Królestwa
Polskiego, która połączyła te dwa odrębne państwa w jedną Rzeczpospolitą
Obojga Narodów. W ten sposób także Polska stała się wrogiem państwa
moskiewskiego. Przez kolejne 500 lat Polska stoczyła z Moskwą 17 wojen.
(Warto policzyć, ile wojen Polska stoczyła z Niemcami przed pierwszym
rozbiorem? Nie licząc napaści Krzyżaków, zaledwie sześć: Bolesław
Chrobry trzy w latach 1002-1018, Mieszko II w latach 1028-1029/1031,
Bolesław Krzywousty w 1109 roku oraz Władysław Wygnaniec w 1157 roku,
ewentualnie można tu jeszcze doliczyć, jako siódmą wojnę, udział
Brandenburgii w potopie szwedzkim).
Przez długi czas Rzeczpospolita była górą. Za Zygmunta III Wazy zdobyto
nawet Moskwę, a pojmany car Wasyl Szujski wraz z rodziną złożył hołd
polskiemu władcy. Dopiero w 1654 roku na Rzeczpospolitą, osłabioną
powstaniem Chmielnickiego, spadł atak moskiewski. Moskwa opanowała całą
Litwę, wraz z Wilnem, a podjazdy podchodziły aż pod Warszawę.
Niewielu czytelników jest świadomych, że wojna polsko-moskiewska została
opisana w pierwszym tomie Potopu Henryka Sienkiewicza. Trudno - nie
wiedząc o tym wcześniej - zorientować się, z kim naprawdę walczy Kmicic,
Wołodyjowski i Zagłoba. Wrogowie noszą nazwę "Septentrionów", czyli
ludzi północy. Winna jest oczywiście rosyjska cenzura, która w czasach
Sienkiewicza nie dopuściłaby do druku książki o wojnach
polsko-rosyjskich.
Dziś nikt nie łączy słowa "potop" z Rosjanami, ale powszechnie używa się
nieprawidłowej zbitki słownej "potop szwedzki". Tymczasem obecność
Szwedów w Polsce trwała niecałe pięć lat, a obecność Moskali -
kilkanaście. Wojna rozpoczęta w 1654 roku zakończyła się dopiero w 1667.
Dlaczego więc dzieło Sienkiewicza mogło służyć "ku pokrzepieniu serc"?
Ponieważ Rzeczpospolita - choć poniosła znaczne straty terytorialne -
zachowała jednak suwerenność.
Choć po zakończeniu wojny Rzeczpospolita i Moskwa żyły w pokoju, to
polska dyplomacja nie zgadzała się na używanie wobec państwa
moskiewskiego nazwy Cesarstwo Rosyjskie. Oznaczałoby to bowiem
akceptację moskiewskich ambicji jednoczenia wszystkich ziem ruskich, a więc także pretensji wobec Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Pokojowe nastawienie Moskwy do Polski było tylko pozorne, co ujawniło
się w pełni w 1772 roku, gdy Rosja doprowadziła do rozbioru
Rzeczypospolitej. Polacy - chcąc wzmocnić swoje państwo - uchwalili w 1791 roku Konstytucję 3 Maja. Dla Rosjan jednak była ona nie do
przyjęcia, zwłaszcza że zapowiadała ostateczne zjednoczenie Polski i Litwy - już nie w Rzeczpospolitą Obojga Narodów - ale w jednolitą
Rzeczpospolitą Polską. To uderzało w rosyjskie plany jednoczenia
wszystkich ziem ruskich pod berłem cara i sprowokowało rosyjskie
uderzenie w maju 1792 roku.
Polskie wojsko - ze względu na dwukrotną przewagę Rosjan - wycofywało
się w kierunku Warszawy. Przewidywano, że tam dojdzie do decydującej
bitwy. Z czasem przewaga Rosjan topniała: część swoich sił musieli
pozostawić dla ochrony tyłów, podczas gdy Polacy rośli w siłę. Pod
koniec lipca obie armie przekroczyły Bug. Do bitwy o Warszawę jednak nie
doszło, ponieważ królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu zabrakło
odwagi: przystąpił do konfederacji targowickiej, stając po stronie
wrogów. W ten sposób Polacy - choć nie przegrali walnej bitwy -
przegrali wojnę.
Późniejsza, trwająca przez wiele dziesięcioleci - nie tylko w czasach
rozbiorów, ale i PRL - rosyjska kontrola nad polskim rynkiem wydawniczym
i systemem edukacji wpłynęła na postrzeganie przez Polaków ich własnej
historii. Paradoksalnie, król Stanisław August Poniatowski oceniany jest
w polskiej historiografii raczej pozytywnie. Winą za upadek państwa
obarcza się jego poprzedników - notabene: z pochodzenia Niemców -
saskich Augustów. Wszyscy władcy, którzy walczyli przeciwko Moskwie -
jak Zygmunt III Waza, Jan Kazimierz - są przedstawiani negatywnie.
Natomiast "dobrzy" królowie albo współpracowali z Rosją - jak Jan III
Sobieski, który z pobudek osobistych niepotrzebnie przedłużał wojnę z Turcją - albo jej ulegali - jak Stanisław August Poniatowski, który bał
się walczyć, ostatecznie doprowadził do upadku Rzeczypospolitej i zrzekł
się korony za sute wynagrodzenie.
Powszechne - a nie całkiem zgodne z prawdą - jest również twierdzenie,
jakoby rozbiory trwały 123 lata. Trzeci rozbiór Rzeczypospolitej
podpisano co prawda w 1795 roku, ale "Polska zniknęła z mapy" dopiero w 1797, gdy został ostatecznie zatwierdzony. Dopiero wtedy Rosja, Prusy i Austria postanowiły nie używać więcej nazwy Królestwo Polskie. Już w roku 1806 państwo polskie zostało odbudowane - jako Księstwo
Warszawskie, a w 1815 roku stało się pełnoprawnym Królestwem Polskim.
Państwo nie było duże, ale dobrze zorganizowane i bardziej suwerenne niż
Polska Rzeczpospolita Ludowa. Niestety, jego królowie, byli jednocześnie
carami Rosji, co po kilkunastu latach doprowadziło do konfliktu.
Dwudziestego dziewiątego listopada 1830 roku w Królestwie Polskim
wybuchła rewolucja, w wyniku której król został zdetronizowany przez
polski sejm. Na tym mogła się zakończyć unia personalna Polski z Rosją,
a Rzeczpospolita stać się republiką, lecz niestety obalony król był
również carem i nie zamierzał rezygnować z korony. Wysłał przeciw Polsce
swoją armię i rozpoczęła się wojna. W ten sposób postrzegali te
wydarzenia współcześni: po rewolucji listopadowej doszło do wojny
polsko-rosyjskiej. Wiele lat później nazwano te wydarzenia powstaniem
listopadowym. Zadaniem rosyjskiej propagandy było przekonać Polaków, że
powstania zawsze kończą się klęską. (Jedynym wyjątkiem - według tej
wykładni - było powstanie wielkopolskie, ale przecież toczono je
przeciwko Niemcom).
W 1831 roku armia rosyjska pod dowództwem Iwana Dybicza - a właściwie
Hansa von Diebitscha - ruszyła w kierunku Warszawy. Zatrzymały ją
polskie wojska na przedpolach Pragi, gdzie 25 lutego stoczono bitwę pod
Olszynką Grochowską. Polacy przeszli do kontrofensywy, która z kolei
została zatrzymana przez Rosjan w bitwie pod Ostrołęką. Wojska rosyjskie
- dowodzone tym razem przez Iwana Paskiewicza - ponownie ruszyły na
Warszawę. Rosjanie obawiali się po raz kolejny szturmować od strony
Pragi, dlatego obeszli Warszawę od północy, we Włocławku przeprawili się
na zachodni brzeg Wisły i zaatakowali od zachodu. Ósmego września
Rosjanie zdobyli Warszawę, a ostatnie oddziały polskie kapitulowały pod
koniec października. W ten sposób zakończyło się powstanie listopadowe,
a w rzeczywistości wojna polsko-rosyjska 1831 roku.
O ile kwestie niemieckie mają wśród mitów 1920 roku jedynie anegdotyczne
znaczenie - autorzy zastrzegają przy okazji, że nie czują do Niemców
sympatii ani mniejszej, ani większej niż do Rosjan - to pozostałe
zagadnienia są bardzo istotne. Натиск на запад był równie realnym
zjawiskiem co Drang nach Osten, a geneza rosyjskiej agresji na Polskę w roku 1920 sięga wieków średnich. Przez stulecia zmagania toczyły się na
ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego - a stawką w nich był spadek po
Rusi Kijowskiej. Przynajmniej kilka razy scenariusz wojen podobny był do
kampanii roku 1920. Podobny - ale nie taki sam.