Mity osobne - Jarosław Mikołajewski

Kup ebooka

19.90 zł
15.52 zł (11,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od kiedy pa­mię­tam, za­wsze by­łem bez­bronny wo­bec na­pięć i sko­ja­rzeń, ja­kie wy­wo­ły­wało we mnie ha­sło "sta­ro­żytna Gre­cja". Były piękne, nie­po­ko­jące, a znie­wo­le­nie, ja­kiemu mnie pod­da­wały, było słodko wy­czer­pu­jące i nie­dzi­siej­sze.

Od kiedy za­czą­łem po­zna­wać mity grec­kie - w wer­sji Wandy Mar­kow­skiej, Jana Pa­ran­dow­skiego, Ta­de­usza Zie­liń­skiego - czu­łem się onie­śmie­lony ich głę­bią i urodą, choć już po kilku mi­nu­tach lek­tury mu­sia­łem stwier­dzić, że ten świat jest dla mnie trudny, szybko mnie nie­cier­pliwi, wpra­wia w za­gu­bie­nie: za dużo w nim oj­ców tego sa­mego dziecka, za dużo żon tego sa­mego męża, za dużo nie­wia­ry­god­nych przy­gód. Gu­bi­łem się w nim. Czu­łem, że mógłby być prost­szy, zre­du­ko­wany do tego, co mnie sa­mego in­te­re­suje i wzru­sza naj­bar­dziej.

W prze­pra­wie przez mi­to­lo­gię po­ma­ga­łem so­bie, od­naj­du­jąc w po­sta­ciach bli­skie mi Cie­nie: choćby w ko­walu He­faj­sto­sie mo­jego ku­le­ją­cego tatę, syna ko­wala, który tak nie­wiele in­for­ma­cji zo­sta­wił mi o so­bie i o swo­jej wo­jen­nej mło­do­ści. Ale przy ca­łym wy­siłku przy­bli­że­nia so­bie ar­cha­icz­nej ma­te­rii i ru­chu każdą lek­turę i tak za­wie­sza­łem po kil­ku­na­stu stro­nach, za­gu­biony, zdez­o­rien­to­wany, prze­ko­nany o wła­snej nie­zdol­no­ści do ro­zu­mie­nia skom­pli­ko­wa­nych po­dań. Aż - pa­mię­tam do­sko­nale tę chwilę - po­wie­dzia­łem so­bie, że naj­wy­raź­niej nie je­stem stwo­rzony do świata na­zbyt dy­na­micz­nego, prze­bar­wio­nego, opo­wia­da­nego wie­loma cha­otycz­nymi wąt­kami. My­ślę, że zro­zu­mia­łem to, sto­jąc przed któ­rymś z ba­ro­ko­wych ob­ra­zów, gdzie na nie­bie skłę­bio­nych anio­łów nie po­tra­fi­łem do­strzec dla sie­bie żad­nego po­rządku, na­dziei, ro­zum­nego ży­wiołu. Dla­tego może taką ra­dość spra­wiały mi ma­lar­stwo hu­ma­ni­zmu, wcze­snego re­ne­sansu, czy - jesz­cze bar­dziej - an­tyczne rzeźby i de­ko­ra­cje na wa­zach. Po­god­nie współ­ist­nie­jące w swo­ich wy­ra­zi­stych kon­tu­rach.

Na te od­czu­cia na­ło­żyło się, już w wieku pra­wie doj­rza­łym, wiel­kie wra­że­nie, ja­kie wy­warła na mnie An­to­lo­gia Spoon Ri­ver ame­ry­kań­skiego po­ety Ed­gara Lee Ma­stersa - wier­sze, w któ­rych au­tor po­wie­rza opo­wieść o zmar­łych sa­mym miesz­kań­com cmen­ta­rza. A ci pi­szą w pierw­szej oso­bie swoje oso­bi­ste epi­ta­fia, które spo­ty­kają się z in­nymi w lo­gice lo­sów krzy­żu­ją­cych się gdzieś poza za­mia­rem Stwórcy i Au­tora.

I do­piero w tym roku, sto lat po uka­za­niu się Mi­to­lo­gii Pa­ran­dow­skiego, wpa­dłem na po­mysł, a ra­czej na ję­zyk, wła­snej mi­to­lo­gii. Sku­pio­nej na po­je­dyn­czych po­sta­ciach, które same opo­wia­dają o so­bie, jed­no­wąt­kowo, po­przez epi­zody, o któ­rych my­śla­łem jako o do­mi­nan­tach skom­pli­ko­wa­nych hi­sto­rii.

Kto wie, czy nie pi­sa­łem tej "in­nej mi­to­lo­gii", "mi­to­lo­gii osob­nej", naj­pierw z my­ślą o dzie­ciach. Ni­gdy zresztą nie wie­rzy­łem, że ja­ki­kol­wiek świat dzieli się na opo­wieść dzie­cięcą i doj­rzałą. Zo­stawmy go więc ta­kim, jaki jest, dzie­cię­cym i do­ro­słym. Pro­stym. W do­datku - spro­wa­dzo­nym do nie­licz­nych po­staci i mi­tów. Je­żeli próba no­wego ję­zyka - bli­skiego po­ezji, lecz nie­bę­dą­cego po­ezją - wyda się Czy­tel­ni­kom udana, nie będę się bro­nił przed uzu­peł­nie­niem tego ba­śnio­wego ob­razka. Tym­cza­sem jest on szcząt­kowy, po­szczer­biony jak sta­ro­żytna mo­zaika.