Od kiedy pamiętam, zawsze byłem bezbronny wobec napięć i skojarzeń, jakie wywoływało we mnie hasło "starożytna Grecja". Były piękne, niepokojące, a zniewolenie, jakiemu mnie poddawały, było słodko wyczerpujące i niedzisiejsze.
Od kiedy zacząłem poznawać mity greckie - w wersji Wandy Markowskiej, Jana Parandowskiego, Tadeusza Zielińskiego - czułem się onieśmielony ich głębią i urodą, choć już po kilku minutach lektury musiałem stwierdzić, że ten świat jest dla mnie trudny, szybko mnie niecierpliwi, wprawia w zagubienie: za dużo w nim ojców tego samego dziecka, za dużo żon tego samego męża, za dużo niewiarygodnych przygód. Gubiłem się w nim. Czułem, że mógłby być prostszy, zredukowany do tego, co mnie samego interesuje i wzrusza najbardziej.
W przeprawie przez mitologię pomagałem sobie, odnajdując w postaciach bliskie mi Cienie: choćby w kowalu Hefajstosie mojego kulejącego tatę, syna kowala, który tak niewiele informacji zostawił mi o sobie i o swojej wojennej młodości. Ale przy całym wysiłku przybliżenia sobie archaicznej materii i ruchu każdą lekturę i tak zawieszałem po kilkunastu stronach, zagubiony, zdezorientowany, przekonany o własnej niezdolności do rozumienia skomplikowanych podań. Aż - pamiętam doskonale tę chwilę - powiedziałem sobie, że najwyraźniej nie jestem stworzony do świata nazbyt dynamicznego, przebarwionego, opowiadanego wieloma chaotycznymi wątkami. Myślę, że zrozumiałem to, stojąc przed którymś z barokowych obrazów, gdzie na niebie skłębionych aniołów nie potrafiłem dostrzec dla siebie żadnego porządku, nadziei, rozumnego żywiołu. Dlatego może taką radość sprawiały mi malarstwo humanizmu, wczesnego renesansu, czy - jeszcze bardziej - antyczne rzeźby i dekoracje na wazach. Pogodnie współistniejące w swoich wyrazistych konturach.
Na te odczucia nałożyło się, już w wieku prawie dojrzałym, wielkie wrażenie, jakie wywarła na mnie Antologia Spoon River amerykańskiego poety Edgara Lee Mastersa - wiersze, w których autor powierza opowieść o zmarłych samym mieszkańcom cmentarza. A ci piszą w pierwszej osobie swoje osobiste epitafia, które spotykają się z innymi w logice losów krzyżujących się gdzieś poza zamiarem Stwórcy i Autora.
I dopiero w tym roku, sto lat po ukazaniu się Mitologii Parandowskiego, wpadłem na pomysł, a raczej na język, własnej mitologii. Skupionej na pojedynczych postaciach, które same opowiadają o sobie, jednowątkowo, poprzez epizody, o których myślałem jako o dominantach skomplikowanych historii.
Kto wie, czy nie pisałem tej "innej mitologii", "mitologii osobnej", najpierw z myślą o dzieciach. Nigdy zresztą nie wierzyłem, że jakikolwiek świat dzieli się na opowieść dziecięcą i dojrzałą. Zostawmy go więc takim, jaki jest, dziecięcym i dorosłym. Prostym. W dodatku - sprowadzonym do nielicznych postaci i mitów. Jeżeli próba nowego języka - bliskiego poezji, lecz niebędącego poezją - wyda się Czytelnikom udana, nie będę się bronił przed uzupełnieniem tego baśniowego obrazka. Tymczasem jest on szczątkowy, poszczerbiony jak starożytna mozaika.