Mity greckie. Nathaniel Hawthorne - Nathaniel Hawthorne

Kup ebooka

25.99 zł
21.30 zł (25,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TOM PIERW­SZY

KSIĘGA CU­DÓW

.

Autor od dawna wy­raża opi­nię, że wiele kla­sycz­nych mi­tów da się z po­wo­dze­niem prze­ro­bić na zna­ko­mite lek­tury dla dzieci. W tym skrom­nym to­miku, za­pre­zen­to­wa­nym tu­taj szer­szej pu­blicz­no­ści, opra­co­wał pół tu­zina mi­tów dla ta­kiego wła­śnie ad­re­sata. By zre­ali­zo­wać ten plan, ko­niecz­nym było przy­ję­cie bar­dzo swo­bod­nego po­dej­ścia do pre­zen­to­wa­nego ma­te­riału, ale też każdy, kto usi­łuje w trak­cie ob­róbki in­te­lek­tu­al­nej uczy­nić te le­gendy na tyle ko­walne, by dały się ufor­mo­wać w opo­wie­ści dla naj­młod­szych, za­uważy, że są one cu­dow­nie nie­za­leżne od wszel­kich współ­cze­snych mód i tren­dów. Po­zo­stają za­sad­ni­czo ta­kie same po prze­rób­kach, które zmie­ni­łyby istotę nie­mal wszyst­kiego in­nego.

Nie czuje się on przeto winny świę­to­kradz­twa, prze­ra­bia­jąc na nowo, zgod­nie z tym, co dyk­to­wała mu wła­sna fan­ta­zja, formy uświę­cone i po­kryte pa­tyną dwóch czy trzech ty­sięcy lat. Żadna epoka nie może zgła­szać praw au­tor­skich do tych nie­śmier­tel­nych ba­śni. Nie wy­daje się, żeby kie­dy­kol­wiek zo­stały one stwo­rzone; i z pew­no­ścią tak długo, jak czło­wiek bę­dzie ist­niał, ni­gdy nie znikną, ale dzięki sa­mej swej nie­znisz­czal­no­ści są peł­no­praw­nym przed­mio­tem dla każ­dego ko­lej­nego wieku do przy­bie­ra­nia ich w swoją wła­sną de­ko­ra­cję zwy­cza­jów i sen­ty­men­tów i na­sy­ce­nia go wła­sną mo­ral­no­ścią. Prawdą jest, że w obec­nej wer­sji mo­gły stra­cić wiele ze swego kla­sycz­nego cha­rak­teru (lub au­tor nie do­trzy­mał na­le­ży­tej sta­ran­no­ści, by go za­cho­wać) i przy­brać go­tycki bądź ro­man­tyczny ko­stium.

Przy wy­ko­ny­wa­niu tego przy­jem­nego za­da­nia - po­nie­waż było to istot­nie za­da­nie od­po­wied­nie na czas upa­łów, a przy tym jedno z naj­mil­szych przed­się­wzięć li­te­rac­kich, ja­kiego się kie­dy­kol­wiek pod­jął - au­tor nie za­wsze uwa­żał za nie­zbędne, by do­sto­so­wy­wać to, co pi­sze, do moż­li­wo­ści po­znaw­czych dzieci. Sam na ogół był skłonny ak­cep­to­wać pod­nio­słość w ma­te­riale, nad któ­rym pra­co­wał, o ile nie prze­szka­dzała mu śle­dzić da­nego wątku bez więk­szych trud­no­ści. Dzieci po­sia­dają nie­zmie­rzoną wraż­li­wość na to, co głę­bo­kie lub pod­nio­słe i wy­maga wy­obraźni oraz uczu­cio­wo­ści, pod wa­run­kiem, że jest pro­ste i jed­no­znaczne. Nie ra­dzą so­bie zaś z tym, co sztuczne i skom­pli­ko­wane.

Le­nox, 15 lipca 1851

Głowa Me­duzy

Pew­nego je­sien­nego po­ranka po­ni­żej ganku wiej­skiej re­zy­den­cji o na­zwie Tan­gle­wood za­sia­dła gro­madka dzie­cia­ków z wy­so­kim mło­dzień­cem po­środku. Za­pla­no­wali wy­prawę na orze­chy i cze­kali nie­cier­pli­wie, aż znik­nie mgła na sto­kach wzgórz i słońce ogrzeje ba­bie lato nad po­lami i pa­stwi­skami, i zaj­rzy do naj­dal­szych za­kąt­ków róż­no­barw­nego lasu. Per­spek­tywa mi­łego je­sien­nego dnia roz­we­se­lała wy­gląd tego tak pięk­nego i wy­god­nego świata. Na ra­zie jed­nak po­ranna mgła wzdłuż i wszerz wy­peł­niała do­linę, po­wy­żej któ­rej na ła­god­nym stoku wy­nie­sie­nia te­renu stał dwo­rek.

Tu­man bia­łej mgły roz­ście­lał się na od­le­głość nie­spełna stu me­trów od dworu. Za­kry­wał wszystko, co znaj­do­wało się poza tym dy­stan­sem, je­śli nie li­czyć kilku po­żół­kłych i brą­zo­wych czub­ków drzew, które tu i ów­dzie wy­chy­lały się z mgły i oświe­tlane były przez pro­mie­nie po­ran­nego słońca, tak zresztą jak i roz­le­gły płaszcz mgły. Ja­kieś pięt­na­ście mil da­lej wid­niał wyż­szy obiekt, szczyt gór Ta­co­nic Dome. Ja­wił się jako nie­zbyt wy­raźny kształt nie­bie­skiej barwy, le­d­wie tak rze­czy­wi­sty jak mo­rze opa­rów, które się prze­zeń prze­ta­czały. Bliż­sze szczyty gra­ni­czące z do­liną były na wpół za­nu­rzone we mgle i na­kra­piane drob­nymi wian­kami chmur aż do sa­mych wierz­choł­ków. Było tak wiele chmur i tak mało li­tej ziemi, iż po­wsta­wało wra­że­nie, że pa­trzący do­znaje wi­zji.

Wzmian­ko­wane dzieci, tak pełne ży­cia, jak tylko może się w ich drob­nych ciał­kach po­mie­ścić, nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem wy­le­wały się z ganku Tan­gle­wood, po­ko­nu­jąc truch­tem żwi­rową alejkę lub bie­ga­jąc po po­kry­tej rosą zie­leni traw­nika. Nie bar­dzo umiem po­wie­dzieć, ilu fak­tycz­nie było tam tych ma­łych lu­dzi­ków, nie mniej niż dzie­wię­ciu czy dzie­się­ciu, lecz na pewno nie wię­cej niż tu­zin, wszyst­kich ro­dza­jów, roz­mia­rów, rocz­ni­ków, za­równo chłopcy, jak i dziew­częta. Byli to bra­cia, sio­stry i ku­zyni, ra­zem z kil­kor­giem ich ma­łych zna­jom­ków za­pro­szo­nych przez pana i pa­nią Prin­gle, by spę­dziły parę chwil o tak pięk­nej po­rze roku z ich wła­snymi dziećmi w Tan­gle­wood. Oba­wiam się po­dać ich na­zwi­ska lub na­wet wy­my­ślić im imiona, ja­kie kie­dy­kol­wiek nadano dzie­ciom, po­nie­waż, z tego, co wiem, różni au­to­rzy po­tra­fią na­py­tać so­bie nie­ma­łej biedy, na­da­jąc przy­pad­kowo na­zwi­ska praw­dzi­wych osób swoim książ­ko­wym bo­ha­te­rom. Z tego po­wodu za­mie­rzam na­zy­wać je: Prim­rose (Pier­wio­snek), Pe­ri­win­kle (Bar­wi­nek), Sweet Fern (Pa­protka zwy­czajna), Dan­de­lion (Mni­szek le­kar­ski), Blue Eye (Dzie­cięce oczko), Clo­ver (Ko­ni­czyna), Huc­kle­berry (Czarna ja­goda), Cow­slip (Ka­cze­niec), Squ­ash-Blos­som (Ka­ba­czek), Mil­kweed (Wil­czo­mlecz ogro­dowy), Plan­tain (Babka zwy­czajna) i But­ter­cup (Ja­skier)[1]; choć prawdę mó­wiąc, ta­kie imiona mo­głyby bar­dziej pa­so­wać grupce el­fów niż gro­madce ziem­skich dzieci.

Nie na­leży w żad­nym wy­padku przy­pusz­czać, że opie­kuń­czy oj­co­wie i matki, wuj­ko­wie, cio­cie i dziad­ko­wie po­zwa­lali tym mal­com od­da­lać się sa­mo­pas do lasu i na pola, bez opieki ja­kiejś do­ro­słej i wy­star­cza­jąco od­po­wie­dzial­nej osoby. O nie, co to, to nie! Pa­mię­ta­cie chyba, że w pierw­szym zda­niu mo­jej książki mó­wi­łem o ro­słym mło­dzieńcu sto­ją­cym po­mię­dzy dziećmi. Otóż na­zy­wał się (i zdra­dzę wam jego praw­dzi­wie na­zwi­sko, po­nie­waż po­czy­tuje on to za wielki ho­nor, iż opo­wie­dział hi­sto­rie, które mają zo­stać za­miesz­czone w tej książce), otóż na­zy­wał się Eu­sta­chy Bri­ght. Był stu­den­tem w Wil­liams Col­lege i osią­gnął w tam­tym cza­sie, o ile się nie mylę, sę­dziwy wiek ca­łych osiem­na­stu lat, więc nie bez ra­cji czuł się jak dzia­dek wo­bec wzmian­ko­wa­nych Pe­ri­win­kle, Dan­de­lion, Huc­kle­berry, Squ­ash-Blos­som, Mil­kweed i ca­łej reszty, któ­rzy byli tylko w po­ło­wie lub jed­nej trze­ciej tak sę­dziwi jak on. Pro­blemy ze wzro­kiem (ta­kie, jak wielu stu­den­tów uważa, że po­winni mieć, by udo­wod­nić swą pil­ność nad książką) wy­łą­czyły go z za­jęć na uczelni na około dwa ty­go­dnie od roz­po­czę­cia no­wego se­me­stru. Ale co do mnie, to nie­czę­sto spo­ty­ka­łem parę oczu, która wy­glą­da­łaby na taką, co po­trafi wi­dzieć da­lej lub le­piej, niż ta na­le­żąca do Eu­sta­chego Bri­ghta.

Ten stu­dent-eru­dyta był szczu­pły i ra­czej blady, tak zresztą jak i wszy­scy stu­denci z No­wej An­glii, a mimo wszystko o zdro­wym wy­glą­dzie i ak­tywny, jakby miał skrzy­dła przy obu­wiu. A pro­pos, bę­dąc pa­sjo­na­tem bro­dze­nia po stru­my­kach i prze­mie­rza­nia łąk i pa­stwisk, wzuł na tę wy­prawę buty z kro­wiej skóry. Miał na so­bie lnianą bluzę, płó­cienną czapkę, zie­lone oku­lary, które za­ło­żył praw­do­po­dob­nie w mniej­szym stop­niu do ochrony oczu, a bar­dziej ze względu na to, że przy­da­wały jego ob­li­czu do­sto­jeń­stwa. Obo­jęt­nie, jak było na­prawdę, mógł so­bie da­ro­wać wkła­da­nia ich na nos, bo oto Huc­kle­berry, małe psotne dziew­czę-elf, za­kra­dło się od tyłu do Eu­sta­chego, gdy sie­dział na schod­kach na ganku, ze­rwało je z jego nosa i za­ło­żyło na swój, a jako że stu­dent za­po­mniał je ode­brać, spa­dły z no­ska Huc­kle­berry w trawę i le­żały tam do na­stęp­nej wio­sny.

Poza tym trzeba wam wie­dzieć, że Eu­sta­chy Bri­ght cie­szył się wśród dzieci ogromną sławą jako ga­wę­dziarz, który opo­wia­dał im wspa­niałe hi­sto­rie; i cho­ciaż cza­sami uda­wał złość, kiedy dzieci do­ma­gały się wię­cej i wię­cej, to jed­nak szcze­rze wąt­pię, czy lu­bił coś rów­nie mocno, jak opo­wia­da­nie tych hi­sto­rii. Mo­gli­ście za­tem zo­ba­czyć, jak mruga po­wie­kami, kiedy Clo­ver, Sweet Fern, Cow­slip, But­ter­cup i więk­szość z ich to­wa­rzy­szy za­baw błaga go, by opo­wie­dział jedną ze swo­ich hi­sto­rii, pod­czas gdy cze­kają na to, aż pod­nie­sie się mgła.

- Tak, pa­nie ku­zy­nie Eu­sta­chy - po­wie­działa Prim­rose, która była by­strą dzie­wuszką, li­czącą dwa­na­ście wio­sen, ze śmie­ją­cymi się oczyma i za­dar­tym no­skiem - ra­nek jest zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szą porą na twoje opo­wie­ści, któ­rymi tak wy­sta­wiasz na próbę na­szą cier­pli­wość. W mniej­szym stop­niu grozi nam nie­bez­pie­czeń­stwo zra­nie­nia twych uczuć, gdy ktoś uśnie w naj­cie­kaw­szym mo­men­cie - jak to przy­tra­fiło się ma­łej Cow­slip i mnie wczo­raj wie­czo­rem.

- Okropna Prim­rose! - krzyk­nęła Cow­slip, sze­ścio­let­nia dziew­czynka. - Ja wcale nie usnę­łam, ja tylko za­mknę­łam oczy, żeby wy­obra­zić so­bie to, co opo­wiada ku­zyn Eu­sta­chy. Jego opo­wie­ści świet­nie słu­cha się wie­czo­rem, po­nie­waż mo­żemy śnić je pod­czas snu, i także do­bre są rano, po­nie­waż mo­żemy śnić je na ja­wie. Więc mam na­dzieję, że lada chwila opo­wie nam nową.

- Dzięki, moja mała Cow­slip - od­rzekł Eu­sta­chy - na pewno opo­wiem naj­lep­szą hi­sto­rię, jaką tylko je­stem w sta­nie wy­my­ślić, choćby tylko za to, jak dziel­nie bro­ni­łaś mnie przed tą okropną Prim­rose. Ale dzie­ciaczki, opo­wie­dzia­łem wam już tak wiele ba­śni, że wąt­pię, czy jest cho­ciaż jedna, któ­rej nie sły­sza­ły­ście przy­naj­mniej dwa razy. Oba­wiam się, że na­prawdę po­za­sy­pia­cie, je­żeli po­wtó­rzę któ­rąś z nich jesz­cze raz.

- Nie, nie, nie! - za­wo­łały chó­rem Blue Eye, Pe­ri­win­kle, Plan­tain i pół tu­zina po­zo­sta­łych. - Te hi­sto­rie po­do­bają się nam jesz­cze bar­dziej, je­żeli sły­sze­li­śmy je już dwa lub trzy razy wcze­śniej.

I to prawda, że w przy­padku dzieci opo­wieść zdaje się nie­rzadko wzbu­dzać ich głęb­sze za­in­te­re­so­wa­nie nie tylko po dwóch czy trzech po­wtó­rze­niach, ale po­przez nie­zli­czoną ich ilość. Ale Eu­sta­chy Bri­ght, świa­dom bo­gac­twa środ­ków, ja­kimi dys­po­no­wał, gar­dził ucie­ka­niem się do za­so­bów już zgro­ma­dzo­nych, z czego z ra­do­ścią sko­rzy­stałby star­szy ga­wę­dziarz.

- By­łaby to duża przy­krość - mó­wił - gdyby czło­wiek z moją wie­dzą (nie mó­wiąc już o za­mi­ło­wa­niu w tym kie­runku) nie był w sta­nie zna­leźć no­wej opo­wie­ści każ­dego dnia, rok po roku, dla dzieci ta­kich jak wy. Opo­wiem wam jedną z hi­sto­rii dla przed­szko­la­ków, jaka zo­stała wy­my­ślona ku ra­do­ści na­szej pra­pra­pra­babci Ziemi, kiedy pa­ra­do­wała jesz­cze w dziew­czę­cym far­tuszku. Jest z setka ta­kich i nie mogę wyjść ze zdu­mie­nia, że już dawno temu nie zo­stały wy­dane jako ksią­żeczki ob­raz­kowe dla ma­łych dziew­czy­nek i chłop­ców. Ale za­miast tego si­wo­bro­dzi mę­drcy ślę­czeli nad tek­stami z greki w za­tę­chłych to­mi­skach i gło­wili się, pró­bu­jąc dojść, kiedy, jak i po co zo­stały one wy­dane.

- Do­bra, do­bra, do­bra, ku­zy­nie Eu­sta­chy! - za­wo­łały wszyst­kie dzieci chó­rem. - Nie mów już tyle o swo­ich opo­wia­da­niach, tylko za­czy­naj.

- Wo­bec tego sia­daj­cie grzecz­nie, cała dwu­nastka - roz­ka­zał Eu­sta­chy Bri­ght - i ma­cie być ci­cho, jak tyle samo my­szek pod mio­tłą. Naj­drob­niej­sza prze­rwa, czy to spo­wo­do­wana przez okropną Prim­rose, małą Dan­de­lion, czy ko­go­kol­wiek in­nego, a prze­gryzę opo­wia­da­nie w zę­bach, po­ły­ka­jąc nie­po­wie­dzianą część. Ale w pierw­szym rzę­dzie, czy któ­reś z was wie, kim były Gor­gony?

- Ja wiem - zgło­siła się Prim­rose.

- No to trzy­maj ję­zyk za zę­bami - od­rzekł Eu­sta­chy, który wo­lałby, żeby dziew­czynka nic nie wie­działa na ten te­mat. - Bu­zie w ciup i opo­wiem wam piękną i po­ru­sza­jącą hi­sto­rię o gło­wie gor­gony zwa­nej Me­duzą.

I tak też uczy­nił, jak mo­że­cie się prze­ko­nać, czy­ta­jąc na­stępną stronę. Zdo­by­wa­jąc swą eru­dy­cję stu­denta dru­giego roku z wiel­kim tak­tem i za­wdzię­cza­jąc ogrom­nie wiele pro­fe­so­rowi An­tho­nowi, igno­ro­wał wszyst­kie kla­syczne au­to­ry­tety, ile­kroć wy­bu­jała zu­chwa­łość jego wy­obraźni ka­zała mu tak po­stę­po­wać.

*************************************

Per­se­usz był sy­nem Da­nae, która była córką króla. A kiedy Per­se­usz był bar­dzo ma­łym chłop­cem, ja­cyś nie­go­dziwi lu­dzie wsa­dzili go wraz z jego mamą do skrzyni, za­mknęli ją i wrzu­cili do mo­rza. Wia­try za­gnały skrzy­nię na pełne mo­rze, a spie­nione bał­wany rzu­cały ją w górę i w dół, pod­czas gdy Da­nae z ca­łych sił tu­liła dziecko do piersi, tru­chle­jąc na myśl, że ja­kaś wielka fala roz­bije na nich swą spie­nioną grzywę. Skrzy­nia pły­nęła jed­nak da­lej - ani nie za­to­nęła, ani na­wet nie prze­wró­ciły jej sza­le­jące bał­wany, do chwili, gdy pod­czas za­pa­da­ją­cej nocy do­tarła tak bli­sko wy­spy, że za­plą­tała się w ry­bac­kie sieci i zo­stała wy­cią­gnięta wy­soko na piasz­czy­sty brzeg. Wy­spa no­siła na­zwę Se­ri­fos i rzą­dził nią król Po­li­dek­tes, który - jak się oka­zało - był bra­tem ry­baka, wła­ści­ciela sieci.

Ry­bak, co mó­wię z nie­kła­maną przy­jem­no­ścią, był czło­wie­kiem nad wy­raz hu­ma­ni­tar­nym i pra­wym. Oka­zał wiele serca Da­nae i jej ma­łemu syn­kowi, aż ten wy­rósł na przy­stoj­nego mło­dzieńca, krzep­kiego, żwa­wego i do­sko­nale wła­da­ją­cego bro­nią. Na długo jed­nak za­nim to się stało, król Po­li­dek­tes wi­dział dwójkę ob­cych przy­by­szów - matkę i synka, któ­rzy przy­pły­nęli na jego wy­spę w dry­fu­ją­cej skrzyni. Jako że nie był do­bry i życz­liwy jak jego brat ry­bak, ale nie­ziem­sko nik­czemny, po­sta­no­wił wy­słać Per­se­usza na bar­dzo nie­bez­pieczną mi­sję, za­kła­da­jąc, że mło­dzie­niec nie uj­dzie z niej z ży­ciem. Nie miał za­miaru oszczę­dzić też sa­mej Da­nae. I tak podły król spę­dził wiele czasu na roz­my­śla­niach, jaka jest naj­bar­dziej nie­bez­pieczna mi­sja, któ­rej mógłby się pod­jąć ten młody czło­wiek. W końcu, gdy wpadł już na to, ja­kie przed­się­wzię­cie naj­pew­niej skoń­czy się tak tra­gicz­nie, jak tylko so­bie ży­czył, po­słał po Per­se­usza.

Mło­dzie­niec przy­był do pa­łacu i za­stał króla sie­dzą­cego na tro­nie.

- Per­se­uszu - za­czął król Po­li­dek­tes, uśmie­cha­jąc się chy­trze do chłopca - wy­ro­słeś na wspa­nia­łego mło­dzieńca. Ty i twoja za­cna matka do­zna­li­ście tu­taj wielu łask ode mnie, a także od mo­jego czci­god­nego brata ry­baka i przy­pusz­czam, że nie po­ża­ło­wał­byś mi nieco wza­jem­no­ści.

- Ależ, Wa­sza Wy­so­kość - od­parł Per­se­usz. - Je­stem go­tów ry­zy­ko­wać wła­snym ży­ciem, by oka­zać mą wdzięcz­ność.

- Do­brze więc - kon­ty­nu­ował król, a per­fidny uśmiech na­dal go­ścił na jego ob­li­czu - no to wo­bec tego mam do za­pro­po­no­wa­nia małą przy­godę, a ty, bę­dąc dziel­nym i przed­się­bior­czym mło­dzień­cem, po­trak­tu­jesz jako na­der szczę­śliwe zrzą­dze­nie losu, że oto dana ci jest tak wspa­niała oka­zja, by się wy­róż­nić. Trzeba ci wie­dzieć, mój drogi Per­se­uszu, że pla­nuję po­ślu­bić piękną księżną Hip­po­da­mię i ist­nieje taki zwy­czaj, by w po­dob­nych sy­tu­acjach spra­wić pan­nie mło­dej pre­zent moż­li­wie naj­bar­dziej ele­gancki i ory­gi­nalny. Mu­szę uczci­wie przy­znać, że za­cho­dzi­łem w głowę, gdzie zdo­być coś, co spro­sta wy­ra­fi­no­wa­nemu gu­stowi księż­niczki. Ale dziś rano, po­chle­biam so­bie, wy­my­śli­łem do­kład­nie taką rzecz, o jaką mi cho­dzi.

- I czy ja mógł­bym być po­mocny Wa­szej Wy­so­ko­ści w jej zdo­by­ciu? - wy­krzyk­nął Per­se­usz z za­pa­łem.

- Mógł­byś, je­żeli je­steś tak dzielny, za ja­kiego cię uwa­żam - od­parł król Po­li­dek­tes naj­grzecz­niej, jak to moż­liwe. - Pre­zent ślubny, jaki so­bie umy­śli­łem dla pięk­nej Hip­po­da­mii, to głowa gor­gony Me­duzy, zdo­biona lo­kami z węży, i li­czę na cie­bie, drogi Per­se­uszu, że mi ją do­star­czysz. Więc tak, jak za­leży mi na za­ła­twie­niu wszyst­kich spraw z księż­niczką, tak im szyb­ciej wy­ru­szysz na po­szu­ki­wa­nie gor­gony, tym le­piej.

- Wy­ru­szę ju­tro rano - od­rzekł Per­se­usz.

- Do­sko­nale. Uczyń tak, mój dzielny mło­dzień­cze - od­rzekł król. - I pa­mię­taj, żeby od­ci­na­jąc jej głowę, zro­bić to jed­nym zde­cy­do­wa­nym ru­chem, aby nie ucier­piał jej wy­gląd. Mu­sisz przy­wieźć ją do domu w jak naj­lep­szym sta­nie, tak aby usa­tys­fak­cjo­no­wać wy­ra­fi­no­wany gust pięk­nej księż­niczki Hip­po­da­mii.

Per­se­usz opu­ścił pa­łac, ale le­d­wie od­da­lił się poza za­sięg słu­chu, gdy Po­li­dek­tes wy­buch­nął śmie­chem; tak roz­ba­wiła nie­go­dziwca gor­li­wość, z jaką po­ryw­czy mło­dzie­niec wpadł w za­sta­wione przez niego si­dła. Wieść szybko roz­nio­sła się poza gra­nice kró­le­stwa, że Per­se­usz pod­jął się od­ciąć zdo­bioną lo­kami z węży głowę Me­duzy. Wszy­scy byli roz­ra­do­wani, po­nie­waż więk­szość miesz­kań­ców wy­spy była rów­nie nik­czemna jak sam król i nie chcia­łaby ni­czego bar­dziej, niż być świad­kiem, jak ja­kieś wiel­kie nie­szczę­ście spada na Da­nae i jej syna. Je­dy­nym po­rząd­nym czło­wie­kiem na wy­spie Se­ri­fos zda­wał się ów ry­bak. Za­tem gdy Per­se­usz wra­cał od króla, lu­dzie po­ka­zy­wali go pal­cami, ro­bili wredne miny, mru­gali do sie­bie i kpili z niego na tyle gło­śno, na ile star­czało im od­wagi.

- Ho, ho! - wo­łali. - Węże Me­duzy będą miały na kim wy­pró­bo­wać zęby!

W tam­tym cza­sie żyły trzy Gor­gony i były to naj­dziw­niej­sze i naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące po­twory, ja­kie kie­dy­kol­wiek za­miesz­ki­wały ten świat do tam­tej pory, w tam­tym cza­sie, i bar­dzo praw­do­po­dobne, że od tam­tej pory do końca świata. Sam nie bar­dzo wiem, jak na­zy­wać te kre­atury czy stra­szy­dła. Te trzy sio­stry zda­wały się wy­ka­zy­wać ja­kieś od­le­głe po­do­bień­stwo do ko­biet, ale w rze­czy­wi­sto­ści były strasz­li­wymi i nik­czem­nymi przed­sta­wi­ciel­kami ro­dziny smo­ków. Trudno na­prawdę so­bie wy­obra­zić, jak ohyd­nymi były stwo­rami. Prze­cież za­miast lo­ków, je­żeli mo­że­cie mi uwie­rzyć, każda z nich miała po sto ol­brzy­mich wę­żów wy­ra­sta­ją­cych im z głowy, wszyst­kie żywe, wi­jące się i prę­żące, ob­ra­ca­jące wo­kół wła­snej osi, skrę­ca­jące w ósemki, a z ich pasz­czy co rusz wy­strze­li­wał roz­wi­dlony ję­zyk z ja­do­wymi żą­dłami na końcu! Zęby Gor­gon były to nie­sa­mo­wi­cie dłu­gie kły, ręce wy­ko­nane były z brązu, a ciała cał­ko­wi­cie po­kryte łu­ską, je­żeli nie z że­laza, to z cze­goś rów­nie twar­dego i trud­nego do prze­bi­cia. Miały także skrzy­dła i za­pew­niam, że do tego zdu­mie­wa­jąco piękne, po­nie­waż każde w nich pióro było ze szcze­rego, ja­sno po­ły­sku­ją­cego, wy­po­le­ro­wa­nego złota, i wy­glą­dały olśnie­wa­jąco, gdy Gor­gony le­ciały gdzieś w słońcu.

Ale kiedy zda­rzyło się lu­dziom do­strzec gdzieś ich mi­go­tliwą ja­sność wy­soko na nie­bie, rzadko za­trzy­my­wali się, by po­pa­trzeć, ra­czej ucie­kali, szu­ka­jąc schro­nie­nia tak szybko, jak to moż­liwe. Po­my­śli­cie za­pewne, że oba­wiali się uką­szeń węży, które słu­żyły Gor­go­nom za włosy, lub tego, że ich pa­skudne kły po­od­gry­zają im głowy albo że ich pa­zury z brązu roz­szar­pią ich ciała na sztuki. No cóż, z pew­no­ścią były to nie­bez­pie­czeń­stwa co się zo­wie, ale w żad­nym ra­zie nie naj­po­waż­niej­sze ani nie naj­trud­niej­sze do unik­nię­cia. Po­nie­waż naj­gor­sza rzecz od­no­śnie tych pa­skud­nych Gor­gon była taka, że jak tylko ja­kiś biedny śmier­tel­nik skie­ro­wał wzrok na jedną z ich twa­rzy, to w tej sa­mej chwili jego tęt­niące ży­ciem ciało i krew zmie­niały się w zimny, mar­twy ka­mień!

A za­tem, jak nie­trudno za­uwa­żyć, była to nie­zwy­kle nie­bez­pieczna eska­pada, jaką pod­stępny król Po­li­dek­tes umy­ślił dla tego nie­win­nego mło­dego czło­wieka. Sam Per­se­usz, kiedy prze­my­ślał całą sprawę, do­szedł do wnio­sku, że ma zni­kome szanse wyjść cało z tej wy­prawy i bar­dziej praw­do­po­dobne jest, że za­mieni się w ka­mienny po­sąg, niż że przy­wie­zie kró­lowi głowę Me­duzy, zdo­bioną lo­kami z węży. Bo­wiem zo­sta­wiw­szy na boku inne trud­no­ści, była jedna, z którą pew­nie nie po­ra­dziłby so­bie ktoś star­szy od Per­se­usza. Nie tylko przyj­dzie mu wal­czyć i za­bić tę zło­to­skrzy­dłą, po­krytą że­la­znymi łu­skami be­stię z dłu­gimi i ostrymi kłami, pa­zu­rami z brązu, na gło­wie któ­rej wiły się śmier­tel­nie nie­bez­pieczne węże, ale bę­dzie mu­siał to ro­bić z za­mknię­tymi oczyma lub przy­naj­mniej na­wet bez choćby prze­lot­nego spoj­rze­nia w kie­runku nie­przy­ja­ciela, z któ­rym wal­czy. Ina­czej, pod­no­sząc ra­mię do ciosu, za­stygłby w ka­mienny po­sąg i stałby tak z tym pod­nie­sio­nym ra­mie­niem przez wieki, aż wresz­cie upływ czasu, wiatr i aura roz­kru­szy­łyby go w ni­cość. By­łoby nie­zmier­nie przy­krą rze­czą, gdyby taki wła­śnie los spo­tkał tego mło­dzieńca, któ­remu ma­rzyły się bo­ha­ter­skie czyny i który pra­gnął cie­szyć się ogrom­nym szczę­ściem na tym pięk­nym sło­necz­nym świe­cie.

My­śli te tak go stra­piły, że Per­se­usz, nie chcąc nie­po­koić matki, po­sta­no­wił trzy­mać przed nią w ta­jem­nicy, ja­kiego za­da­nia się pod­jął. Wziął za­tem tar­czę, przy­pa­sał miecz i prze­pra­wił się z wy­spy na stały ląd, gdzie zna­la­zł­szy od­ludne miej­sce, spo­czął, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc łzy.

Gdy tak sie­dział po­grą­żony w roz­pa­czy, usły­szał tuż obok ja­kiś głos.

- Per­se­uszu - za­wo­łał głos - dla­czego je­steś taki smutny?

Pod­niósł głowę, którą trzy­mał w dło­niach i - uwa­żaj­cie! - choć my­ślał, że wo­koło nie ma ży­wej du­szy, uj­rzał przed sobą nie­zna­jo­mego. Był to żwawo po­ru­sza­jący się, in­te­li­gentny i wy­glą­da­jący na na­der prze­ni­kli­wego mło­dzie­niec w opoń­czy na ra­mio­nach, w oso­bli­wej czapce na gło­wie, który w ręku dzier­żył dziw­nie po­wy­gi­naną la­skę, a u jego boku wi­siał krótki, mocno za­krzy­wiony miecz. Cała jego po­stać spra­wiała wra­że­nie nad­zwy­czaj­nej lek­ko­ści i wi­goru, tak jak dzieje się z osobą przy­wy­kłą do ćwi­czeń gim­na­stycz­nych, po­tra­fiącą zna­ko­mi­cie ska­kać i bie­gać. A po­nad wszystko nie­zna­jomy spra­wiał wra­że­nie czło­wieka po­god­nego, do­brze zo­rien­to­wa­nego i sko­rego do po­mocy, choć przy tym wszyst­kim skłon­nego do psot, przeto Per­se­usz cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nie po­czuł się raź­niej, gdy pa­trzył na nie­zna­jo­mego. Poza tym, bę­dąc z na­tury od­waż­nym mło­dzień­cem, był mocno za­wsty­dzony, że ktoś na­krył go ze łzami w oczach, jak ma­łego, za­stra­szo­nego uczniaka, kiedy w końcu może nie być po­wo­dów do roz­pa­czy. Per­se­usz otarł więc łzy i od­po­wie­dział nie­zna­jo­memu bar­dzo la­ko­nicz­nie, przy­bie­ra­jąc przy tym naj­bar­dziej dziar­ską minę, na jaką było go stać.

- Nie je­stem aż tak bar­dzo smutny - po­wie­dział. - Je­dy­nie po­grą­żony w my­ślach na te­mat za­da­nia, ja­kiego się pod­ją­łem.

- Ro­zu­miem - od­rzekł nie­zna­jomy. - No to zróbmy tak: opo­wiesz mi o tym, a ja być może na coś ci się przy­dam. Po­mo­głem już w ży­ciu wielu mło­dzień­com za­koń­czyć po­myśl­nie mi­sje, które zda­wały się za­wczasu nie do wy­ko­na­nia. Być może sły­sza­łeś kiedy o mnie. Mam wię­cej niż jedno imię, ale Żywe Sre­bro[2] pa­suje mi rów­nie do­brze jak po­zo­stałe. Po­wiedz mi, w czym pro­blem, prze­dys­ku­tu­jemy sprawę do­głęb­nie i zo­ba­czymy, co da się zro­bić.

Słowa i spo­sób by­cia nie­zna­jo­mego wpra­wiły Per­se­usza w zu­peł­nie inny na­strój. Po­sta­no­wił opo­wie­dzieć do­piero co po­zna­nemu o wszyst­kich swo­ich pro­ble­mach, po­nie­waż uznał, że prze­cież i tak jego obecna sy­tu­acja jest na tyle zła, że nic jej już nie po­gor­szy, a bar­dzo moż­liwe, iż jego nowy przy­ja­ciel bę­dzie mógł mu po­ra­dzić coś, co przy­nie­sie w końcu do­bre skutki. Za­tem przed­sta­wił nie­zna­jo­memu zwięźle, ale pre­cy­zyj­nie swoją sy­tu­ację, jak to król Po­li­dek­tes za­pra­gnął głowy Me­duzy, zdo­bio­nej lo­kami z węży, na pre­zent ślubny dla pięk­nej księż­niczki Hip­po­da­mii i jak on - Per­se­usz, pod­jął się do­star­cze­nia mu jej, ale boi się, że zo­sta­nie za­mie­niony w ka­mienny po­sąg.

- No to by­łaby wielka strata - od­parł Żywe Sre­bro z fi­glar­nym uśmie­chem. - Choć prawdą jest, że nadał­byś się na wspa­niały mar­mu­rowy po­sąg i mi­nę­łoby wiele wie­ków, za­nim by on zmur­szał i ob­ró­cił się w perzynę. W su­mie jed­nak każdy wo­lałby być mło­dym czło­wie­kiem przez lata niż po­mni­kiem przez wieki.

- Zde­cy­do­wa­nie! - wy­krzyk­nął Per­se­usz, a łzy po­now­nie sta­nęły mu w oczach. - A poza tym, co zro­bi­łaby moja matka, gdyby jej uko­chany syn zo­stał za­mie­niony w ka­mień?!

- Ja­sne! Ja­sne! Miejmy na­dzieję, że ta przy­goda nie za­koń­czy się aż tak bar­dzo pe­chowo - od­parł Żywe Sre­bro po­krze­pia­ją­cym to­nem. - Je­żeli ktoś zdoła ci w tej spra­wie po­móc, to nie mo­głeś le­piej tra­fić. Je­stem do­kład­nie tą osobą, która jest w sta­nie po­dać ci rękę. Moja sio­stra i ja zro­bimy wszystko, co w na­szej mocy, by prze­pro­wa­dzić cię bez­piecz­nie przez wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa, niech bę­dzie, że tak okropne, jak te­raz wy­glą­dają.

- Twoja sio­stra? - po­wtó­rzył Per­se­usz.

- Tak, moja sio­stra - od­rzekł nie­zna­jomy. - Jest bar­dzo mą­dra, za­pew­niam cię; a co do mnie, to na ogół za­cho­wuję trzeź­wość umy­słu i mam oczy do­okoła głowy. Je­żeli ty sam oka­żesz się za­równo dzielny, jak i roz­tropny i po­stą­pisz zgod­nie z na­szymi ra­dami, to nie ma obawy, że prędko za­mie­nisz się w ka­mień. Ale w pierw­szym rzę­dzie mu­sisz wy­po­le­ro­wać tar­czę, tak aż bę­dziesz wi­dzieć w niej swe od­bi­cie rów­nie wy­raź­nie jak w lu­strze.

Wy­dało się to Per­se­uszowi dość dziw­nym po­cząt­kiem jego przy­gody, bo­wiem uwa­żał, że o wiele waż­niej­sze jest, aby tar­cza była na tyle silna, by chro­nić go przed brą­zo­wymi szpo­nami Me­duzy, niż by była na tyle wy­szli­fo­wana, aby mógł zo­ba­czyć w niej od­bi­cie wła­snej twa­rzy. Jed­nakże za­kła­da­jąc, że Żywe Sre­bro wie, co mówi, na­tych­miast za­brał się do ro­boty i po­le­ro­wał tar­czę z ta­kim za­pa­łem i prze­ję­ciem, iż wkrótce świe­ciła jak księ­życ w po­rze żniw. Żywe Sre­bro przyj­rzał się jej z uśmie­chem i kiw­nął głową na znak apro­baty. Na­stęp­nie zdjął swój krótki, za­krzy­wiony miecz i przy­pa­sał go Per­se­uszowi za­miast tego, który wcze­śniej wi­siał u jego boku.

- Ża­den inny miecz poza moim nie spełni za­da­nia - za­uwa­żył. - Ostrze ma tak har­to­wane, że prze­tnie że­lazo i mo­siądz z taką ła­two­ścią, jak naj­cień­szą witkę. A te­raz wy­ru­szymy. Na­stępny krok to od­na­leźć Trzy Siwe Nie­wia­sty, które po­wie­dzą nam, gdzie prze­by­wają te­raz nimfy.

- Trzy Siwe Nie­wia­sty! - za­krzyk­nął Per­se­usz, któ­remu ja­wiło się to je­dy­nie jako ko­lejna prze­szkoda na dro­dze do celu. - Na Zeusa, kim mogą być te Trzy Siwe Nie­wia­sty? Ni­gdy w ży­ciu o nich nie sły­sza­łem.

- To są bar­dzo dziwne star­sze pa­nie - od­parł Żywe Sre­bro, za­no­sząc się od śmie­chu. - Mają na spółkę tylko jedno oko i je­den ząb. Co wię­cej, mu­sisz od­na­leźć je w świe­tle gwiazd lub o wie­czor­nym zmierz­chu, bo ni­gdy nie uka­zują się ani za dnia, ani przy świe­tle księ­życa.

- Ale - rzekł Per­se­usz - dla­czego miał­bym mar­no­wać czas z tymi Trzema Si­wymi Nie­wia­stami? Nie le­piej by było od razu udać się na po­szu­ki­wa­nie tych strasz­li­wych Gor­gon?

- Nie, nie - od­rzekł jego przy­ja­ciel. - Są jesz­cze inne rze­czy do zro­bie­nia, za­nim spró­bu­jesz zna­leźć Gor­gony. Nie ma in­nego wyj­ścia, jak tylko od­szu­kać te star­sze damy, a kiedy je już spo­tkamy, bę­dziesz miał pew­ność, że Gor­gony są już nie­da­leko. Ru­szajmy. Nie ma czasu do stra­ce­nia.

W tym mo­men­cie Per­se­usz na­brał już ta­kiego prze­ko­na­nia co do mą­dro­ści swego to­wa­rzy­sza, że dał so­bie spo­kój z dal­szymi za­strze­że­niami i prak­tycz­nie był go­tów, by roz­po­cząć przy­godę na­tych­miast. A skoro tak, to ru­szyli w drogę i ma­sze­ro­wali żwa­wym kro­kiem, tak żwa­wym, iż Per­se­usz miał kło­poty z na­dą­ża­niem za swym szyb­ko­no­gim przy­ja­cie­lem. Prawdę mó­wiąc, wie­dział, że Żywe Sre­bro ma na so­bie buty ze skrzy­dłami, co oczy­wi­ście po­maga mu wy­dat­nie roz­wi­jać taką pręd­kość. A póź­niej rów­nież, gdy Per­se­usz spoj­rzał na niego ką­tem oka, zdało mu się, iż wi­dzi skrzy­dła po bo­kach jego głowy, cho­ciaż gdy po­pa­trzył na wprost, to już tych skrzy­deł nie było, a je­dy­nie dziwna czapka. Ale w każ­dym ra­zie po­wy­gi­nana la­ska była w spo­sób oczy­wi­sty bar­dzo po­mocna i po­zwa­lała mu po­ru­szać się tak szybko, że Per­se­usz, choć był to nad­zwy­czaj ener­giczny mło­dzie­niec, za­czy­nał tra­cić od­dech.

- Tu­taj! - za­wo­łał Żywe Sre­bro. - Na­resz­cie.

Do­brze wie­dział, choć taki był z niego so­wi­zdrzał, ja­kie pro­blemy ma Per­se­usz, żeby do­trzy­mać mu kroku:

- Weź moją la­skę, bo po­trze­bu­jesz jej o wiele bar­dziej ode mnie. Nie ma lep­szych pie­chu­rów od cie­bie na wy­spie Se­ri­fos?

- Mógł­bym cho­dzić bar­dzo do­brze - od­rzekł Per­se­usz, pa­trząc po­żą­dli­wie na obu­wie swo­jego to­wa­rzy­sza - gdy­bym tylko miał ta­kie buty jak ty.

- Mu­simy spró­bo­wać zdo­być ci taką samą parę - od­po­wie­dział Żywe Sre­bro.

Ale la­ska sta­no­wiła tak zna­czącą po­moc w dro­dze, że Per­se­usz nie czuł już dłu­żej naj­mniej­szego zmę­cze­nia. W rze­czy­wi­sto­ści Per­se­usz miał wra­że­nie, że la­ska w jego ręku żyje i uży­cza mu czę­ści swego ży­cia. On i Żywe Sre­bro parli te­raz swo­bod­nie do przodu, roz­ma­wia­jąc bar­dzo przy­jaź­nie, a Żywe Sre­bro opo­wie­dział tak wiele opty­mi­stycz­nych hi­sto­rii o swo­ich daw­nych przy­go­dach i o tym, jak nie­za­wod­nie dzia­łał jego umysł w roz­ma­itych sy­tu­acjach, że Per­se­usz za­czął po­strze­gać go jako wspa­nia­łego to­wa­rzy­sza po­dróży - ko­goś, kto zna ży­cie i świat; i uznał, iż nie ma dru­giej osoby z taką wie­dzą, która by­łaby rów­nie uprzejma i tak mu po­mocna jak ten młody czło­wiek. Tym gor­li­wiej go słu­chał w na­dziei na zdo­by­cie tą drogą bez­cen­nej wie­dzy o ży­ciu.

W końcu przy­po­mniał so­bie, że Żywe Sre­bro wspo­mi­nał coś o sio­strze, która miała udzie­lić im po­mocy w wy­pra­wie, roz­po­czę­tej te­raz na do­bre.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki