Rozdział 1
Tadeusz Grabianka - król Nowego Izraela
Przepowiednia głosiła, że Tadeusz Grabianka
będzie siedem lat zgłębiać nauki tajemne, siedem lat rozkazywać i dwa
razy po siedem lat królować. Co prawda starosta liwski nie zasiadł na
polskim tronie, ale w zamian ogłoszono go królem Nowego Izraela.
Szwedzki mistyk
Na pierwszy rzut oka oświecenie może się wydawać epoką rozumu i dążeń
antyreligijnych, ale paradoksalnie było to także stulecie przepełnione
tendencjami mistycznymi. Co więcej, zdarzały się również przypadki, że
ludzie zachwycający się dotychczas możliwościami ludzkiej inteligencji
niemal z dnia na dzień stawali się zagorzałymi zwolennikami
metafizycznych poglądów na świat. Sztandarowym tego przykładem były losy
Emanuela Swedenborga, u którego mistycyzm przybrał postać konsekwentnej
filozofii.
Karierę zaczynał jako autor prac z dziedziny matematyki i mechaniki oraz
wynalazca i specjalista od wytopu metali. Jako pierwszy naukowiec w dziejach potrafił także powiązać aktywność mózgu człowieka z oddychaniem, a nie z pracą serca i krążeniem krwi. W 1744 roku
Swedenborgowi objawił się ponoć Chrystus, który nakazał mu "odsłonić
duchowy sens Pisma Świętego". Wizja zrobiła na Szwedzie tak wielkie
wrażenie, że niebawem porzucił zainteresowania naukowe i stał się
żarliwym mistykiem.
Zajął się badaniem duchowości i głosił poglądy, że anioły i diabły "są
rodzaju ludzkiego; w niebie ci, co na świecie żyli w niebiańskiej
miłości i wierze; w piekle ci, co żyli w piekielnej miłości i wierze"1.
Tego rodzaju sformułowania nie były wprawdzie specjalną nowością, ale
Szwed niebawem rozwinął swoje poglądy, twierdząc, że po śmierci ciała
każda dusza pogłębia swoje niebiańskie lub piekielne przeznaczenie, a do
tego w niebie istnieją "niezliczone społeczeństwa" i panuje
"nieskończona rozmaitość". Dzięki temu miały istnieć nawet dwa rodzaje
aniołów: niebieskie i duchowe2.
"Miłość, w której trwają ci, co w Królestwie Niebieskim przebywają -
tłumaczył Swedenborg - zowie się miłością niebieską; miłość zaś, w której trwają ci, co w Królestwie Duchowym przebywają, zowie się
miłością duchową; miłość niebieska jest miłością ku Panu, miłość zaś
duchowa jest miłością bliźniego"3.
Szwedzki mistyk czerpał również z Apokalipsy według Świętego Jana,
głosząc nadejście Nowego Jeruzalem, w którym Bóg miał zamieszkać wraz z wybranymi wiernymi. Swedenborgowi zostało to ponoć objawione, gdy
osobiście doświadczył wizji Sądu Ostatecznego i powtórnego nadejścia
Stwórcy. Przy okazji poznał też ukryte przed wiernymi treści Pisma
Świętego. Oczywiście Nowe Jeruzalem miało być prawdziwym Królestwem
Bożym, gdyż nie dopuszczał istnienia w nim żadnego zła ani zwykłych
ludzkich popędów. Ciekawostką natomiast pozostaje jego koncepcja
istnienia płciowego anioła mającego być jednym ze stadiów rozwojowych
człowieka.
Jednocześnie Swedenborg stanowił na swój sposób zaprzeczenie stereotypu
mistyka. Nie przejawiał chęci do nawracania za wszelką cenę, chociaż
ludzie z jego otoczenia odnosili wrażenie, że faktycznie obcują z wybrańcem Bożym, który pojawił się, by zbawiać innych. Szwed zresztą
nigdy nie wdawał się w żarliwe dyskusje i był daleki od nawracania pod
przymusem. Wygłaszał swoje poglądy w sposób delikatny i lakoniczny i nigdy nie mówił więcej, niż było to konieczne.
Był też swojego rodzaju ascetą, co nie zawsze stanowiło normę wśród
rozmaitych zbawców ludzkości. Odżywiał się bowiem bardzo skromnie, a jedynym ustępstwem była kawa, którą faktycznie pijał w dużych ilościach.
Nie zwracał uwagi na pory dnia, żył własnym rytmem i nawet jego
sporadyczne konflikty ze złymi duchami przebiegały stosunkowo łagodnie.
Być może dzięki takiemu postępowaniu oraz wytrwałej pracy wydawniczej
(jest autorem ponad 30 dzieł z dziedziny teologii) na stałe zapisał się
w historii myśli chrześcijańskiej Europy. Jego koncepcje wywarły też
wielkie wrażenie na samozwańczych mesjaszach z terenu Rzeczypospolitej,
w tym - na pewnego szlachcica z Podola, Tadeusza Grabiankę.
Pomiędzy Lotaryngią a Rzecząpospolitą
Region ten niemal zawsze uchodził za wylęgarnię proroków. To właśnie tam
mesjaszem ogłosił się żydowski kabalista Jakub Frank, nauczał jeden z twórców chasydyzmu, Israel Baal Szem Tow, a także objawił się szlachcic
Rohoziński, który zapowiadał nadejście "nowego królestwa".
Tadeusz Grabianka pochodził z zamożnej rodziny szlacheckiej i - jak
wielu mu współczesnych - nie był zadowolony z panujących wówczas
porządków. Poszukiwał alternatywnych dróg, by pchnąć ludzkość na nowe
tory4, ale w jego przypadku nie chodziło o przemiany społeczne i polityczne, które niebawem znalazły wyraz w rewolucji francuskiej -
bardziej był bowiem zainteresowany sprawami ducha i nie chciał zmieniać
świata, lecz ludzi.
Urodził się w 1740 roku we wsi Rajkowce koło Płoskirowa (obecnie miasto
Chmielnicki na Ukrainie). Jako młodzieniec przez kilka lat przebywał w Lotaryngii, gdzie panował były król Polski i teść władcy Francji,
Stanisław Leszczyński. Po powrocie do kraju dopełnił edukacji w renomowanej warszawskiej szkole pijarów Collegium Nobilium. Gdy ponownie
wyjechał do Francji, trafił na dwór Ludwika XV (zapewne dzięki
rekomendacji Leszczyńskiego). Być może cieszył się również
przychylnością słynnej królewskiej metresy, madame de Pompadour, gdyż
był "pięknej powierzchowności" i "nadzwyczaj grzeczny", a do tego miał
"dziwny dar jednania sobie wszystkich"56.
Wiadomo też, że pod pewnymi względami postępował jednak
niekonsekwentnie. We Francji nosił polski strój, natomiast po powrocie
do kraju stał się propagatorem mody francuskiej, co wyjątkowo irytowało
jego ojca. Józef Kajetan Grabianka nie dręczył się jednak tą sprawą zbyt
długo, gdyż zmarł, gdy syn miał zaledwie 19 lat - i Tadeusz odziedziczył
po nim znaczny majątek. W jego skład wchodziły trzy zamki na Podolu,
czternaście wsi oraz domy we Lwowie i w Kamieńcu Podolskim. Młody
Grabianka nie miał problemów finansowych i beztrosko spędzał życie,
krążąc pomiędzy Podolem, Warszawą, Berlinem i Paryżem.
W wieku 31 lat ożenił się z Teresą Stadnicką, a posag wybranki znacznie
powiększył jego majątek. Osiadł w Ostapkowcach nad Smotryczem, doczekał
się dwóch synów i córki. Skoro jednak panowało przekonanie, że szlachcic
bez urzędu jest jak chart bez ogona, Grabianka wystarał się o urząd
starosty liwskiego. Z Podola do Liwu było jednak prawie 700 kilometrów,
zatem raczej zbyt często tam nie bywał i wszelkie sprawy służbowe
załatwiał za pośrednictwem zastępców. Ufundował jednak budynek
kancelarii na miejscowym zamku, a ambitna pani Teresa, która
interesowała się sprawami publicznymi, chciała, by został starostą
kamienieckim. Małżonek odnosił się jednak do tego pomysłu z dużą
obojętnością, gdyż już wówczas jego zainteresowania dotyczyły zupełnie
innej dziedziny.
Podobno przemiana duchowa Tadeusza Grabianki nastąpiła, gdy w Warszawie
spotkał znajomego, który wcześniej prowadził rozpustne życie, a teraz
zachowywał się zupełnie inaczej. Gdy okazało się, że przyczyną tej
odmiany było zgłębienie tajemnych nauk, Grabianka zapragnął tego samego
także dla siebie.
Alchemicy z Berlina
Przełomowym wydarzeniem w życiu starosty był pobyt w Berlinie w 1779
roku. Zetknął się tam z Antoine'em-Josephem Pernetym, bibliotekarzem
Fryderyka II, byłym benedyktynem, alchemikiem i ezoterykiem. Być może
poznał wówczas także byłego księdza, Ludwika Józefa Filiberta Morveau,
posługującego się nazwiskiem Brumore. Obaj Francuzi poszukiwali kamienia
filozoficznego i sposobami alchemicznymi próbowali wyprodukować złoto. W ich umiejętności uwierzył nawet tak zdroworozsądkowy człowiek jak król
Prus, Fryderyk II.
Władca nie zamierzał jednak za każdym razem pokrywać ich potrzeb
finansowych, ale na szczęście dla alchemików znaczne zasoby posiadał
akurat Grabianka. Nie oznacza to wcale, że Pernety i Brumore byli
pospolitymi oszustami, a starosta liwski wyłącznie naiwnym Polakiem,
który dał się skusić wizją nieograniczonego majątku. Obaj alchemicy
zapewne faktycznie wierzyli w możliwość tajemniczej przemiany różnych
składników w złoto, natomiast sam Grabianka bardziej interesował się
wiedzą tajemną. Pernety i Brumore byli bowiem oświeconymi, czyli
iluminatami, mającymi kontakt z wyrocznią - Świętym Słowem.
Brumore oświadczył Grabiance, że już od pewnego czasu czekał na
cudzoziemca, wybranego przez Niebo. Oczywiście, musiał się upewnić, czy
jest nim właśnie Polak. Z odpowiednim pytaniem zwrócił się więc do
Świętego Słowa, a odpowiedź całkowicie go zadowoliła. Usłyszał ponoć, że
serce przybysza "było czyste" oraz że ma "nie obawiać się mieszania
swojego i jego kadzidła", gdyż pewnego dnia miał on stać się siedmiokroć
"ważniejszy od ciebie"7.
Czy o opinii wyrażonej przez Święte Słowo zadecydowały wyłącznie
przymioty moralne Grabianki, czy również jego pieniądze - trudno
jednoznacznie określić. Święte Słowo nie zakomunikowało bowiem motywów
proroctwa, ale Brumore wyjawił Polakowi ścieżkę kariery. Przyszłość
starosty rysowała się bowiem następująco: siedem lat będzie adeptem nauk
tajemnych, przez drugie siedem będzie rozkazywał, a następnie dwa razy
po siedem lat będzie królem.
Grabianka wiedział, że grupa kierowana przez Pernety'ego i Brumore'a liczyła około stu osób, i zapewne był też świadkiem inicjacji nowych
członków sekty na pewnym wzgórzu pod Berlinem. Pernety miał tam doznać
pierwszej iluminacji i z tego powodu przed specjalnie wznoszonym
"ołtarzem potęgi" palono kadzidła, oczekując, aż odurzony kandydat
dojrzy anioła.
Niebawem przyszedł też czas inicjacji Grabianki, po czym ziemianin
powrócił na Podole, by "nie zwlekając, iść poświęcić swoich". Święte
Słowo szczególnie bowiem upodobało sobie jego ród i nadało mu tytuł
króla Nowego Izraela. Nie oznaczało to jednak władzy zwierzchniej nad
starozakonnymi - Grabiankowe królestwo miało być bowiem "Izraelem z ducha" całkowicie oddzielonym od żydowskiego "Izraela z ciała".
Grabianka przekonał do przystąpienia do sekty członków swojej rodziny,
ale przywódców najbardziej zainteresowała jego sześcioletnia córka Ania.
Święte Słowo zażądało, by dziewczynka przyjechała do Berlina na
wychowanie u niejakiej panny Bruchier, przyjaciółki Brumore'a. Skoro jej
ojciec miał być przecież królem Nowego Izraela, to jego córka powinna
dorastać we właściwym otoczeniu, czyli wśród najbardziej wiernych
poddanych. A przy okazji stać się zakładniczką posłuszeństwa ojca, z czego Grabianka doskonale zdawał sobie sprawę.
Wyjazdowi dziewczynki ostro sprzeciwiła się jej matka, ale niebawem
skapitulowała. Święte Słowo faktycznie bowiem wydawało się wszechmocne -
za jego przyczyną miało zostać wskrzeszonych na Podolu dwóch zmarłych
włościan.
"Przebudzili się - relacjonował Pernety - i żyć zaczęli na nowo. Wyszli
z grobów zdrowi, chodzili i dziękowali Bogu, (...) zgodni byli obaj, że
widzieli i słyszeli o sprawach tamtego świata, zabroniono im mówić o nich. Jeden ze zmarłych miał na piersi wyryty znak krzyża i włóczni"8.
Anusia ostatecznie trafiła do Berlina, natomiast sam Grabianka miał na
Podolu czekać na wezwanie Świętego Słowa. Niebawem do jego dóbr zawitali
Pernety z Brumore'em i na należącym do Grabianki zamku w Sutkowcach tak
zapamiętale prowadzili eksperymenty alchemiczne, że omal nie puścili
rezydencji z dymem. A chociaż warownia ocalała, to zdecydowanie gorzej
było z finansami Grabianki, który nie tylko płacił za eksperymenty
alchemików, lecz także zapewniał im utrzymanie. Na szczęście dla rodziny
pani Teresa była osobą twardo stąpającą po ziemi i nie pozwoliła, by mąż
do reszty roztrwonił majątek. Gdy zatem "zaczynał zanadto broić,
zamykała dopływ gotówki"9.
Chcąc udobruchać małżonkę i zdobyć fundusze na dalsze eksperymenty,
Grabianka wystawił obelisk, na którym widniały napisy:
Czuła wdzięczność tu wieczną poświęca ofiarę
Temu sercu, co kocha Cnotę, Miłość, Wiarę.
Oraz
Aby cnotę przykładnie potomność wielbiła,
Miłość męża TERESIE KOLOS wystawiła10.
Pomysł był może niezły, ale przedsiębiorcza połowica nie zamierzała
zakończyć życia w biedzie i coraz częściej odcinała męża od finansów.
Bardziej zresztą interesowała ją sprawa wydostania córki z Berlina, co
wreszcie powiodło się w 1783 roku. Nie pozbyła się jednak opiekunki
Anusi, która wraz z dziewczynką przyjechała do Ostapkowic. Ponownie też
pojawił się Brumore, by kontynuować doświadczenia nad przemianą
dowolnego metalu w złoto. Do reakcji chemicznych używał głównie rtęci i siarki, więc nic dziwnego, że podtruty oparami, zmarł dwa lata później.
Nowy Izrael w Awinionie
Tymczasem Pernety stracił łaski Fryderyka II i przeniósł się do
Awinionu. Miasto pozostawało pod władzą papieża i właściwie nie wiadomo,
dlaczego alchemik wybrał je na miejsce swojego pobytu. Niewykluczone
jednak, że uznał, iż "najciemniej jest pod latarnią" i papieska
inkwizycja nie będzie specjalnie ingerowała w jego działalność. Tym
bardziej że jej ówcześni funkcjonariusze uchodzili za wyjątkowo
skorumpowanych, a do tego w wielu innych europejskich miastach był już
zbyt znany.
Nie zmienia to jednak faktu, że alchemikowi brakowało pieniędzy na
dalsze eksperymenty. Doszedł więc do wniosku, że problem może załatwić
tylko sponsor z Podola. Dlatego skorzystał z "niezawodnej uczynności
Świętego Słowa, które z wrodzoną praktycznością wezwało Grabiankę, by
opuścił Podole i udał się do Awinionu z odpowiednim zapasem
gotówki"11.
Zachował się przekaz, że w 1785 roku szlachcic rzeczywiście pojawił się
w Awinionie, ale bez pieniędzy, natomiast "popychany jeno żądzą
naprawiania ludzkości, zaciągnięcia jej pod sztandar Nowego Izraela,
utworzenia z niej jednej owczarni, jednego Narodu Bożego"12.
Pieniędzy jednak nie przywiózł, gdyż żona odmówiła dalszego finansowania
jego planów - podróż odbył więc za pieniądze pożyczone od własnego
kamerdynera. Pewną sumę uzyskał też w Paryżu od Róży i Aleksandra
Lubomirskich.
W Awinionie uformowało się ostatecznie stowarzyszenie iluminatów nazwane
Królestwem Nowego Izraela, na którego czele stanął Grabianka. Było ono
kontynuacją grupy Nowa Jerozolima założonej w 1778 roku przez
Pernety'ego. Jej nazwa nawiązywała do Apokalipsy i koncepcji Emanuela
Swedenborga - miała stanowić przeciwieństwo Wielkiego Babilonu i rodzaj
"mistycznego grodu przyszłości oznaczającego urzeczywistnienie
najszczytniejszych pragnień"13.
Przepowiednie sekty, czy też raczej Świętego Słowa, głosiły, że starosta
liwski nie tylko zostanie królem Polski, lecz także - że upadnie
dominacja Rosji. Grabianka miał złamać również potęgę turecką i za swoją
stolicę obrać Jerozolimę. Założyciele sekty "robili zaklęcia, wypędzali
czarta, oczyszczali moralnie i tym podobne mistyczne spełniali
ceremonie"14.
Wierzyli też w możliwość uzyskania bezpośredniej "korespondencji z Niebem" przez "zadawanie pytań i otrzymywanie odpowiedzi" za pomocą
kluczy różnych stopni15. Tego rodzaju praktyki wymagały jednak
ostrożności i dlatego - mimo korupcji w szeregach papieskich służb -
członkowie sekty woleli korzystać z gościny ich zwolennika, markiza
Vernettiego de Vaucroze, posiadającego dobra nieopodal miasta. W jego
rezydencji "na zebraniach zajmowano się roztrząsaniem pism Emanuela
Swedenborga, (...) próbowano wywoływać duchy, interpretowano sny,
zajmowano się astrologią i magią". Część domu przeznaczono na świątynię,
która została urządzona zgodnie z sennym widzeniem szwedzkiego mistyka i ozdobiona obrazami o treści alegorycznej. Jednocześnie przyrządzano tam
na wolnym ogniu eliksir długowieczności, co - paradoksalnie - zapewne
zdecydowanie mocno skracało życie członków sekty, gdyż praktycznie stale
przebywali w trujących oparach rtęci i siarki16.
Niewykluczone, że produkowano tam również substancje psychotropowe, gdyż
kandydatów do sekty rozbierano podczas inicjacji do naga i "aplikowano
tajemniczy eliksir zagęszczający krew i wywołujący stan
egzaltacji"17.
Co ciekawe, do Nowego Izraela przystępowali mieszkańcy różnych krajów
Europy - jednym z najbardziej prominentnych członków był Fryderyk,
książę Wirtembergii. W szeregi sekty wstąpił także osławiony były
ambasador rosyjski w Warszawie, Nikołaj Repnin, nadzorca Stanisława
Augusta.
Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, by człowiek, który upokarzał
polskiego króla, "dał się terroryzować szlachcicowi polskiemu, który weń
wmówił, że jest z rozkazu Bożego królem Nowego Izraela"18. Być
może zresztą udział w sekcie (a przy okazji też utrata łask Katarzyny
II) spowodował, że dawny brutalny i bezczelny rosyjski magnat z czasem
przeobraził się w całkiem ludzkiego wielkorządcę ziem litewskich.
Zresztą przed Grabianką - jako królem Nowego Izraela - korzyli się też
inni możni Rosjanie, tacy jak: admirał Siergiej Pleszczajew czy
późniejszy adiutant wielkiego księcia Konstantego, Piotr
Ozierow-Dzierżawin19.
O przepowiedni, że miał zostać królem Polski, Grabianka najpewniej nie
wspominał Repninowi, a potomek mistyka, Michał Leszczyc-Grabianka,
uważał, że informacja o tym proroctwie była nieprawdziwa. Zapewne
chodziło o królestwo mistyczne, gdyż trudno sobie wyobrazić, by Repnin
był zwolennikiem nauk Grabianki, gdyby obejmowały one plany zdobycia
tronu polskiego20.
Nie zmienia to jednak faktu, że Grabianka z całą powagą traktował swoją
misję - udał się nawet do Londynu, by pozyskać nowych wyznawców.
Wprawdzie nie osiągnął tam wielkich sukcesów, aczkolwiek przyznawano, że
był "człowiekiem wielkich uzdolnień, o niezmiernie ujmującym sposobie
bycia".
Niewykluczone, że powściągliwych Anglików zraziło przyzwyczajenie
Grabianki do trzykrotnego pocałunku podczas powitania, tym bardziej że
ostatni pocałunek prorok składał na ustach, co nad Tamizą kojarzyło się
z homoseksualizmem. Potencjalnych adeptów Nowego Jeruzalem bulwersowała
też głoszona przez proroka koncepcja Czwórcy Świętej, w której
pełnoprawne miejsce miała zajmować Najświętsza Maryja Panna. Anglikanie
nie uznawali bowiem kultu Matki Boskiej i doszli do wniosku, że
Grabianka jest nie tylko homoseksualistą, lecz także agentem
znienawidzonych jezuitów.
Sekta w akcji
Władze Nowego Izraela stanowili: arcykapłan, Wielka Matka -
reprezentująca Bogarodzicę, wielki prorok, tłumacz snów, kanclerz i dwaj
członkowie rady. Nad wszystkimi - jako król, któremu przysługiwało pełne
i bezdyskusyjne prawo do panowania - stał Grabianka. Nakazał się wręcz
adorować, a wierni uznawali go za nieomylnego wybrańca Boga i Najświętszej Maryi Panny - był dla nich "synem uczennicy Najwyższego,
ojcem największej mądrości, w którym zamieszkał duch Boży". Przy takiej
rekomendacji nie powinno dziwić, że starosta miał uzyskać moc czynienia
cudów21.
Przez pewien czas sekta rozwijała się i sprawnie funkcjonowała, ale w pewnym momencie wśród jej członków zaczęły narastać konflikty
wewnętrzne. Włoch Capelli, "włóczęga od dawna w Lucce znany", ogłosił
się bowiem prorokiem grupy. A kiedy Grabianka zawyrokował, że to fałsz,
ten w rewanżu nazwał Polaka fałszywym królem.
Inna sprawa, że problem Capellego niebawem sam się rozwiązał, gdyż
został on oskarżony o herezję, co raczej trudno uznać za przypadek. Być
może zwolennicy Grabianki w ten sposób chcieli się pozbyć rywala swojego
mistrza? Włoch został wprawdzie zwolniony, ale niebawem znów go
aresztowano i tym razem stanął przed sądem. Zakończył życie na
szubienicy, co wskazywało, że wysunięto przeciwko niemu zarzuty innego
rodzaju niż herezja. W tym bowiem przypadku skazano by go na śmierć na
stosie.
Zamieszanie spotęgowała jeszcze niejaka pani Flumel, która oddała sekcie
swoje pieniądze, licząc na ich pomnożenie. Gdy nie udało się spełnić jej
oczekiwania, zawiedziona zaczęła oskarżać Grabiankę i jego wyznawców.
Rozpowiadała, że w sekcie kobiety i mężczyźni "żyją wspólnie", a członkowie grupy "wodzą na pasku bogatych głupców"22.
Zaniepokojenie działalnością grupy Grabianki okazała w końcu papieska
inkwizycja i w efekcie postanowiono przeprowadzić rewizję w domach jej
członków. Śledztwo jednak zarzucono, być może podziałała łapówka
wręczona odpowiednim osobom. Dalsze kroki przerwał wybuch rewolucji i wcielenie Awinionu do Francji w 1791 roku.
Podczas rewolucyjnego terroru Grabianka zachowywał się podobno odważnie
i niezwykle ryzykownie, ratując skazanych na śmierć przez Komitet
Bezpieczeństwa Publicznego. Szczególnie wielu księży miało zawdzięczać
mu życie, gdyż Polak "śmiało, publicznie powstawał przeciw
gilotynie"23. Skompromitował się jednak przepowiednią, że
Ludwik XVI z pomocą Nieba zostanie uwolniony i powróci w chwale. Co
gorsza, ogłosił swoje proroctwo na dwa dni przed nadejściem do Awinionu
wiadomości o zgilotynowaniu władcy. Król Nowego Izraela raczej nie
powinien się mylić w tak ważnych kwestiach...
Inna sprawa, że gdy miasto dotknęła wielka powódź, której następstwem
był głód, Grabianka z funduszy sekty "karmił, odziewał całe tłumy".
Potrzeby były jednak ogromne - znacznie przewyższały możliwości
finansowe proroka, który nie dysponował odpowiednio wielkimi sumami. W efekcie Grabianka popadł w poważne długi.
Niebawem został też aresztowany, co w czasach dyktatury jakobinów
spotykało praktycznie każdego, kto się wyróżniał. Zapewne trafiłby pod
gilotynę, ale na jego szczęście wcześniej obalono Robespierre'a.
Oczywiście okoliczności odzyskania wolności przez króla Nowego Izraela
nie mogły być prozaiczne, zatem Grabianka opowiadał, że w celi ukazał mu
się Jan Chrzciciel i po prostu wyprowadził z więzienia.
W 1798 roku zainaugurowano działalność świątyni awiniońskich iluminatów,
w której odprawiano także katolickie msze święte. Jednak zwolennicy
Grabianki "poplątali boskie dogmaty chrześcijanizmu z heretyckimi i bałwochwalczymi dodatkami". Oczywistą herezją była Czwórca Święta, gdyż
do Trójcy oficjalnie została już włączona Matka Boska opisywana jako
"rodzicielka światła wśród ciemności, (...) królowa nieba i piekła, z półksiężycem otwierającym bramę Wschodu narodowi świętemu"24.
Jesienią 1799 roku król Nowego Izraela zebrał swoich poddanych w świątyni i oświadczył, że z powodu ich grzechów zamyka ją na dwanaście
miesięcy. Nakazał natychmiast opuścić przybytek, gdyż w innym wypadku
"za chwilę zjawi się tam Pan w całej swojej chwale", która mogła ich
porazić25.
Grabianka zawiesił działalność sekty i wyjechał z Francji - ponoć
obawiał się represji Bonapartego wobec iluminatów. Bardziej
prawdopodobne wydaje się jednak, że chodziło o ucieczkę przed
wierzycielami, a Grabianka pojechał do Lwowa po pieniądze. Spotkał się
tam z żoną, która... zdecydowanie odmówiła mu funduszy. Odtąd małżonkowie,
którzy wcześniej i tak bardzo rzadko się widywali, żyli w separacji.
Grabianka wrócił więc do Awinionu i kolejne lata spędził tam "w ostatniej nędzy, bez dachu, bez przytułku, często o głodzie i chłodzie"26.
Petersburski epilog
W 1803 roku prorok powrócił na Podole, bowiem od bajecznie bogatego
byłego targowiczanina, Szczęsnego Potockiego, miał uzyskać obietnicę
spłaty długów i wykupienia majątków z rąk wierzycieli. Najwyraźniej
Grabianka nic nie stracił ze swojego osobistego uroku - inna sprawa, że
dość ograniczonego umysłowo Potockiego łatwo można było sobie zjednać.
Na niewiele to się jednak zdało, gdyż śmierć magnata w 1805 roku
przekreśliła nadzieje proroka na wydostanie się z tarapatów finansowych.
Pojechał zatem do swojego zwolennika Augusta Ilińskiego rezydującego w Romanowie na Wołyniu, a ten wyznaczył mu roczną pensję.
Grabianka nie zrezygnował jednak z akcji misyjnej i jeszcze w tym samym
roku udał się do Petersburga. Przebywali tam już członkowie sekty
Królestwo Nowego Izraela poszukujący zwolenników wśród rosyjskiej elity.
Chociaż nie znalazło się ich zbyt wielu, to na pozyskanych adeptów
Grabianka wywierał wręcz magnetyczny wpływ. Otaczano go uwielbieniem,
słuchano jak wyroczni. Był bowiem znakomitym mówcą, a prowadząc skromne
życie, zjednywał sobie zwolenników. Tym bardziej że na każdym kroku
podkreślał swoją głęboką i surową wiarę, a do tego szczerze wierzył we
własne posłannictwo. Szczególnie mało odporne na urok podolskiego
proroka były panie z towarzystwa, ceniące go "za jego słodycz w obejściu, rzewność i te ojcowskie rady i przestrogi"27.
Grabianka nie stracił nic z osobistego czaru - był on "białym już, ale
czerstwym staruszkiem". Z całą powagą głosił, że do Petersburga
przysłało go Niebo "dla odbudowania i urządzenia królestwa - Nowego
Jeruzalem". Sugerował, iż wszyscy powinni być wdzięczni "Opatrzności, że
wskazała wam tę deskę zbawienia"28.
Jednocześnie król Nowego Izraela zaczął głosić przepowiednie o nieodległym końcu świata i ponownym przyjściu Chrystusa. Miało to
nastąpić za 30 lat. Grabianka twierdził też, że zdążył się już narodzić
także Antychryst i dlatego każdy z adeptów proroka miał się wyrzec
"Kościoła i władz w kraju obowiązujących" na korzyść jego sekty, gdyż
tylko to mogło zapewnić zbawienie.
Działalność Grabianki zaniepokoiła w końcu carską policję, tym bardziej
że król Nowego Izraela dużo czasu spędził we Francji - padły więc
podejrzenia, iż był agentem Napoleona Bonapartego. Wiedziano też o przepowiedni, w myśl której Grabianka miałby zostać królem Polski. Nic
zatem dziwnego, że trafił do aresztu. Zaprzeczył wówczas swoim
aspiracjom do tronu polskiego oraz oświadczył, że nie głosił
antyrosyjskich przepowiedni ani nie namawiał do nieposłuszeństwa.
Deklaracje te nie zwróciły mu jednak wolności.
Był więziony w Twierdzy Pietropawłowskiej, a chociaż jego wpływowi
znajomi starali się o zwolnienie, nie przyniosło to rezultatu. Grabianka
spędził za kratami pięć miesięcy i w październiku 1807 roku, mając 67
lat, zmarł na apopleksję. Nie brakowało jednak opinii, że popełnił
samobójstwo lub został otruty.
Pochowano go w kościele Świętej Katarzyny w Petersburgu. Raczej nie
byłby z tego powodu specjalnie zadowolony, gdyż spoczywał tam już
Stanisław August, którego Grabianka wyjątkowo nie lubił, i po którym
miał zasiąść na tronie. Z perspektywy wieczności to grobowe sąsiedztwo
nie trwało jednak długo, gdyż w 1938 roku trumnę ostatniego króla
przewieziono do Polski.
Pewne nauki i koncepcje Tadeusza Grabianki po ćwierć wieku powróciły w filozofii Andrzeja Towiańskiego, który nie bez powodu na początku swojej
działalności misyjnej poszukiwał w Petersburgu dawnych zwolenników
podolskiego proroka. Minęło jednak wiele lat, w międzyczasie wiele się
wydarzyło i próba Towiańskiego zakończyła się niepowodzeniem. Nie
stanęło to jednak na przeszkodzie, by w późniejszych latach został
autorem największego zamieszania umysłowo-religijnego wśród polskiej
emigracji.
Rozdział 2
Andrzej Towiański. Koło Sprawy Bożej
W gronie różnego rodzaju proroków, którzy
pojawili się w dziejach naszego kraju, Andrzej Towiański zajmuje
wyjątkową pozycję. Stworzona przez niego sekta wywołała poważny ferment
w środowisku emigracji polskiej, która osiadła w Europie Zachodniej po
powstaniu listopadowym. Co więcej, w skład sekty weszli jej prominentni
członkowie - w tym dwaj najważniejsi polscy poeci epoki romantyzmu.
Wprawdzie Juliusz Słowacki szybko zraził się do proroka i jego
wyznawców, ale Adam Mickiewicz pozostał wierny naukom Towiańskiego. I nawet gdy ostatecznie z nim zerwał, nadal był zwolennikiem wartości
głoszonych przez sektę i właściwie nigdy nie powrócił na łono Kościoła
katolickiego.
Paryż, jesień 1841 roku
27 września 1841 roku w paryskiej katedrze Notre Dame została odprawiona
msza święta dla Polaków. Pojawiło się około 200 osób, obecna była
właściwie niemal cała emigracyjna elita. Po zakończeniu nabożeństwa
przed zgromadzonymi wystąpił przybyły niedawno do francuskiej stolicy
Andrzej Towiański.
Nie był postacią całkowicie anonimową, gdyż już od kilku tygodni krążyły
na jego temat różne plotki. Opowiadano, że uleczył chorą psychicznie
żonę Adama Mickiewicza, oraz głosi naukę, która zbawi Polskę i zapewni
emigrantom powrót do ojczyzny. Z tego powodu początkowo z zainteresowaniem przysłuchiwano się jego wystąpieniu, ale z każdą minutą
zebranych ogarniało coraz większe osłupienie.
Przemówienie Towiańskiego okazało się bowiem zadziwiającą mieszanką
dogmatów chrześcijańskich, elementów filozofii Wschodu oraz bieżących
doktryn politycznych. Prorok wtajemniczał wiernych w zasadę
reinkarnacji: tłumaczył wielokrotność żywotów przeszłych i przyszłych
każdego człowieka. Przewidywał możliwość degradacji form istnienia aż do
kształtów zwierzęcych czy wręcz roślinnych (w przyszłości miał tego
używać jako argumentu wobec opornych wyznawców).
Inną zasadą głoszoną przez mistrza okazał się dogmat nieustającej walki
dobra ze złem rządzącym całym światem ducha i materii. Określał to jako
ścieranie się kolumn jasnych i ciemnych, zawłaszczających człowieka do
zła lub wspierających go w dobrych uczynkach. Zwycięstwo dobra połączone
z odnową moralną miało umożliwić wyznawcom cudowny powrót do kraju.
Do swojej nauki wplótł także żywy wśród Polaków kult rodziny
Bonapartych, pomieszany z ideologią panslawizmu niemal wprost wyjętym z rosyjskiej propagandy. Razem dawało to kompletny chaos ideologiczny.
Zebrani w katedrze nie mogli zrozumieć, w jaki sposób przyjęcie nauki
prelegenta umożliwi im powrót do kraju. I gdy Towiański padł na kolana,
wznosząc żarliwą modlitwę, część słuchaczy wyszła, nieliczni przyłączyli
się do mistrza, a większość stała w milczeniu.
I tak miało już pozostać. Niektórzy oddawali się bez reszty Sprawie (tak
swój ruch nazywał Towiański), natomiast inni uważali go za obłąkanego.
Nie brakowało też takich, dla których był heretykiem.
Prorok spod Wilna
Andrzej Towiański urodził się 1 stycznia 1799 roku w majątku Antoszwińce
położonym około 50 kilometrów od Wilna. Był synem zamożnego posiadacza
ziemskiego i jedynym sukcesorem, gdyż dziesięcioro (!) jego rodzeństwa
zmarło w dzieciństwie. Sam początkowo także nie cieszył się specjalnie
dobrym zdrowiem, co skierowało jego zainteresowania właśnie w kierunku
religii i medytacji.
Uczył się w gimnazjum wileńskim, gdzie zaprzyjaźnił się z Ferdynandem
Guttem, który w przyszłości miał zostać jego najbliższym
współpracownikiem. Obaj następnie trafili na Cesarski Uniwersytet
Wileński - Towiański studiował tam prawo, natomiast Gutt, jak przystało
na syna wileńskiego aptekarza, ukończył medycynę.
W Wilnie Towiański zetknął się z masonerią, gdyż do wolnomularzy należał
ojciec Gutta. W ich poglądach nie widział sprzeczności z prawowiernym
katolicyzmem, polscy masoni często bowiem łączyli działalność w lożach z obowiązkami chrześcijanina. Nic zatem dziwnego, że w ich szeregach
znajdowało się wielu duchownych, a także wykładowców Uniwersytetu.
Towiański studiował w tym samym okresie co Mickiewicz, ale nic nie
wiadomo na temat ich ewentualnych ówczesnych kontaktów. Musiał natomiast
kojarzyć poetę, bowiem wieszcz wraz z przyjaciółmi byli zbyt wyrazistymi
postaciami, by ich nie dostrzegać. Tym bardziej że późniejszy debiut
poetycki Mickiewicza odbił się szerokim echem wśród miejscowej
społeczności, a proces filomatów - jeszcze większym.
Po ukończeniu studiów Towiański został rejentem w wileńskim sądzie
grodzkim i ziemskim, następnie asesorem w jednym z departamentów
Litewsko-Wileńskiego Sądu Głównego. Musiał się sprawdzać w tej roli,
gdyż pracował jako prawnik przez kilkanaście lat - aż do chwili, gdy z własnej woli podał się do dymisji.
Pewien wpływ na późniejsze postrzeganie postaci Towiańskiego miał fakt,
że w tym czasie asesorem przy rosieńskim sądzie ziemskim był jego kuzyn
i imiennik. Starszy od przyszłego proroka o kilkanaście lat prowadził
awanturnicze życie i oskarżano go o różnego rodzaju oszustwa. Należały
do nich także wyłudzenia, których dokonywał, podając się za agenta
carskiej policji. Obu Towiańskich różniły tylko daty urodzenia oraz
imiona ojców, nic zatem dziwnego, że niebawem zaczęto ich mylić.
Problemy z identyfikacją miały nawet rosyjskie służby wywiadowcze: gdy
bowiem Towiański rozpoczął działalność religijną w Paryżu, brano go
właśnie za jego kuzyna oszusta29.
Pewne informacje na ten temat dotarły też nad Sekwanę, tym bardziej że
prorok faktycznie głosił tam poglądy, które można było uznać za
działalność na rzecz Romanowów. Oczywiście on sam nie widział żadnej
sprzeczności między głoszoną nauką a patriotyzmem, jednak wielu mu
współczesnych miało na ten temat zupełnie inne zdanie...
Iluminacja
Podobno Towiański odnajdywał najwięcej spokoju, spacerując po
cmentarzach - wówczas kształtował się jego światopogląd. Zanim jednak
doznał pierwszego objawienia, już wcześniej musiał mieć poczucie swej
wyjątkowości, gdyż w marcu 1828 roku w jego misję uwierzył Ferdynand
Gutt. Założyli nawet pewnego rodzaju spółkę - Gutt jako lekarz miał
leczyć ciała pacjentów, natomiast Towiański zajmować się ich duszami.
Prorok szybko utwierdził się w swoich przeczuciach, bowiem dwa miesiące
później, podczas modlitwy w wileńskim kościele bernardynów, doznał
objawienia. Miał wówczas zrozumieć swoje powołanie i obowiązek naprawy
otaczającego świata.
Na razie zadbał jednak o prywatne sprawy i w marcu 1830 roku poślubił
Karolinę Max, córkę wileńskiego wytwórcy siodeł. Wybranka odznaczała się
wyjątkową urodą, a do tego była osobą bardzo inteligentną, zatem trudno
się dziwić decyzji Towiańskiego. Gorzej, że przejawiała też ogromne
zdolności do snucia intryg, podobnie jak jej znacznie mniej urodziwa
siostra, Anna. Tę zresztą niebawem poślubił Gutt, co podobno było
objawem desperacji jego wybranki nieprzytomnie zakochanej... w Towiańskim.
Wprawdzie przyszły prorok zamierzał głosić potrzebę odnowy moralnej
świata, ale nie unikał też wypełniania obowiązków małżeńskich. W ciągu
dziesięciu lat przyszło na świat sześcioro dzieci, a potem jeszcze
trójka. W odróżnieniu od rodzeństwa Towiańskiego jego potomstwo cieszyło
się dobrym zdrowiem.
Gdy rok po ślubie Andrzeja z Karoliną wybuchło powstanie listopadowe,
mistyk przejawiał do insurekcji zdecydowanie negatywny stosunek.
Wprawdzie szanował patriotyzm bojowników i "ofiarę ciała", ale uważał,
że konieczna jest "ofiara ducha", gdyż tylko wtedy miłość do ojczyzny
może przynieść wymierne efekty. A w dodatku należy wybaczać swoim
wrogom30.
Po stłumieniu powstania Towiański uznał, że nastąpił właściwy czas na
działanie - zrezygnował zatem ze stanowiska asesora i wyjechał do
Petersburga. Miał nadzieję spotkać tam ludzi, którzy pamiętali
działalność Tadeusza Grabianki, a przy okazji liczył również na
nawiązanie kontaktów z przedstawicielami rosyjskiej arystokracji. Fakt,
że wyznawała ona prawosławie, zupełnie mu nie przeszkadzał, gdyż dojrzał
już wówczas do pewnego rodzaju ekumenizmu. Sukcesów jednak nie osiągnął,
wzbudził natomiast podejrzliwość carskiej policji i po kilku miesiącach
nakazano mu opuścić miasto.
Nie można jednak powiedzieć, że misja Towiańskiego zakończyła się
całkowitym fiaskiem, gdyż dobrze wówczas poznał osiadłych w Petersburgu
Helenę i Franciszka Malewskich. Jeden z najstarszych przyjaciół
Mickiewicza, filomata, i rodzona siostra żony wieszcza dostarczyli mu
bezcennych informacji na temat poety. W przyszłości miało się to okazać
bardzo przydatne.
Natomiast naukę Towiańskiego bezkrytycznie przyjął nad Newą malarz
Walenty Wańkowicz (autor słynnego Portretu Adama Mickiewicza na Judahu
skale). Został jego wielbicielem, a zadecydowały o tym pewne kwestie
obyczajowe.
"(...) cichy i skromny, i chłodny - wspominał Wańkowicza lekarz Stanisław
Morawski - ożeniwszy się z Ordzianką, malutką, ale dziwnej rafaelowskiej
piękności panienką, w Petersburgu wmówił w siebie, szturchając się
kułakami pod boki, że jest i że być musi natchnionym artystą poetą.
Ciągle sobie różnymi najdziwaczniejszymi wyobrażeniami mózgi podsmalał,
aż na koniec bez nauki, bez przygotowania w jakiegoś mistyka przeszedł i tysiące głupstw w życiu potocznym i domowym narobiwszy, z dobrą i piękną
żoną się swoją rozstał i na towiańszczyźnie skończył. Chciało mu się
koniecznie wspólności żon, a na to właśnie jego żona, choćby zapewne
lepiej wyjść mogła, zgodzić się nie chciała i jak wariatowi pięknymi
swoimi oczyma patrzyła mu w oczy"31.
Wspólnotę żon wypominają prorokowi spod Wilna niemal wszyscy jego
oponenci. Nie należy jednak tych oskarżeń traktować dosłownie, gdyż w XIX stuleciu prawie każdy nowo powstały ruch społeczny lub religijny
podejrzewano o dewiacje obyczajowe. Wystarczy choćby przypomnieć
rozważania Ignacego Rzeckiego na temat socjalizmu (i wspólnoty żon) w Lalce Bolesława Prusa.
Wobec niepowodzenia akcji misyjnej w Petersburgu Towiański wrócił w rodzinne strony. Nie zamierzał jednak przerwać działalności i odbył
kilka podróży zagranicznych, gdyż jego celem było nawiązanie kontaktów z emigrantami osiadłymi po powstaniu listopadowym w Niemczech i Czechach.
Wydaje się, że z tych wypraw wyciągnął całkiem trafne wnioski na temat
nastrojów panujących wśród wygnańców.
Bardzo ważne okazało się również poznanie w Dreźnie Edwarda Odyńca,
kolejnego z przyjaciół Mickiewicza i jego towarzysza podczas wyprawy po
Europie. Odyniec znał sprawy późniejsze niż Malewski i widywał wieszcza
na co dzień w rozmaitych sytuacjach. Poza tym był wyjątkowym gadułą oraz
człowiekiem mało dyskretnym - podzielił się z Towiańskim nawet
opowieściami o pierwszej miłości Mickiewicza, Maryli Puttkamerowej.
"Niejednokrotnie - przyznawał Odyniec po latach - opowiadałem o nim to
wszystko, co nie tylko widziałem sam albo od niego słyszałem, ale
mnóstwo takich szczegółów i rzeczy, o których on sam nigdy przede mną
nie mówił, a tylko opowiadali mi inni, najbliżsi powiernicy i towarzysze
dzieciństwa jego i pierwszej młodości, jak np. Jan Czeczot, Tomasz Zan i na koniec sama Maryla"32.
We wrześniu 1836 roku zmarł ojciec Towiańskiego i przyszły prorok
odziedziczył majątek, który obejmował 50 włók ziemi (około 900 hektarów)
dających tysiąc rubli rocznego dochodu (prawie 22 tysiące euro). Nowy
właściciel szybko przystąpił do reform gospodarczych zgodnych ze swoimi
przekonaniami. Zniósł pańszczyznę, propagował oświatę na wsi, a na jego
polecenie Gutt zajmował się leczeniem chłopów. Zadbał też o życie
duchowe byłych poddanych, organizując wspólne modlitwy oraz wznosząc
kaplicę w swoim ogrodzie. Wprawdzie poświęcił ją ksiądz, ale Towiański
sam odprawiał tam nabożeństwa, uważając to za przejaw rewolucji
chrześcijańskiej. Natomiast według opinii sąsiadów działy się tam rzeczy
całkowicie niezgodne z nauką Kościoła, wewnątrz nie było nawet krzyża, a sama budowla bardziej przypominała antyczną świątynię niż miejsce kultu
katolickiego.
"[Opowiadano] w Wilnie - wspominał sąsiad Towiańskiego, Edward Wołodko
- że podczas tych obrzędów stawała na owym "ołtarzu" kobieta w stroju
Prawdy jako święta Filomena; uważam jednak, że była to jedna z licznych
podówczas plotek kursujących w Wilnie o Towiańskim, utkana, być może, na
tle obchodów rewolucyjnych w Paryżu. Na czym atoli polegały owe "msze" i nabożeństwa, objaśnić nie umiem"33.
Przy okazji pojawiały się informacje, że jednak nie wszystko w majątku
Towiańskiego wyglądało w taki sposób, jak przedstawiali to apologeci
mistrza. Podobno "poddani jego włościanie tak samo byli uciemiężani jak
i gdzie indziej, jeśli nawet nie więcej". Nie jest to wykluczone, gdyż
prorok z całą powagą opowiadał o swoich humanitarnych uczynkach, a relacje te mogą wprawić w osłupienie:
"Zwoszczyk [dorożkarz] w Petersburgu żądał dubeltowej zapłaty za kurs;
pojechałem z nim więc na policję. Dyżurny zaraz powalił zwoszczyka
pięścią, kopnął nogą, chciał batożyć, co powstrzymałem. Odtąd zwoszczyk
był moim przyjacielem"34.
Podobnie wyglądało postępowanie Towiańskiego w Wilnie, a tym razem jego
przyjacielem został nieuczciwy introligator.
"Oprawił mi źle książki - opowiadał prorok - a żądał złotych polskich
dziesięć zapłaty; pojechałem więc do policmajstra w Wilnie, ten uwięził
natychmiast introligatora; chodziłem do winnego co dzień, później co
tydzień, lecz że trwał w złem, więc zapomniałem. Aż jednego dnia ze
strażą więzienną przybywa do mnie w prośby introligator. Uczęstowałem go
i odtąd był moim przyjacielem"35.
Czytając tego typu relacje, można więc dać wiarę znajomym i sąsiadom
Towiańskiego. Chociaż oczywiście niektóre z ich wspomnień były tylko
plotkami, to jednak część dość dobrze pasuje do opowieści, jakie snuł
sam Towiański.
"Pamiętam, jak raz matka moja - opowiadał Wołodko - wróciwszy z jakiejś
podróży, opowiadała o spotkaniu z Towiańskim i o następującej
przygodzie, której była świadkiem. Mróz był trzaskający. Towiański
spotkał na drodze zziębłego biedaka, uniesiony przeto litością zdjął
kożuch z własnego furmana i odział nieszczęśliwego. Furman tymczasem
dzwonił z zimna zębami w ciągu paru mil drogi"36.
Metody postępowania proroka potwierdzała także historia "uleczenia"
jednego z sąsiadów dotkniętych chorobą umysłową. Tym bardziej że do
przywrócenia nieszczęśnikowi zdrowia Towiański i Gutt zabrali się razem.
"Bolesław Kontrym był człowiekiem zdolnym - kontynuował Wołodko - i wcale niepośledniego umysłu, zagrzebał się jednak na wsi. (...) Towiański
postanowił go "odrodzić". Skorzystał z nadarzającej się sposobności,
kiedy Kontrym ciężko zachorował na jakąś gorączkę nerwową. Doktor Gutt
leczył ciało, a Towiański kurację prowadził w ten sposób, aby
jednocześnie i ducha uleczyć. Nasamprzód należało, zdaniem pana
Andrzeja, usunąć z pamięci pacjenta wszystko, o czym wiedział, i dopiero
z tak sztucznie doprowadzonego do stanu dziecka utworzyć się miał nowy,
doskonały człowiek z wyrobionymi zasadami i pojęciami. Program w części
się udał - chory w rzeczy samej pamięć utracił całkowicie! Nie tak łatwo
poszło z drugą jego częścią, to jest "zaszczepieniem idei". W miarę jak
umysł odzyskiwał władzę, wracała i pamięć, lecz nigdy już nie dościgła
pierwotnego stopnia i Kontrym do końca życia wspierał ją notowaniem w książeczce kieszonkowej. Podziwiano w Wilnie zarówno lekkomyślną
zarozumiałość mistrza, jak i zaślepienie adepta dającego sobą
powodować"37.
Inna sprawa, że nie wszyscy sąsiedzi Towiańskich zadowalali się
wyłącznie komentowaniem postępków mistrza. Niejaki Jan Gacewicz, "były
kapitan wojsk polskich", przyczynił się do tego, że "Towiańskiego
poddano badaniom". Nie wiadomo jednak, czy "z punktu widzenia
jurystycznego, jako sekciarza, czy patologicznego, jako psychopaty".
Wprawdzie prorok został "uznany za nieszkodliwego", ale już samo
przeprowadzenie badań zdyskredytowało go w oczach wilnian.
W maju 1839 roku Towiański doznał kolejnego objawienia, a rok później
następnego. Tym razem wydarzenia przebiegały w spektakularny sposób:
podobno na niebie pojawił się biały krzyż zwrócony ku zachodowi, a Matka
Boska wskazała Francję jako cel misji.
Prorokowi nie można odmówić konsekwencji, prawdopodobnie przygotowywał
się do wyjazdu już od pewnego czasu. Miał bowiem paszporty dla siebie i żony, podjął też decyzje dotyczące majątku i dzieci. Antoszwińce
pozostawił w rękach dzierżawcy, a pięcioro dzieci oddał pod opiekę
znajomych. Rodzeństwo zostało rozdzielone, łącznie opiekowały się nim
trzy rodziny, a Towiańscy zabrali ze sobą tylko najstarszego syna, Jana.
Gdy osłupiali znajomi pytali, czy nie obawiają się pozostawiać swojego
potomstwa na łasce innych, rodzice mieli odpowiadać: "Bóg, który
opiekuje się i ptaszętami, nie pozostawi bez opieki i naszych dzieci".
Najstarsze z nich miało wówczas siedem lat, zaś najmłodsze urodziło się
niedługo przed wyjazdem.
Droga do Paryża
Chociaż władze carskie wydały prorokowi paszport uprawniający go do
wyjazdu do Niemiec i Austrii, Towiański miał inne zamiary. Na pewno
zamierzał się udać do Paryża, gdzie planowano właśnie sprowadzić prochy
Napoleona z Wyspy Świętej Heleny. Rodzina wybrała się w podróż "zwykłym
wozem" załadowanym "skrzynkami, łaskami, szynkami i przeróżnymi
wiktuałami". Na górze siedziała Towiańska z dzieckiem, a mąż "prowadził
konia i szedł obok pieszo".
Pierwszy dłuższy postój wypadł w Poznaniu, gdzie mistrz Andrzej
rozpoczął głoszenie swojej nauki. Podobno zrobił duże wrażenie na
metropolicie gnieźnieńskim i poznańskim, Marcinie Duninie. Duchowny
odprawił nawet mszę w intencji Towiańskiego, chociaż nie zgadzał się z lansowaną przez niego zasadą reinkarnacji. Wielbicielkami nauki mistrza
stały się natomiast panie z miejscowego towarzystwa, jednak niebawem i one zraziły się do niego.
"Podawał się za posłańca Bożego - relacjonował przeciwnik proroka,
Władysław Gołembiowski - starał się robić zwolenników, zwłaszcza między
kobietami, formował je w towarzystwo w pewnych przepisanych przez niego
zasadach, namawiał, by się spowiadały u niego i wyjawiały mu sekrety
rodziców, braci i kochanków. Ostatnia ta okoliczność mocno kilka kobiet
oburzyła i wykryła nie tylko niedorzeczność, ale nawet złe zamiary
posłańca Bożego"38.
Z perspektywy czasu ważniejszy wydaje się jednak fakt, że Towiański miał
okazję poznać Konstancję Łubieńską, która była kochanką Mickiewicza
podczas jego pobytu w Wielkopolsce w 1831 roku. Płomienny romans
spowodował, że wieszcz przedłożył wdzięki hrabiny ponad
niebezpieczeństwa wojenne i nie wziął udziału w powstaniu listopadowym -
z tego powodu miał później poważne kłopoty. Romans z Łubieńską obfitował
zresztą w różnego rodzaju zawirowania, gdyż arystokratka chciała
porzucić męża i dzieci, by towarzyszyć poecie w podróży do Paryża. Ten
jednak nie zgadzał się na to, a na domiar złego dwaj bracia hrabiny
zamierzali wyzwać Mickiewicza na pojedynek za "pohańbienie czci ich
siostry". Bez wątpienia zatem Łubieńska mogła przekazać Towiańskiemu
ciekawe informacje na temat swojego byłego kochanka...
Ostatecznie jednak prorok musiał opuścić Poznań i udał się nad Sekwanę.
Pojawił się tam w połowie grudnia, ale niebawem wyjechał z francuskiej
stolicy. Jak na proroka chcącego zbawiać rodaków nie spieszył się
specjalnie z podjęciem akcji misyjnej. Zwiedzał miejsca bojów
napoleońskich, a wiosnę następnego roku spędził w Anglii i Irlandii.
Można odnieść wrażenie, że przez cały czas przygotowywał się do
działania, zbierał informacje i czekał na dogodną chwilę.
Pod Waterloo spotkał się z generałem Janem Skrzyneckim, byłym wodzem
naczelnym powstania listopadowego. Panowie poznali się już wcześniej
podczas pobytu Towiańskiego w Pradze, a teraz prorok wprowadził go w szczegóły swojej nauki. Podobno Skrzynecki był bardzo zainteresowany,
chociaż zauważał jej sprzeczność z katolicyzmem. Towiański spisał ich
rozmowy i w ten sposób powstała Biesiada z Janem Skrzyneckim, a nazwisko znanego i zasłużonego generała miało potwierdzać powagę nauki
litewskiego proroka.
Niebawem jednak Skrzynecki odżegnał się od związków z Towiańskim i w tej
sytuacji mistrz nie zdecydował się na publikację broszury. Postanowił
znaleźć inną ważną postać z grona emigrantów, która pomogłaby mu "wbić
sztandar Sprawy Bożej". Jego wybór padł na Mickiewicza - i zapewne z tego powodu nieco zmodyfikował tekst swoich nauk. Zaczął bowiem
wykorzystywać w nich sformułowania pochodzące z twórczości wieszcza,
dzięki czemu ich treść miała brzmieć dla poety znajomo. Jako doskonały
socjotechnik wiedział jednak, że musi poczekać na sprzyjające
okoliczności i pilnie nasłuchiwał informacji z Paryża. Wreszcie - gdy
żona wieszcza miała ostry nawrót choroby psychicznej i lekarze nie
dawali szans na jej wyzdrowienie - uznał, że nadszedł właściwy czas.
Problemy rodziny Mickiewiczów
Celina Mickiewiczowa chorowała od kilku lat, a pierwsze symptomy
(depresję) zauważono u niej po śmierci matki, pianistki Marii
Szymanowskiej. Po przyjeździe do Paryża i ślubie z Mickiewiczem
zadziwiała czasami otoczenie swoją nadpobudliwością. Dziwiono się jej
nieumiarkowanemu zamiłowaniu do klejnotów, zgorszenie budził fakt, że
nosiła męskie ubrania. To ostatnie można zresztą przypisać wpływowi
George Sand, natomiast upodobanie do ozdób miało się stać jednym z objawów jej schorzenia.
Zachowały się relacje świadków opisujących zachowanie Celiny tuż przed
atakiem choroby. Zauważano u niej nadzwyczajne podniecenie, chorobliwe
podekscytowanie ("gada, co ma na sercu, a czego by nie śmiała, będąc
zdrową"). Żona wieszcza traciła kontakt z rzeczywistością i już w lipcu
1838 roku Adam starał się o wizytę u jednego z paryskich neurologów. Do
ostrego ataku doszło kilka tygodni po urodzeniu drugiego dziecka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki