JÓNAS HALLGRÍMSSON
MNISZEK I PSZCZOŁA
Z islandzkiego przełożył Jacek Godek
.
JÓNAS HALLGRÍMSSON (1807-1845) - islandzki poeta romantyczny. Studiował prawo, literaturę i nauki ścisłe na Uniwersytecie Kopenhaskim. W 1937 roku wrócił na Islandię, gdzie zajął się eksploracją wyspy dla rządu duńskiego. W 1835 roku założył w Kopenhadze wraz z innymi islandzkimi studentami czasopismo "Fjölnir", w którym publikowano romantyczne wiersze mające na celu rozbudzić w Islandczykach ducha patriotyzmu.
.
R az kiedyś pewna pszczoła mieszkała w szczelinie ściany, zaś na łące przed stodołą rósł sobie mniszek. Pszczoła znała życie; ongiś - gdy była piękna i młoda - radośnie korzystała z kwiatów oraz zielonych łąk i po nocach nigdy o niczym innym nie śniła niż o lecie i blasku słońca. Teraz jednak była stateczną i doświadczoną matroną, czy też - inaczej rzecz ujmując - samotną wdową mającą do wyżywienia gromadkę dziatwy; teraz rytm jej czuwania i snu wyznaczały obowiązki gospodarskie oraz zbieranie wosku i miodu. Tymczasem mniszek ledwo co rozkwitł. Śnił mu się poranny brzask, obudził się wraz ze słońcem i nigdy jeszcze nie widział wieczoru i cienia; nie rozglądał się wokół siebie, tylko z uśmiechem wpatrywał w słońce, a ono całowało go tysiące razy, tak jak matka całuje wybudzone ze snu dziecko. Grzał się z uciechy w cieple słonecznym i cieszył na życie i dojrzałość. I wtedy przez drzwi szczeliny wyfrunęła pszczoła, by rozejrzeć się, jaka jest pogoda.
- Co też ja wyprawiam - rzekła do siebie. - Co ja sobie myślę, że jeszcze nie wyleciałam; łąka cała płonie kwieciem, co główki swe otwarło w tę cudną pogodę. Gdybym była młodsza i tak szybko się nie męczyła, dzień taki byłby dla mnie zbawieniem. Czort niech weźmie zmęczenie i słabnące nogi. Ale kochana dziatwa na to nie baczy!
I rozpostarła pszczoła skrzydła, pofrunęła pod stodołę - bzz, bzz, bzz - i znalazła się nad łąką, gdzie namiętnie wysysała nektar z kwiatków, a wosk zbierała w puchar, umieszczony w odwłoku między nogami, dopokąd tak jej nie zaczął ciążyć, że zwątpiła, czy doleci do domu. Pomyślała więc, że chwilę sobie odpocznie.
Nie wahała się wcale, przycupnęła na młodym mniszku; zwiesiła nogi z krawędzi kwietnej główki, rozpostarła skrzydła i nuże bzyczeć. Domyślić się tylko można, jak odczuł to biedny kwiatek, gdy z nagła cień przesłonił słońce i spoczął na nim tak przytłaczający ciężar, że aż się płatki ugięły. Kiedy zaś pszczoła, odpocząwszy nieco, powąchała główkę mniszka, odezwała się głośno:
- Cóż za przecudny aromat! Nie wytrzymam, muszę wyssać twój nektar, chłopaczku! Choćby tyle tylko, ilem jeszcze jest w stanie udźwignąć.
- Nie czyń tego, pszczółko droga! - odparł rozdygotany, zdjęty strachem kwiat. - Nie wysysaj mojego nektaru, kochaniutka! Młody jestem, chciałbym jeszcze pożyć i dorosnąć.
- Nic na to nie poradzę - oznajmiła pszczoła. - Gromadzę zapasy do domu, muszę zadbać o siebie i moje dzieci; wysysam nektar z kwiatków, bo tego mi trzeba, nie dręczę was i nie zabijam dla uciechy. My, pszczoły, powiadamy, żeście dla nas stworzone, a przecie obchodzimy się z wami lepiej niż ludzie ze zwierzyną i sami ze sobą.
- Jestem tak nierozumny i młody - odrzekł jej kwiatek. - Nie mogę sprzeciwić się temu, co mówisz, lecz chciałbym jeszcze trochę pożyć; nigdym nie widział wieczoru ni cienia.
- Mówisz jak dziecko - rzekła pszczoła. - Nie masz pojęcia, czym jest to, za czym tęsknisz tak bardzo, lecz jakaż jestem nieczuła, że cię tak przytłoczyłam. - I ruszyła z bzykiem do domu ze swoim urobkiem, a mlecz znów patrzył w słońce, które całowało go tysiąc razy, tak jak matka całuje wybudzone ze snu dziecko.
Niebawem pszczoła, bzycząc, znów nadleciała po kolejne zapasy, a mniszek zawołał do niej w te słowa:
- Dzięki stokrotne, moja dobra pszczoło! Za to, żeś mnie oszczędziła za młodu i nie wyssałaś mojego nektaru; dołożę wszelkich starań, aby kiedyś ci to wynagrodzić. Niechaj słońce błogosławione cię grzeje!
- Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, biedaku! - stwierdziła pszczoła. - Bo czymże ty możesz mi odpłacić? Przytrzymuje cię korzeń, musisz stać w miejscu, dopóki gospodarz kosić nie zacznie albo dzieci nie urwą ci głowy.
- Oj, nie wiem, o czym ty mówisz - zdumiał się kwiatuszek. - Ale pragnę żyć.
- Pochwalony, mniszku drogi! - rzekła pszczoła następnego ranka. - Teraz widziałeś już wieczór i cień, jak ci się podobają?
- Nie wspominaj o tym - odpowiedział kwiat. - Kiedy o tym pomyślę, trwoga we mnie wzbiera! Gdy znikło słońce błogosławione i wszystko ogarnął cień, chwyciły mnie dreszcze i poczułem ciężar śmierci; stuliłem płatki wokół głowy i usnąłem. A całą noc śniły mi się światło i ciepło słoneczne. Nie przeszkadzaj mi teraz, póki jest słońce na niebie, bo strach mi nawet myśleć o wieczorze. Ale przecie chcę żyć, bym mógł się tobie odpłacić.
Pszczoła uśmiechnęła się i odleciała w głąb łąki.
Czas mijał, a oni się witali co ranka, skoro tylko pszczoła opuszczała swój dom. Mniszek szybko się starzał, aż wreszcie zmienił się w siwy dmuchawiec i już wystarczająco nasycił się życiem, wszelako wciąż powtarzał, że chce żyć, aby móc się pszczole odwdzięczyć, a postanowienie to stanowiło dla niego solidniejsze oparcie niż łodyga. Pszczoła jednak tylko się zeń śmiała, nazywając go pomiotem i dmuchawcem; radziła mu stulić się i zemrzeć.
- Miejże cierpliwość, dobra przyjaciółko! - mówił mniszek. - Wdzięczność trzyma mnie przy życiu. I choć jestem tylko zimnym, siwym dmuchawcem i słońce już mnie nie raduje, a cień i mrok nie przerażają, bo nie mam uczuć, to nadal pragnę żyć. Czuwam teraz dzień i noc, nawet oka nie zmrużę, bo wciąż myślę o tym samym.
- Żegnaj, dmuchawcu! - rzekła pszczoła.
- Żegnaj, pszczoło miła! Niechaj cię słońce grzeje!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki