Wstęp Sama Smitha
John Havlicek opowiadał o swojej krótkiej przygodzie w NFL. W jednej z akcji blokował z pozycji skrzydłowego podczas zagrywki typu sweep i powalił linebackera, umożliwiając Jimowi Brownowi przebiegnięcie 48 jardów, aż do linii drugiego jarda. Legendarny później zawodnik Boston Celtics był przez pewien czas czołowym rozgrywającym futbolu amerykańskiego w swoim stanie i został wybrany w drafcie przez pochodzącą z jego rodzinnych stron drużynę Cleveland Browns. W kolejnej akcji, rozgrywanej już z owego drugiego jarda, John, jako tight end, mierzył się bezpośrednio z "Big Daddym" Lipscombem, jedynym wówczas graczem NFL ważącym ponad 300 funtów, czyli 135 kilogramów. "Big Daddy chwytał rywali, usuwał ich z drogi, a następnie zajął się biegaczem - wspominał Havlicek. - Skończyłem pod stertą ciał, a kask prawie spadł mi z głowy". W kolejnej akcji Browns zaliczyli podanie na przyłożenie. To był mecz przedsezonowy. I na tym w zasadzie zakończyła się futbolowa kariera Johna. Nie załapał się do drużyny. Browns postanowili zatrzymać jego kumpla, Gary'ego Collinsa. Ten trzykrotnie w zawodowej karierze zdobywał tytuł najlepszego gracza na swojej pozycji, ale zawsze powtarzał, że to Havlicek miał pewniejsze ręce. Jak stwierdził ze śmiechem gracz Celtics, wszystko ułożyło się całkiem nieźle.
Spędzanie średnio ponad 45 minut na mecz na parkiecie przez pięć sezonów z rzędu - to jeden z wyczynów legendarnej kariery, która przyniosła Havlickowi miejsce w Galerii Sław - to i tak nic w porównaniu ze starciami z Big Daddym Lipscombem. Gracz Celtics stwierdził kiedyś, że tak naprawdę człowiek zmęczony jest tylko wtedy, gdy tak właśnie o sobie myśli, a jak niby można się zmęczyć koszykówką? Niczym Forrest Gump, John Havlicek wyruszył ze swojego małego miasteczka w Ohio i dobiegł do świata celebrytów jako członek najwspanialszej drużyny w historii tego sportu. U boku Russella, Cousy'ego i Jonesów mierzył się z Oscarem, Wiltem czy Kareemem. Ten nieco szorstki, obdarzony kwadratową szczęką "chłopak ze wsi" - jak nazywał go czasem kolega z zespołu, Bill Russell - był tym, który przejął pałeczkę w najlepszej koszykarskiej sztafecie w historii, święcącej triumfy na pierwszej zmianie, po czym zdobył z nią dwa kolejne mistrzostwa, a następnie przekazał tę pałeczkę Larry'emu, Kevinowi i Wodzowi.
Pewnego razu pojawił się w gabinecie Reda Auerbacha. Zarabiał wtedy 20 tysięcy dolarów. Zdobywał 20 punktów na mecz jako kolejny wybitny szósty gracz w historii Celtics. Poprosił o podwyżkę do 25 tysięcy. Trener i generalny menedżer w jednym odparł, że prędzej wyskoczy przez okno, niż da mu pięć tysięcy podwyżki. "Przystałem na 21 tysięcy", powiedział mi John w jednej z rozmów, które odbyliśmy krótko przed jego śmiercią. Stanowiły one inspirację do napisania tej książki.
Historię NBA trzeba opowiadać, pamiętać i przypominać. W dzisiejszych czasach poświęca się jej nieco uwagi, lecz potem często znowu się o niej zapomina - zupełnie jak z tymi starymi domami, które remontuje się na potrzeby programów telewizyjnych.
Kilka lat temu pisałem książkę o grupie zawodników, której przewodzili Bob Cousy, Tom Heinsohn i Oscar Robertson. Pozwali oni NBA i wywalczyli prawo do statusu wolnego agenta, a w konsekwencji otworzyli graczom drogę do zarabiania wielkich pieniędzy, które przyczyniły się do tego, że liga odniosła tak gigantyczny, ogólnoświatowy sukces. W trakcie zbierania materiałów do tamtej książki jakoś nie mogłem dotrzeć do Havlicka. Wielu przyjaciół z kręgu Celtics mówiło mi, że to dość dziwne. To nie w jego stylu. W końcu udało mi się umówić z nim w jego domu na Florydzie. Tamtego dnia, gdy się u niego pojawiłem, przeprosił i oznajmił, że jednak nie porozmawiamy. Nigdy nie doszło do takiej rozmowy w cztery oczy, ale ostatecznie odbyliśmy wiele dyskusji przez telefon, dotyczących tamtych wydarzeń i ogólnie dawnych czasów. Podobnie zresztą miała się sprawa z drugim z 13 wciąż żyjących zawodników z czternastki składającej tamten pozew, którego nie udało mi się spotkać osobiście - Wesem Unseldem. Ustaliliśmy termin i pojechałem na jego farmę na północnym zachodzie Maryland, ale gdy dotarłem na miejsce, właśnie udawał się do szpitala, w którym dopiero co spędził dziewięć tygodni w związku z utrzymywanymi w tajemnicy problemami kardiologicznymi. Z nim także odbyłem szereg rozmów telefonicznych. Zmarł niedługo po Havlicku. Zastanawiam się, czy były to ostatnie wywiady, których obaj udzielili.
Podczas rozmów z Havlickiem nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zmagał się z chorobą Parkinsona. Miał lepsze i gorsze dni. Gdy było z nim gorzej, bo prostu nie chciał się z nikim widzieć. W młodości był być może najsprawniejszym zawodnikiem ligi, maratończykiem, który szalał na skrzydle. Zderzenie ze ścianą w maratonie życia może być trudne, zwłaszcza dla mężczyzn, którzy wcześniej przez lata słynęli ze znakomitej kondycji fizycznej.
Myślałem o tych moich rozmowach z Johnem i Wesem - o tym, że przepadną w odmętach historii. Wiem, często się nam powtarza, że to przecież tylko sport. To jednak często także prawdziwe misterium naszego życia, coś, co inspiruje całe pokolenia. Jak powiedział Martin Luther King junior, jesteśmy tworzeni przez historię.
Gdy NBA postanowiła kontynuować tradycję dodawania co ćwierć wieku kolejnych 25 nazwisk do listy najwspanialszych zawodników w historii, tym razem dobijając do 75 graczy na swoje 75. urodziny, byłem jednym z wielu głosujących. Przejrzałem spis nazwisk i zdałem sobie z czegoś sprawę. Zacząłem oglądać mecze w Madison Square Garden jako dzieciak pod koniec lat 50. Od wczesnych lat 80. pisałem o NBA dla "Chicago Tribune", a później na potrzeby oficjalnej strony Chicago Bulls. Widziałem w akcji każdego z graczy na tej rocznicowej liście oprócz George'a Mikana. Z nim z kolei przeprowadziłem kilka wywiadów w ostatnich latach jego życia. Poprzez pracę dziennikarską oraz dzięki książkom, które napisałem, miałem okazję poznać i przepytywać większość zawodników z tej listy.
Uznałem, że powinienem opisać swoje doświadczenia w kontaktach z tymi graczami i dodać jeszcze jedną własną pozycję do biblioteki poświęconej historii NBA. Spytałem Phila, który mierzył się jako zawodnik lub trener w zasadzie z każdym z tych zawodników (ponownie z wyjątkiem Mikana), czy chciałby wspólnie ze mną stworzyć coś na wzór koszykarskiej wersji Kolacji z Andrzejem. Tak naprawdę nie sądziłem, że będzie zainteresowany. Ale się zgodził.
Bardziej od samego pisania książek zawsze podobało mi się robienie researchu do nich, rozmowy z zawodnikami, trenerami i innymi osobami związanymi z koszykówką, słuchanie ich opowieści. Teraz mogłem doświadczyć czegoś takiego z Philem. Zimy w Los Angeles spędza w swoim domu w Playa del Rey, skąd ma widok na zachodzące słońce. Każdorazowo zjawisko to przyciąga w tamte okolice ludzi liczących na to, że uda im się dostrzec słynny kalejdoskop świateł, tę mistyczną niebieską lub purpurową poświatę, którą - według Phila - jego dzieci miały okazję zobaczyć. On sam, jak mówi, jeszcze nie miał tej szansy, ale wciąż jej wypatruje. Życie polega na tym, by nie przegapiać takich okazji, gdy już się trafią. Cieszy się widokiem wielkiego Pacyfiku, kobiety uprawiającej każdego dnia jogging w różowych dresach, mew krążących nad łodziami rybackimi w nadziei na przekąskę. Phil gotuje. Takie ma hobby. Uwielbia przyrządzać zupy. Któregoś dnia zeszliśmy do sklepu i wnikliwie przypatrywał się sprzedawanej tam golonce. Robi też pyszną paellę.
Lata spędza na południe od Kalispell w Montanie, nad olbrzymim jeziorem Flathead, gdzie kilkadziesiąt lat temu zbudowali z bratem domek letniskowy, a później postawili znacznie większą konstrukcję. Jego była żona June także ma tam miejsce dla siebie. Latem tłumnie zjeżdża kilkanaścioro ich wnuków. Kolejne tygodnie wypełnia im pływanie w jeziorze, korzystanie z łódek oraz słuchanie życiowych lekcji udzielanych przez Phila. Oj, dziadku!
Zaglądam tam na kilka dni już po tym, jak dzieciaki wróciły do szkoły. Siadamy, żeby wspólnie powspominać. Odwiedziłem go także parę razy w jego domu w LA, żeby uzupełnić niektóre rozmowy. To dla mnie najlepsza część projektu - i dotyczy to także wszystkich dygresji na temat ezoterycznych książek i nieoficjalnych imprez. Przypomniało mi się, jak pisałem swoją pierwszą książkę - Jordan Rules. Redaktor z pewnego wielkiego nowojorskiego wydawnictwa ciągle wysyłał do mnie - debiutanta - uwagi, że książka nie jest wystarczająco linearna. Musisz pisać bardziej linearnie! Sorry, życie i koszykówka po prostu takie nie są.
Phila Jacksona poznałem osobiście na początku lat 80. Wcześniej przez lata oglądałem go jako fan Knicks. Koszykarski bocian, gość, którego trudno było przeoczyć nawet z balkonów starej Madison Square Garden ze względu na jego fizjonomię wieszaka, wymachujący kończynami, gdy wchodził na parkiet z ławki w barwach Knicks w tych magicznych wczesnych latach 70., kiedy drużyna zdobyła dwa tytuły mistrzowskie. Wówczas naszym złotym biletem, przynajmniej z mojej perspektywy, była karta GO - dodatkowa legitymacja dla uczniów nowojorskich szkół publicznych. Dostawaliśmy ją jako rekompensatę za to, że nauka w przepełnionych placówkach odbywała się na trzy zmiany. Bywało, że zaczynaliśmy lekcje o 7.00 i kończyliśmy o 11.00, a innym razem uczyliśmy się od południa do 17.00. W klasach liczących 50 dzieciaków nauczyciele nawet nie trudzili się zapamiętywaniem imion, chyba że cały czas podnosiło się rękę. Jakoś nie przypominam sobie, żebym ja to robił, za to pamiętam, jak pewnego razu po wstawieniu mi kiepskiej oceny z wypracowania nauczyciel angielskiego powiedział, żebym się nie przejmował, bo za sto lat nikt z nas nie będzie już żył i nie będzie to miało najmniejszego znaczenia. To mogła być najistotniejsza lekcja, jaką wyniosłem z systemu publicznej edukacji na Brooklynie.
W każdym razie - już zaczynają się dygresje! - wspomniana karta GO była naszą przepustką do magicznego świata NBA. Pozwalała nabyć bilet na wtorkowe mecze za 75 centów. To były wieczory z dwoma spotkaniami, co miało na celu ściągnięcie ludzi na występy żałosnej ekipy Knicks. Mogliśmy więc oglądać Oscara, Elgina, Westa, Russella czy Chamberlaina. I okej, za każdym razem nasza drużyna dostawała solidnie po dupie, ale cóż to była za wspaniała nauka koszykówki! Zatem 15 centów na metro i kawałek pizzy - nie wiem czemu, ale metro i pizza zawsze kosztowały tyle samo - 10 centów na coś do picia i 75 na bilet. Czasami w trakcie drugiego meczu niewiele już było widać przez dym papierosowy unoszący się zza koszy, z miejsc, gdzie eleganciki zawierały zakłady, ale i tak za jakieś półtora dolara człowiek miał jedzenie i cztery godziny koszykówki NBA.
Moja rodzina tego nie rozumiała.
Moja matka, Betty Pritzker, pochodziła z rodziny mieszkającej na południe od Kijowa w Ukrainie, która w pięciu kolejnych pokoleniach wychowała głównie ortodoksyjnych rabinów. Mogłaby spokojnie wcielić się w rolę Jentł, dziewczyny z opowiadania Isaaca Bashevisa Singera, która mieszka w polskim sztetlu i przebiera się za mężczyznę, żeby w tajemnicy pobierać naukę u rabina. Wiecznie czytała i mówiła nam, żebyśmy sami zadbali o swoją kolację. To była bardzo ortodoksyjna rodzina, ale szybko się od tego odciąłem, gdy nikt nie był w stanie sensownie mi wytłumaczyć, czemu nie powinienem korzystać z elektryczności w sobotę, w szabat, skoro pięć tysięcy lat wcześniej w ogóle nie było elektryczności. Pochodziliśmy z Pritzkerów i choć poradziłem sobie w życiu i nie muszę mieć swojego hotelu Hyatt, zastanawiałem się czasem, czy nie jestem spokrewniony z właścicielami tej sieci. W Nowym Jorku mieszkało wówczas dziewięć milionów ludzi, a my byliśmy jedynymi Pritzkerami w książce telefonicznej.
Gdy żyjesz w tym mieście, masz wrażenie, że to centrum wszechświata, więc w ogóle nie słyszałem wtedy o tamtych Pritzkerach. Nawet nie do końca byliśmy pewni, gdzie jest Chicago. Jednak w 1979 roku, gdy zatrudniono mnie w "Chicago Tribune", zacząłem czytać o tej ciągle sprzeczającej się ze sobą rodzinie miliarderów. I co się okazało? Ich patriarcha był ortodoksyjnym rabinem spod Kijowa! Zupełnie jak w naszym przypadku. To przecież nie może być zbieg okoliczności. Napisałem więc do Jaya Pritzkera, ówczesnej głowy rodziny, wyrażając swoją ciekawość. Odpisał krótko, że zapewne jestem spokrewniony z Pritzkerami z Baltimore. No i nici z hotelu!
Moja rodzina pochodziła z miejsca zwanego Hołowaniwsk, gdzie po I wojnie światowej dochodziło do pogromów. Żydzi zorganizowali tam bojówki w reakcji na zdarzenia z 1917 roku. To było coś w rodzaju sceny z rynku ze Skrzypka na dachu, tyle że bez tańców. Ten oddział samoobrony został ostatecznie pokonany w 1919 roku. Mama urodziła się tam rok później. W 1925 roku, po kolejnych pogromach, moja rodzina w końcu uciekła. Krewni od strony ojca byli z Litwy. Uciekli do Anglii, gdzie mój pradziadek, Pinkus Amran, zmienił nazwisko na Smith.
Korzenie Phila sięgają drugiej strony barykady amerykańskiej rewolucji. Pochodzi z rodziny lojalistów, którzy otrzymali ziemię w Kanadzie po tym, jak zwycięscy osadnicy wypędzali Brytyjczyków. Ojciec Phila, Charles, był hodowcą bydła i drwalem. Gdy zmarła jego pierwsza żona, podjął naukę w Central Bible College, gdzie poznał Elizabeth Funk pochodzącą z rodziny niemieckich menonitów, którzy zajmowali się uprawą ziemi. Żyli zgodnie z zasadami Zborów Bożych i wierzyli w uzdrowienie poprzez wiarę. To się nawet sprawdziło, gdy Phil w wieku pięciu lat zachorował na polio i wyszedł z tego mimo braku profesjonalnej opieki medycznej. To musiał być znak.
Jako wędrowni kaznodzieje/ewangeliści Jacksonowie ciągle podróżowali z miejsca na miejsce. Gdy Phil był w piątej klasie, mieszkali w Great Falls w Montanie. To wtedy zaczął na poważnie grać w koszykówkę. Jednocześnie był też rozgrywającym w drużynie futbolowej oraz miotaczem w baseballu. W liceum mierzył około 195 centymetrów, ale ważył niespełna 70 kilogramów. Był zdeterminowany, by odnosić sukcesy w baseballu, wówczas wciąż narodowym sporcie numer jeden. W trakcie przerw letnich grał półzawodowo i rozważał różne opcje na przyszłość. Pewnego dnia zaliczył double'a przeciwko obwoźnej drużynie, w której grał Satchel Paige. Oczywiście ten miał wówczas z 60 lat. Koniec końców przeznaczeniem Jacksona była jednak koszykówka.
Ja nigdy aż tak nie urosłem. W piątej klasie byłem trzecim najwyższym dzieciakiem w grupie i zdobywałem wszystkie medale podczas zawodów szkolnych. W siódmej klasie byłem trzecim najniższym. Mimo wszystko też miałem swoje chwile chwały na boisku. Zaliczyłem kluczowe zagranie jako miotacz w meczu półfinałowym o mistrzostwo miasta, rozgrywanym na boisku tuż przy starym stadionie Jankesów. To zaowocowało zaproszeniem od Yankees na próbny trening, gdy chodziłem do drugiej klasy liceum. Uznali, że jeszcze nie jestem gotowy. Mierzyłem 172 centymetry i ważyłem z 55 kilogramów. Powiedzieli mi, żebym dołożył jakieś 13 kilo. Tamtej zimy na każdy posiłek pochłaniałem spaghetti z chlebem, a na wiosnę ważyłem... 55 kilo.
Wciąż jednak marzyłem o kontrakcie z zawodową drużyną sportową. Trochę treningu siłowego i może bym się gdzieś załapał? Przełom nastąpił w trakcie przygotowań do sezonu na Pace University. To była ekipa z Division II. Na drugim roku studiów byłem podstawowym miotaczem, chociaż nasza drużyna notowała wtedy rekordowo słabe wyniki. Na trzecim roku pojawił się Bruce Hildebrandt - 188 centymetrów, 84 kilogramy, rzucający splittery z prędkością 145 kilometrów na godzinę - i trener zapytał mnie, jak tam moje oceny. O tak, synu, czas, abyś skupił się na nauce. Ukończyłem studia biznesowe, ale może mógłbym zająć się pisaniem o sporcie, skoro zarabiałem już na tym trochę kasy podczas studiów?
Zatem po dwóch latach pracy jako audytor w nowojorskim biurze firmy Arthur Young & Co. postanowiłem pójść na podyplomówkę i po raz pierwszy w życiu uczyć się dziennikarstwa. A w dziennikarstwie w latach 70. liczyły się dwa tematy - Watergate i Waszyngton. I tym właśnie się zająłem. Pisałem o wydarzeniach z Kongresu i Białego Domu. Szło mi całkiem nieźle. Pracowałem dla lokalnej agencji prasowej, States News Service, ale jeździłem w te same miejsca i pisałem o tych samych wydarzeniach co grube ryby - porozumieniu z Camp David czy konferencjach prasowych w Białym Domu - choć z lokalnej perspektywy takich miejsc jak New Haven w Connecticut, Brockton w Massachusetts czy Allentown w Pensylwanii. Raz nawet zadałem pytanie prezydentowi Carterowi. Na miejscu byli też James Reston z "Timesa", Bob Woodward z "Posta", a także Sam Donaldson i Dan Rather z telewizji. Kiedy zadawali pytania, nagle do mnie dotarło: "Hej, sam miałem o to spytać. Wcale nie wiedzą więcej ode mnie. Tu nie chodzi o to, żeby skończyć Harvard. Trzeba po prostu umieć skorzystać z okazji". Doszedłem do wniosku, że w sporcie sprawy często mają się podobnie.
Sława nie czyni cię mądrzejszym ani nie daje ci żadnych dodatkowych przywilejów. Ci najwspanialsi zawodnicy bardziej nakręcali się rywalizacją niż uznaniem. To zawsze odróżniało tych największych. Dlatego często widać, że w pomeczowych wywiadach nudzą ich pytania typu: "jak ci się grało?". Taki Michael Jordan zdecydowanie wolał, gdy wytykano mu błędy. To go nakręcało. Podobnie było z Kobem Bryantem czy Larrym Birdem. Uwielbiali trash talk, czyli tak naprawdę rzucanie sobie wyzwań. Jordan uwielbiał sytuacje, gdy ktoś stawiał przeciwko niemu. Zupełnie jak w przypadku, o którym opowiadałem w dokumencie Ostatni taniec - chodzi o pierwszą rundę play-offów 1989 roku przeciwko znacznie mocniejszym Cleveland Cavaliers (w sezonie zasadniczym zanotowali z Bulls bilans 6-0), która to seria w zasadzie zapoczątkowała marsz Byków ku sportowej nieśmiertelności. Każdy z trzech reporterów z Chicago postawił przed rozpoczęciem serii na Cavs, choć ja i tak wierzyłem w Bulls najbardziej, bo przewidywałem, że dojdzie aż do pięciu spotkań. Jordan mógł zapewnić drużynie wygraną po dogrywce i awans już w meczu numer 4. Przed piątym spotkaniem w Cleveland podszedł do stolika dziennikarskiego, wskazał na moich kolegów, którzy typowali, że Cleveland wygra w trzech lub czterech meczach, a następnie zbliżył się do mnie i powiedział: "Dzisiaj zajmiemy się tobą". Kto robi coś takiego przed decydującym meczem, kiedy nie jest nawet faworytem? Tak właśnie stajesz się GOAT-em*. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Jordan uwielbiał mieć ostatnie słowo. Po meczu dopadł mnie w szatni i rzucił: "A nie mówiłem?".
Ojciec Michaela, James, mawiał, że jego syn jest uzależniony od współzawodnictwa. Musiał grać o jakąś stawkę. Raz zresztą wpadłem przez to w tarapaty, gdy zostałem zaproszony do wspólnej partyjki w golfa z nim i jeszcze dwiema osobami. Idziemy na pierwsze tee. To było w 1987, może 1988 roku, pewnie zarabiałem wtedy w "Chicago Tribune" z 25 tysięcy dolarów. On natomiast właśnie wynegocjował nowy kontrakt, opiewający na olbrzymią wówczas sumę 25 milionów za osiem lat, co wywróciło świat sportu do góry nogami. Jordan chciał grać o 100 dolarów za dołek, a ja dobrze wiedziałem, że z każdym kolejnym stawka będzie rosła. Jako były księgowy potrafiłem liczyć i zastanawiałem się, jak wytłumaczę w domu, że przegrałem kwartalne zarobki, grając w golfa z Michaelem Jordanem. Powiedziałem więc, że wchodzę w ten zakład, ale pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę proporcje naszych zarobków, czyli 3 miliony do 25 tysięcy. Następny raz odezwał się do mnie dopiero w okolicach ósmego dołka.
Takim gościom nie warto było się przypochlebiać, no chyba że ktoś miał ambicje, by zostać ich potakiwaczem. Może i finansowo wychodziło się na tym nieźle, ale czy świadczyło to o prawdziwym szacunku? Dorastanie na Brooklynie, gdzie mottem było "na co się gapisz?", okazywało się przydatne.
Gdy po raz pierwszy zaczepiłem się w "Chicago Tribune", w 1979 roku, przydzielono mi zadanie napisania czegoś do niedzielnego magazynu. Miał to być materiał o zespole z Gary w stanie Indiana, występującym w jednej z niższych lig koszykarskich. Grał tam Carl Nicks, najlepszy boiskowy partner Larry'ego Birda z czasów studiów w Indiana State. Drużyna miała akurat mecz wyjazdowy z Albany Patroons, których trenerem był tamten stary, przebiegły bocian z Knicks, Phil Jackson.
Podobnie jak w przypadku ofensywy trójkątów, która unika konkretnych, zaplanowanych rozwiązań i opiera się na odczytywaniu sytuacji i zachowania obrony - to takie koszykarskie tai chi, jak mówi Phil - najlepsze wybory w życiu są często reakcją na okoliczności. Gdy Phil odniósł już wielkie sukcesy, jego dawni koledzy z Knicks często mówili, że nigdy nie spodziewaliby się jego - hipisa - na stanowisku trenera. Nosił brodę, skórzaną kurtkę i kolorowe T-shirty. Ale to tak naprawdę trener, którego doceni każdy inny szkoleniowiec. Fachu uczył się pod okiem Reda Holzmana. W zasadzie był jego jedynym asystentem, gdy jako zawodnik opuścił sezon 1969/70 ze względu na operację pleców. Holzman często zlecał mu poprowadzenie zajęć z materiałami wideo lub szczegółowy skauting. W czasach Bulls Phil wielokrotnie dyskutował ze swoim asystentem, Johnnym Bachem, na temat wiatrakowej ofensywy Horsta Pinholstera oraz pracy Texa Wintera, który był pionierem nowych rozwiązań w koszykówce akademickiej.
Po zakończeniu kariery zawodniczej próbował swoich sił w telewizji u boku Marva Alberta, ale to go nie kręciło. Wrócił do Montany, żeby dokończyć budowę wspomnianego domku letniskowego, następnie zainwestował w siłownię Second Wind. Myślał o jakimś zajęciu na boku, może o trenowaniu ekipy Flathead Valley Community College w Kalispell, gdzie właśnie usiłowano odbudować drużynę koszykówki. Nic jednak z tego nie wyszło. Wyglądało na to, że dla Phila koszykówka była już tylko wspomnieniem.
Jerry Krause, generalny menedżer Bulls, wypatrzył Phila, gdy ten grał w college'u u Billa Fitcha, i pozostał z nim w kontakcie. Często wypytywał go o graczy z CBA. Phil spytał, czy mógłby zająć się wyszukiwaniem lokalnych talentów dla Bulls. Krause odparł, że nie mają akurat wolnego stanowiska w skautingu, ale umówi go ze Stanem Albeckiem na rozmowę w sprawie pracy asystenta trenera. Doskonale wiemy, że nic z tego nie wyszło. Robota w ekipie z Albany grającej w CBA szybko okazała się ślepym zaułkiem i Phil zrezygnował. W 1987 roku w drodze do Montany wpadł na przeddraftowy obóz NBA, pogadał z Krause'em i pojechał dalej. Wciąż myślał o prowadzeniu siłowni, ale miesiąc później odebrał niespodziewany telefon: czy chciałby może dołączyć jako asystent do sztabu Douga Collinsa? Gene Littles przenosił się do Charlotte.
Skoro już poznaliśmy się wcześniej, to gdy pisałem dla "Tribune" coś o koszykówce, do Phila zwracałem się z prośbą o opinię i nakreślenie sytuacji. A potem trafiła się okazja, by pisać na stałe o Bulls. Pomagałem przy relacjach z ich meczów, spędziłem nawet na potrzeby artykułu dzień z ich debiutantem, Michaelem Jordanem. To było zaledwie kilka dni po jego przybyciu do Chicago. Miał rozstawioną deskę do prasowania. Powiedziałem, że to pewnie rekwizyt na potrzeby artykułu. Zaprzeczył. Zapisał się na zajęcia z prowadzenia domu, bo wstydził się swojego wyglądu i wątpił, czy jakakolwiek dziewczyna będzie nim zainteresowana. Rzadki u niego przypadek sporego pudła.
Tak oto podróżowałem teraz z drużyną, w której asystentem trenera był Phil. W tamtych czasach wszystkie ekipy z NBA przemieszczały się rejsowymi samolotami. Bukowały 12 miejsc w pierwszej klasie dla 12 aktywnych graczy. Trenerzy siedzieli z tyłu. Mój trik polegał na tym, że rezerwowałem sobie miejsce przy przejściu, a następnie zamieniałem się z Philem, który nie był w stanie zmieścić swoich długich nóg na środkowym fotelu albo przy oknie. I tak właśnie zaczęła się moja koszykarska edukacja. Gdy podczas kilku lotów miałem okazję siedzieć obok Texa Wintera, zaznajomiłem się z diagramami z jego książki o ofensywnie trójkątów. Słuchałem wojennych opowieści Johnny'ego Bacha, historii z NBA, ale też o tym, jak pracował jako łapacz piłek na treningach Yankees, albo o tym, jak maszerował na Okinawę, a potem na Tokio jako żołnierz marynarki wojennej. Krause miał nosa, jeśli chodzi o młodych trenerów - w końcu Doug Collins też został później członkiem Galerii Sław. To dzięki niemu Bulls wrócili na właściwe tory. Można powiedzieć, że postawił wagonik tam, gdzie trzeba, niczym w starym zestawie kolejki Lionel, ale według Bulls nie był gotów, by poprowadzić ich do samej mety. Phil rozwijał się u boku Reda Holzmana, który w Knicks preferował grę opartą na podaniach i ruchu. Następnie przeszedł przeszkolenie z ofensywy trójkątów u Texa i nagle to właśnie w niej odnalazł trenerskie przeznaczenie. W 1989 roku zastąpił Douga na stanowisku głównego szkoleniowca.
Przed meczami często rozmawialiśmy w jego gabinecie o koszykówce. John Paxson zdradził mi później, że się wściekał, bo przed wyjściem na parkiet wszyscy czekali na kilka słów od Phila, a ten ciągle gadał ze mną. Nie działo się to przed każdym meczem i na pewno nie byłem osobą, do której Phil się zwracał ze swoimi problemami, nadziejami i marzeniami, ale lubiliśmy dyskutować o koszykówce. I wiele lat później, gdy powiedziałem mu, co aktualnie robię i dlaczego, rzucił: "Wpadnij do Montany, to pogadamy".
Listopad 2024 roku
* Powszechnie używany obecnie skrót wyrażenia greatest of all time, czyli najlepszy w historii. Określenie to początkowo pojawiło się w czasach Muhammada Alego, ale jeszcze szerszą popularność zdobyło w XXI wieku. Samo słowo "goat" oznacza kozę, stąd częste obrazkowe nawiązania do tych zwierząt, gdy używa się tego skrótowca w dyskusjach na temat sportu. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).