7
Mike Brink zapukał do drzwi gabinetu doktor Thessaly Moses dwoma silnymi
uderzeniami, silniejszymi, niż zamierzał. Nie odpowiedziała. Spróbował
jeszcze raz, czując palącą potrzebę, żeby z nią porozmawiać. Spotkanie z Jess odebrało mu równowagę, tak jakby przesunął się jego środek
ciężkości. Nie mógł usunąć z pamięci jej twarzy ani mrocznego
przyciągania, które przy niej czuł. Całe ciało wciąż mrowiło go od ich
pocałunku. Nie chciał przyznać, nawet przed samym sobą, że jest do głębi
poruszony. Może doktor Moses mogłaby mu powiedzieć, jak na to wszystko
patrzeć.
- Panie Brink - dobiegł z korytarza głos doktor Moses. Na
ciemnoniebieską sukienkę narzuciła białą kurtkę, na ramieniu niosła
torebkę marki Louis Vuitton, z której wystawały dokumenty. Miała też w ręce kubek ze Starbucksa, więc można było zakładać, że właśnie wraca z lunchu.
- Doktor Moses - powiedział. - Czy przyszedłem o właściwej porze?
- Mów mi Thessaly. Jasne, zapraszam - rzekła, otwierając gabinet.
Przytrzymała mu drzwi, a potem je za nim zamknęła. - Jestem niezmiernie
ciekawa, co się stało w bibliotece.
Nie był pewny, jak dużo powinien ujawnić z tego, co się wydarzyło między
nim i Jess Price. Spędził z nią w sumie tylko pół godziny, a już miał
wrażenie, że powinien być wobec niej lojalny, i po tamtym pocałunku
odczuwał niepokojącą potrzebę zrozumienia jej. Chciał jej pomóc. Ale
jak? Fakt, że zaszyfrowała wiadomość, nie pozostawiał wątpliwości, że
to, co przekazała, ujawniła tylko jemu i nie może to trafić w ręce
pracowników więzienia. Ale nie mógł pomóc jej sam. I jeśli na tym
świecie ktokolwiek był po jej stronie, była to Thessaly Moses. W zasadzie Jess zaangażowała już Thessaly w całą sprawę, mówiąc jej, żeby
go znalazła. Samo to czyniło ją godną zaufania.
Thessaly odłożyła torebkę na biurko i wypiła łyk kawy.
- I jak poszło?
- Delikatnie mówiąc, nie tego się spodziewałem.
Posłała mu spojrzenie pełne ciekawości.
- Jak to?
- I tak dowiesz się od strażników, więc równie dobrze mogę powiedzieć ci
od razu: pocałowała mnie - oznajmił.
- Pocałowała cię? - zdumiała się Thessaly.
- Ponad stołem. Strażnik ją wyprowadził.
- Jasne, że tak zrobił - rzekła, kręcąc głową z niedowierzaniem. -
Kontakt fizyczny jest zabroniony, a całowanie jest absolutnie...
- Nie tylko to się stało - dodał.
- Co? - zapytała, krzyżując ręce na piersi, tak jakby się
przygotowywała.
- Coś napisała.
Thessaly zmrużyła oczy.
- Porozumieliście się na piśmie?
- Tak jakby. Narysowała kolejną zagadkę. Szyfr.
Thessaly oparła się o biurko.
- Podejrzewałam, że dobrze na ciebie zareaguje, ale jestem zadziwiona,
że otworzyła się tak szybko.
- Nie jestem pewny, czy będziesz tak samo zachwycona, kiedy się dowiesz,
co napisała.
Thessaly wyglądała na zakłopotaną.
- Dlaczego?
- Mówiłaś, że jak nazywał się jej poprzedni terapeuta?
- Doktor Raythe - odparła zaskoczona Thessaly. - Dlaczego pytasz?
- Mówiłaś, że doktorowi Raythe'owi udało się do niej dotrzeć -
powiedział, uważając na słowa. - Że jego metody na nią działały.
- Opierając się na raportach, które zostawił, wierzę, że to prawda -
oznajmiła. - Ale na krótko. Cokolwiek się wydarzyło, nie trwało długo.
Przypomniał sobie rozwiązanie szyfru Jess: "Dr Raythe wiedział i oni go
zabili". Co takiego dokładnie wiedział?
- Czy miał na jej temat jakieś szczególne informacje?
- Nie mam pojęcia - stwierdziła, wyraźnie zdezorientowana.
- Jeśli miał, to czy nie powinno być na ten temat jakiejś dokumentacji?
Notatki medyczne albo coś podobnego?
- Oczywiście. To nasza praca - powiedziała obronnym tonem, marszcząc
brwi, tak jakby sugerował, że pominęła coś ważnego. - Ale przeczytałam
wszystkie jego notatki i nie było tam nic, co by wskazywało, że wiedział
o niej coś nowego lub nadzwyczajnego.
- Mogłabyś spojrzeć na nie jeszcze raz?
- Cóż, nie wiem, czy to cokolwiek da. Przejrzałam wszystko, co napisał.
Doktor Raythe zostawił po sobie dokumentację w stanie kompletnego chaosu
i moje pierwsze tygodnie na tym stanowisku spędziłam, próbując ją
uporządkować. Nie był szczególnie zorganizowany, ale wątpię, że
pozostawiłby nieudokumentowane coś tak ważnego jak informacja o Jess
Price... Zaraz, czekaj. Muszę coś sprawdzić.
Przeszła na drugą stronę biurka.
- Hurtowa cyfryzacja danych o więźniach odbywała się mniej więcej wtedy,
gdy zastąpiłam doktora Raythe'a. Jeśli część jego dokumentacji nie była
w pełni wprowadzona do systemu, może być w magazynie. - Wpisała coś do
komputera, zatrzymała się na chwilę, żeby przeczytać, co udało jej się
wyszukać, i odwróciła się do Brinka. - Wygląda na to, że to możliwe.
Doktor Raythe mógł trzymać część swoich dokumentów w starym magazynie.
Pójdę się tam rozejrzeć i powiem ci, co znalazłam.
- Byłoby świetnie - odparł coraz bardziej podekscytowany Brink. Gdyby
udało jej się coś znaleźć w dokumentach Raythe'a, może potrafiłby
odgadnąć, co Jess Price próbowała mu przekazać. - Jeszcze jedno:
mówiłaś, że zastąpiłaś doktora Raythe'a. Dlaczego?
Spojrzała na niego dziwnie, próbując zrozumieć, do czego zmierzają jego
pytania.
- Stanowisko się zwolniło, ponieważ doktor Raythe umarł.
- I to się zdarzyło tak nagle?
- Tak, to była nagła śmierć. Proces zatrudnienia mnie przebiegł bardzo
szybko i między innymi dlatego jego dokumentacja była tak
nieuporządkowana.
- Myślę, że powinnaś to zobaczyć - stwierdził, wyciągając szyfr Jess z torby i pokazując go Thessaly: "Dr Raythe wiedział i oni go zabili". -
Jess Price uważa, że doktor Raythe został zamordowany.
Przyglądał się, jak na twarzy Thessaly niedowierzanie zmieniło się w czysty szok.
- Ale to absolutnie, absolutnie niemożliwe - powiedziała przerażona. -
Jego samochód wpadł w poślizg na oblodzonej autostradzie trzydzieści dwa
i przeleciał przez barierkę. To był wypadek. Wszyscy to wiedzą.
- Wszyscy oprócz Jess Price.
Thessaly ponownie obejrzała kartkę i złożyła ją na pół.
- Nie rozumiem - odezwała się w końcu. - Dlaczego wybrała ten sposób
komunikacji?
- Bo się kogoś boi. To dlatego chciała, żebyś mnie tu ściągnęła. Jestem
w stanie dostrzec rzeczy, których inni nie widzą. Nie myślisz, że jest w dokumentach doktora Raythe'a coś, co mogłoby wyjaśnić, dlaczego ona się
tak czuje?
- Przyjrzę się, ale to może trochę potrwać - oznajmiła Thessaly. - Stare
dokumenty są przechowywane w części więzienia wyłączonej z użytkowania i będę musiała dostać zezwolenie. Jeśli odezwiesz się do mnie jutro rano,
powiem ci, jak mi idzie.
Brink planował wrócić do miasta od razu - nie miał ubrania na zmianę ani
nawet szczoteczki do zębów, a karma dla Connie została w domu - ale
nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby odjechać, zanim zrozumie, co Jess
Price próbowała mu powiedzieć.
- Znajdę jakiś hotel, ale chciałbym jeszcze raz zobaczyć się z Jess. Czy
mogłabyś załatwić kolejne widzenie?
Thessaly zagryzła wargę, zastanawiając się, jak to zrobić.
- Nie mogę nic obiecać. Nie było łatwo zorganizować to spotkanie i moi
przełożeni mogą nie zgodzić się na kolejne. Tak czy inaczej, to, co
stało się dzisiaj, było ogromnym przełomem. Udało ci się skłonić Jess
Price do porozumienia się z tobą, a to więcej, niż dokonał ktokolwiek
inny, więc zobaczę, co da się zrobić. Trzymaj się, Brink. Zadzwonię, jak
tylko się czegoś dowiem.
8
Jaskrawy, wielki jak billboard neonowy szyld motelu Starlight w stylu
retro mrugał na czerwono i niebiesko napisami POKOJE Z KLIMATYZACJĄ i BRAK WOLNYCH POKOI. Brink zaparkował i wyłączył silnik. Była to trochę
mordownia, ale szyld przypominał mu jego rodzinne strony - stare motele
i kina samochodowe rozrzucone po całym Środkowym Zachodzie. Nie
odwiedzał Ohio od lat, ale było nierozerwalnie związane z jego
przeszłością.
Zameldował się w recepcji w głównym budynku, gdzie wisiało około tuzina
kluczy, co nie pozostawiało wątpliwości, że wolne pokoje jednak są.
Upewnił się, że Conundrum będzie mile widziana i zapłacił za późniejsze
opuszczenie pokoju, żeby Connie mogła w nim zostać, kiedy on następnego
dnia odwiedzi więzienie. Wziął jabłko z miski ze stoiska z kawą i poszedł do swojego pokoju.
Zakwaterował się pod numerem trzy, który przypominał bardziej ciemne
pudło niż pokój: z niskim sufitem, wielkim łóżkiem i starym szafkowym
klimatyzatorem. Wykładzina w kolorze zielonego mchu rozciągała się aż do
łazienki w stylu lat pięćdziesiątych, której turkusowe kafelki i umywalka wielkości poidła dla ptaków pachniały chlorem. Budynek był w nie najlepszym stanie i Brink spodziewał się, że neon nie pozwoli mu
zasnąć, ale to nie miało znaczenia. Nie zostawał na długo, a motel był
blisko więzienia.
Rzucił torbę na biurko i zabrał się do przygotowania jedzenia, które
kupił dla Conundrum w supermarkecie przy autostradzie: ćwierć funta
siekanej polędwicy, różyczki brokuła i tarta marchewka. Connie była
mięsożercą stworzonym do polowania, więc karmił ją świeżym mięsem, kiedy
tylko mógł. Bardzo się o nią troszczył i śledził, ile każdego dnia jadła
białka i tłuszczu, dbał, żeby miała kości do gryzienia dla wzmocnienia
zębów, i zapewniał jej mnóstwo filtrowanej wody. Nieliczni z jego
przyjaciół, którzy poznali Connie, stwierdzali, że dba o nią bardziej
niż o samego siebie, i była to prawda: dieta Connie była lepsza i zdrowsza niż jego własna.
Opiekowanie się nią stało się ważną częścią jego życia. Zaadoptował
Conundrum jako szczeniaczka podczas pandemii, kiedy był samotny i potrzebował przyjaciela. W czasie wielomiesięcznego lockdownu
organizował swoje życie według jej potrzeb - wyprowadzał ją na spacery,
rzucał jej gumową piłkę w parku, uczył ją sztuczek. Nauczyła się
wszystkich, które zazwyczaj umieją psy - aportowania, odwracania się
brzuchem do góry i podawania łapy - ale też kilku nietypowych, jak na
przykład łapanie kilku frisbee naraz i (co lubił najbardziej) udawanie
martwej. Nigdy sobie nie wyobrażał, że mógłby spędzać tyle czasu z dwudziestofuntowym krótkowłosym jamnikiem, ale to właśnie się działo:
Conundrum była jego najbliższym przyjacielem.
Kiedy Connie jadła, Brink wyjął laptop i otworzył nową zagadkę, nad
którą pracował. Było to triangulum, geometryczna łamigłówka z piekła
rodem, którą robił dla "New York Timesa". Zaczął tak jak zwykle: od
odpowiedzi. Kiedy już wiedział, jak ma się skończyć proces
rozwiązywania, odtwarzał go wstecz, układając wyzwania i wskazówki w sposób, który miał się wydawać zarówno nieunikniony, jak i niespodziewany. Zazwyczaj było to proste, intuicyjne. Ale z jakiegoś
powodu triangulum mu nie wychodziło. Wyzwaniem dla Brinka nigdy nie było
samo stworzenie zagadki - mógłby to zrobić nawet we śnie - ale
skonstruowanie zagadki wspaniałej, w której idealnie równoważyły się
wszystkie elementy. Powinna stawiać wyzwanie, ale nie frustrować,
powinna być nieuchwytna, ale nie niejasna, a ponad wszystko wspaniała
zagadka powinna dawać poczucie satysfakcji z każdego kroku podczas jej
rozwiązywania. Tworzenie takiej zagadki było sztuką, a Mike Brink był
artystą.
Aby rozwiązać triangulum, należy umieścić liczby od 1 do 6 w każdym
okrągłym polu, tak aby wzdłuż szarych linii liczby się nie powtarzały.
Umieścił trzy liczby w trójkątach w trzech polach. Dodawały się one do
większej liczby. Było to eleganckie, logiczne i ambitne, a takie zagadki
lubił najbardziej.
Kiedy skończył, podłączył się do motelowego wi-fi i wysłał zagadkę
mejlem do swojego redaktora. Nie wspomniał, że ukrył w niej własne
nazwisko, ale nie musiał. Jego redaktor wiedział, że Brink uwielbiał
zostawiać Easter eggs5 w swoich zagadkach - jego inicjały,
nazwisko, jakąś swoją tajemnicę - ukryte wśród rozwiązań.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Łaciński palindrom "Krążymy w nocy i pochłania nas ogień". (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]
2. Conundrum (ang.) - zagwozdka. [wróć]
3. W oryginale słowem do odgadnięcia było TRUST, czyli ZAUFANIE. Pierwszymi pięcioma literami były E, A, I ,N, O, a pierwszą trafioną - T. [wróć]
4. W oryginale również było 28 liter, zakodowanych za pomocą odmian jabłek: Thus we eat red apples, every THERDARY Dr Raythe Wonderful kind, WEKN knew Pink Lady, NAD and Hokuto, Early Gold, Liberty, HKTELYDLIE they killed McIntosh. MIH. him. [wróć]
5. Dosłownie "jajka wielkanocne"; termin pochodzący z gier komputerowych, oznaczający ukrytą treść, najczęściej o charakterze humorystycznym i odnoszącą się do innej gry lub dzieła artystycznego. [wróć]
2
9 czerwca 2022
Ray Brook w stanie Nowy Jork
Mike Brink skręcił w polną drogę, przejechał przez wiecznie zielony
gęsty las i zatrzymał się przed wysoką metalową bramą więzienia. Jego
pies, roczna jamniczka o imieniu Conundrum2 - zdrobniale
Connie - spała ukryta na podłodze ciężarówki. Leżała tak nieruchomo, że
gdy ochroniarz wszedł do środka i się rozejrzał, nie zauważył jej.
Sprawdził tylko prawo jazdy Brinka i skierował go w stronę imponującego
ceglanego budynku, który bardziej pasował do filmu grozy niż do dnia
wypełnionego czerwcowym światłem słonecznym.
Mike Brink był umówiony z doktor Thessaly Moses - naczelnym psychologiem
w New York State Correctional Facility, więzieniu dla kobiet o minimalnym rygorze, znajdującym się w osadzie Ray Brook. Zadzwoniła do
niego tydzień wcześniej i zaprosiła go na rozmowę. Jedna z więźniarek
narysowała zdumiewającą zagadkę i doktor Moses potrzebowała jego pomocy,
aby ją zrozumieć. Układane przez niego zagadki sprawiły, że magazyn
"Time" nazwał go najbardziej utalentowanym w tej dziedzinie człowiekiem
na świecie. Przez to trzydziestodwuletni Mike Brink był bombardowany
zagadkami, których większość rozwiązywał natychmiast. Ale z opisu doktor
Moses wynikało, że akurat ta była dziwaczna, niepodobna do żadnej, którą
do tej pory widział. Kiedy poprosił ją o zrobienie zdjęcia i wysłanie go
mejlem, odpowiedziała, że to zbyt ryzykowne. Dane więźniów były poufne.
- W ogóle nie powinnam z panem o tym rozmawiać - wyznała. - Ale ta
pacjentka jest wyjątkowa i stała się dla mnie ważna.
Właśnie dlatego, nie zważając na naglące terminy i trzystumilową drogę
do przebycia, Mike Brink zgodził się pojechać na północ i przyjrzeć się
sprawie. Zagadki były jego pasją i sposobem rozumienia świata i tej nie
mógł się oprzeć.
Więzienie wyglądało złowieszczo, miało wieżyczki i ciemne, wąskie okna.
Czytając o jego historii, dowiedział się, że zostało zbudowane w roku
1903 jako sanatorium dla chorych na gruźlicę. Na lecznicze właściwości
okolicy składały się czyste powietrze, położenie na dużej wysokości i bezkresne lasy. Ośrodek stał się sławny za sprawą powieści Sylvii Plath
Szklany klosz. Autorka opisała go, odwiedziwszy w nim swojego partnera
dochodzącego do zdrowia po przebytej gruźlicy. Teraz w tym samym budynku
przebywało kilkaset więźniarek. Z parkingu Mike zobaczył dziedziniec
otoczony metalową siatką zwieńczoną drutem żyletkowym, a dalej
współczesną przybudówkę z pustaków, niepasującą do gotyckiego stylu
głównego budynku. Wszystko to było otoczone bezkresnym morzem wiecznie
zielonego lasu, stanowiącego naturalną barierę między mieszkańcami
więzienia a resztą świata. Podejrzewał, że taka izolacja była
zaplanowana: nawet jeśli więźniarka przedostałaby się przez płot, nawet
jeśli uwolniłaby się ze zwojów drutu żyletkowego, znalazłaby się na
odludziu.
Brink zaparkował w cieniu, napełnił wodą plastikową miskę Connie,
podrapał ją za długimi, miękkimi uszami i podłączył przenośny wentylator
do gniazda zapalniczki w samochodzie, uchylając przy tym okno, aby suce
było chłodniej. W zwykłych okolicznościach nie zostawiałby jej samej,
ale nie wybierał się na długo, a górskie powietrze było rześkie,
zupełnie inne niż ciężkie, parne gorąco Manhattanu.
- Zaraz wracam - powiedział i ruszył w stronę więzienia.
Przy głównym wejściu zatrzymał się przy stanowisku kontroli, odłożył
torbę do plastikowego pojemnika, pokazał ochroniarzowi prawo jazdy i dowód szczepienia na covid, po czym przeszedł przez bramkę wykrywacza
metalu. Dostał wcześniej pozwolenie na wzięcie ze sobą torby, w której
miał laptop, telefon, notatnik i długopis, i poczuł ulgę, że ochroniarze
nie chcieli mu jej odebrać. Kobieta w luźnej ciemnoniebieskiej sukience
stała po drugiej stronie, czekając. Była wysoka i szczupła, miała
ciemnobrązowe oczy, ciemną skórę i włosy ostrzyżone na boba.
Przedstawiła się jako doktor Thessaly Moses, naczelna psycholog.
Brink nie musiał się przedstawiać. Wiadomo było, że go wygooglowała.
Jednak wpatrywała się w niego zbyt długo i wiedział, że jest zaskoczona
jego wyglądem. Miał sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, był
muskularny, smukły, silny i - tak mu mówiono - przystojny, a nie takiego
wyglądu ludzie spodziewali się po (jak drocząc się, nazywała go matka)
"maniaku zagadkowym". Nosił swoje ulubione trampki marki Converse All
Stars, czarne spodnie Levi's, sportową kurtkę i koszulkę z napisem NIECH
KTOŚ COŚ ZROBI.
Oprócz zdjęć wyszukanie hasła Mike Brink w Google pokazałoby fragment
jego wystąpienia na Zoomie w The Late Show with Stephen Colbert,
nagranego podczas pandemicznego lockdownu w 2020 roku. Oprowadził
wówczas Colberta po swojej kolekcji zagadek i otworzył jedno z japońskich pudełek-układanek, skąd wziął się żart o sushi. Pokazałoby
też stronę Wikipedii z linkiem do podstrony "New York Timesa" o grach,
których był stałym twórcą, a także listę turniejów zagadkowych, które
wygrał, link do profilu na stronie "Vanity Fair" z pełną historią jego
życia: zwyczajne dzieciństwo na Środkowym Zachodzie, tragiczny wypadek,
który doprowadził do zmian w mózgu, i cudowny talent, który w ten sposób
powstał.
- Dziękuję za tak szybkie przybycie - powiedziała doktor Moses. -
Podjechałabym do miasta, ale nie mogłam zostawić moich pacjentów.
- Z całą pewnością mnie pani zaciekawiła - rzekł. - Z pani opisu wynika,
że to coś naprawdę nietypowego.
- Jeśli mam być szczera, ani trochę tego nie rozumiem - stwierdziła. -
Ale jeśli ktoś może to wyjaśnić, to tylko pan.
Jej wiara w jego możliwości go niepokoiła. W miarę jak stawał się coraz
sławniejszy, ludzie często zakładali, że ma nadludzkie zdolności. Nie
tylko że umie wyrecytować piętnaście tysięcy cyfr liczby pi czy stworzyć
szczególnie złośliwą krzyżówkę, ale że potrafi przewidywać przyszłość.
Nie miał jednak supermocy i nie mógł dokonywać rzeczy niemożliwych. Był
zwykłym człowiekiem z bardzo szczególnym, wąskim talentem - nazywanym
przez jego lekarza "wyspą geniuszu". Mógł przynajmniej spróbować.
- Ma pani to ze sobą? - zapytał, zauważywszy teczkę, którą trzymała pod
pachą.
- Chodźmy tędy, wtedy będziemy mogli porozmawiać sam na sam -
powiedziała doktor Moses, wskazując Brinkowi, aby poszedł za nią
korytarzem.
Chociaż wiedział, że to więzienie zostało zbudowane inaczej niż obecne
tego typu budynki, spodziewał się betonowych cel i zakratowanych okien,
jak w filmach. Jednak doktor Moses prowadziła go przez miejsce spokojne,
prawie przyjemne, tradycyjne - okna były zbrojone - ale ludzkie. Przy
wykrywaczach metalu były drzewka w doniczkach, na ścianach wisiały
obrazy, podłogę korytarza pokrywała wykładzina. Sanatorium dla gruźlików
zostało przerobione na współczesne więzienie w taki sam sposób, w jaki
stary kościół mógłby być zaadaptowany na ośrodek medytacji zen: symbole
i zdobienia zmieniono, ale zasadnicza struktura pozostała nienaruszona.
Doktor Moses wprowadziła go do jasnego, gustownie urządzonego gabinetu i zamknęła drzwi. Znalazł się w skrupulatnie uporządkowanym pomieszczeniu:
nieskazitelne biurko, oznaczone kolorami segregatory na półce, komputer
stacjonarny Mac; wszystko było doskonale zwyczajne, aż jego oczy
spoczęły na kostce Rubika leżącej na parapecie. Był to nowszy model, w którym kolor małym kosteczkom nadawał plastik, z którego były wykonane,
a nie naklejki. Stanowiły mozaikę niebieskiego, zielonego, żółtego,
pomarańczowego, czerwonego i białego. Były poprzestawiane w sposób,
który wskazywał na nieskuteczne próby ułożenia, trwające tygodnie, a może nawet miesiące, przez które ktoś - zakładał, że to Thessaly Moses -
męczył się z ułożeniem sześciu kolorów. Postukał palcami w udo,
przeniknęła go nerwowa energia. Samo spojrzenie na kostkę w stanie
takiego nieuporządkowania wypełniało go przytłaczającą potrzebą ułożenia
jej jak należy.
Zauważywszy jego zainteresowanie, Thessaly wzięła kostkę i zakręciła nią
na czubkach palców.
- Wygrałam ją na służbowej imprezie wakacyjnej w zeszłym roku -
oznajmiła. - Miałam nadzieję na magiczną kulę bilardową z cyfrą osiem.
Próbuję ją ułożyć, ale to cały czas droga pod górę. Szczerze mówiąc,
nawet nie wiem, dlaczego to robię. Po co marnować czas na rzeczy
bezużyteczne?
Brink ocenił każdą ścianę kostki, kiedy Thessaly ją obracała. Trzy ruchy
naprzód zgodnie ze wskazówkami zegara, dwa ruchy wstecz w przeciwnym
kierunku, jeden w prawo, pięć w lewo... Oczami wyobraźni widział kolejne
kroki prowadzące jeden po drugim do idealnego ułożenia każdej ściany w jednym kolorze.
- Chodzi o to - zaczął, odrywając oczy od kostki i napotykając
spojrzenie Thessaly - że istnieją czterdzieści trzy tryliony kombinacji
i tylko jedno rozwiązanie. - Zauważył jej zaciekawienie i kontynuował: -
Nie chciałaby pani doświadczyć czegoś tak niesamowicie wyjątkowego?
- Proszę - powiedziała, rzucając mu kostkę. - Niech mi pan pokaże.
Złapał ją lewą ręką, zerknął na każdą ścianę, ułożył kolory w głowie,
uporządkował kostkę w dwudziestu ruchach i jak oszacował, w piętnaście
sekund. Nie był w tym najlepszy - mistrz świata Mats Valk mógł tego
dokonać w pięć i pół sekundy - ale wciąż całkiem dobry. Dostał zastrzyk
adrenaliny, kiedy umieścił ułożoną kostkę w dłoni Thessaly. Dokładnie to
było powodem, dla którego rozwiązywał zagadki - uczucie, że wszystko we
Wszechświecie ma sens. To było jak zwycięskie przyłożenie, jak
dobiegnięcie do mety w maratonie, jak wspaniały seks.
- Mam talent do rzeczy bezużytecznych - wyznał.
Thessaly zrobiła wielkie oczy.
- Na to wygląda - stwierdziła, przesuwając palcem po jednokolorowych
ściankach, i przyjrzała się idealnemu ułożeniu kostki przed odłożeniem
jej na biurko. Chciała o coś zapytać, zawahała się, ale ciekawość wzięła
górę. - Jestem pewna, że ciągle pana o to pytają, i przepraszam, jeśli
jestem wścibska, ale jak pan to zrobił?
Miała rację. Słyszał różne wersje tego pytania tysiąc razy. Na czym
naprawdę polega ta zdolność do rozwiązywania zagadek? Czy to instynkt?
Intuicja? Geniusz? Magia? Czy ma w głowie komputer, który wypluwa
rozwiązania? Na czym polega sztuczka? Ale prawda była taka, że nie
wiedział, jak to się dzieje. Nie umiał tego wytłumaczyć. Jego mózg robił
to sam, tak jak serce pompowało krew czy płuca nasycały komórki tlenem.
Chwytał wzory i ciągi bez jego pozwolenia, a czasem i świadomości, i wypełniał mu umysł natłokiem liczb i obrazów. Kiedy chciał rozwiązać
zagadkę, wystarczyło mu ją sobie wyobrazić. Czasami, kiedy recytował z pamięci tysiące cyfr liczby pi, w jego umyśle pojawiała się struktura,
splątane kolory prowadziły go naprzód dokładnie tak, jak to się stało,
gdy układał kostkę Rubika. Niektórzy lekarze wierzyli, że przenikanie
się zmysłów, czyli synestezja, było odpowiedzią jego mózgu na
uszkodzenie i kluczem do jego zdolności. Ale on nie był pewien.
Najczęściej to było jak otwarcie drzwi: informacje po prostu napływały.
Thessaly poszła na drugi koniec gabinetu, wskazała mu, żeby usiadł na
kanapie, i zajęła miejsce naprzeciwko. Odpowiedziała na jego spojrzenie
z uważnością charakteryzującą wyszkolonych terapeutów. Po wypadku
spotykał ich mnóstwo i wiedział, czego się spodziewać: współczującego
tonu głosu, prób nawiązania więzi emocjonalnej. Nie podobała mu się w tym pretensjonalność i sztuczność, ale Thessaly Moses sprawiała wrażenie
szczerej. W końcu sprowadziła go tu z konkretnego powodu.
Wyciągnęła z teczki złożoną kartkę i podała mu.
- To jest ten rysunek. Jestem ciekawa, co on według pana znaczy.
3
Kartka była lekka i cienka, niemal przezroczysta. Kiedy ją rozłożył,
zobaczył duży krąg namalowany czarnym tuszem. Rozchodziły się z niego
promienie jak ze Słońca, a zewnętrzny brzeg okolony był liczbami od 1 do
72. W samym środku znajdował się ciąg hebrajskich liter namalowanych
grubymi pociągnięciami pióra. Bez wysiłku, nawet nie zauważając, że to
robi, zaczął rozkładać krąg na czynniki pierwsze, jego umysł wypatrywał
wzorów, szukając szczególnego sposobu uporządkowania, który odróżniał
zagadkę od wszystkiego innego na Ziemi: jej symetrii i elegancji, jej
ukrytego skarbu, potrzeby bycia rozwiązaną. To działo się za każdym
razem, gdy stawał twarzą w twarz z zaskakującym lub nietypowym wzorem:
coś w nim iskrzyło i skwierczało, rozpalając płomień ciekawości i pragnienia, od którego nie dawało się odwrócić.
Ale ta zagadka - jeśli to w ogóle była zagadka - była niepełna, tylko w dziesięciu procentach wypełniona liczbami i symbolami, i tajemnica tych
braków wciągała go, drwiąc z niego. Czego nie zauważył? Co znaczyły
puste miejsca? Położył kartkę na stoliku między sobą i Thessaly.
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
- Ale może mi pan powiedzieć, co to jest, prawda?
Zerknął na hebrajskie litery, na wir liczb. Było jasne, że to początek
czegoś... ale czego?
- Niewiele się tutaj dzieje. Żadnego wyraźnego wzoru, żadnych
oczywistych ciągów, nic, na czym mógłbym się zaczepić.
Doktor Moses wydawała się zawiedziona. Było dokładnie tak, jak się
spodziewał: oczekiwała od niego, że machnie czarodziejską różdżką i odkryje prawdę schowaną pod iluzją.
- Ale to niemożliwe - stwierdziła. Odwróciła kartkę, na drugiej stronie
były napisane odręcznie dwa słowa: "Mike Brink". - Chciała, żebym pana
odnalazła. Na pewno jest pan w stanie mi coś na ten temat powiedzieć.
- Kto chciał?
- Mówi panu coś imię i nazwisko Jess Price?
Był bliski uznania tego nazwiska za nieznaczące, ale przed oczami jego
wyobraźni pojawił się fragment gazety. Zobaczył czarno-białą fotografię
kobiety z rękami skutymi kajdankami za plecami, a powyżej nagłówek: JESS
PRICE, CENIONA PISARKA, ARESZTOWANA POD ZARZUTEM MORDERSTWA. Tak,
pamiętał Jess Price. Kilka lat wcześniej wszędzie było o niej głośno.
Była oskarżona o zabicie człowieka w rezydencji z pozłacanego wieku na
północy stanu. Gdy ją aresztowano, nie chciała rozmawiać z policją,
prawnikami ani mediami i została skazana za zabójstwo, nie
wypowiedziawszy ani jednego słowa na swoją obronę.
- Ma pani na myśli pisarkę Jess Price?
- W sumie od dawna nic nie napisała - powiedziała doktor Moses. - Jest
tu od prawie pięciu lat i nie porozumiewała się ze mną w żaden sposób aż
do ostatniego tygodnia, kiedy narysowała ten krąg i powiedziała, żeby go
panu przekazać.
- Dlaczego akurat mnie? - zapytał, chociaż nietrudno było się domyślić.
Sława, której przysporzyły mu jego zagadki, trwała już od dziesięciu
lat.
- Jess Price zdaje sobie sprawę z pana zdolności. I chociaż nie mam
pojęcia, dlaczego namalowała ten krąg, wierzę, że może on być kluczem do
zrozumienia najbardziej tajemniczej i frustrującej pacjentki, z jaką
kiedykolwiek miałam do czynienia. W ciągu lat, kiedy próbowałam się z nią porozumieć, widziałam rzeczy, od których zaczęłam wątpić w swoje
umiejętności. Zrobiłabym wszystko, żeby do niej dotrzeć. A jednak ona
prosi o pana.
Spojrzał ponownie na krąg, odczuwając przemożne pragnienie, by w niego
wpaść, chcąc obnażyć jego tajemnicę, niczym promień światła obnaża róg
pokoju ukryty w cieniu. Zamiast tego odsunął go od siebie.
- Rozwiązywanie zagadki to jedno - odparł. - Ale angażowanie się w coś
takiego? Nie mam specjalnej ochoty.
Doktor Moses wytrzymała przez chwilę jego spojrzenie, po czym otworzyła
teczkę i położyła ją przed nim.
- To jest dokumentacja dotycząca Jess Price - powiedziała. - Proszę
rzucić na nią okiem. Może zobaczy pan coś, co wyjaśni, dlaczego o pana
pytała.
Znalazł tam stos raportów klinicznych, z których każdy był podpisany na
dole, stertę zdjęć i kilka wycinków z gazet. Spomiędzy kartek wypadł na
stół jakiś artykuł. Była to kserokopia strony gazety "Hudson Valley"
zawierająca fotografię Bracken House, rezydencji położonej niedaleko
rzeki Hudson, gdzie dwudziestopięcioletni Noah Cooke został brutalnie
zamordowany. Tuż obok zamieszczono zdjęcie Jess Price zrobione po jej
aresztowaniu, które widział pięć lat temu, a nad nim pogrubiony
nagłówek. Przypatrzył się zdjęciu z bliska, porównując je ze swoją
pamięcią. Było identyczne: Jess Price, z rękami w kajdankach, prowadzona
do sądu. Oprócz artykułów z gazet w teczce było też zdjęcie portretowe
Jess Price - prawdopodobnie z okładki jej książki - i kilka urywków z mediów społecznościowych. Przeglądając je, zobaczył kobietę z szeroko
rozstawionymi niebieskimi oczami, blond fryzurą pixie i wyrazistymi,
delikatnymi rysami. Zrobiła na nim wrażenie osoby niezdolnej do
skrzywdzenia kogokolwiek, a co dopiero zabicia człowieka.
- Ona nie wygląda na... - był bliski powiedzenia "szaloną", ale ugryzł
się w język. - Zaburzoną.
- Wszystko wskazuje na to, że nie była. Przed nocą, kiedy zostało
popełnione morderstwo, była zrównoważoną młodą kobietą prowadzącą
względnie normalne życie. Teraz cierpi na cały zespół chorób
psychicznych, z których żadnej nie byłam w stanie w pełni zdiagnozować.
Zdaje się miewać halucynacje słuchowe, czyli słyszy rzeczy, których nie
ma. Cierpi na ciężkie zaburzenia lękowe, prowadzące do samookaleczania -
drapie się po rękach do krwi, nie chce jeść, ciągnie się za włosy i je
wyrywa. W zeszłym tygodniu ogryzła sobie paznokcie, aż palce zaczęły
krwawić.
- I w ogóle się z panią nie porozumiewa? - zapytał, zastanawiając się,
jak mogła funkcjonować bez możliwości komunikowania swoich potrzeb.
Dr Moses otworzyła szarą kopertę zawierającą zeszyt.
- Dałam to Jess na początku naszej znajomości. Zakładałam, że w ten
sposób uda się pokonać mur, za którym się schowała. Pisanie może być
świetnym narzędziem terapeutycznym. Jej poprzedni terapeuta, doktor
Ernest Raythe, zostawił notatki, w których twierdził, że udało mu się w ten sposób coś wskórać. Ale nie takich wyników się spodziewałam... -
Otworzyła zeszyt. Był pełen liczb i kształtów, siatek i list słów,
zagadek wyciętych z gazet i wklejonych na wielu kolejnych stronach
zeszytu. - Ona żyje w zagadce.
Brink wziął zeszyt i przejrzał go. Zobaczył swoje własne zagadki, a były
ich setki, wszystkie rozwiązane niebieskim tuszem.
- Widzi pan - zaczęła doktor Moses, napotkawszy jego wzrok - pana gry są
jedynymi rzeczami, które ją interesują.
- Zagadki - sprostował, czując ucisk w klatce piersiowej. - Ja
projektuję zagadki, a nie gry.
Rzuciła mu rozbawione spojrzenie, tak jakby pocieszała dziecko.
- To jest jakaś różnica?
- Zagadki składają się ze wzorów. One służą do tego, by je rozwiązywać.
Mają zawsze ustalony porządek i jednoznaczną odpowiedź. Gry się wygrywa
często za sprawą szczęścia lub okoliczności losowych. Jest w nich
element nieprzewidywalności. Można być najbardziej utalentowaną i zdeterminowaną osobą na świecie, ale nigdy nie wygrać żadnej gry.
Różnica jest ogromna.
Doktor Moses wytrzymała jego spojrzenie przez chwilę i powiedziała:
- Tak więc pana zagadki stały się dla niej w pewnym sensie obsesją. Jess
rozwiązała wszystko, co pan kiedykolwiek opublikował, między innymi
pańskie cotygodniowe zagadki w niedzielnych wydaniach "Timesa". Przy
nich wychodzi na zewnątrz. Kiedy pracuje nad jedną z tych zagadek,
wygląda na prawie szczęśliwą. Nie jest przesadą twierdzenie, że pana
zagadki ocaliły jej życie.
Nigdy nie myślał o swoich dziełach jako o czymś innym niż stawiających
wyzwanie odskoczniach, zabawnych sposobach na spędzenie leniwego
niedzielnego poranka - kawa, bajgle i zagadka od Brinka. Oczywiście
tworzył je z myślą, żeby do kogoś trafiły, ale ten człowiek był
abstrakcyjny, niezdefiniowany przez żadne konkretne cechy. A tu miał
Jess Price, prawdziwą osobę, przedstawioną na fotografii. To, że jego
zagadki były dla tej kobiety tak ważne, to, że uratowały jej życie,
sprawiło, że poczuł wielką odpowiedzialność.
- Cieszę się, że mogły jej pomóc - powiedział w końcu.
- Istotnie, pomagają - potwierdziła doktor Moses, łagodząc ton głosu. -
Jej nieumiejętność wyrażania siebie bardzo jej szkodziła, może nawet
bardziej niż uwięzienie w celi. Pańskie zagadki dały jej coś, na czym
mogła się oprzeć. Pozwoliły jej komunikować się ze światem. I proszę,
jej pierwsza próba nawiązania z kimś kontaktu dotyczyła pana. - Doktor
Moses zamknęła zeszyt i schowała go z powrotem do koperty. - I tu
pojawia się drugi powód, dla którego pana zaprosiłam. Miałam nadzieję,
że może chciałby się pan z nią spotkać.
- Spotkać? - zapytał zbity z tropu. - Ma pani na myśli teraz?
- To będzie krótkie spotkanie, ale może mieć ogromne znaczenie dla jej
powrotu do zdrowia - powiedziała.
- Proszę posłuchać, rozumiem, że to dla pani ważne, i chciałbym pomóc,
ale nie mogę zostać dłużej. Mam przed sobą długą drogę z powrotem do
miasta. Obiecałem redaktorowi jedną zagadkę na jutro i drugą po
weekendzie. I mój pies został w ciężarówce.
- Może się pan z nią zobaczyć teraz. To zajmie najwyżej piętnaście
minut. Tak naprawdę wszystko jest już ustalone. Ma pan pozwolenie na
widzenie. - Wyciągnęła identyfikator z kieszeni sukienki i podała mu go.
- I przygotowałam ciche, spokojne miejsce, w którym będziecie mogli
porozmawiać. Proszę się nad tym zastanowić. Nie dość, że spotka pan
swoją największą fankę, to jeszcze może dowiedzieć się czegoś o tym
rysunku.
Krąg faktycznie go intrygował i czuł silne pragnienie, aby go zrozumieć,
ale coś ostrzegało go, żeby się w to nie angażować.
- Nie wiem - powiedział. - Nie jestem pewny, czy w ogóle się na coś
przydam.
- Panie Brink, jeszcze nigdy nie zaprosiłam nikogo, żeby spotkał się z jedną z moich pacjentek - oznajmiła. - Ale Jess Price nie jest po prostu
zwykłą pacjentką. Tu dzieje się coś dziwnego. Coś, czego nie umiem
wytłumaczyć. Czasem w jej towarzystwie czuję się... nie wiem, jak to
dokładnie wytłumaczyć. Przestraszona. A nawet bardziej. Przerażona. Tak
jakbym była blisko czegoś potężniejszego ode mnie. Czegoś groźnego. Ten
rysunek może powiedzieć nam dlaczego.
Zerknął na rysunek, niezdecydowany. Mógłby powiedzieć "nie" i być z powrotem w swoim mieszkaniu przed kolacją. Albo mógłby zostać, spotkać
Jess Price i rozwiązać jedną z najdziwniejszych zagadek, jakie
kiedykolwiek widział.
Doktor Moses wyczuła jego wahanie i naciskała.
- Rozumiem, że proszę o wiele. Szanse, że w ogóle przyjedzie pan do Ray
Brook, a co dopiero pomoże kobiecie, której nigdy wcześniej pan nie
spotkał, były małe. Ale jest pan jej jedyną nadzieją.
Na dźwięk słowa "szanse" zamilkł. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny,
jak to jest walczyć z niemal niemożliwymi do pokonania przeciwnościami.
Szansa, że w ogóle przeżyje wypadek, była jedna na milion, a że uraz
doprowadzi do rozwoju umiejętności, które ma, jedna na miliard. Ale
stało się: Mike Brink wygrał z losem. Jak mógł odmówić komuś innemu
szansy na dokonanie tego samego?
Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął srebrnego dolara. Od czasu wypadku
nosił go ze sobą wszędzie i wierzył w niego - w ustrukturyzowaną
losowość wyników osiąganych z prawdopodobieństwem pół na pół, jego
brutalną jasność w momentach niezdecydowania - wierzył bardziej niż w cokolwiek innego. Religię czy naukę, fikcję czy fakt, wychowanie czy
czynniki wrodzone. Nic nie było tak stabilnie niemożliwe do
przewidzenia, jak rzut monetą.
Umieścił monetę na czubku kciuka, przygotowując ją do rzutu.
- Jeśli wypadnie orzeł, spotkam się z nią - powiedział. - Jeśli reszka,
jadę do domu. Umowa stoi?
Doktor Moses spojrzała na niego zdezorientowana. Było to dziwne, ale
gdyby go wygooglowała, wiedziałaby o wszystkich jego dziwactwach.
Pewnego dnia rzucił swoim srebrnym dolarem przed ważnymi zawodami
zagadkowymi i zgodnie z wynikiem oddał starcie walkowerem i odszedł.
Doktor Moses skinęła głową, zgadzając się na jego warunki.
Moneta błyszczała na jego palcu, zadrżał w oczekiwaniu, poczuł dreszcz
niepewności. Nie był człowiekiem przesądnym, wierzył w siłę wzorów,
subtelne piękno liczb i symetrię rozsądku, ale jednak ta moneta miała
szczególny wpływ na jego los. Służyła mu jako kanał, portal, przez który
przybywała przyszłość, pewnego rodzaju wyrocznia.
Wypoziomował monetę i wystrzelił ją do góry. Poleciała wysoko, obróciła
się raz, dwa razy, a potem jeszcze raz i wylądowała na jego dłoni.
Odwrócił ją, przycisnął zimny metal do skóry i czując napięcie w klatce
piersiowej, podniósł dłoń i spojrzał.
4
Doktor Moses wyjęła z kieszeni pęk kluczy i otworzyła drzwi więziennej
biblioteki. Brink wszedł za nią do przestronnej sali wypełnionej
regałami i długimi drewnianymi stołami. Potrójnej wysokości okna na
samym końcu pomieszczenia wychodziły na ogród, gdzie więźniarki usuwały
chwasty z kwietników. Każde okno składało się ze szklanych kwadratów i licząc je, podziwiał wzór: dwadzieścia siedem kwadratów na okno, stos
idealnych sześcianów. Doktor Moses zaprowadziła go do stołu pod oknami.
- Pójdę teraz po Jess - powiedziała z uśmiechem. - Wracam za pięć minut.
Brink podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec. Była tam ścieżka, którą
szły kobiety w szarych kombinezonach, a dalej parking. Jego
pokiereszowana ciężarówka pasowała do hond, fordów i chevych,
błyszczących w późnoporannym słońcu, jak pięść do nosa. Jego wóz był
fordem z 1991 roku, czerwonym jak pomidor, z rdzą na krawędziach, który
z trudem w ogóle dotoczył się do Ray Brook. Drżał i przechylał się,
kiedy jechał szybciej niż sto kilometrów na godzinę, a przełączony na
piąty bieg wydawał ostrzegające skrzeczenie. Ciężarówka była już w nie
najlepszym stanie w 2008 roku, kiedy jechał nią z Cleveland do Bostonu
na studia, ale należała do jego ojca - była to jedna z nielicznych
rzeczy, które zostały mu po jego śmierci, i nie mógł się z nią rozstać.
Psuła się bez przerwy, ale Brink akceptował jej wady w ten sam sposób, w jaki akceptuje się niedołężność ukochanego starego psa: z tolerancją i poczuciem końca, smutnego, lecz nieuniknionego, widocznego coraz bliżej
na horyzoncie.
Ciężarówka towarzyszyła mu we wszystkich najważniejszych chwilach
nastoletniego życia: w niej nauczył się jeździć, upijał się ze
znajomymi, uprawiał pierwszy w życiu seks w śpiworze na tylnym
siedzeniu. Jechał nią tego dnia, kiedy wszystko się zmieniło, 12
października 2007 roku, w dniu mistrzostw szkół średnich w futbolu w stanie Ohio. Zaparkował ją niedaleko boiska futbolowego. Nigdy nie
przyszło mu do głowy, że kilka godzin później będzie odjeżdżał stamtąd
karetką. Wysłużone winylowe siedzenia, ostra woń kurzu i potu, a nawet
źle działająca skrzynia biegów - to wszystko przypominało mu, kim kiedyś
był: rozgrywającym i kapitanem mistrzowskiej drużyny, przystojnym i pewnym siebie, wyluzowanym i mającym szczęście chłopakiem, który szedł
przez życie bez większych trudności.
Zawsze było mu trudno się skupić przed ważnym meczem, ale tej nocy
okazało się to jeszcze trudniejsze niż zwykle. Mieli być tam łowcy głów,
bacznie obserwujący grę, i jego przyszłość zależała od tego, jak mu
pójdzie. Wygrana zapewniłaby mu mnóstwo ofert w pełni opłaconych studiów
na najlepszych futbolowo college'ach, a przegrana pozostawiałaby go z ofertami z drugorzędnych placówek, które i tak się już do niego
zgłosiły. Tak czy tak, po tym wieczorze wybierał się gdzieś na
stypendium sportowe.
Nawet bez tego stypendium rodzice pomogliby mu przejść przez college.
Wspierali go zawsze, nawet kiedy coś sknocił, jak na przykład gdy dostał
mandat za przekroczenie prędkości albo zawalił w szkole historię Stanów
Zjednoczonych. Sięgając wzrokiem poza boisko, wypatrzył ich w drugim
rzędzie trybun, tuż za drużyną, osłaniających sobie kolana wełnianym
kocem. Jego mama, gdy zobaczyła, że ją dostrzegł, pomachała do niego, a tata skinął głową, dodając mu otuchy, i Mike poczuł się przez moment
dumny. Teraz w końcu mógł im się odwdzięczyć. Za wszystko, co dla niego
zrobili, za wszystkie mecze za miastem, na których byli, za cały sprzęt,
który kupili, za całe wsparcie, które od nich dostał. Tego wieczoru będą
z niego dumni.
Hałas był ogłuszający. Tupot stóp, staccatowe skandowanie cheerleaderek,
pierwotny rytm orkiestry dętej - próbował tego wszystkiego nie słyszeć i skoncentrować się na grze. Zimna, brutalna pogoda końca sezonu
przenikała boisko i obawiał się rzucenia piłki pod wiatr. Szczęśliwie
jego drużyna wygrała rzut monetą. Przeciwna drużyna wybrała reszkę, a sędzia wyrzucił orła, dając Mike'owi przewagę grania z wiatrem. Po
kopnięciu z powietrza jego drużyna miała silną pozycję, więc zdecydował
się przejąć inicjatywę. Zarządził zagranie, które wycięło drogę przez
środek boiska, pozwalając mu przebiec z piłką aż do samego końca. To był
nietypowy pomysł, ryzykowny przy tej odległości od bramki, ale
przeciśnięcie się rozgrywającego wytrąciłoby przeciwników z równowagi i dowiodłoby jego zwinności i szybkości. Przyłożenie w pierwszej minucie
pokazałoby im, kto tu rządzi.
Chwycił piłkę, wycofał się, zamarkował podanie i ruszył przed siebie tak
szybko, jak potrafił. Dziesięć jardów, dwadzieścia jardów, trzydzieści.
Czuł piłkę przyciśniętą do boku. Czuł chłodny podmuch wiatru na plecach.
W oddali widział pole punktowe, szeroko otwarte, czekające na niego. I wtedy nastąpiło uderzenie. Przewrócił się gwałtownie, jego głowa
uderzyła o wnętrze hełmu i wszystko pochłonęła ciemność.
Obudził się przywiązany do drewnianej deski w karetce. W pierwszej
chwili pomyślał, że coś sobie złamał, ale okazało się, że oprócz
rozmazanego widzenia i guza rozmiaru gęsiego jaja nic mu się nie stało.
Po szczegółowych badaniach na izbie przyjęć lekarz powiedział mu, że
doznał wstrząśnienia mózgu, i odesłał go do domu, polecając chłodzić
głowę lodem i odpoczywać.
Pierwsze oznaki, że uraz był poważniejszy, pojawiły się po kilku dniach.
Dochodził do siebie w domu, kiedy zauważył, że wszystko dookoła niego
wydaje się jakieś dziwne. Bardziej uporządkowane, bardziej spójne niż
wcześniej. Zdumiony stwierdził, że widzi wzory we wszystkim. Marmurowa
podłoga w kuchni - szachownica czarnych i białych pól - była
geometrycznym cudem, trójwymiarową układanką wypełnioną niekończącymi
się korytarzami. Pewnego popołudnia spędził czterdzieści pięć minut pod
prysznicem, po prostu przypatrując się ruchowi wody i jej trajektorii od
główki prysznica do kafelków, gdzie kręciła się spiralą przy odpływie.
Woda układała się w wyszukane struktury - tęcze i fraktale, matematyczne
wzory, które otwierały się przed nim w kolorowych falach. Kiedy patrzył
na grę wzorów w wodzie, coś zaskoczyło. Nie wiedział jak, ale rozumiał
te struktury. Istniał system, podstawowy porządek świata, i on go
widział.
Z czasem zauważył więcej zmian w swoim postrzeganiu świata. Kiedy myślał
o pewnych liczbach lub literach, pojawiały się w jego umyśle w żywych
kolorach, jasnych i nasyconych, niemal migoczących: cyfra 9 była
czerwona jak wiśnie, 6 żółta jak kanarek, 3 intensywnie błękitna jak
stal. Dwucyfrowe liczby ukazywały się jako mieszanki kolorów, tak więc
63 stało się zielone, 93 głęboko ultrafioletowe, 69 jasnopomarańczowe.
Dźwięki również wypełniały jego świadomość kolorami, czyniąc piosenkę
pokazem rozbryźniętych kolorów, namalowanym koncertem w tle jego umysłu.
Te zmiany w doświadczaniu rzeczywistości były tak dziwne, że na początku
nikomu o nich nie mówił. Wiedział jedynie, że regularnie doświadcza
wysoce uporządkowanych geometrycznych halucynacji, i chociaż zdawał
sobie sprawę, że to, co widzi, jest prawdziwe, nie był pewien, że
ktokolwiek by mu uwierzył, gdyby próbował to wyjaśnić. Był przekonany,
że wzory i kolory odejdą, kiedy guz na jego głowie zniknie. Zdecydował,
że to przeczeka, da temu trochę czasu i zobaczy, co się stanie.
Ale nie przeszło. Minęły cztery miesiące od wypadku, a jego stan się nie
poprawił. Był na nogach przez całe noce, a całe dnie przesypiał.
Ucierpiały na tym przyjaźnie, a jego dziewczyna, którą podejrzewał o to,
że lubiła jego futbolową koszulkę bardziej niż jego samego, już nawet
nie próbowała się z nim skontaktować. Nękany paniką nie był w stanie
chodzić do szkoły. Aż w końcu pewnej nocy miał już tego dość. Liczby,
wzory i kolory zalewały jego umysł z siłą wodospadu, tak wiele obrazów i kształtów, że obawiał się utonięcia. Poszedł do kuchni, usiadł przy
stole śniadaniowym i się rozpłakał. Potrzebował pomocy, ale nie potrafił
powiedzieć komukolwiek, co się dzieje.
Jego matka usiadła obok niego przy stole. Uparła się, żeby opowiedział,
o co chodzi. Mike zwierzył się jej, że od miesięcy widzi wzory i boi się
o tym mówić. Powiedział, że podejrzewa, iż traci zmysły, i rozważa
zabicie się, żeby tylko się to skończyło. Matka słuchała, kiedy
opowiadał jak czarno-biała mozaika podłogi kuchennej otworzyła się przed
nim, jak stworzyła ogromną różnorodność wzorów - szachownicę, potem
krzyżówkę, potem tablicę liczb - czarno-białą macierz nieskończenie
zmieniających się możliwości. Słuchała, jak opisywał zagadkę, która
pojawiała się w jego głowie i znikała tylko po to, żeby za chwilę
powrócić.
Matka znalazła kartkę i ołówek i podała mu je.
- Pokaż mi, co widzisz - powiedziała, a on namalował zagadkę: tabelkę z liczbami, o której później dowiedział się, że to klasyczny kwadrat
magiczny nazywany kwadratem Luoshu: układ dziewięciu liczb, w którym
suma liczb w każdej kolumnie, wierszu i przekątnej jest równa 15. Ten
kwadrat magiczny został po raz pierwszy stworzony w Chinach około 2300
roku przed naszą erą. Mike nie miał pojęcia o jego historii, kiedy
narysował go dla swojej mamy o trzeciej nad ranem pewnej zimnej lutowej
nocy 2008 roku. Przyglądała się kwadratowi uważnie i zauważywszy, że
skonstruował coś niesamowitego, powiedziała:
- Otrzymałeś dar. Możesz go zignorować albo możesz zrobić z niego
użytek. Ale nie możesz przed nim uciec.
Dopiero po rezonansie magnetycznym zrozumiał, że miała rację. Nie było
powrotu do tego, kim był przed wypadkiem. Neurochirurg wyjaśnił, że
kiedy uderzył w ziemię, wewnątrz jego czaszki powstało ciśnienie
ośmiuset funtów na cal kwadratowy. Odrzut jego mózgu w drugą stronę
uszkodził lewą półkulę. I choć nie miał zwykłych objawów uszkodzenia
mózgu - żadnych napadów padaczkowych, żadnych zaników pamięci, żadnych
urazów neurologicznych, żadnego bólu - Mike Brink zmienił się na zawsze.
5
Strażnik zaprowadził Jess Price do stołu przy oknach, zdjął jej kajdanki
i wycofał się do korytarza, gdzie stanął przy drzwiach.
- Jeśli będzie działo się coś niedobrego... - Doktor Moses wskazała na
strażnika, szybko skinęła głową Brinkowi i zamknęła za sobą drzwi.
Jess Price siedziała przy stole skąpana w świetle z okna. Podchodząc
bliżej, Brink szybko na nią zerknął, porównując ją ze zdjęciami
pokazanymi mu przez Thessaly. Choć fotografie były zrobione zaledwie
pięć lat wcześniej, nie przypominały więźniarki przy stole. Kobieta na
zdjęciu z okładki była psotna i figlarna i jej mina wyrażała pewność
siebie. Na kobiecie, na którą patrzył teraz, trauma odcisnęła swoje
piętno. Wydawała się złagodzona, jak posąg, którego ostre krawędzie
poddały się działaniu żywiołów. Była bardzo chuda, włosy miała długie i słabe, a na czubkach jej palców znajdowały się półksiężyce zaschniętej
krwi świadczące o samookaleczaniu, o którym wspominała doktor Moses.
A jednak było w niej coś pociągającego. Tajemnicza aura, która nie miała
nic wspólnego z jej wyglądem. To było uchwytne, ciężkie jak grawitacja.
Nie umiał tego wyjaśnić, ale coś się zmieniło, kiedy do niej podszedł.
To było jak stanie na krawędzi morskiego wiru, mroczna i niemożliwa do
odparcia siła, zarówno ekscytująca, jak i niebezpieczna.
Powiesił torbę na oparciu krzesła, zdjął kurtkę i usiadł naprzeciwko
Jess. Patrzyła na niego oczami pełnymi ciekawości i czegoś trudniejszego
do określenia - intensywnego zainteresowania, podszytego ostrożnością.
Był gotowy na ciszę, ale siedzenie naprzeciwko niej wywoływało w nim
lęk. Pustka między nimi była szeroka i głęboka. Aby dotrzeć do Jess,
musi pierwszy wyciągnąć rękę.
- Doktor Moses mówiła mi, że lubisz zagadki - powiedział w końcu, czując
się niezręcznie.
Jej spojrzenie było wypełnione inteligencją, spokojną uważnością, która
wykluczała jakąkolwiek możliwość, że jest umysłowo niestabilna. Wręcz
przeciwnie, za jej niebieskimi oczami wyczuł jasność, uwięzioną i lśniącą niczym złota moneta zawieszona w bryle lodu.
- Dała mi to. - Brink położył między nimi kartkę i spojrzał na krąg
jeszcze raz, chociaż nie musiał. Widział oczyma wyobraźni zagadkę ze
wszystkimi szczegółami. Był to efekt uboczny wypadku, a może najlepsza
rzecz, która z niego wynikła: mógł widzieć wzór przez kilka sekund i zapamiętywał go na zawsze. Ale mimo zdolności wyobrażenia jej sobie, ta
zagadka wprawiała go w zakłopotanie. Przenosiła go w czasy studiów na
MIT, kiedy jego profesor i mentor, doktor Vivek Gupta, dał mu zadanie
tak trudne, że wydawało się nie do rozwiązania. Nie spał przez całą noc,
przyglądając mu się z każdej strony, odwracając je, składając, skręcając
i obracając w każdej możliwej permutacji, aż coś przestawiło się w jego
myśleniu - jak otwarcie okna pozwalające światłu wpaść do ciemnego
pokoju - i natrafił na wejście. Od tego momentu mógł tylko patrzeć, jak
ścieżka odkrywa się sama. Znalezienie rozwiązania było jak
błogosławieństwo, jakie dla niektórych mogłoby być łaską, ale dla Brinka
było czymś więcej. Było ratunkiem, jedyną rzeczą, która powstrzymywała
go przed utonięciem.
Ale kiedy próbował powtórzyć to samo z kręgiem, zobaczył jedynie
pytania: Skąd ta liczba w tym miejscu? Skąd hebrajskie litery w środku?
Jakie znaczenie miała liczba 72? Odchrząknął i spróbował jeszcze raz.
- Chciałaś, żebym to zobaczył, i przyznam, że jestem zaintrygowany.
Umieram z ciekawości. Ale potrzebuję więcej informacji. Czy możesz pomóc
mi zrozumieć, co mam przed sobą?
Patrzyła na niego w ciszy. Robiła to w denerwujący sposób. Nagle
powietrze stało się wrogie i duszące. Naciskało na niego, gorące i mdlące. Czuł, jak skóra mu wilgotnieje. Przebywanie w pobliżu Jess
wywoływało w nim zmiany chemiczne, zupełnie jak sól zmienia temperaturę
wrzenia wody.
- Posłuchaj - powiedział, przysuwając się bliżej. - Nie mam pojęcia, co
oznacza ten rysunek ani dlaczego jest dla ciebie ważny, ale doktor Moses
wierzy, że ma coś wspólnego z tym, co się z tobą stało. Chcę pomóc, ale
musisz mi dać coś, czego mógłbym się chwycić.
Dalej badała go wzrokiem.
- Na przykład, gdzie pierwszy raz zobaczyłaś ten krąg? Czy to oryginał?
Czy to kopia? - zapytał.
Cisza.
- Tarcza liczb od 1 do 72 i hebrajskie litery. To nietypowe połączenie.
Wygląda, jakby brakowało niektórych liczb i liter. Czy wiesz, dlaczego
ich nie ma?
Kiedy nie odpowiedziała, odłożył kartkę na bok. Zadawanie bezpośrednich
pytań nie działało. Było widać, że chciała się z nim porozumieć - z jakiego innego powodu napisałaby jego nazwisko na odwrocie zagadki? -
ale coś ją powstrzymywało. Objęła się ramionami, jakby chciała się
chronić, tak jakby pytania sprawiały jej ból. Patrząc na nią, poczuł
ukłucie współczucia. Przypominała mu jego samego po wypadku:
przestraszonego, zdezorientowanego, uwięzionego tak głęboko we własnej
głowie, że nie był w stanie wyjaśnić, przez co przechodzi. Potrzebował
tylko jednej osoby, która przebiłaby się przez jego mur. Jednej osoby,
która uwierzyłaby mu, kiedy opisywał to, co niewiarygodne. Tą osobą była
jego matka i jej cierpliwość go uratowała. Może on mógłby być tą osobą
dla Jess Price.
- Kiedyś przydarzyło mi się coś złego - powiedział, bacznie się jej
przyglądając. - Doświadczałem rzeczy, które wydawały się zupełnie...
szalone. Wszędzie widziałem wzory, liczby i kolory. Byłem przerażony.
Chciałem znaleźć wyjaśnienie, ale nikt, kogo znałem, by mi nie uwierzył.
Pomyśleliby, że zwariowałem. Znaczy, do diabła, sam myślałem, że jestem
szalony. Czy wiesz, co to zmieniło?
Lekko pokiwała głową. Była to ledwie zauważalna reakcja, ale
wystarczyła. Poczuł triumf: odpowiedziała mu.
- To... - Sięgnął do torby i wyłowił z niej notatnik i swój ulubiony
długopis - czterokolorowy mechaniczny długopis kulkowy marki BiC, i narysował kwadrat, który pokazał swojej matce tej nocy, gdy powiedział
jej prawdę.
Przyjrzała się liczbom, po czym jej pytające spojrzenie wróciło do
Brinka.
- To starożytny matematyczny kwadrat, kwadrat Lo Shu. Po raz pierwszy
narysowano go około czterech tysięcy lat temu w Chinach. Z jakiegoś
powodu po wypadku nie mogłem się od niego uwolnić. Pojawiał się w mojej
głowie, wszystkie liczby płonęły kolorami, a potem znikał. Nie miałem
pojęcia dlaczego i tak naprawdę ciągle nie wiem. Moi lekarze wysuwają
różne hipotezy, ale nie mają one dla mnie zbyt dużego znaczenia.
Naprawdę liczy się to, że jakkolwiek dziwne by to było, to, co
odczuwałem, było prawdziwe.
Jess patrzyła na kwadrat Lo Shu, analizując go.
- Ludziom od zawsze zdarzały się przerażające rzeczy - stwierdził. - Nie
jestem jedyny. Ani ty nie jesteś.
Kiedy spojrzała na niego, oczy miała pełne łez.
- Powiedz mi, o co chodzi - dodał, przesuwając rysunek okręgu pomiędzy
nich. - Uwierzę ci. Obiecuję.
Jess powoli odwróciła wzrok od Brinka i popatrzyła w kąt pomieszczenia.
Podążał za jej spojrzeniem do kamery umieszczonej na suficie biblioteki,
a potem spojrzał na Jess. Jej twarz zadrżała i przemknął przez nią lęk.
- Boisz się, że jesteśmy obserwowani? - zapytał, ściszając głos do
szeptu.
Przytaknęła i wtedy wszystko zaczęło się układać w spójną całość. Każdy
zakamarek więzienia był pod obserwacją. Chciałaby coś powiedzieć, ale
bała się, że zostanie podsłuchana. I nagle przyszedł mu do głowy pomysł.
Było jasne, że mogła zapisywać liczby, litery i wykresy - rozwiązała
przecież prawie wszystkie zagadki, które kiedykolwiek stworzył. Wziął
swój długopis i napisał: "Nie musisz mówić, a i tak cię usłyszę".
Podał jej zeszyt. Na moment zastygła w bezruchu, wahając się. Wzięła
długopis i namalowała szubienicę do słownej gry w wisielca. Przeszedł go
dreszcz, kiedy to zobaczył. Wisielec działa na tej samej zasadzie, co
jego ulubiona gra słowna Wordle. Grał w Wordle'a każdego ranka,
zazwyczaj rozwiązując je, zanim kawa mu wystygła. Zasady były proste:
trzeba znaleźć słowo, odgadując położenie liter. Jest sześć prób i każde
poprawne odgadnięcie przybliża do odpowiedzi. W grze w wisielca z każdym
błędnym wskazaniem fragment ludzika jest rysowany na szubienicy. Po
odpowiednio wielu złych trafach ludzik zostaje powieszony, a gra jest
przegrana.
Jess zrobiła miejsce na sześć liter pod szubienicą. Brink wiedział ze
swojego doświadczenia z Wordle'a, że wystarczyło mu odgadnąć położenie
tylko jednej litery, aby rozwiązać zagadkę. Wszystkie możliwe ustawienia
słów z tą literą na tej pozycji przebiegały przez jego umysł, porównywał
je z poprzednimi rozwiązaniami - a pamiętał każde - i przed oczami
pojawiała mu się właściwa odpowiedź. Zawsze zgadywał właściwe słowo. To
było proste, za proste, i w osiemdziesięciu procentach przypadków znał
odpowiedź po dwóch próbach.
Spojrzał na zagadkę Jess i rozpoczął od najczęstszej litery w angielskim
alfabecie. Wziął długopis i napisał literę A.
Jess prawie niedostrzegalnie pokręciła głową. Żadnego A. Narysowała
głowę wisielca.
Spróbował z dwiema następnymi literami w kolejności częstości
występowania: I, O, a Jess narysowała ciało wisielca i jedną rękę.
Poczuł narastające napięcie. Może to przez bliskość Jess Price, bo nigdy
nie miał problemów z zagadkami słownymi. To prawda, to była bardziej
zgadywanka niż zagadka, ale i tak nie powinna być trudna. Zerknąwszy na
szubienicę, zobaczył, że została mu już tylko jedna próba, żeby odgadnąć
słowo. Wybrał literę E. Jess uśmiechnęła się i zapisała literę E na
drugiej pozycji.
Poczuł triumf, kiedy słowo zapłonęło w jego umyśle. To było jak złapanie
tęczy w słoiku. Każda litera wybuchała kolorem, nieuchwytna i migocząca.
PEWNYŚ?3
- Chcesz wiedzieć, czy możesz mi zaufać - wyszeptał.
Spojrzała mu prosto w oczy i wszystko, co czuł wcześniej, powróciło.
Miał rację, nie musiała mówić, żeby ją zrozumiał. Czuł jej każdą myśl.
- W wielu rzeczach jestem kiepski, ale zawsze dotrzymuję słowa. Jeśli
powiesz mi, czego potrzebujesz, obiecuję pomóc najlepiej jak potrafię -
oświadczył.
Zastanawiała się, patrząc na zeszyt tak intensywnie, że spodziewał się,
iż stanie w płomieniach. Przewróciła kartkę i na następnej czystej
stronie zapisała coś, przykrywając to dłonią. Kiedy skończyła, ugryzła
pokryty strupami paznokieć, otwierając ranę. Krew zebrała się w szkarłatną kroplę na czubku palca i Jess odcisnęła ją na papierze,
plamiąc go tak, jakby chciała wytrzeć skórę do czysta. Wyrwała stronę z zeszytu, zmięła ją w kulkę i wcisnęła mu do ręki.
Jej dotyk sprawił, że poczuł się jak sparaliżowany. To było elektryczne,
wypełnione pulsującą, gorącą energią uczucie, tak przytłaczające, że
ledwo mógł oddychać. Wydało mu się, że czas zamarzł, kiedy przechyliła
się nad stołem i pocałowała go lekko w usta. Biblioteka osunęła się w niebyt i nagle znalazł się wewnątrz zagadki, jej wiry liczb i symboli
układały się w ciąg zazębiających się ścieżek dookoła niego, a w środku
była Jess Price, kobieta uwięziona w labiryncie. Przyciągnął ją blisko,
odwzajemniając pocałunek i czując, jak zapada się w nią głębiej i głębiej, kiedy nagle stanął nad nimi strażnik więzienny.
- Żadnego kontaktu fizycznego z więźniami - powiedział szorstko,
odciągając Jess, skuł jej z powrotem nadgarstki kajdankami i wyprowadził
ją.
6
Drzwi do biblioteki się zamknęły i Brink został sam. Czuł pulsowanie w całym ciele i kiedy sięgnął po swoją torbę, zauważył, że drży mu ręka.
Co do diabła się ze mną dzieje? Po spotkaniu z Jess Price kręciło mu się
w głowie, tracił równowagę, serce biło mocno, a jego umysł był
wypełniony pytaniami. Czuł się tak samo, kiedy wykańczające zawody -
dziesięć godzin zagadek liczbowych lub szachów - jednocześnie napełniły
go energią i usmażyły mu mózg.
Rozejrzał się po bibliotece, szukając jakiegoś ustronnego miejsca. Półki
były ustawione dokładnie tak, aby to uniemożliwić, dając nadzorowi kamer
pełen obraz całego pomieszczenia. Przerzuciwszy torbę przez ramię,
zabrał kurtkę z oparcia krzesła, otarł pot z czoła i podszedł do rzędu
okien na samym końcu biblioteki. Odwrócił się tyłem do kamery, rozwinął
kartkę, którą wcisnęła mu Jess. Była pognieciona i pokryta plamami krwi.
Wygładził ją najlepiej, jak potrafił i zobaczył pięć wierszy
nabazgranych na środku. Jess Price napisała wiadomość. Przeczytał:
Pycha, trudno o czerwone
Jabłka, i w ogrodzie
golden delicious,
gloster,
kosztela, rubin, papierówka.
To było wszystko. Pięć linijek... czego? Poezji? Przeczytał je jeszcze
raz, próbując przeanalizować ich znaczenie. Nie miały absolutnie żadnego
sensu. Ta kobieta nie porozumiewała się z nikim od lat, a kiedy się w końcu na to zdecydowała, napisała tajemniczy wiersz o odmianach jabłek?
Miał ochotę zmiąć kartkę i wyrzucić do kosza, ale wiedział, że kryje się
tu coś więcej. Jess obawiała się, że jest podsłuchiwana, więc bałaby się
też, że ktoś może odczytać jej wiadomość. Ten wiersz mógł być
łamigłówką.
Zazwyczaj łamigłówka opiera się na powszechnym zasobie wiedzy, pewnym
wspólnym punkcie odniesienia, który rozumieją obie strony. Ale jego i Jess Price nie łączyły żadne wspomnienia i na pewno nigdy nie rozmawiali
o jabłkach. Zerknął przez okno, tak jak gdyby na zewnątrz rosły
jabłonie, ale nie było tam niczego oprócz pokrytej kurzem drogi.
Sięgnął do lewej kieszeni i wyczuł swojego srebrnego dolara. Był to
dolar Morgana, wybity w 1899 roku, kolekcjonerska moneta warta kilkaset
dolarów. Tą właśnie monetą rzucił sędzia na początku meczu o mistrzostwo
stanu, zaledwie kilka minut przed wypadkiem Brinka. Tradycyjnie moneta
przechodziła w ręce zwycięskiego zespołu. Jego drużyna wygrała bez niego
i jednogłośnie zdecydowała, aby mu ją przekazać.
Nabrał zwyczaju pocierania jej między kciukiem i palcem wskazującym,
kiedy się zastanawiał, przez co jej krawędź była wygładzona niczym
rzeczny kamień. Zwykle pomagało mu się to skoncentrować, ale nie tym
razem. Czytał na głos sylaby napisane przez Jess, mając nadzieję, że
znajdzie jakąś wskazówkę w ich rytmie, ale nie był to rytm regularny.
Ustawił słowa jedno za drugim w linii, usuwając spacje, próbując
zobaczyć, czy nie ukaże mu się jakaś wiadomość. Nic z tego. To nie miało
sensu nawet jako łamigłówka.
Ale wtedy zauważył coś niezwykłego: plamy krwi znajdowały się w konkretnych miejscach na kartce. Nie były, jak na początku myślał,
rozrzucone, ale uporządkowane, każda kropla wypadała na literze. Jess
przycisnęła czubek palca do ośmiu liter w pierwszym rzędzie, ośmiu w drugim, czterech w trzecim i tak dalej. W ten sposób zaznaczyła
dwadzieścia osiem liter.
Natychmiast przeszukał różne matematyczne własności liczby dwadzieścia
osiem: jest drugą liczbą doskonałą, liczbą o dzielnikach harmonicznych,
liczbą trójkątną. Jest liczbą St?rmera i czwartą magiczną liczbą w fizyce, jednak czytając ponownie wersy, zobaczył, że sama liczba
dwadzieścia osiem nie znaczy w tym kontekście nic.
I nagle zaskoczyło. Oczywiście liczby nie miały z tym nic wspólnego.
Jess Price była pisarką i porozumiewała się słowami, a nie liczbami. To
nie była łamigłówka, ale szyfr, zakodowana wiadomość, i to całkiem
bezpośrednia. Oznaczyła litery krwią i właśnie te litery były kluczem do
wiadomości.
Pycha, trudno o czerwone
Jabłka, i w ogrodzie
golden delicious,
gloster,
kosztela, rubin, papierówka.
Wyzwanie obudziło w Mike'u Brinku coś żywiołowego, pierwotne dążenie,
wymieszane z ciekawością i pragnieniem. Chciał chwycić tajemnicę i oswoić ją, rozebrać na czynniki pierwsze i odkryć jej sekrety jeden po
drugim, aż jej nieuchwytność rozkruszy się w jego rękach. Krótko mówiąc,
zagadka go pochwyciła. Nie miał wyboru - musiał ją rozwiązać.
Schował srebrnego dolara do kieszeni, wyjął z torby długopis i wynotował
oznaczone litery w każdym wierszu:
Pycha, trudno o czerwone
YHATRDRE
Jabłka, i w ogrodzie
ŁAIWDZIE
golden delicious,
NIIO
gloster.
GO
kosztela, rubin, papierówka.
ZLBIAI
Oczywiście litery były pomieszane. Musiał ułożyć je we właściwej
kolejności, aby zrozumieć ich znaczenie. Ułożenie liter w wyobraźni i poprzestawianie ich, aż utworzyły słowa, nie zajęło Brinkowi więcej niż
kilka sekund. Zapisał słowa w trzeciej kolumnie obok szyfru i spojrzał
na nie.
Pycha, trudno o czerwone
YHATRDRE
Dr Raythe
Jabłka, i w ogrodzie
ŁAIWDZIE
wiedział
golden delicious,
NIIO
i oni
gloster,
GO
go
kosztela, rubin, papierówka.
ZLBIAI
zabili.
Zapisał zdanie i odczytał: "Dr Raythe wiedział i oni go
zabili"4.