Mistrz zagadek - Danielle Trussoni

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

7

Mike Brink zapu­kał do drzwi gabi­netu dok­tor Thes­saly Moses dwoma sil­nymi ude­rze­niami, sil­niej­szymi, niż zamie­rzał. Nie odpo­wie­działa. Spró­bo­wał jesz­cze raz, czu­jąc palącą potrzebę, żeby z nią poroz­ma­wiać. Spo­tka­nie z Jess ode­brało mu rów­no­wagę, tak jakby prze­su­nął się jego śro­dek cięż­ko­ści. Nie mógł usu­nąć z pamięci jej twa­rzy ani mrocz­nego przy­cią­ga­nia, które przy niej czuł. Całe ciało wciąż mro­wiło go od ich poca­łunku. Nie chciał przy­znać, nawet przed samym sobą, że jest do głębi poru­szony. Może dok­tor Moses mogłaby mu powie­dzieć, jak na to wszystko patrzeć.

- Panie Brink - dobiegł z kory­ta­rza głos dok­tor Moses. Na ciem­no­nie­bie­ską sukienkę narzu­ciła białą kurtkę, na ramie­niu nio­sła torebkę marki Louis Vuit­ton, z któ­rej wysta­wały doku­menty. Miała też w ręce kubek ze Star­bucksa, więc można było zakła­dać, że wła­śnie wraca z lun­chu.

- Dok­tor Moses - powie­dział. - Czy przy­sze­dłem o wła­ści­wej porze?

- Mów mi Thes­saly. Jasne, zapra­szam - rze­kła, otwie­ra­jąc gabi­net. Przy­trzy­mała mu drzwi, a potem je za nim zamknęła. - Jestem nie­zmier­nie cie­kawa, co się stało w biblio­tece.

Nie był pewny, jak dużo powi­nien ujaw­nić z tego, co się wyda­rzyło mię­dzy nim i Jess Price. Spę­dził z nią w sumie tylko pół godziny, a już miał wra­że­nie, że powi­nien być wobec niej lojalny, i po tam­tym poca­łunku odczu­wał nie­po­ko­jącą potrzebę zro­zu­mie­nia jej. Chciał jej pomóc. Ale jak? Fakt, że zaszy­fro­wała wia­do­mość, nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, że to, co prze­ka­zała, ujaw­niła tylko jemu i nie może to tra­fić w ręce pra­cow­ni­ków wię­zie­nia. Ale nie mógł pomóc jej sam. I jeśli na tym świe­cie kto­kol­wiek był po jej stro­nie, była to Thes­saly Moses. W zasa­dzie Jess zaan­ga­żo­wała już Thes­saly w całą sprawę, mówiąc jej, żeby go zna­la­zła. Samo to czy­niło ją godną zaufa­nia.

Thes­saly odło­żyła torebkę na biurko i wypiła łyk kawy.

- I jak poszło?

- Deli­kat­nie mówiąc, nie tego się spo­dzie­wa­łem.

Posłała mu spoj­rze­nie pełne cie­ka­wo­ści.

- Jak to?

- I tak dowiesz się od straż­ni­ków, więc rów­nie dobrze mogę powie­dzieć ci od razu: poca­ło­wała mnie - oznaj­mił.

- Poca­ło­wała cię? - zdu­miała się Thes­saly.

- Ponad sto­łem. Straż­nik ją wypro­wa­dził.

- Jasne, że tak zro­bił - rze­kła, krę­cąc głową z nie­do­wie­rza­niem. - Kon­takt fizyczny jest zabro­niony, a cało­wa­nie jest abso­lut­nie...

- Nie tylko to się stało - dodał.

- Co? - zapy­tała, krzy­żu­jąc ręce na piersi, tak jakby się przy­go­to­wy­wała.

- Coś napi­sała.

Thes­saly zmru­żyła oczy.

- Poro­zu­mie­li­ście się na piśmie?

- Tak jakby. Nary­so­wała kolejną zagadkę. Szyfr.

Thes­saly oparła się o biurko.

- Podej­rze­wa­łam, że dobrze na cie­bie zare­aguje, ale jestem zadzi­wiona, że otwo­rzyła się tak szybko.

- Nie jestem pewny, czy będziesz tak samo zachwy­cona, kiedy się dowiesz, co napi­sała.

Thes­saly wyglą­dała na zakło­po­taną.

- Dla­czego?

- Mówi­łaś, że jak nazy­wał się jej poprzedni tera­peuta?

- Dok­tor Ray­the - odparła zasko­czona Thes­saly. - Dla­czego pytasz?

- Mówi­łaś, że dok­to­rowi Ray­the'owi udało się do niej dotrzeć - powie­dział, uwa­ża­jąc na słowa. - Że jego metody na nią dzia­łały.

- Opie­ra­jąc się na rapor­tach, które zosta­wił, wie­rzę, że to prawda - oznaj­miła. - Ale na krótko. Cokol­wiek się wyda­rzyło, nie trwało długo.

Przy­po­mniał sobie roz­wią­za­nie szy­fru Jess: "Dr Ray­the wie­dział i oni go zabili". Co takiego dokład­nie wie­dział?

- Czy miał na jej temat jakieś szcze­gólne infor­ma­cje?

- Nie mam poję­cia - stwier­dziła, wyraź­nie zdez­o­rien­to­wana.

- Jeśli miał, to czy nie powinno być na ten temat jakiejś doku­men­ta­cji? Notatki medyczne albo coś podob­nego?

- Oczy­wi­ście. To nasza praca - powie­działa obron­nym tonem, marsz­cząc brwi, tak jakby suge­ro­wał, że pomi­nęła coś waż­nego. - Ale prze­czy­ta­łam wszyst­kie jego notatki i nie było tam nic, co by wska­zy­wało, że wie­dział o niej coś nowego lub nad­zwy­czaj­nego.

- Mogła­byś spoj­rzeć na nie jesz­cze raz?

- Cóż, nie wiem, czy to cokol­wiek da. Przej­rza­łam wszystko, co napi­sał. Dok­tor Ray­the zosta­wił po sobie doku­men­ta­cję w sta­nie kom­plet­nego cha­osu i moje pierw­sze tygo­dnie na tym sta­no­wi­sku spę­dzi­łam, pró­bu­jąc ją upo­rząd­ko­wać. Nie był szcze­gól­nie zor­ga­ni­zo­wany, ale wąt­pię, że pozosta­wiłby nie­udo­ku­men­to­wane coś tak waż­nego jak infor­ma­cja o Jess Price... Zaraz, cze­kaj. Muszę coś spraw­dzić.

Prze­szła na drugą stronę biurka.

- Hur­towa cyfry­za­cja danych o więź­niach odby­wała się mniej wię­cej wtedy, gdy zastą­pi­łam dok­tora Ray­the'a. Jeśli część jego doku­men­ta­cji nie była w pełni wpro­wa­dzona do sys­temu, może być w maga­zy­nie. - Wpi­sała coś do kom­pu­tera, zatrzy­mała się na chwilę, żeby prze­czy­tać, co udało jej się wyszu­kać, i odwró­ciła się do Brinka. - Wygląda na to, że to moż­liwe. Dok­tor Ray­the mógł trzy­mać część swo­ich doku­men­tów w sta­rym maga­zy­nie. Pójdę się tam rozej­rzeć i powiem ci, co zna­la­złam.

- Byłoby świet­nie - odparł coraz bar­dziej pod­eks­cy­to­wany Brink. Gdyby udało jej się coś zna­leźć w doku­men­tach Ray­the'a, może potra­fiłby odgad­nąć, co Jess Price pró­bo­wała mu prze­ka­zać. - Jesz­cze jedno: mówi­łaś, że zastą­pi­łaś dok­tora Ray­the'a. Dla­czego?

Spoj­rzała na niego dziw­nie, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, do czego zmie­rzają jego pyta­nia.

- Sta­no­wi­sko się zwol­niło, ponie­waż dok­tor Ray­the umarł.

- I to się zda­rzyło tak nagle?

- Tak, to była nagła śmierć. Pro­ces zatrud­nie­nia mnie prze­biegł bar­dzo szybko i mię­dzy innymi dla­tego jego doku­men­ta­cja była tak nie­upo­rząd­ko­wana.

- Myślę, że powin­naś to zoba­czyć - stwier­dził, wycią­ga­jąc szyfr Jess z torby i poka­zu­jąc go Thes­saly: "Dr Ray­the wie­dział i oni go zabili". - Jess Price uważa, że dok­tor Ray­the został zamor­do­wany.

Przy­glą­dał się, jak na twa­rzy Thes­saly nie­do­wie­rza­nie zmie­niło się w czy­sty szok.

- Ale to abso­lut­nie, abso­lut­nie nie­moż­liwe - powie­działa prze­ra­żona. - Jego samo­chód wpadł w poślizg na oblo­dzo­nej auto­stra­dzie trzy­dzie­ści dwa i prze­le­ciał przez barierkę. To był wypa­dek. Wszy­scy to wie­dzą.

- Wszy­scy oprócz Jess Price.

Thes­saly ponow­nie obej­rzała kartkę i zło­żyła ją na pół.

- Nie rozu­miem - ode­zwała się w końcu. - Dla­czego wybrała ten spo­sób komu­ni­ka­cji?

- Bo się kogoś boi. To dla­tego chciała, żebyś mnie tu ścią­gnęła. Jestem w sta­nie dostrzec rze­czy, któ­rych inni nie widzą. Nie myślisz, że jest w doku­men­tach dok­tora Ray­the'a coś, co mogłoby wyja­śnić, dla­czego ona się tak czuje?

- Przyj­rzę się, ale to może tro­chę potrwać - oznaj­miła Thes­saly. - Stare doku­menty są prze­cho­wy­wane w czę­ści wię­zie­nia wyłą­czo­nej z użyt­ko­wa­nia i będę musiała dostać zezwo­le­nie. Jeśli ode­zwiesz się do mnie jutro rano, powiem ci, jak mi idzie.

Brink pla­no­wał wró­cić do mia­sta od razu - nie miał ubra­nia na zmianę ani nawet szczo­teczki do zębów, a karma dla Con­nie została w domu - ale nawet przez myśl mu nie prze­szło, żeby odje­chać, zanim zro­zu­mie, co Jess Price pró­bo­wała mu powie­dzieć.

- Znajdę jakiś hotel, ale chciał­bym jesz­cze raz zoba­czyć się z Jess. Czy mogła­byś zała­twić kolejne widze­nie?

Thes­saly zagry­zła wargę, zasta­na­wia­jąc się, jak to zro­bić.

- Nie mogę nic obie­cać. Nie było łatwo zor­ga­ni­zo­wać to spo­tka­nie i moi prze­ło­żeni mogą nie zgo­dzić się na kolejne. Tak czy ina­czej, to, co stało się dzi­siaj, było ogrom­nym prze­ło­mem. Udało ci się skło­nić Jess Price do poro­zu­mie­nia się z tobą, a to wię­cej, niż doko­nał kto­kol­wiek inny, więc zoba­czę, co da się zro­bić. Trzy­maj się, Brink. Zadzwo­nię, jak tylko się cze­goś dowiem.

8

Jaskrawy, wielki jak bil­l­bo­ard neo­nowy szyld motelu Star­li­ght w stylu retro mru­gał na czer­wono i nie­bie­sko napi­sami POKOJE Z KLI­MA­TY­ZA­CJĄ i BRAK WOL­NYCH POKOI. Brink zapar­ko­wał i wyłą­czył sil­nik. Była to tro­chę mor­dow­nia, ale szyld przy­po­mi­nał mu jego rodzinne strony - stare motele i kina samo­cho­dowe roz­rzu­cone po całym Środ­ko­wym Zacho­dzie. Nie odwie­dzał Ohio od lat, ale było nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane z jego prze­szło­ścią.

Zamel­do­wał się w recep­cji w głów­nym budynku, gdzie wisiało około tuzina klu­czy, co nie pozo­sta­wiało wąt­pli­wo­ści, że wolne pokoje jed­nak są. Upew­nił się, że Conun­drum będzie mile widziana i zapła­cił za póź­niej­sze opusz­cze­nie pokoju, żeby Con­nie mogła w nim zostać, kiedy on następ­nego dnia odwie­dzi wię­zie­nie. Wziął jabłko z miski ze sto­iska z kawą i poszedł do swo­jego pokoju.

Zakwa­te­ro­wał się pod nume­rem trzy, który przy­po­mi­nał bar­dziej ciemne pudło niż pokój: z niskim sufi­tem, wiel­kim łóż­kiem i sta­rym szaf­ko­wym kli­ma­ty­za­to­rem. Wykła­dzina w kolo­rze zie­lo­nego mchu roz­cią­gała się aż do łazienki w stylu lat pięć­dzie­sią­tych, któ­rej tur­ku­sowe kafelki i umy­walka wiel­ko­ści poidła dla pta­ków pach­niały chlo­rem. Budy­nek był w nie naj­lep­szym sta­nie i Brink spo­dzie­wał się, że neon nie pozwoli mu zasnąć, ale to nie miało zna­cze­nia. Nie zosta­wał na długo, a motel był bli­sko wię­zie­nia.

Rzu­cił torbę na biurko i zabrał się do przy­go­to­wa­nia jedze­nia, które kupił dla Conun­drum w super­mar­ke­cie przy auto­stra­dzie: ćwierć funta sie­ka­nej polę­dwicy, różyczki bro­kuła i tarta mar­chewka. Con­nie była mię­so­żercą stwo­rzo­nym do polo­wa­nia, więc kar­mił ją świe­żym mię­sem, kiedy tylko mógł. Bar­dzo się o nią trosz­czył i śle­dził, ile każ­dego dnia jadła białka i tłusz­czu, dbał, żeby miała kości do gry­zie­nia dla wzmoc­nie­nia zębów, i zapew­niał jej mnó­stwo fil­tro­wa­nej wody. Nie­liczni z jego przy­ja­ciół, któ­rzy poznali Con­nie, stwier­dzali, że dba o nią bar­dziej niż o samego sie­bie, i była to prawda: dieta Con­nie była lep­sza i zdrow­sza niż jego wła­sna.

Opie­ko­wa­nie się nią stało się ważną czę­ścią jego życia. Zaadop­to­wał Conun­drum jako szcze­niaczka pod­czas pan­de­mii, kiedy był samotny i potrze­bo­wał przy­ja­ciela. W cza­sie wie­lo­mie­sięcz­nego lock­downu orga­ni­zo­wał swoje życie według jej potrzeb - wypro­wa­dzał ją na spa­cery, rzu­cał jej gumową piłkę w parku, uczył ją sztu­czek. Nauczyła się wszyst­kich, które zazwy­czaj umieją psy - apor­to­wa­nia, odwra­ca­nia się brzu­chem do góry i poda­wa­nia łapy - ale też kilku nie­ty­po­wych, jak na przy­kład łapa­nie kilku fris­bee naraz i (co lubił naj­bar­dziej) uda­wa­nie mar­twej. Ni­gdy sobie nie wyobra­żał, że mógłby spę­dzać tyle czasu z dwu­dzie­sto­fun­to­wym krót­ko­wło­sym jam­ni­kiem, ale to wła­śnie się działo: Conun­drum była jego naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem.

Kiedy Con­nie jadła, Brink wyjął lap­top i otwo­rzył nową zagadkę, nad którą pra­co­wał. Było to trian­gu­lum, geo­me­tryczna łami­główka z pie­kła rodem, którą robił dla "New York Timesa". Zaczął tak jak zwy­kle: od odpo­wie­dzi. Kiedy już wie­dział, jak ma się skoń­czyć pro­ces roz­wią­zy­wa­nia, odtwa­rzał go wstecz, ukła­da­jąc wyzwa­nia i wska­zówki w spo­sób, który miał się wyda­wać zarówno nie­unik­niony, jak i nie­spo­dzie­wany. Zazwy­czaj było to pro­ste, intu­icyjne. Ale z jakie­goś powodu trian­gu­lum mu nie wycho­dziło. Wyzwa­niem dla Brinka ni­gdy nie było samo stwo­rze­nie zagadki - mógłby to zro­bić nawet we śnie - ale skon­stru­owa­nie zagadki wspa­nia­łej, w któ­rej ide­al­nie rów­no­wa­żyły się wszyst­kie ele­menty. Powinna sta­wiać wyzwa­nie, ale nie fru­stro­wać, powinna być nie­uchwytna, ale nie nie­ja­sna, a ponad wszystko wspa­niała zagadka powinna dawać poczu­cie satys­fak­cji z każ­dego kroku pod­czas jej roz­wią­zy­wa­nia. Two­rze­nie takiej zagadki było sztuką, a Mike Brink był arty­stą.

Aby roz­wią­zać trian­gu­lum, należy umie­ścić liczby od 1 do 6 w każ­dym okrą­głym polu, tak aby wzdłuż sza­rych linii liczby się nie powta­rzały. Umie­ścił trzy liczby w trój­ką­tach w trzech polach. Doda­wały się one do więk­szej liczby. Było to ele­ganc­kie, logiczne i ambitne, a takie zagadki lubił naj­bar­dziej.

Kiedy skoń­czył, pod­łą­czył się do mote­lo­wego wi-fi i wysłał zagadkę mej­lem do swo­jego redak­tora. Nie wspo­mniał, że ukrył w niej wła­sne nazwi­sko, ale nie musiał. Jego redak­tor wie­dział, że Brink uwiel­biał zosta­wiać Easter eggs5 w swo­ich zagad­kach - jego ini­cjały, nazwi­sko, jakąś swoją tajem­nicę - ukryte wśród roz­wią­zań.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Łaciń­ski palin­drom "Krą­żymy w nocy i pochła­nia nas ogień". (Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

2. Conun­drum (ang.) - zagwozdka. [wróć]

3. W ory­gi­nale sło­wem do odgad­nię­cia było TRUST, czyli ZAUFA­NIE. Pierw­szymi pię­cioma lite­rami były E, A, I ,N, O, a pierw­szą tra­fioną - T. [wróć]

4. W ory­gi­nale rów­nież było 28 liter, zako­do­wa­nych za pomocą odmian jabłek: Thus we eat red apples, every THER­DARY Dr Ray­the Wonderful kind, WEKN knew Pink Lady, NAD and Hokuto, Early Gold, Liberty, HKTE­LY­DLIE they kil­led McIntosh. MIH. him. [wróć]

5. Dosłow­nie "jajka wiel­ka­nocne"; ter­min pocho­dzący z gier kom­pu­te­ro­wych, ozna­cza­jący ukrytą treść, naj­czę­ściej o cha­rak­te­rze humo­ry­stycz­nym i odno­szącą się do innej gry lub dzieła arty­stycz­nego. [wróć]

2

9 czerwca 2022

Ray Brook w sta­nie Nowy Jork

Mike Brink skrę­cił w polną drogę, prze­je­chał przez wiecz­nie zie­lony gęsty las i zatrzy­mał się przed wysoką meta­lową bramą wię­zie­nia. Jego pies, roczna jam­niczka o imie­niu Conun­drum2 - zdrob­niale Con­nie - spała ukryta na pod­ło­dze cię­ża­rówki. Leżała tak nie­ru­chomo, że gdy ochro­niarz wszedł do środka i się rozej­rzał, nie zauwa­żył jej. Spraw­dził tylko prawo jazdy Brinka i skie­ro­wał go w stronę impo­nu­ją­cego cegla­nego budynku, który bar­dziej paso­wał do filmu grozy niż do dnia wypeł­nio­nego czerw­co­wym świa­tłem sło­necz­nym.

Mike Brink był umó­wiony z dok­tor Thes­saly Moses - naczel­nym psy­cho­lo­giem w New York State Cor­rec­tio­nal Faci­lity, wię­zie­niu dla kobiet o mini­mal­nym rygo­rze, znaj­du­ją­cym się w osa­dzie Ray Brook. Zadzwo­niła do niego tydzień wcze­śniej i zapro­siła go na roz­mowę. Jedna z więź­nia­rek nary­so­wała zdu­mie­wa­jącą zagadkę i dok­tor Moses potrze­bo­wała jego pomocy, aby ją zro­zu­mieć. Ukła­dane przez niego zagadki spra­wiły, że maga­zyn "Time" nazwał go naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nym w tej dzie­dzi­nie czło­wie­kiem na świe­cie. Przez to trzy­dzie­sto­dwu­letni Mike Brink był bom­bar­do­wany zagad­kami, któ­rych więk­szość roz­wią­zy­wał natych­miast. Ale z opisu dok­tor Moses wyni­kało, że aku­rat ta była dzi­waczna, nie­po­dobna do żad­nej, którą do tej pory widział. Kiedy popro­sił ją o zro­bie­nie zdję­cia i wysła­nie go mej­lem, odpo­wie­działa, że to zbyt ryzy­kowne. Dane więź­niów były poufne.

- W ogóle nie powin­nam z panem o tym roz­ma­wiać - wyznała. - Ale ta pacjentka jest wyjąt­kowa i stała się dla mnie ważna.

Wła­śnie dla­tego, nie zwa­ża­jąc na naglące ter­miny i trzy­stu­mi­lową drogę do prze­by­cia, Mike Brink zgo­dził się poje­chać na pół­noc i przyj­rzeć się spra­wie. Zagadki były jego pasją i spo­so­bem rozu­mie­nia świata i tej nie mógł się oprzeć.

Wię­zie­nie wyglą­dało zło­wiesz­czo, miało wie­życzki i ciemne, wąskie okna. Czy­ta­jąc o jego histo­rii, dowie­dział się, że zostało zbu­do­wane w roku 1903 jako sana­to­rium dla cho­rych na gruź­licę. Na lecz­ni­cze wła­ści­wo­ści oko­licy skła­dały się czy­ste powie­trze, poło­że­nie na dużej wyso­ko­ści i bez­kre­sne lasy. Ośro­dek stał się sławny za sprawą powie­ści Sylvii Plath Szklany klosz. Autorka opi­sała go, odwie­dziw­szy w nim swo­jego part­nera docho­dzą­cego do zdro­wia po prze­by­tej gruź­licy. Teraz w tym samym budynku prze­by­wało kil­ka­set więź­nia­rek. Z par­kingu Mike zoba­czył dzie­dzi­niec oto­czony meta­lową siatką zwień­czoną dru­tem żylet­ko­wym, a dalej współ­cze­sną przy­bu­dówkę z pusta­ków, nie­pa­su­jącą do gotyc­kiego stylu głów­nego budynku. Wszystko to było oto­czone bez­kre­snym morzem wiecz­nie zie­lo­nego lasu, sta­no­wią­cego natu­ralną barierę mię­dzy miesz­kań­cami wię­zie­nia a resztą świata. Podej­rze­wał, że taka izo­la­cja była zapla­no­wana: nawet jeśli więź­niarka prze­do­sta­łaby się przez płot, nawet jeśli uwol­ni­łaby się ze zwo­jów drutu żylet­ko­wego, zna­la­złaby się na odlu­dziu.

Brink zapar­ko­wał w cie­niu, napeł­nił wodą pla­sti­kową miskę Con­nie, podra­pał ją za dłu­gimi, mięk­kimi uszami i pod­łą­czył prze­no­śny wen­ty­la­tor do gniazda zapal­niczki w samo­cho­dzie, uchy­la­jąc przy tym okno, aby suce było chłod­niej. W zwy­kłych oko­licz­no­ściach nie zosta­wiałby jej samej, ale nie wybie­rał się na długo, a gór­skie powie­trze było rześ­kie, zupeł­nie inne niż cięż­kie, parne gorąco Man­hat­tanu.

- Zaraz wra­cam - powie­dział i ruszył w stronę wię­zie­nia.

Przy głów­nym wej­ściu zatrzy­mał się przy sta­no­wi­sku kon­troli, odło­żył torbę do pla­sti­ko­wego pojem­nika, poka­zał ochro­nia­rzowi prawo jazdy i dowód szcze­pie­nia na covid, po czym prze­szedł przez bramkę wykry­wa­cza metalu. Dostał wcze­śniej pozwo­le­nie na wzię­cie ze sobą torby, w któ­rej miał lap­top, tele­fon, notat­nik i dłu­go­pis, i poczuł ulgę, że ochro­nia­rze nie chcieli mu jej ode­brać. Kobieta w luź­nej ciem­no­nie­bie­skiej sukience stała po dru­giej stro­nie, cze­ka­jąc. Była wysoka i szczu­pła, miała ciem­no­brą­zowe oczy, ciemną skórę i włosy ostrzy­żone na boba. Przed­sta­wiła się jako dok­tor Thes­saly Moses, naczelna psy­cho­log.

Brink nie musiał się przed­sta­wiać. Wia­domo było, że go wygo­oglo­wała. Jed­nak wpa­try­wała się w niego zbyt długo i wie­dział, że jest zasko­czona jego wyglą­dem. Miał sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, był musku­larny, smu­kły, silny i - tak mu mówiono - przy­stojny, a nie takiego wyglądu ludzie spo­dzie­wali się po (jak dro­cząc się, nazy­wała go matka) "maniaku zagad­ko­wym". Nosił swoje ulu­bione trampki marki Converse All Stars, czarne spodnie Levi's, spor­tową kurtkę i koszulkę z napi­sem NIECH KTOŚ COŚ ZROBI.

Oprócz zdjęć wyszu­ka­nie hasła Mike Brink w Google poka­za­łoby frag­ment jego wystą­pie­nia na Zoo­mie w The Late Show with Ste­phen Col­bert, nagra­nego pod­czas pan­de­micz­nego lock­downu w 2020 roku. Opro­wa­dził wów­czas Col­berta po swo­jej kolek­cji zaga­dek i otwo­rzył jedno z japoń­skich pude­łek-ukła­da­nek, skąd wziął się żart o sushi. Poka­za­łoby też stronę Wiki­pe­dii z lin­kiem do pod­strony "New York Timesa" o grach, któ­rych był sta­łym twórcą, a także listę tur­nie­jów zagad­ko­wych, które wygrał, link do pro­filu na stro­nie "Vanity Fair" z pełną histo­rią jego życia: zwy­czajne dzie­ciń­stwo na Środ­ko­wym Zacho­dzie, tra­giczny wypa­dek, który dopro­wa­dził do zmian w mózgu, i cudowny talent, który w ten spo­sób powstał.

- Dzię­kuję za tak szyb­kie przy­by­cie - powie­działa dok­tor Moses. - Pod­je­cha­ła­bym do mia­sta, ale nie mogłam zosta­wić moich pacjen­tów.

- Z całą pew­no­ścią mnie pani zacie­ka­wiła - rzekł. - Z pani opisu wynika, że to coś naprawdę nie­ty­po­wego.

- Jeśli mam być szczera, ani tro­chę tego nie rozu­miem - stwier­dziła. - Ale jeśli ktoś może to wyja­śnić, to tylko pan.

Jej wiara w jego moż­li­wo­ści go nie­po­ko­iła. W miarę jak sta­wał się coraz sław­niej­szy, ludzie czę­sto zakła­dali, że ma nad­ludz­kie zdol­no­ści. Nie tylko że umie wyre­cy­to­wać pięt­na­ście tysięcy cyfr liczby pi czy stwo­rzyć szcze­gól­nie zło­śliwą krzy­żówkę, ale że potrafi prze­wi­dy­wać przy­szłość. Nie miał jed­nak super­mocy i nie mógł doko­ny­wać rze­czy nie­moż­li­wych. Był zwy­kłym czło­wie­kiem z bar­dzo szcze­gól­nym, wąskim talen­tem - nazy­wa­nym przez jego leka­rza "wyspą geniu­szu". Mógł przy­naj­mniej spró­bo­wać.

- Ma pani to ze sobą? - zapy­tał, zauwa­żyw­szy teczkę, którą trzy­mała pod pachą.

- Chodźmy tędy, wtedy będziemy mogli poroz­ma­wiać sam na sam - powie­działa dok­tor Moses, wska­zu­jąc Brin­kowi, aby poszedł za nią kory­ta­rzem.

Cho­ciaż wie­dział, że to wię­zie­nie zostało zbu­do­wane ina­czej niż obecne tego typu budynki, spo­dzie­wał się beto­no­wych cel i zakra­to­wa­nych okien, jak w fil­mach. Jed­nak dok­tor Moses pro­wa­dziła go przez miej­sce spo­kojne, pra­wie przy­jemne, tra­dy­cyjne - okna były zbro­jone - ale ludz­kie. Przy wykry­wa­czach metalu były drzewka w donicz­kach, na ścia­nach wisiały obrazy, pod­łogę kory­ta­rza pokry­wała wykła­dzina. Sana­to­rium dla gruź­li­ków zostało prze­ro­bione na współ­cze­sne wię­zie­nie w taki sam spo­sób, w jaki stary kościół mógłby być zaadap­to­wany na ośro­dek medy­ta­cji zen: sym­bole i zdo­bie­nia zmie­niono, ale zasad­ni­cza struk­tura pozo­stała nie­na­ru­szona.

Dok­tor Moses wpro­wa­dziła go do jasnego, gustow­nie urzą­dzo­nego gabi­netu i zamknęła drzwi. Zna­lazł się w skru­pu­lat­nie upo­rząd­ko­wa­nym pomiesz­cze­niu: nie­ska­zi­telne biurko, ozna­czone kolo­rami segre­ga­tory na półce, kom­pu­ter sta­cjo­narny Mac; wszystko było dosko­nale zwy­czajne, aż jego oczy spo­częły na kostce Rubika leżą­cej na para­pe­cie. Był to now­szy model, w któ­rym kolor małym kostecz­kom nada­wał pla­stik, z któ­rego były wyko­nane, a nie naklejki. Sta­no­wiły mozaikę nie­bie­skiego, zie­lo­nego, żół­tego, poma­rań­czo­wego, czer­wo­nego i bia­łego. Były poprze­sta­wiane w spo­sób, który wska­zy­wał na nie­sku­teczne próby uło­że­nia, trwa­jące tygo­dnie, a może nawet mie­siące, przez które ktoś - zakła­dał, że to Thes­saly Moses - męczył się z uło­że­niem sze­ściu kolo­rów. Postu­kał pal­cami w udo, prze­nik­nęła go ner­wowa ener­gia. Samo spoj­rze­nie na kostkę w sta­nie takiego nie­upo­rząd­ko­wa­nia wypeł­niało go przy­tła­cza­jącą potrzebą uło­że­nia jej jak należy.

Zauwa­żyw­szy jego zain­te­re­so­wa­nie, Thes­saly wzięła kostkę i zakrę­ciła nią na czub­kach pal­ców.

- Wygra­łam ją na służ­bo­wej impre­zie waka­cyj­nej w zeszłym roku - oznaj­miła. - Mia­łam nadzieję na magiczną kulę bilar­dową z cyfrą osiem. Pró­buję ją uło­żyć, ale to cały czas droga pod górę. Szcze­rze mówiąc, nawet nie wiem, dla­czego to robię. Po co mar­no­wać czas na rze­czy bez­u­ży­teczne?

Brink oce­nił każdą ścianę kostki, kiedy Thes­saly ją obra­cała. Trzy ruchy naprzód zgod­nie ze wska­zów­kami zegara, dwa ruchy wstecz w prze­ciw­nym kie­runku, jeden w prawo, pięć w lewo... Oczami wyobraźni widział kolejne kroki pro­wa­dzące jeden po dru­gim do ide­al­nego uło­że­nia każ­dej ściany w jed­nym kolo­rze.

- Cho­dzi o to - zaczął, odry­wa­jąc oczy od kostki i napo­ty­ka­jąc spoj­rze­nie Thes­saly - że ist­nieją czter­dzie­ści trzy try­liony kom­bi­na­cji i tylko jedno roz­wią­za­nie. - Zauwa­żył jej zacie­ka­wie­nie i kon­ty­nu­ował: - Nie chcia­łaby pani doświad­czyć cze­goś tak nie­sa­mo­wi­cie wyjąt­ko­wego?

- Pro­szę - powie­działa, rzu­ca­jąc mu kostkę. - Niech mi pan pokaże.

Zła­pał ją lewą ręką, zer­k­nął na każdą ścianę, uło­żył kolory w gło­wie, upo­rząd­ko­wał kostkę w dwu­dzie­stu ruchach i jak osza­co­wał, w pięt­na­ście sekund. Nie był w tym naj­lep­szy - mistrz świata Mats Valk mógł tego doko­nać w pięć i pół sekundy - ale wciąż cał­kiem dobry. Dostał zastrzyk adre­na­liny, kiedy umie­ścił uło­żoną kostkę w dłoni Thes­saly. Dokład­nie to było powo­dem, dla któ­rego roz­wią­zy­wał zagadki - uczu­cie, że wszystko we Wszech­świe­cie ma sens. To było jak zwy­cię­skie przy­ło­że­nie, jak dobie­gnię­cie do mety w mara­to­nie, jak wspa­niały seks.

- Mam talent do rze­czy bez­u­ży­tecz­nych - wyznał.

Thes­saly zro­biła wiel­kie oczy.

- Na to wygląda - stwier­dziła, prze­su­wa­jąc pal­cem po jed­no­ko­lo­ro­wych ścian­kach, i przyj­rzała się ide­al­nemu uło­że­niu kostki przed odło­że­niem jej na biurko. Chciała o coś zapy­tać, zawa­hała się, ale cie­ka­wość wzięła górę. - Jestem pewna, że cią­gle pana o to pytają, i prze­pra­szam, jeśli jestem wścib­ska, ale jak pan to zro­bił?

Miała rację. Sły­szał różne wer­sje tego pyta­nia tysiąc razy. Na czym naprawdę polega ta zdol­ność do roz­wią­zy­wa­nia zaga­dek? Czy to instynkt? Intu­icja? Geniusz? Magia? Czy ma w gło­wie kom­pu­ter, który wypluwa roz­wią­za­nia? Na czym polega sztuczka? Ale prawda była taka, że nie wie­dział, jak to się dzieje. Nie umiał tego wytłu­ma­czyć. Jego mózg robił to sam, tak jak serce pom­po­wało krew czy płuca nasy­cały komórki tle­nem. Chwy­tał wzory i ciągi bez jego pozwo­le­nia, a cza­sem i świa­do­mo­ści, i wypeł­niał mu umysł natło­kiem liczb i obra­zów. Kiedy chciał roz­wią­zać zagadkę, wystar­czyło mu ją sobie wyobra­zić. Cza­sami, kiedy recy­to­wał z pamięci tysiące cyfr liczby pi, w jego umy­śle poja­wiała się struk­tura, splą­tane kolory pro­wa­dziły go naprzód dokład­nie tak, jak to się stało, gdy ukła­dał kostkę Rubika. Nie­któ­rzy leka­rze wie­rzyli, że prze­ni­ka­nie się zmy­słów, czyli syne­ste­zja, było odpo­wie­dzią jego mózgu na uszko­dze­nie i klu­czem do jego zdol­no­ści. Ale on nie był pewien. Naj­czę­ściej to było jak otwar­cie drzwi: infor­ma­cje po pro­stu napły­wały.

Thes­saly poszła na drugi koniec gabi­netu, wska­zała mu, żeby usiadł na kana­pie, i zajęła miej­sce naprze­ciwko. Odpo­wie­działa na jego spoj­rze­nie z uważ­no­ścią cha­rak­te­ry­zu­jącą wyszko­lo­nych tera­peu­tów. Po wypadku spo­ty­kał ich mnó­stwo i wie­dział, czego się spo­dzie­wać: współ­czu­ją­cego tonu głosu, prób nawią­za­nia więzi emo­cjo­nal­nej. Nie podo­bała mu się w tym pre­ten­sjo­nal­ność i sztucz­ność, ale Thes­saly Moses spra­wiała wra­że­nie szcze­rej. W końcu spro­wa­dziła go tu z kon­kret­nego powodu.

Wycią­gnęła z teczki zło­żoną kartkę i podała mu.

- To jest ten rysu­nek. Jestem cie­kawa, co on według pana zna­czy.

3

Kartka była lekka i cienka, nie­mal prze­zro­czy­sta. Kiedy ją roz­ło­żył, zoba­czył duży krąg nama­lo­wany czar­nym tuszem. Roz­cho­dziły się z niego pro­mie­nie jak ze Słońca, a zewnętrzny brzeg oko­lony był licz­bami od 1 do 72. W samym środku znaj­do­wał się ciąg hebraj­skich liter nama­lo­wanych gru­bymi pocią­gnię­ciami pióra. Bez wysiłku, nawet nie zauwa­ża­jąc, że to robi, zaczął roz­kła­dać krąg na czyn­niki pierw­sze, jego umysł wypa­try­wał wzo­rów, szu­ka­jąc szcze­gól­nego spo­sobu upo­rząd­ko­wa­nia, który odróż­niał zagadkę od wszyst­kiego innego na Ziemi: jej syme­trii i ele­gan­cji, jej ukry­tego skarbu, potrzeby bycia roz­wią­zaną. To działo się za każ­dym razem, gdy sta­wał twa­rzą w twarz z zaska­ku­ją­cym lub nie­ty­po­wym wzo­rem: coś w nim iskrzyło i skwier­czało, roz­pa­la­jąc pło­mień cie­ka­wo­ści i pra­gnie­nia, od któ­rego nie dawało się odwró­cić.

Ale ta zagadka - jeśli to w ogóle była zagadka - była nie­pełna, tylko w dzie­się­ciu pro­cen­tach wypeł­niona licz­bami i sym­bo­lami, i tajem­nica tych bra­ków wcią­gała go, drwiąc z niego. Czego nie zauwa­żył? Co zna­czyły puste miej­sca? Poło­żył kartkę na sto­liku mię­dzy sobą i Thes­saly.

- Ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łem.

- Ale może mi pan powie­dzieć, co to jest, prawda?

Zer­k­nął na hebraj­skie litery, na wir liczb. Było jasne, że to począ­tek cze­goś... ale czego?

- Nie­wiele się tutaj dzieje. Żad­nego wyraź­nego wzoru, żad­nych oczy­wi­stych cią­gów, nic, na czym mógł­bym się zacze­pić.

Dok­tor Moses wyda­wała się zawie­dziona. Było dokład­nie tak, jak się spo­dzie­wał: ocze­ki­wała od niego, że mach­nie cza­ro­dziej­ską różdżką i odkryje prawdę scho­waną pod ilu­zją.

- Ale to nie­moż­liwe - stwier­dziła. Odwró­ciła kartkę, na dru­giej stro­nie były napi­sane odręcz­nie dwa słowa: "Mike Brink". - Chciała, żebym pana odna­la­zła. Na pewno jest pan w sta­nie mi coś na ten temat powie­dzieć.

- Kto chciał?

- Mówi panu coś imię i nazwi­sko Jess Price?

Był bli­ski uzna­nia tego nazwi­ska za nie­zna­czące, ale przed oczami jego wyobraźni poja­wił się frag­ment gazety. Zoba­czył czarno-białą foto­gra­fię kobiety z rękami sku­tymi kaj­dan­kami za ple­cami, a powy­żej nagłó­wek: JESS PRICE, CENIONA PISARKA, ARESZ­TO­WANA POD ZARZU­TEM MOR­DER­STWA. Tak, pamię­tał Jess Price. Kilka lat wcze­śniej wszę­dzie było o niej gło­śno. Była oskar­żona o zabi­cie czło­wieka w rezy­den­cji z pozła­ca­nego wieku na pół­nocy stanu. Gdy ją aresz­to­wano, nie chciała roz­ma­wiać z poli­cją, praw­ni­kami ani mediami i została ska­zana za zabój­stwo, nie wypo­wie­dziaw­szy ani jed­nego słowa na swoją obronę.

- Ma pani na myśli pisarkę Jess Price?

- W sumie od dawna nic nie napi­sała - powie­działa dok­tor Moses. - Jest tu od pra­wie pię­ciu lat i nie poro­zu­mie­wała się ze mną w żaden spo­sób aż do ostat­niego tygo­dnia, kiedy nary­so­wała ten krąg i powie­działa, żeby go panu prze­ka­zać.

- Dla­czego aku­rat mnie? - zapy­tał, cho­ciaż nie­trudno było się domy­ślić. Sława, któ­rej przy­spo­rzyły mu jego zagadki, trwała już od dzie­się­ciu lat.

- Jess Price zdaje sobie sprawę z pana zdol­no­ści. I cho­ciaż nie mam poję­cia, dla­czego nama­lo­wała ten krąg, wie­rzę, że może on być klu­czem do zro­zu­mie­nia naj­bar­dziej tajem­ni­czej i fru­stru­ją­cej pacjentki, z jaką kie­dy­kol­wiek mia­łam do czy­nie­nia. W ciągu lat, kiedy pró­bo­wa­łam się z nią poro­zu­mieć, widzia­łam rze­czy, od któ­rych zaczę­łam wąt­pić w swoje umie­jęt­no­ści. Zro­bi­ła­bym wszystko, żeby do niej dotrzeć. A jed­nak ona prosi o pana.

Spoj­rzał ponow­nie na krąg, odczu­wa­jąc prze­możne pra­gnie­nie, by w niego wpaść, chcąc obna­żyć jego tajem­nicę, niczym pro­mień świa­tła obnaża róg pokoju ukryty w cie­niu. Zamiast tego odsu­nął go od sie­bie.

- Roz­wią­zy­wa­nie zagadki to jedno - odparł. - Ale anga­żo­wa­nie się w coś takiego? Nie mam spe­cjal­nej ochoty.

Dok­tor Moses wytrzy­mała przez chwilę jego spoj­rze­nie, po czym otwo­rzyła teczkę i poło­żyła ją przed nim.

- To jest doku­men­ta­cja doty­cząca Jess Price - powie­działa. - Pro­szę rzu­cić na nią okiem. Może zoba­czy pan coś, co wyja­śni, dla­czego o pana pytała.

Zna­lazł tam stos rapor­tów kli­nicz­nych, z któ­rych każdy był pod­pi­sany na dole, stertę zdjęć i kilka wycin­ków z gazet. Spo­mię­dzy kar­tek wypadł na stół jakiś arty­kuł. Była to kse­ro­ko­pia strony gazety "Hud­son Val­ley" zawie­ra­jąca foto­gra­fię Brac­ken House, rezy­den­cji poło­żo­nej nie­da­leko rzeki Hud­son, gdzie dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Noah Cooke został bru­tal­nie zamor­do­wany. Tuż obok zamiesz­czono zdję­cie Jess Price zro­bione po jej aresz­to­wa­niu, które widział pięć lat temu, a nad nim pogru­biony nagłó­wek. Przy­pa­trzył się zdję­ciu z bli­ska, porów­nu­jąc je ze swoją pamię­cią. Było iden­tyczne: Jess Price, z rękami w kaj­dan­kach, pro­wa­dzona do sądu. Oprócz arty­kułów z gazet w teczce było też zdję­cie por­tre­towe Jess Price - praw­do­po­dob­nie z okładki jej książki - i kilka uryw­ków z mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Prze­glą­da­jąc je, zoba­czył kobietę z sze­roko roz­sta­wio­nymi nie­bie­skimi oczami, blond fry­zurą pixie i wyra­zi­stymi, deli­kat­nymi rysami. Zro­biła na nim wra­że­nie osoby nie­zdol­nej do skrzyw­dze­nia kogo­kol­wiek, a co dopiero zabi­cia czło­wieka.

- Ona nie wygląda na... - był bli­ski powie­dze­nia "sza­loną", ale ugryzł się w język. - Zabu­rzoną.

- Wszystko wska­zuje na to, że nie była. Przed nocą, kiedy zostało popeł­nione mor­der­stwo, była zrów­no­wa­żoną młodą kobietą pro­wa­dzącą względ­nie nor­malne życie. Teraz cierpi na cały zespół cho­rób psy­chicz­nych, z któ­rych żad­nej nie byłam w sta­nie w pełni zdia­gno­zo­wać. Zdaje się mie­wać halu­cy­na­cje słu­chowe, czyli sły­szy rze­czy, któ­rych nie ma. Cierpi na cięż­kie zabu­rze­nia lękowe, pro­wa­dzące do samo­oka­le­cza­nia - dra­pie się po rękach do krwi, nie chce jeść, cią­gnie się za włosy i je wyrywa. W zeszłym tygo­dniu ogry­zła sobie paznok­cie, aż palce zaczęły krwa­wić.

- I w ogóle się z panią nie poro­zu­miewa? - zapy­tał, zasta­na­wia­jąc się, jak mogła funk­cjo­no­wać bez moż­li­wo­ści komu­ni­ko­wa­nia swo­ich potrzeb.

Dr Moses otwo­rzyła szarą kopertę zawie­ra­jącą zeszyt.

- Dałam to Jess na początku naszej zna­jo­mo­ści. Zakła­da­łam, że w ten spo­sób uda się poko­nać mur, za któ­rym się scho­wała. Pisa­nie może być świet­nym narzę­dziem tera­peu­tycz­nym. Jej poprzedni tera­peuta, dok­tor Ernest Ray­the, zosta­wił notatki, w któ­rych twier­dził, że udało mu się w ten spo­sób coś wskó­rać. Ale nie takich wyni­ków się spo­dzie­wa­łam... - Otwo­rzyła zeszyt. Był pełen liczb i kształ­tów, sia­tek i list słów, zaga­dek wycię­tych z gazet i wkle­jo­nych na wielu kolej­nych stro­nach zeszytu. - Ona żyje w zagadce.

Brink wziął zeszyt i przej­rzał go. Zoba­czył swoje wła­sne zagadki, a były ich setki, wszyst­kie roz­wią­zane nie­bie­skim tuszem.

- Widzi pan - zaczęła dok­tor Moses, napo­tkaw­szy jego wzrok - pana gry są jedy­nymi rze­czami, które ją inte­re­sują.

- Zagadki - spro­sto­wał, czu­jąc ucisk w klatce pier­sio­wej. - Ja pro­jek­tuję zagadki, a nie gry.

Rzu­ciła mu roz­ba­wione spoj­rze­nie, tak jakby pocie­szała dziecko.

- To jest jakaś róż­nica?

- Zagadki skła­dają się ze wzo­rów. One służą do tego, by je roz­wią­zy­wać. Mają zawsze usta­lony porzą­dek i jed­no­znaczną odpo­wiedź. Gry się wygrywa czę­sto za sprawą szczę­ścia lub oko­licz­no­ści loso­wych. Jest w nich ele­ment nie­prze­wi­dy­wal­no­ści. Można być naj­bar­dziej uta­len­to­waną i zde­ter­mi­no­waną osobą na świe­cie, ale ni­gdy nie wygrać żad­nej gry. Róż­nica jest ogromna.

Dok­tor Moses wytrzy­mała jego spoj­rze­nie przez chwilę i powie­działa:

- Tak więc pana zagadki stały się dla niej w pew­nym sen­sie obse­sją. Jess roz­wią­zała wszystko, co pan kie­dy­kol­wiek opu­bli­ko­wał, mię­dzy innymi pań­skie coty­go­dniowe zagadki w nie­dziel­nych wyda­niach "Timesa". Przy nich wycho­dzi na zewnątrz. Kiedy pra­cuje nad jedną z tych zaga­dek, wygląda na pra­wie szczę­śliwą. Nie jest prze­sadą twier­dze­nie, że pana zagadki oca­liły jej życie.

Ni­gdy nie myślał o swo­ich dzie­łach jako o czymś innym niż sta­wia­ją­cych wyzwa­nie odskocz­niach, zabaw­nych spo­so­bach na spę­dze­nie leni­wego nie­dziel­nego poranka - kawa, baj­gle i zagadka od Brinka. Oczy­wi­ście two­rzył je z myślą, żeby do kogoś tra­fiły, ale ten czło­wiek był abs­trak­cyjny, nie­zde­fi­nio­wany przez żadne kon­kretne cechy. A tu miał Jess Price, praw­dziwą osobę, przed­sta­wioną na foto­gra­fii. To, że jego zagadki były dla tej kobiety tak ważne, to, że ura­to­wały jej życie, spra­wiło, że poczuł wielką odpo­wie­dzial­ność.

- Cie­szę się, że mogły jej pomóc - powie­dział w końcu.

- Istot­nie, poma­gają - potwier­dziła dok­tor Moses, łago­dząc ton głosu. - Jej nie­umie­jęt­ność wyra­ża­nia sie­bie bar­dzo jej szko­dziła, może nawet bar­dziej niż uwię­zie­nie w celi. Pań­skie zagadki dały jej coś, na czym mogła się oprzeć. Pozwo­liły jej komu­ni­ko­wać się ze świa­tem. I pro­szę, jej pierw­sza próba nawią­za­nia z kimś kon­taktu doty­czyła pana. - Dok­tor Moses zamknęła zeszyt i scho­wała go z powro­tem do koperty. - I tu poja­wia się drugi powód, dla któ­rego pana zapro­si­łam. Mia­łam nadzieję, że może chciałby się pan z nią spo­tkać.

- Spo­tkać? - zapy­tał zbity z tropu. - Ma pani na myśli teraz?

- To będzie krót­kie spo­tka­nie, ale może mieć ogromne zna­cze­nie dla jej powrotu do zdro­wia - powie­działa.

- Pro­szę posłu­chać, rozu­miem, że to dla pani ważne, i chciał­bym pomóc, ale nie mogę zostać dłu­żej. Mam przed sobą długą drogę z powro­tem do mia­sta. Obie­ca­łem redak­to­rowi jedną zagadkę na jutro i drugą po week­en­dzie. I mój pies został w cię­ża­rówce.

- Może się pan z nią zoba­czyć teraz. To zaj­mie naj­wy­żej pięt­na­ście minut. Tak naprawdę wszystko jest już usta­lone. Ma pan pozwo­le­nie na widze­nie. - Wycią­gnęła iden­ty­fi­ka­tor z kie­szeni sukienki i podała mu go. - I przy­go­to­wa­łam ciche, spo­kojne miej­sce, w któ­rym będzie­cie mogli poroz­ma­wiać. Pro­szę się nad tym zasta­no­wić. Nie dość, że spo­tka pan swoją naj­więk­szą fankę, to jesz­cze może dowie­dzieć się cze­goś o tym rysunku.

Krąg fak­tycz­nie go intry­go­wał i czuł silne pra­gnie­nie, aby go zro­zu­mieć, ale coś ostrze­gało go, żeby się w to nie anga­żo­wać.

- Nie wiem - powie­dział. - Nie jestem pewny, czy w ogóle się na coś przy­dam.

- Panie Brink, jesz­cze ni­gdy nie zapro­si­łam nikogo, żeby spo­tkał się z jedną z moich pacjen­tek - oznaj­miła. - Ale Jess Price nie jest po pro­stu zwy­kłą pacjentką. Tu dzieje się coś dziw­nego. Coś, czego nie umiem wytłu­ma­czyć. Cza­sem w jej towa­rzy­stwie czuję się... nie wiem, jak to dokład­nie wytłu­ma­czyć. Prze­stra­szona. A nawet bar­dziej. Prze­ra­żona. Tak jak­bym była bli­sko cze­goś potęż­niej­szego ode mnie. Cze­goś groź­nego. Ten rysu­nek może powie­dzieć nam dla­czego.

Zer­k­nął na rysu­nek, nie­zde­cy­do­wany. Mógłby powie­dzieć "nie" i być z powro­tem w swoim miesz­ka­niu przed kola­cją. Albo mógłby zostać, spo­tkać Jess Price i roz­wią­zać jedną z naj­dziw­niej­szych zaga­dek, jakie kie­dy­kol­wiek widział.

Dok­tor Moses wyczuła jego waha­nie i naci­skała.

- Rozu­miem, że pro­szę o wiele. Szanse, że w ogóle przy­je­dzie pan do Ray Brook, a co dopiero pomoże kobie­cie, któ­rej ni­gdy wcze­śniej pan nie spo­tkał, były małe. Ale jest pan jej jedyną nadzieją.

Na dźwięk słowa "szanse" zamilkł. Rozu­miał lepiej niż kto­kol­wiek inny, jak to jest wal­czyć z nie­mal nie­moż­li­wymi do poko­na­nia prze­ciw­no­ściami. Szansa, że w ogóle prze­żyje wypa­dek, była jedna na milion, a że uraz dopro­wa­dzi do roz­woju umie­jęt­no­ści, które ma, jedna na miliard. Ale stało się: Mike Brink wygrał z losem. Jak mógł odmó­wić komuś innemu szansy na doko­na­nie tego samego?

Wło­żył rękę do kie­szeni i wycią­gnął srebr­nego dolara. Od czasu wypadku nosił go ze sobą wszę­dzie i wie­rzył w niego - w ustruk­tu­ry­zo­waną loso­wość wyni­ków osią­ga­nych z praw­do­po­do­bień­stwem pół na pół, jego bru­talną jasność w momen­tach nie­zde­cy­do­wa­nia - wie­rzył bar­dziej niż w cokol­wiek innego. Reli­gię czy naukę, fik­cję czy fakt, wycho­wa­nie czy czyn­niki wro­dzone. Nic nie było tak sta­bil­nie nie­moż­liwe do prze­wi­dze­nia, jak rzut monetą.

Umie­ścił monetę na czubku kciuka, przy­go­to­wu­jąc ją do rzutu.

- Jeśli wypad­nie orzeł, spo­tkam się z nią - powie­dział. - Jeśli reszka, jadę do domu. Umowa stoi?

Dok­tor Moses spoj­rzała na niego zdez­o­rien­to­wana. Było to dziwne, ale gdyby go wygo­oglo­wała, wie­dzia­łaby o wszyst­kich jego dzi­wac­twach. Pew­nego dnia rzu­cił swoim srebr­nym dola­rem przed waż­nymi zawo­dami zagad­ko­wymi i zgod­nie z wyni­kiem oddał star­cie wal­ko­we­rem i odszedł. Dok­tor Moses ski­nęła głową, zga­dza­jąc się na jego warunki.

Moneta błysz­czała na jego palcu, zadrżał w ocze­ki­wa­niu, poczuł dreszcz nie­pew­no­ści. Nie był czło­wie­kiem prze­sąd­nym, wie­rzył w siłę wzo­rów, sub­telne piękno liczb i syme­trię roz­sądku, ale jed­nak ta moneta miała szcze­gólny wpływ na jego los. Słu­żyła mu jako kanał, por­tal, przez który przy­by­wała przy­szłość, pew­nego rodzaju wyrocz­nia.

Wypo­zio­mo­wał monetę i wystrze­lił ją do góry. Pole­ciała wysoko, obró­ciła się raz, dwa razy, a potem jesz­cze raz i wylą­do­wała na jego dłoni. Odwró­cił ją, przy­ci­snął zimny metal do skóry i czu­jąc napię­cie w klatce pier­sio­wej, pod­niósł dłoń i spoj­rzał.

4

Dok­tor Moses wyjęła z kie­szeni pęk klu­czy i otwo­rzyła drzwi wię­zien­nej biblio­teki. Brink wszedł za nią do prze­stron­nej sali wypeł­nio­nej rega­łami i dłu­gimi drew­nia­nymi sto­łami. Potrój­nej wyso­ko­ści okna na samym końcu pomiesz­cze­nia wycho­dziły na ogród, gdzie więź­niarki usu­wały chwa­sty z kwiet­ni­ków. Każde okno skła­dało się ze szkla­nych kwa­dra­tów i licząc je, podzi­wiał wzór: dwa­dzie­ścia sie­dem kwa­dra­tów na okno, stos ide­al­nych sze­ścia­nów. Dok­tor Moses zapro­wa­dziła go do stołu pod oknami.

- Pójdę teraz po Jess - powie­działa z uśmie­chem. - Wra­cam za pięć minut.

Brink pod­szedł do okna i wyj­rzał na dzie­dzi­niec. Była tam ścieżka, którą szły kobiety w sza­rych kom­bi­ne­zo­nach, a dalej par­king. Jego pokie­re­szo­wana cię­ża­rówka paso­wała do hond, for­dów i che­vych, błysz­czą­cych w póź­no­po­ran­nym słońcu, jak pięść do nosa. Jego wóz był for­dem z 1991 roku, czer­wo­nym jak pomi­dor, z rdzą na kra­wę­dziach, który z tru­dem w ogóle doto­czył się do Ray Brook. Drżał i prze­chy­lał się, kiedy jechał szyb­ciej niż sto kilo­me­trów na godzinę, a prze­łą­czony na piąty bieg wyda­wał ostrze­ga­jące skrze­cze­nie. Cię­ża­rówka była już w nie naj­lep­szym sta­nie w 2008 roku, kiedy jechał nią z Cle­ve­land do Bostonu na stu­dia, ale nale­żała do jego ojca - była to jedna z nie­licz­nych rze­czy, które zostały mu po jego śmierci, i nie mógł się z nią roz­stać. Psuła się bez prze­rwy, ale Brink akcep­to­wał jej wady w ten sam spo­sób, w jaki akcep­tuje się nie­do­łęż­ność uko­cha­nego sta­rego psa: z tole­ran­cją i poczu­ciem końca, smut­nego, lecz nie­unik­nio­nego, widocz­nego coraz bli­żej na hory­zon­cie.

Cię­ża­rówka towa­rzy­szyła mu we wszyst­kich naj­waż­niej­szych chwi­lach nasto­let­niego życia: w niej nauczył się jeź­dzić, upi­jał się ze zna­jo­mymi, upra­wiał pierw­szy w życiu seks w śpi­wo­rze na tyl­nym sie­dze­niu. Jechał nią tego dnia, kiedy wszystko się zmie­niło, 12 paź­dzier­nika 2007 roku, w dniu mistrzostw szkół śred­nich w fut­bolu w sta­nie Ohio. Zapar­ko­wał ją nie­da­leko boiska fut­bo­lo­wego. Ni­gdy nie przy­szło mu do głowy, że kilka godzin póź­niej będzie odjeż­dżał stam­tąd karetką. Wysłu­żone winy­lowe sie­dze­nia, ostra woń kurzu i potu, a nawet źle dzia­ła­jąca skrzy­nia bie­gów - to wszystko przy­po­mi­nało mu, kim kie­dyś był: roz­gry­wa­ją­cym i kapi­ta­nem mistrzow­skiej dru­żyny, przy­stoj­nym i pew­nym sie­bie, wylu­zo­wa­nym i mają­cym szczę­ście chło­pa­kiem, który szedł przez życie bez więk­szych trud­no­ści.

Zawsze było mu trudno się sku­pić przed waż­nym meczem, ale tej nocy oka­zało się to jesz­cze trud­niej­sze niż zwy­kle. Mieli być tam łowcy głów, bacz­nie obser­wu­jący grę, i jego przy­szłość zale­żała od tego, jak mu pój­dzie. Wygrana zapew­ni­łaby mu mnó­stwo ofert w pełni opła­co­nych stu­diów na naj­lep­szych fut­bo­lowo col­lege'ach, a prze­grana pozo­sta­wia­łaby go z ofer­tami z dru­go­rzęd­nych pla­có­wek, które i tak się już do niego zgło­siły. Tak czy tak, po tym wie­czo­rze wybie­rał się gdzieś na sty­pen­dium spor­towe.

Nawet bez tego sty­pen­dium rodzice pomo­gliby mu przejść przez col­lege. Wspie­rali go zawsze, nawet kiedy coś skno­cił, jak na przy­kład gdy dostał man­dat za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści albo zawa­lił w szkole histo­rię Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Się­ga­jąc wzro­kiem poza boisko, wypa­trzył ich w dru­gim rzę­dzie try­bun, tuż za dru­żyną, osła­nia­ją­cych sobie kolana weł­nia­nym kocem. Jego mama, gdy zoba­czyła, że ją dostrzegł, poma­chała do niego, a tata ski­nął głową, doda­jąc mu otu­chy, i Mike poczuł się przez moment dumny. Teraz w końcu mógł im się odwdzię­czyć. Za wszystko, co dla niego zro­bili, za wszyst­kie mecze za mia­stem, na któ­rych byli, za cały sprzęt, który kupili, za całe wspar­cie, które od nich dostał. Tego wie­czoru będą z niego dumni.

Hałas był ogłu­sza­jący. Tupot stóp, stac­ca­towe skan­do­wa­nie che­er­le­ade­rek, pier­wotny rytm orkie­stry dętej - pró­bo­wał tego wszyst­kiego nie sły­szeć i skon­cen­tro­wać się na grze. Zimna, bru­talna pogoda końca sezonu prze­ni­kała boisko i oba­wiał się rzu­ce­nia piłki pod wiatr. Szczę­śli­wie jego dru­żyna wygrała rzut monetą. Prze­ciwna dru­żyna wybrała reszkę, a sędzia wyrzu­cił orła, dając Mike'owi prze­wagę gra­nia z wia­trem. Po kop­nię­ciu z powie­trza jego dru­żyna miała silną pozy­cję, więc zde­cy­do­wał się prze­jąć ini­cja­tywę. Zarzą­dził zagra­nie, które wycięło drogę przez śro­dek boiska, pozwa­la­jąc mu prze­biec z piłką aż do samego końca. To był nie­ty­powy pomysł, ryzy­kowny przy tej odle­gło­ści od bramki, ale prze­ci­śnię­cie się roz­gry­wa­ją­cego wytrą­ci­łoby prze­ciw­ni­ków z rów­no­wagi i dowio­dłoby jego zwin­no­ści i szyb­ko­ści. Przy­ło­że­nie w pierw­szej minu­cie poka­za­łoby im, kto tu rzą­dzi.

Chwy­cił piłkę, wyco­fał się, zamar­ko­wał poda­nie i ruszył przed sie­bie tak szybko, jak potra­fił. Dzie­sięć jar­dów, dwa­dzie­ścia jar­dów, trzy­dzie­ści. Czuł piłkę przy­ci­śniętą do boku. Czuł chłodny podmuch wia­tru na ple­cach. W oddali widział pole punk­towe, sze­roko otwarte, cze­ka­jące na niego. I wtedy nastą­piło ude­rze­nie. Prze­wró­cił się gwał­tow­nie, jego głowa ude­rzyła o wnę­trze hełmu i wszystko pochło­nęła ciem­ność.

Obu­dził się przy­wią­zany do drew­nia­nej deski w karetce. W pierw­szej chwili pomy­ślał, że coś sobie zła­mał, ale oka­zało się, że oprócz roz­ma­za­nego widze­nia i guza roz­miaru gęsiego jaja nic mu się nie stało. Po szcze­gó­ło­wych bada­niach na izbie przy­jęć lekarz powie­dział mu, że doznał wstrzą­śnie­nia mózgu, i ode­słał go do domu, pole­ca­jąc chło­dzić głowę lodem i odpo­czy­wać.

Pierw­sze oznaki, że uraz był poważ­niej­szy, poja­wiły się po kilku dniach. Docho­dził do sie­bie w domu, kiedy zauwa­żył, że wszystko dookoła niego wydaje się jakieś dziwne. Bar­dziej upo­rząd­ko­wane, bar­dziej spójne niż wcze­śniej. Zdu­miony stwier­dził, że widzi wzory we wszyst­kim. Mar­mu­rowa pod­łoga w kuchni - sza­chow­nica czar­nych i bia­łych pól - była geo­me­trycz­nym cudem, trój­wy­mia­rową ukła­danką wypeł­nioną nie­koń­czą­cymi się kory­ta­rzami. Pew­nego popo­łu­dnia spę­dził czter­dzie­ści pięć minut pod prysz­ni­cem, po pro­stu przy­pa­tru­jąc się ruchowi wody i jej tra­jek­to­rii od główki prysz­nica do kafel­ków, gdzie krę­ciła się spi­ralą przy odpły­wie. Woda ukła­dała się w wyszu­kane struk­tury - tęcze i frak­tale, mate­ma­tyczne wzory, które otwie­rały się przed nim w kolo­ro­wych falach. Kiedy patrzył na grę wzo­rów w wodzie, coś zasko­czyło. Nie wie­dział jak, ale rozu­miał te struk­tury. Ist­niał sys­tem, pod­sta­wowy porzą­dek świata, i on go widział.

Z cza­sem zauwa­żył wię­cej zmian w swoim postrze­ga­niu świata. Kiedy myślał o pew­nych licz­bach lub lite­rach, poja­wiały się w jego umy­śle w żywych kolo­rach, jasnych i nasy­co­nych, nie­mal migo­czą­cych: cyfra 9 była czer­wona jak wiśnie, 6 żółta jak kana­rek, 3 inten­syw­nie błę­kitna jak stal. Dwu­cy­frowe liczby uka­zy­wały się jako mie­szanki kolo­rów, tak więc 63 stało się zie­lone, 93 głę­boko ultra­fio­le­towe, 69 jasno­po­ma­rań­czowe. Dźwięki rów­nież wypeł­niały jego świa­do­mość kolo­rami, czy­niąc pio­senkę poka­zem roz­bryź­nię­tych kolo­rów, nama­lo­wa­nym kon­cer­tem w tle jego umy­słu.

Te zmiany w doświad­cza­niu rze­czy­wi­sto­ści były tak dziwne, że na początku nikomu o nich nie mówił. Wie­dział jedy­nie, że regu­lar­nie doświad­cza wysoce upo­rząd­ko­wa­nych geo­me­trycz­nych halu­cy­na­cji, i cho­ciaż zda­wał sobie sprawę, że to, co widzi, jest praw­dziwe, nie był pewien, że kto­kol­wiek by mu uwie­rzył, gdyby pró­bo­wał to wyja­śnić. Był prze­ko­nany, że wzory i kolory odejdą, kiedy guz na jego gło­wie znik­nie. Zde­cy­do­wał, że to prze­czeka, da temu tro­chę czasu i zoba­czy, co się sta­nie.

Ale nie prze­szło. Minęły cztery mie­siące od wypadku, a jego stan się nie popra­wił. Był na nogach przez całe noce, a całe dnie prze­sy­piał. Ucier­piały na tym przy­jaź­nie, a jego dziew­czyna, którą podej­rze­wał o to, że lubiła jego fut­bo­lową koszulkę bar­dziej niż jego samego, już nawet nie pró­bo­wała się z nim skon­tak­to­wać. Nękany paniką nie był w sta­nie cho­dzić do szkoły. Aż w końcu pew­nej nocy miał już tego dość. Liczby, wzory i kolory zale­wały jego umysł z siłą wodo­spadu, tak wiele obra­zów i kształ­tów, że oba­wiał się uto­nię­cia. Poszedł do kuchni, usiadł przy stole śnia­da­nio­wym i się roz­pła­kał. Potrze­bo­wał pomocy, ale nie potra­fił powie­dzieć komu­kol­wiek, co się dzieje.

Jego matka usia­dła obok niego przy stole. Uparła się, żeby opo­wie­dział, o co cho­dzi. Mike zwie­rzył się jej, że od mie­sięcy widzi wzory i boi się o tym mówić. Powie­dział, że podej­rzewa, iż traci zmy­sły, i roz­waża zabi­cie się, żeby tylko się to skoń­czyło. Matka słu­chała, kiedy opo­wia­dał jak czarno-biała mozaika pod­łogi kuchen­nej otwo­rzyła się przed nim, jak stwo­rzyła ogromną róż­no­rod­ność wzo­rów - sza­chow­nicę, potem krzy­żówkę, potem tablicę liczb - czarno-białą macierz nie­skoń­cze­nie zmie­nia­ją­cych się moż­li­wo­ści. Słu­chała, jak opi­sy­wał zagadkę, która poja­wiała się w jego gło­wie i zni­kała tylko po to, żeby za chwilę powró­cić.

Matka zna­la­zła kartkę i ołó­wek i podała mu je.

- Pokaż mi, co widzisz - powie­działa, a on nama­lo­wał zagadkę: tabelkę z licz­bami, o któ­rej póź­niej dowie­dział się, że to kla­syczny kwa­drat magiczny nazy­wany kwa­dratem Luoshu: układ dzie­wię­ciu liczb, w któ­rym suma liczb w każ­dej kolum­nie, wier­szu i prze­kąt­nej jest równa 15. Ten kwa­drat magiczny został po raz pierw­szy stwo­rzony w Chi­nach około 2300 roku przed naszą erą. Mike nie miał poję­cia o jego histo­rii, kiedy nary­so­wał go dla swo­jej mamy o trze­ciej nad ranem pew­nej zim­nej luto­wej nocy 2008 roku. Przy­glą­dała się kwa­dratowi uważ­nie i zauwa­żyw­szy, że skon­stru­ował coś nie­sa­mo­wi­tego, powie­działa:

- Otrzy­ma­łeś dar. Możesz go zigno­ro­wać albo możesz zro­bić z niego uży­tek. Ale nie możesz przed nim uciec.

Dopiero po rezo­nan­sie magne­tycz­nym zro­zu­miał, że miała rację. Nie było powrotu do tego, kim był przed wypad­kiem. Neu­ro­chi­rurg wyja­śnił, że kiedy ude­rzył w zie­mię, wewnątrz jego czaszki powstało ciśnie­nie ośmiu­set fun­tów na cal kwa­dra­towy. Odrzut jego mózgu w drugą stronę uszko­dził lewą pół­kulę. I choć nie miał zwy­kłych obja­wów uszko­dze­nia mózgu - żad­nych napa­dów padacz­ko­wych, żad­nych zani­ków pamięci, żad­nych ura­zów neu­ro­lo­gicz­nych, żad­nego bólu - Mike Brink zmie­nił się na zawsze.

5

Straż­nik zapro­wa­dził Jess Price do stołu przy oknach, zdjął jej kaj­danki i wyco­fał się do kory­ta­rza, gdzie sta­nął przy drzwiach.

- Jeśli będzie działo się coś nie­do­brego... - Dok­tor Moses wska­zała na straż­nika, szybko ski­nęła głową Brin­kowi i zamknęła za sobą drzwi.

Jess Price sie­działa przy stole ską­pana w świe­tle z okna. Pod­cho­dząc bli­żej, Brink szybko na nią zer­k­nął, porów­nu­jąc ją ze zdję­ciami poka­za­nymi mu przez Thes­saly. Choć foto­gra­fie były zro­bione zale­d­wie pięć lat wcze­śniej, nie przy­po­mi­nały więź­niarki przy stole. Kobieta na zdję­ciu z okładki była psotna i figlarna i jej mina wyra­żała pew­ność sie­bie. Na kobie­cie, na którą patrzył teraz, trauma odci­snęła swoje piętno. Wyda­wała się zła­go­dzona, jak posąg, któ­rego ostre kra­wę­dzie pod­dały się dzia­ła­niu żywio­łów. Była bar­dzo chuda, włosy miała dłu­gie i słabe, a na czub­kach jej pal­ców znaj­do­wały się pół­księ­życe zaschnię­tej krwi świad­czące o samo­oka­le­cza­niu, o któ­rym wspo­mi­nała dok­tor Moses.

A jed­nak było w niej coś pocią­ga­ją­cego. Tajem­ni­cza aura, która nie miała nic wspól­nego z jej wyglą­dem. To było uchwytne, cięż­kie jak gra­wi­ta­cja. Nie umiał tego wyja­śnić, ale coś się zmie­niło, kiedy do niej pod­szedł. To było jak sta­nie na kra­wę­dzi mor­skiego wiru, mroczna i nie­moż­liwa do odpar­cia siła, zarówno eks­cy­tu­jąca, jak i nie­bez­pieczna.

Powie­sił torbę na opar­ciu krze­sła, zdjął kurtkę i usiadł naprze­ciwko Jess. Patrzyła na niego oczami peł­nymi cie­ka­wo­ści i cze­goś trud­niej­szego do okre­śle­nia - inten­syw­nego zain­te­re­so­wa­nia, pod­szy­tego ostroż­no­ścią. Był gotowy na ciszę, ale sie­dze­nie naprze­ciwko niej wywo­ły­wało w nim lęk. Pustka mię­dzy nimi była sze­roka i głę­boka. Aby dotrzeć do Jess, musi pierw­szy wycią­gnąć rękę.

- Dok­tor Moses mówiła mi, że lubisz zagadki - powie­dział w końcu, czu­jąc się nie­zręcz­nie.

Jej spoj­rze­nie było wypeł­nione inte­li­gen­cją, spo­kojną uważ­no­ścią, która wyklu­czała jaką­kol­wiek moż­li­wość, że jest umy­słowo nie­sta­bilna. Wręcz prze­ciw­nie, za jej nie­bie­skimi oczami wyczuł jasność, uwię­zioną i lśniącą niczym złota moneta zawie­szona w bryle lodu.

- Dała mi to. - Brink poło­żył mię­dzy nimi kartkę i spoj­rzał na krąg jesz­cze raz, cho­ciaż nie musiał. Widział oczyma wyobraźni zagadkę ze wszyst­kimi szcze­gó­łami. Był to efekt uboczny wypadku, a może naj­lep­sza rzecz, która z niego wyni­kła: mógł widzieć wzór przez kilka sekund i zapa­mię­ty­wał go na zawsze. Ale mimo zdol­no­ści wyobra­że­nia jej sobie, ta zagadka wpra­wiała go w zakło­po­ta­nie. Prze­no­siła go w czasy stu­diów na MIT, kiedy jego pro­fe­sor i men­tor, dok­tor Vivek Gupta, dał mu zada­nie tak trudne, że wyda­wało się nie do roz­wią­za­nia. Nie spał przez całą noc, przy­glą­da­jąc mu się z każ­dej strony, odwra­ca­jąc je, skła­da­jąc, skrę­ca­jąc i obra­ca­jąc w każ­dej moż­li­wej per­mu­ta­cji, aż coś prze­sta­wiło się w jego myśle­niu - jak otwar­cie okna pozwa­la­jące świa­tłu wpaść do ciem­nego pokoju - i natra­fił na wej­ście. Od tego momentu mógł tylko patrzeć, jak ścieżka odkrywa się sama. Zna­le­zie­nie roz­wią­za­nia było jak bło­go­sła­wień­stwo, jakie dla nie­któ­rych mogłoby być łaską, ale dla Brinka było czymś wię­cej. Było ratun­kiem, jedyną rze­czą, która powstrzy­my­wała go przed uto­nię­ciem.

Ale kiedy pró­bo­wał powtó­rzyć to samo z krę­giem, zoba­czył jedy­nie pyta­nia: Skąd ta liczba w tym miej­scu? Skąd hebraj­skie litery w środku? Jakie zna­cze­nie miała liczba 72? Odchrząk­nął i spró­bo­wał jesz­cze raz.

- Chcia­łaś, żebym to zoba­czył, i przy­znam, że jestem zain­try­go­wany. Umie­ram z cie­ka­wo­ści. Ale potrze­buję wię­cej infor­ma­cji. Czy możesz pomóc mi zro­zu­mieć, co mam przed sobą?

Patrzyła na niego w ciszy. Robiła to w dener­wu­jący spo­sób. Nagle powie­trze stało się wro­gie i duszące. Naci­skało na niego, gorące i mdlące. Czuł, jak skóra mu wil­got­nieje. Prze­by­wa­nie w pobliżu Jess wywo­ły­wało w nim zmiany che­miczne, zupeł­nie jak sól zmie­nia tem­pe­ra­turę wrze­nia wody.

- Posłu­chaj - powie­dział, przy­su­wa­jąc się bli­żej. - Nie mam poję­cia, co ozna­cza ten rysu­nek ani dla­czego jest dla cie­bie ważny, ale dok­tor Moses wie­rzy, że ma coś wspól­nego z tym, co się z tobą stało. Chcę pomóc, ale musisz mi dać coś, czego mógł­bym się chwy­cić.

Dalej badała go wzro­kiem.

- Na przy­kład, gdzie pierw­szy raz zoba­czy­łaś ten krąg? Czy to ory­gi­nał? Czy to kopia? - zapy­tał.

Cisza.

- Tar­cza liczb od 1 do 72 i hebraj­skie litery. To nie­ty­powe połą­cze­nie. Wygląda, jakby bra­ko­wało nie­któ­rych liczb i liter. Czy wiesz, dla­czego ich nie ma?

Kiedy nie odpo­wie­działa, odło­żył kartkę na bok. Zada­wa­nie bez­po­śred­nich pytań nie dzia­łało. Było widać, że chciała się z nim poro­zu­mieć - z jakiego innego powodu napi­sa­łaby jego nazwi­sko na odwro­cie zagadki? - ale coś ją powstrzy­my­wało. Objęła się ramio­nami, jakby chciała się chro­nić, tak jakby pyta­nia spra­wiały jej ból. Patrząc na nią, poczuł ukłu­cie współ­czu­cia. Przy­po­mi­nała mu jego samego po wypadku: prze­stra­szo­nego, zdez­o­rien­to­wa­nego, uwię­zio­nego tak głę­boko we wła­snej gło­wie, że nie był w sta­nie wyja­śnić, przez co prze­cho­dzi. Potrze­bo­wał tylko jed­nej osoby, która prze­bi­łaby się przez jego mur. Jed­nej osoby, która uwie­rzy­łaby mu, kiedy opi­sy­wał to, co nie­wia­ry­godne. Tą osobą była jego matka i jej cier­pli­wość go ura­to­wała. Może on mógłby być tą osobą dla Jess Price.

- Kie­dyś przy­da­rzyło mi się coś złego - powie­dział, bacz­nie się jej przy­glą­da­jąc. - Doświad­cza­łem rze­czy, które wyda­wały się zupeł­nie... sza­lone. Wszę­dzie widzia­łem wzory, liczby i kolory. Byłem prze­ra­żony. Chcia­łem zna­leźć wyja­śnie­nie, ale nikt, kogo zna­łem, by mi nie uwie­rzył. Pomy­śle­liby, że zwa­rio­wa­łem. Zna­czy, do dia­bła, sam myśla­łem, że jestem sza­lony. Czy wiesz, co to zmie­niło?

Lekko poki­wała głową. Była to led­wie zauwa­żalna reak­cja, ale wystar­czyła. Poczuł triumf: odpo­wie­działa mu.

- To... - Się­gnął do torby i wyło­wił z niej notat­nik i swój ulu­biony dłu­go­pis - czte­ro­ko­lo­rowy mecha­niczny dłu­go­pis kul­kowy marki BiC, i nary­so­wał kwa­drat, który poka­zał swo­jej matce tej nocy, gdy powie­dział jej prawdę.

Przyj­rzała się licz­bom, po czym jej pyta­jące spoj­rze­nie wró­ciło do Brinka.

- To sta­ro­żytny mate­ma­tyczny kwa­drat, kwa­drat Lo Shu. Po raz pierw­szy nary­so­wano go około czte­rech tysięcy lat temu w Chi­nach. Z jakie­goś powodu po wypadku nie mogłem się od niego uwol­nić. Poja­wiał się w mojej gło­wie, wszyst­kie liczby pło­nęły kolo­rami, a potem zni­kał. Nie mia­łem poję­cia dla­czego i tak naprawdę cią­gle nie wiem. Moi leka­rze wysu­wają różne hipo­tezy, ale nie mają one dla mnie zbyt dużego zna­cze­nia. Naprawdę liczy się to, że jak­kol­wiek dziwne by to było, to, co odczu­wa­łem, było praw­dziwe.

Jess patrzyła na kwa­drat Lo Shu, ana­li­zu­jąc go.

- Ludziom od zawsze zda­rzały się prze­ra­ża­jące rze­czy - stwier­dził. - Nie jestem jedyny. Ani ty nie jesteś.

Kiedy spoj­rzała na niego, oczy miała pełne łez.

- Powiedz mi, o co cho­dzi - dodał, prze­su­wa­jąc rysu­nek okręgu pomię­dzy nich. - Uwie­rzę ci. Obie­cuję.

Jess powoli odwró­ciła wzrok od Brinka i popa­trzyła w kąt pomiesz­cze­nia. Podą­żał za jej spoj­rze­niem do kamery umiesz­czo­nej na sufi­cie biblio­teki, a potem spoj­rzał na Jess. Jej twarz zadrżała i prze­mknął przez nią lęk.

- Boisz się, że jeste­śmy obser­wo­wani? - zapy­tał, ści­sza­jąc głos do szeptu.

Przy­tak­nęła i wtedy wszystko zaczęło się ukła­dać w spójną całość. Każdy zaka­ma­rek wię­zie­nia był pod obser­wa­cją. Chcia­łaby coś powie­dzieć, ale bała się, że zosta­nie pod­słu­chana. I nagle przy­szedł mu do głowy pomysł. Było jasne, że mogła zapi­sy­wać liczby, litery i wykresy - roz­wią­zała prze­cież pra­wie wszyst­kie zagadki, które kie­dy­kol­wiek stwo­rzył. Wziął swój dłu­go­pis i napi­sał: "Nie musisz mówić, a i tak cię usły­szę".

Podał jej zeszyt. Na moment zasty­gła w bez­ru­chu, waha­jąc się. Wzięła dłu­go­pis i nama­lo­wała szu­bie­nicę do słow­nej gry w wisielca. Prze­szedł go dreszcz, kiedy to zoba­czył. Wisie­lec działa na tej samej zasa­dzie, co jego ulu­biona gra słowna Wor­dle. Grał w Wor­dle'a każ­dego ranka, zazwy­czaj roz­wią­zu­jąc je, zanim kawa mu wysty­gła. Zasady były pro­ste: trzeba zna­leźć słowo, odga­du­jąc poło­że­nie liter. Jest sześć prób i każde poprawne odgad­nię­cie przy­bliża do odpo­wie­dzi. W grze w wisielca z każ­dym błęd­nym wska­za­niem frag­ment ludzika jest ryso­wany na szu­bie­nicy. Po odpo­wied­nio wielu złych tra­fach ludzik zostaje powie­szony, a gra jest prze­grana.

Jess zro­biła miej­sce na sześć liter pod szu­bie­nicą. Brink wie­dział ze swo­jego doświad­cze­nia z Wor­dle'a, że wystar­czyło mu odgad­nąć poło­że­nie tylko jed­nej litery, aby roz­wią­zać zagadkę. Wszyst­kie moż­liwe usta­wie­nia słów z tą literą na tej pozy­cji prze­bie­gały przez jego umysł, porów­ny­wał je z poprzed­nimi roz­wią­za­niami - a pamię­tał każde - i przed oczami poja­wiała mu się wła­ściwa odpo­wiedź. Zawsze zga­dy­wał wła­ściwe słowo. To było pro­ste, za pro­ste, i w osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach przy­pad­ków znał odpo­wiedź po dwóch pró­bach.

Spoj­rzał na zagadkę Jess i roz­po­czął od naj­częst­szej litery w angiel­skim alfa­be­cie. Wziął dłu­go­pis i napi­sał literę A.

Jess pra­wie nie­do­strze­gal­nie pokrę­ciła głową. Żad­nego A. Nary­so­wała głowę wisielca.

Spró­bo­wał z dwiema następ­nymi lite­rami w kolej­no­ści czę­sto­ści wystę­po­wa­nia: I, O, a Jess nary­so­wała ciało wisielca i jedną rękę. Poczuł nara­sta­jące napię­cie. Może to przez bli­skość Jess Price, bo ni­gdy nie miał pro­ble­mów z zagad­kami słow­nymi. To prawda, to była bar­dziej zga­dy­wanka niż zagadka, ale i tak nie powinna być trudna. Zer­k­nąw­szy na szu­bie­nicę, zoba­czył, że została mu już tylko jedna próba, żeby odgad­nąć słowo. Wybrał literę E. Jess uśmiech­nęła się i zapi­sała literę E na dru­giej pozy­cji.

Poczuł triumf, kiedy słowo zapło­nęło w jego umy­śle. To było jak zła­pa­nie tęczy w sło­iku. Każda litera wybu­chała kolo­rem, nie­uchwytna i migo­cząca. PEW­NYŚ?3

- Chcesz wie­dzieć, czy możesz mi zaufać - wyszep­tał.

Spoj­rzała mu pro­sto w oczy i wszystko, co czuł wcze­śniej, powró­ciło. Miał rację, nie musiała mówić, żeby ją zro­zu­miał. Czuł jej każdą myśl.

- W wielu rze­czach jestem kiep­ski, ale zawsze dotrzy­muję słowa. Jeśli powiesz mi, czego potrze­bu­jesz, obie­cuję pomóc naj­le­piej jak potra­fię - oświad­czył.

Zasta­na­wiała się, patrząc na zeszyt tak inten­syw­nie, że spo­dzie­wał się, iż sta­nie w pło­mie­niach. Prze­wró­ciła kartkę i na następ­nej czy­stej stro­nie zapi­sała coś, przy­kry­wa­jąc to dło­nią. Kiedy skoń­czyła, ugry­zła pokryty stru­pami pazno­kieć, otwie­ra­jąc ranę. Krew zebrała się w szkar­łatną kro­plę na czubku palca i Jess odci­snęła ją na papie­rze, pla­miąc go tak, jakby chciała wytrzeć skórę do czy­sta. Wyrwała stronę z zeszytu, zmięła ją w kulkę i wci­snęła mu do ręki.

Jej dotyk spra­wił, że poczuł się jak spa­ra­li­żo­wany. To było elek­tryczne, wypeł­nione pul­su­jącą, gorącą ener­gią uczu­cie, tak przy­tła­cza­jące, że ledwo mógł oddy­chać. Wydało mu się, że czas zamarzł, kiedy prze­chy­liła się nad sto­łem i poca­ło­wała go lekko w usta. Biblio­teka osu­nęła się w nie­byt i nagle zna­lazł się wewnątrz zagadki, jej wiry liczb i sym­boli ukła­dały się w ciąg zazę­bia­ją­cych się ście­żek dookoła niego, a w środku była Jess Price, kobieta uwię­ziona w labi­ryn­cie. Przy­cią­gnął ją bli­sko, odwza­jem­nia­jąc poca­łu­nek i czu­jąc, jak zapada się w nią głę­biej i głę­biej, kiedy nagle sta­nął nad nimi straż­nik wię­zienny.

- Żad­nego kon­taktu fizycz­nego z więź­niami - powie­dział szorstko, odcią­ga­jąc Jess, skuł jej z powro­tem nad­garstki kaj­dan­kami i wypro­wa­dził ją.

6

Drzwi do biblio­teki się zamknęły i Brink został sam. Czuł pul­so­wa­nie w całym ciele i kiedy się­gnął po swoją torbę, zauwa­żył, że drży mu ręka. Co do dia­bła się ze mną dzieje? Po spo­tka­niu z Jess Price krę­ciło mu się w gło­wie, tra­cił rów­no­wagę, serce biło mocno, a jego umysł był wypeł­niony pyta­niami. Czuł się tak samo, kiedy wykań­cza­jące zawody - dzie­sięć godzin zaga­dek licz­bo­wych lub sza­chów - jed­no­cze­śnie napeł­niły go ener­gią i usma­żyły mu mózg.

Rozej­rzał się po biblio­tece, szu­ka­jąc jakie­goś ustron­nego miej­sca. Półki były usta­wione dokład­nie tak, aby to unie­moż­li­wić, dając nad­zo­rowi kamer pełen obraz całego pomiesz­cze­nia. Prze­rzu­ciw­szy torbę przez ramię, zabrał kurtkę z opar­cia krze­sła, otarł pot z czoła i pod­szedł do rzędu okien na samym końcu biblio­teki. Odwró­cił się tyłem do kamery, roz­wi­nął kartkę, którą wci­snęła mu Jess. Była pognie­ciona i pokryta pla­mami krwi. Wygła­dził ją naj­le­piej, jak potra­fił i zoba­czył pięć wier­szy naba­zgra­nych na środku. Jess Price napi­sała wia­do­mość. Prze­czy­tał:

Pycha, trudno o czer­wone Jabłka, i w ogro­dzie gol­den deli­cious, glo­ster, kosz­tela, rubin, papie­rówka.

To było wszystko. Pięć lini­jek... czego? Poezji? Prze­czy­tał je jesz­cze raz, pró­bu­jąc prze­ana­li­zo­wać ich zna­cze­nie. Nie miały abso­lut­nie żad­nego sensu. Ta kobieta nie poro­zu­mie­wała się z nikim od lat, a kiedy się w końcu na to zde­cy­do­wała, napi­sała tajem­ni­czy wiersz o odmia­nach jabłek? Miał ochotę zmiąć kartkę i wyrzu­cić do kosza, ale wie­dział, że kryje się tu coś wię­cej. Jess oba­wiała się, że jest pod­słu­chi­wana, więc bałaby się też, że ktoś może odczy­tać jej wia­do­mość. Ten wiersz mógł być łami­główką.

Zazwy­czaj łami­główka opiera się na powszech­nym zaso­bie wie­dzy, pew­nym wspól­nym punk­cie odnie­sie­nia, który rozu­mieją obie strony. Ale jego i Jess Price nie łączyły żadne wspo­mnie­nia i na pewno ni­gdy nie roz­ma­wiali o jabł­kach. Zer­k­nął przez okno, tak jak gdyby na zewnątrz rosły jabło­nie, ale nie było tam niczego oprócz pokry­tej kurzem drogi.

Się­gnął do lewej kie­szeni i wyczuł swo­jego srebr­nego dolara. Był to dolar Mor­gana, wybity w 1899 roku, kolek­cjo­ner­ska moneta warta kil­ka­set dola­rów. Tą wła­śnie monetą rzu­cił sędzia na początku meczu o mistrzo­stwo stanu, zale­d­wie kilka minut przed wypad­kiem Brinka. Tra­dy­cyj­nie moneta prze­cho­dziła w ręce zwy­cię­skiego zespołu. Jego dru­żyna wygrała bez niego i jed­no­gło­śnie zde­cy­do­wała, aby mu ją prze­ka­zać.

Nabrał zwy­czaju pocie­ra­nia jej mię­dzy kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym, kiedy się zasta­na­wiał, przez co jej kra­wędź była wygła­dzona niczym rzeczny kamień. Zwy­kle poma­gało mu się to skon­cen­tro­wać, ale nie tym razem. Czy­tał na głos sylaby napi­sane przez Jess, mając nadzieję, że znaj­dzie jakąś wska­zówkę w ich ryt­mie, ale nie był to rytm regu­larny. Usta­wił słowa jedno za dru­gim w linii, usu­wa­jąc spa­cje, pró­bu­jąc zoba­czyć, czy nie ukaże mu się jakaś wia­do­mość. Nic z tego. To nie miało sensu nawet jako łami­główka.

Ale wtedy zauwa­żył coś nie­zwy­kłego: plamy krwi znaj­do­wały się w kon­kret­nych miej­scach na kartce. Nie były, jak na początku myślał, roz­rzu­cone, ale upo­rząd­ko­wane, każda kro­pla wypa­dała na lite­rze. Jess przy­ci­snęła czu­bek palca do ośmiu liter w pierw­szym rzę­dzie, ośmiu w dru­gim, czte­rech w trze­cim i tak dalej. W ten spo­sób zazna­czyła dwa­dzie­ścia osiem liter.

Natych­miast prze­szu­kał różne mate­ma­tyczne wła­sno­ści liczby dwa­dzie­ścia osiem: jest drugą liczbą dosko­nałą, liczbą o dziel­ni­kach har­mo­nicz­nych, liczbą trój­kątną. Jest liczbą St?rmera i czwartą magiczną liczbą w fizyce, jed­nak czy­ta­jąc ponow­nie wersy, zoba­czył, że sama liczba dwa­dzie­ścia osiem nie zna­czy w tym kon­tek­ście nic.

I nagle zasko­czyło. Oczy­wi­ście liczby nie miały z tym nic wspól­nego. Jess Price była pisarką i poro­zu­mie­wała się sło­wami, a nie licz­bami. To nie była łami­główka, ale szyfr, zako­do­wana wia­do­mość, i to cał­kiem bez­po­śred­nia. Ozna­czyła litery krwią i wła­śnie te litery były klu­czem do wia­do­mo­ści.

Pycha, trudno o czerwone Jabłka, i w ogrodzie golden delicious, gloster, kosztela, rubin, papierówka.

Wyzwa­nie obu­dziło w Mike'u Brinku coś żywio­ło­wego, pier­wotne dąże­nie, wymie­szane z cie­ka­wo­ścią i pra­gnie­niem. Chciał chwy­cić tajem­nicę i oswoić ją, roze­brać na czyn­niki pierw­sze i odkryć jej sekrety jeden po dru­gim, aż jej nie­uchwyt­ność roz­kru­szy się w jego rękach. Krótko mówiąc, zagadka go pochwy­ciła. Nie miał wyboru - musiał ją roz­wią­zać.

Scho­wał srebr­nego dolara do kie­szeni, wyjął z torby dłu­go­pis i wyno­to­wał ozna­czone litery w każ­dym wier­szu:

Pycha, trudno o czerwone YHA­TR­DRE Jabłka, i w ogrodzie ŁAIW­DZIE golden delicious, NIIO gloster. GO kosztela, rubin, papierówka. ZLBIAI

Oczy­wi­ście litery były pomie­szane. Musiał uło­żyć je we wła­ści­wej kolej­no­ści, aby zro­zu­mieć ich zna­cze­nie. Uło­że­nie liter w wyobraźni i poprze­sta­wia­nie ich, aż utwo­rzyły słowa, nie zajęło Brin­kowi wię­cej niż kilka sekund. Zapi­sał słowa w trze­ciej kolum­nie obok szy­fru i spoj­rzał na nie.

Pycha, trudno o czerwone YHA­TR­DRE Dr Ray­the Jabłka, i w ogrodzie ŁAIW­DZIE wie­dział golden delicious, NIIO i oni gloster, GO go kosztela, rubin, papierówka. ZLBIAI zabili.

Zapi­sał zda­nie i odczy­tał: "Dr Ray­the wie­dział i oni go zabili"4.