Robert Monthomeri siedział za
kontuarem, wsparłszy głowę na rękach. Przejmował go przygnębiający
smutek. Przed nim leżała otwarta księga apteczna, zapisana od góry
do dołu receptami doktora Oldakra. Obok stała blaszana taca z
drukami do recept, nieco dalej skrzynka z korkami i rząd pustych
buteleczek. Wszędzie na kontuarze rozrzucone były kawałki
laku.
Przez brudne okna apteki widać było ciemno-ceglasty budynek
fabryki i potężne, wyniosłe kominy, ginące u szczytów w kłębach
czarnego dymu. Co tydzień w ciągu sześciu dni kominy wyrzucały z
siebie kłęby żrącego dymu, dziś jednak z powodu niedzieli, potwory
te odpoczywały. Wstrętna, brudna mgła unosiła się w powietrzu nad
ziemią, którą zhańbiła i spustoszyła ludzka zachłanność. Nie było
tu nic takiego, coby mogło rozjaśnić duszę, pogrążoną w smutku.
Lecz zgoła nie ten melancholijny widok napawał smutkiem
pomocnika doktora Oldakra. Przygnębienie jego i apatję wywołały
zgoła inne okoliczności. Oto zbliżał się okres zimowy i chwila,
kiedy trzeba było wyjechać do Londynu i powrócić na uniwersytet,
gdzie jeszcze rok pozostał do ukończenia studjów i otrzymania
dyplomu. Lecz... Robert Monthomeri nie miał środków na opłacenie
nauki i - co gorsza - nie wiedział, skąd wziąć pieniędzy. Potrzeba
mu było ni mniej ni więcej tylko sześćdziesiąt funtów. To nie żarty
- sześćdziesiąt funtów! Zdobycie sześćdziesięciu jest tyle
prawdopodobne, co zdobycie tysiąca, bo takiej sumy nikt nie da.
Posępne rozmyślanie Roberta przerwało zjawienie się doktora
Oldakra. Był to wysoki, gładko wygolony, elegancki pan z
przesadnemi manjerami i szlachetno-surowym wyrazem twarzy.
Zamożność i praktyka czyniła go zależnym od duchowieństwa, więc
starał się o takie zachowanie, jakie było mu potrzebne do
przypodobania się swym protektorom. Doktór Oldakr zachowywał pozory
najwyższej godności i wymagał tego od swych podwładnych. Jego
wygląd zewnętrzny i sposób wymowy nacechowane były pewną
nieokreśloną wspaniałomyślnością.
Pogrążony w myślach o przyszłości student podniósł oczy na
swego zwierzchnika i błysnęła mu nagła myśl do głowy. Postanowił w
tej chwili zbadać, czy doktór posiada istotnie skłonności
filantropijne.
- Proszę mi wybaczyć, panie doktorze, ale mam do pana wielką
prośbę - rzekł, wstając.
Na twarzy doktora odmalował się wyraz niewiele obiecujący.
Ściągnął usta i spuścił oczy. Potem zapytał.
- Czem panu mogę służyć, mister Monthomeri?
- Pan wie zapewne, że pozostał mi jeszcze rok do ukończenia
uniwersytetu?
- Tak, mówił mi pan kiedyś.
- To dla mnie bardzo ważne, sir.
- Rzecz zupełnie zrozumiała.
- Panie doktorze, za naukę będę zmuszony zapłacić
sześćdziesiąt funtów.
- Mister Monthomeri, nie mam czasu: muszę jechać do chorego.
- Na jedną chwilkę, sir... chciałem prosić o pożyczenie mi
tych pieniędzy... ja panu dam weksel i procenty uiszczę. Zapewniam
pana, sir, że oddam dług, albo odrobię tę należność po ukończeniu
kursu.
Doktór zacisnął usta aż do przesady. W oczach jego
zwróconych teraz na studenta błyskało gniewne niezadowolenie.
- Mister Monthomeri, prośba pana jest nierozsądna. Dziwię
się jej i panu się dziwię. Pomyśl, sir, ilu studentów-medyków
posiada Anglja. Bezwątpienia wielu z nich nie ma funduszów na
kształcenie się tak, jak pan - czyż ja mam zaopatrywać w pieniądze
wszystkich tych młodzieńców? Albo może panu okazać tę łaskę? W
takim razie proszę mi wytłumaczyć, dlaczego miałbym względem pana
robić wyjątki? Jestem rozgoryczony i onieśmielony, mister
Monthomeri, i winę tego panu przypisuje. Pan właśnie wciągnął mnie
w takie położenie, że musiałem panu odmówić.
Doktór zakręcił się na pięcie i z miną obrażonej godności
wyszedł z apteki. Student uśmiechnął się gorzko i zabrał się znowu
do przygotowywania recept. Jakże nędzna i łatwa była ta praca! Mógł
ją wykonywać najsłabszy człowiek, ale nie on, posiadający
niepospolitą siłę i żelazną energję. Jednak cóż było robić! Na
kawałek chleba pracować w ten czy inny sposób. Za służbę u doktora
Oldakra otrzymywał całodzienne życie i funt szterlingów na tydzień.
Dzięki tej płacy mógł egzystować w ciągu całego lata bez troski i
uciułać kilka funtów na zimę. Najgorsza tylko rzecz - ta opłata za
naukę! Z pensji Robert nie mógł uskładać niezbędnej kwoty, a
nadzieja cała pokładana w doktorze zawiodła. Stanowczo, niema skąd
wziąć pieniędzy. Monthomeri znalazł się naprawdę w położeniu bez
wyjścia. Wprawdzie ma rozum, lecz któż ceni rozum na rynku
życiowym! Posiada siłę fizyczną, ale komu się ona przydać może!
Rozmyślając tak, Monthomeri nie przeczuwał, że niezbadane
zrządzenia losu zbliżają mu chwilę ratunku.
- Hej, ty! - rozległ się głos podedrzwiami.
Był to głos ochrypły, ale doniosły. Monthomeri podniósł
oczy. W drzwiach stał młody krępy górnik o szerokich ramionach i
szyi byka. Odziany był odświętnie: w szarym ubraniu i jasnym
krawacie, ale, wnosząc z oczu ciemnych i zawadjackich oraz ze
szczęk i pyska, jak u buldoga, twarz jego nie wróżyła nic dobrego.
- Hej, ty! - powtórzył górnik - dlaczegoś nie przysłał mi
lekarstwa według rozkazu twego pana?
Monthomeri oddawna przyzwyczaił się do otwartej i bezwiednej
brutalności północnego robotnika. Początkowo ordynarne zachowanie
się tego ludu doprowadzało go do wściekłości, lecz z biegiem czasu
umiał być pobłażliwym i nie zwracał najmniejszej uwagi na tego
rodzaju niegrzeczności. Jednakowoż w danym wypadku miał do
czynienia z niezwykłem chamstwem, obmyślonem z góry, i - pogróżką.
- Z kim mam przyjemność? - zapytał chłodno.
- Jestem Barton. Pamiętaj, abym nie potrzebował przypominać
ci tego nazwiska. Teraz ja tobie rozkazuję: w tej chwili mi zrób
lekarstwo dla żony! W przeciwnym razie - miej się na baczności.
Monthomeri uśmiechnął się. Poczuł w sobie nagle jakąś ulgę.
Jego naprężone nerwy potrzebowały wyładowania i oto odpowiednia
sytuacja nastręczyła się sama. Obraza była zbyt widoczna i
natarczywość zbyt wielka, aby można było liczyć się z tym gburem.
Monthomeri, nie śpiesząc się zapieczętował buteleczkę, napisał
receptę i postawił lekarstwo na półce.
- Słuchaj pan! - rzekł, zwracając się do górnika - pańskie
lekarstwo będzie gotowe, gdy przyjdzie na nie kolej. Wtedy odeślę
je panu. Teraz do apteki wstęp wzbroniony. Jeśli pan chcesz
zaczekać, to proszę siąść sobie w poczekalni.
- Młodzieńcze, - odparł górnik, - ja zostanę tutaj, a ty mi
niezwłocznie przygotujesz lekarstwo. Czy słyszysz: niezwłocznie, w
tej chwili. Jeśli nie ulegniesz memu rozkazowi, to wiedz, że
lekarstwo przyda się tobie.
- Ja bym panu nie radził wywoływać awantury - oznajmił
Monthomeri dobitnie, głosem powolnym, skandując każde słowo i
hamując się z widocznym trudem, - wyjdź pan spokojnie, gdyż to dla
pana będzie lepiej. Jeżeli się pan nie powstrzyma, to zapewniam, że
będzie źle... Ha! zachciało się panu skandalu!... Proszę, masz pan!
Uderzenia nastąpiły prawie jednocześnie. Górnik zamierzył
się z całej siły, potężna jego pięść błysnęła koło ucha Monthomeri.
Student odpowiedział szybko i ugodził górnika pięścią w podbródek.
Uderzenie gbura uświadomiło go, że ma do czynienia z przeciwnikiem
niezwykle silnym. Nie przypuszczał, aby w tym człowieku było tyle
siły. Ale i górnik również nie liczył na opór i dlatego nie uniknął
uderzenia.
Robotnik uderzył głową o narożną półkę, zwalił się na
podłogę, skręcił nogi i rozłożył ręce. Był nieprzytomny, a z
rozbitej głowy sączyła mu się krew cieniutkim strumieniem,
zabarwiając tafle posadzki.
- I cóż? ma pan dosyć? - zapytał gniewnie Monthomeri,
wstrzymując oddech.
Ale robotnik nie odpowiedział. W ciągu długiego czasu nie
dawał znaku życia. Dopiero teraz Monthomeri zrozumiał, w jak
niebezpiecznej znajdował się sytuacji. Na samą myśl o swem
położeniu zbladł, jak kreda. Mój Boże! Niedziela, szlachetny doktór
Oldakr, uczciwa praktyka i oto nagle bójka w aptece! Jeżeli
wiadomość o tem rozejdzie się, nie pozostanie nic innego, jak
rzucić posadę. Przypuśćmy, że posada jest godna pożałowania, ale
czy inną można znaleźć bez referencji? Brak środków na wpisowe,
teraz znów stracona posada - co dalej będzie? Poprostu rozpacz
ogarnia.
Jednak może się uda zażegnać sprawę. Student chwycił za rękę
swego przeciwnika, wyciągnął go na środek pokoju, rozluźnił mu
krawat i zaczął nacierać twarz zmoczoną w wodzie gąbką. Robotnik
westchnął, jęknął nieludzkim głosem i siadł na podłodze.
- Niech cię djabli porwą! zepsułeś mi krawat - warknął,
otrząsając wodę z surduta.
- Przykro mi bardzo, żem pana tak silnie uderzył -
usprawiedliwiał się Monthomeri.
- Silnie uderzył! Twoje uderzenie jest śmieszne, bo takie
bicie wytrzymam w ciągu całego dnia. Nie od pięści twej upadłem, ta
półka parszywa rozbiła mi łeb. No, dobrze. Chwal się żeś mnie
powalił z nóg. A obecnie bądź łaskaw zrobić dla żony mojej
lekarstwo.
Monthomeri spełnił prośbę skwapliwie i wydał robotnikowi
lekarstwo.
- Radziłbym panu trochę odpocząć, pan jest jeszcze osłabiony
- rzekł.
- Nie mogę, żona czeka na lekarstwo - odparł górnik i
wysunął się z apteki.
Student podszedł do okna. Robotnik wlókł się krokiem
chwiejnym, poczem spotkał go drugi robotnik, i obadwaj poszli dalej
pod rękę. Widocznie górnik zwyczajem ludzi północnych nie miał
pretensji za pobicie, więc doktór nie dowie się o całej sprawie. To
przypuszczenie uspokoiło Monthomeri, bo szybko mokrą ścierką zatarł
ślady na podłodze, zrobił w aptece porządek i zabrał się do
przygotowania lekarstw. W duchu dziękował Panu Bogu, że tak
ryzykowna awantura skończyła się pomyślnie.
Mimo to student czuł się nieswojo. Gorzej jednak zrobiło mu
się po południu. Gdy znalazł się u siebie w mieszkaniu, weszła
służąca i oznajmiła mu, że w aptece czekają na niego jacyś trzej
panowie, którzy chcą z nim pomówić. Monthomeri osłupiał. Zdawało mu
się, że Barton umarł, a ci panowie są jego kuzynami i przyszli
zagniewani w celu pociągnięcia go przed oblicze sędziego śledczego.
Badania, ajenci, więzienie i inne ponętne właściwości policyjne -
ukazały się teraz wylęknionym jego oczom, jak potworne widziadła.
Poszedł do apteki, ale nie mógł opanować zdenerwowania.
Czekał na niego swego rodzaju tercet. Monthomeri znał
wszystkich trzech panów z widzenia, lecz ujrzawszy ich teraz nie
mógł zrozumieć, dlaczego zebrali się razem, a zwłaszcza w jakim
celu on im był potrzebny.
Pierwszy z nich Sorley Wilson uchodził za rodzonego syna
właściciela olbrzymiej kopalni węgla. Miał dwadzieścia lat, był
spadkobiercą wielkiego majątku i dzielnym sportsmenem. Pobierał
nauki w Cambridge, w collegjum Magdaleny, do domu zaś wrócił na
wielkanocne wakacje. Teraz siedział na stole, machając w powietrzu
nogami i kręcąc końce maleńkich, czarnych, wypomadowanych wąsików.
Wchodzącego Monthomeri obrzucił milczącem spojrzeniem.
Drugim z gości był restaurator Purwis, właściciel dużej
piwiarni. W okręgu znano go jako bookmakera. Ciężki, przysadzisty,
o fizjonomji starannie wygolonej, miał czaszkę pozbawioną zupełnie
uwłosienia, dzięki czemu głowa jego błyszczała, jak kość słoniowa.
Wyraz jego twarzy znamionował okrucieństwo, długie rzęsy zasłaniały
mu jasno-błękitne oczy. Siedział, mając czerwone tłuste ręce oparte
na kolanach i wzrokiem krytycznym oglądał studenta.
Trzeci - żokiej Fausett zajmował krzesło, rozłożony na niem
w pozie niedbałej. Wyciągnął długie, ciężkie nogi w botfortach i
uderzał się w zęby rączką szpicruty. Na smagłej, kościstej jego
twarzy malował się niepokój i troska.
Monthomeri siadł również i obejrzał swoich gości.
- Jestem do usług, gentlemani - rzekł i zdziwił się
niezmiernie, gdy po upływie kilku chwil żaden mu nie odpowiadał.
Sytuacja stawała się przykra.
- Nie, nie - oznajmił wreszcie żokiej, - to na nic, ta rzecz
się nie nadaje.
- Niech no pan wstanie, chłopcze, - zwrócił się do studenta
restaurator - musimy pana obejrzeć w pozie stojącej.
Monthomeri uległ. Potrosze odgadywał ich zamiary i uzbrajał
się w cierpliwość. Wstał i zaczął powoli kręcić się, jak klijent
przed krawcem.
- Niezdatny! Powiadam wam, że niezdatny do niczego! -
krzyknął jeździec, - zlitujcie się, ludzie, Mistrz jednym palcem go
strąci.
- Niech mnie licho porwie! - zawołał student z Cambridge, -
pan, panie Fausett, możesz ustąpić, jeśli chcesz, lecz ja interes
obrobię.
Wiem, że nie zaryzykuję ani nie stracę jednego pensa. Niech
djabli porwą, mnie się jego budowa ciała bardziej podoba, niż Teda
Bartona.
- Mister Wilson, proszę uprzytomnić sobie, jakie Barton ma
ramiona!
- Ech, tusza nie oznacza siły. Daj mi nerwy, ogień, rasę -
to główne warunki wygranej.
- Ach sir, masz rację! - odezwał się restaurator słodkawym
głosem, - to samo da się powiedzieć o klaczach. Klacz chuda,
wychudzona do ostateczności, weźmie zawsze najbardziej, spasioną,
tylko trzeba ją umieć należycie pielęgnować.
- Temu przynajmniej dziesięciu funtów brak - wtrącił
nieustępliwy żokiej.
- Tak, słusznie - odparł Wilson, - on posiada średnią wagę.
- Sto trzydzieści funtów - to cała jego średnia waga.
- Nie sto trzydzieści, lecz sto pięćdziesiąt.
- I Mistrz waży nie wiele więcej.
- Mistrz waży sto siedemdziesiąt pięć funtów.
- Miał taką wagę, gdy znajdował się w lepszych warunkach,
ale odrzucić Mistrzowi sadło - to będzie ważył nie wiele więcej niż
ten. Pan dawno sprawdzał swą wagę, mister Monthomeri? - zapytał
Wilson.
Było to pierwsze pytanie, z którem zwrócili się bezpośrednio
do niego. Monthomeri stał po środku jak koń na jarmarku, nie
wiedząc, czy ma się gniewać, czy śmiać.
- Posiadam wagi pełne 154 funtów, - odpowiedział.
- Wszak mówiłem, że on ma średnią wagę.
- A gdyby pana trenować, ile wówczas mógłbyś pan ważyć? -
zapytał restaurator.
- Ćwiczę się zawsze.
- No, ale trenowanie do trenowania nie podobne - wtrącił
znowu swą uwagę żokiej, - zwyczajne trenowanie - to jedno, a
niechno on się potrenuje z trenerem. Mister Wilson idę o zakład,
mimo szacunku dla pańskiego zdania, że straci on wtedy na wadze
najmniej 7 funtów.
Student z Cambridge dotknął palcami mięśni Monthomeri, drugą
zaś ręką ujął jego kibić i nagiął szybko do mięśnia. Dwugłowy
biceps naprężył się zaokrąglił i stwardniał, jak piłka do gry w
krokieta.
- Proszę zobaczcie! - zawołał tryumfująco.
Restaurator i żokiej nacisnęli muskuły z wyrazem niezwykłego
uznania.
- Powabny chłopak! Z nim można zrobić interes! - przyznał
Purwis.
- Panowie! - rzekł Monthomeri, - musicie mi przyznać, że
byłem dotychczas uległy i cierpliwy. Słuchałem uważnie, kiedy
mówiliście o mojej powierzchowności, i milczałem. Teraz z kolei ja
zapytam, prosząc o wyjaśnienie, co to wszystko znaczy?
Trzej sportsmeni siedli napowrót. Twarze ich były poważne,
zajęte sprawą.
- O to łatwo, mister Monthomeri, - odrzekł restaurator
Purwis, - musieliśmy nasamprzód obejrzeć pana dokładnie. Na cóż
układy, jeśli nie zna się objektu, nieprawdaż? Mister Wilson sądzi,
że pan jesteśodpowiedni, lecz mister Fausett myśli inaczej, a on ma
takież prawa, jak mister Wilson. Jest on taksamo członkiem komitetu
i bierze udział w wygranej.
- Ja dopatruję się w nim zbyt lekkiej wagi - rzekł żokiej, -
i trwam nadal przy swojem zdaniu. Ale może być wypadek, że on
sprawę zepsuje. Chłopiec zbudowany nieźle i tkwi w nim jakaś taka
elastyczność. Jeżeli pan, mister Wilson, jesteś zdecydowany stawiać
na niego...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.