Mrówek
Pewien zbój, chcąc uchodzić za porządnego człowieka - popatrzyłem na Mrówka, a ten spuścił wzrok i gapił się na swoje podarte tenisówki - za zrabowane pieniądze kupił zajazd z karczmą, ale nie przestał rabować - ciągnąłem opowieść, starając się, żeby brzmiała dokładnie tak, jak ją usłyszałem od swego ojca. - W zajeździe była okazała izba, przeznaczona dla nocujących tu bogatych podróżnych. Karczma, leżąca przy uczęszczanej drodze, cieszyła się dużym wzięciem. Mało kto wiedział, że jednocześnie była ona miejscem spotkań bandytów.
- A dzisioj to gangstery inacy robio? - żachnął się Mrówek. - Tyz udajo porzondnych handlorzy...To sie nazywo pranie brudnych piniendzy...
- Kiedyś w zajeździe zatrzymała się żona bogatego dziedzica, umówiona na spotkanie z mężem. Karczmarz zaprowadził ją do najlepszego pokoju. Kiedy kobieta modliła się wieczorem pod obrazem Matki Boskiej, wydało się jej, że święta do niej mrugnęła. Gdy zjawił się jej mąż, wspólnie obejrzeli obraz. Zamiast oczu były w nim dwa otwory. Dziedzic chwycił za pistolet, zerwał obraz i odsłonił korytarzyk w ścianie, którym przed chwilą ktoś uciekł. Okazało się, że "oczami Madonny" zbóje podglądali podróżnych, by później ich obrabować...
- Po co mi to opowiados? - Mrówek wzruszył ramionami.
- Bo ty jesteś taki sam zbój jak ten karczmarz. Jesteś skarbnikiem klasowym, a znów rąbnąłeś kasę na kwiatki dla wychowawczyni na koniec roku. Wcześniej ukradłeś pieniądze na prezent na Dzień Nauczyciela. Jestem przewodniczącym klasy - podkreślałem dumnie - i nie mogę na to pozwolić. Albo oddasz pieniądze, albo pójdę z tym do dyrektora.
- Skąd ci wezne?
- Było nie kraść! - Teraz to ja wzruszyłem ramionami, zdumiony bezczelnością Mrówka. - Rób, co chcesz, musisz oddać pieniądze, ja idę do domu! - Założyłem na plecy tornister i poszedłem.
* * *
- Kto będzie jeszcze oprócz nas? - Kopnąłem kamyk, trafiając pomiędzy dwa przydrożne drzewa. Żałowałem, że w mojej wiosce nie ma klubu piłkarskiego. Zamiast na treningi ojciec woził mnie w pole zbierać kartofle.
- Mrówek, Mafia, może jeszcze Migdał. - Suchy kopnął kolejny kamyk w moją stronę.
Tym razem zamiast strzelać - odegrałem do niego. Sunęliśmy po drodze jak Boniek ze Smolarkiem, wspaniały atak polskiej reprezentacji.
- Ciekawe, czy woda będzie ciepła? - Rodzice nie pozwalali mi się kąpać w przykościelnej sadzawce przed nocą świętojańską, strasząc topielicą.
- Łoj, co to za róźnica, zimno czy ciepło? - odparł Suchy buńczucznie.
Kopnął kamykiem, który mu podałem, w nadbiegającego z hałaśliwym ujadaniem kundelka. Ten trafiony w mordkę zachwiał się na krótkich nóżkach, zawrócił błyskawicznie i skowycząc żałośnie, zniknął w przydrożnych zaroślach tak szybko, jak się pojawił. Mój Anioł, który mi towarzyszył, popędził za nim, poszczekując. Nigdzie nie mogłem się bez niego ruszyć. Mój prawdziwy Anioł Stróż.
Zarechotaliśmy radośnie i przybiliśmy sobie "piątkę", jak po zdobyciu gola na meczu. Ostatnio nastrzelaliśmy Baćkowicom mnóstwo bramek. Dotąd rzadko razem współpracowaliśmy. Gdy graliśmy na podwórku, zawsze byliśmy w przeciwnych drużynach. Wszyscy się kłócili, który z nas jest lepszym piłkarzem. Starałem się nie ustępować mu kroku, chociaż miał znacznie lepsze warunki fizyczne ode mnie. I mnóstwo czasu na treningi, bo nie zależało mu na nauce. Ja musiałem często wymykać się na boisko przez okno.
- I co, bedzies sie poprawioł z matematyki na piątkę? - nie dowierzał Suchy. Jemu z matematyki groziła ocena niedostateczna. Nie przejmował się tym zbytnio, mówił, że matka sprzeda parę kur i załatwi mu promocję do drugiej klasy. Moja pogoń za średnią ocen pięć zero wydawała mu się czymś nienormalnym.
- Tak, bo chcę być lepszy od Liubow... - zamyśliłem się. Tylko ona dotrzymywała mi kroku w nauce.
W naturalny sposób wyrastaliśmy na przywódców dwóch obozów - chłopców i dziewczynek. Wiedziałem, że jej władza będzie rosła - w klasie przeważały dziewczyny. Zostałem przewodniczącym klasy, bo mnie Kargulowa wskazała. W następnym roku miały być wybory.
- Liubow to twarda sztuka... - docenił Suchy moją ukochaną. Nikt z klasy nie wiedział, że mamy się ku sobie. Musieliśmy to ukrywać, bo nasze stronnictwa poczytałyby to za zdradę. - A jak tam twojo renka? - wypytywał. Znów był moim kolegą, jak wtedy, zanim zaczął się przyjaźnić z Szefem.
- Paznokieć już mi odrósł. - Pokazałem mu dłoń.
W naszej szkole, która była stara, chyba jeszcze porosyjska, podłogi były z grubych, nieheblowanych desek. Niedawno schyliłem się po długopis, który mi upadł. Niestety, pod paznokieć wbiła mi się wielka drzazga i wyszła u jego nasady. Ból był taki, że ledwie powstrzymałem płacz. Suchy stwierdził, że powinienem przyłożyć słoninki, to drzazga wyjdzie sama. Ja do niego z wściekłością: "Skąd ja tutaj wezmę słoninkę? Chyba z ciebie, grubasie!".
Żeby dotrzeć do sadzawki, musieliśmy minąć sklep spożywczy. Stało pod nim kilku bywalców. We wsi plotkowano, że sklep zamierza kupić Łobywatel, aktywista partyjny. Nikt nie wierzył, że uda mu się zapełnić jego wiecznie puste półki.
- Cześć, Mrówek! - przywitałem się ze skarbnikiem, który siedział ze spuszczoną głową na porośniętym sitowiem brzegu sadzawki.
Ksiądz hodował w niej ryby, bo uwielbiał wędkować. Kiedy czasem przychodziłem z matką rano po zakupy, widziałem, jak wraca znad sadzawki na plebanię. Szedł w wysokich gumowych butach, w jednej ręce miał wędkę, a w drugiej plastikowe wiadereczko z połowem.
- A gdzie Mafia i Migdał? - Suchy przywitał się z Mrówkiem i od razu zaczął się rozbierać do kąpielówek.
- Mafia nie przyjdzie, bo ma robotę w domu. - Mrówek też się rozbierał, unikając mojego wzroku. - A Migdał ma być za godzinę, ale wita, jaki łun jes. To co, pływomy?
- Tylko uważajcie na topielicę... - zażartowałem. - Nie ma jeszcze dwudziestego trzeciego czerwca...
- Dwudziestego trzeciego będzie kuniec roku szkolnego - zamruczał Mrówek. - Jak sie mój łojciec dowi, ze łukrodem piniondze, to mnie som łutopi... - Popatrzył wreszcie na mnie, jakby w poszukiwaniu pomocy.
Ale co mogłem zrobić? Nie miałem ani grosza, żeby mu pożyczyć. Dałem mu już raz, gdy przywłaszczył sobie składkę na Dzień Nauczyciela.
- Łutopi mnie... - powtórzył. Zawsze była w nim jakaś obsesja śmierci. Często uciekał z domu i sypiał na cmentarzu, w grobowcach. Mówił, że chce się w ten sposób przygotować do odejścia z tego świata.
Obserwowałem, jak koledzy zaczęli się ścigać wzdłuż sadzawki. Bałem się wejść do wody - nie potrafiłem pływać. Żeby nie wyjść na całkowitego tchórza, wszedłem po kolana. Myślałem o topielicy. Podobno wabiła śpiewem chłopów wystających pod sklepem i wodziła ich dokoła stawu. Ludzie podążający rano do pracy w polu nieraz widywali nad stawem utaplanych w błocie jak dzikie świnie mocno śpiących chłopów.
- Cego nie pływos? - Suchy śmignął do sadzawki.
Przychodził tutaj przez całe zeszłoroczne wakacje, nauczył się dobrze pływać. Mnie matka nie pozwalała chodzić nad sadzawkę. Czułem, że muszę się wyrwać spod jej nadmiernej opieki, bo wyrosnę na maminsynka. Ojciec bez przerwy powtarzał, że mam być odważny i przedsiębiorczy, bo tylko wtedy poradzę sobie w życiu. To dlatego dziś się tu wymknąłem.
- Czekam na Migdała... - odparłem.
Stojąc nad brzegiem, spoglądałem na Mrówka. Wyglądał, jakby zupełnie zapomniał o swojej malwersacji. Takiemu w życiu będzie łatwiej. Zacząłem rozmyślać o związanych z sadzawką legendach. Na przykład o kościelnym dzwonie, który mieli tutaj zatopić carscy dragoni podczas powstania styczniowego za karę, że mieszkańcy naszej wsi pomagali powstańcom. Podobno niekiedy dało się słyszeć jego głos dobywający się z wody.
- Chłopoki, pomóżta, złapoł mie kurcz! To chyba topielica mnie wciongo! - krzyczał Suchy. - Ała, tone!
Syn sołtysa zanurzał się i wynurzał. Patrzyłem na to, nie wiedząc, czy się śmiać czy bać.
- Żartowołem! - Na szczęście w końcu Suchy przestał się wygłupiać i wypłynął na powierzchnię. - Przestraszyłyśta się, co? - Popłynął na drugi brzeg sadzawki w kierunku kościelnego muru.
- Tone! - Mrówek tak autentycznie zachłysnął się wodą, jeszcze lepiej niż Suchy. - Coś mnie wciongo pod wode! - wrzeszczał, udając przerażenie, a ja tak się śmiałem, że musiałem trzymać się za brzuch. - Pomóżta mi! - krzyknął, znów się zanurzając.
- Mrówek, przestań, bo umrę ze śmiechu! - zawołałem do niego.
Zniknął pod wodą. Ledwie jednak zdołał się wynurzyć. Wtedy zrozumiałem, że nie żartuje. Chciałem do niego biec, ale ni stąd, ni zowąd pojawił się przy mnie Anioł. Chwycił mnie za spodenki i nie pozwolił dalej wejść do wody.
- Suchy, pomóż Mrówkowi!- krzyknąłem, widząc, jak syn sołtysa wychodzi z wody na drugim brzegu.
- Leć pod sklep po pomoc! - Suchy ponownie skoczył do sadzawki.
Odwróciłem się na pięcie i popędziłem w kierunku sklepu. Anioł, poszczekując, gnał obok mnie. Pod sklepem stało kilku pijaczków.
- Mrówek się topi! - trząsłem się z zimna i ze strachu.
Ajmsorry zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. Nie lubił mnie i mojego ojca.
- Gdzie?
- W sadzawce! - Wskazałem ręką kierunek, z którego przybyłem. - Topi się! - I już biegłem z powrotem.
Kilku chwiejących się na nogach mężczyzn podążyło za mną. Kiedy przybyliśmy nad zbiornik, Suchy stał wśród sitowia. Płakał jak bóbr, których kiedyś było tutaj mnóstwo.
- Gdzie Mrówek? - zapytał Ajmsorry, a syn sołtysa wskazał na wodę, w której tafli odbijały się promienie zachodzącego słońca.
- Utopił się? - Ubekowi, który był ojcem chrzestnym Mrówka, z oczu trysnęły łzy. - Ni może to być! - Szykował się do skoku w topiel.
- Za bardzoś pijany! - powstrzymywał go Ajmso-rry. - Som sie jesce utopis! Trza zadzwonić po straż! - zarządził.
- Przecie to my ześmy strażowi! - przypomniał mu Ubek, rozglądając się po pozostałych: wszyscy należeli do lokalnej ochotniczej straży pożarnej.
- Topielica wciongnyła Mrówka... - wyszczękał zębami Suchy, a wszystkich przeszedł lodowaty dreszcz. Anioł zaczął wyć przeraźliwie.
W nocy miałem sen. Widziałem, jak z sadzawki wyjeżdża wspaniały powóz zaprzężony w parę rączych siwków. Karetą powoził Mrówek ubrany w złoconą liberię. Strzelił z bata i pomachał ku mnie przyjaźnie ręką. Chyba był zadowolony, że udało mu się uniknąć odpowiedzialności za zdefraudowane pieniądze.