Mistrz sceny - Paulina Ziarko

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (40,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Mię­dzy­słów, rok 1997

Nie lu­bię cmen­ta­rzy. Przy­pra­wiają mnie o dresz­cze z tego sa­mego po­wodu co in­nych. Jed­nak w moim przy­padku ry­zyko spo­tka­nia bytu z za­świa­tów było więk­sze, co jest jedną z wielu wad by­cia człon­kiem ro­dziny me­dium.

Prze­sta­łam żło­bić dziurę w ziemi czub­kiem buta i opa­tu­li­łam się cia­śniej sza­li­kiem. Tyle czasu ocze­ki­wa­łam upra­gnio­nej cie­płej wio­sny, ale w kwiet­niu - jak to zwy­kle bywa w tym mie­siącu - po­sta­no­wiła wró­cić zima. Wpraw­dzie śniegu nie było, lecz mroźna mżawka, wbi­ja­jąca się w moją skórę jak igiełki lodu i tem­pe­ra­tura bli­ska zeru nie po­pra­wiały mo­jego, i tak kosz­mar­nego, sa­mo­po­czu­cia.

Z jed­nego gówna w dru­gie - po­my­śla­łam po­nuro, wi­dząc, jak od nie­wiel­kiej grupki ze­bra­nych nad gro­bem osób odłą­czyła się około trzy­dzie­sto­let­nia, schlud­nie ubrana ko­bieta. Na twa­rzy miała wy­pi­saną na­ganę, którą, oczy­wi­ście, za­raz od niej otrzy­mam.

Nie mia­łam jed­nak za­miaru zbli­żać się do grobu, któ­rego są­siad stał nie­opo­dal i wpa­try­wał się we mnie mar­twym, nie­na­wist­nym spoj­rze­niem.

- Dla­czego wła­ści­wie zgo­dzi­łam się tu przy­je­chać? - burk­nę­łam pod no­sem i w końcu zde­cy­do­wa­łam się na uczest­nic­two w koń­cówce ce­re­mo­nii.

O przy­jeź­dzie tu­taj do­wie­dzia­łam się ty­dzień temu, ale cof­nijmy się o pełny mie­siąc.

Nie po raz pierw­szy otwo­rzy­łam oczy i zna­la­złam się na sza­rym pust­ko­wiu. Pierw­szy raz jed­nak w ta­kim miej­scu uj­rza­łam du­szę wle­pia­jącą we mnie wiel­kie oczy. Pię­cio­let­nia dziew­czynka ku­cała przede mną i ob­ser­wo­wała mnie z za­cie­ka­wie­niem. Nie po­ru­sza­łam się, bo nie wie­dzia­łam, co zrobi. To było wspo­mnie­nie, nie jawa, więc teo­re­tycz­nie nie po­win­nam mieć bez­po­śred­niego kon­taktu z du­szą, tylko z ele­men­tami jej prze­szło­ści. Po chwili zro­zu­mia­łam, że to wła­śnie dziew­czynka mu­siała być tym ele­men­tem, gdyż wspo­mnie­nie na­le­żało do star­szego męż­czy­zny.

Kiedy mia­łam ją o coś za­py­tać, uśmiech­nęła się i wy­cią­gnęła do mnie rękę. Zła­pa­łam ją i wsta­łam. Kra­jo­braz w se­kun­dzie się zmie­nił i szara zie­mia, za­sy­pana ga­łę­ziami i cier­niami, po­kryła się trawą. Gdy jed­nak za­czę­ły­śmy iść, zie­leń za nami zwię­dła - zu­peł­nie jakby je­dy­nie na­sza obec­ność da­wała temu miej­scu ko­lory.

Dziew­czynka nie pusz­czała mo­jej ręki, do­póki nie do­tar­ły­śmy do drzwi. Poza nimi nic nie było - żad­nego domu, ścian czy ja­kiej­kol­wiek za­po­wie­dzi, do­kąd mo­głyby za­pro­wa­dzić. Ro­zej­rza­łam się z nie­po­ko­jem w po­szu­ki­wa­niu prze­wod­nika w po­staci czar­nego mo­tyla, lecz na­dal go nie wi­dzia­łam. Może to i do­bry znak.

Prze­kro­czy­ły­śmy próg i dziew­czynka pu­ściła moją rękę, po czym wbie­gła w ciem­ność ob­ro­śnię­tego chwa­stami ko­ry­ta­rza. Zmarły był po­dobno po­li­ty­kiem z War­szawy i zna­jo­mym bur­mi­strza Mię­dzy­sło­wia. Tak za­ro­śnięta prze­szłość mo­gła być do­wo­dem jego brud­nych prak­tyk, które chcia­łam od­kryć, ale ni­gdy wcze­śniej nie pro­wa­dzi­łam ta­kich po­szu­ki­wań - do tej pory du­sze same po­ry­wały mnie we wspo­mnie­nia i nie­malże po­da­wały mi wszystko na tacy. Wpraw­dzie od sprawy po­rwań dzieci z ze­szłego roku już kilka razy we­szłam nie­pro­szona do głów tru­pów, ale w żad­nym z tych przy­pad­ków nie udało mi się osią­gnąć celu. Za każ­dym ra­zem mnie wy­rzu­cały. Jak gdyby nie chciały, abym do­wie­działa się o ich cier­pie­niu. Jak w ta­kim ra­zie mam im po­móc? Czy Ma­tylda Za­lew była je­dyną du­szą, która tak na­prawdę pro­siła mnie o po­moc i na tym skoń­czyła się moja rola jako me­dium?

Oprzy­tom­nia­łam i za­trzy­ma­łam się gwał­tow­nie, w ostat­niej chwili uni­ka­jąc wpad­nię­cia w dziurę bez dna. Klęk­nę­łam na pod­ło­dze i wy­chy­li­łam się ostroż­nie do przodu. Spo­tka­łam się nie tylko z pustką, ale i zim­nem. Wy­co­fa­łam się po­spiesz­nie, gdy przy­po­mnia­łam so­bie po­dobną ot­chłań, w którą nie tak dawno wcią­gnęły mnie ręce. Już chcia­łam się pod­dać i spró­bo­wać opu­ścić kosz­mar na wła­sną rękę, kiedy z głębi prze­pa­ści do­biegł do mnie za­ska­ku­jący od­głos.

Mu­zyka.

Nie była to jed­nak upiorna nuta ciu­ciu­babki, która jesz­cze nie­raz na­wie­dzała mnie w snach, ale zwy­kła mu­zyczka, grana chyba na akor­de­onie albo ka­ta­rynce. A może była to cała or­kie­stra? Do­piero po chwili się zo­rien­to­wa­łam, że zna­łam tę me­lo­dię.

To była po­pu­larna li­nia me­lo­dyczna wy­ko­rzy­sty­wana w cyrku. Raz, z da­leka, wi­dzia­łam taki cyrk, gdy prze­jeż­dżał przez wio­skę, w któ­rej miesz­ka­łam ja­kiś czas po ucieczce z ro­dzin­nej wsi. Nie za­trzy­mał się tam jed­nak i szybko o nim za­po­mnia­łam. W tej chwili mu­zyka była od­le­gła i to­wa­rzy­szyło jej echo, więc być może zmarły też wi­dział, jak trupa cyr­kowa prze­jeż­dżała przez jego mia­sto.

Wes­tchnę­łam i ru­szy­łam w kie­runku, z któ­rego przy­szłam. Mia­łam tylko na­dzieję, że te­raz ta me­lo­dia nie bę­dzie mi się śniła po no­cach.

Po kilku kro­kach echo cyr­ko­wej mu­zyczki za­ni­kło i jego miej­sce za­jęły od­głosy skrzy­pie­nia i prze­su­wa­nia cze­goś. Od­wró­ci­łam się i ze zgrozą za­uwa­ży­łam mknącą ku mnie prze­paść. Jesz­cze mi się nie zda­rzyło, żeby go­niła mnie dziura. Rzu­ci­łam się do biegu, ale da­leko nie do­tar­łam i wkrótce stra­ci­łam grunt pod sto­pami, gdy spo­tka­łam się z tą nie­przy­jemną czer­nią.

*

Wcią­gnę­łam gwał­tow­nie po­wie­trze i spa­dłam z krze­sła, na któ­rym sie­dzia­łam. Za­klę­łam i po­ma­so­wa­łam tył głowy. Kiedy pod­nio­słam się do po­zy­cji sie­dzą­cej, do­strze­głam utkwione we mnie dwie pary oczu. Wes­tchnę­łam po­iry­to­wana.

- Nic.

Ar­ka­diusz Se­pia rów­nież wes­tchnął, tyle że z ża­lem. Jego syn - Kuba - stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie sy­tu­acją i za­czął się roz­glą­dać po po­koju.

- Na­prawdę nic? - upew­nił się dzien­ni­karz. - Nic po­dej­rza­nego?

- We wspo­mnie­niach zmar­łych nie ma nic, co nie jest po­dej­rzane, bo wszystko jest kosz­marne. - Wsta­łam i roz­pro­sto­wa­łam ko­ści. Zer­k­nę­łam z nie­chę­cią na du­cha sie­dzą­cego nie­ru­chomo na brzegu łóżka, a na­stęp­nie na jego za­krwa­wiony cie­le­sny kon­te­ner uło­żony tuż przy jego no­gach. - Nie wy­gląda na to, żeby chciał odejść. Nie po­tra­fię go do tego zmu­sić, je­żeli sam nie bę­dzie chciał so­bie po­móc.

Chwilę mil­czeli. W mię­dzy­cza­sie sze­ścio­letni Ku­buś znu­dził się prze­glą­da­niem ja­kiejś książki i za­czął ry­so­wać pod­łogę me­ta­lową czę­ścią wie­szaka.

- Czy to na pewno do­bry po­mysł przy­pro­wa­dzać dzie­ciaka w ta­kie miej­sce? - za­py­ta­łam.

Nie­ważne, jak ide­al­nie Se­pia wy­glą­dał i się za­cho­wy­wał. Już zdą­ży­łam za­uwa­żyć, że miał małe pro­blemy z od­po­wie­dzial­no­ścią albo pa­mię­cią - je­śli nie gu­bił syna, to po­ka­zy­wał mu zbyt dużo bru­tal­no­ści tego świata.

- Wi­dział o wiele gor­sze rze­czy w ze­szłym roku. Poza tym nie mia­łem go z kim zo­sta­wić. Przed­szkole dzi­siaj nie­czynne, a Ka­ro­lina jest na wy­jeź­dzie służ­bo­wym.

- Nie ma in­nej ro­dziny? Dziad­ko­wie? Ciotka?

Mil­czał przez mo­ment. Po­krę­cił głową. Ja z ko­lei da­lej mia­łam pro­blem z trzy­ma­niem ję­zyka za zę­bami. Nie ob­cho­dziło mnie, czy nie żyją, czy po pro­stu ze­rwali kon­takt, więc nie wiem, co chcia­łam osią­gnąć do­py­ty­wa­niem o to.

- Może spró­buj jesz­cze raz - za­su­ge­ro­wał Se­pia. - Pa­mię­tasz? Gdy szu­ka­łaś Kuby po jego po­rwa­niu, to po dru­giej pró­bie zna­la­złaś wię­cej in­for­ma­cji.

- To­bie ła­two to mó­wić. To wcale nie jest przy­jemne - wark­nę­łam. - Poza tym mia­łam wtedy do czy­nie­nia ze wspo­mnie­niem rze­czy, nie czło­wieka, i ono jest ła­god­niej­sze w skut­kach.

- Ro­zu­miem...

Iry­to­wał mnie ten jego żal. Czu­łam się przez to winna. Osta­tecz­nie przy­sta­łam na jego prośbę i usia­dłam na pod­ło­dze przed cia­łem, po czym się­gnę­łam ręką w stronę du­szy.

Od razu szarp­nęło mną i za­trzę­sło jak w pralce. Znowu zna­la­złam się na tym pust­ko­wiu, ale te­raz coś się zmie­niło. Było gę­sto po­ro­śnięte cier­niami i ły­symi ga­łę­ziami - znacz­nie gę­ściej niż w tam­tym ko­ry­ta­rzu z prze­pa­ścią. Za­nie­po­ko­iłam się sta­nem zmar­łego, po­nie­waż tak ra­dy­kalna zmiana mo­gła su­ge­ro­wać, że ze zwy­kłej za­gu­bio­nej du­szy sta­nie się mściwą, a w trak­cie tego pro­cesu nie po­win­nam być w jej wspo­mnie­niach. Mu­zyczka cyr­kowa po­now­nie roz­brzmiała, jak gdyby po­śród tej gę­stwiny ukryte były sa­mo­gra­jące in­stru­menty.

Na­gle po­śród cierni po­ja­wiła się ona. Pię­cio­let­nia dziew­czynka stała do mnie ty­łem kilka kro­ków da­lej. Po­de­szłam do niej nie­pew­nie i po­ło­ży­łam dłoń na jej ra­mie­niu w prze­ko­na­niu, że znowu mnie po­pro­wa­dzi, ale ona od­wró­ciła się gwał­tow­nie, chwy­ciła za mój nad­gar­stek i zbli­żyła do mnie oszpe­coną i roz­pa­da­jącą się twarz.

Cof­nę­łam się z krzy­kiem, wy­peł­niona stra­chem nie wia­domo czyim - moim czy du­szy. Nie mu­sia­łam my­śleć, jak się stąd wy­do­stać, po­nie­waż wy­rzu­ciło mnie jesz­cze bru­tal­niej niż wcze­śniej. Su­nę­łam na ple­cach na drugi ko­niec po­koju, jak­bym obe­rwała w brzuch czymś cięż­kim. Nie zwa­ża­jąc na ból, na­tych­miast się pod­nio­słam, bo mar­twi­łam się, że prze­miana du­cha do­bie­gła końca i za­raz wy­rzą­dzi wię­cej szkód na ja­wie niż we wspo­mnie­niu. On jed­nak tylko za­wył prze­raź­li­wie, co po­now­nie po­słało mnie na pod­łogę, po czym wy­pa­ro­wał.

Usia­dłam i od­ję­łam dło­nie od uszu. Oprzy­tom­nia­łam do­piero, kiedy Se­pia po­trzą­snął mnie za ra­miona. Coś do mnie mó­wił, ale do­cie­rało do mnie co dru­gie słowo. Nie wie­dzia­łam, czy to przez szok, czy coś się stało z moim słu­chem. Nie od­ry­wa­łam wzroku od pu­stego łóżka.

Drugi raz by­łam świad­kiem cze­goś ta­kiego, ale pierw­szy raz zda­rzyło się to poza wspo­mnie­niem. Znisz­cze­nie du­szy. Kiedy kilka lat temu mia­łam swój de­biut jako me­dium w czy­imś zmar­łym umy­śle, nie mia­łam po­ję­cia, co zro­bić i jak się za­cho­wać, więc nie­świa­do­mie do­pro­wa­dzi­łam du­szę do znisz­cze­nia. Wów­czas stało się to jed­nak we wspo­mnie­niu i do­piero wtedy mnie wy­rzu­ciło, a nie tak jak te­raz. Po­now­nie za­czę­łam ża­ło­wać, że nikt inny poza mną nie mógł cho­ciaż Wi­dzieć.

- Hej! - Se­pia szarp­nął mną tak mocno, że na­cią­gnął mi i tak obo­lały mię­sień na brzu­chu.

Syk­nę­łam z bólu. To jed­nak sku­tecz­nie przy­wró­ciło mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

- Prze­pra­szam. Nic ci nie jest? Co się stało?

- Od­szedł - mruk­nę­łam i z jego po­mocą pod­nio­słam się na nogi.

- Ale mó­wi­łaś...

- Na­stą­piło znisz­cze­nie du­szy. - Po­tar­łam twarz. - Ale nie wiem dla­czego. Ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzyło się to poza wspo­mnie­niem. Tak jakby... czuł, że nad­cho­dzi jego ko­niec, i dla­tego mnie wy­rzu­cił. Tak czy ina­czej, nic już się od niego nie do­wiemy. - Za­sta­no­wi­łam się. - Coś było nie tak. Za dru­gim ra­zem też to usły­sza­łam.

- Co?

- Cyrk. A do­kład­niej mu­zykę z cyrku. Za­kła­dam, że ofiara po pro­stu usły­szała, jak prze­jeż­dża przez jej mia­sto.

- A może w nim była?

- Też moż­liwe, ale...

- Pa­mię­tasz ostat­nią upiorną me­lo­dię? Może to nie cho­dzi o cyrk, tylko o po­zy­tywkę lub inne urzą­dze­nie, które ją wy­twa­rza? Warto za­py­tać o to wróżkę z Sę­pa­tycz­nej.

- To nie ma zna­cze­nia.

- A może wła­śnie ma? Może ma to zwią­zek z jego prze­szło­ścią? Kiedy my, żywi, śnimy o czymś czę­sto, zwłasz­cza w for­mie kosz­maru, to naj­pew­niej jest to trau­ma­tyczne do­świad­cze­nie. W jego przy­padku mo­gło być tak samo.

- A może po pro­stu szu­kasz dziury w ca­łym, żeby tylko na­pi­sać ten swój pie­przony ar­ty­kuł? - wark­nę­łam, zła na jego wścib­skość i za­fa­scy­no­wa­nie te­ma­tem. Po­czu­łam po­cią­gnię­cie za rę­kaw. - Co znowu?

Zer­k­nę­łam na Kubę, który po­dał mi zło­żony ka­wa­łek pa­pieru. Nie­chęt­nie go do­tknę­łam, ale nie wcią­gnęło mnie we wspo­mnie­nia mar­twego przed­miotu, co mnie z jed­nej strony ucie­szyło, ale z dru­giej nieco za­nie­po­ko­iło. Gdy tylko po­czu­łam pa­pier pod opusz­kami pal­ców, mia­łam wra­że­nie, że de­li­kat­nie kop­nął mnie prąd. Roz­ło­ży­łam kartkę. Była pu­sta.

- Skąd to masz? - zwró­ci­łam się do chłopca.

- Wy­sta­wało temu panu z kie­szeni - od­parł Kuba i wska­zał na ciało po­li­tyka. - Chcia­łem po tym ry­so­wać, ale się nie da.

- Jak to się nie da?

Wzru­szył ra­mio­nami. Albo nie chciał mi wy­ja­śnić, albo sam tego nie wie­dział. By­łam jed­nak zbyt zmę­czona i po­iry­to­wana, żeby to drą­żyć. Scho­wa­łam zna­le­zi­sko do kie­szeni kurtki i opu­ści­łam miej­sce zbrodni.

Pro­log

Star­sza ko­bieta po­gła­dziła pu­stą kartę księgi, przy­glą­da­jąc się jej chwilę, po czym wró­ciła spoj­rze­niem do swo­jego je­dy­nego słu­cha­cza.

- Nie po­wie­dzia­łeś mi, skąd po­cho­dzisz - ode­zwała się ci­cho. Cały czas do­ty­kała chro­po­wa­tego pa­pieru rów­nie szorst­kimi pal­cami.

- Te­raz nie mam swo­jego sta­łego miej­sca - od­po­wie­dział jej mło­dzie­niec. - Ale uro­dzi­łem się w Kra­ko­wie.

- Ach, duże mia­sta. To nie dla mnie. Z ja­kie­goś po­wodu od za­wsze przy­cią­gały mnie mniej­sze mia­steczka. Nie wsie. Mia­steczka. - Prze­nio­sła rękę z księgi i wy­ce­lo­wała ją w swo­jego go­ścia, pro­stu­jąc pa­lec wska­zu­jący, jakby chciała go przed czymś prze­strzec. - Czy wiesz, co jest in­te­re­su­ją­cego w mniej­szych miej­sco­wo­ściach?

- Mniej lu­dzi?

- I tak, i nie. Wieś ma ich jesz­cze mniej, więc je­żeli ktoś ży­czy so­bie spo­koju, to wy­bie­rze wio­skę na od­lu­dziu. Nie o tym jed­nak mó­wię. Cho­dzi mi kon­kret­nie o... - za­wie­siła na mo­ment głos, a na­stęp­nie prze­je­chała pal­cem po dole karty - ...ta­jem­nice. Wiele miejsc ma swoje se­krety, czy to praw­dziwe, czy wy­my­ślone. Jed­nak jak ta­jem­nice wio­sek są nie­zdrowe, tak te mia­ste­czek in­try­gują. Od kilku go­dzin mó­wimy prze­cież o ma­łym mie­ście, w któ­rym na­sza bo­ha­terka po­sta­no­wiła spę­dzić resztę swo­jego ży­cia.

- Czy mo­gło tam się stać coś gor­szego od mor­derstw dzieci? - za­py­tał nie­pew­nie chło­pak.

Star­sza ko­bieta za­śmiała się ci­cho i ude­rzyła pa­znok­ciem w złotą po­piel­nicę nad sto­li­kiem, jak gdyby miała to być od­po­wiedź twier­dząca na to py­ta­nie.

- Mię­dzy­słów musi sta­wić czoła ko­lej­nemu hor­ro­rowi, ale za­nim do niego przej­dziemy, na­sze me­dium do­staje dość nie­spo­ty­kaną wia­do­mość.

Roz­dział drugi

Ko­lejne dwa ty­go­dnie mia­łam za­peł­nione nie­przy­jem­nymi wspo­mnie­niami ofiar naj­róż­niej­szych nie­szczęść. Nie­mal po każ­dym ta­kim do­świad­cze­niu kłó­ci­łam się z Se­pią, któ­rego po­my­sły sta­wały się co­raz bar­dziej ab­sur­dalne. W pew­nym mo­men­cie po­czu­łam, że robi ze mną do­kład­nie to, czego się oba­wia­łam na sa­mym po­czątku na­szej zna­jo­mo­ści: wy­ko­rzy­stuje moją zdol­ność ko­mu­ni­ka­cji z du­chami. Mimo że dzięki jego zle­ce­niom za­ro­bi­łam cał­kiem sporo pie­nię­dzy, by­łam już zmę­czona taką pracą. Po­sta­no­wi­łam ze­rwać z nim kon­takt na ja­kiś czas i za­szy­łam się w swoim uko­cha­nym po­koju na pod­da­szu.

Mi­nęło sześć dni od roz­po­czę­cia mo­jego "urlopu" i na­gle zro­zu­mia­łam, dla­czego czu­łam się taka pu­sta - naj­zwy­czaj­niej w świe­cie się nu­dzi­łam. Prze­krę­ci­łam się na plecy. Dzi­siaj znowu spa­łam pra­wie do po­łu­dnia i by­łam bar­dziej zmę­czona, niż kiedy spa­łam trzy czy cztery go­dziny. Czy to ozna­czało, że w końcu za­czę­łam się od­naj­dy­wać w tej znie­na­wi­dzo­nej przeze mnie pro­fe­sji? A może po pro­stu po­trze­bo­wa­łam ja­kie­goś nor­mal­nego hobby?

Cze­ko­la­dowy kot bry­tyj­ski wsko­czył mi na brzuch i wy­ci­snął ze mnie pra­wie całe po­wie­trze. Chyba nad­szedł czas, aby go nieco od­chu­dzić. Wsta­łam z łóżka i chcia­łam pójść pod prysz­nic, kiedy roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi wej­ścio­wych. Wes­tchnę­łam z iry­ta­cją, pewna, że to Se­pia znowu za­czyna mnie mę­czyć, ale za­miast niego po­wi­tała mnie wła­ści­cielka mo­jej kwa­tery - pani Gro­decka. Wró­ciła z li­stami, które ode­brała ze skrzynki, i po­śród bia­łych ko­pert zna­la­zła się be­żowa, za­adre­so­wana do mnie.

- Mam na­dzieję, że tym ra­zem nie je­steś za­an­ga­żo­wana w ja­kieś prze­ra­ża­jące sekty. - Za­cmo­kała z nie­za­do­wo­le­niem i zo­sta­wiła mnie otu­ma­nioną na szczy­cie scho­dów.

Otrzą­snę­łam się po kilku se­kun­dach i za­mknę­łam drzwi. Przyj­rza­łam się uważ­nie ko­per­cie. Bez za­sta­no­wie­nia jej do­tknę­łam, gdy mi ją po­dała, i do­piero te­raz so­bie uświa­do­mi­łam, że rów­nie do­brze mo­gła to być wła­sność ja­kie­goś nie­bosz­czyka, która za­bra­łaby mnie w mroczną po­dróż do świata wspo­mnień. Na szczę­ście na­le­żała do ży­wej osoby. Za­raz jed­nak znowu się za­nie­po­ko­iłam, po­nie­waż ad­res na od­wro­cie był za­ska­ku­jąco do­kładny, miał w so­bie na­wet słowo "Pod­da­sze", jakby nadawca wie­dział, które miej­sce w domu za­miesz­ki­wa­łam. Prze­syłka była za­sta­na­wia­jąco ciężka. Ob­ró­ci­łam ją i za­mar­łam.

Ko­pertę za­kle­jono wo­skową pie­czę­cią z sym­bo­lem kruka, a ści­ślej mó­wiąc - kru­czego łba na tle pióra. Pie­częć była szara i wy­glą­dała jak spe­cjalna edy­cja mo­net ko­lek­cjo­ner­skich, które bar­dzo chcia­łam zbie­rać w dzie­ciń­stwie, lecz wów­czas szybko mu­sia­łam za­po­mnieć o ta­kich przy­jem­no­ściach. Ręce mi drżały, gdy otwie­ra­łam list.

Sz.P. Flora Ju­traj; znana także jako Flora Mi­ro­gniewa Świ­czek; a także jako Główna Po­śred­niczka Dusz.

Z przy­kro­ścią za­wia­da­miamy o śmierci Pani matki, Ju­lity Świ­czek, lat pięć­dzie­siąt pięć. Uro­czy­sty po­chó­wek od­bę­dzie się 21 kwiet­nia bie­żą­cego roku o go­dzi­nie czter­na­stej na cmen­ta­rzu w Nie­do­li­cach. Ocze­ku­jemy Pani w wy­zna­czo­nym dniu o wy­zna­czo­nej po­rze. Pro­szę ze sobą za­brać do­wód przy­na­leż­no­ści do Kręgu, który otrzy­mała Pani wraz z tą wia­do­mo­ścią.

Z wy­ra­zami naj­głęb­szego współ­czu­ciaPierw­szy Mówca z Kręgu

Opu­ści­łam rękę. Znowu po­czu­łam się pu­sta w środku, lecz te­raz z in­nego po­wodu.

Świczki były al­ter­na­tywną na­zwą błęd­nych ogni­ków, w folk­lo­rze sło­wiań­skim zna­nych z peł­nie­nia funk­cji prze­wod­ni­ków. Ro­dziny na­le­żące do Wspól­noty zgro­ma­dzo­nej wo­kół me­dium i dzia­ła­jące rów­nież pod na­zwą Za­świa­tow­ców przy­jęły na­zwi­ska po­wią­zane z na­szą ro­dzimą wiarą i za­świa­tami. Me­dium było już prak­tycz­nie wy­marłą pro­fe­sją, więc próby wznie­sie­nia jej na szczyty po­przez ta­kie głu­pie ty­tuły jak Główna Po­śred­niczka Dusz były dla mnie śmieszne, ale też nie­ustan­nym po­wo­dem do wstydu. Mia­łam głu­pią na­dzieję, że ukryję się przed nimi dzięki zmia­nie na­zwi­ska i za­miesz­ka­niu na dru­gim końcu Pol­ski, jed­nak w końcu do­wie­dzieli się, gdzie mo­gli mnie do­paść i w jaki spo­sób. Nie­ważne, jak bar­dzo nie zno­si­łam mo­jej matki, na jej po­grzeb mu­sia­łam się udać - na­wet tylko po to, aby za­po­biec na­wie­dze­niom przez jej mściwą du­szę.

Po­dar­łam list i mia­łam wy­rzu­cić rów­nież ko­pertę, ale zo­rien­to­wa­łam się, że ta na­dal coś w so­bie ma. Wy­rzu­ci­łam z niej na dłoń me­ta­lową przy­pinkę z tym sa­mym sym­bo­lem, który zdo­bił wo­skową pie­częć. Dzięki temu Za­świa­towcy roz­po­zna­wali swoją rangę na tak du­żych uro­czy­sto­ściach jak po­grzeby. Mimo że po­zo­stała tylko jedna ro­dzina z głów­nej ga­łęzi, w któ­rej było me­dium, inne klany wciąż były z nią po­wią­zane i zlał mnie zimny pot na myśl o tym, że znowu będę zmu­szona spo­tkać tych lu­dzi.

Po­trzą­snę­łam głową, po­kle­pa­łam się po po­licz­kach i ze­bra­łam się do wyj­ścia, zo­sta­wia­jąc w tyle znisz­czony list i przy­pinkę z kru­kiem.

Spa­cer po parku miał przy­wró­cić mnie nieco do ży­cia, ale my­śli cały czas za­przą­tały moje ro­dzinne strony. Im dłu­żej o nich my­śla­łam, tym - o dziwo - co­raz bar­dziej chcia­łam tam wró­cić. Cho­ciaż na chwilę, by zo­ba­czyć, jak te ma­toły so­bie beze mnie nie ra­dzą. Brak me­dium na sta­no­wi­sku na pewno wpro­wa­dził za­męt we Wspól­no­cie i uzna­ła­bym, że już dawno zna­leźli za­stęp­stwo, gdyby nie ta wia­do­mość. Je­śli na­prawdę ko­goś wy­brali, nie zwra­ca­liby się do mnie per Główna Po­śred­niczka Dusz, co było ty­tu­łem prze­zna­czo­nym wy­łącz­nie dla ak­tyw­nego me­dium. Mia­łam ochotę skon­tak­to­wać się z moją star­szą sio­strą, za­nim zde­cy­duję się na wy­jazd, lecz nie mia­łam na nią żad­nego na­miaru, a wy­sy­łać do niej list było ry­zy­kowne, bo po dro­dze mógłby wpaść w ręce ko­goś z Kręgu.

Tak bar­dzo od­le­cia­łam umy­słem, że za­po­mnia­łam o naj­gor­szej atrak­cji parku, czyli po­lter­ge­iście. Po raz enty sku­tecz­nie mnie na­stra­szył, tym ra­zem rzu­ca­jąc we mnie swoją śmie­jącą się głową. W ostat­niej chwili się cof­nę­łam i unik­nę­łam z nią kon­taktu. Od­na­la­złam wzro­kiem resztę jego po­staci. Tań­czył nie­opo­dal, naj­pew­niej za­chwy­cony moją re­ak­cją. Za­pa­trzy­łam się na jego głowę, którą za­raz pod­niósł i wziął pod pa­chę. Do­piero te­raz uświa­do­mi­łam so­bie, że smugi na jego mar­twej twa­rzy przy­wo­dziły mi na myśl starty ma­ki­jaż klauna, i w tym mo­men­cie przy­po­mnia­łam so­bie o me­lo­dii z cyrku, którą usły­sza­łam we wspo­mnie­niach jed­nej z ofiar trzy ty­go­dnie temu. Po­czu­łam na­głą, silną po­trzebę skon­fron­to­wa­nia du­cha i do­wie­dze­nia się, co mo­gła ozna­czać ta mu­zyka, ale osta­tecz­nie zmie­ni­łam zda­nie i wró­ci­łam do swo­jej kwa­tery.

Pod­ję­łam już de­cy­zję.

*

Do ro­dzin­nej wsi wy­bra­łam się po­cią­giem, z któ­rego w Gdań­sku prze­sia­dłam się do busa zmie­rza­ją­cego pod Nie­do­lice. Pani Gro­dec­kiej po­wie­dzia­łam, że wy­bie­ram się na kilka dni do ro­dziny, mimo że nie pla­no­wa­łam tam zo­stać dłu­żej niż jedną noc. Z Se­pią wciąż nie roz­ma­wia­łam, ale wy­sła­łam mu krótką wia­do­mość, że będę ja­kiś czas poza Mię­dzy­sło­wiem. Nie otrzy­ma­łam od niego od­po­wie­dzi.

Ba­wi­łam się pier­ście­niem me­dium z wi­ze­run­kiem kruka i tępo ob­ser­wo­wa­łam prze­su­wa­jące się za oknem kra­jo­brazy. Kiedy bus za­trzy­mał się na przy­stanku na od­lu­dziu, do­cho­dziła trzy­na­sta. Je­śli chcia­łam zdą­żyć na po­grzeb, mu­sia­łam się spie­szyć, lecz gdy tylko zo­sta­łam sama na tym wy­gwiz­do­wie, nogi wro­sły mi w zie­mię. Żadna ko­mu­ni­ka­cja miej­ska nie do­jeż­dżała bez­po­śred­nio do wio­ski i za­wsze mia­łam wra­że­nie, że Za­świa­towcy ma­czali palce w dziw­nym usta­wie­niu przy­stan­ków, aby od­ciąć me­dium od świata ze­wnętrz­nego. Nie czu­łam po­trzeby ubie­ra­nia się spe­cjal­nie na tę oka­zję, więc mia­łam na so­bie szare spodnie, czarny golf i płaszcz w ko­lo­rze khaki. Za­rzu­ci­łam na ra­miona ple­cak, a na głowę na­ło­ży­łam czapkę, by ochro­nić uszy przed mroź­nym wia­trem i choć tro­chę okieł­znać moje zbun­to­wane brą­zowe loki.

Doj­ście do wio­ski z przy­stanku za­jęło mi nieco po­nad dwa­dzie­ścia mi­nut. Mimo że czas mnie go­nił, nie mia­łam ochoty przy­spie­szać, zwłasz­cza że od razu po wej­ściu do Nie­do­lic po­czu­łam się tak, jak­bym prze­kra­czała gra­nicę ży­cia i śmierci. Za­trzy­ma­łam się na mo­ment i przyj­rza­łam na­zwie miej­sco­wo­ści. Za­ło­ży­ciele wsi wy­ka­zali się nie lada kre­atyw­no­ścią i głu­potą, po­nie­waż w miej­scu prak­tycz­nie ko­eg­zy­stu­ją­cym z za­świa­tami nie po­winno być słów przy­no­szą­cych pe­cha, a "nie­dola" w na­zwie mo­ich ro­dzi­mych stron być może do­dat­kowo przy­cią­gała zło. Miesz­kali tu­taj zwy­kli lu­dzie, nie­zwią­zani z moją ro­dziną, ale z ja­kie­goś po­wodu wciąż ją sza­no­wali. Tak przy­naj­mniej było, kiedy zna­la­złam się tu­taj ostat­nio, czyli sie­dem lat temu. Te­raz, gdy mi­ja­łam domy, miesz­kańcy cho­wali się w środku i za­my­kali drzwi na cztery spu­sty na mój wi­dok. Nie mia­łam po­ję­cia, czy mnie roz­po­znali, ale nie spodo­bała mi się ta re­ak­cja. Co się tu wy­da­rzyło pod moją nie­obec­ność? Im bli­żej by­łam cmen­ta­rza, tym bar­dziej mar­twi­łam się o moją sio­strę. Gdy jed­nak do niego do­szłam, zo­ba­czy­łam ją całą i zdrową przy trum­nie.

Róża Skar­bi­mira Świ­czek była star­sza ode mnie o pięć lat, więc w tym roku koń­czyła trzy­dziestkę. Na­sza bab­cia i jej przod­ko­wie byli prze­ko­nani, że sta­ro­sło­wiań­skie dru­gie imię chro­niło przed złem, w co oso­bi­ście nie wie­rzy­łam - wy­star­czyło spoj­rzeć na moje ostat­nie "przy­gody". Je­dy­nie na­sza matka nie miała tego za­pew­nia­ją­cego bez­pie­czeń­stwo imie­nia. Do­my­śla­łam się, że do sa­mego końca była okrutną istotą po­da­jącą się za czło­wieka i za­pewne dla­tego bała się przy­jąć sta­ro­sło­wiań­skie imię, aby nie spło­nęła żyw­cem na na­szych oczach.

Wes­tchnę­łam i sta­nę­łam przy sa­mot­nym drze­wie na wzgó­rzu, znaj­du­ją­cym się nie­opo­dal ce­re­mo­nii po­że­gnal­nej. Sta­ra­łam się igno­ro­wać krą­żące po ca­łym cmen­ta­rzu du­chy, ale mia­łam wra­że­nie, że przy­cią­ga­łam je samą swoją obec­no­ścią, na­wet je­śli uni­ka­łam ich pu­stych spoj­rzeń.

Kiedy za­częto opusz­czać trumnę, Róża mnie za­uwa­żyła i zbli­żyła się. Nie wy­glą­dała na za­do­wo­loną.

- Po­win­naś się wsty­dzić, że do­piero śmierć matki była w sta­nie cię tu ścią­gnąć - zbesz­tała mnie, jak­bym była kil­ku­let­nim dziec­kiem.

Za­ci­snę­łam zęby, nie da­jąc się po­nieść emo­cjom.

- Cie­bie też miło wi­dzieć - od­par­łam. Kiw­nę­łam głową w stronę po­woli roz­cho­dzą­cych się lu­dzi. - I tak je­stem lep­sza od nich, bo zja­wi­łam się na po­grze­bie.

Róża prych­nęła i po­pra­wiła swoje dłu­gie blond loki. W prze­ci­wień­stwie do mnie miała kilka uro­czych pie­gów na no­sie i jed­no­ko­lo­rowe, nie­bie­skie oczy. Nie mia­łam po­ję­cia, czym się te­raz zaj­mo­wała, ale w dzie­ciń­stwie za­wsze mó­wiła o tym, że chce zwie­dzać świat jako ak­torka. Wąt­pi­łam jed­nak, aby choć w czę­ści speł­niła to ma­rze­nie.

- Ni­gdy nie opu­ści­łaś tego miej­sca? - za­py­ta­łam; nie udało mi się jed­nak za­pa­no­wać nad zdu­mie­niem w gło­sie.

- Nie masz prawa o tym wspo­mi­nać! - syk­nęła i za­częła scho­dzić w dół wio­ski. Po­dą­ży­łam za nią. - Gdy­byś nie my­ślała tylko o so­bie, wszystko by­łoby w po­rządku!

- W po­rządku? - wy­buch­nę­łam, zrów­nu­jąc z nią krok. - Co dla cie­bie było w po­rządku? Spo­sób, w jaki nas trak­to­wała na­sza wła­sna ro­dzina czy Wspól­nota?

Róża na­gle się za­trzy­mała, a ja po­tknę­łam się o jej stopę. Od­wró­ci­łam się do niej. Była ode mnie wyż­sza o pół głowy, przez co po­czu­łam się, jak­bym wró­ciła do prze­szło­ści jako sze­ścio­let­nie dziecko, które ze­psuło star­szej sio­strze lalkę i te­raz cze­kało na karę.

- Nie ma nas, Flora - po­wie­działa ci­cho. - Ni­gdy nie było nas. Za­wsze by­łaś tylko ty. By­łaś oczkiem w gło­wie taty. Za­wsze wszystko ucho­dziło ci pła­zem. Wszy­scy cię sza­no­wali i dbali o cie­bie. To cie­bie bab­cia wy­brała.

- O to ci się roz­cho­dzi? - rzu­ci­łam z nie­do­wie­rza­niem. Wszyst­kiego bym się po niej spo­dzie­wała, ale nie tego. - Je­steś za­zdro­sna o to, że wy­brała mnie na to pie­przone me­dium?

Mia­łam wra­że­nie, że ja i moja sio­stra przez osiem­na­ście lat miesz­ka­nia w jed­nym domu ży­ły­śmy w dwóch in­nych świa­tach. Nie ro­zu­mia­łam, dla­czego nie wi­działa, jak matka mną po­mia­tała, jak Wspól­nota wy­mu­szała na mnie bru­talne i tak na­prawdę za­ka­zane prak­tyki, abym tylko mo­gła spro­stać ich ocze­ki­wa­niom jako kan­dy­datka na po­śred­niczkę mię­dzy świa­tami. Przed­wcze­sna śmierć na­szego ojca tylko bar­dziej mnie po­grą­żyła, bo w rze­czy­wi­sto­ści był je­dyną osobą, która była po mo­jej stro­nie. Uwaga babci była skie­ro­wana na na­czy­nie zwane me­dium, nie wnuczkę, która miała odzie­dzi­czyć jej pro­fe­sję.

Róża nie od­po­wie­działa i wzno­wiła marsz. W mil­cze­niu po­szłam w jej ślady.

Re­dak­cja: Mag­da­lena Gonta-Bier­natKo­rekta: Bar­bara WronaPro­jekt okładki: To­masz Bier­natSkład: To­masz Bier­nat

Co­py­ri­ght by Pau­lina Ziarko 2025Co­py­ri­ght for the Po­lish Edi­tion by Wy­daw­nic­two Nocą,War­szawa 2025

Druk i oprawa:Abe­dik S.A.

ISBN: 978-83-68037-72-2

WYDAW­NIC­TWO NOCĄul. Fi­li­piny Pła­sko­wic­kiej 46/8902-778 War­szawaNIP: 9512496374www.wy­daw­nic­two­noca.ple-mail: kon­takt@wy­daw­nictwonoca.pl