Prolog
PROLOG
Będą szukać (pouczeń) w snach. I nawet jeśli powiedzą, że to sen - od
demona, który oczywiście godny jest ich błędu - to przypadnie im
zniszczenie zamiast nieśmiertelności. Gdyż zło nie może przynosić
dobrego owocu, gdyż każdy, który z tego miejsca pochodzi, przynosi to,
co odpowiada temu miejscu. Nie każda bowiem dusza pochodzi z prawdy czy
z niezniszczalności. Każda bowiem dusza tych eonów w naszych oczach
przeznaczona jest na śmierć. Jest bowiem zawsze niewolnicą stworzoną w swych namiętnościach, a zniszczenie wieczne jest jej
przeznaczeniem.1
APOKALIPSA PIOTRA
3 marca 1634 roku
To już dziś. Nigdy by nie pomyślała, że będzie oczekiwała śmierci jak
wybawienia. Śmierć jak wspaniały dar niebios, którego nigdy wcześniej
nie doceniała.
Miała zaledwie dwadzieścia lat, ale ostatnie dni uczyniły ją staruszką.
Nie pamiętała już siebie sprzed TEGO dnia. Ogrom emocji i cierpienia
przygłuszył wszystko. Zatarł każde wspomnienie, jakby szczęście nigdy
nie istniało i nie było możliwe w tym świecie, w którym rządzi ON.
Szatan!
Nie potrafiła już sobie przypomnieć swoich długich, grubych warkoczy,
które, jak pozostałe włosy na ciele, ogolono jej już na samym początku.
Nie zdawała sobie sprawy, jak publiczne pozbawienie włosów może obedrzeć
z ludzkiej godności. Wtargnięto w jej intymność z taką siłą wulgarnej
przemocy, że oddech ZŁA czuła wręcz namacalnie.
Odebrano jej wszystko. Nawet najbliższych, którzy ze strachu, a może pod
wpływem tego księdza wyrzekli się jej. Może udawali tylko? Ból fizyczny
był tak silny, że mogła się skupić tylko na nim.
Nie spała już kilka nocy. Nie potrafiła ich zliczyć. Trzy, a może pięć?
Ból potrafił pokonać nawet czas, a jej oprawcy, niech będą przeklęci,
urządzali widowisko zawsze nocą. To wtedy zjeżdżali się państwo z okolicznych dworów, by przy węgierskim winie przyglądać się i podziwiać
pomysłowość jej oprawców. Czerwony winny sok rozlewał się na stołach,
kiedy kilka metrów dalej w drewniane przyrządy wymyślnych maszyn
wsiąkała jej krew. Kapiąca z ust tłustych panów tego świata ślina
zmieszana z tłuszczem zagryzanych udek kuropatwy... Marzyła, by to oni
dusili się krwią z kolejnego wyrywanego rozpalonymi szczypcami zęba. Ale
chrzęst przegryzanych kaczych kostek mieszał się z odgłosami kruszonych
zębów młodej dziewczyny.
Spróbowała wstać, ale jej zakrwawione ciało nie reagowało. Poczuła
ciepło. Mocz rozlał się na metalowej pryczy, na której ją położono. To
dziwne, że metodycznie, powoli łamane nogi nie reagowały na jej
polecenia, jakby były zupełnie obce, ale potrafiły przenosić ból.
Przez zakratowane okno usłyszała odgłosy gromadzącej się na widowisko
miejskiej tłuszczy. Pewnie już przygotowano stos, by dostarczyć tej
masie pożywki dla ich najniższych instynktów. Jakby przywiązanie
pięćdziesięciu kilogramów przypalanego, dziurawionego i rozciąganego do
granic wytrzymałości dziewczęcego ciała było jakimś wewnętrznym
pragnieniem, które należało zaspokoić.
Nie wiedziała, kiedy to sobie postanowiła. Że się przyzna! Przestała
walczyć. Przyznała się do wszystkiego, co chcieli. Musiała ocalić język.
Nie mogła pozwolić, żeby wyrwano jej język! Tylko wtedy to będzie miało
sens.
Usłyszała rumor odsuwanej zasuwy w drzwiach. Po co ją zamykano, jeżeli
nie może nawet ruszyć nogą? Może bali się, że ucieknie dzięki tajemnej
mocy?
Dwaj mężczyźni, sporo już po czterdziestce, chwycili ją brutalnie pod
pachy i wywlekli z celi. Na widok słońca zmrużyła oczy. Przez te kilka
dni zupełnie zapomniała o otaczającym świecie. O wiośnie, która miała
jej przynieść tyle radości. Wlekli ją na boczną, wschodnią część rynku,
ale nie czuła bólu. Słyszała tylko odgłos bosych stóp uderzających o kamienny bruk.
Musiała zebrać w sobie wszystkie siły. Tylko zemsta dawała taką moc.
Kiedy przywiązywano ją do grubego pnia, jej zmysły nie potrafiły już
zarejestrować, że był wyjątkowo ostro ciosany. Przywiązano ją w pasie,
ręce pozostawiając wolne. I tak nie miała żadnych szans ucieczki. Spod
półprzymkniętych powiek przyglądała się wrzeszczącemu tłumowi. Jeszcze
niedawno była jedną z nich. Miłą dziewczyną, do której się uśmiechali.
Co się zmieniło?
Poczuła swąd dymu. Więc już podpalono nasączony łojem wysuszony mech.
Musi poczekać jeszcze chwilę... Nie da im szansy na ugaszenie... Nie pozwoli
na powrót do lochu i tych szalonych ludzi...
- Słuchajcie, ludzie! Jestem czarownicą i sługą szatana! - przeraziła
się swojego głosu. Był ochrypły i skrzekliwy, jak głos staruchy z lasu,
którą kiedyś spotkała, a nie młodej dziewczyny.
Tłum zamarł, wpatrując się z zafascynowaniem. Wydawało jej się, że widzi
pewne poruszenie w miejscu, gdzie zgromadziły się okoliczna szlachta i wyższe duchowieństwo. To w ich stronę wyciągnęła rękę.
Póki jeszcze miała siły, musiała to dokończyć. Z ogromnym wysiłkiem
otworzyła szerzej oczy. Chciała to zobaczyć. Przez ostatnie godziny
zbierała siły tylko po to, by wypowiedzieć te dwa zdania. Resztkami sił,
dusząc się w dymie, zaczęła krzyczeć, obserwując jednocześnie ich
twarze.
- Ja, służebnica Diabła, wydaję na ten czas i powołuję moich
współwyznawców: pana Radzewskiego i małżonkę jegomości, wójta Albrechta,
wielebnego...
12 grudnia 1982 roku
Syrena ogłaszająca koniec drugiej zmiany wypuściła szary tłum zabijający
z zimna ręce. Kobiety trzymały się razem. Czasy były niespokojne i wolały nie wracać pojedynczo do domu. A nuż napotkają patrol milicji, a ci, kiedy nie było świadków, dopuszczali się różnych rzeczy,
wykorzystując specjalne prawa stanu wojennego. Zresztą od niedawna ich
patrole wzmocniono o tych niewyżytych młokosów z ZOMO, na których
patrzono ze szczególną pogardą. Przecież mogli, jak normalne chłopaki,
iść do wojska. Wybrali jednak oddziały specjalnie przeznaczone do walki
z demonstrującymi na ulicach. Teraz szczycili się o dwadzieścia
centymetrów dłuższymi pałkami szturmowymi. Jakby im jeszcze tego było
mało, lubili zatrzymanych tłuc rączkami pałki. Ci z załogi, co chodzili
na demonstracje, opowiadali, że tam, gdzie spadła pałka, szybko pojawiał
się siny ślad, ale tam, gdzie rączka pałki szturmowej, przez jakiś czas
skóra była dziwnie biała, zanim zaczęła przybierać całą paletę kolorów.
Zresztą po uderzeniu mieli tylko jedno marzenie: wszędzie, tylko nie w to samo miejsce!
Elitę załogi stanowili mężczyźni obsługujący automaty hutnicze. To ich
praca, oprócz pracowników warsztatów naprawczych, miała największe
znaczenie wśród rzeszy robotników. Automat nie mógł się zatrzymać, więc
mogli zejść ze stanowiska dopiero wtedy, kiedy w ich miejsce wszedł
zmiennik z kolejnej brygady. Monotonny stukot metalowych form, który w grudniową noc roznosił się w promieniu kilku kilometrów, nie mógł zostać
przerwany. Jeżeli zmiennik się spóźniał, nadzorujący automat produkcyjny
nie mógł wyjść z resztą brygady. Nikt więc nie zwrócił uwagi na
średniego wzrostu mężczyznę, który wyszedł z hali produkcyjnej kwadrans
po dziesiątej wieczorem.
Straż zakładowa bardziej skupiła się na tym, czy ktoś nie wynosi
narzędzi z fabryki, niż na kręcących się na jej terenie pracownikach.
Zresztą każdy mógł mieć jakiś cel. Choćby nawet przydusić spragnioną
uciech cielesnych koleżankę z pracy. Teren był tak potężny, że było to
bezpieczniejsze i mniej narażone na wpadkę wobec zazdrosnych
współmałżonków, którzy tutaj nie mieli wstępu.
Mężczyzna unikał oświetlonych miejsc, przemykając się pod odrapanym
murem budynków huty. Na szczęście nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby
straż zakładową wyposażyć w psy. Ciemność, którą zapewnił sobie wczoraj,
eliminując za pomocą procy syna kilka żarówek w latarniach, była jego
sprzymierzeńcem. Podbiegł do kolejnego ogarniętego mrokiem miejsca. Jego
robocze buty robiły potężny hałas, który gdzie indziej na pewno by kogoś
zwabił. Ale tutaj była huta, tutaj huk był czymś naturalnym. Wreszcie
znalazł się na miejscu. Z nieba zaczął powoli prószyć drobny śnieg. To
mogło pomóc - stawał się coraz mniej widoczny.
Było cholernie zimno. Gdyby nie rękawiczki, spocone z emocji ręce na
pewno przymarzłyby do metalowych szczebli komina. Nie wiedział, kiedy
ostatni raz ktoś tam wchodził. To był kolejny niebezpieczny element ICH
planu. Któryś z metalowych elementów komina mógł być obluzowany, a nie
miał tyle czasu, by każdy po kolei sprawdzać, nim postanowił oprzeć na
nim dłoń.
Zanim zdecydował się podjąć tego zadania, musiał sprawdzić swoje
możliwości. Wspiął się na najmniejszy, dwudziestometrowy komin. Poszło
sprawnie, ale jeszcze przez dwa kolejne dni czuł ból w udach. Teraz stał
pod kominem o wysokości siedemdziesięciu trzech metrów. I musiał się
spieszyć. Miał niecałe pół godziny.
Komin miał wygaszone oświetlenie. To zasługa kolegów, którzy poprosili
go o wykonanie tego zadania.
Powoli zaczął się wspinać. Po kilkunastu metrach poczuł, że przedmiot
przywiązany do jego pleców, po kolejnym zahaczeniu o zamontowane w równych odstępach pionowe pręty, zaczął się niebezpiecznie kołysać. Lewą
ręką objął pręt w zgięciu łokciowym, a prawą podjął próbę sięgnięcia do
pakunku. Lekki chrzęst metalu w półwiecznej cegle komina prawie
doprowadził go do zawału. Serce waliło mu jak młotem. Wreszcie udało mu
się wyswobodzić drewniany sztyl z kombinacji zabezpieczeń mocujących go
pod kurtką. Chwycił go mocno prawą ręką, ale teraz stracił możliwość
ubezpieczania się na wypadek obluzowanego szczebla. Odrzucił drewniany
sztyl. Musiał wybrać wariant drugi. Ponadmetrowy kij uderzył cicho w śnieg, gdzieś kilkanaście metrów niżej.
Taka szansa zdarzała się jedna na tysiąc. Piec huty szkła był
konserwowany akurat teraz, w przededniu rocznicy. Może zresztą zrobiono
to celowo. Podczas wygaszenia jednego pieca nie było potrzeby, by cała
załoga musiała być tego dnia w pracy. Ale właśnie wtedy prawie
osiemdziesięciometrowy komin też był wyłączony z pracy.
Opady śniegu przybrały na sile. A może znajdował się już kilkadziesiąt
metrów nad ziemią i wiatr był tu silniejszy. Lodowate płatki dostawały
się za kołnierz i rękawy kurtki, jakby samobójczo chciały się ogrzać
ciepłem spoconego ludzkiego ciała. Mężczyzna zrobił sobie chwilę
przerwy. Wydawało mu się, że potężny komin rusza się w podmuchach
wiatru, ale musiało to być złudzenie. Nagle przyszła mu ochota, żeby już
nie wracać, nie męczyć się w tę mroźną grudniową noc, ale rzucić się w przepastną ciemność w dole. Otrząsnął się i ruszył szybko pod górę. Miał
tylko kilkanaście metrów do pokonania, ale potem pozostała kwestia
jeszcze szybszego zejścia. O ile on, mała mrówka na tle potężnego
komina, może pozostać niezauważony, o tyle olbrzymia, zrobiona z prześcieradła flaga z napisem "Solidarność" na pewno będzie widoczna
nawet z kilku kilometrów.
Kiedy podciągnął się na ostatnim pręcie, przeraził go nagły hałas.
Wystraszony gołąb z wrzaskiem rzucił się w ciemną głębię nocy.
Mężczyzna, zaskoczony, puścił się obiema rękami, opadając do tyłu. Na
szczęście osłaniająca metalowa siatka wytrzymała nagły napór ciężaru
dorosłego człowieka.
Powoli wyjął flagę i zaczął ją przywiązywać do instalacji piorunowej. Po
chwili potężny kawał materiału opadł, lekko unoszony podmuchami wiatru.
Mężczyzna odetchnął. Wykonał zadanie. Ciekawe, czy ONI szybko znajdą
kogoś, kto odważy się wejść na komin i ściągnąć flagę? Na pewno nikogo z załogi huty! Najwyżej wydadzą rozkaz jakiemuś młodemu milicjantowi,
który, chcąc nie chcąc, będzie musiał wleźć na komin.
Pozostało jeszcze szybko zejść, co tylko pozornie było proste. Już teraz
czuł porażający ból wywołany szybkim wejściem na szczyt komina. Oddech
powoli wracał do normy, ale w głowie nadal czuł dziwne pulsowanie.
Pewnie to związane z wysokością - pomyślał.
Buty ślizgały się na metalowych prętach drabiny. Tym razem, dużo
bardziej niż wchodząc, musiał polegać na rękach. Po pięćdziesięciu
metrach wiedział, że nie może ufać mięśniom nóg. W każdej chwili omdlałe
stopy mogły ześlizgnąć się i pociągnąć go w dół. Nie mógł pozwolić sobie
na odpoczynek. Światło na kominie trzeba będzie wkrótce włączyć. Zresztą
mimo prószącego śniegu noc była wyjątkowo jasna. Ostatnie dwadzieścia
metrów schodził, właściwie korzystając tylko z siły rąk.
Kiedy zeskoczył z ostatniego metalowego szczebla na ziemię, natychmiast
padł na kolana. Zmęczone nogi nie były w stanie utrzymać go w pozycji
stojącej. Najpierw uklęknął, a potem, trzymając się ceglanej ściany
komina, podniósł się ciężko. Jeszcze tylko parę metrów i odpocznie w zaciszu budynku po drugiej stronie placu.
Głowa pulsowała jak zwariowana. Czuł krew napierającą na każdą arterię,
każdą żyłę w jego czaszce, próbującą rozsadzić niczemu niewinne
naczynia. To od zmęczenia, emocji i chyba szybkiej zmiany wysokości -
pomyślał. Spieszył się. W końcu całość zadania zajęła mu jedynie
dwadzieścia minut.
Dał kilka nieporadnych kroków. Wydawało mu się, że z ciemności biegnie w jego stronę kilka postaci.
- Michał? - wyszeptał z nadzieją.
Uderzenie długiej pałki w twarz szybko rozwiało jego wątpliwości. Padł
na kolana. Zdążył jeszcze zobaczyć, że drugi z zomowców trzyma gumową
lolę odwrotnie. Uderzenie rączki siedemdziesięciopięciocentymetrowej
pałki w głowę pozbawiło go przytomności. Kolejny cios z siłą czterystu
kilogramów dosłownie rzucił nim o ziemię.
Milicjant usiadł na drgającym ciele i z nienawiścią uderzył jeszcze dwa
razy.
Świeży biały puch, który spadł tej nocy, zaczął zabarwiać się wokół
głowy mężczyzny na czerwono.
20 października tego roku
Pokój pogrążony był w mroku. Jedynie monitor laptopa rzucał nikłe
światło na niedbale porozstawiane sprzęty. Łóżko, a raczej rozłożona
kanapa niewielkich rozmiarów, klasyczne biurko w stylu skandynawskim z wytartym czarnym fotelem, prosty regał na książki oraz leżąca na
podłodze kurtka.
Wiatr kolejny raz uderzył w drewniane okiennice, wciskając lodowaty
podmuch przez ogromne szpary. Na parapecie leżały spore fragmenty
odpadłej zżółkniętej farby i trupy owadów, które liczyły, że w zakamarkach okiennych uda im się przetrwać nadchodzące zimno. Odwieczna
symbioza zwalczających się gatunków, które jednak muszą współistnieć.
Roznoszące choroby, gryzące, a nawet zabijające uczulonych owady,
wydawać by się mogło całkowicie wrogie cywilizacji stworzonej przez
ludzi, stanowiły element, bez którego ludzkość nie mogła sobie poradzić.
Były pokarmem dla ptaków, zapylały ogrody. Wreszcie umierały na takich
starych kamiennych parapetach, próbując się wydostać, bezsilnie
uderzając całym wątłym ciałem w brudną szybę istnienia, w stuletnich,
zaniedbanych kamienicach, których mieszkańcy z czasem zaczynali je
przypominać.
Kilka dużych much, które, widać, zaplanowały zimową drzemkę w późniejszym terminie, spacerowało po zakurzonym blacie biurka, pomiędzy
rozrzuconymi tabletkami, szukając resztek na kilku zaschniętych miskach
po chińskiej zupce. A może po prostu zwietrzyły nowy, świeży, pożywny
pokarm, który znajdował się na samym szczycie ich ulubionej karty dań?
Ekran monitora pulsował białą kreską urwanej rozmowy na prywatnym
czacie. Delikatny zarys na wpół obranej cebulki na fioletowym tle był
jedynym kolorowym elementem na tej stronie.
Mężczyzna wpatrywał się w pulsującą kreskę czatu jak zahipnotyzowany.
Zawartość wcześniejszej rozmowy zniknęła. Taka była możliwość ustawień
tego programu, operującego gdzieś w bezmiarze internetu niedostępnego
dla każdego śmiertelnika. W sieci, która stanowiła prawdziwą wolność dla
wszystkich użytkowników.
Dwie muchy rozpoczęły podróż po jego ręce. Strząsnął je z obrzydzeniem.
Nie lubił lepkich odnóży, które zdawały się wręcz przysysać do skóry i badać kolejne warstwy naskórka świeżych ran. Myśl o możliwości kopulacji
owadów na własnym ramieniu sprawiła, że żołądek podszedł mu do gardła.
Przypadkowo dotknął jednej z tabletek i zaczął bezmyślnie obracać ją w palcach.
Co się naprawdę wydarzyło? - wyszeptał.
Ze zdziwieniem zauważył, że zapisał to zdanie na ekranie komputera.
Co się naprawdę wydarzyło?
Zrobiłem to, co do mnie należało. Stałem się godnym stania się
prawdziwym sługą.
Palce sprawnie wbijały się w białą klawiaturę z wytartymi
pozostałościami oznaczeń liter i cyfr. Pisał wpatrzony w ekran.
Jestem zdolny powstrzymać Zło i nie zawieść. Gotowy na katharsis i wskrzeszenie. Do wejścia na platformy poznania, które Bóg mi obiecał.
Czekam.
Kliknął w ikonę koperty w prawym górnym rogu czatu. Oprócz bezpośredniej
rozmowy miał też możliwość wysłania wiadomości.
Odchylił się w fotelu z zadowoleniem.
Muchy wykorzystały to natychmiast i rzuciły się na klawiaturę. Czerwone
resztki na białych klawiszach i intensywny zapach świeżej krwi już od
kilkunastu minut pobudzały ich zmysły.
Rozdział pierwszy
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Gdy dusza (...) zobaczyła moc czwartą; zaś istniała w siedmiu postaciach:
pierwszą postacią była ciemność, drugą była żądza, trzecią - niewiedza,
czwartą - pożądanie śmierci, piątą - królestwo ciała, szóstą - szaleńcza
przebiegłość ciała; siódmą zaś zapalczywa mądrość. Takie oto jest siedem
mocy Gniewu, które pytają duszę: "Skąd przychodzisz zabójczyni
człowieka, albo dokąd idziesz, ty, która obezwładniasz to
miejsce?2
EWANGELIA MARII [MAGDALENY]
Poniedziałek mógłby nie istnieć!
Ta myśl wracała cyklicznie, z tygodniową częstotliwością. Olga
Stapikowska nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przestały istnieć
również pozostałe dni tygodnia, z wyjątkiem soboty i niedzieli. No może
jeszcze piątku po południu, miała wtedy tylko cztery lekcje i kończyła w południe. Tego dnia, by nie psuć sobie i bliźnim możliwości
wcześniejszego odczuwania świętej potęgi wolnego weekendu, nie
zapowiadała prac klasowych i nie robiła kartkówek. Jak można czuć już na
plecach powiew swobody piątkowego popołudnia, już prawie wdychać aromat
czerwonego gruzińskiego wina i jednocześnie pochylać się nad dylematami
niepodległościowymi Słowackiego?
W dupie mam Słowackiego i Mickiewicza! Ileż razy musiała się
powstrzymywać, żeby nie wykrzyczeć tego w twarz licealistom recytującym
podręcznikowe formułki o wspaniałości poezji romantycznej i o strofach,
od których brzmienia po plecach przebiega dreszcz literackiej rozkoszy.
Czasami czuła się, jakby świat nie ruszył z miejsca od stu lat i nadal
wduszano ją do gombrowiczowskiej szkoły, gdzie na przerwie będzie czekał
ją pojedynek na miny, a metody nauczania, mimo nowych, obco brzmiących
nazw kolejnych pomysłów reformatorskich, i tak skupiają się od lat na
kształceniu bezmyślnej uczniowskiej tłuszczy.
Liceum, w którym uczyła języka polskiego, jedno z kilku w mieście,
mieściło się przy placu Adama Mickiewicza i oczywiście nosiło imię
wieszcza. Olga już nie wymagała, żeby szkoła miała imię Kazika
Staszewskiego czy Grześka Ciechowskiego, ale choćby Witkacego, Mrożka
czy Gombrowicza. By można było zerwać z tą sztucznością, patosem i hipokryzją, które ją otaczały.
Nie wyrwę się, nie wyrwę się. To tylko wiem - fragment Kombinatu
uporczywie powracał, przywołany wspomnieniem twórcy Republiki.
Bo pracę traktowała jak kombinat, który pożera jej czas i siły. A ona,
związana cyrografem zwanym eufemistycznie umową o pracę, musiała tracić
czas na próby przybliżenia języka polskiego w klasach
biologiczno-chemicznych czy matematycznych, których obniżający się
poziom obserwowała z przerażeniem.
Lubiła uczyć, dzielić się swoją pasją do literatury. Czasem nawet i do
Mickiewicza, bo co nieco mu się udało. Gorzej radziła sobie z relacjami
służbowymi. Tak zwanym gronem pedagogicznym "profesorów" z tytułem
magisterskim, wspartych autorytetem dyrektorki Elwiry Nowak, która
starała się, by pracownicy oddawali szkole każdą sekundę życia,
organizując wyjazdy integracyjne, wszelkie zabawy i obchody, jakie tylko
można było wymyślić. Nie wspominając już kilkugodzinnych rad
pedagogicznych i angażowania maksymalnej liczby pracowników do drobnych
nawet imprez szkolnych. Panidyrektora, jak ją ochrzciła Olga, dostając
gęsiej skórki na dźwięk ciągle powtarzanego zwrotu "pani dyrektor" przez
grupę ubóstwiaczy pani Elwiry, zawsze starała się o dobry wizerunek
szkoły u "organów", mając na myśli organ zarządzający, czyli prezydenta
miasta, oraz organ prowadzący - kuratorium oświaty.
W jej poprzedniej szkole mówiło się po prostu "dyrektor" albo "stary".
Tutaj całkiem spore grono popleczników Elwiry Nowak nawet w rozmowach
prywatnych używało z namaszczeniem sformułowania "pani dyrektor", mimo
że jeszcze niedawno była ich koleżanką z pracy.
Czasami wydawało jej się, że Panidyrektora musi bardzo cierpieć, zdając
sobie sprawę z tego, że pracownicy II LO imienia Adama Mickiewicza mogą
mieć swój prywatny czas, a nawet, o zgrozo, śpią, nie śniąc o pracy na
rzecz Alma Mater.
Odruchowo sięgnęła do torebki po camele, ale przypomniała sobie, że
przecież w tej szanownej instytucji grono pedagogiczne nie powinno
zachęcać do złych nawyków i oficjalnie nie istnieje miejsce, gdzie
mogłaby w spokoju skorzystać z przerwy i wypalić papierosa. A gówniarzeria jara szlugi pod płotem! Jedynym miejscem, gdzie mogłaby w spokoju oddać się zgubnemu nałogowi, były szkolne piwnice, gdzie woźny
udostępniał rozległe sale warsztatów i pomieszczeń po kotłowni.
Niestety, wchodząc do szkoły, zauważyła, że zamiata sterty liści
opadłych z potężnych lip rosnących przed budynkiem.
Rozejrzała się po pokoju nauczycielskim. Prawie jedna trzecia osób
znajdowała się na dyżurach. Na korytarzach, na boisku, przy toaletach,
przy bramie wyjściowej. Kiedy pierwszy raz zobaczyła plan dyżurów i uzmysłowiła sobie, że przynajmniej połowę czasu przeznaczonego na
przerwy międzylekcyjne spędzi, wdychając wątpliwe aromaty przy męskiej
toalecie czy drżąc z zimna na boisku szkolnym, miała ochotę rzucić
Panidyrektorze ten plan i wyjaśnić, że zatrudniła się w charakterze
polonistki, a nie strażnika w ośrodku wychowawczym. Na szczęście ktoś
uzmysłowił jej, że po tej rozmowie pracowałaby w tej szkole najwyżej do
końca roku szkolnego. A ona potrzebowała tej pracy. Jak cholera! Nawet w tym, podzielonym jak Sejm Rzeczypospolitej, środowisku.
Przy kilku długich stołach siedziały grupki będące jednocześnie
wzajemnie rywalizującymi ze sobą frakcjami. Prawie same kobiety.
Wuefiści mieli swoją "katedrę", czyli najzwyklejszy śmierdzący potem
kantorek w pobliżu sali gimnastycznej, i rzadko wpadali do głównego
miejsca kumulacji ciała pedagogicznego. Szkoda, bo było paru, na których
można było zawiesić oko. Z ciekawych nieobecnych zostaje zastępca
dyrektorki Piotrek Kołacki, w sumie fajny facet, ale jeżeli wytrzymuje
całymi godzinami z Paniądyrektorą, to jednak musi być jebnięty - ze
smutkiem pokiwała głową.
Za to przy "jej" stole siedziała reszta mężczyzn. No i historyczka
Klaudia Schmidt, która również znalazła się poza ogólnym obozem
belferek. Przy stole było sześć miejsc. Olga wybrała we wrześniu krzesło
z brzegu, obok Klaudii. Dalej siedział katecheta Karol Turski, potem,
przy oknie, ksiądz Krzysztof Mazurek. Naprzeciw Stapikowskiej było wolne
miejsce, dalej fizyk Julian Kamiński i pod oknem, naprzeciwko księdza,
przysiadał czasem wicedyrektor Piotr Kołacki.
Kiedy Olga pojawiła się we wrześniu, po wejściu do pokoju nie napotkała
przyjaznych spojrzeń ze strony damskiej części grona. Była zadbaną
wysoką brunetką, która mogła stanowić zagrożenie dla "osiadłych". Kiedyś
przypadkowo zauważyła na pozostawionym na chwilę monitorze tabletu
koleżanki, że szukała ona w sieci dokładnie takiej samej sukienki z Taranko, w jakiej przyszła tego dnia do pracy. Nie wystarczało zwykłe
obgadywanie, musiały sprawdzić cenę! Szkoda, że jej jeszcze o rozmiar
nie zapytały, jędze. Szlag by je trafił!
- A co pani o tym sądzi, pani Olgo? - z zamyślenia wyrwał ją głos
księdza Krzysztofa Mazurka.
Rozejrzała się lekko nieprzytomnym wzrokiem. Siedzący obok duchownego
katecheta wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem. Kompletnie nie miała
pojęcia, czego dotyczyła dyskusja. Pewnie jakichś szczegółowych doktryn
katolickich, o których nie miała zielonego pojęcia.
- To znaczy... - zaczęła, ale przerwał jej Kamiński.
- Pani Olga odleciała nam w świat ulotnych wierszy i piękna wyższej
literatury - uśmiechnął się, ukazując paletę równych, białych zębów. Był
zadbanym rozwodnikiem po czterdziestce, na którego mniej lub bardziej
otwarcie czaiła się damska część grona pedagogicznego.
- Nie sądzę, proszę księdza, żeby pani Olga mogła stanowić wyrocznię w dyskutowanej kwestii - katecheta Karol Turski pogardliwie wydął usta. -
Jest przecież kobietą.
Trafił w czuły punkt. Nie cierpiała tego drobnego blondyna przed
czterdziestką, który chyba nawet kąpiel częstszą niż cotygodniową uważał
za przejaw grzesznego zbytku zgniłej cywilizacji początku XXI wieku.
Olga z obrzydzeniem odwracała wzrok, kiedy uśmiechał się do niej,
prezentując kilogramowe naloty kamienia nazębnego. Jego przełożony,
proboszcz Mazurek, mimo że starszy prawie o dwadzieścia lat, zawsze
odznaczał się nienaganną aparycją. Może dwa razy widziała go w sutannie.
Najczęściej przychodził w eleganckich garniturach, subtelnie pachnąc
dobrymi męskimi perfumami. Nie miał też typowego dla potocznego
wyobrażenia proboszcza pokaźnego brzucha i niechlujnej fryzury. Gdyby
nie koloratka, mógł uchodzić za prezesa dużej firmy. Katecheta, zdaniem
Olgi, nie pasował nawet na jego kierowcę.
- Kolega Turski uważa, że jako kobieta nie mam odpowiednich
predyspozycji, by zrozumieć jego męski punkt widzenia? - wycedziła,
patrząc mu prosto w oczy. - I tu się kolega myli. Jestem polonistką i dzięki literaturze potrafię zrozumieć nawet najbardziej prymitywne
pobudki i skróty myślowe.
Wiedziała, że w jego przypadku należało atakować, a nie bronić się.
Koleżanki unikały Turskiego i, co tu ukrywać, dawały się często poniżać,
pozwalając na traktowanie z góry. Słownymi utarczkami z tym starym
kawalerem zyskiwała uznanie damskiej części grona pedagogicznego.
Mogłaby je wykorzystać, gdyby tylko jej na tym zależało.
- Proszę się nie złościć, pani Olgo - ksiądz Mazurek poklepał ją po
ręce. - Rozmawiamy o kwestiach ewolucji Kościoła i wiary, a także
dostępu kobiet do coraz szerszego spectrum sprawowania liturgii. Święta
Tekla była przecież uczennicą świętego Pawła, a święta Ninona jest
apostołem Gruzji. I według mnie nie ma przeszkód dla zwiększenia roli
sióstr zakonnych czy, choć może zabrzmi to zbyt reformatorsko,
otworzenia seminariów dla kobiet.
- I to mówi ksiądz? - Turski poczerwieniał na twarzy. - To jest
sprzeczne z oficjalną doktryną Kościoła! Nie bez powodu Jezus wybrał
dwunastu apostołów spośród samych mężczyzn!
- Jest jeszcze rola Marii Magdaleny - wtrącił spokojnie Kamiński. - I jej ewangelii...
- Nie ma czegoś takiego jak ewangelia Marii - sprostował duchowny. - To
apokryf z trzeciego wieku. Ale przypominam, że dyskusja zaczęła się od
kwestii pojawienia się instytucji diakona stałego, którym może być
żonaty mężczyzna. A pan Kamiński stanął w obronie kobiet, które mają
ograniczone prawa diakonatu.
- A kto to diakon? - Olga nie miała oporów, by okazywać otwarcie niechęć
wobec strukturalizmu kościelnego. - Młody ksiądz?
- I to mówi członek wspólnoty parafialnej - Turski nie omieszkał wyrazić
oburzenia, na które Stapikowska odpowiedziała tylko ironicznym
uśmiechem. - Jak można nie znać podstaw funkcjonowania Kościoła?
Diakonat jest pierwszym z trzech stopni sakramentu święceń. I to powinna
pani wiedzieć!
- Kiedyś diakon to był ksiądz przed święceniami kapłańskimi - ksiądz
Mazurek poczuł się w obowiązku wyjaśnić problem. - Po soborze
watykańskim II wrócono do kwestii uznania diakonatu dla osób żonatych,
które nie pójdą dalej na swej drodze w kierunku dalszych stopni
sakramentu święceń, czyli nie zostaną księżmi. W Polsce po raz pierwszy
wprowadzono to w życie całkiem niedawno...
- W 2008 dokładnie - dopowiedział katecheta.
- ...natomiast papież Franciszek utworzył specjalną komisję do spraw
studiów nad diakonatem kobiet. I tu pojawia się pytanie o rolę kobiet.
Czy będą mogły wejść w skład stanu duchownego?
- No przecież są też zakonnice - wtrącił Marek Roszak, student czwartego
roku polonistyki, który już od dwóch tygodni odbywał praktyki studenckie
pod okiem Stapikowskiej. - To nie osoby duchowne?
Młody człowiek rzadko aktywnie uczestniczył w rozmowach przy belferskim
stole. Najczęściej przysłuchiwał się ze spuszczoną głową i wycierając
spocone ręce o wypchane dżinsy, popijał co jakiś czas łyk coli z małej
butelki. Teraz jednak temat ewidentnie go zaciekawił.
- Zakonnice to duchowieństwo świeckie. Ale czy to, że papież powołał
komisję badającą kwestie kobiet diakonów w przeszłości oznacza od razu,
że chce pozwolić niewiastom na udzielanie sakramentów?
- Niewiastom? - Stapikowska parsknęła śmiechem, prawie się opluwając.
- Dobrze, że koleżanka Klaudia Schmidt tego nie słyszy - Kamiński
sięgnął do brązowej skórzanej teczki po pudełko Alium forte. Wsadził
sobie dwie tabletki do ust i popił wystygłą kawą. - Jej zainteresowanie
prawami kobiet i niechęć do konserwatyzmu stają się coraz bardziej
fanatyczne. Jeszcze trochę, a uczniowie zaczną nazywać ją czarownicą.
- Klaudia po prostu chce żyć w zgodzie z naturą i wykorzystywać jej siły
- Stapikowska stanęła w obronie koleżanki. - Wierzy, że także te
duchowe. A zainteresowanie procesami o czary wcale nie oznacza, że jest
czarownicą.
- Jak w zeszłym tygodniu nazwałem ją wiccanką, to mi powiedziała, że
raczej bliżej jej do zielonej czarownicy - Turski z zadowoleniem
wyciągnął palec wskazujący. - Czyli jednak przyznaje się do kultu magii
i okultyzmu!
Kamiński otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale przerwał mu przeraźliwy
dźwięk dzwonka. Zareagował tylko Marek Roszak, który szybko się
poderwał.
- Siedź, kolego, jeszcze nauczysz się, że to gówniarzeria powinna
grzecznie czekać na nas, a nie odwrotnie: my wyczekiwać w klasie jak
pająk w pajęczynie - fizyk położył dłoń na ramieniu praktykanta. - Oni
dopiero podnoszą tyłki z ławek na boisku. Ja mam teraz lekcję
wychowawczą w swojej drugiej "b" i jakoś mi się do nich nie spieszy.
Stapikowska, ignorując Kamińskiego, skinęła na swojego praktykanta,
wstała i sięgnęła po wielką torebkę, która bardziej przypominała
pokrowiec na trzyosobowy namiot z czasów PRL-u niż atrybut kobiecej
galanterii. Mężczyźni szybko przysunęli bliżej siebie swoje rzeczy; ich
koleżanka zawsze pakowała się w stanie lekkiego rozkojarzenia, wrzucając
do przepastnego otworu torebki wszystko, co znalazło się w zasięgu ręki.
Przeważnie grono nauczycielskie w dość ślimaczym tempie reagowało na
dzwonek wzywający na lekcje. Jednak teraz, może dwie minuty po
stresującym terkocie, prawie równocześnie poderwało się z krzeseł. Olga
odwróciła głowę i zauważyła w drzwiach pokoju nauczycielskiego zastępcę
dyrektorki Piotra Kołackiego, który skupiał przez chwilę całą uwagę na
sobie. Podszedł do dużej korkowej tablicy, gdzie przypięto plany lekcji,
i zaczął się im skrupulatnie przyglądać.
- Pani Stapikowska, dlaczego nie było pani przed chwilą na dyżurze przy
wejściu na boisko?
Pytanie zostało zadane spokojnym tonem, ale fakt, że wyartykułowano je
wobec wszystkich obecnych w pokoju, którzy teraz nagle zaczęli szybko
się pakować i wychodzić, zirytował Olgę.
- W poniedziałki mam tylko dwa dyżury: na dużej przerwie i kolejnej -
wycedziła.
- Ale rano wpisałem zmianę - Kołacki zimno spojrzał jej w oczy. -
Zastępstwo za panią Klaudię Schmidt.
- Przykro mi, ale dopiero zaczynam lekcje i nie mam obowiązku
przychodzenia pół godziny wcześniej, żeby sprawdzić, czy ktoś -
podkreśliła to słowo - nie dorzucił mi zastępczego dyżuru.
Główny wicedyrektor jeszcze raz spojrzał w plan i wyraz pewnego siebie
zarządcy ustąpił niepewności.
- Pani dopiero zaczyna lekcje? - chrząknął, czerwieniąc się. - Nie
zauważyłem.
Stapikowska kiwnęła głową, przyjmując zmianę postawy szefa. Szkoda
tylko, że reszta grona pedagogicznego w pośpiechu opuściła pokój i nie
mogła być świadkiem jej triumfu. Przy ostatnim stole gramolił się
praktykant, nieporadnie próbując zebrać jakieś pomoce naukowe.
- Przepraszam, że tak ostro panią zaatakowałem, ale od rana zaskoczyła
nas nieobecność pani Klaudii - wicedyrektor zaczął się nieporadnie
tłumaczyć.
- Nie ma Klaudii? - Olga zatrzymała się w połowie drogi do drzwi. - Jak
to? Umawiała się ze mną na dziś. Po lekcjach miałyśmy omówić kwestię
akademii w listopadzie.
Szkoła starała się świętować różne wydarzenia z życia swojego patrona, a jedną z okazji przybliżenia postaci wieszcza była rocznica jego śmierci,
czyli 26 listopada. Do tego zadania w tym roku przydzielono właśnie
Stapikowską i Schmidt, uważając, że połączenie sił polonistki i historyczki będzie odpowiednim posunięciem w celu zapewnienia
określonego poziomu i powagi uroczystości. Dla Olgi świętowanie czyjejś
śmierci było równie bezsensowne, jak huczne obchodzenie dnia wybuchu II
wojny światowej pierwszego września zamiast jej zakończenia w maju.
Klaudia również nie kryła obrzydzenia dla nekroakademii ku czci
wieszcza.
- Co jej się stało? Jest chora?
- Właśnie nie wiemy. Nie odezwała się i nie uprzedziła. Nie odbiera
telefonu. Nie wie pani może, co się z nią dzieje?
Klaudia, oprócz pedagog szkolnej Anity Gajewskiej, była jedną z nielicznych kobiet uczących w II LO imienia Adama Mickiewicza, z którymi
mogła się dogadać, ale ich relacje nie wychodziły raczej poza szkołę.
- Nie mam zielonego pojęcia. To do niej niepodobne. Pracę traktuje
raczej poważnie.
- Postaram się jeszcze spróbować do niej dodzwonić. Może miała nagły
wyjazd?
- Wie pan doskonale, dyrektorze, że w przypadku nagłej nieobecności
musimy brać pod uwagę dwa wydarzenia: albo choroba, albo zachlanie. Z czego to drugie niektórzy też traktują jak chorobę - uśmiechnęła się,
widząc zażenowanie na twarzy przełożonego. - No chyba że dziewczyna
miała już dość reform polskiej edukacji, rzuciła wszystko i pojechała w Bieszczady.
- Pani sobie żartuje, a co ja mam zrobić? Dzwonić po szpitalach?
Kołacki mógł być świetnym zarządzającym placówką oświatową, ale zupełnie
nie radził sobie z prozą życia. Może dlatego cały czas był samotnie
mieszkającym wdowcem.
- Od tego jest rodzina. Panu nawet nie mogą udzielić takiej informacji.
- Z tego, co wiem, pani Klaudia też była samotną osobą.
Słowo "też" zabrzmiało w jego głosie jakoś smutno. Odnosiło się do jego
własnej sytuacji czy uznał, że ja też jestem osobą samotną? - pomyślała
Stapikowska, przyglądając się mężczyźnie.
- Parę miesięcy temu, kiedy jeszcze pani tu nie uczyła, zmarła jej matka
i od tego czasu mieszka sama. Podpytywałem znajomego policjanta, czy
może nie było jakiegoś wypadku od wczoraj, ale mówił, że było wyjątkowo
spokojnie.
- Ja bym nie panikowała - Olga machnęła ręką. - Może musiała nagle
gdzieś wyjechać, wysłała esemesa, że nie zdąży do pracy, a on nie
dotarł. Albo zaraz odezwie się jakaś nasza koleżanka, że Klaudia
dzwoniła do niej, a ona zapomniała przekazać. Najczęściej to są bardzo
oczywiste przyczyny. Nie warto od razu zakładać najgorszego scenariusza.
Kołacki pokiwał głową bez przekonania i odwrócił się do tablicy, z której odpiął zmiany planu lekcji na dziś.
Stapikowska kiwnęła na praktykanta i z westchnieniem ruszyła na lekcje.
Gsy wchodziła na drugie piętro, gdzie mieściła się jej pracownia
polonistyczna, często przychodziły jej do głowy myśli związane z przyszłością pracy w tej szkole. Jak to będzie, kiedy już zacznie
zbliżać się do emerytury? Czy przeniosą ją na parter, żeby nie musiała
wchodzić dwa piętra i ryzykować zgonu w towarzystwie uczniowskiej zgrai,
która zapewne, zamiast pomóc, wyciągnie smartfony, żeby dzięki
genialnemu filmowi Śmierć belferki na schodach zdobyć więcej lajków? I te opisy: resztkami sił próbowała dostać się na swój posterunek pracy,
by szerzyć kaganek oświaty. Tym głąbom by się raczej pochodnia
olimpijska przydała, a nie kaganek. Ale finansowo oddanie ostatniego
tchnienia w zacnych murach II LO nie wyglądałoby wcale tak źle. Zgon w czasie pracy... przynajmniej większe ubezpieczenie przypadnie jej córce.
Dobre choć to.
- Czytała pani mój konspekt lekcji? Mieliśmy go omówić.
Roszak wyrwał ją z zamyślenia nad perspektywą nieuchronnego zejścia z tego świata w towarzystwie wampirów emocjonalnych z II LO.
- Czytałam - pokiwała szybko głową. - Nie patrz tak na mnie. Tym razem
serio czytałam. Jest dobrze. Możesz prowadzić lekcję.
- A ta inscenizacja i fragment filmu Polańskiego Tragedia Makbeta?
- Inscenizacja OK, ale nie wiem, czy nie za dużo zamieszania z tym
filmem. Masz tylko czterdzieści minut. Jeżeli zdążysz, możesz spróbować.
Ja bym nie starała się wpychać za wielu elementów do jednej lekcji. Oni
lubią nowe rzeczy, ale musisz mieć to opanowane. Nie za dużo naraz, bo
wprowadzisz chaos, a chaosem pasie się niedojrzałość licealna.
- Pani żartuje.
- Broń Boże! Chyba już się przekonałeś, że są mili, jeśli potrafisz nimi
kierować i organizować im czas. Inaczej to oni będą się starali
zorganizować czas tobie. A to już nie będzie takie przyjemne.
Przed klasą stała już prawie trzydziestoosobowa grupa nastolatków. Mimo
że jesień dawała się mocno we znaki, spora część dziewczyn dalej z uporem nosiła wyjątkowo krótkie bluzeczki. No cóż, jak się wydało sporo
kasy na odjazdowy kolczyk w pępku, to szkoda go zakrywać - pomyślała z sarkazmem Olga. - Może zimą będą sobie wpinać minikaloryfery na
baterię, żeby zjeżdżając na nartach, móc przyciągać męskie
zainteresowanie. Damskie może zresztą też, bo ten świat staje na
głowie.
Wzięła laptop z biurka i przeniosła się do ostatniej ławki pod ścianą,
pozostawiając prowadzenie lekcji Markowi. Chłopak stresował się
niemiłosiernie i chciała, żeby przynajmniej na razie zaczynał lekcję od
pierwszej minuty, absorbując uwagę uczniów. Uruchamianie przestarzałego
już trochę komputera, logowanie się do systemu dziennika elektronicznego
Librus, wpisywanie tematu lekcji i sprawdzanie obecności to kilka lub
kilkanaście minut straty, podczas których niecierpliwa społeczność
uczniowska zaczyna wprowadzać w życie własne pomysły na wypełnienie
czasu lekcji. Zresztą nie zapisywała haseł w laptopie, nawet tych w przypisanej do niej pracowni polonistycznej, i jakoś wzbraniała się
przed możliwością udostępnienia swojego loginu i hasła poznanemu przed
kilkoma tygodniami praktykantowi.
Wpisała w odpowiednią rubrykę temat: Makbet. Czy nie spadnie na nich
posądzenie? Literacka psychologia zbrodni i zaczęła wyszukiwać wolne
krzesła oznaczające, że któryś z uczniów nie trafił na lekcję. Z zadowoleniem podliczyła stan klasy. Nie pomyliła się, pamiętała swoich
uczniów. W przypadku, gdyby miał się tym zająć praktykant, trwałoby to
zdecydowanie dłużej. Do jej uszu doszły wersy z pierwszego aktu sztuki:
O zmierzchu
Po zachodzie słońca
Kiedy ten dzień dobiegnie końca
Gdzie?
Tam, gdzie Makbet będzie żył
Na wrzosach więc, gdzie ryje kret.
Lećmy.
W burzę!, w stęchłe powietrze!, w gęstą mgłę!
Złe dobre jest! A dobre - złe.3
Czyli jednak nie posłuchał jej rad i postanowił oprzeć się na genialnym
spektaklu w reżyserii Wajdy. Sądziła, że wykorzysta, jako bardziej
współczesny i przemawiający do młodzieży, spektakl Grzegorza Jarzyny.
Ale jej praktykant nie poszedł na łatwiznę. Fragmenty, które wybrał,
postanowił zaprezentować w bliższej oryginałowi wersji, przesunął je
jednak na początek lekcji, zamiast dać jako podsumowanie inscenizacji
uczniowskiej. Z jednej strony będą mieli pewien wzór, ale z drugiej
wspaniała rola Iwony Bielskiej jako Lady Makbet może ich przygnieść i onieśmielić. Ciekawe... Może rozdzieli to na dwie lekcje? W każdym razie
dobrze, że kombinuje. Choć jakby stracił energię, z jaką zaczynał
zajęcia.
Marek Roszak był studentem czwartego roku studiów magisterskich Wydziału
Filologii Polskiej i Klasycznej UAM w Poznaniu. Studiował zaocznie,
pracując jednocześnie w jakimś sklepie. Chyba ze sprzętem
elektronicznym. Na tym zna się każdy młody człowiek.
Nie był jakoś wyjątkowo przystojny, ale już sam fakt pojawienia się
nowego mężczyzny w klasie powodował wzmożone zainteresowanie
licealistek. W większości jednak po prostu wygłupiających się
prowokacyjnymi spojrzeniami czy pełnymi podtekstów odpowiedziami.
Olga przyjrzała mu się krytycznie. Ledwie metr siedemdziesiąt, trochę
mały jak dla niej. Jasne włosy, które mimo młodego wieku nie były zbyt
gęste, nie stanowiły dodatkowego atutu, a odrosty na szyi co najmniej od
tygodnia prosiły się o wizytę u fryzjera. Wyróżniały go oczy, niebieskie
i dość duże. Przeważnie kierował wzrok w ziemię, unikając bezpośredniego
kontaktu w rozmowie. Ale kiedy zobaczyła go podczas prowadzenia lekcji,
zauważyła w nich głębię i morze emocji. Jeżeli tylko potrafi wypracować
sobie odpowiednią charyzmę, ma szansę zostać dobrym belfrem -
uśmiechnęła się. I będzie tracił swoje cenne godziny młodego życia na
udowadnianie wielkości poezji Adama Mickiewicza, organizując bzdurne
nekroapele.
Właśnie! Apel! Schmidt zostawiła ją na lodzie? Przecież to niemożliwe,
żeby jedna osoba, i to jeszcze osoba tak negatywnie nastawiona do tych
spędów szkolnych jak Olga, przygotowała całość. Cholerna Klaudia -
zaklęła pod nosem. A w dodatku dzisiaj miała jej oddać kieckę, której
Olga potrzebowała na najbliższy weekend. Jak znała życie, koleżanka nie
uznawała za stosowne "niszczyć" drogiej odzieży poprzez pranie po każdym
użyciu. Olga miała inne zdanie, dlatego okazywanie dobrego serca
koleżance, która chciała oszałamiająco wypaść w jej stroju, kosztowało
ją wydatek w pralni chemicznej. A tym razem naprawdę potrzebowała małej
czarnej na sobotę!
- Głupia pinda! - mruknęła chyba zbyt głośno, bo uczennica siedząca w ławce przed nią, zaciekawiona, odwróciła głowę. Zaraz jednak z powrotem
zainteresowała się tym, co działo się pod tablicą, ponieważ pierwsza
grupa przedstawiała właśnie inscenizację fragmentu sztuki. Jej
koleżanka, wydymając z pogardą wargę przebitą kolczykiem, rzuciła
buńczucznie:
Kto wam pozwolił, suki wściekłe,
Beze mnie igrać sobie piekłem?
Olga była pewna, że Romka Stachowska wybierze ten fragment, gdzie będzie
mogła choć trochę dać wyraz swojej filozofii buntu. Monolog Hekate
nadawał się do tego świetnie. Zresztą z kruczoczarnymi włosami, ostrym
makijażem i pomalowanymi na krwistoczerwony kolor długimi paznokciami
była bardzo przekonywająca.
Dużo więcej problemów sprawiała rola Lady Makbet jej koleżance. Choć
Zośka próbowała wczuć się w rolę dojrzałej kobiety, czuć było, że
brakuje jej doświadczenia.
Więc to nie człowiek, tylko jakieś monstrum
W całą tę sprawę mnie wciągnęło, tak?
Młodość dziewczyny nie współgrała z postacią demonicznej królowej.
Tak jak przewidywała, dzwonek na przerwę przerwał w połowie inscenizację
kolejnej grupy. Roszak nie zdążył przeprowadzić rekapitulacji
pierwotnej, czyli podsumowania lekcji. Zawsze bawiło ją to określenie
wymyślone kiedyś przez metodyków: rekapitulacja. Czasem była to
faktycznie powtórna kapitulacja nauczyciela wobec opornych do
przyjmowania wiedzy uczniów. Mimo że lekcja była ciekawie zaplanowana, w pewnym momencie przestał ją należycie kontrolować i wymknęła się spod
kontroli. Nie miał czasu nawet na podanie pracy domowej czy zakresu
materiału do przygotowania na kolejną lekcję. To był spory błąd.
- Mówiłam, że korzystanie ze zbyt wielu modułów lekcyjnych może się
wymknąć spod kontroli - zaczęła, kiedy blady student podszedł do niej. -
Zabrakło pracy domowej. Zabrakło podsumowania. Nie wszystkie grupy
ukończyły inscenizację.
Roszak bez słowa kiwnął głową. Nie spodziewała się, że to drobne
niepowodzenie aż tak mocno go przybije.
- To fajny pomysł, który moglibyśmy zrealizować w środę - zrobiło jej
się żal chłopaka. - Wtedy mam dwie lekcje z rzędu. OK?
- W środę pracuję. Ale... - zawahał się. - Czy gdybym potrzebował pomocy,
to mógłbym do pani zadzwonić?
- Jeżeli będę mogła pomóc - roześmiała się trochę zaskoczona. Nigdy
jeszcze żaden praktykant nie umawiał się na rozmowy telefoniczne i kontakty poza szkołą. - Widzimy się jutro.
- Tak - nikły uśmiech przez chwilę zajaśniał na twarzy studenta.
*
- Czy Klaudia mówiła ci coś o swojej nieobecności? - Anita Gajewska
wyczekała z pytaniem, aż w pokoju nauczycielskim zrobi się pusto. -
Oddaj, to nie twoja zapalniczka!
Było po piętnastej i szkoła powoli zamierała. Olga pakowała torebkę, jak
zwykle w zamyśleniu wrzucając do niej wszystko, co znalazło się w zasięgu ręki. Odłożyła małą, zgrabną zapalniczkę BIC i z uwagą spojrzała
na przyjaciółkę.
- Nie. Ale myślałam, że to może naturalne w jej przypadku. Klaudia jest
czasem nieźle zakręcona. Mogła nagle coś znaleźć i dłubać w archiwum, aż
zapomniała o bożym świecie.
Nie wiedziała wiele o Klaudii i jej zwyczajach, znały się dopiero dwa
miesiące. Nie zależało jej na nowych znajomościach i nie walczyła o nie
w nowej pracy. Ale to właśnie Klaudia i Anita przyjęły ją z otwartymi
ramionami. Były mniej więcej w tym samym wieku i, jak się okazało, miały
podobne podejście do kwestii funkcjonowania szkoły. O prywatnych
sprawach nie było właściwie kiedy rozmawiać. Umówiły się co prawda na
jedno babskie spotkanie, nastawione jednak głównie na wypicie wina i ulubionego ginu Klaudii, a także by wyśmiać i obśmiać kolegów oraz
koleżanki z pracy. Olga nie wiedziała nawet o śmierci matki Klaudii. Nie
orientowała się dokładnie, jak bliska zażyłość łączy Anitę z Klaudią.
Wiedziała, że znały się na pewno już od kilku lat, gdy Anita podjęła
pracę w szkole. Wysoka brunetka o brązowych oczach, pięknie wykrojonych
ustach i długich nogach początkowo spotkała się z mniej lub bardziej
seksistowskimi komentarzami. Zarówno ze strony kolegów, jak i bardziej
odważnych, a może bezczelnych licealistów. Kiedy jednak zostali
potraktowani ciętą ripostą, na którą najczęściej ich jedyną odpowiedzią
był rumieniec wstydu, szybko zaczęli spoglądać na nową panią pedagog z należytym szacunkiem i respektem.
O ile Schmidt była zakręconą historyczką, która uciekała przed światem w pożółkłe papiery i ekowalkę z każdym, kto jej zdaniem niszczył planetę,
o tyle Anita bardziej realnie stąpała po ziemi. Miała męża i trójkę
dzieci, a problemy społeczne, z jakimi się spotykała, pracując jako
pedagog, w pierwszym roku po rozpoczęciu pracy raz na zawsze wyrwały ją
z błogiego przeświadczenia o dobru drzemiącym w każdej żywej istocie.
Miała pewien trzeźwy sposób myślenia, który nie zawsze był udziałem
Olgi.
- Zaczynała lekcje od ósmej, więc rano nie pojechałaby do archiwum -
pokręciła głową Anita. - To musiało być coś innego.
- A zdarzały jej się wcześniej takie numery? Znasz ją dłużej.
- Czasami zapominała się, siedząc nad tymi swoimi pożółkłymi papierami.
Mogła się spóźnić kilka czy kilkanaście minut, ale nie opuszczała całego
dnia. To nie w jej stylu.
- Szczególnie że miała mi dziś oddać moją kieckę. No i miałyśmy po pracy
zabrać się do tego cholernego apelu.
- No widzisz! Jej nieobecność jest zaskakująca. Klaudia to nie osoba,
która nagle zapije i nie jest w stanie rano zadzwonić do pracy. Albo
nagle znajdzie miłość swojego życia i zatraci się na kilka dni w jakimś
hotelowym pokoiku na drugim krańcu Polski.
Faktycznie, Schmidt nie należała do grupy atrakcyjnych kobiet, które
zwracają uwagę przechodniów. Raczej sprawiała wrażenie lekko zaniedbanej
osoby, która tak przyziemne sprawy, jak regularna depilacja nóg czy
poranny prysznic, uważała za niepotrzebną stratę czasu.
- A może mówiła ci coś ostatnio? Że wyjeżdża albo ktoś ją odwiedza?
- Mówiła tylko o swojej pracy. Nic nowego.
Klaudia potrafiła z pasją opowiadać o wynikach kwerendy historycznej,
odkryciach nowych faktów, co nie było jednak równoznaczne z zainteresowaniem jej słuchaczy.
- Dzwoniłaś do niej? - spytała Olga, modląc się w duchu, żeby
przyjaciółka nie odbiła pytania w jej stronę. Zapomniała zupełnie, że
mogła to zrobić. Ale skoro dzwonił kilkakrotnie Kołacki...
- Pewnie. Jak tylko rano dowiedziałam się, że Panidyrektora łazi
wściekła i próbują ją ściągnąć do pracy. Chyba kilkadziesiąt razy. Ale
nic. Żadnego odzewu. A potem info, że jest poza zasięgiem albo
wyłączony.
- Zaczynam się denerwować.
- Może pod wieczór podjadę z moim Robertem do niej do domu. Teraz muszę
jeszcze odebrać dzieciaki od babci.
- Ja mam po drodze - zaofiarowała się Olga. Miała wyrzuty sumienia, że
nie zadzwoniła do koleżanki, ale przegrana mina jej praktykanta po
nieudanej lekcji długo pozostała w pamięci, wypierając inne problemy. -
I tak muszę wejść po moją kieckę. Potrzebuję jej na sobotę, bo mam
rodzinne spotkanie.
- Jesteś cudowna - Anita podskoczyła do niej i ucałowała ją w policzek.
- Zadzwoń wieczorem, jak już ją nieźle opierdolisz.
Po chwili po atrakcyjnej pani pedagog unosił się już tylko zapach perfum
Euphoria Calvina Kleina, a w korytarzu słychać było szybkie, rytmiczne
stukanie szpilek.
Stapikowska westchnęła i wrzuciła telefon do torebki. Po chwili
zanurkowała w niej ponownie w poszukiwaniu kluczy do samochodu. Nie ma
nic bardziej rozśmieszającego facetów niż kobieta, która się miota przed
autem, wysypując wszystko z torebki. Nie miała zamiaru nikomu dawać
takiej rozrywki. Już dawno minęły czasy, kiedy auto miało osobny klucz
do bagażnika, osobny do drzwi i trzeci do rozrusznika, a mimo to nadal
używano pojęcia "kluczyki od samochodu" w liczbie mnogiej - jej
polonistyczny umysł wszedł w tryb marudzenia, co zawsze następowało
podczas poszukiwania rzeczy, wydawać by się mogło, definitywnie
zagubionych. Wreszcie triumfalnie wyłowiła brelok ze znakiem peugeota. Z "kotem", jak symbol lwa nazywała zawsze Anita. Obie z Klaudią miały
koty, więc temat sierściuchów wracał często. Mimo że Olga nie miała
żadnego zwierzaka, a córka w zupełności jej wystarczała, to to, że
jeździła samochodem z "kotem" na masce, uznały za kolejny czynnik
łączący.
Osiedle, gdzie znajdował się dom Klaudii Schmidt, leżało na trasie,
którą Olga codziennie pokonywała, wracając z pracy. Typowe deweloperskie
bliźniaki podzielone na pół, a w biedniejszych wersjach nawet na cztery
części, z małym ogródkiem, gdzie po rozstawieniu grilla jego nóżki
prawie dotykały przeciwległego opłotowania działki. Idealne dla ludzi,
którzy chcą czasem rano wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza, wypuścić
dzieciaka z wiaderkiem i łopatką, wiedząc, że nigdzie nie zwieje. Albo
dla Klaudii, dla której liczyła się przede wszystkim praca badawcza, a jej zdolności ogrodnicze przekraczało nawet założenie trawnika.
Oczywiście deweloper nie zadbał o odpowiednią liczbę miejsc parkingowych
i Olga musiała zaparkować swoje auto przy sąsiedniej, równoległej
osiedlowej ulicy, wpychając się prawie na podjazd domu, który, nie
wiedzieć czemu, stał jeszcze niezamieszkany.
Jesienny, październikowy deszcz delikatnie otoczył wysiadającą z auta
Olgę. Z wyrzutem spojrzała na ciemnogranatowe chmury, które zdawały się
pokrywać miasto ponurą zasłoną smutku. Nie dość, że dni kończyły się
teraz zaskakująco szybko, to jeszcze deszczowa aura przyspieszała to
zjawisko.
Przez pozbawione liści korony drzew majaczył tył budynku przy Jaśminowej
67 K. Wszystkie okna były pozamykane, bo Klaudia ze szczególną
starannością dbała, żeby jej kot nie miał możliwości ucieczki. Przez
chwilę Oldze wydawało się nawet, że widzi za szybą cień kręcącego się na
parapecie zwierzaka.
Potężne chlapnięcie i prawie natychmiastowe nieprzyjemne uczucie zimna w bucie odciągnęło ją od przyglądania się gęstej zabudowie.
Deweloper nie zadbał również o chodniki i poruszający się pieszy musiał
uważnie patrzeć pod nogi, omijając liczne kałuże. Sam pomysł osiedla był
nad wyraz genialnym przedsięwzięciem budujących, którzy zagrali na nosie
władzom miasta. Na tym terenie nie było planu zagospodarowania
przestrzennego, który wyznaczałby drogi i chodniki oraz szczegółowe
wytyczne dotyczące powstałych budynków. Firma Grosser wykupiła część
terenu pod działki, gdzie był grunt czwartej klasy ornej, a następnie
zwróciła się o warunki zabudowy dla pierwszych kilku bliźniaków.
Oczywiście władze miejskie nie zdawały sobie sprawy z zagrożenia i wydały zezwolenie. Zresztą nie miały chyba możliwości zablokowania tych
działań. Zanim zamieszkali w nich pierwsi lokatorzy, Grosser zwrócił się
o kolejne warunki zabudowy. I tak w ciągu kilku lat powstało osiedle
liczące prawie sto domków. Z drogami, które deweloper utwardził i...
zostawił w formie części udziału własności gruntu mieszkającym przy tej
ulicy. Miasto nie było zainteresowane budowaniem drogi i chodników na
prywatnym przecież terenie, a w czasie jesiennej słoty przestrzeń
pomiędzy domami zamieniała się w bagnistą atrakcję dla zwolenników
biegów surwiwalowych. Kolejny z aspektów modnych ostatnio na YouTubie
przykładów tak zwanej patodeweloperki.
Dom Klaudii znajdował się na końcu szeregu identycznych, prawie
przylegających do siebie budynków i był podzielony tylko pomiędzy dwóch
właścicieli. Sąsiadem historyczki był marynarz, który rzadko pojawiał
się w domu. Jeżeli jednak już zawitał na stałym lądzie, wiedziała o tym
spora część osiedla, dzięki głośnej muzyce, czasami tylko zagłuszanej
tłukącymi się butelkami po wódce i nawoływaniami nastoletnich panienek
próbujących wepchnąć się w piątkę do taksówki. Klaudia zawsze wtedy
brała zwolnienie lekarskie i wyjeżdżała na parę dni do siostry. Mówiła,
że głośna muzyka jej nie przeszkadza, ale, niestety, lekko podstarzały
marynarz upodobał sobie króla disco polo, czyli Zenka Martyniuka. I tu
Olga przyznawała koleżance rację, te dźwięki, niesłusznie muzyką zwane,
mogłyby być wykorzystywane przez talibów w zastępstwie najbardziej
wyszukanych tortur. Na szczęście po krótkim pobycie w domu marynarz
wyruszał w ciekawsze zakątki kraju w poszukiwaniu bardziej
wyrafinowanych wrażeń niż te, które mogło zapewnić mu miasto
zdecydowanie nienastawione na turystów z portfelem wypchanym zieloną
walutą.
Kiedy wreszcie stanęła przed drzwiami i nacisnęła przycisk dzwonka,
ogarnęło ją zwątpienie. A może rzeczywiście niepotrzebnie włazi
ubłoconymi buciorami, dziś wręcz dosłownie, w cudze życie?
Odpowiedziała jej głucha cisza, więc jeszcze raz nacisnęła dzwonek,
obiecując sobie, że jeżeli nikt nie zareaguje, to odejdzie i zapomni o całej sprawie. Przynajmniej do jutra. Wyciągnęła camela i z ulgą się
zaciągnęła. Wypali ze spokojem papierosa i pójdzie do auta.
Już miała się odwrócić na pięcie i odejść, kiedy usłyszała w domu jakiś
delikatny hałas. Zamarła na chwilę, skupiając się na dźwiękach
dochodzących zza drzwi. Wyraźnie słychać było, że ktoś tam może być.
Może po prostu dzwonek nie działa i mogłam go wciskać do usranej
śmierci - pomyślała. Sięgnęła po ozdobną kołatkę na drzwiach, którą
Klaudia przywiozła z jakiejś swojej historycznej wyprawy w poszukiwaniu
staroci, uderzyła raz i ze zdziwieniem odkryła, że drzwi się poruszyły.
Nie były zamknięte. To nie pasowało do Klaudii, która może nie tyle
przesadnie obawiała się o swoje życie, ile o możliwość ucieczki Assura,
czarnego kota nazwanego imieniem jednego z bogów starożytnej
Mezopotamii.
Pchnięte drzwi zaskrzypiały przeraźliwie, jakby od lat bezskutecznie
prosiły się o naoliwienie. Kiedyś Anita stwierdziła nawet, że wydają
dźwięki jak wrota w starym zamczysku, co poniekąd ucieszyło Klaudię,
zamiast zmotywować do zajęcia się skomplikowaną relacją futryny i zawiasów.
Olga nieśmiało wsunęła głowę do mieszkania i się rozejrzała. W przedpokoju panował niesamowity bałagan. Zbyt duży, nawet jak na jej
koleżankę. Na podłodze leżały lekkie kurtki, a wśród nich drobiazgi
wysypane z letniej torebki i plecaka. Z wieszaka zrzucono nawet dżinsową
katanę i płaszcz przeciwdeszczowy.
- Klaudia! To ja! Jesteś?
Nie było żadnej odpowiedzi. Wydawało jej się, że gdzieś w mieszkaniu
usłyszała ruch. Na zewnątrz dopiero zapadał jesienny zmierzch, ale tu, w mieszkaniu, było już prawie zupełnie ciemno. Zrobiła krok do przodu,
szukając po omacku włącznika światła. Z ciemności korytarza w jej stronę
rzucił się nagle czarny cień. Odruchowo odskoczyła, opierając się o drzwi, i w obronnym geście skrzyżowała ręce na piersiach. Serce waliło
jej jak opętane. Kiedy poczuła na nodze sierść ocierającego się kota,
odetchnęła z ulgą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki