Mistrz marionetek - Grzegorz Skorupski

Kup ebooka

29.99 zł
26.09 zł (25,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

Będą szu­kać (pouczeń) w snach. I nawet jeśli powie­dzą, że to sen - od demona, który oczy­wi­ście godny jest ich błędu - to przy­pad­nie im znisz­cze­nie zamiast nie­śmier­tel­no­ści. Gdyż zło nie może przy­no­sić dobrego owocu, gdyż każdy, który z tego miej­sca pocho­dzi, przy­nosi to, co odpo­wiada temu miej­scu. Nie każda bowiem dusza pocho­dzi z prawdy czy z nie­znisz­czal­no­ści. Każda bowiem dusza tych eonów w naszych oczach prze­zna­czona jest na śmierć. Jest bowiem zawsze nie­wol­nicą stwo­rzoną w swych namięt­no­ściach, a znisz­cze­nie wieczne jest jej prze­zna­cze­niem.1

APO­KA­LIPSA PIO­TRA

3 marca 1634 roku

To już dziś. Ni­gdy by nie pomy­ślała, że będzie ocze­ki­wała śmierci jak wyba­wie­nia. Śmierć jak wspa­niały dar nie­bios, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie doce­niała.

Miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia lat, ale ostat­nie dni uczy­niły ją sta­ruszką. Nie pamię­tała już sie­bie sprzed TEGO dnia. Ogrom emo­cji i cier­pie­nia przy­głu­szył wszystko. Zatarł każde wspo­mnie­nie, jakby szczę­ście ni­gdy nie ist­niało i nie było moż­liwe w tym świe­cie, w któ­rym rzą­dzi ON. Sza­tan!

Nie potra­fiła już sobie przy­po­mnieć swo­ich dłu­gich, gru­bych war­ko­czy, które, jak pozo­stałe włosy na ciele, ogo­lono jej już na samym początku. Nie zda­wała sobie sprawy, jak publiczne pozba­wie­nie wło­sów może obe­drzeć z ludz­kiej god­no­ści. Wtar­gnięto w jej intym­ność z taką siłą wul­gar­nej prze­mocy, że oddech ZŁA czuła wręcz nama­cal­nie.

Ode­brano jej wszystko. Nawet naj­bliż­szych, któ­rzy ze stra­chu, a może pod wpły­wem tego księ­dza wyrze­kli się jej. Może uda­wali tylko? Ból fizyczny był tak silny, że mogła się sku­pić tylko na nim.

Nie spała już kilka nocy. Nie potra­fiła ich zli­czyć. Trzy, a może pięć? Ból potra­fił poko­nać nawet czas, a jej oprawcy, niech będą prze­klęci, urzą­dzali wido­wi­sko zawsze nocą. To wtedy zjeż­dżali się pań­stwo z oko­licz­nych dwo­rów, by przy węgier­skim winie przy­glą­dać się i podzi­wiać pomy­sło­wość jej opraw­ców. Czer­wony winny sok roz­le­wał się na sto­łach, kiedy kilka metrów dalej w drew­niane przy­rządy wymyśl­nych maszyn wsią­kała jej krew. Kapiąca z ust tłu­stych panów tego świata ślina zmie­szana z tłusz­czem zagry­za­nych udek kuro­pa­twy... Marzyła, by to oni dusili się krwią z kolej­nego wyry­wa­nego roz­pa­lo­nymi szczyp­cami zęba. Ale chrzęst prze­gry­za­nych kaczych kostek mie­szał się z odgło­sami kru­szo­nych zębów mło­dej dziew­czyny.

Spró­bo­wała wstać, ale jej zakrwa­wione ciało nie reago­wało. Poczuła cie­pło. Mocz roz­lał się na meta­lo­wej pry­czy, na któ­rej ją poło­żono. To dziwne, że meto­dycz­nie, powoli łamane nogi nie reago­wały na jej pole­ce­nia, jakby były zupeł­nie obce, ale potra­fiły prze­no­sić ból.

Przez zakra­to­wane okno usły­szała odgłosy gro­ma­dzą­cej się na wido­wi­sko miej­skiej tłusz­czy. Pew­nie już przy­go­to­wano stos, by dostar­czyć tej masie pożywki dla ich naj­niż­szych instynk­tów. Jakby przy­wią­za­nie pięć­dzie­się­ciu kilo­gra­mów przy­pa­la­nego, dziu­ra­wio­nego i roz­cią­ga­nego do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści dziew­czę­cego ciała było jakimś wewnętrz­nym pra­gnie­niem, które nale­żało zaspo­koić.

Nie wie­działa, kiedy to sobie posta­no­wiła. Że się przy­zna! Prze­stała wal­czyć. Przy­znała się do wszyst­kiego, co chcieli. Musiała oca­lić język. Nie mogła pozwo­lić, żeby wyrwano jej język! Tylko wtedy to będzie miało sens.

Usły­szała rumor odsu­wa­nej zasuwy w drzwiach. Po co ją zamy­kano, jeżeli nie może nawet ruszyć nogą? Może bali się, że uciek­nie dzięki tajem­nej mocy?

Dwaj męż­czyźni, sporo już po czter­dzie­stce, chwy­cili ją bru­tal­nie pod pachy i wywle­kli z celi. Na widok słońca zmru­żyła oczy. Przez te kilka dni zupeł­nie zapo­mniała o ota­cza­ją­cym świe­cie. O wio­śnie, która miała jej przy­nieść tyle rado­ści. Wle­kli ją na boczną, wschod­nią część rynku, ale nie czuła bólu. Sły­szała tylko odgłos bosych stóp ude­rza­ją­cych o kamienny bruk.

Musiała zebrać w sobie wszyst­kie siły. Tylko zemsta dawała taką moc.

Kiedy przy­wią­zy­wano ją do gru­bego pnia, jej zmy­sły nie potra­fiły już zare­je­stro­wać, że był wyjąt­kowo ostro cio­sany. Przy­wią­zano ją w pasie, ręce pozo­sta­wia­jąc wolne. I tak nie miała żad­nych szans ucieczki. Spod pół­przy­mknię­tych powiek przy­glą­dała się wrzesz­czą­cemu tłu­mowi. Jesz­cze nie­dawno była jedną z nich. Miłą dziew­czyną, do któ­rej się uśmie­chali. Co się zmie­niło?

Poczuła swąd dymu. Więc już pod­pa­lono nasą­czony łojem wysu­szony mech. Musi pocze­kać jesz­cze chwilę... Nie da im szansy na uga­sze­nie... Nie pozwoli na powrót do lochu i tych sza­lo­nych ludzi...

- Słu­chaj­cie, ludzie! Jestem cza­row­nicą i sługą sza­tana! - prze­ra­ziła się swo­jego głosu. Był ochry­pły i skrze­kliwy, jak głos sta­ru­chy z lasu, którą kie­dyś spo­tkała, a nie mło­dej dziew­czyny.

Tłum zamarł, wpa­tru­jąc się z zafa­scy­no­wa­niem. Wyda­wało jej się, że widzi pewne poru­sze­nie w miej­scu, gdzie zgro­ma­dziły się oko­liczna szlachta i wyż­sze ducho­wień­stwo. To w ich stronę wycią­gnęła rękę.

Póki jesz­cze miała siły, musiała to dokoń­czyć. Z ogrom­nym wysił­kiem otwo­rzyła sze­rzej oczy. Chciała to zoba­czyć. Przez ostat­nie godziny zbie­rała siły tylko po to, by wypo­wie­dzieć te dwa zda­nia. Reszt­kami sił, dusząc się w dymie, zaczęła krzy­czeć, obser­wu­jąc jed­no­cze­śnie ich twa­rze.

- Ja, słu­żeb­nica Dia­bła, wydaję na ten czas i powo­łuję moich współ­wy­znaw­ców: pana Radzew­skiego i mał­żonkę jego­mo­ści, wójta Albrechta, wie­leb­nego...

12 grud­nia 1982 roku

Syrena ogła­sza­jąca koniec dru­giej zmiany wypu­ściła szary tłum zabi­ja­jący z zimna ręce. Kobiety trzy­mały się razem. Czasy były nie­spo­kojne i wolały nie wra­cać poje­dyn­czo do domu. A nuż napo­tkają patrol mili­cji, a ci, kiedy nie było świad­ków, dopusz­czali się róż­nych rze­czy, wyko­rzy­stu­jąc spe­cjalne prawa stanu wojen­nego. Zresztą od nie­dawna ich patrole wzmoc­niono o tych nie­wy­ży­tych mło­ko­sów z ZOMO, na któ­rych patrzono ze szcze­gólną pogardą. Prze­cież mogli, jak nor­malne chło­paki, iść do woj­ska. Wybrali jed­nak oddziały spe­cjal­nie prze­zna­czone do walki z demon­stru­ją­cymi na uli­cach. Teraz szczy­cili się o dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów dłuż­szymi pał­kami sztur­mo­wymi. Jakby im jesz­cze tego było mało, lubili zatrzy­ma­nych tłuc rącz­kami pałki. Ci z załogi, co cho­dzili na demon­stra­cje, opo­wia­dali, że tam, gdzie spa­dła pałka, szybko poja­wiał się siny ślad, ale tam, gdzie rączka pałki sztur­mo­wej, przez jakiś czas skóra była dziw­nie biała, zanim zaczęła przy­bie­rać całą paletę kolo­rów. Zresztą po ude­rze­niu mieli tylko jedno marze­nie: wszę­dzie, tylko nie w to samo miej­sce!

Elitę załogi sta­no­wili męż­czyźni obsłu­gu­jący auto­maty hut­ni­cze. To ich praca, oprócz pra­cow­ni­ków warsz­ta­tów napraw­czych, miała naj­więk­sze zna­cze­nie wśród rze­szy robot­ni­ków. Auto­mat nie mógł się zatrzy­mać, więc mogli zejść ze sta­no­wi­ska dopiero wtedy, kiedy w ich miej­sce wszedł zmien­nik z kolej­nej bry­gady. Mono­tonny stu­kot meta­lo­wych form, który w gru­dniową noc roz­no­sił się w pro­mie­niu kilku kilo­me­trów, nie mógł zostać prze­rwany. Jeżeli zmien­nik się spóź­niał, nad­zo­ru­jący auto­mat pro­duk­cyjny nie mógł wyjść z resztą bry­gady. Nikt więc nie zwró­cił uwagi na śred­niego wzro­stu męż­czy­znę, który wyszedł z hali pro­duk­cyj­nej kwa­drans po dzie­sią­tej wie­czo­rem.

Straż zakła­dowa bar­dziej sku­piła się na tym, czy ktoś nie wynosi narzę­dzi z fabryki, niż na krę­cą­cych się na jej tere­nie pra­cow­ni­kach. Zresztą każdy mógł mieć jakiś cel. Choćby nawet przy­du­sić spra­gnioną uciech cie­le­snych kole­żankę z pracy. Teren był tak potężny, że było to bez­piecz­niej­sze i mniej nara­żone na wpadkę wobec zazdro­snych współ­mał­żon­ków, któ­rzy tutaj nie mieli wstępu.

Męż­czy­zna uni­kał oświe­tlo­nych miejsc, prze­my­ka­jąc się pod odra­pa­nym murem budyn­ków huty. Na szczę­ście nikt jesz­cze nie wpadł na pomysł, żeby straż zakła­dową wypo­sa­żyć w psy. Ciem­ność, którą zapew­nił sobie wczo­raj, eli­mi­nu­jąc za pomocą procy syna kilka żaró­wek w latar­niach, była jego sprzy­mie­rzeń­cem. Pod­biegł do kolej­nego ogar­nię­tego mro­kiem miej­sca. Jego robo­cze buty robiły potężny hałas, który gdzie indziej na pewno by kogoś zwa­bił. Ale tutaj była huta, tutaj huk był czymś natu­ral­nym. Wresz­cie zna­lazł się na miej­scu. Z nieba zaczął powoli pró­szyć drobny śnieg. To mogło pomóc - sta­wał się coraz mniej widoczny.

Było cho­ler­nie zimno. Gdyby nie ręka­wiczki, spo­cone z emo­cji ręce na pewno przy­mar­z­łyby do meta­lo­wych szcze­bli komina. Nie wie­dział, kiedy ostatni raz ktoś tam wcho­dził. To był kolejny nie­bez­pieczny ele­ment ICH planu. Któ­ryś z meta­lo­wych ele­mentów komina mógł być oblu­zo­wany, a nie miał tyle czasu, by każdy po kolei spraw­dzać, nim posta­no­wił oprzeć na nim dłoń.

Zanim zde­cy­do­wał się pod­jąć tego zada­nia, musiał spraw­dzić swoje moż­li­wo­ści. Wspiął się na naj­mniej­szy, dwu­dzie­sto­me­trowy komin. Poszło spraw­nie, ale jesz­cze przez dwa kolejne dni czuł ból w udach. Teraz stał pod komi­nem o wyso­ko­ści sie­dem­dzie­się­ciu trzech metrów. I musiał się spie­szyć. Miał nie­całe pół godziny.

Komin miał wyga­szone oświe­tle­nie. To zasługa kole­gów, któ­rzy popro­sili go o wyko­na­nie tego zada­nia.

Powoli zaczął się wspi­nać. Po kil­ku­na­stu metrach poczuł, że przed­miot przy­wią­zany do jego ple­ców, po kolej­nym zaha­cze­niu o zamon­to­wane w rów­nych odstę­pach pio­nowe pręty, zaczął się nie­bez­piecz­nie koły­sać. Lewą ręką objął pręt w zgię­ciu łok­cio­wym, a prawą pod­jął próbę się­gnię­cia do pakunku. Lekki chrzęst metalu w pół­wiecz­nej cegle komina pra­wie dopro­wa­dził go do zawału. Serce waliło mu jak mło­tem. Wresz­cie udało mu się wyswo­bo­dzić drew­niany sztyl z kom­bi­na­cji zabez­pie­czeń mocu­ją­cych go pod kurtką. Chwy­cił go mocno prawą ręką, ale teraz stra­cił moż­li­wość ubez­pie­cza­nia się na wypa­dek oblu­zo­wa­nego szcze­bla. Odrzu­cił drew­niany sztyl. Musiał wybrać wariant drugi. Ponadme­trowy kij ude­rzył cicho w śnieg, gdzieś kil­ka­na­ście metrów niżej.

Taka szansa zda­rzała się jedna na tysiąc. Piec huty szkła był kon­ser­wo­wany aku­rat teraz, w przeded­niu rocz­nicy. Może zresztą zro­biono to celowo. Pod­czas wyga­sze­nia jed­nego pieca nie było potrzeby, by cała załoga musiała być tego dnia w pracy. Ale wła­śnie wtedy pra­wie osiem­dzie­się­cio­me­trowy komin też był wyłą­czony z pracy.

Opady śniegu przy­brały na sile. A może znaj­do­wał się już kil­ka­dzie­siąt metrów nad zie­mią i wiatr był tu sil­niej­szy. Lodo­wate płatki dosta­wały się za koł­nierz i rękawy kurtki, jakby samo­bój­czo chciały się ogrzać cie­płem spo­co­nego ludz­kiego ciała. Męż­czy­zna zro­bił sobie chwilę prze­rwy. Wyda­wało mu się, że potężny komin rusza się w podmu­chach wia­tru, ale musiało to być złu­dze­nie. Nagle przy­szła mu ochota, żeby już nie wra­cać, nie męczyć się w tę mroźną gru­dniową noc, ale rzu­cić się w prze­pastną ciem­ność w dole. Otrzą­snął się i ruszył szybko pod górę. Miał tylko kil­ka­na­ście metrów do poko­na­nia, ale potem pozo­stała kwe­stia jesz­cze szyb­szego zej­ścia. O ile on, mała mrówka na tle potęż­nego komina, może pozo­stać nie­zau­wa­żony, o tyle olbrzy­mia, zro­biona z prze­ście­ra­dła flaga z napi­sem "Soli­dar­ność" na pewno będzie widoczna nawet z kilku kilo­me­trów.

Kiedy pod­cią­gnął się na ostat­nim prę­cie, prze­ra­ził go nagły hałas. Wystra­szony gołąb z wrza­skiem rzu­cił się w ciemną głę­bię nocy. Męż­czy­zna, zasko­czony, puścił się obiema rękami, opa­da­jąc do tyłu. Na szczę­ście osła­nia­jąca meta­lowa siatka wytrzy­mała nagły napór cię­żaru doro­słego czło­wieka.

Powoli wyjął flagę i zaczął ją przy­wią­zy­wać do insta­la­cji pio­ru­no­wej. Po chwili potężny kawał mate­riału opadł, lekko uno­szony podmu­chami wia­tru.

Męż­czy­zna ode­tchnął. Wyko­nał zada­nie. Cie­kawe, czy ONI szybko znajdą kogoś, kto odważy się wejść na komin i ścią­gnąć flagę? Na pewno nikogo z załogi huty! Naj­wy­żej wyda­dzą roz­kaz jakie­muś mło­demu mili­cjan­towi, który, chcąc nie chcąc, będzie musiał wleźć na komin.

Pozo­stało jesz­cze szybko zejść, co tylko pozor­nie było pro­ste. Już teraz czuł pora­ża­jący ból wywo­łany szyb­kim wej­ściem na szczyt komina. Oddech powoli wra­cał do normy, ale w gło­wie na­dal czuł dziwne pul­so­wa­nie. Pew­nie to zwią­zane z wyso­ko­ścią - pomy­ślał.

Buty śli­zgały się na meta­lo­wych prę­tach dra­biny. Tym razem, dużo bar­dziej niż wcho­dząc, musiał pole­gać na rękach. Po pięć­dzie­się­ciu metrach wie­dział, że nie może ufać mię­śniom nóg. W każ­dej chwili omdlałe stopy mogły ześli­zgnąć się i pocią­gnąć go w dół. Nie mógł pozwo­lić sobie na odpo­czy­nek. Świa­tło na komi­nie trzeba będzie wkrótce włą­czyć. Zresztą mimo pró­szą­cego śniegu noc była wyjąt­kowo jasna. Ostat­nie dwa­dzie­ścia metrów scho­dził, wła­ści­wie korzy­sta­jąc tylko z siły rąk.

Kiedy zesko­czył z ostat­niego meta­lo­wego szcze­bla na zie­mię, natych­miast padł na kolana. Zmę­czone nogi nie były w sta­nie utrzy­mać go w pozy­cji sto­ją­cej. Naj­pierw uklęk­nął, a potem, trzy­ma­jąc się cegla­nej ściany komina, pod­niósł się ciężko. Jesz­cze tylko parę metrów i odpocz­nie w zaci­szu budynku po dru­giej stro­nie placu.

Głowa pul­so­wała jak zwa­rio­wana. Czuł krew napie­ra­jącą na każdą arte­rię, każdą żyłę w jego czaszce, pró­bu­jącą roz­sa­dzić niczemu nie­winne naczy­nia. To od zmę­cze­nia, emo­cji i chyba szyb­kiej zmiany wyso­ko­ści - pomy­ślał. Spie­szył się. W końcu całość zada­nia zajęła mu jedy­nie dwa­dzie­ścia minut.

Dał kilka nie­po­rad­nych kro­ków. Wyda­wało mu się, że z ciem­no­ści bie­gnie w jego stronę kilka postaci.

- Michał? - wyszep­tał z nadzieją.

Ude­rze­nie dłu­giej pałki w twarz szybko roz­wiało jego wąt­pli­wo­ści. Padł na kolana. Zdą­żył jesz­cze zoba­czyć, że drugi z zomow­ców trzyma gumową lolę odwrot­nie. Ude­rze­nie rączki sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­cen­ty­me­tro­wej pałki w głowę pozba­wiło go przy­tom­no­ści. Kolejny cios z siłą czte­ry­stu kilo­gra­mów dosłow­nie rzu­cił nim o zie­mię.

Mili­cjant usiadł na drga­ją­cym ciele i z nie­na­wi­ścią ude­rzył jesz­cze dwa razy.

Świeży biały puch, który spadł tej nocy, zaczął zabar­wiać się wokół głowy męż­czy­zny na czer­wono.

20 paź­dzier­nika tego roku

Pokój pogrą­żony był w mroku. Jedy­nie moni­tor lap­topa rzu­cał nikłe świa­tło na nie­dbale poroz­sta­wiane sprzęty. Łóżko, a raczej roz­ło­żona kanapa nie­wiel­kich roz­mia­rów, kla­syczne biurko w stylu skan­dy­naw­skim z wytar­tym czar­nym fote­lem, pro­sty regał na książki oraz leżąca na pod­ło­dze kurtka.

Wiatr kolejny raz ude­rzył w drew­niane okien­nice, wci­ska­jąc lodo­waty podmuch przez ogromne szpary. Na para­pe­cie leżały spore frag­menty odpa­dłej zżółk­nię­tej farby i trupy owa­dów, które liczyły, że w zaka­mar­kach okien­nych uda im się prze­trwać nad­cho­dzące zimno. Odwieczna sym­bioza zwal­cza­ją­cych się gatun­ków, które jed­nak muszą współ­ist­nieć. Roz­no­szące cho­roby, gry­zące, a nawet zabi­ja­jące uczu­lo­nych owady, wyda­wać by się mogło cał­ko­wi­cie wro­gie cywi­li­za­cji stwo­rzo­nej przez ludzi, sta­no­wiły ele­ment, bez któ­rego ludz­kość nie mogła sobie pora­dzić. Były pokar­mem dla pta­ków, zapy­lały ogrody. Wresz­cie umie­rały na takich sta­rych kamien­nych para­pe­tach, pró­bu­jąc się wydo­stać, bez­sil­nie ude­rza­jąc całym wątłym cia­łem w brudną szybę ist­nie­nia, w stu­let­nich, zanie­dba­nych kamie­ni­cach, któ­rych miesz­kańcy z cza­sem zaczy­nali je przy­po­mi­nać.

Kilka dużych much, które, widać, zapla­no­wały zimową drzemkę w póź­niej­szym ter­mi­nie, spa­ce­ro­wało po zaku­rzo­nym bla­cie biurka, pomię­dzy roz­rzu­co­nymi tablet­kami, szu­ka­jąc resz­tek na kilku zaschnię­tych miskach po chiń­skiej zupce. A może po pro­stu zwie­trzyły nowy, świeży, pożywny pokarm, który znaj­do­wał się na samym szczy­cie ich ulu­bio­nej karty dań?

Ekran moni­tora pul­so­wał białą kre­ską urwa­nej roz­mowy na pry­wat­nym cza­cie. Deli­katny zarys na wpół obra­nej cebulki na fio­le­to­wym tle był jedy­nym kolo­ro­wym ele­men­tem na tej stro­nie.

Męż­czy­zna wpa­try­wał się w pul­su­jącą kre­skę czatu jak zahip­no­ty­zo­wany. Zawar­tość wcze­śniej­szej roz­mowy znik­nęła. Taka była moż­li­wość usta­wień tego pro­gramu, ope­ru­ją­cego gdzieś w bez­mia­rze inter­netu nie­do­stęp­nego dla każ­dego śmier­tel­nika. W sieci, która sta­no­wiła praw­dziwą wol­ność dla wszyst­kich użyt­kow­ni­ków.

Dwie muchy roz­po­częły podróż po jego ręce. Strzą­snął je z obrzy­dze­niem. Nie lubił lep­kich odnóży, które zda­wały się wręcz przy­sy­sać do skóry i badać kolejne war­stwy naskórka świe­żych ran. Myśl o moż­li­wo­ści kopu­la­cji owa­dów na wła­snym ramie­niu spra­wiła, że żołą­dek pod­szedł mu do gar­dła.

Przy­pad­kowo dotknął jed­nej z table­tek i zaczął bez­myśl­nie obra­cać ją w pal­cach.

Co się naprawdę wyda­rzyło? - wyszep­tał.

Ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że zapi­sał to zda­nie na ekra­nie kom­pu­tera.

Co się naprawdę wyda­rzyło?

Zro­bi­łem to, co do mnie nale­żało. Sta­łem się god­nym sta­nia się praw­dzi­wym sługą.

Palce spraw­nie wbi­jały się w białą kla­wia­turę z wytar­tymi pozo­sta­ło­ściami ozna­czeń liter i cyfr. Pisał wpa­trzony w ekran.

Jestem zdolny powstrzy­mać Zło i nie zawieść. Gotowy na kathar­sis i wskrze­sze­nie. Do wej­ścia na plat­formy pozna­nia, które Bóg mi obie­cał. Cze­kam.

Klik­nął w ikonę koperty w pra­wym gór­nym rogu czatu. Oprócz bez­po­śred­niej roz­mowy miał też moż­li­wość wysła­nia wia­do­mo­ści.

Odchy­lił się w fotelu z zado­wo­le­niem.

Muchy wyko­rzy­stały to natych­miast i rzu­ciły się na kla­wia­turę. Czer­wone resztki na bia­łych kla­wi­szach i inten­sywny zapach świe­żej krwi już od kil­ku­na­stu minut pobu­dzały ich zmy­sły.

Rozdział pierwszy

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Gdy dusza (...) zoba­czyła moc czwartą; zaś ist­niała w sied­miu posta­ciach: pierw­szą posta­cią była ciem­ność, drugą była żądza, trze­cią - nie­wie­dza, czwartą - pożą­da­nie śmierci, piątą - kró­le­stwo ciała, szó­stą - sza­leń­cza prze­bie­głość ciała; siódmą zaś zapal­czywa mądrość. Takie oto jest sie­dem mocy Gniewu, które pytają duszę: "Skąd przy­cho­dzisz zabój­czyni czło­wieka, albo dokąd idziesz, ty, która obez­wład­niasz to miej­sce?2

EWAN­GE­LIA MARII [MAG­DA­LENY]

Ponie­dzia­łek mógłby nie ist­nieć!

Ta myśl wra­cała cyklicz­nie, z tygo­dniową czę­sto­tli­wo­ścią. Olga Sta­pi­kow­ska nie mia­łaby nic prze­ciwko temu, żeby prze­stały ist­nieć rów­nież pozo­stałe dni tygo­dnia, z wyjąt­kiem soboty i nie­dzieli. No może jesz­cze piątku po połu­dniu, miała wtedy tylko cztery lek­cje i koń­czyła w połu­dnie. Tego dnia, by nie psuć sobie i bliź­nim moż­li­wo­ści wcze­śniej­szego odczu­wa­nia świę­tej potęgi wol­nego week­endu, nie zapo­wia­dała prac kla­so­wych i nie robiła kart­kó­wek. Jak można czuć już na ple­cach powiew swo­body piąt­ko­wego popo­łu­dnia, już pra­wie wdy­chać aro­mat czer­wo­nego gru­ziń­skiego wina i jed­no­cze­śnie pochy­lać się nad dyle­ma­tami nie­pod­le­gło­ścio­wymi Sło­wac­kiego?

W dupie mam Sło­wac­kiego i Mic­kie­wi­cza! Ileż razy musiała się powstrzy­my­wać, żeby nie wykrzy­czeć tego w twarz lice­ali­stom recy­tu­ją­cym pod­ręcz­ni­kowe for­mułki o wspa­nia­ło­ści poezji roman­tycz­nej i o stro­fach, od któ­rych brzmie­nia po ple­cach prze­biega dreszcz lite­rac­kiej roz­ko­szy.

Cza­sami czuła się, jakby świat nie ruszył z miej­sca od stu lat i na­dal wdu­szano ją do gom­bro­wi­czow­skiej szkoły, gdzie na prze­rwie będzie cze­kał ją poje­dy­nek na miny, a metody naucza­nia, mimo nowych, obco brzmią­cych nazw kolej­nych pomy­słów refor­ma­tor­skich, i tak sku­piają się od lat na kształ­ce­niu bez­myśl­nej uczniow­skiej tłusz­czy.

Liceum, w któ­rym uczyła języka pol­skiego, jedno z kilku w mie­ście, mie­ściło się przy placu Adama Mic­kie­wi­cza i oczy­wi­ście nosiło imię wiesz­cza. Olga już nie wyma­gała, żeby szkoła miała imię Kazika Sta­szew­skiego czy Grześka Cie­chow­skiego, ale choćby Wit­ka­cego, Mrożka czy Gom­bro­wi­cza. By można było zerwać z tą sztucz­no­ścią, pato­sem i hipo­kry­zją, które ją ota­czały.

Nie wyrwę się, nie wyrwę się. To tylko wiem - frag­ment Kom­bi­natu upo­rczy­wie powra­cał, przy­wo­łany wspo­mnie­niem twórcy Repu­bliki.

Bo pracę trak­to­wała jak kom­bi­nat, który pożera jej czas i siły. A ona, zwią­zana cyro­gra­fem zwa­nym eufe­mi­stycz­nie umową o pracę, musiała tra­cić czas na próby przy­bli­że­nia języka pol­skiego w kla­sach bio­lo­giczno-che­micz­nych czy mate­ma­tycz­nych, któ­rych obni­ża­jący się poziom obser­wo­wała z prze­ra­że­niem.

Lubiła uczyć, dzie­lić się swoją pasją do lite­ra­tury. Cza­sem nawet i do Mic­kie­wi­cza, bo co nieco mu się udało. Gorzej radziła sobie z rela­cjami służ­bo­wymi. Tak zwa­nym gro­nem peda­go­gicz­nym "pro­fe­so­rów" z tytu­łem magi­ster­skim, wspar­tych auto­ry­te­tem dyrek­torki Elwiry Nowak, która sta­rała się, by pra­cow­nicy odda­wali szkole każdą sekundę życia, orga­ni­zu­jąc wyjazdy inte­gra­cyjne, wszel­kie zabawy i obchody, jakie tylko można było wymy­ślić. Nie wspo­mi­na­jąc już kil­ku­go­dzin­nych rad peda­go­gicz­nych i anga­żo­wa­nia mak­sy­mal­nej liczby pra­cow­ni­ków do drob­nych nawet imprez szkol­nych. Pani­dy­rek­tora, jak ją ochrzciła Olga, dosta­jąc gęsiej skórki na dźwięk cią­gle powta­rza­nego zwrotu "pani dyrek­tor" przez grupę ubó­stwia­czy pani Elwiry, zawsze sta­rała się o dobry wize­ru­nek szkoły u "orga­nów", mając na myśli organ zarzą­dza­jący, czyli pre­zy­denta mia­sta, oraz organ pro­wa­dzący - kura­to­rium oświaty.

W jej poprzed­niej szkole mówiło się po pro­stu "dyrek­tor" albo "stary". Tutaj cał­kiem spore grono poplecz­ni­ków Elwiry Nowak nawet w roz­mo­wach pry­wat­nych uży­wało z namasz­cze­niem sfor­mu­ło­wa­nia "pani dyrek­tor", mimo że jesz­cze nie­dawno była ich kole­żanką z pracy.

Cza­sami wyda­wało jej się, że Pani­dy­rek­tora musi bar­dzo cier­pieć, zda­jąc sobie sprawę z tego, że pra­cow­nicy II LO imie­nia Adama Mic­kie­wi­cza mogą mieć swój pry­watny czas, a nawet, o zgrozo, śpią, nie śniąc o pracy na rzecz Alma Mater.

Odru­chowo się­gnęła do torebki po camele, ale przy­po­mniała sobie, że prze­cież w tej sza­now­nej insty­tu­cji grono peda­go­giczne nie powinno zachę­cać do złych nawy­ków i ofi­cjal­nie nie ist­nieje miej­sce, gdzie mogłaby w spo­koju sko­rzy­stać z prze­rwy i wypa­lić papie­rosa. A gów­nia­rze­ria jara szlugi pod pło­tem! Jedy­nym miej­scem, gdzie mogłaby w spo­koju oddać się zgub­nemu nało­gowi, były szkolne piw­nice, gdzie woźny udo­stęp­niał roz­le­głe sale warsz­ta­tów i pomiesz­czeń po kotłowni. Nie­stety, wcho­dząc do szkoły, zauwa­żyła, że zamiata sterty liści opa­dłych z potęż­nych lip rosną­cych przed budyn­kiem.

Rozej­rzała się po pokoju nauczy­ciel­skim. Pra­wie jedna trze­cia osób znaj­do­wała się na dyżu­rach. Na kory­ta­rzach, na boisku, przy toa­le­tach, przy bra­mie wyj­ścio­wej. Kiedy pierw­szy raz zoba­czyła plan dyżu­rów i uzmy­sło­wiła sobie, że przy­naj­mniej połowę czasu prze­zna­czo­nego na prze­rwy mię­dzy­lek­cyjne spę­dzi, wdy­cha­jąc wąt­pliwe aro­maty przy męskiej toa­le­cie czy drżąc z zimna na boisku szkol­nym, miała ochotę rzu­cić Pani­dy­rek­to­rze ten plan i wyja­śnić, że zatrud­niła się w cha­rak­te­rze polo­nistki, a nie straż­nika w ośrodku wycho­waw­czym. Na szczę­ście ktoś uzmy­sło­wił jej, że po tej roz­mo­wie pra­co­wa­łaby w tej szkole naj­wy­żej do końca roku szkol­nego. A ona potrze­bo­wała tej pracy. Jak cho­lera! Nawet w tym, podzie­lo­nym jak Sejm Rze­czy­po­spo­li­tej, śro­do­wi­sku.

Przy kilku dłu­gich sto­łach sie­działy grupki będące jed­no­cze­śnie wza­jem­nie rywa­li­zu­ją­cymi ze sobą frak­cjami. Pra­wie same kobiety. Wuefi­ści mieli swoją "kate­drę", czyli naj­zwy­klej­szy śmier­dzący potem kan­to­rek w pobliżu sali gim­na­stycz­nej, i rzadko wpa­dali do głów­nego miej­sca kumu­la­cji ciała peda­go­gicz­nego. Szkoda, bo było paru, na któ­rych można było zawie­sić oko. Z cie­ka­wych nie­obec­nych zostaje zastępca dyrek­torki Pio­trek Kołacki, w sumie fajny facet, ale jeżeli wytrzy­muje całymi godzi­nami z Panią­dy­rek­torą, to jed­nak musi być jeb­nięty - ze smut­kiem poki­wała głową.

Za to przy "jej" stole sie­działa reszta męż­czyzn. No i histo­ryczka Klau­dia Schmidt, która rów­nież zna­la­zła się poza ogól­nym obo­zem bel­fe­rek. Przy stole było sześć miejsc. Olga wybrała we wrze­śniu krze­sło z brzegu, obok Klau­dii. Dalej sie­dział kate­cheta Karol Tur­ski, potem, przy oknie, ksiądz Krzysz­tof Mazu­rek. Naprze­ciw Sta­pi­kow­skiej było wolne miej­sce, dalej fizyk Julian Kamiń­ski i pod oknem, naprze­ciwko księ­dza, przy­sia­dał cza­sem wice­dy­rek­tor Piotr Kołacki.

Kiedy Olga poja­wiła się we wrze­śniu, po wej­ściu do pokoju nie napo­tkała przy­ja­znych spoj­rzeń ze strony dam­skiej czę­ści grona. Była zadbaną wysoką bru­netką, która mogła sta­no­wić zagro­że­nie dla "osia­dłych". Kie­dyś przy­pad­kowo zauwa­żyła na pozo­sta­wio­nym na chwilę moni­to­rze tabletu kole­żanki, że szu­kała ona w sieci dokład­nie takiej samej sukienki z Taranko, w jakiej przy­szła tego dnia do pracy. Nie wystar­czało zwy­kłe obga­dy­wa­nie, musiały spraw­dzić cenę! Szkoda, że jej jesz­cze o roz­miar nie zapy­tały, jędze. Szlag by je tra­fił!

- A co pani o tym sądzi, pani Olgo? - z zamy­śle­nia wyrwał ją głos księ­dza Krzysz­tofa Mazurka.

Rozej­rzała się lekko nie­przy­tom­nym wzro­kiem. Sie­dzący obok duchow­nego kate­cheta wpa­try­wał się w nią z wycze­ki­wa­niem. Kom­plet­nie nie miała poję­cia, czego doty­czyła dys­ku­sja. Pew­nie jakichś szcze­gó­ło­wych dok­tryn kato­lic­kich, o któ­rych nie miała zie­lo­nego poję­cia.

- To zna­czy... - zaczęła, ale prze­rwał jej Kamiń­ski.

- Pani Olga odle­ciała nam w świat ulot­nych wier­szy i piękna wyż­szej lite­ra­tury - uśmiech­nął się, uka­zu­jąc paletę rów­nych, bia­łych zębów. Był zadba­nym roz­wod­ni­kiem po czter­dzie­stce, na któ­rego mniej lub bar­dziej otwar­cie cza­iła się dam­ska część grona peda­go­gicz­nego.

- Nie sądzę, pro­szę księ­dza, żeby pani Olga mogła sta­no­wić wyrocz­nię w dys­ku­to­wa­nej kwe­stii - kate­cheta Karol Tur­ski pogar­dli­wie wydął usta. - Jest prze­cież kobietą.

Tra­fił w czuły punkt. Nie cier­piała tego drob­nego blon­dyna przed czter­dziestką, który chyba nawet kąpiel częst­szą niż coty­go­dniową uwa­żał za prze­jaw grzesz­nego zbytku zgni­łej cywi­li­za­cji początku XXI wieku. Olga z obrzy­dze­niem odwra­cała wzrok, kiedy uśmie­chał się do niej, pre­zen­tu­jąc kilo­gra­mowe naloty kamie­nia nazęb­nego. Jego prze­ło­żony, pro­boszcz Mazu­rek, mimo że star­szy pra­wie o dwa­dzie­ścia lat, zawsze odzna­czał się nie­na­ganną apa­ry­cją. Może dwa razy widziała go w sutan­nie. Naj­czę­ściej przy­cho­dził w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach, sub­tel­nie pach­nąc dobrymi męskimi per­fu­mami. Nie miał też typo­wego dla potocz­nego wyobra­że­nia pro­boszcza pokaź­nego brzu­cha i nie­chluj­nej fry­zury. Gdyby nie kolo­ratka, mógł ucho­dzić za pre­zesa dużej firmy. Kate­cheta, zda­niem Olgi, nie paso­wał nawet na jego kie­rowcę.

- Kolega Tur­ski uważa, że jako kobieta nie mam odpo­wied­nich pre­dys­po­zy­cji, by zro­zu­mieć jego męski punkt widze­nia? - wyce­dziła, patrząc mu pro­sto w oczy. - I tu się kolega myli. Jestem polo­nistką i dzięki lite­ra­tu­rze potra­fię zro­zu­mieć nawet naj­bar­dziej pry­mi­tywne pobudki i skróty myślowe.

Wie­działa, że w jego przy­padku nale­żało ata­ko­wać, a nie bro­nić się. Kole­żanki uni­kały Tur­skiego i, co tu ukry­wać, dawały się czę­sto poni­żać, pozwa­la­jąc na trak­to­wa­nie z góry. Słow­nymi utarcz­kami z tym sta­rym kawa­le­rem zyski­wała uzna­nie dam­skiej czę­ści grona peda­go­gicz­nego. Mogłaby je wyko­rzy­stać, gdyby tylko jej na tym zale­żało.

- Pro­szę się nie zło­ścić, pani Olgo - ksiądz Mazu­rek pokle­pał ją po ręce. - Roz­ma­wiamy o kwe­stiach ewo­lu­cji Kościoła i wiary, a także dostępu kobiet do coraz szer­szego spec­trum spra­wo­wa­nia litur­gii. Święta Tekla była prze­cież uczen­nicą świę­tego Pawła, a święta Ninona jest apo­sto­łem Gru­zji. I według mnie nie ma prze­szkód dla zwięk­sze­nia roli sióstr zakon­nych czy, choć może zabrzmi to zbyt refor­ma­tor­sko, otwo­rze­nia semi­na­riów dla kobiet.

- I to mówi ksiądz? - Tur­ski poczer­wie­niał na twa­rzy. - To jest sprzeczne z ofi­cjalną dok­tryną Kościoła! Nie bez powodu Jezus wybrał dwu­na­stu apo­sto­łów spo­śród samych męż­czyzn!

- Jest jesz­cze rola Marii Mag­da­leny - wtrą­cił spo­koj­nie Kamiń­ski. - I jej ewan­ge­lii...

- Nie ma cze­goś takiego jak ewan­ge­lia Marii - spro­sto­wał duchowny. - To apo­kryf z trze­ciego wieku. Ale przy­po­mi­nam, że dys­ku­sja zaczęła się od kwe­stii poja­wie­nia się insty­tu­cji dia­kona sta­łego, któ­rym może być żonaty męż­czy­zna. A pan Kamiń­ski sta­nął w obro­nie kobiet, które mają ogra­ni­czone prawa dia­konatu.

- A kto to dia­kon? - Olga nie miała opo­rów, by oka­zy­wać otwar­cie nie­chęć wobec struk­tu­ra­li­zmu kościel­nego. - Młody ksiądz?

- I to mówi czło­nek wspól­noty para­fial­nej - Tur­ski nie omiesz­kał wyra­zić obu­rze­nia, na które Sta­pi­kow­ska odpo­wie­działa tylko iro­nicz­nym uśmie­chem. - Jak można nie znać pod­staw funk­cjo­no­wa­nia Kościoła? Dia­ko­nat jest pierw­szym z trzech stopni sakra­mentu świę­ceń. I to powinna pani wie­dzieć!

- Kie­dyś dia­kon to był ksiądz przed świę­ce­niami kapłań­skimi - ksiądz Mazu­rek poczuł się w obo­wiązku wyja­śnić pro­blem. - Po sobo­rze waty­kań­skim II wró­cono do kwe­stii uzna­nia dia­konatu dla osób żona­tych, które nie pójdą dalej na swej dro­dze w kie­runku dal­szych stopni sakra­mentu świę­ceń, czyli nie zostaną księżmi. W Pol­sce po raz pierw­szy wpro­wa­dzono to w życie cał­kiem nie­dawno...

- W 2008 dokład­nie - dopo­wie­dział kate­cheta.

- ...nato­miast papież Fran­ci­szek utwo­rzył spe­cjalną komi­sję do spraw stu­diów nad dia­ko­na­tem kobiet. I tu poja­wia się pyta­nie o rolę kobiet. Czy będą mogły wejść w skład stanu duchow­nego?

- No prze­cież są też zakon­nice - wtrą­cił Marek Roszak, stu­dent czwar­tego roku polo­ni­styki, który już od dwóch tygo­dni odby­wał prak­tyki stu­denc­kie pod okiem Sta­pi­kow­skiej. - To nie osoby duchowne?

Młody czło­wiek rzadko aktyw­nie uczest­ni­czył w roz­mo­wach przy bel­fer­skim stole. Naj­czę­ściej przy­słu­chi­wał się ze spusz­czoną głową i wycie­ra­jąc spo­cone ręce o wypchane dżinsy, popi­jał co jakiś czas łyk coli z małej butelki. Teraz jed­nak temat ewi­dent­nie go zacie­ka­wił.

- Zakon­nice to ducho­wień­stwo świec­kie. Ale czy to, że papież powo­łał komi­sję bada­jącą kwe­stie kobiet dia­ko­nów w prze­szło­ści ozna­cza od razu, że chce pozwo­lić nie­wia­stom na udzie­la­nie sakra­men­tów?

- Nie­wia­stom? - Sta­pi­kow­ska par­sk­nęła śmie­chem, pra­wie się oplu­wa­jąc.

- Dobrze, że kole­żanka Klau­dia Schmidt tego nie sły­szy - Kamiń­ski się­gnął do brą­zo­wej skó­rza­nej teczki po pudełko Alium forte. Wsa­dził sobie dwie tabletki do ust i popił wysty­głą kawą. - Jej zain­te­re­so­wa­nie pra­wami kobiet i nie­chęć do kon­ser­wa­ty­zmu stają się coraz bar­dziej fana­tyczne. Jesz­cze tro­chę, a ucznio­wie zaczną nazy­wać ją cza­row­nicą.

- Klau­dia po pro­stu chce żyć w zgo­dzie z naturą i wyko­rzy­sty­wać jej siły - Sta­pi­kow­ska sta­nęła w obro­nie kole­żanki. - Wie­rzy, że także te duchowe. A zain­te­re­so­wa­nie pro­ce­sami o czary wcale nie ozna­cza, że jest cza­row­nicą.

- Jak w zeszłym tygo­dniu nazwa­łem ją wic­canką, to mi powie­działa, że raczej bli­żej jej do zie­lo­nej cza­row­nicy - Tur­ski z zado­wo­le­niem wycią­gnął palec wska­zu­jący. - Czyli jed­nak przy­znaje się do kultu magii i okul­ty­zmu!

Kamiń­ski otwo­rzył usta, żeby coś powie­dzieć, ale prze­rwał mu prze­raź­liwy dźwięk dzwonka. Zare­ago­wał tylko Marek Roszak, który szybko się pode­rwał.

- Siedź, kolego, jesz­cze nauczysz się, że to gów­nia­rze­ria powinna grzecz­nie cze­kać na nas, a nie odwrot­nie: my wycze­ki­wać w kla­sie jak pająk w paję­czy­nie - fizyk poło­żył dłoń na ramie­niu prak­ty­kanta. - Oni dopiero pod­no­szą tyłki z ławek na boisku. Ja mam teraz lek­cję wycho­waw­czą w swo­jej dru­giej "b" i jakoś mi się do nich nie spie­szy.

Sta­pi­kow­ska, igno­ru­jąc Kamiń­skiego, ski­nęła na swo­jego prak­ty­kanta, wstała i się­gnęła po wielką torebkę, która bar­dziej przy­po­mi­nała pokro­wiec na trzy­oso­bowy namiot z cza­sów PRL-u niż atry­but kobie­cej galan­te­rii. Męż­czyźni szybko przy­su­nęli bli­żej sie­bie swoje rze­czy; ich kole­żanka zawsze pako­wała się w sta­nie lek­kiego roz­ko­ja­rze­nia, wrzu­ca­jąc do prze­past­nego otworu torebki wszystko, co zna­la­zło się w zasięgu ręki.

Prze­waż­nie grono nauczy­ciel­skie w dość śli­ma­czym tem­pie reago­wało na dzwo­nek wzy­wa­jący na lek­cje. Jed­nak teraz, może dwie minuty po stre­su­ją­cym ter­ko­cie, pra­wie rów­no­cze­śnie pode­rwało się z krze­seł. Olga odwró­ciła głowę i zauwa­żyła w drzwiach pokoju nauczy­ciel­skiego zastępcę dyrek­torki Pio­tra Kołac­kiego, który sku­piał przez chwilę całą uwagę na sobie. Pod­szedł do dużej kor­ko­wej tablicy, gdzie przy­pięto plany lek­cji, i zaczął się im skru­pu­lat­nie przy­glą­dać.

- Pani Sta­pi­kow­ska, dla­czego nie było pani przed chwilą na dyżu­rze przy wej­ściu na boisko?

Pyta­nie zostało zadane spo­koj­nym tonem, ale fakt, że wyar­ty­ku­ło­wano je wobec wszyst­kich obec­nych w pokoju, któ­rzy teraz nagle zaczęli szybko się pako­wać i wycho­dzić, ziry­to­wał Olgę.

- W ponie­działki mam tylko dwa dyżury: na dużej prze­rwie i kolej­nej - wyce­dziła.

- Ale rano wpi­sa­łem zmianę - Kołacki zimno spoj­rzał jej w oczy. - Zastęp­stwo za panią Klau­dię Schmidt.

- Przy­kro mi, ale dopiero zaczy­nam lek­cje i nie mam obo­wiązku przy­cho­dze­nia pół godziny wcze­śniej, żeby spraw­dzić, czy ktoś - pod­kre­śliła to słowo - nie dorzu­cił mi zastęp­czego dyżuru.

Główny wice­dy­rek­tor jesz­cze raz spoj­rzał w plan i wyraz pew­nego sie­bie zarządcy ustą­pił nie­pew­no­ści.

- Pani dopiero zaczyna lek­cje? - chrząk­nął, czer­wie­niąc się. - Nie zauwa­ży­łem.

Sta­pi­kow­ska kiw­nęła głową, przyj­mu­jąc zmianę postawy szefa. Szkoda tylko, że reszta grona peda­go­gicz­nego w pośpie­chu opu­ściła pokój i nie mogła być świad­kiem jej triumfu. Przy ostat­nim stole gra­mo­lił się prak­ty­kant, nie­po­rad­nie pró­bu­jąc zebrać jakieś pomoce naukowe.

- Prze­pra­szam, że tak ostro panią zaata­ko­wa­łem, ale od rana zasko­czyła nas nie­obec­ność pani Klau­dii - wice­dy­rek­tor zaczął się nie­po­rad­nie tłu­ma­czyć.

- Nie ma Klau­dii? - Olga zatrzy­mała się w poło­wie drogi do drzwi. - Jak to? Uma­wiała się ze mną na dziś. Po lek­cjach mia­ły­śmy omó­wić kwe­stię aka­de­mii w listo­pa­dzie.

Szkoła sta­rała się świę­to­wać różne wyda­rze­nia z życia swo­jego patrona, a jedną z oka­zji przy­bli­że­nia postaci wiesz­cza była rocz­nica jego śmierci, czyli 26 listo­pada. Do tego zada­nia w tym roku przy­dzie­lono wła­śnie Sta­pi­kow­ską i Schmidt, uwa­ża­jąc, że połą­cze­nie sił polo­nistki i histo­ryczki będzie odpo­wied­nim posu­nię­ciem w celu zapew­nie­nia okre­ślo­nego poziomu i powagi uro­czy­sto­ści. Dla Olgi świę­to­wa­nie czy­jejś śmierci było rów­nie bez­sen­sowne, jak huczne obcho­dze­nie dnia wybu­chu II wojny świa­to­wej pierw­szego wrze­śnia zamiast jej zakoń­cze­nia w maju. Klau­dia rów­nież nie kryła obrzy­dze­nia dla nekro­aka­de­mii ku czci wiesz­cza.

- Co jej się stało? Jest chora?

- Wła­śnie nie wiemy. Nie ode­zwała się i nie uprze­dziła. Nie odbiera tele­fonu. Nie wie pani może, co się z nią dzieje?

Klau­dia, oprócz peda­gog szkol­nej Anity Gajew­skiej, była jedną z nie­licz­nych kobiet uczą­cych w II LO imie­nia Adama Mic­kie­wi­cza, z któ­rymi mogła się doga­dać, ale ich rela­cje nie wycho­dziły raczej poza szkołę.

- Nie mam zie­lo­nego poję­cia. To do niej nie­po­dobne. Pracę trak­tuje raczej poważ­nie.

- Posta­ram się jesz­cze spró­bo­wać do niej dodzwo­nić. Może miała nagły wyjazd?

- Wie pan dosko­nale, dyrek­to­rze, że w przy­padku nagłej nie­obec­no­ści musimy brać pod uwagę dwa wyda­rze­nia: albo cho­roba, albo zachla­nie. Z czego to dru­gie nie­któ­rzy też trak­tują jak cho­robę - uśmiech­nęła się, widząc zaże­no­wa­nie na twa­rzy prze­ło­żo­nego. - No chyba że dziew­czyna miała już dość reform pol­skiej edu­ka­cji, rzu­ciła wszystko i poje­chała w Biesz­czady.

- Pani sobie żar­tuje, a co ja mam zro­bić? Dzwo­nić po szpi­ta­lach?

Kołacki mógł być świet­nym zarzą­dza­ją­cym pla­cówką oświa­tową, ale zupeł­nie nie radził sobie z prozą życia. Może dla­tego cały czas był samot­nie miesz­ka­ją­cym wdow­cem.

- Od tego jest rodzina. Panu nawet nie mogą udzie­lić takiej infor­ma­cji.

- Z tego, co wiem, pani Klau­dia też była samotną osobą.

Słowo "też" zabrzmiało w jego gło­sie jakoś smutno. Odno­siło się do jego wła­snej sytu­acji czy uznał, że ja też jestem osobą samotną? - pomy­ślała Sta­pi­kow­ska, przy­glą­da­jąc się męż­czyź­nie.

- Parę mie­sięcy temu, kiedy jesz­cze pani tu nie uczyła, zmarła jej matka i od tego czasu mieszka sama. Pod­py­ty­wa­łem zna­jo­mego poli­cjanta, czy może nie było jakie­goś wypadku od wczo­raj, ale mówił, że było wyjąt­kowo spo­koj­nie.

- Ja bym nie pani­ko­wała - Olga mach­nęła ręką. - Może musiała nagle gdzieś wyje­chać, wysłała ese­mesa, że nie zdąży do pracy, a on nie dotarł. Albo zaraz ode­zwie się jakaś nasza kole­żanka, że Klau­dia dzwo­niła do niej, a ona zapo­mniała prze­ka­zać. Naj­czę­ściej to są bar­dzo oczy­wi­ste przy­czyny. Nie warto od razu zakła­dać naj­gor­szego sce­na­riu­sza.

Kołacki poki­wał głową bez prze­ko­na­nia i odwró­cił się do tablicy, z któ­rej odpiął zmiany planu lek­cji na dziś.

Sta­pi­kow­ska kiw­nęła na prak­ty­kanta i z wes­tchnie­niem ruszyła na lek­cje.

Gsy wcho­dziła na dru­gie pię­tro, gdzie mie­ściła się jej pra­cow­nia polo­ni­styczna, czę­sto przy­cho­dziły jej do głowy myśli zwią­zane z przy­szło­ścią pracy w tej szkole. Jak to będzie, kiedy już zacznie zbli­żać się do eme­ry­tury? Czy prze­niosą ją na par­ter, żeby nie musiała wcho­dzić dwa pię­tra i ryzy­ko­wać zgonu w towa­rzy­stwie uczniow­skiej zgrai, która zapewne, zamiast pomóc, wycią­gnie smart­fony, żeby dzięki genial­nemu fil­mowi Śmierć bel­ferki na scho­dach zdo­być wię­cej laj­ków? I te opisy: reszt­kami sił pró­bo­wała dostać się na swój poste­ru­nek pracy, by sze­rzyć kaga­nek oświaty. Tym głą­bom by się raczej pochod­nia olim­pij­ska przy­dała, a nie kaga­nek. Ale finan­sowo odda­nie ostat­niego tchnie­nia w zacnych murach II LO nie wyglą­da­łoby wcale tak źle. Zgon w cza­sie pracy... przy­naj­mniej więk­sze ubez­pie­cze­nie przy­pad­nie jej córce. Dobre choć to.

- Czy­tała pani mój kon­spekt lek­cji? Mie­li­śmy go omó­wić.

Roszak wyrwał ją z zamy­śle­nia nad per­spek­tywą nie­uchron­nego zej­ścia z tego świata w towa­rzy­stwie wam­pi­rów emo­cjo­nal­nych z II LO.

- Czy­ta­łam - poki­wała szybko głową. - Nie patrz tak na mnie. Tym razem serio czy­ta­łam. Jest dobrze. Możesz pro­wa­dzić lek­cję.

- A ta insce­ni­za­cja i frag­ment filmu Polań­skiego Tra­ge­dia Mak­beta?

- Insce­ni­za­cja OK, ale nie wiem, czy nie za dużo zamie­sza­nia z tym fil­mem. Masz tylko czter­dzie­ści minut. Jeżeli zdą­żysz, możesz spró­bo­wać. Ja bym nie sta­rała się wpy­chać za wielu ele­men­tów do jed­nej lek­cji. Oni lubią nowe rze­czy, ale musisz mieć to opa­no­wane. Nie za dużo naraz, bo wpro­wa­dzisz chaos, a cha­osem pasie się nie­doj­rza­łość lice­alna.

- Pani żar­tuje.

- Broń Boże! Chyba już się prze­ko­na­łeś, że są mili, jeśli potra­fisz nimi kie­ro­wać i orga­ni­zo­wać im czas. Ina­czej to oni będą się sta­rali zorga­ni­zo­wać czas tobie. A to już nie będzie takie przy­jemne.

Przed klasą stała już pra­wie trzy­dzie­sto­oso­bowa grupa nasto­lat­ków. Mimo że jesień dawała się mocno we znaki, spora część dziew­czyn dalej z upo­rem nosiła wyjąt­kowo krót­kie blu­zeczki. No cóż, jak się wydało sporo kasy na odjaz­dowy kol­czyk w pępku, to szkoda go zakry­wać - pomy­ślała z sar­ka­zmem Olga. - Może zimą będą sobie wpi­nać mini­ka­lo­ry­fery na bate­rię, żeby zjeż­dża­jąc na nar­tach, móc przy­cią­gać męskie zain­te­re­so­wa­nie. Dam­skie może zresztą też, bo ten świat staje na gło­wie.

Wzięła lap­top z biurka i prze­nio­sła się do ostat­niej ławki pod ścianą, pozo­sta­wia­jąc pro­wa­dze­nie lek­cji Mar­kowi. Chło­pak stre­so­wał się nie­mi­ło­sier­nie i chciała, żeby przy­naj­mniej na razie zaczy­nał lek­cję od pierw­szej minuty, absor­bu­jąc uwagę uczniów. Uru­cha­mia­nie prze­sta­rza­łego już tro­chę kom­pu­tera, logo­wa­nie się do sys­temu dzien­nika elek­tro­nicz­nego Librus, wpi­sy­wa­nie tematu lek­cji i spraw­dza­nie obec­no­ści to kilka lub kil­ka­na­ście minut straty, pod­czas któ­rych nie­cier­pliwa spo­łecz­ność uczniow­ska zaczyna wpro­wa­dzać w życie wła­sne pomy­sły na wypeł­nie­nie czasu lek­cji. Zresztą nie zapi­sy­wała haseł w lap­topie, nawet tych w przy­pi­sa­nej do niej pra­cowni polo­ni­stycz­nej, i jakoś wzbra­niała się przed moż­li­wo­ścią udo­stęp­nie­nia swo­jego loginu i hasła pozna­nemu przed kil­koma tygo­dniami prak­ty­kan­towi.

Wpi­sała w odpo­wied­nią rubrykę temat: Mak­bet. Czy nie spad­nie na nich posą­dze­nie? Lite­racka psy­cho­lo­gia zbrodni i zaczęła wyszu­ki­wać wolne krze­sła ozna­cza­jące, że któ­ryś z uczniów nie tra­fił na lek­cję. Z zado­wo­le­niem pod­li­czyła stan klasy. Nie pomy­liła się, pamię­tała swo­ich uczniów. W przy­padku, gdyby miał się tym zająć prak­ty­kant, trwa­łoby to zde­cy­do­wa­nie dłu­żej. Do jej uszu doszły wersy z pierw­szego aktu sztuki:

O zmierz­chu

Po zacho­dzie słońca

Kiedy ten dzień dobie­gnie końca

Gdzie?

Tam, gdzie Mak­bet będzie żył

Na wrzo­sach więc, gdzie ryje kret.

Lećmy.

W burzę!, w stę­chłe powie­trze!, w gęstą mgłę!

Złe dobre jest! A dobre - złe.3

Czyli jed­nak nie posłu­chał jej rad i posta­no­wił oprzeć się na genial­nym spek­ta­klu w reży­se­rii Wajdy. Sądziła, że wyko­rzy­sta, jako bar­dziej współ­cze­sny i prze­ma­wia­jący do mło­dzieży, spek­takl Grze­go­rza Jarzyny. Ale jej prak­ty­kant nie poszedł na łatwi­znę. Frag­menty, które wybrał, posta­no­wił zapre­zen­to­wać w bliż­szej ory­gi­na­łowi wer­sji, prze­su­nął je jed­nak na począ­tek lek­cji, zamiast dać jako pod­su­mo­wa­nie insce­ni­za­cji uczniow­skiej. Z jed­nej strony będą mieli pewien wzór, ale z dru­giej wspa­niała rola Iwony Biel­skiej jako Lady Mak­bet może ich przy­gnieść i onie­śmie­lić. Cie­kawe... Może roz­dzieli to na dwie lek­cje? W każ­dym razie dobrze, że kom­bi­nuje. Choć jakby stra­cił ener­gię, z jaką zaczy­nał zaję­cia.

Marek Roszak był stu­den­tem czwar­tego roku stu­diów magi­ster­skich Wydziału Filo­lo­gii Pol­skiej i Kla­sycz­nej UAM w Pozna­niu. Stu­dio­wał zaocz­nie, pra­cu­jąc jed­no­cze­śnie w jakimś skle­pie. Chyba ze sprzę­tem elek­tro­nicz­nym. Na tym zna się każdy młody czło­wiek.

Nie był jakoś wyjąt­kowo przy­stojny, ale już sam fakt poja­wie­nia się nowego męż­czy­zny w kla­sie powo­do­wał wzmo­żone zain­te­re­so­wa­nie lice­ali­stek. W więk­szo­ści jed­nak po pro­stu wygłu­pia­ją­cych się pro­wo­ka­cyj­nymi spoj­rze­niami czy peł­nymi pod­tek­stów odpo­wie­dziami.

Olga przyj­rzała mu się kry­tycz­nie. Led­wie metr sie­dem­dzie­siąt, tro­chę mały jak dla niej. Jasne włosy, które mimo mło­dego wieku nie były zbyt gęste, nie sta­no­wiły dodat­ko­wego atutu, a odro­sty na szyi co naj­mniej od tygo­dnia pro­siły się o wizytę u fry­zjera. Wyróż­niały go oczy, nie­bie­skie i dość duże. Prze­waż­nie kie­ro­wał wzrok w zie­mię, uni­ka­jąc bez­po­śred­niego kon­taktu w roz­mo­wie. Ale kiedy zoba­czyła go pod­czas pro­wa­dze­nia lek­cji, zauwa­żyła w nich głę­bię i morze emo­cji. Jeżeli tylko potrafi wypra­co­wać sobie odpo­wied­nią cha­ry­zmę, ma szansę zostać dobrym bel­frem - uśmiech­nęła się. I będzie tra­cił swoje cenne godziny mło­dego życia na udo­wad­nia­nie wiel­ko­ści poezji Adama Mic­kie­wi­cza, orga­ni­zu­jąc bzdurne nekro­apele.

Wła­śnie! Apel! Schmidt zosta­wiła ją na lodzie? Prze­cież to nie­moż­liwe, żeby jedna osoba, i to jesz­cze osoba tak nega­tyw­nie nasta­wiona do tych spę­dów szkol­nych jak Olga, przy­go­to­wała całość. Cho­lerna Klau­dia - zaklęła pod nosem. A w dodatku dzi­siaj miała jej oddać kieckę, któ­rej Olga potrze­bo­wała na naj­bliż­szy week­end. Jak znała życie, kole­żanka nie uzna­wała za sto­sowne "nisz­czyć" dro­giej odzieży poprzez pra­nie po każ­dym uży­ciu. Olga miała inne zda­nie, dla­tego oka­zy­wa­nie dobrego serca kole­żance, która chciała osza­ła­mia­jąco wypaść w jej stroju, kosz­to­wało ją wyda­tek w pralni che­micz­nej. A tym razem naprawdę potrze­bo­wała małej czar­nej na sobotę!

- Głu­pia pinda! - mruk­nęła chyba zbyt gło­śno, bo uczen­nica sie­dząca w ławce przed nią, zacie­ka­wiona, odwró­ciła głowę. Zaraz jed­nak z powro­tem zain­te­re­so­wała się tym, co działo się pod tablicą, ponie­waż pierw­sza grupa przed­sta­wiała wła­śnie insce­ni­za­cję frag­mentu sztuki. Jej kole­żanka, wydy­ma­jąc z pogardą wargę prze­bitą kol­czy­kiem, rzu­ciła buń­czucz­nie:

Kto wam pozwo­lił, suki wście­kłe,

Beze mnie igrać sobie pie­kłem?

Olga była pewna, że Romka Sta­chow­ska wybie­rze ten frag­ment, gdzie będzie mogła choć tro­chę dać wyraz swo­jej filo­zo­fii buntu. Mono­log Hekate nada­wał się do tego świet­nie. Zresztą z kru­czo­czar­nymi wło­sami, ostrym maki­ja­żem i poma­lo­wa­nymi na krwi­sto­czer­wony kolor dłu­gimi paznok­ciami była bar­dzo prze­ko­ny­wa­jąca.

Dużo wię­cej pro­ble­mów spra­wiała rola Lady Mak­bet jej kole­żance. Choć Zośka pró­bo­wała wczuć się w rolę doj­rza­łej kobiety, czuć było, że bra­kuje jej doświad­cze­nia.

Więc to nie czło­wiek, tylko jakieś mon­strum

W całą tę sprawę mnie wcią­gnęło, tak?

Mło­dość dziew­czyny nie współ­grała z posta­cią demo­nicz­nej kró­lo­wej.

Tak jak prze­wi­dy­wała, dzwo­nek na prze­rwę prze­rwał w poło­wie insce­ni­za­cję kolej­nej grupy. Roszak nie zdą­żył prze­pro­wa­dzić reka­pi­tu­la­cji pier­wot­nej, czyli pod­su­mo­wa­nia lek­cji. Zawsze bawiło ją to okre­śle­nie wymy­ślone kie­dyś przez meto­dy­ków: reka­pi­tu­la­cja. Cza­sem była to fak­tycz­nie powtórna kapi­tu­la­cja nauczy­ciela wobec opor­nych do przyj­mo­wa­nia wie­dzy uczniów. Mimo że lek­cja była cie­ka­wie zapla­no­wana, w pew­nym momen­cie prze­stał ją nale­ży­cie kon­tro­lo­wać i wymknęła się spod kon­troli. Nie miał czasu nawet na poda­nie pracy domo­wej czy zakresu mate­riału do przy­go­to­wa­nia na kolejną lek­cję. To był spory błąd.

- Mówi­łam, że korzy­sta­nie ze zbyt wielu modu­łów lek­cyj­nych może się wymknąć spod kon­troli - zaczęła, kiedy blady stu­dent pod­szedł do niej. - Zabra­kło pracy domo­wej. Zabra­kło pod­su­mo­wa­nia. Nie wszyst­kie grupy ukoń­czyły insce­ni­za­cję.

Roszak bez słowa kiw­nął głową. Nie spo­dzie­wała się, że to drobne nie­po­wo­dze­nie aż tak mocno go przy­bije.

- To fajny pomysł, który mogli­by­śmy zre­ali­zo­wać w środę - zro­biło jej się żal chło­paka. - Wtedy mam dwie lek­cje z rzędu. OK?

- W środę pra­cuję. Ale... - zawa­hał się. - Czy gdy­bym potrze­bo­wał pomocy, to mógł­bym do pani zadzwo­nić?

- Jeżeli będę mogła pomóc - roze­śmiała się tro­chę zasko­czona. Ni­gdy jesz­cze żaden prak­ty­kant nie uma­wiał się na roz­mowy tele­fo­niczne i kon­takty poza szkołą. - Widzimy się jutro.

- Tak - nikły uśmiech przez chwilę zaja­śniał na twa­rzy stu­denta.

*

- Czy Klau­dia mówiła ci coś o swo­jej nie­obec­no­ści? - Anita Gajew­ska wycze­kała z pyta­niem, aż w pokoju nauczy­ciel­skim zrobi się pusto. - Oddaj, to nie twoja zapal­niczka!

Było po pięt­na­stej i szkoła powoli zamie­rała. Olga pako­wała torebkę, jak zwy­kle w zamy­śle­niu wrzu­ca­jąc do niej wszystko, co zna­la­zło się w zasięgu ręki. Odło­żyła małą, zgrabną zapal­niczkę BIC i z uwagą spoj­rzała na przy­ja­ciółkę.

- Nie. Ale myśla­łam, że to może natu­ralne w jej przy­padku. Klau­dia jest cza­sem nie­źle zakrę­cona. Mogła nagle coś zna­leźć i dłu­bać w archi­wum, aż zapo­mniała o bożym świe­cie.

Nie wie­działa wiele o Klau­dii i jej zwy­cza­jach, znały się dopiero dwa mie­siące. Nie zale­żało jej na nowych zna­jo­mo­ściach i nie wal­czyła o nie w nowej pracy. Ale to wła­śnie Klau­dia i Anita przy­jęły ją z otwar­tymi ramio­nami. Były mniej wię­cej w tym samym wieku i, jak się oka­zało, miały podobne podej­ście do kwe­stii funk­cjo­no­wa­nia szkoły. O pry­wat­nych spra­wach nie było wła­ści­wie kiedy roz­ma­wiać. Umó­wiły się co prawda na jedno bab­skie spo­tka­nie, nasta­wione jed­nak głów­nie na wypi­cie wina i ulu­bio­nego ginu Klau­dii, a także by wyśmiać i obśmiać kole­gów oraz kole­żanki z pracy. Olga nie wie­działa nawet o śmierci matki Klau­dii. Nie orien­to­wała się dokład­nie, jak bli­ska zaży­łość łączy Anitę z Klau­dią.

Wie­działa, że znały się na pewno już od kilku lat, gdy Anita pod­jęła pracę w szkole. Wysoka bru­netka o brą­zo­wych oczach, pięk­nie wykro­jo­nych ustach i dłu­gich nogach począt­kowo spo­tkała się z mniej lub bar­dziej sek­si­stow­skimi komen­ta­rzami. Zarówno ze strony kole­gów, jak i bar­dziej odważ­nych, a może bez­czel­nych lice­ali­stów. Kiedy jed­nak zostali potrak­to­wani ciętą ripo­stą, na którą naj­czę­ściej ich jedyną odpo­wie­dzią był rumie­niec wstydu, szybko zaczęli spo­glą­dać na nową panią peda­gog z nale­ży­tym sza­cun­kiem i respek­tem.

O ile Schmidt była zakrę­coną histo­ryczką, która ucie­kała przed świa­tem w pożół­kłe papiery i eko­walkę z każ­dym, kto jej zda­niem nisz­czył pla­netę, o tyle Anita bar­dziej real­nie stą­pała po ziemi. Miała męża i trójkę dzieci, a pro­blemy spo­łeczne, z jakimi się spo­ty­kała, pra­cu­jąc jako peda­gog, w pierw­szym roku po roz­po­czę­ciu pracy raz na zawsze wyrwały ją z bło­giego prze­świad­cze­nia o dobru drze­mią­cym w każ­dej żywej isto­cie. Miała pewien trzeźwy spo­sób myśle­nia, który nie zawsze był udzia­łem Olgi.

- Zaczy­nała lek­cje od ósmej, więc rano nie poje­cha­łaby do archi­wum - pokrę­ciła głową Anita. - To musiało być coś innego.

- A zda­rzały jej się wcze­śniej takie numery? Znasz ją dłu­żej.

- Cza­sami zapo­mi­nała się, sie­dząc nad tymi swo­imi pożół­kłymi papie­rami. Mogła się spóź­nić kilka czy kil­ka­na­ście minut, ale nie opusz­czała całego dnia. To nie w jej stylu.

- Szcze­gól­nie że miała mi dziś oddać moją kieckę. No i mia­ły­śmy po pracy zabrać się do tego cho­ler­nego apelu.

- No widzisz! Jej nie­obec­ność jest zaska­ku­jąca. Klau­dia to nie osoba, która nagle zapije i nie jest w sta­nie rano zadzwo­nić do pracy. Albo nagle znaj­dzie miłość swo­jego życia i zatraci się na kilka dni w jakimś hote­lo­wym poko­iku na dru­gim krańcu Pol­ski.

Fak­tycz­nie, Schmidt nie nale­żała do grupy atrak­cyj­nych kobiet, które zwra­cają uwagę prze­chod­niów. Raczej spra­wiała wra­że­nie lekko zanie­dba­nej osoby, która tak przy­ziemne sprawy, jak regu­larna depi­la­cja nóg czy poranny prysz­nic, uwa­żała za nie­po­trzebną stratę czasu.

- A może mówiła ci coś ostat­nio? Że wyjeż­dża albo ktoś ją odwie­dza?

- Mówiła tylko o swo­jej pracy. Nic nowego.

Klau­dia potra­fiła z pasją opo­wia­dać o wyni­kach kwe­rendy histo­rycz­nej, odkry­ciach nowych fak­tów, co nie było jed­nak rów­no­znaczne z zain­te­re­so­wa­niem jej słu­cha­czy.

- Dzwo­ni­łaś do niej? - spy­tała Olga, modląc się w duchu, żeby przy­ja­ciółka nie odbiła pyta­nia w jej stronę. Zapo­mniała zupeł­nie, że mogła to zro­bić. Ale skoro dzwo­nił kil­ka­krot­nie Kołacki...

- Pew­nie. Jak tylko rano dowie­dzia­łam się, że Pani­dy­rek­tora łazi wście­kła i pró­bują ją ścią­gnąć do pracy. Chyba kil­ka­dzie­siąt razy. Ale nic. Żad­nego odzewu. A potem info, że jest poza zasię­giem albo wyłą­czony.

- Zaczy­nam się dener­wo­wać.

- Może pod wie­czór pod­jadę z moim Rober­tem do niej do domu. Teraz muszę jesz­cze ode­brać dzie­ciaki od babci.

- Ja mam po dro­dze - zaofia­ro­wała się Olga. Miała wyrzuty sumie­nia, że nie zadzwo­niła do kole­żanki, ale prze­grana mina jej prak­ty­kanta po nie­uda­nej lek­cji długo pozo­stała w pamięci, wypie­ra­jąc inne pro­blemy. - I tak muszę wejść po moją kieckę. Potrze­buję jej na sobotę, bo mam rodzinne spo­tka­nie.

- Jesteś cudowna - Anita pod­sko­czyła do niej i uca­ło­wała ją w poli­czek. - Zadzwoń wie­czo­rem, jak już ją nie­źle opier­do­lisz.

Po chwili po atrak­cyj­nej pani peda­gog uno­sił się już tylko zapach per­fum Eupho­ria Calvina Kle­ina, a w kory­ta­rzu sły­chać było szyb­kie, ryt­miczne stu­ka­nie szpi­lek.

Sta­pi­kow­ska wes­tchnęła i wrzu­ciła tele­fon do torebki. Po chwili zanur­ko­wała w niej ponow­nie w poszu­ki­wa­niu klu­czy do samo­chodu. Nie ma nic bar­dziej roz­śmie­sza­ją­cego face­tów niż kobieta, która się miota przed autem, wysy­pu­jąc wszystko z torebki. Nie miała zamiaru nikomu dawać takiej roz­rywki. Już dawno minęły czasy, kiedy auto miało osobny klucz do bagaż­nika, osobny do drzwi i trzeci do roz­rusz­nika, a mimo to na­dal uży­wano poję­cia "klu­czyki od samo­chodu" w licz­bie mno­giej - jej polo­ni­styczny umysł wszedł w tryb maru­dze­nia, co zawsze nastę­po­wało pod­czas poszu­ki­wa­nia rze­czy, wyda­wać by się mogło, defi­ni­tyw­nie zagu­bio­nych. Wresz­cie trium­fal­nie wyło­wiła bre­lok ze zna­kiem peu­ge­ota. Z "kotem", jak sym­bol lwa nazy­wała zawsze Anita. Obie z Klau­dią miały koty, więc temat sier­ściu­chów wra­cał czę­sto. Mimo że Olga nie miała żad­nego zwie­rzaka, a córka w zupeł­no­ści jej wystar­czała, to to, że jeź­dziła samo­cho­dem z "kotem" na masce, uznały za kolejny czyn­nik łączący.

Osie­dle, gdzie znaj­do­wał się dom Klau­dii Schmidt, leżało na tra­sie, którą Olga codzien­nie poko­ny­wała, wra­ca­jąc z pracy. Typowe dewe­lo­per­skie bliź­niaki podzie­lone na pół, a w bied­niej­szych wer­sjach nawet na cztery czę­ści, z małym ogród­kiem, gdzie po roz­sta­wie­niu grilla jego nóżki pra­wie doty­kały prze­ciw­le­głego opło­to­wa­nia działki. Ide­alne dla ludzi, któ­rzy chcą cza­sem rano wyjść zaczerp­nąć świe­żego powie­trza, wypu­ścić dzie­ciaka z wia­der­kiem i łopatką, wie­dząc, że ni­gdzie nie zwieje. Albo dla Klau­dii, dla któ­rej liczyła się przede wszyst­kim praca badaw­cza, a jej zdol­no­ści ogrod­ni­cze prze­kra­czało nawet zało­że­nie traw­nika.

Oczy­wi­ście dewe­lo­per nie zadbał o odpo­wied­nią liczbę miejsc par­kin­go­wych i Olga musiała zapar­ko­wać swoje auto przy sąsied­niej, rów­no­le­głej osie­dlo­wej ulicy, wpy­cha­jąc się pra­wie na pod­jazd domu, który, nie wie­dzieć czemu, stał jesz­cze nie­za­miesz­kany.

Jesienny, paź­dzier­ni­kowy deszcz deli­kat­nie oto­czył wysia­da­jącą z auta Olgę. Z wyrzu­tem spoj­rzała na ciem­no­gra­na­towe chmury, które zda­wały się pokry­wać mia­sto ponurą zasłoną smutku. Nie dość, że dni koń­czyły się teraz zaska­ku­jąco szybko, to jesz­cze desz­czowa aura przy­spie­szała to zja­wi­sko.

Przez pozba­wione liści korony drzew maja­czył tył budynku przy Jaśmi­no­wej 67 K. Wszyst­kie okna były poza­my­kane, bo Klau­dia ze szcze­gólną sta­ran­no­ścią dbała, żeby jej kot nie miał moż­li­wo­ści ucieczki. Przez chwilę Oldze wyda­wało się nawet, że widzi za szybą cień krę­cą­cego się na para­pe­cie zwie­rzaka.

Potężne chlap­nię­cie i pra­wie natych­mia­stowe nie­przy­jemne uczu­cie zimna w bucie odcią­gnęło ją od przy­glą­da­nia się gęstej zabu­do­wie.

Dewe­lo­per nie zadbał rów­nież o chod­niki i poru­sza­jący się pie­szy musiał uważ­nie patrzeć pod nogi, omi­ja­jąc liczne kałuże. Sam pomysł osie­dla był nad wyraz genial­nym przed­się­wzię­ciem budu­ją­cych, któ­rzy zagrali na nosie wła­dzom mia­sta. Na tym tere­nie nie było planu zago­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­nego, który wyzna­czałby drogi i chod­niki oraz szcze­gó­łowe wytyczne doty­czące powsta­łych budyn­ków. Firma Gros­ser wyku­piła część terenu pod działki, gdzie był grunt czwar­tej klasy ornej, a następ­nie zwró­ciła się o warunki zabu­dowy dla pierw­szych kilku bliź­nia­ków. Oczy­wi­ście wła­dze miej­skie nie zda­wały sobie sprawy z zagro­że­nia i wydały zezwo­le­nie. Zresztą nie miały chyba moż­li­wo­ści zablo­ko­wa­nia tych dzia­łań. Zanim zamiesz­kali w nich pierwsi loka­to­rzy, Gros­ser zwró­cił się o kolejne warunki zabu­dowy. I tak w ciągu kilku lat powstało osie­dle liczące pra­wie sto dom­ków. Z dro­gami, które dewe­lo­per utwar­dził i... zosta­wił w for­mie czę­ści udziału wła­sno­ści gruntu miesz­ka­ją­cym przy tej ulicy. Mia­sto nie było zain­te­re­so­wane budo­wa­niem drogi i chod­ni­ków na pry­wat­nym prze­cież tere­nie, a w cza­sie jesien­nej słoty prze­strzeń pomię­dzy domami zamie­niała się w bagni­stą atrak­cję dla zwo­len­ni­ków bie­gów sur­wi­wa­lo­wych. Kolejny z aspek­tów mod­nych ostat­nio na YouTu­bie przy­kła­dów tak zwa­nej patodewe­lo­perki.

Dom Klau­dii znaj­do­wał się na końcu sze­regu iden­tycz­nych, pra­wie przy­le­ga­ją­cych do sie­bie budyn­ków i był podzie­lony tylko pomię­dzy dwóch wła­ści­cieli. Sąsia­dem histo­ryczki był mary­narz, który rzadko poja­wiał się w domu. Jeżeli jed­nak już zawi­tał na sta­łym lądzie, wie­działa o tym spora część osie­dla, dzięki gło­śnej muzyce, cza­sami tylko zagłu­sza­nej tłu­ką­cymi się butel­kami po wódce i nawo­ły­wa­niami nasto­let­nich panie­nek pró­bu­ją­cych wepchnąć się w piątkę do tak­sówki. Klau­dia zawsze wtedy brała zwol­nie­nie lekar­skie i wyjeż­dżała na parę dni do sio­stry. Mówiła, że gło­śna muzyka jej nie prze­szka­dza, ale, nie­stety, lekko pod­sta­rzały mary­narz upodo­bał sobie króla disco polo, czyli Zenka Mar­ty­niuka. I tu Olga przy­zna­wała kole­żance rację, te dźwięki, nie­słusz­nie muzyką zwane, mogłyby być wyko­rzy­sty­wane przez tali­bów w zastęp­stwie naj­bar­dziej wyszu­ka­nych tor­tur. Na szczę­ście po krót­kim poby­cie w domu mary­narz wyru­szał w cie­kaw­sze zakątki kraju w poszu­ki­wa­niu bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych wra­żeń niż te, które mogło zapew­nić mu mia­sto zde­cy­do­wa­nie nie­na­sta­wione na tury­stów z port­fe­lem wypcha­nym zie­loną walutą.

Kiedy wresz­cie sta­nęła przed drzwiami i naci­snęła przy­cisk dzwonka, ogar­nęło ją zwąt­pie­nie. A może rze­czy­wi­ście nie­po­trzeb­nie włazi ubło­co­nymi bucio­rami, dziś wręcz dosłow­nie, w cudze życie?

Odpo­wie­działa jej głu­cha cisza, więc jesz­cze raz naci­snęła dzwo­nek, obie­cu­jąc sobie, że jeżeli nikt nie zare­aguje, to odej­dzie i zapo­mni o całej spra­wie. Przy­naj­mniej do jutra. Wycią­gnęła camela i z ulgą się zacią­gnęła. Wypali ze spo­ko­jem papie­rosa i pój­dzie do auta.

Już miała się odwró­cić na pię­cie i odejść, kiedy usły­szała w domu jakiś deli­katny hałas. Zamarła na chwilę, sku­pia­jąc się na dźwię­kach docho­dzą­cych zza drzwi. Wyraź­nie sły­chać było, że ktoś tam może być. Może po pro­stu dzwo­nek nie działa i mogłam go wci­skać do usra­nej śmierci - pomy­ślała. Się­gnęła po ozdobną kołatkę na drzwiach, którą Klau­dia przy­wio­zła z jakiejś swo­jej histo­rycz­nej wyprawy w poszu­ki­wa­niu sta­roci, ude­rzyła raz i ze zdzi­wie­niem odkryła, że drzwi się poru­szyły. Nie były zamknięte. To nie paso­wało do Klau­dii, która może nie tyle prze­sad­nie oba­wiała się o swoje życie, ile o moż­li­wość ucieczki Assura, czar­nego kota nazwa­nego imie­niem jed­nego z bogów sta­ro­żyt­nej Mezo­po­ta­mii.

Pchnięte drzwi zaskrzy­piały prze­raź­li­wie, jakby od lat bez­sku­tecz­nie pro­siły się o naoli­wie­nie. Kie­dyś Anita stwier­dziła nawet, że wydają dźwięki jak wrota w sta­rym zamczy­sku, co ponie­kąd ucie­szyło Klau­dię, zamiast zmo­ty­wo­wać do zaję­cia się skom­pli­ko­waną rela­cją futryny i zawia­sów.

Olga nie­śmiało wsu­nęła głowę do miesz­ka­nia i się rozej­rzała. W przed­po­koju pano­wał nie­sa­mo­wity bała­gan. Zbyt duży, nawet jak na jej kole­żankę. Na pod­ło­dze leżały lek­kie kurtki, a wśród nich dro­bia­zgi wysy­pane z let­niej torebki i ple­caka. Z wie­szaka zrzu­cono nawet dżin­sową katanę i płaszcz prze­ciw­desz­czowy.

- Klau­dia! To ja! Jesteś?

Nie było żad­nej odpo­wie­dzi. Wyda­wało jej się, że gdzieś w miesz­ka­niu usły­szała ruch. Na zewnątrz dopiero zapa­dał jesienny zmierzch, ale tu, w miesz­ka­niu, było już pra­wie zupeł­nie ciemno. Zro­biła krok do przodu, szu­ka­jąc po omacku włącz­nika świa­tła. Z ciem­no­ści kory­ta­rza w jej stronę rzu­cił się nagle czarny cień. Odru­chowo odsko­czyła, opie­ra­jąc się o drzwi, i w obron­nym geście skrzy­żo­wała ręce na pier­siach. Serce waliło jej jak opę­tane. Kiedy poczuła na nodze sierść ocie­ra­ją­cego się kota, ode­tchnęła z ulgą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki