Solveig spojrzała na taras zadowolona ze swojej pracy. Stół nakryła dla ośmiu osób. Czerwona porcelana ze złotym obramowaniem wprawdzie była przeznaczona na Boże Narodzenie, ale równie dobrze nadawała się do serwowania raków. Nad stołem wisiały urocze ozdoby w kształcie półksiężyców, wycięte z żółtego, czarnego i czerwonego kartonu. Serwetki były czarne ze złotymi zdobieniami. Patrząc z bliska na złocisty wzór, można było dostrzec ukryte w nim małe, kochające się pary. Ładne, pomyślała. Bardzo ładne. I odpowiednie na tę okazję. Na wysokich oparciach ośmiu krzeseł powiesiła koce, jedne czarne, inne czerwone. Zapowiadał się ładny wieczór, ale mogło zrobić się zimno.
Solveig słyszała, jak Mats krząta się w kuchni. On zajmował się przyrządzaniem jedzenia, ona nakrywała do stołu. Przez wszystkie lata spędzone razem wypracowali doskonale działający system. W końcu Mats był szefem kuchni, a ona mogła nazywać się projektantką wnętrz. Co prawda pracowała jako asystentka do spraw finansowych w urzędzie gminy, ale w jej gabinecie wisiała kopia certyfikatu poświadczającego, że prawie dziesięć lat temu z wyróżnieniem ukończyła zdalny kurs projektowania wnętrz i home stagingu. Z pewnością miała więcej talentów, niż wymagała jej praca. Jej umiejętności w połączeniu z kubkami smakowymi Matsa sprawiały, że organizowali najlepsze imprezy, a to przyjęcie z pewnością będzie godne zapamiętania, tego była pewna.
- Pomożesz mi? - zawołał ją z kuchni Mats.
Weszła lekkim, niemal tanecznym krokiem.
- Trzymaj.
Podał jej zbożowe wódki marki Sk?ne i Östgöta. Sam wziął kosz z piwem, specjalnie importowanym z Czech. Solveig uśmiechnęła się do męża, posłała mu buziaka, a kiedy wyszli na taras, oparła się o niego biodrem.
- To będzie naprawdę dobra impreza - powiedziała.
Mats nie odpowiedział od razu. Rozstawił butelki z piwem, na początek po jednej przy każdym talerzu, powąchał świeżo upieczony chleb, zaciągnął się zapachem sera z West Bottom, wetknął palec wskazujący w kilka kropel spływającego z raków bulionu i spróbował go w zamyśleniu. Cóż, raki na pewno ugotowały się idealne. Tak jak wszystko inne. Nawet stojący obecnie w zamrażarce sorbet porzeczkowy smakował wybornie. Być może nie powinien kończyć podanej na zimno kolacji zmrożonym deserem, ale lody były zbyt smaczne, by z nich zrezygnować. A waflowe rurki, które upiekł jako dekorację do sorbetu, wyglądały jak małe dzieła sztuki. Zapowiadał się posiłek, o którym goście będą długo opowiadać.
Pytanie brzmiało, jak to będzie współgrać z resztą planu Solveig. Mats spojrzał na nią. Kręciła się przy stole, poprawiając to serwetkę, to widelec.
- Jesteś całkowicie pewna? - zapytał.
Solveig podeszła do niego i pogłaskała go po klatce piersiowej.
- Tak! Rozmawialiśmy o tym od dawna. Będzie niesamowicie. - Cmoknęła go w policzek i skubnęła figlarnie płatek jego ucha. - Prawda?
Mats przyciągnął ją do siebie i pocałował. Jakże on kochał zapach jej skóry i włosów oraz dotyk jej ciepłego, miękkiego ciała. Od dnia, kiedy się w niej zakochał, jego uczucie nie osłabło. W tamtym okresie była raczej bojaźliwą osiemnastolatką. Nieśmiałą i niedoświadczoną, ale mającą równie stanowcze poglądy i równie miękkie ciało jak teraz. W liceum chodzili do równoległych klas i minął rok, zanim zgodziła się pójść z nim na pizzę i koncert lokalnego zespołu. Ale od tego dnia byli nierozłączni.