Miss. Zabójstwo Agnieszki Kotlarskiej - Ewa Wilczyńska

Kup ebooka

54.99 zł
49.49 zł (32,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Uroda                     
 
 
 

Pierwszy raz spotykam Patrycję na gali inaugurującej działalność fundacji, niedługo przed jej trzydziestymi urodzinami. Widziałam ją wcześniej tylko na zdjęciach z dzieciństwa. Była uroczą ciemnowłosą dziewczynką z wielkimi brązowymi oczami. Teraz stoi przede mną filigranowa kobieta w dopasowanej czerwonej wieczorowej sukni. Przytula mnie na przywitanie.

Myślę, że to może być dla niej męczące, więc staram się w nią nie wpatrywać. Automatycznie szukam jednak podobieństw do matki. Potem od wielu ludzi usłyszę, że taki był ich pierwszy odruch, gdy zobaczyli ją po latach. Na pewno figura, choć Patrycja jest niższa. I to, jak szeroko się uśmiecha. Jej wygląd jest jednak mieszanką genów obydwojga rodziców, z przewagą ojca.

Na imprezie w Zamku Topacz pod Wrocławiem jedyny raz widzę ją w tak eleganckiej wersji. Na co dzień lepiej się czuje w dresach, dżinsach i bluzach z kapturem, pod którym się chowa, przemierzając wrocławskie ulice. Chowanie się ma we krwi, choć tak naprawdę nikt nie wie, jak teraz wygląda. Ostatnie zdjęcia publikowane w prasie zrobiono, gdy miała dwa latka. W mediach społecznościowych nie ma profilu pod swoim nazwiskiem, a nawet ten pod pseudonimem jest dostępny tylko dla znajomych. Na gali też zastrzega, żeby jeszcze nie robić jej zdjęć. Może ujawnić swój wizerunek, dopiero jak będzie bezpieczna za granicą.

Prosi, żebym przesłała jej akta sprawy zabójstwa. Tylko je przejrzy. Widzi zdjęcia plam krwi i szybko przewraca strony. Potrzebuje ich do wniosku o możliwość stałego pobytu w Kanadzie, stara się tam o azyl. Argumentuje, że morderca jej matki jest na wolności, a groził, że ich wszystkich zabije.

*

Tamto życie zostało zamknięte w kilku pudłach. Od lat stały na strychu. Dostaję je razem ze zgodą na napisanie książki.

To głównie magazyny modowe sprzed lat, wycinki z gazet z wywiadami, albumy ze zdjęciami i kasety VHS. Ale są też pocztówki, kilka listów i telegramów. Dostaję też cztery dzienniki, pierwszy jest z 1993 roku. Gdy dowiedziałam się o ich istnieniu, nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Ale kiedy pierwszy raz je kartkuję, przychodzi też ukłucie rozczarowania, bo to głównie informacje o sprawach do załatwienia i zleceniach. Czytałam je wielokrotnie, strona po stronie, by między listami zakupów i notatkami o wizycie u fryzjera znaleźć te zdania, które naprawdę mają znaczenie.

Ale najpierw chcę poznać początek tej historii.

Niestety, nie ma nagrania z konkursu Miss Wrocławia 1991, który organizowano jesienią 1990 roku. Wtedy jeszcze go nie rejestrowano. Oddać klimat pozwala mi taśma z kolejnego roku, konwencja była ta sama.

Wybory, które jednocześnie były eliminacjami do Miss Dolnego Śląska i pierwszym etapem Miss Polski, organizowano wtedy w Pałacu Schaffgotschów przy ulicy Kościuszki, który przez mieszkańców zwyczajowo jest określany "Pałacykiem". Tak nazywał się klub studencki, który mieścił się tu w latach sześćdziesiątych. Później w budynku działały jeszcze kino, dyskoteka i pub, a sale podnajmowano na wydarzenia kulturalne aż do sprzedaży obiektu w 2012 roku zagranicznemu inwestorowi.

Sala, w której mają wybrać najpiękniejszą, jest niewielka. Członkowie komisji siedzą za stołem prezydialnym. Przed nimi szklanki z parzoną kawą i popielniczki. Teraz ten widok razi, ale wtedy nie było jeszcze dyskusji o konieczności ograniczeń, więc wokół unoszą się kłęby papierosowego dymu. Jury jest zdominowane przez mężczyzn, niektórzy pracują przy organizacji konkursu, ale są także sponsorzy.

Najpierw dziewczyny wchodzą szóstkami. Robią dwa kółka po sali i siadają na ustawionych przed jurorami krzesłach, by powiedzieć coś o sobie: imię, nazwisko, wiek, gdzie się uczą, a może pracują.

I jeszcze obowiązkowo pasja, a tu do wyboru: jogging, chemia, muzyka, wróżbiarstwo, leśnictwo... W przyszłości chciałyby pracować z ludźmi, nieść im pomoc. Albo dużo podróżować oraz zwiedzać świat. - Cóż ja mogę powiedzieć o sobie? Jestem zwykłą dziewczyną i przyszłam tu ze zwykłej ciekawości - opowiada jedna z pretendentek do tytułu.

Są też dodatkowe pytania do niektórych kandydatek. Czasem związane z ich codziennymi zajęciami, bo na przykład któraś gra na trąbce, więc niech powie, jak się nazywa popularny trębacz. Po chwili namysłu pada odpowiedź - Zbigniew Wodecki, a jury dopytuje, czy może jednak zna jakiegoś "czarnego". Kojarzy, ale nazwiska sobie nie przypomni, więc odpowiadają za nią, że Louis Armstrong.

Pytają też o film albo wydarzenia polityczne, co wśród niektórych kandydatek wywołuje popłoch. Co się dzieje w kraju, ona nie wie, ostatnio głównie przygotowywała się do konkursu. Znani projektanci? Niestety, żadnego nie zna. Kolejna odpowiada pytająco: Chanel?

Jurorów interesuje też znajomość języków obcych, przecież zwyciężczyni ma reprezentować Polskę za granicą. Kandydatki mówią, że uczą się niemieckiego, czasem angielskiego. Jedna od czterech lat, inna dwa tygodnie, w szkole albo na kursie korespondencyjnym. A niektóre dopiero planują. Języki obce, choć teoretycznie wpisane w program nauczania, nie są wtedy jeszcze standardem. Brakuje nauczycieli angielskiego czy niemieckiego, bo w komunizmie obowiązkowy był jedynie rosyjski. Matura z języków obcych zostanie wprowadzona dopiero w 2005 roku.

- How old are you? - zagaduje juror kandydatkę, która pochwaliła się podstawami angielskiego, ale nie umie odpowiedzieć, choć rozumie, że chodzi o wiek. Nie przekreśli to jej szans na awans do kolejnego etapu.

Są też pytania, które mają pokazać, jak miss odnalazłaby się w różnych sytuacjach. Na przykład z trudną klientką (uśmiechnęłaby się do niej) albo nieznajomym, któremu trzeba pokazać Wrocław.

- Zabrałabym go do klubu Rura - odpowiada jedna z kandydatek.

- A później?

- Później on zabrałby mnie do domu - rzuca uśmiechnięta, a jury przyjmuje jej wystąpienie z aplauzem. Przejdzie do następnego etapu.

Ale są i poważniejsze zagadnienia, na przykład aborcja. Tu zdania są podzielone, że kobieta ma prawo o sobie decydować albo że życie jest święte.

Tak naprawdę te odpowiedzi czy nawet ich brak nie są kluczowe. Kandydatki mają przede wszystkim dobrze wyglądać, więc jury prosi je, by przeszły się jeszcze trzy razy po sali w rytm muzyki. Później idą się przebrać w stroje kąpielowe. Stoją w nich stłoczone pod ścianą i po kolei wychodzą z szeregu, a kiedy już każda przejdzie przed stołem jurorskim, prowadzący zachęca je do swobodnego tańca, jak na dyskotece.

Staszek Wolny zajmował się konferansjerką na różnych konkursach i imprezach. Wcześniej był reżimowym dziennikarzem, ale w wolnej Polsce musiał szukać nowego źródła zarobku.

- W latach dziewięćdziesiątych wszystko się zmieniało, głęboko i płytko jednocześnie. Zmiana była widoczna na ulicy, ale ludzie zmieniali się również od środka i ja też musiałem - mówi. Chciał uciec jak najdalej od polityki, padło na rozrywkę. Uczył się o reklamie z amerykańskich podręczników. A w samym prowadzeniu konkursu miss nie było żadnej filozofii.

- Moją rolą było zaprezentować dziewczyny, na nie czekali wszyscy. Wychodziły takie wystrojone, wymalowane. Po latach siermiężnego wizerunku kobiet na traktorach to było coś nowego - podkreśla.

Na nagraniu Miss Wrocławia Staszek Wolny instruuje kandydatki: - Proszę zamieniać się miejscami, żeby było sprawiedliwie, raz jedne z przodu, potem ustępują koleżankom. Numerki trzymajcie tak, żeby jurorzy widzieli.

Nikt nie pamięta, na jakie pytania odpowiadała ona, tyle że wypadła bardzo dobrze i że jej pojawienie się wywołało w jury poruszenie.

Mieli poczucie, że jest w niej coś wyjątkowego. Pewna delikatność, idealna figura, rysy perfekcyjne. Wydawała się dojrzała jak na swój wiek. A przy tym naturalna. Część dziewczyn ledwo było widać spod mocnych makijaży i fikuśnych strojów.

Wszyscy na nią postawili.

- Fajna dziewczyna - komentowali, kiedy w końcu zostali sami. Kandydatki czekały na werdykt na korytarzu.

- No co wy? Ta? Boże, taka chuda. - Tylko Jarek Świątek się sprzeciwił. A był szefem jury.

- Co ty, ślepy jesteś? - zakrzyczeli go.

Ich było jedenastu, on jeden. Nie chciało mu się wykłócać.

- Jak uważacie, że ma wygrać, to niech wygrywa - powiedział, chociaż nie rozumiał. Sam wolał krąglejsze, żeby było za co złapać. Spotykał się wtedy z modelką o bardzo kobiecych kształtach. A im się spodobała taka tyczka.

Teraz już nie pamięta, czy zagłosował przeciwko, czy się wstrzymał. Ale i tak było przesądzone.

Miss Wrocławia została Agnieszka Kotlarska.

*

Matka zawsze jej powtarzała:

- Musisz wykorzystać urodę.

Agnieszka chodziła po wybiegach już jako szesnastolatka. Matka zobaczyła ogłoszenie w gazecie, poszły na spotkanie do agencji KonArt, spodobała się.

Organizowali pokazy mody w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Barbara Hoff, Telimena, Moda Polska, do tego targi kosmetyczne, impreza cieszyła się dużą popularnością. "Moda i uroda" to było pierwsze tego typu wydarzenie w Polsce, które łączyło różnych projektantów i twórców. Później powstała Szpilka w Poznaniu, na targi zapraszała też Łódź.

Matka się cieszyła, że Agnieszka zaczęła zarabiać. W ich domu nie było biedy, ale też się nie przelewało. Halina była konduktorką PKP na trasie Świdnica - Wrocław, kiedy poznała Antoniego. On, student Politechniki Wrocławskiej, jechał odwiedzić rodziców. Niektórzy uważali, że to mezalians. Agnieszka nie była planowana, ale wtedy tak to się odbywało: ciąża oznaczała szybki ślub. Urodziła się w sierpniu 1972 roku. Antoni dostał pracę jako inżynier w fabryce pralek Polar. Matka zajmowała się domem, kilka lat później urodziła drugą córkę, która często chorowała. Pieniądze zarobione przez Agnieszkę pozwalały podreperować budżet. Dostawała sto złotych za pokaz.

- Dziewczęta same się zgłaszały, nie było czegoś takiego jak skauting, że wyłapuje się je na ulicy. To było na tyle oryginalne i świeże, że cieszyło się powodzeniem. Teraz jest mnóstwo miejsc, dzięki którym można zostać modelką, a ja musiałem wszystko tworzyć od podstaw. Współpracowałem z baletmistrzem z Opery Wrocławskiej, który uczył dziewczyny, jak mają chodzić, podnajmowaliśmy makijażystki. Uroda musiała być akceptowalna, do tego poczucie rytmu. Bywało, że dziewczyna miała naturalny talent, by poruszać się z gracją - opowiada Konrad Wyrwas, założyciel KonArtu. Od dawna jest poza branżą, teraz zajmuje się nieruchomościami. Zdziwił się, gdy do niego zadzwoniłam. Ale Agnieszkę pamięta, wyróżniała się.

- Zdecydowanie to była jedna z najładniejszych dziewczyn - mówi. Uważał ją za indywidualistkę, która z nikim nie trzymała się bliżej. Ale też po pokazach wszyscy rozchodzili się w swoją stronę, dziewczyny musiały się uczyć, nie było szaleństw.

- Albo ona, albo ktoś za nią bardzo mocno myślał o jej karierze - ocenia Konrad Wyrwas. Uważa zresztą, że miała predyspozycje. - Dziś wszystko można stworzyć, wtedy liczyła się uroda. Oczywiście wydobywało się atuty makijażem czy strojem, ale teraz można kogoś od początku wymyślić i wykreować, ostrzykując, powiększając, modelując. A Agnieszka była naturalnie piękna.

Matka podpytywała o angaż dla niej, gdzie się dało.

Roman Ziaja nie pamięta, kiedy dokładnie spotkali się po raz pierwszy. Ale na pewno na początku lat dziewięćdziesiątych, on pełnił wtedy funkcję prezesa Dolnośląskiej Izby Gospodarczej i intensywnie działał w biznesie. Interesowały go nieruchomości, ale nie tylko.

- Wszędzie mnie było pełno i dużo osób się do mnie zgłaszało. Nie umiem sobie przypomnieć szczegółów tego pierwszego spotkania, na pewno Agnieszka przyszła z matką. Prowadziłem dużą firmę odzieżową i reklamowaliśmy się na pokazach mody. KonArt już wtedy zawiesił działalność i pojawiła się propozycja, żebym ja coś takiego organizował. Agnieszka później rzeczywiście dla nas kilka razy pracowała - mówi Roman Ziaja.

Spotykamy się w restauracji hotelowej w centrum Wrocławia. On wybiera miejsce, tłumaczy, że jeździ na wózku, a tam jest wygodne wejście, poza tym spotkanie musi dopasować do grafiku brata, który mu asystuje. I ciągle jest zajęty, prowadzi agencję modelek SPP Models, którą założył w 1997 roku.

Agnieszkę wspomina bardzo dobrze.

- To dziecko było absolutnie piękne i do tego stonowane, spokojne, kochane, dobre. Myślę, że jakoś intuicyjnie sprzyjamy takim ludziom. Nigdy nie marudziła, zawsze grzeczna, bardzo uprzejma. Faktem jest, że mało mówiła, była zamknięta w sobie. Myślę o niej z nostalgią, nie pamiętam żadnych rys, to dla mnie taki obraz bez skazy. Zasługiwała na mnóstwo pozytywnych epitetów. Była w niej niesamowita łagodność i miała klasę. Piękny człowiek. Uroda, to oczywiste, ale też wnętrze. Dziewczyny o takich cechach zdarzają się w agencji raz na parę lat. To naprawdę jest rzadkość - mówi Ziaja. Na chwilę się zamyśla i dodaje: - Gdybym z wiedzą, jaką mam teraz, spotkał tamtą Agnieszkę, myślę, że moglibyśmy razem zrobić coś naprawdę dużego.

Tamtej Agnieszce matka załatwiała kolejne zlecenia: prezentowanie sukni ślubnych, targi, pojawiła się też propozycja reklamowania perfum w Austrii.

Wycinek z gazety z informacją o konkursie miss podsunął im znajomy.

- Fajna z niej dziewczyna, ma szansę - powiedział, a matki wcale nie trzeba było przekonywać. Wierzyła, że tytuł otworzy nowe drzwi. Agnieszka akurat kończyła osiemnaście lat, mogła się zgłosić.

- Nie garb się - strofowała ją matka.

Kazała jej polewać biust naprzemiennie zimną i ciepłą wodą, żeby był jędrny. Zwłaszcza że był dość spory. Dobrze, że Agnieszka bez problemu trzymała linię, żadne jedzenie jej nie szkodziło. Nie potrzebowała nawet makijażu, cera gładka.

Dla Agnieszki te wszystkie procedury to była męczarnia. Najbardziej nie lubiła polewania ciepłą i zimną wodą.

Ale matka powtarza: - Masz piękne ciało, musisz o nie dbać.

*

- Mama ewidentnie przyjmowała rolę menedżera Agnieszki. Pamiętam, że miała taki wojskowy dryg, że idź, zrób, przenieś i tak dalej. Uważała się za osobę, która może wiele rzeczy załatwić, a Agnieszka była w tym kompletnie posłuszna, wszystko robiła z uśmiechem. Osobiście bliżej mi do miękkiego stylu zarządzania, ale nie mnie to oceniać. Nie odnotowałem wtedy tego jako złej relacji. Choć teraz zaczynam się zastanawiać, ile w tym wszystkim było woli Agnieszki - zaznacza Roman Ziaja. Po latach pracy w agencji zna ten typ rodzica, który bardzo się angażuje w karierę dziecka. Czasem za bardzo.

- Spotkałem rodziców nawet na eksponowanych stanowiskach, na przykład biznesowych, czy naukowców z tytułami profesorskimi, którzy tak sterowali swoimi latoroślami, że doprowadzali je do zaburzeń odżywiania, bo na konkurs miss trzeba przytyć, a do modelingu schudnąć. Gdybym miał moc jednocześnie prokuratora i sądu, to niektórych skazywałbym na długoletnie więzienie - mówi.

Przyznaje, że sam miał inne wyobrażenie na temat modelingu. Gdy zakładał agencję, był ledwo po trzydziestce i myślał, że to kolorowy i rozrywkowy świat, który będzie miłą przeciwwagą dla nudnych nieruchomości. Ale szybko się przekonał, że dał się nabrać, bo za tą piękną otoczką nierzadko kryły się poważne problemy.

- Ta perspektywa kontaktu z młodymi ludźmi, fotografowania, współpracy z ekipą i modelkami była bardzo pociągająca. I faktycznie miałem na przykład najpiękniejszą przygodę w życiu, dwutygodniową wyprawę na sesję na Polinezję Francuską, dokładnie na drugim końcu kuli ziemskiej. Żyliśmy w bardzo fajnych, rodzinnych relacjach. Modelki miały trudne historie: skomplikowane relacje z rodzicami, rozwody, po których nie było przestrzeni na dziecko, wyśmiewanie w szkole, kompleksy. Za tymi pięknymi twarzami i długimi nogami stał cały szereg dramatów. Zrobiliśmy z psychologiem Jackiem Santorskim badania i okazało się, że nadzwyczajnie dużo dziewczyn w porównaniu z resztą grupy rówieśniczej ma problemy ze stanem psychicznym. Pamiętam, że powiedział wtedy, że jeszcze nie spotkał się z grupą zawodową, w której byłaby aż tak wielka zbieżność charakterologiczna - opowiada Ziaja.

Uznał wtedy, że agencja działała trochę jak klinika dla osób, które potrzebowały jakiegoś rodzaju terapii. Chciały być dostrzeżone, zaakceptowane, pokochane i rozpoznawane.

 
Tort                     
 
 
 

Zwyczaj na lokalnych wyborach miss był taki, że zwyciężczyni dostawała tort, a potem dzieliła się nim z pozostałymi dziewczynami i jurorami. Rozmawiali jeszcze nieoficjalnie, zanim rozeszli się do domów, czasem posiadówka się przedłużała.

Po ceremonii ogłoszenia wyników Miss Wrocławia ktoś poszedł po nóż, ale nie było już ani laureatki, ani tortu.

- Może czegoś nie zrozumiała? - zastanawiali się.

Niedługo po finale zorganizowano zjazd dziewczyn, które zostały wybrane do dalszego etapu w konkursach regionalnych w Jeleniej Górze, Wałbrzychu, Legnicy i we Wrocławiu.

Wszystkie dostały zawiadomienie o szkoleniu w hotelu Wrocław. Przed kolejnym etapem miały się nauczyć, jak się poruszać po scenie, głowa do góry, gdzie światła, kamera, jak patrzeć, w jaki sposób mówić.

Było też robione zdjęcie grupowe wszystkich kandydatek do tytułu Miss Dolnego Śląska. Nie zjawiła się tylko Agnieszka Kotlarska.

Zawiadomili ją listownie, że została skreślona z listy. O wszystkim zaraz napisało "Słowo Polskie". Dziennikarz Maciek Głowacki pomagał organizować konkurs we Wrocławiu. Nazywali go wiceszefem do spraw roboty. To określenie tak się przyjęło, że używano go nawet w oficjalnych folderach reklamowych. Już je przygotowali, sfotografowali wszystkie dziewczyny. Wszystkie oprócz Agnieszki. Nie mogła wystartować.

Matka dowiedziała się z gazety. Wpadła w szał.

- Jakim prawem!? Przecież mówili, że możesz nie przychodzić. Jesteś za dużą konkurencją, chcieli się ciebie pozbyć. Pewnie już mają jakąś swoją dziewczynę wytypowaną - złorzeczyła. - Ale nie ma tak łatwo, przecież wygrałaś, nie mogą cię tak po prostu wyrzucić.

Agnieszka też była zszokowana, przecież matka z kimś rozmawiała i ustaliła, że nie musi przychodzić na szkolenia.

- Zaraz to załatwię - mówi matka i już sięga po płaszcz. - Pojedziesz ze mną - rzuca do męża, a on potulnie się ubiera. - Jedziemy do Elity załatwić to z nimi osobiście.

Ale wszystko na nic, w agencji Elita nawet nie chcą z nimi rozmawiać, mówią, że wszystko jest w piśmie.

- To my też napiszemy pismo - matka nie ma zamiaru się poddać. Stoi nad Agnieszką, gdy ta kreśli litery.

Ten list się zachował, czytam go z pożółkłej kartki. Jest zaadresowany do agencji Elita, ale też do "Expressu Wieczornego" i prezydenta Wrocławia.

 

Niniejszym składam protest przeciwko próbie wyeliminowania mnie z dalszego uczestnictwa w konkursie Miss Polski '91 po wyborze mnie na Miss Wrocławia '91 podpisałam zobowiązanie na dalszą współpracę ze spółką Elita we Wrocławiu, organizatorem imprezy. Na pierwszym spotkaniu roboczym, które prowadziła z ramienia Elity pani Katarzyna Lachman w ośrodku Radia i Telewizji we Wrocławiu, poprosiłam ją o zwolnienie mnie z następnych zajęć, które miały odbyć się w dniu 9.11.90 z ważnych przyczyn rodzinnych. Pani Lachman obiecała, że przeprowadzi rozmowy z kierownictwem. Wieczorem dnia 9.11.90 w rozmowie telefonicznej przekazała mi zgodę kierownictwa na zwolnienie mnie z tych zajęć. Ogromnym zaskoczeniem dla mnie była informacja, która ukazała się w Gazecie Słowo Polskie w dniu 12.11.90, że zostałam zdyskwalifikowana z dalszego uczestnictwa w imprezie ze względu na absencję na zajęciach. Dyrektor Elity pan Marek Łaciak uzasadniając decyzję moim rodzicom stwierdził, że on o niczym nie wiedział, a pretensje należy mieć do pani Lachman. Zastanawiająca jest szybkość, z jaką Słowo Polskie podało informacje, bo już nazajutrz, nie próbując wyjaśnić przyczyn. Uważam, że jest to próba nie fair wyeliminowania mnie z konkursu Miss Dolnego Śląska '91. W związku z powyższym uprzejmie proszę o umożliwienie mi dalszego udziału w konkursie.

Z wyrazami szacunku, Agnieszka Kotlarska

 

Zaniosły pismo osobiście.

- Proszę popatrzeć, już przygotowaliśmy folder z finalistkami, dzisiaj idzie do druku. Wszystkie stoją do grupowego zdjęcia, a Agnieszki nie ma. Za późno. Nie da rady. - Szef agencji Elita Marek Łaciak był nieugięty.

Agnieszka się popłakała.

- Proszę pana. - Patrzyła błagalnie, ocierając łzy.

Jarkowi, który do tej pory tylko przysłuchiwał się tej rozmowie, zrobiło się jej żal. Wziął Marka na bok.

- Weź się zlituj nad dziewczyną.

Dziennikarz Maciek Głowacki też się wstawił za Agnieszką. Przecież została miss Wrocławia, miała szansę zostać miss Polski, szkoda byłoby ją stracić. W głosowaniu czytelników na Miss "Słowa Polskiego" również była faworytką.

- Nie da rady. Musimy już wypuścić foldery, sponsorów mam na głowie. - Łaciak nie miał ochoty na zamieszanie.

- Można coś wykombinować... - Jarek dalej próbuje.

- Jak chcesz się tym zajmować, to proszę bardzo. Masz czas do rana, żeby coś wymyślić.

Jarek zadzwonił do Wandy Otorowskiej, ich nadwornej fotografki. Było późno, ale ona nieraz pracowała do nocy.

- Wanda, tragedia, mamy fajną dziewczynę, ale nie było jej, jak robiłaś zdjęcie do folderu. Da się coś zrobić?

- Coś wymyślę. - Wanda ma już nawet pomysł. - Przywieź ją do mnie jak najszybciej.

Jarek wraca uśmiechnięty.

- Mam dobrą wiadomość, drogie panie. Damy Agnieszce jeszcze jedną szansę. - Rozkłada ramiona. - Tylko Agnieszka musi teraz ze mną pojechać. A wcześniej jeszcze trzeba pobrać wymiary.

Wanda fotografuje ją na białym tle, Jarek jedzie ze zdjęciem do drukarni, doklejają Agnieszkę z boku grupowego zdjęcia dziewcząt. Nie było jej, a jest.

Ładna ta Agnieszka. Od razu wiedziała, jak się ustawić do obiektywu. Uśmiech ma niewymuszony, oczy jej pięknie błyszczą. Dobrze, że zdążyli z tym zdjęciem do folderu. Do rana będzie wydrukowany.

Maciek Głowacki pisze artykuł, że gazeta załatwiła Agnieszce start. Ostatecznie zostanie Miss "Słowa Polskiego".

A tort, okazało się, zaniosła do domu dziecka. W kartonach z rzeczami Agnieszki znajduję list z podziękowaniami z 5 listopada 1990 roku.

 

Dzieci Zakładu Wychowawczego przy Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia we Wrocławiu gorąco dziękują miss Wrocławia - Agnieszce Kotlarskiej za niezwykły prezent - tort, który spałaszowały z wielkim smakiem. Był bardzo smaczny! W dowód wdzięczności dzieci obiecują (uczyniły to już) dalej pamiętać o drogiej Agnieszce w modlitwie i zabawie. Życzymy dużo zdrowia, sukcesów w nauce i kolejnych triumfów w konkursach miss oraz mamy nadzieję na kolejne ewentualne łakocie. Wdzięczne dzieci wszystkim i za wszystko.

 

Pod wydrukiem tekstu kilka odręcznych dziecięcych podpisów.

 

[...]

Opieka redakcyjna: Kamil Bałuk

Redakcja: Olga Gitkiewicz

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt okładki:

Zdjęcie na okładce: archiwum Jarosława Świątka (Agnieszka Kotlarska w Mediolanie przed wyborami Miss Polski 1991)

Fotoedycja: Rafał Szczepankowski

Przygotowanie zdjęć do druku: Łukasz Irzyk

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Ewa Wilczyńska, 2025

Copyright for this edition ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2025

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2025

 

ISBN: 978-83-8380-414-9

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej