Wstęp
Lato roku 1942 miało się już ku końcowi. Cały świat nie ochłonął jeszcze
z przygnębiających komunikatów, jakie nadchodziły z różnych frontów: o sukcesach Trzeciej Rzeszy w Rosji i o klęskach zadawanych wojskom
brytyjskim w Afryce, gdy nagle pojawiła się pierwsza radosna wieść:
armia niemiecka została zatrzymana pod Stalingradem. Strategiczny plan
Hitlera zmierzający do obejścia Moskwy i zdobycia jej został zniweczony.
Niebawem nadeszły nowe pocieszające wiadomości: 23 października
działająca w Afryce 8 Armia brytyjska pod dowództwem generała
Montgomery'ego rozpoczęła pod El Alamein zwycięską ofensywę przeciwko
wojskom niemieckim i włoskim dowodzonym przez generała Rommla.
To były pierwsze zwiastuny klęski, jaka od tej pory nieuchronnie zawisła
nad Niemcami. Chociaż wojna trwać miała jeszcze niemal trzy lata,
chociaż inicjatywa prowadzenia działań miała dość często przechodzić z rąk do rąk - to jednak jesień roku 1942 mocno wstrząsnęła podstawami
niemieckiej machiny wojennej, rozwiała mit o niezwyciężoności armii
niemieckich, a w serca narodów uciskanych wlała nadzieję wyzwolenia.
Wojska sojusznicze przygotowywały się tymczasem do zadania wojskom
niemieckim decydujących uderzeń. Na stepach Powołża Armia Radziecka
koncentrowała olbrzymie siły, które wkrótce miały okrążyć i zniszczyć
pod Stalingradem dwie armie niemieckie liczące kilkaset tysięcy
żołnierzy.
Również i na Wyspach Brytyjskich gromadzono pospiesznie wojska i sprzęt
bojowy: działa, czołgi, samoloty i okręty. Połączone siły zbrojne Stanów
Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii szykowały się do przeprowadzenia
inwazji w Europie Zachodniej.
Inwazja ta mogła być przeprowadzona jedynie przez kanał La Manche. Już
wiosną roku 1942 prezydent Stanów Zjednoczonych Roosevelt powziął w tej
sprawie decyzję. Przez całe lato tego roku Oceanem Atlantyckim płynęły
do Anglii konwoje okrętów z dziesiątkami tysięcy żołnierzy
amerykańskich. W portach brytyjskich koncentrowały się setki jednostek
morskich. Jednocześnie sztaby obydwu mocarstw zachodnich przystąpiły do
opracowania planów operacyjnych.
Wkrótce jednak zamiary uległy zupełnej zmianie. Winston Churchill -
premier Wielkiej Brytanii, sprzeciwił się organizowaniu wyprawy na
Europę. Opracował nowy plan - inwazji na Afrykę Północną. Plan
Churchilla przewidywał opanowanie Afryki, a następnie uderzenie na
Włochy i państwa bałkańskie. Plan Churchilla otrzymał kryptonim operacji
"Torch"1.
Do wykonania tych działań przeznaczono kilkaset okrętów wojennych,
tysiące samolotów i czołgów, setki tysięcy żołnierzy amerykańskich i brytyjskich. Dzień i noc trwały usilne przygotowania do inwazji. W Londynie utworzono specjalny sztab pod dowództwem generała Eisenhowera,
który opracowywał plany działań poszczególnych zgrupowań bojowych i jednostek.
Wszystkie prace przygotowawcze otaczane były tajemnicą. O zamiarach
inwazji w Afryce Północnej wiedzieli jedynie nieliczni wyżsi oficerowie
w sztabach alianckich.
Inwazja miała być dokonana na terenach francuskich kolonii w Afryce
Północnej: w Algierze, Maroku i Tunisie. Od chwili powstania rządu
Vichy2 władza w tych koloniach pozostawała w rękach ludzi
oddanych marszałkowi Pétainowi: generałów i gubernatorów francuskich o profaszystowskich poglądach. Dygnitarze owi po kapitulacji Francji w czerwcu 1940 roku złożyli przysięgę na wierność marszałkowi Pétainowi.
Dla ochrony tych posiadłości mieli około 150 000 żołnierzy francuskich.
Na lotniskach Tunisu, Algieru i Maroka stało 500 samolotów bojowych, a u wybrzeży Afryki były zakotwiczone liczne jednostki francuskiej marynarki
wojennej. Dowódcy tych wojsk wykonywali rozkazy zdrajców Francji:
Pétaina i Lavala. Alianci przygotowując operację "Torch" postanowili
mimo to zwrócić się do niektórych generałów francuskich.
Konferencja z przygodami
Okręt podwodny P-219 szedł na pełnych obrotach. 20 października 1942
roku w godzinach rannych przekroczył strefę Gibraltaru i skierował się
na Morze Śródziemne, w kierunku wschodnim, biorąc kurs 60°. Wkrótce w oddaleniu kilkunastu mil od brzegu minął z prawej strony Oran i przeciął
południk zerowy. Dowódca okrętu nie schodził ze swego stanowiska
bojowego. Przyjmował meldunki podwładnych, czuwał przy urządzeniach
peryskopowych, śledził dokładnie powierzchnię morza. Niejednokrotnie,
gdy w pobliżu ukazywała się jakaś jednostka, zarządzał większe
zanurzenie. P-219 umiejętnie wymijał każdy okręt czy nawet łódź.
Marynarze obsługujący mechanizmy okrętu oraz wyrzutnie torped
niecierpliwili się, że przepuszcza się takie doskonałe okazje do
zniszczenia wrogich okrętów. Lecz cóż było robić? Rozkaz wyraźnie
zabraniał nawiązywania walki.
Im dalej oddalali się na wschód, tym morze było głębsze. Marynarz przy
echosondzie stwierdził głębokość 2700 metrów. Okręt wciąż nie zmieniał
swego kursu. Po kilku godzinach dowódca sprawdził dokładnie położenie.
Kilku wyższych oficerów amerykańskich i brytyjskich, którzy byli właśnie
w jego kabinie, patrzyło uważnie w mapę. Wśród nich wyróżniali się
szczególnie: generał dywizji Clark, generał brygady Lemnitzer,
pułkownicy: Hamblen i Holmes, oraz komandor Wright.
- Czy minęliśmy już Tenes? - rzucił pytanie generał Clark.
- Yes, sir!
- Czy daleko jeszcze do "Cherchel Light"?
- Jeszcze dwie mile i znajdziemy się na wysokości 36°32' i 1°35'. Wtedy
zmienimy kurs na 180°. Od tego miejsca za pół godziny ujrzymy afrykański
brzeg.
- Dziękuje panu, kapitanie.
Generał Clark wrócił do swej kajuty, a wraz z nim udał się generał
Lemnitzer. Clark, ze względu na swój nadmierny wzrost, stojąc musiał być
bez przerwy pochylony. Teraz siadł na swej koi. Lemnitzer stanął obok
niego, był znacznie niższy od generała Clarka.
- Czy jest pan, generale, przekonany, że Francuzi przybędą tu na
spotkanie? - spytał Lemnitzer.
- Jestem tego pewny. Wierzę, ze Murphy potrafił to należycie urządzić.
- Bądźmy dobrej myśli. Jeśli chodzi o mnie, to nie bardzo wierzę
Francuzom.
- Są Francuzi, na których można polegać.
Generał Clark zmrużył lekko oczy. Był wyczerpany fizycznie i potrzebował
krótkiego wypoczynku. Generał Lemnitzer widząc to wysunął się z kajuty.
Upłynęła godzina. W kajucie generała rozległ się sygnał telefonu. Clark
otworzył oczy i chwycił za słuchawkę.
- Jesteśmy na miejscu, sir - meldował dowódca okrętu. - Czy można
rozpocząć obserwację?
- Tak jest - odpowiedział Clark spoglądając na zegarek. Była godzina
21.00. Za godzinę lub dwie ekipa winna znaleźć się na brzegu.
Gdy okręt wynurzył peryskopy na powierzchnię morza, generał poszedł do
centrali.
- Czy jest pan pewny, że jesteśmy we właściwym miejscu? - zwrócił się do
kapitana.
- Najzupełniej. Oto widać już żółte światło na brzegu. - Kapitan oderwał
oczy od szkieł. - Jedna mila dzieli nas od lądu.
Generał spojrzał w kierunku brzegu. Jego oczy, nieprzywykłe do
przenikania ciemności morskich, nie od razu spostrzegły jasny punkcik
widniejący na południu. Dopiero po chwili generał ujrzał światło.
- Proszę obserwować sygnały - rzekł Clark. - Jeśliby światło zgasło,
proszę niezwłocznie mnie powiadomić.
- Yes, sir!
W tej chwili do kabiny wszedł generał Lemnitzer.
- Możemy przygotować się do wyjścia na ląd - rzekł do niego Clark. -
Jeśli wszystko pójdzie gładko, to jutro powrócimy do Gibraltaru.
Francuzi powinni niedługo podać sygnał.
- Czasami zdarzają się niespodzianki.
- Wierzę w nasze powodzenie.
Generał Clark zarządził spożycie posiłku. Marynarz przyniósł do mesy
gorącą kolację oraz kilka butelek whisky. Zmęczeni podróżą, wszyscy
ochoczo zabrali się do jedzenia.
Czas upływał szybko. Minęło już kilka godzin, a z pomostu nie
nadchodziła wieść o sygnałach zauważonych z lądu. Generał zaczął się
denerwować.
- Proszę co dziesięć minut meldować o obserwacjach brzegu - powiedział
niecierpliwie.
- Yes, sir!
Światło na lądzie wciąż nie gasło. Kapitan spełniając życzenie generała
bez przerwy czuwał i sam składał meldunki.
O północy nadszedł meldunek:
- Światło na brzegu zgasło!
- Proszę dobrze obserwować dalsze sygnały! - rzekł z ożywieniem w głosie
Clark. Po czym zwracając się do Lemnitzera dodał z zadowoleniem:
- Mamy pierwszy sygnał.
Upłynęło kilka dłużących się minut. Generał podniósł słuchawkę i zapytał:
- Dlaczego nie melduje pan o sygnałach?
- Proszę wybaczyć, panie generale, lecz nic więcej nie widać! - odparł
kapitan.
- Jakże to? Przecież sygnały miały się pojawiać co trzydzieści sekund.
Światło winno gasnąć i zapalać się kilka razy - rzekł sam do siebie
zdziwiony Clark.
- Światło zgasło i więcej się nie zapaliło! - przekazał kapitan. - Czy
mam nadal kontynuować obserwację?
- Oczywiście.
- Otóż i mamy pierwszą niespodziankę - powiedział Lemnitzer. - Ten nasz
dyplomata musiał tu jednak coś naknocić.
- Nie sądzę. Znam osobiście Murphy'ego. Generał Eisenhower jest o nim
również dobrego zdania.
- Więc cóż mogą znaczyć te kawały?
- Za chwilę wszystko się wyjaśni.
- Widzę, że zawsze jest pan, generale, optymistą. Ja lubię czasami
wątpić. To wcale nie szkodzi, a nieraz łatwiej znieść rozczarowanie.
- Prawdę mówiąc nie rozumiem, dlaczego nie podają żadnych sygnałów.
- Panie generale, a jeśli my zamiast w "Cherchel Light" jesteśmy w innym
miejscu? Kapitan mógł się nieco pomylić. Jest przecież noc. Trudno
dokładnie ustalić położenie przedmiotów rozmieszczonych na lądzie.
- Nie. Ten Brytyjczyk wygląda na rozsądnego oficera. Jestem z niego
zupełnie zadowolony.
- Cóż z tego, jeśli zamiast wyjść na ląd zmuszeni jesteśmy pozostawać w tym stalowym pudle.
Clark nie odpowiedział. Poszedł do kabiny kapitana i sam zaczął
obserwować przez peryskop ląd. Mimo długotrwałych poszukiwań nie
odnalazł w pobliżu żadnego światła. Generał sprawdził dokładnie na
wielkiej morskiej mapie położenie okrętu. Nie miał najmniejszej
wątpliwości. Znajdowali się dokładnie w oznaczonym miejscu. Zresztą
świadczyło o tym światło, które widział na brzegu. W pobliżu nigdzie nie
było innych świateł. Pochodziło więc ono z samotnie stojącego domku, o którym mówił Murphy.
Generał Clark nie zmrużył tej nocy oka. Również jego współtowarzysze:
generał Lemnitzer oraz pułkownicy amerykańscy i brytyjscy, nie spoczęli
przez chwilę. Trwały niekończące się dyskusje i narady. Tak upłynęła
ostatnia godzina nocy. Powoli gwiazdy pogasły, niebo zaczęło jaśnieć od
wschodu. Zanim pierwszy promień słońca musnął swym złotym blaskiem
łagodnie wznoszące się fale, okręt dla bezpieczeństwa oddalił się od
brzegu na jedną milę. Gdy nastał świt, człowiek czuwający przy
peryskopie zameldował, że w pobliżu brzegu rzeczywiście stoi niewielkie
zabudowanie wraz z domkiem.
A więc pomyłki nie było. Wzdłuż brzegu na przestrzeni kilku kilometrów
nigdzie nie zaobserwowano żadnych innych zabudowań. To stwierdzenie nie
zmieniło jednak ogólnego nastroju, jaki panował wśród generałów i pułkowników: byli bardzo zdenerwowani i zmęczeni. Zaczęli powątpiewać o realności zamierzonej konferencji. Proponowano nawet powrót do Anglii.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki