2.
Po południu dzwonię do Izy.
- Agnieszka! - drze się do słuchawki. - Jaka pogoda w Londynie?
- Nie mam pojęcia.
Czekam na jej dalsze pytania.
- Nie wiesz? Jesteś w Londynie i nie wiesz, jaka tam pogoda? Ile drinków wypiłaś w samolocie? Jak można nie wiedzieć, jaka jest pogoda?
- Nie - odpowiadam. - Nie i nic.
- Co nic? O, w mordę! Telefon mi siada!
Izie zawsze rozładowuje się bateria w telefonie w najmniej spodziewanym momencie. Dzwonię na jej numer stacjonarny.
- To ja. Nie poleciałam.
- Nie poleciałaś?! Nie poleciałaś wcale?
- Zgubiłam dokumenty, a może mi je ukradli na lotnisku. Nie mam pojęcia.
- Ukradli ci dokumenty?
- Bilet też. I w ogóle cały portfel.
- Biedactwo! - pojękuje Iza.
Jest stanowcza i zawsze skora do pomocy.
- Dobra! - mówi zdecydowanym tonem. - Gdzie po ciebie podjechać?
- To było rano - przypominam cierpliwie. - Teraz jestem u rodziców.
- Zaraz będę! - krzyczy do słuchawki. - Słyszysz? Nigdzie nie wychodź!
Rzuca słuchawką i prawie ją widzę, jak pędzi przez swoje wielkie mieszkanie, wpada do windy, zjeżdża do garażu i wtedy sobie przypomina, że nie zabrała kluczyków. Wraca do domu, a tu drzwi zatrzaśnięte i musi prosić o pomoc w ich otwarciu. Zajmuje to pół godziny, dojazd kolejne pół. Będzie zatem za godzinę-półtorej, nie wcześniej.
Robię sobie kawę, zupełnie nie pamiętając o wszystkich przykrościach, jakie mnie dziś spotkały. Może to palec boży?
Znowu siadam na werandzie, przeglądam pisma, a Izy ciągle nie ma. Przyjeżdża po czterdziestu minutach i od razu rzuca mi się na szyję.
- Jezusiczku! Co za nieszczęście!
- Zdarza się - odpowiadam dzielnie.
Mam nastrój bohaterski. Zostałam pokonana, ale przecież walczyłam.
- Okropnie się przestraszyłam, jak zadzwoniłaś - tłumaczy się Iza. - Bardzo cię przepraszam, że tak się spóźniłam, ale dopiero w garażu zauważyłam, że nie mam kluczyków i...
- i w dodatku drzwi się zatrzasnęły - podpowiadam.
- I drzwi się zatrzasnęły - kończy, robiąc wielkie oczy. - Skąd wiesz?
- Zawsze ci się zatrzaskują - przypominam. - A poza tym Pan Stróż mi powiedział.
Dziwi się jeszcze bardziej.
- Naprawdę odważył się zadzwonić? Musisz mi wszystko dokładnie opowiedzieć.
Pan Stróż to ładny student, który pracuje na nocną zmianę w jej budynku i, według Izy, tajemnie do mnie wzdycha. Mnie się nawet podoba, ale po pierwsze, jest rudy, a po drugie, mam przecież Szymona.
Iza rzuca się na fotel naprzeciw.
- Opowiadaj! - rozkazuje. - Wszystko po kolei. Najpierw co ci mówił.
- Niby kto? - udaję głupią.
- Jesteś beznadziejna! - wzdycha. - No przecież Pan Stróż! Mówiłam, że zadzwoni. Zaprosił cię na randkę? Dokąd idziecie? Co ci zaproponował? Gotowa byłabyś pójść z nim na całość? No, odezwij się wreszcie!
Na szczęście z opresji wybawia mnie ojciec, wyszedł właśnie z domu tylko w krótkich spodenkach i podkoszulku.
- Pani Izabela! Proszę nie wstawać.
Grzecznie kłania się z daleka. Moje koleżanki lekko wariują na tym punkcie, bo ojciec nie podaje ręki i zawsze trzyma się na dystans. Jest przystojny, jak twierdzą, i chyba chętnie sprawdziłyby, jak smakuje.
Na jego widok Izka zrywa się na równe nogi, jakby była uczennicą przed surowym profesorem. I dyga jak maturzystka.
- Kiedy na urlop? - pyta ojciec uprzejmie.
- Za trzy tygodnie - odpowiada Iza. - Nie mogę się już doczekać. W tym roku wybieramy się do Grecji, dokładnie na Korfu, bo tam podobno...
- Tak - mówi ojciec. - Jest bosko.
Zawsze chwali plany moich przyjaciółek, co go uwalnia od ich paplaniny. Bo co może dodać Iza, kiedy już wiadomo, że ojciec na Korfu oczywiście był, w pensjonacie "Agamemnon" naturalnie, i mógłby godzinami opowiadać, jaki piękny miał widok z okna.
- Olimpio - zwraca się do mnie. - Ponieważ wyjechałaś do Londynu, twój dawny pokój i pokój gościnny zarezerwowałem dla naszych gości. Będą koło ósmej. Twoją walizę zaniosę na stryszek.
Wspaniale! Na stryszek, gdzie nie ma nic prócz łóżka.
- Zechcesz przyjść do stołu czy mam ci zamówić pizzę?
- A kto to jest tym razem?
Pytam, bo świat wokół ojca jest pełen jego znajomych, a większość z nich prędzej czy później trafia do naszego domu. Śpią, jedzą i strasznie dużo gadają.
- Pewien rolnik - uśmiecha się ojciec. - Dokładniej, wiceminister rolnictwa. I prawnik.
Kiwa dłonią do Izy i wraca do domu. A Izka znowu się dziwi.
- Olimpio? - pyta. - To już nie mógł wybrać lepiej?
- Pisze akurat o Aleksandrze Macedońskim - wyjaśniam. - Pewnie ma tam z jakąś do czynienia.
Ojciec rzadko używa mojego imienia. Najczęściej mówi do mnie jak do znanej postaci historycznej. Jest wziętym autorem zbeletryzowanych biografii wielkich ludzi. Kiedy pisze o kimś, określa mnie, jak mu wypadnie, podobnie zresztą jak swoją żonę.
- Olimpia? Jak można się tak nazywać? - burczy Iza. - On nie ma serca.
Słucha mojej lotniskowej opowieści, co chwila składając ręce jak do modlitwy, bo jest mocno afektowana. Duża blondyna o niebieskich oczach. Wychowałyśmy się na jednym podwórku. Potem ona poszła na stomatologię, ale była tam tylko dwa semestry. Wydała się za lekarza, rozwiodła się po roku, drugi raz wyszła za drobnego biznesmena. Facet ma firmę, w której starsze zmęczone kobiety lepią z gliny rozmaite figury, a inne starsze zmęczone kobiety malują toto olejnymi farbami.
- Interes się pięknie kręci - mówi Iza, pytana, jak sobie radzi.
Jej mąż jest niespełnionym chemikiem, tyrającym teraz od świtu do nocy na jej złotą biżuterię i ciuchy kupowane w dobrych sklepach. Iza ma trochę nadwagi, z czym walczy, od kiedy ją pamiętam, czyli jakieś dwadzieścia lat, a co i raz katuje mnie wiadomościami o nowych cudownych sposobach i dietach. Porady i przepisy wycina głównie z naszych gazet, sama ich nie kupuje. Jest oszczędna. Największe jej zmartwienie to zbyt grube kostki.
- I co teraz będzie? - pyta na zakończenie mojej opowieści.
- Będzie wspaniałe - odpowiadam. - Jestem wolna jak ptak. Wynajęłam swoje mieszkanie, sprzedałam samochód, nie mam dokumentów ani forsy. Mogę zaczynać nowe życie.
- Zwariowałaś?! A Szymon? Co powiedział Szymon?
- Nic jeszcze nie wie.
Patrzy na mnie z niewiarą w oczach.
Szymona wszystkie mi zazdroszczą. Bo Szymon jest jak młody bóg. Dokładniej, był taki w moich oczach przez dłuższy czas. Ale jeszcze nie przyznałam się przyjaciółkom, czemu taki być przestał.
- Jak to nie wie? - oburza się Iza. - Nic mu nie mówisz o tak ważnych sprawach, a potem będziesz narzekać, że cię kiwa?
- Myśli, że jestem w Anglii. I niech tak na razie zostanie. Nasz związek domaga się sanacji.
- To ty domagasz się odnowy! - burczy Iza. - Umysłowej!
Po półgodzinie przyjeżdża trzecia z naszej podwórkowej paczki, Lucyna zwana Lucy. Nienawidzi swoich rodziców, że dali jej takie imię. Gdy tylko skończyła osiemnaście lat, pobiegła do sądu i urzędowo przemianowała się na Martę. My nazywamy ją Lucy od zawsze, ale nie zniosłaby, gdyby ktoś inny odezwał się do niej w ten sposób.
- Jestem! - woła z daleka, w wyciągniętej nad głową ręce trzymając butelkę alkoholu.
- O! - cieszy się Iza. - Że też o tym nie pomyślałam! Tego trzeba nam wszystkim!
W naszej trójcy tylko Lucy nie zapomina o napitkach, może dlatego, że lubi ich posmakować przy byle okazji.
Nasza weranda jest przestronna, więc kiedy Lucy siada w trzecim fotelu, optycznie niewiele się tu zmienia. Lucy jest drobniutka, waży może 45 kilogramów i kiedyś zdobyła koronę najlżejszej studentki na całej uczelni. Jest ciepłą jeszcze rozwódką.
- Ale jaja! - cieszy się, gdy opowiadam po raz drugi swoje poranne przygody. - To Szymon nic nie wie?
Ona też kochała się w Szymonie, na studiach wszystkie dziewczyny za nim biegały. Był czas, kiedy czułam z tego powodu dumę. Ale to czas już dawno miniony, od miesięcy jest inaczej.
- I nie chcę, żeby się dowiedział - mówię z naciskiem. - Obiecajcie, że mnie od razu nie wydacie.
- Jest zazdrosna - śmieje się Iza. - Chcesz go przyłapać, tak?
- Pewnie - popiera mnie natychmiast Lucy. - Z facetami trzeba ostro i najlepiej krótko. Świat jest pełen męskich szowinistów.
- Ani myślę go przyłapywać - tłumaczę. - Nie chcę tylko, żeby się dowiedział. Będzie się ze mnie naśmiewał. Zależało mu na moim wyjeździe, miałam przecież zarobić ekstra i tak dalej.
Szybciutko opracowujemy plan operacyjny, a że kończy się butelka, jedziemy do mieszkania Lucy. Ja prowadzę, bo jestem prawie zupełnie trzeźwa. Ale kiedy plan jest gotowy, moja trzeźwość należy do przeszłości i dzwonimy po taksówkę. Jest prawie dziesiąta, kiedy odprowadzają mnie pod blok Lucy, trzymając pod ramiona i śmiejąc się bez sensu.
- Jak trzej muszkieterowie! - cieszy się Iza, przypominając naszą tajemnicę.
- Raczej jak trzy świnki - poprawiam, bo nieźle kręci mi się w głowie.
W taksówce, którą prowadzi starszy, siwy mężczyzna, chyba lekko przysypiam, bo śnią mi się jakieś czarne stwory z wyszczerzonymi zębami. Z wdzięcznością przyjmuję staromodne chrząkanie kierowcy, którym mnie budzi.
Wychodzę z auta, jak mi się zdaje, zupełnie prawidłowo i ruszam prosto do domu. Nie mam kluczy, drzwi są zamknięte i muszę dzwonić. Naciskam dzwonek dość nerwowo, bo nagle poczułam, że pilnie potrzebuję siusiu, i nie ograniczam się do dzwonienia, ale walę pięściami.
Drzwi otwierają się wreszcie, a ja po prostu kamienieję. W drzwiach stoi Murzyn, facet czarny jak noc, zupełnie jak ten stwór z mojej drzemki. Na szczęście nie mam czasu na strachy, bo strasznie pilno mi do łazienki.
Ciosem nauczonym na zeszłorocznym kursie samoobrony odpycham dziwadło i zaciskając nogi, dość zapewne pokracznie wbiegam do domu. Gonią mnie uprzejme słowa potwora:
- Dzień dobry, Agnes. Jakże miło widzieć...
Wychodzę dopiero po kilku minutach, umyta i przyczesana, choć nie bardziej trzeźwa. Kto to mówił o białych myszkach? Ja z nadmiaru alkoholu mam czarne wizje!
Sunąc do schodów na stryszek, mijam tak zwany stołowy, gdzie siedzą ojciec z Wiewiórką i ich goście, o których teraz sobie przypominam. No, nieźle się wygłupiłam, skacząc po domu jak żabka. Ile było tych drinków, Matko Boska?! Żeby Murzyna zobaczyć, to chyba trzeba wydalać z sześć, aż tyle wcześniej nigdy nie próbowałam.
- Agnes - mówi ojciec, kiwając zza półotwartych drzwi w moją stronę. - Poznaj naszych gości.
Zatrzymuję się z najgłupszą miną na świecie. Honorowe miejsce za stołem zajmuje Murzyn, czarny jak noc.
- Muhammad Dhali Owambo - mówi ten stwór. - Czy aż tak zmieniłem?
To oczywiście nie jest żaden wytwór pijackiej fantazji, ale Afrykańczyk, który dwadzieścia lat temu huśtał mnie na swoich kolanach. Studiował w Polsce, ma żonę Polkę i znakomicie mówi po polsku, może tylko czasem zapomina o zaimkach zwrotnych. Podobno zrobił karierę w tej swojej Somalii czy innej Nigerii. Tego już nie pamiętam, co mnie złości, a rodzice przyglądają mi się wyczekująco.
- Huśtał cię na kolanach - przypomina matka.
Klapka otwiera mi się w mózgu. To jest właśnie ten wiceminister rolnictwa. Nie zaskoczyłam od razu, pamiętam, że studiował coś technicznego, na pewno nie uprawy i hodowle. Ale widać u nich, podobnie jak u nas, przede wszystkim liczy się fachowość.
- Naturalnie - przepraszam szerokim uśmiechem - Pan Łyżeczka.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.