Misja błazna. Złotoskóry tom I - Robin Hobb

-
Proszę czekać

Rozdział 1 Cierń Spadająca Gwiazda

Czyż czas jest obracającym się kołem, czy też koleiną, która po nim pozostaje?

Zagadka Rozgwiazdy

Przybył pod koniec deszczowej wiosny i wniósł wielki świat w moje progi. Miałem wtedy trzydzieści pięć lat. Kiedy miałem lat dwadzieścia, uważałem mężczyznę w takim wieku za sędziwego starca. Teraz nie uważam siebie ani za młodzika, ani za staruszka - raczej za człowieka w średnim wieku. Nie mogę już usprawiedliwiać się młodzieńczym nieokrzesaniem, a jeszcze nie mam prawa do starczych dziwactw. Pod wieloma względami sam już nie wiem, co mam o sobie myśleć. Czasem odnoszę wrażenie, że moje dawne życie powoli znika, rozmywając się jak ślady stóp na deszczu, aż kiedyś stanę się zwyczajnym człowiekiem, wiodącym skromny żywot w spokojnej wiosce między puszczą a morzem.

Tego ranka leżałem na łożu, wsłuchując się w codzienne, ciche dźwięki, które zwykle przynosiły mi ukojenie. Wilk miarowo oddychał przy cicho trzaskającym na palenisku ogniu. Przywołałem naszą wspólną magię Rozumienia i delikatnie obejrzałem jego senne marzenia. We śnie biegł ze swym stadem po gładkiej pokrywie śniegu otulającej wzgórza. Dla Ślepuna był to sen o ciszy, chłodzie i łowach. Pośpiesznie wycofałem się, by nie zakłócać jego spokoju.

Za okienkiem mojej chaty powracające ptaki rzucały sobie śpiewne wyzwania. Wiał łagodny wietrzyk i ilekroć poruszył liśćmi, strząsał z nich krople nocnego deszczu, które wygrywały melodie na mokrej murawie. Przed domem rosły cztery srebrzyste brzozy. Kiedy je posadziłem, ledwie sięgały mi do ramienia. Teraz ich gęste listowie rzucało miły cień przed oknem mojej sypialni. Zamknąłem oczy i niemal czułem na powiekach migotanie światła. Nie zamierzałem wstawać, jeszcze nie.

Miniony wieczór był bardzo nieprzyjemny i musiałem samotnie stawić mu czoło. Mój chłopak, Traf, wyruszył z Wilgą zwiedzać świat już trzy tygodnie temu i jeszcze nie wrócił. Nie mogłem mieć mu tego za złe. Moje ciche i samotnicze życie zaczęło być dla niego zbyt ciężkim brzemieniem. Opowieści Wilgi o życiu w Koziej Twierdzy, odmalowane zręcznie przez pieśniarkę, były zbyt interesujące, by mógł je zignorować. Tak więc niechętnie pozwoliłem, żeby zabrała go na wakacje do Koziej Twierdzy, gdzie będzie mógł zobaczyć wiosenny festyn, skosztować ciasta posypanego nasionami kopytnika, obejrzeć przedstawienie kukiełkowe, a może nawet pocałować jakąś dziewczynę. Traf dorastał i regularne posiłki oraz ciepłe łóżko przestały mu już wystarczać. Wiedziałem, że nadszedł czas, żeby wypuścić go w świat, znaleźć jakiegoś dobrego stolarza lub cieślę, który przyjąłby go na czeladnika. Traf wykazywał spore zdolności w tej dziedzinie, a im wcześniej chłopiec rozpocznie praktykę, tym więcej się nauczy. Tylko że jeszcze nie byłem gotów rozstać się z nim. Na razie zamierzałem przez ten miesiąc cieszyć się spokojem i samotnością, przypomnieć sobie, jak to jest radzić sobie samemu. Miałem przecież Ślepuna, a on miał mnie. Czego jeszcze moglibyśmy chcieć?

Mimo to zaledwie chłopiec odszedł, w domu zrobiło się zbyt cicho. Wywołane perspektywą wyjazdu podniecenie chłopca aż nazbyt przypomniało mi radość, jaką niegdyś sprawiał mi wiosenny festyn i tym podobne zabawy, przedstawienia kukiełkowe, ciastka posypane nasionami kopytnika i całowanie dziewczyn. Przywołało żywe wspomnienia, które uważałem za dawno zapomniane. Może to z tych wspomnień zrodziły się sny. Dwukrotnie budziłem się zlany potem, drżący, z zaciśniętymi pięściami. Przez kilka lat przeszłość nie zakłócała mojego spokoju, lecz w ciągu ostatnich czterech zaczęła powracać coraz częściej, w nieregularnych odstępach czasu. Tak jakby Moc nagle sobie o mnie przypomniała i usiłowała wyrwać mnie z mojej oazy spokoju i samotności. Jej zew zakłócał monotonię dni, które dotychczas płynęły gładko, podobne do siebie jak nanizane na nitkę koraliki. Czasem głód Mocy zżerał mnie, jak rak zżera ciało. Innym razem kończyło się na kolorowych, tęsknych snach. Gdyby chłopiec był w domu, zapewne zdołałbym otrząsnąć się z tego i zagłuszyć natarczywy zew Mocy. Ale jego nie było i dlatego wczorajszego wieczoru uległem niepohamowanej pokusie, jaką wywołały sny. Poszedłem na nadmorskie urwisko, usiadłem na ławce, którą zrobił dla mnie chłopak, i sięgnąłem moją magią ponad falami. Wilk siedział przez pewien czas przy moim boku, spoglądając na mnie z dezaprobatą. Próbowałem nie zwracać na niego uwagi.

- To nie jest gorsze niż twoje upodobanie do jeżozwierzy - powiedziałem.

"Tylko że ich kolce można usunąć. A te, które tkwią w tobie, wchodzą coraz głębiej i jątrzą twoje ciało".

"Czemu nie zapolujesz na królika?".

"Odesłałeś chłopaka z jego łukiem".

- Wiesz co, mógłbyś sam coś upolować. Kiedyś potrafiłeś.

"Kiedyś chodziłeś ze mną na łowy. Dlaczego nie pójdziesz teraz, zamiast zajmować się bezowocnymi poszukiwaniami? Kiedy wreszcie pogodzisz się z tym, że nikt nie może cię usłyszeć?".

"Po prostu muszę... próbować".

"Dlaczego? Czy moje towarzystwo ci nie wystarcza?".

"Wystarcza. Zawsze mi wystarczało".

Otworzyłem się szerzej na naszą wspólną magię Rozumienia i usiłowałem pokazać mu, w jaki sposób pociąga mnie Moc.

"To magia tego chce, nie ja".

"Zabierz to. Nie chcę tego widzieć". A kiedy zamknąłem przed nim tę część mojej jaźni, zapytał żałośnie: "Czy to nigdy nie zostawi nas w spokoju?".

Nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Po pewnym czasie wilk położył się, oparł swój wielki łeb na przednich łapach i zamknął ślepia. Wiedziałem, że zostanie ze mną, ponieważ martwi się o mnie. Poprzedniej zimy dwukrotnie zużyłem tyle energii na próby nawiązania kontaktu, że nie byłem w stanie dowlec się o własnych siłach do domu. Ślepun musiał sprowadzić na pomoc Trafa. Teraz jednak byliśmy sami.

Wiedziałem, że to głupie i bezsensowne. Ale wiedziałem również, że nic mnie nie powstrzyma. Jak głodny człowiek, który je zachłannie, żeby wypełnić straszliwą pustkę w brzuchu, tak ja dotykałem Mocą wszystkich, którzy znaleźli się w jej zasięgu. Wnikałem w ich myśli, na chwilę zaspokajając swoją tęsknotę, wypełniając pustkę. Poznałem rybaków, którzy wypłynęli w ten wietrzny dzień na połów, troski kapitana, którego statek przewoził zbyt ciężki ładunek. Bosmana niepokoił przyszły zięć, który był wprawdzie przystojnym mężczyzną, ale też patentowanym leniem. Chłopiec okrętowy zaś przeklinał swojego pecha. Statek zawinie do portu Koziej Twierdzy już po wiosennym festynie. Do tego czasu po święcie zostaną tylko usychające w rynsztokach zwiędłe wianki. Takie już jego psie szczęście.

Wszystkie te myśli pozwalały mi na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Przypominały, że świat nie ogranicza się do czterech ścian mojego domu i otaczającego go ogrodu. To nie było jednak to samo, co prawdziwe korzystanie z Mocy. Nie mogło równać się z uczuciem spełnienia, połączenia się umysłów, kiedy cały świat staje się jednością, a ciało jest zaledwie pyłkiem.

Z transu wyrwały mnie wilcze kły zaciskające się na moim przedramieniu.

"Chodź. Już wystarczy. Jeśli zemdlejesz, przeleżysz tu całą zimną i deszczową noc. Chłopca nie ma, a ja nie zdołam postawić cię na nogi. Chodź już".

Podniosłem się z ławki i lekko pociemniało mi w oczach. Ta słabość zaraz mi przeszła, w przeciwieństwie do ponurego nastroju, który pojawił się w ślad za nią. Poszedłem za wilkiem przez gęstniejący mrok, z powrotem do dogasającego na palenisku ognia i pełzającego na stole blasku świec. Zrobiłem sobie napar z kozłka, czarny i gorzki, wiedząc, że jeszcze bardziej pogłębi moją duchową samotność, ale za to złagodzi dokuczliwy ból głowy. Wykorzystałem energię dostarczoną przez napar, aby popracować nad opisaniem reguły gry w kamyki. Już kilkakrotnie próbowałem napisać taki traktat i za każdym razem dochodziłem do wniosku, że jest to niewykonalne, że można nauczyć się tej gry jedynie grając w nią. Tym razem dodałem do tekstu szereg ilustracji ukazujących przebieg typowej rozgrywki. Kiedy przed świtem odłożyłem pióro, miałem wrażenie, że jest to najmniej udana z dotychczasowych prób. Położyłem się spać o wschodzie słońca.

Obudziłem się późnym rankiem. W odległym kącie podwórza kury grzebały w ziemi i zawzięcie plotkowały. Głośno piał kogut. Jęknąłem. Powinienem wstać i sprawdzić, czy kury zniosły jajka, i sypnąć im trochę ziarna. Rośliny w ogrodzie już zaczęły kiełkować. Powinienem zabrać się za pielenie i ponownie obsiać grzędę sałaty, którą zżarły ślimaki. Dobrze byłoby także zerwać jeszcze trochę tych purpurowych kosaćców, dopóki kwitną. Wprawdzie ostatnia próba uzyskania z nich inkaustu okazała się nieudana, ale chciałem spróbować ponownie. Powinienem także narąbać drewna na opał i równo je poukładać. Ugotować owsiankę, wygarnąć popiół z paleniska. A także wdrapać się na rosnący przy kurniku jesion i odciąć nadłamaną gałąź, zanim zwali ją wiatr.

Ślepun dodał do mojej listy jeszcze jeden punkt.

"Powinniśmy też pójść nad rzekę i sprawdzić, czy ryby zaczęły już płynąć na tarło. Świeża ryba to dobra rzecz".

"W zeszłym roku o mało nie padłeś po zjedzeniu zepsutej ryby".

"Tym bardziej powinniśmy pójść teraz, kiedy są świeże. Mógłbyś wziąć włócznię chłopca".

"Przemoknę i zmarznę".

"Lepiej przemoknąć i zmarznąć niż głodować".

Przewróciłem się na drugi bok i zamknąłem oczy. Poleniuchuję sobie w ten jeden ranek. Kto się o tym dowie i kogo to obchodzi? Kury? Niestety, po jakimś czasie Ślepun trącił mnie myślą.

"Obudź się, bracie. Nadjeżdża jakiś obcy koń".

Natychmiast się ocknąłem. Skośna smuga wpadającego przez okienko światła wskazywała, że minęło kilka godzin. Wstałem, wciągnąłem przez głowę szatę, spiąłem ją pasem i wepchnąłem stopy w sandały na grubej skórzanej podeszwie. Odgarnąłem włosy z czoła i przetarłem zaspane oczy.

- Idź zobaczyć, kto to - powiedziałem do Ślepuna.

"Sam sobie zobacz. Jest już prawie przy drzwiach".

Nikogo nie oczekiwałem. Wilga przyjeżdżała trzy lub cztery razy do roku, przywożąc mi najnowsze plotki, porządny pergamin i dobre wino, ale ani ona, ani Traf nie wrócą tak szybko. Inni goście bardzo rzadko zachodzili w moje progi. W sąsiedniej dolinie mieszkał Zatokowy, hodowca świń, lecz on nie miał konia. Dwa razy do roku odwiedzał mnie wędrowny druciarz. Po raz pierwszy trafił tu przypadkiem, kiedy jego koń okulał w czasie burzy, i wtedy zobaczył między drzewami światełko mojego domu. Czasem odwiedzali mnie podobni podróżni. Na drzewie, które rosło przy dróżce wiodącej do mojej chaty, druciarz wyciął zwiniętego w kłębek kota - symbol gościnnego domostwa.

Tak więc ten jeździec zapewne był zagubionym podróżnym lub znużonym kupcem. W duchu powiedziałem sobie, że niespodziewany gość może być miłą odmianą, choć mówiłem to bez przekonania.

Stukot końskich kopyt ucichł przed samym domem i usłyszałem charakterystyczne dźwięki towarzyszące zsiadaniu z konia.

"To Stary" - warknął cicho wilk.

Serce na moment przestało mi bić. Otworzyłem drzwi w tej samej chwili, w której przybysz podniósł rękę, żeby w nie zastukać. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się szeroko.

- Rycerski, mój chłopcze. Och, Bastardzie!

Wyciągnął ramiona, żeby mnie objąć. Przez moment stałem jak wryty, nie mogąc się ruszyć. Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Przeraziło mnie, że mój dawny mistrz odnalazł mnie po tylu latach. Musiał istnieć po temu jakiś ważny powód, a nie tylko chęć, żeby znów mnie zobaczyć. Jednocześnie poczułem łączące nas pokrewieństwo dusz, głębokie zainteresowanie, jakie zawsze budził we mnie Cierń. Kiedy byłem chłopcem, w sekrecie wzywał mnie po nocach do swej tajemnej komnaty, znajdującej się na szczycie wieży Koziej Twierdzy. Tam mieszał swe trucizny, uczył mnie skrytobójczego fachu i wiązał ze sobą na zawsze. Za każdym razem, kiedy otwierałem zamaskowane drzwi, serce biło mi mocniej. Pomimo upływu wielu lat i tylu cierpień wciąż tak na mnie działał. Wydawało się, że spowija go aura tajemnicy i przygody.

Zatem chwyciłem go za zgarbione ramiona i uścisnąłem. Cierń znowu był tak chudy jak wtedy, kiedy go poznałem. Tylko że teraz ja byłem zaniedbanym wieśniakiem w znoszonej szacie z szarej wełny. On miał na sobie błękitne spodnie i tego samego koloru kaftan, z wyłogami równie zielonymi jak jego skrzące się oczy. Nosił również wysokie buty z czarnej skóry i takie same rękawiczki. Zielony płaszcz był dobrany barwą do wyłogów kaftana i podbity futrem. Miał koronkowy kołnierz i rękawy. Ślady po ospie, które stary skrytobójca kiedyś tak skwapliwie ukrywał, były ledwie widoczne na opalonej twarzy. Siwe włosy opadały mu na ramiona i lekko kręciły się nad czołem. W uszach miał kolczyki ze szmaragdami, a na środku złotej obręczy na jego szyi tkwił taki sam klejnot.

Cierń uśmiechnął się, widząc, że podziwiam jego strój.

- No cóż, doradca królowej musi należycie się prezentować, jeśli ma budzić szacunek, na jaki oboje zasługują.

- Rozumiem - wymamrotałem. - Wejdź, wejdź. Obawiam się, że mój dom jest nieco uboższy od tych, do jakich przywykłeś, ale mimo to jest gościnny.

- Nie przyjechałem tu, by gawędzić o twoim domu, chłopcze. Przybyłem zobaczyć się z tobą.

- Chłopcze? - powtórzyłem z uśmiechem, wprowadzając go do środka.

- No cóż. Dla mnie chyba zawsze nim będziesz. To jeden z przywilejów podeszłego wieku. Mogę nazywać każdego jak mi się podoba i nikt nie ośmieli się ze mną spierać. Ach, widzę, że wciąż masz tego wilka. Ślepun, czy tak? Widzę, że też ma już swoje lata. Nie pamiętam tej siwizny na jego pysku. Chodź tu, dobry wilk. Bastardzie, czy zechciałbyś oporządzić mojego wierzchowca? Przez cały ranek byłem w siodle, a ostatnią noc spędziłem w wyjątkowo podłym zajeździe. Trochę zesztywniałem, no wiesz. I czy możesz przynieść moje juki?

Pochylił się, by podrapać wilka za uszami. Uśmiechnąłem się i wyszedłem. Kara klacz, na której przyjechał, była pięknym, łagodnym i posłusznym zwierzęciem. Miło jest zajmować się takim stworzeniem. Napoiłem ją, dałem jej trochę ziarna z zapasu dla kur, a potem wpuściłem do pustej zagrody kucyka. Juki, które niosłem do domu, były dość ciężkie, a z jednego z nich dobiegało obiecujące bulgotanie.

Wszedłem i zastałem Ciernia siedzącego przy biurku w moim gabinecie i przeglądającego moje papiery.

- Ach, jesteś już. Dziękuję, Bastardzie. To gra w kamienie, prawda? Ta, której nauczyła cię Pustułka, żeby odwrócić twoją uwagę od drogi Mocy? Fascynujące. Chciałbym dostać jeden taki manuskrypt, kiedy go skończysz.

- Jeśli chcesz... - odparłem cicho. Czułem się nieswojo. Niedbale wymieniał imiona i nazwy, które pochowałem w niepamięci. Pustułka. Droga Mocy. Dawno odepchnąłem je od siebie. - Już nie jestem Bastardem. Teraz zwę się Tom Borsuczowłosy.

- Ach tak?

Dotknąłem białego pasemka zasłaniającego bliznę na głowie.

- Od tego. Ludziom mówię, że urodziłem się z tym kosmykiem siwizny i rodzice dlatego tak mnie nazwali.

- Rozumiem - mruknął niechętnie. - No cóż, to ma sens. - Odchylił się na moim drewnianym krześle, aż zatrzeszczało. - W jukach jest brzoskwiniówka, jeśli masz kubki. A także trochę pierniczków od starej Szałwii... Pewnie nie spodziewałeś się, że pamiętam, jak bardzo je lubiłeś? Chyba trochę się pogniotły, ale nie straciły smaku.

Wilk podszedł i oparł pysk o krawędź stołu. Nie odrywał wzroku od juków.

- Czy Szałwia wciąż jest kucharką w Koziej Twierdzy? - zapytałem, szukając dwóch porządnych kubków. Sam nie miałem nic przeciwko używaniu wyszczerbionych naczyń, ale nie chciałem zmuszać Ciernia do korzystania z takiego.

Wyszedł z gabinetu i podszedł do kuchennego stołu.

- Och, niezupełnie. Nogi bardzo jej dokuczają, kiedy zbyt długo stoi. Ma teraz wielki i miękki fotel, ustawiony na podwyższeniu w kącie kuchni, i z niego nadzoruje pracę. Przygotowuje tylko to, co najbardziej lubi: wymyślne pasztety, ciasta z korzeniami i inne słodycze. Większość potraw przyrządza młodzieniec zwany Łamagą.

Mówiąc to, rozpakowywał sakwy. Wyjął z nich dwie butelki brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów. Już nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ją piłem. Potem, sypiąc okruchami, odwinął z lnianej serwetki pierniczki, nieco zgniecione, tak jak zapowiadał. Wilk pożądliwie powęszył i zaczął się ślinić.

- Widzę, że on też je lubi - zauważył sucho Cierń i rzucił mu jeden.

Wilk zręcznie chwycił ciasteczko w powietrzu i zaniósł pod piec, żeby je tam w spokoju schrupać.

Z juków szybko wyłaniały się kolejne skarby. Ryza dobrego pergaminu, kałamarze z niebieskim, czerwonym i zielonym inkaustem. Gruby korzeń imbiru, zaczynający właśnie puszczać pędy, gotowy do zasadzenia. Kilka paczuszek przypraw. I rzadki u mnie luksus - krążek dojrzałego sera. A w drewnianym kuferku były rzeczy wyglądające obco, chociaż tak znajome. Drobiazgi, które już dawno temu uznałem za bezpowrotnie stracone. Pierścień, należący niegdyś do księcia Ruriska z Królestwa Górskiego. Grot strzały, która przebiła mu pierś i o mało go nie uśmierciła. Drewniane puzderko na trucizny, zrobione przeze mnie przed laty. Otworzyłem je. Było puste. Zamknąłem puzderko i postawiłem na stole. Spojrzałem na gościa. Nie był zwykłym starym człowiekiem, który przyjechał z wizytą. Ciągnął za sobą całą moją przeszłość, jak dama wlecze haftowany tren swojej sukni. Z chwilą kiedy wpuściłem go do mojej chaty, wraz z nim wtargnął do niej mój dawny świat.

- Dlaczego? - zapytałem cicho. - Dlaczego odszukałeś mnie po tylu latach?

- No cóż. - Cierń przysunął do stołu krzesło i opadł na nie z westchnieniem ulgi. Odkorkował butelkę brzoskwiniówki i nalał dla nas obu. - Z tuzina powodów. Zobaczyłem twojego chłopca z Wilgą. Natychmiast domyśliłem się, kim on jest. Nie jest podobny do ciebie, tak samo jak Pokrzywa nie jest podobna do Brusa, ale po prostu ma twoje nawyki: nigdy się nie śpieszy i najpierw starannie ocenia sytuację, zanim podejmie decyzję. Gdy tak rozmyśla z lekko przechyloną głową, bardzo przypomina mi ciebie, kiedy byłeś w jego wieku...

- Widziałeś Pokrzywę - wtrąciłem beznamiętnie. To nie było pytanie.

- Oczywiście - odrzekł spokojnie. - Chciałbyś wiedzieć, jak ona się miewa?

Nie odpowiedziałem, z obawy, że może załamać mi się głos. Rozsądek ostrzegał mnie, żebym nie okazywał zbytniego zainteresowania jej osobą. Mimo to poczułem ukłucie niepokoju na myśl o tym, że Pokrzywa, moja córeczka, którą widywałem tylko w snach, może być powodem wizyty Ciernia. Spojrzałem na kubek, zastanawiając się, czy powinienem pić brzoskwiniówkę przed śniadaniem. Potem znowu pomyślałem o Pokrzywie, nieślubnym dziecku, które wbrew mej woli musiałem opuścić jeszcze przed jej narodzinami. Wypiłem. Już zapomniałem, jak gładko pije się brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów. Ciepło rozeszło się po moim ciele z szybkością młodzieńczego pożądania.

- Jest bardzo podobna do ciebie - rzekł Cierń i uśmiechnął się. - Jednak, chociaż to dziwne, jeszcze bardziej jest podobna do Brusa. Przejęła więcej jego nawyków i zachowań niż którykolwiek z jego pięciu synów.

- Pięciu! - wykrzyknąłem ze zdumieniem.

Cierń wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Pięciu chłopców, tak grzecznych i posłusznych ojcu, jak tylko można sobie życzyć. W przeciwieństwie do Pokrzywy. Ona znakomicie opanowała ponurą minę Brusa i obrzuca go takim spojrzeniem, kiedy ją karci. Co rzeczywiście rzadko się zdarza. Wcale nie twierdzę, że jest jego ulubienicą, ale sądzę, że jej hardość podoba mu się bardziej niż uległość synów. Ona jest równie niecierpliwa jak Brus i tak samo wyczulona na dobro i zło. Ponadto jest uparta, tak jak ty, chociaż tego może też nauczyła się od niego.

- Zatem widziałeś się z Brusem?

On mnie wychował, a teraz wychowywał moją córkę jako swoją własną. Ożenił się z kobietą jakoby opuszczoną przeze mnie. Oboje uważali mnie za zmarłego. W ich życiu od dawna nie było dla mnie miejsca. Wieści o nich wywołały ból zmieszany z rozczuleniem. Spłukałem go solidnym łykiem brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów.

- Nie mógłbym zobaczyć Pokrzywy, nie widząc się z Brusem. Pilnuje jej jak... jak ojciec. On miewa się dobrze. Z wiekiem nie przestał utykać, jednak rzadko porusza się na piechotę, więc raczej mu to nie przeszkadza. Jak zawsze, prawie wszędzie jeździ na koniu. - Cierń odkaszlnął. - Wiesz, że królowa i ja zadbaliśmy o to, żeby dostał źrebaki po Fircyku i Sadzy? No cóż, te dwa wspaniałe konie zapewniły mu dostatnie życie. Węgielek, tę klacz, którą przed chwilą rozsiodłałeś, kupiłem właśnie od niego. Teraz nie tylko hoduje konie, ale także je układa. Nigdy nie będzie bogaty, bo za każdy zaoszczędzony grosz kupuje nowego konia lub kolejne pastwisko. Jednak, kiedy zapytałem go, jak mu się wiedzie, odparł: "Całkiem nieźle".

- A co Brus powiedział na twoją wizytę? - zapytałem.

Byłem dumny, że nie mówiłem tego zduszonym głosem.

Cierń znów się uśmiechnął, tym razem nieco żałośnie.

- Kiedy otrząsnął się z zaskoczenia, był bardzo uprzejmy i gościnny. A gdy następnego dnia dosiadałem konia, którego osiodłał dla mnie jeden z jego bliźniaków, chyba Zwinny, Brus szepnął, że prędzej mnie zabije, niż pozwoli, by coś stało się Pokrzywie. Powiedział to ze smutkiem, ale stanowczo. Nie wątpię, że dotrzymałby słowa.

- Czy ona wie, że Brus nie jest jej ojcem? Czy wie coś o mnie?

Dziesiątki pytań cisnęły mi się na usta, ale odepchnąłem je. Nienawidziłem impulsu, który kazał mi zadać te dwa, ale nie zdołałem się powstrzymać. To było jak głód Mocy, ta niepohamowana ciekawość, chęć poznania faktów po tylu latach.

Cierń odwrócił wzrok i sączył brzoskwiniówkę.

- Nie wiem. Nazywa go tatusiem. Bardzo go kocha, bezgranicznie. Och, często się z nim spiera, ale akceptuje go bez zastrzeżeń. Obawiam się, że jej stosunki z matką są bardziej napięte. Pokrzywa nie interesuje się pszczołami ani świecami, a Sikorka chciałaby, żeby córka poszła w jej ślady. Ponieważ jednak Pokrzywa jest bardzo uparta, Sikorka będzie musiała przekazać fach jednemu lub drugiemu synowi. - Spojrzał za okno i dodał cicho: - Nie wymawialiśmy twojego imienia, kiedy Pokrzywa była w pobliżu.

Obracałem w dłoniach kubek.

- Co ją interesuje?

- Konie. Sokoły. Miecze. Ponieważ ma piętnaście lat, myślałem, że będzie mówiła o chłopcach, ale ci najwyraźniej wcale jej nie interesują. Może jeszcze nie obudziła się w niej kobieta, a może ma zbyt wielu braci, żeby żywić jakieś romantyczne złudzenia co do chłopców. Chciałaby pojechać do Koziej Twierdzy i wstąpić do straży miejskiej. Wie, że Brus był kiedyś królewskim koniuszym. Zresztą jednym z powodów mojej wizyty u niego była propozycja królowej, aby zechciał ponownie objąć to stanowisko. Ale Brus odmówił. Pokrzywa nie mogła zrozumieć dlaczego.

- Ja rozumiem.

- Ja też. W trakcie wizyty powiedziałem mu, że, nawet jeśli on nie chce wrócić na zamek, mógłbym znaleźć tam miejsce dla Pokrzywy. Mogłaby być moim paziem, chociaż jestem pewien, że królowa Ketriken z przyjemnością wzięłaby ją do siebie. Poznałaby twierdzę i miasto, posmakowała życia na dworze, powiedziałem Brusowi. Ale on bez namysłu odmówił; sprawiał wrażenie niemal obrażonego.

Mimo woli odetchnąłem z ulgą. Cierń upił kolejny łyk brzoskwiniówki i siedział, uważnie mi się przypatrując. Równie dobrze jak ja wiedział, o co teraz zapytam. Po co odszukał Brusa, dlaczego zaproponował, że zabierze Pokrzywę do Koziej Twierdzy? Ja też pociągnąłem brzoskwiniówki i przyglądałem się Cierniowi. Zestarzał się, ale nie tak, jak większość ludzi. Włosy wprawdzie mu posiwiały, lecz pod śnieżnobiałymi lokami jego zielone oczy płonęły jeszcze intensywniej niż kiedyś. Zastanawiałem się, ile trudu wkłada w to, żeby się nie garbić, jakie leki zażywa, by zachować siły witalne, a także, jaką płaci za to cenę. Był starszy od króla Roztropnego, a ten nie żył już od wielu lat. Tak samo jak ja był bękartem królewskiego rodu, lecz w przeciwieństwie do mnie uwielbiał dworskie intrygi i spiski. Ja unikałem dworu i wszystkiego, co się z nim wiązało. Cierń pozostawał na dworze i stał się niezastąpiony dla kolejnego pokolenia Przezornych.

- No tak. A jak się miewa Cierpliwa? - zapytałem ostrożnie. Wieści o żonie mojego ojca nie były tymi, które interesowały mnie najbardziej, ale chciałem wykorzystać jego odpowiedź do poruszenia najważniejszego dla mnie tematu.

- Księżna Cierpliwa? Och, nie widziałem jej od wielu miesięcy, chyba już ponad rok. Jak wiesz, mieszka w Kupieckim Brodzie. Włada nim, i to całkiem nieźle. To niezwykłe, kiedy się nad tym zastanowić. Gdy była królową i żoną twojego ojca, nigdy się nie udzielała. Jako wdowa zadowalała się opinią ekscentrycznej księżnej Cierpliwej. Jednak gdy wszyscy inni uciekli, ona stała się rzeczywistą władczynią Koziej Twierdzy. Królowa Ketriken mądrze uczyniła, oddając jej Kupiecki Bród we władanie, gdyż dla mieszkańców Koziej Twierdzy Cierpliwa zawsze pozostawałaby prawdziwą władczynią.

- A książę Sumienny?

- Jest bardzo podobny do swojego ojca - stwierdził Cierń.

Obserwowałem go uważnie, zastanawiając się, co też ten stary lis chce przez to powiedzieć. Co on wie?

Zmarszczył brwi i mówił dalej:

- Królowa powinna czasem wypuszczać go spod swoich skrzydeł. Lud ma o Sumiennym takie samo zdanie, jak o twoim ojcu, Rycerskim. "Porządny, ale słaby", powiadają, i już zacząłem się obawiać, że mogą mieć rację.

Ledwie słyszalna zmiana tonu jego głosu sprawiła, że nadstawiłem ucha.

- Ale...? - spytałem cicho.

Cierń posłał mi niemal przepraszający uśmiech.

- Ostatnio chłopiec zmienił się nie do poznania. Zawsze był samotnikiem, lecz to normalne w przypadku jedynego dziedzica tronu. Musi nieustannie pamiętać o swojej pozycji, uważać, aby nie uznano, że faworyzuje któregoś ze swoich towarzyszy. W rezultacie zamknął się w sobie. Jednak od niedawna znacznie sposępniał. Stał się nieobecny i ponury, i często popada w tak głęboką zadumę, że zupełnie nie wie, co się wokół niego dzieje. Nie jest nieuprzejmy ani obojętny. Mimo to...

- Ile ma lat, czternaście? - zapytałem. - Z tego, co słyszę, zachowuje się prawie tak samo, jak od niedawna Traf. Ja też doszedłem do wniosku, że powinienem wypuścić go spod moich skrzydeł. Czas, żeby zobaczył kawałek świata i nauczył się czegoś nowego od innych ludzi, nie tylko ode mnie.

Cierń skinął głową.

- Sądzę, że masz rację. Królowa Ketriken i ja podjęliśmy taką samą decyzję w sprawie księcia Sumiennego.

Ton jego głosu ostrzegł mnie, że właśnie przed chwilą sam włożyłem głowę w pętlę.

- Ach tak? - powiedziałem ostrożnie.

- Ach tak? - powtórzył za mną Cierń, a potem nachylił się, by dolać sobie brzoskwiniówki. Uśmiechnął się, dając mi znać, że zabawa skończona. - Z pewnością już zgadłeś. Chcielibyśmy, żebyś wrócił do Koziej Twierdzy i uczył księcia władania Mocą. Mógłbyś również uczyć Pokrzywę, gdyby udało się nakłonić Brusa, żeby puścił ją do zamku, i jeśli dziewczynka posiada taki dar.

- Nie - powiedziałem pośpiesznie, ale czułem, że moja odmowa nie była należycie zdecydowana.

Zaledwie Cierń wystąpił z tą propozycją, a już zaczęła mi się podobać. Była jakże prostym wyjściem z sytuacji męczącej mnie przez tyle lat. Mogłem stworzyć nowy krąg Mocy. Wiedziałem, że Cierń ma zwoje i tabliczki opisujące zasady posługiwania się Mocą. Przed laty mistrz Konsyliarz, a potem książę Władczy bezprawnie pozbawili nas dostępu do tych źródeł wiedzy. Teraz jednak mógłbym je przestudiować, nauczyć się więcej i wyszkolić innych należycie, nie tak, jak to robił Konsyliarz. Książę Sumienny miałby krąg Mocy, który broniłby go i pomagał mu, a także zakończył moją długoletnią samotność. Sięgając Mocą, zawsze znalazłbym bratni umysł.

I moje dzieci poznałyby mnie jako człowieka, chociaż nie jako swego ojca.

Cierń był sprytny, jak zawsze. Widocznie wyczuł me wahanie, gdyż pozostawił moją odmowę zawieszoną w próżni, bez słowa komentarza. Zajrzał do kubka, przez moment przypominając mi Prawego, a potem podniósł wzrok i zmierzył mnie bystrym spojrzeniem zielonych oczu. O nic nie pytał, niczego nie żądał. Tylko czekał. Wiedział, że przed taką taktyką nie zdołam się obronić.

- Wiesz, że nie mogę. Dobrze wiesz, dlaczego nie powinienem.

Nieznacznie pokręcił głową.

- Nie wiem. Dlaczego książę Sumienny ma być pozbawiony tego, do czego ma słuszne prawo jako potomek rodu Przezornych? - I nieco ciszej dodał: - Czy Pokrzywa nie ma do tego prawa?

- Prawo? - Zaśmiałem się z goryczą. - To raczej dziedziczna choroba, Cierniu. To nałóg, który może opanować człowieka w takim stopniu, że powiedzie go daleko poza Królestwo Górskie. Sam widziałeś, co stało się ze Szczerym. Moc pochłonęła go. Wprawdzie wykorzystał to do swoich celów, rzeźbiąc smoka i wnikając weń, aby ocalić Królestwo Sześciu Księstw. Jednak Szczery wyruszyłby w góry nawet wtedy, gdyby nie musiał walczyć ze szkarłatnymi okrętami. To miejsce wzywało go. Taki koniec może spotkać każdego, kto jest obdarzony Mocą.

- Rozumiem twoje obawy - przyznał cicho. - Sądzę jednak, że się mylisz. Uważam, że Konsyliarz celowo zaszczepił ci te obawy, skąpo wydzielając ci wiedzę i próbując cię zastraszyć. Czytałem zwoje Mocy. Wprawdzie nie zrozumiałem wszystkiego, ale wiem, że Moc to coś znacznie więcej niż tylko umiejętność porozumiewania się na odległość. Dzięki niej człowiek może żyć dłużej i w lepszym zdrowiu. Moc zwiększa siłę perswazji mówcy. Twoje szkolenie... Założę się, że Konsyliarz nauczył cię tylko tyle, ile musiał. - W głosie Ciernia słyszałem rosnące podniecenie, jakby mówił o jakimś ukrytym skarbie. - W Mocy kryją się ogromne, niewiarygodne możliwości. Z niektórych pism wynika, że można ją wykorzystać do uzdrawiania, do diagnozowania obrażeń i leczenia ich. Osoba obdarzona Mocą może czytać w oczach innych ludzi, poznawać ich obawy i uczucia. I...

- Cierniu.

Przez chwilę czułem wzbierający gniew, spowodowany tym, że czytał zwoje. Nie miał do tego prawa, pomyślałem, ale zaraz uświadomiłem sobie, że jeśli otrzymał je od królowej, to był jak najbardziej uprawniony do tego, żeby je przeczytać. Bo któż inny mógł to zrobić? Nie było już żadnego mistrza Mocy. Wszyscy obdarzeni tym darem powymierali. No, niezupełnie. Ja ich zabiłem. Pozabijałem jednego po drugim ostatnich przeszkolonych adeptów Mocy, członków kręgu stworzonego w Koziej Twierdzy. Zdradzili swego króla, więc zniszczyłem ich, a wraz z nimi ich magię. Racjonalna część mojego umysłu podpowiadała mi, że tego rodzaju magii nie należy wskrzeszać.

- Nie jestem mistrzem Mocy, Cierniu. Moja wiedza o niej jest skromna, a umiejętności nazbyt zawodne. Jeśli przeczytałeś zwoje, to z pewnością wiesz, że zażywanie kozłka to najgorsze, co może uczynić człowiek obdarzony Mocą. To ziele ogranicza, a nawet zabija magiczne umiejętności. Próbowałem unikać tego środka ze względu na uboczne skutki jego działania, jednak nawet powodowane przezeń otępienie jest lepsze od głodu Mocy. Czasem, kiedy nie mogłem już wytrzymać, zażywałem go przez kilka dni z rzędu. - Odwróciłem głowę, widząc zatroskaną minę starego. - Jeśli nawet miałem dar Mocy, to teraz jest już pewnie w zaniku.

Cierń odpowiedział łagodnie:

- Wydaje mi się, że twój nieustanny głód Mocy wskazuje, że jest wprost przeciwnie, Bastardzie. Przykro mi słyszeć, że tak cierpiałeś. Naprawdę nie mieliśmy o tym pojęcia. Myślałem, że głód Mocy jest czymś w rodzaju nałogu i w wyniku przymusowej abstynencji po pewnym czasie słabnie.

- Nie, nic podobnego. Czasem tylko przycicha. Mijają miesiące, a nawet lata, i bez żadnej wyraźnej przyczyny głód znów się budzi. - Na moment zacisnąłem powieki. Rozmowa o tym przypominała grzebanie w otwartej ranie. - Cierniu, wiem, że właśnie z tego powodu przejechałeś taki szmat drogi i zadałeś sobie tyle trudu, żeby mnie odszukać. Usłyszałeś już moją odmowę. Czy teraz możemy porozmawiać o czymś innym? Bo ta rozmowa... sprawia mi ból.

Milczał przez chwilę, a potem powiedział z wymuszoną swobodą:

- Oczywiście. Mówiłem Ketriken, że wątpię, czy zgodzisz się na nasz plan. - Westchnął. - Po prostu będę musiał sam jakoś sobie radzić z tym, co udało mi się zrozumieć ze zwojów. No dobrze. Co teraz chcesz usłyszeć?

- Chyba nie powiesz mi, że zamierzasz uczyć Sumiennego korzystania z Mocy na podstawie tego, co zdołałeś wyczytać ze zwojów? - Nagle zaczął wzbierać we mnie gniew.

- Nie pozostawiasz mi wyboru - zauważył uprzejmie.

- Czy pojmujesz, na jakie narazisz go niebezpieczeństwo? Moc opanowuje człowieka, Cierniu, i niczym magnes przyciąga jego umysł i serce. I człowiek pragnie się z nią zjednoczyć. Jeśli książę choć przez chwilę podda się temu uczuciu, będzie stracony. I nie będzie przy nim nikogo obdarzonego Mocą, kto mógłby wyruszyć za nim i wyciągnąć go z jej nurtu.

Wyraz twarzy Ciernia nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, że nie ma on zielonego pojęcia, o czym mówię. Odparł z uporem:

- Wyczytałem w zwojach, że bardzo niebezpiecznie jest pozostawić człowieka obdarzonego Mocą bez żadnego szkolenia. Zdarzało się, że tacy ludzie zaczynali instynktownie posługiwać się Mocą, nie mając pojęcia, jak ją kontrolować i co może im grozić. Moim zdaniem, nawet skromna wiedza może być dla księcia lepsza niż kompletna nieświadomość.

Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknąłem. Nabrałem tchu i powoli wypuściłem powietrze z płuc.

- Nie dam się w to wciągnąć, Cierniu, odmawiam. Obiecałem to sobie przed wieloma laty. Siedziałem przy Stanowczym i patrzyłem, jak umiera. Nie zabiłem go, ponieważ obiecałem sobie, że już nie będę skrytobójcą, narzędziem w cudzych rękach. Nie pozwolę, żeby mną manipulowano i wykorzystywano mnie. Dość już złożyłem w ofierze. Uważam, że zasłużyłem na emeryturę. A jeśli ty i Ketriken jesteście innego zdania i nie będziecie już wspierać mnie finansowo, to trudno, jakoś sobie poradzę.

Dobrze, że w końcu otwarcie postawiłem tę kwestię. Za pierwszym razem, kiedy po odjeździe Wilgi znalazłem pod łóżkiem sakiewkę z monetami, poczułem się urażony. Hodowałem tę urazę przez kilka miesięcy, aż do czasu następnej wizyty Wilgii. Wyśmiała mnie i powiedziała, że wbrew moim domysłom nie jest to jej zapłata za moje usługi, lecz pensja z Królestwa Sześciu Księstw. Właśnie wtedy musiałem pogodzić się z myślą, że cokolwiek wie o mnie Wilga, Cierń również o tym wie. To on przysyłał mi porządny papier i atrament, które czasem przywoziła. Zapewne po każdym powrocie do Koziej Twierdzy składała mu raport. Powtarzałem sobie, że nie ma się czym przejmować. Teraz jednak zadawałem sobie pytanie, czy przez te wszystkie lata dyskretnego nadzoru Cierń cierpliwie czekał, aż znów będę mógł mu się przydać. Chyba wyczytał to z mojej twarzy.

- Chłopcze, uspokój się. - Stary skrytobójca wyciągnął rękę i uspokajająco poklepał moją dłoń. - O niczym takim nie było mowy. Oboje doskonale zdajemy sobie sprawę, jak wiele ci zawdzięczamy: nie tylko my oboje, ale całe Królestwo Sześciu Księstw. Królestwo zapewni ci utrzymanie do końca twoich dni. A co do szkolenia księcia Sumiennego, nie zawracaj sobie tym głowy. To przecież nie twoje zmartwienie.

Ponownie z niepokojem zacząłem się zastanawiać, jak dużo wie.

- Jak sam powiedziałeś, to nie moja sprawa. Mogę tylko cię ostrzec, żebyś zachował ostrożność.

- Ach, Bastardzie, czy widziałeś, żebym kiedyś był nieostrożny?

Oczy Ciernia uśmiechnęły się do mnie znad krawędzi kubka.

Usiłowałem zepchnąć jego propozycję w mrok niepamięci, ale równie dobrze mógłbym próbować wyrwać drzewo z korzeniami. Trochę się obawiałem, że ucząc młodego księcia, niedoświadczony Cierń może wpakować go w poważne niebezpieczeństwo. Najważniejsze było jednak to, że tworząc nowy krąg Mocy, mógłbym zaspokoić dręczący mnie głód. Zdałem sobie sprawę, że nie mogę nie podjąć się tego zadania i skazać innych na taki los jak mój.

Cierń dotrzymał słowa i nie wspomniał już więcej o Mocy. Zamiast tego rozmawialiśmy o ludziach, których znałem z Koziej Twierdzy, i o tym, co się z nimi stało. Brzeszczot został dziadkiem, a Lamówkę ból stawów w końcu zmusił do przejścia na emeryturę. Pomocnik był teraz koniuszym w Koziej Twierdzy. Ożenił się z kobietą z głębi lądu, o ogniście rudych włosach i takim samym temperamencie. Wszystkie ich dzieci miały rude włosy. Żona trzymała go krótko i zdaniem Ciernia było mu z tym dobrze. Ostatnio zamęczała go, żeby przenieśli się do jej rodzinnego Księstwa Trzody, a on chyba przychylał się do tego żądania. Dlatego właśnie Cierń pojechał do Brusa, żeby zaproponować mu objęcie swojego dawnego stanowiska. I tak powoli ożywały wspomnienia i z mej pamięci wyłaniały się niemal całkowicie zapomniane twarze. Aż do bólu zatęskniłem za Kozią Twierdzą i nie potrafiłem powstrzymać się od zadawania kolejnych pytań. Kiedy oplotkowaliśmy już wszystkich znajomych, oprowadziłem go po moim gospodarstwie, jakby był starą ciotką, która przybyła z wizytą do krewnej. Pokazałem mu moje kury i wierzby, mój ogród i szopę, w której sporządzałem barwniki i kolorowe inkausty, sprzedawane następnie przez Trafa na targu. Ta ostatnia informacja nieco go zaskoczyła.

- Przywiozłem ci inkausty z Koziej Twierdzy, ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy twoje nie są lepsze.

Poklepał mnie po ramieniu, tak jak kiedyś, gdy właściwie mieszałem składniki trucizny, i tak samo jak wtedy poczułem się dumny, że spełniłem jego oczekiwania.

Pokazałem mu znacznie więcej, niż zamierzałem. Kiedy spoglądał na rabaty z kwiatami, z pewnością zastanawiał się, ile ziół ma działanie uspokajające i przeciwbólowe. A gdy pokazałem mu ławeczkę na szczycie klifowego brzegu, powiedział cicho:

- Tak, Szczeremu spodobałoby się tutaj.

Nie wspomniał już więcej o Mocy.

Tego wieczoru rozmawialiśmy do późna i potem pokazałem mu podstawowe reguły gry w kamienie, której nauczyła mnie Pustułka. Ślepun znudził się naszą długą rozmową i ruszył na polowanie. Wyczułem, że był odrobinę zazdrosny, ale postanowiłem mu to później wynagrodzić. Kiedy przestaliśmy grać, skierowałem rozmowę na temat samego Ciernia i jego pracy. Z uśmiechem przyznał, że cieszy go powrót na dwór i między ludzi. Opowiadał mi - co dawniej rzadko czynił - o swojej młodości. Był wesołym hulaką, zanim przez nieuwagę poparzył się wywarem. Wstydził się swojej powierzchowności do tego stopnia, że wybrał życie w cieniu i fach królewskiego skrytobójcy. Jednak w ostatnich latach powrócił do młodzieńczych zwyczajów, ciesząc się tańcami i spotkaniami z damami. Byłem z tego rad, więc tylko żartowałem, pytając:

- A jak godzisz swoją sekretną pracę dla korony z tymi wszystkimi randkami?

Odpowiedział szczerze:

- Jakoś sobie radzę. Mój obecny uczeń jest bystry i chętny do nauki, więc niedługo będę mógł przekazać moje obowiązki w młodsze ręce.

Przez moment poczułem ukłucie zazdrości na myśl o tym, że na moje miejsce wziął sobie innego ucznia. W następnej chwili pojąłem jednak niedorzeczność takiej reakcji. Przezorni zawsze będą potrzebowali człowieka potrafiącego dyskretnie wymierzać królewską sprawiedliwość. Ja oznajmiłem im, że nie będę już królewskim skrytobójcą, lecz to wcale nie oznaczało, że taki człowiek nie jest im już potrzebny.

- Zatem wciąż prowadzisz swoje eksperymenty i nauczasz w tej komnacie na wieży.

Z powagą skinął głową.

- Tak. Prawdę mówiąc... - Nagle wstał z fotela przy palenisku. Bezwiednie usiedliśmy tak, jak niegdyś mieliśmy w zwyczaju: on na fotelu przy piecu, a ja na podłodze u jego stóp. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, jakie to dziwne, a zarazem jakże naturalne. Cierń przetrząsnął złożone na stole juki. Wyjął z nich poplamiony bukłak z twardej skóry.

- Przywiozłem go, żeby ci pokazać, a przez tę całą naszą gadaninę o mało nie zapomniałem. Pamiętasz moją fascynację sztucznymi ogniami, dymami i tym podobnymi rzeczami?

Skrzywiłem się. Ta jego "fascynacja" nieraz dała nam się we znaki. Wolałbym zapomnieć ten ostatni raz, kiedy widziałem skutki użycia jego sztucznych ogni. Sprawił, że pochodnie w Koziej Twierdzy płonęły niebieskim blaskiem i gasły. To było w tę noc, kiedy książę Władczy bezprawnie obwołał się dziedzicem korony Przezornych. Tamtej nocy zamordowano króla Roztropnego i aresztowano mnie pod takim zarzutem. Jeśli Cierń przypomniał sobie o tym, to niczym tego nie zdradził. Lekkim krokiem wrócił do mnie, niosąc bukłak.

- Czy masz kartkę papieru? Ja chyba nie zabrałem ani kawałka.

Znalazłem kartkę i z niepokojem patrzyłem, jak oddarł długi pasek, zgiął go wpół, poczym starannie nasypał we wgłębienie sporą dawkę proszku. Potem złożył papier i spiralnym zwojem zabezpieczył przed rozwinięciem.

- Teraz popatrz! - rzucił niecierpliwie.

Z niepokojem patrzyłem, jak wkłada zwitek w ogień na palenisku. Cokolwiek miał zrobić ten ładunek: rozbłysnąć, zaiskrzyć czy dymić - niczego takiego nie zrobił. Papier zbrązowiał, zajął się ogniem i spłonął. W powietrzu rozeszła się jedynie nikła woń siarki. To wszystko. Drwiąco uniosłem brew.

- To nie tak miało być! - zaprotestował zaczerwieniony.

Pośpiesznie sporządził następny taki zwitek papieru, lecz tym razem hojniej nasypał do niego proszku z małej buteleczki. Umieścił papier w najżywiej skaczących płomieniach. Odchyliłem się do tyłu, przygotowany na najgorsze, ale i tym razem się rozczarowaliśmy. Potarłem szczękę, kryjąc uśmiech na widok jego zgnębionej miny.

- Pomyślisz sobie, że już nic nie umiem! - wykrzyknął.

- Och, w żadnym razie - zapewniłem, z trudem powstrzymując śmiech.

Tym razem skręcił z papieru coś podobnego do grubej kiełbasy, z której końców wysypywał się proszek. Przezornie wstałem i odszedłem od pieca, kiedy wkładał ładunek w ogień. Jednak, tak jak poprzednie, i ten zwitek po prostu spłonął.

Cierń prychnął z obrzydzeniem. Zerknął w ciemny otwór flaszki i potrząsnął nią. Potem z odrazą zatkał ją korkiem.

- Wilgoć dostała się do środka i popsuła mi całe przedstawienie.

Cisnął flaszkę w ogień, co u oszczędnego Ciernia było oznaką niezwykłej irytacji. Usiadłem z powrotem przy piecu i wyczułem, jak bardzo stary mistrz czuje się rozczarowany. Zrobiło mi się go żal. Próbowałem jakoś złagodzić ten cios.

- To mi przypomina, jak pomyliłem dymny proszek ze sproszkowanym korzeniem lancetnika. Pamiętasz? Łzy płynęły mi z oczu całymi godzinami.

Parsknął śmiechem.

- Pamiętam.

Milczał, uśmiechając się do własnych myśli. Wiedziałem, że wrócił w nich do dawnych czasów, gdy byliśmy razem. Potem pochylił się i położył dłoń na moim ramieniu.

- Bastardzie - powiedział z naciskiem, spoglądając mi w oczy - nigdy cię nie oszukałem, prawda? Zawsze byłem szczery i od samego początku mówiłem ci, czego cię uczę.

Wtedy dopiero dostrzegłem, jak wiele nas teraz dzieli. Położyłem rękę na jego dłoni i patrzyłem w płomienie.

- Zawsze byłeś wobec mnie uczciwy, Cierniu. Jeśli ktoś mnie zawiódł, to ja sam siebie. Obaj służyliśmy królowi i zrobiliśmy dla sprawy to, co trzeba. Nie wrócę do Koziej Twierdzy, jednak nie z powodu tego, co ty uczyniłeś, ale tego, kim ja się stałem. Nie mam do ciebie żadnych pretensji, o nic.

Odwróciłem się i spojrzałem na niego. Miał poważny wyraz twarzy, a w jego oczach wyczytałem to, czego mi nie powiedział. Tęsknił za mną. Prosząc mnie, żebym wrócił do Koziej Twierdzy, działał nie tylko w imieniu swojej królowej, ale i własnym. Wciąż byłem kochany, przynajmniej przez Ciernia. To mnie poruszyło, ścisnęło mnie w gardle. Usiłowałem obrócić wszystko w żart.

- Nigdy nie twierdziłeś, że jako twój uczeń będę wiódł spokojne i bezpieczne życie.

Jakby na potwierdzenie tych słów, w palenisku nagle potężnie huknęło. Gdybym nie był zwrócony twarzą do gościa, zapewne zostałbym oślepiony, a tak tylko ogłuszył mnie huk towarzyszący rozbłyskowi. Poczułem ukłucia śmigających w powietrzu iskier, a ogień w piecu ryknął jak wściekły zwierz. W następnej chwili lawina sadzy z dawno nieczyszczonego komina prawie zgasiła ogień. Biegaliśmy z Cierniem po komnacie, zadeptując czerwone skry i odrzucając kopniakami kawałki płonącej flaszki z powrotem w palenisko, by nie zajęła się od nich podłoga.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadł Ślepun. Zatrzymał się w miejscu, szorując pazurami po podłodze.

- Nic mi nie jest, nic mi nie jest! - zapewniłem go, przekrzykując dzwonienie w uszach.

Ślepun prychnął z obrzydzeniem na przykry zapach i nie podzieliwszy się ze mną nawet jedną myślą, wymaszerował z powrotem w noc.

Cierń poklepał mnie po ramieniu.

- Zgasiłem ostatnią iskrę - zapewnił mnie.

Przez długą chwilę doprowadzaliśmy izbę do porządku, po czym ponownie roznieciliśmy ogień w piecu. Cierń przezornie odsunął fotel od paleniska, a ja także nie usiadłem na poprzednim miejscu.

- Czy nie tak właśnie miał działać ten proszek? - spytałem, gdy uspokoiliśmy skołatane nerwy następną porcją brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów.

- Nie! Na jaja Ela, chłopcze, czy myślisz, że mógłbym zrobić coś takiego w twoim piecu? Ten proszek zawsze dawał nagły błysk białego światła, niemal oślepiający, ale nie powinien był wybuchnąć. Zastanawiam się, dlaczego eksplodował. Co było nie tak? Do licha. Chciałbym sobie przypomnieć, co ostatnio przechowywałem w tej flaszce...

Gniewnie zmarszczył brwi i zapatrzył się w płomienie, a ja pomyślałem, że jego nowy czeladnik będzie teraz musiał łamać sobie głowę nad tym, co spowodowało wybuch. Nie zazdrościłem mu doświadczeń, jakie niewątpliwie będzie musiał z tego powodu przeprowadzić.

Cierń spędził noc na moim łóżku, podczas gdy ja przeniosłem się na posłanie Trafa. Następnego ranka obaj czuliśmy, że wizyta dobiegła końca. Nagle nie mieliśmy już o czym mówić, a nie było sensu gadać o byle czym. Poczułem, że dzieli nas przepaść. Po co miałbym go pytać o ludzi, których nigdy nie zobaczę, dlaczego on miałby opowiadać mi o politycznych intrygach, które nie miały dla mnie żadnego znaczenia? Przez jedno długie popołudnie i wieczór nasze ścieżki znowu się przecięły, lecz z nadejściem szarego świtu byłem już zajęty codzienną krzątaniną: noszeniem wody, karmieniem drobiu, szykowaniem śniadania i myciem naczyń. Z każdą chwilą niezręcznego milczenia coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie. Niemal zacząłem żałować, że w ogóle przyjechał.

Po śniadaniu oznajmił, że musi ruszać, a ja nawet nie próbowałem go zatrzymać. Obiecałem, że otrzyma zwój z opisem reguł gry w kamyki, kiedy tylko go ukończę. Dałem mu kilka zwojów, na których spisałem zasady dawkowania uspokajających naparów, oraz kilka korzeni rosnących w moim ogrodzie roślin leczniczych, których nie znał. Ponadto dałem mu kilka buteleczek z kolorowymi inkaustami. Wtedy podjął raz jeszcze próbę zmiany mojej decyzji, stwierdzając, że w Koziej Twierdzy byłby duży popyt na takie rzeczy. Skinąłem na to głową i powiedziałem, że kiedyś poślę tam Trafa. Potem osiodłałem i przyprowadziłem mu jego piękną klacz. Uściskał mnie na pożegnanie, dosiadł jej i odjechał. Stałem i patrzyłem, jak oddala się dróżką. Nagle u mego boku pojawił się Ślepun i wsunął łeb pod moją dłoń.

"Żałujesz?".

"Wielu rzeczy. Wiem jednak, że gdybym z nim pojechał i zrobił to, czego chciał, żałowałbym jeszcze bardziej".

Mimo to nie mogłem ruszyć się z miejsca i stałem, spoglądając w ślad za Cierniem. Jeszcze nie jest za późno, pomyślałem. Wystarczyłby jeden okrzyk, a wróciłby po mnie. Zacisnąłem zęby.

Ślepun trącił nosem moją dłoń.

"Rusz się. Chodźmy na polowanie. Bez chłopca, bez łuku. Tylko ty i ja".

- Brzmi nieźle - odparłem.

Tak też zrobiliśmy, i nawet udało nam się złapać wiosennego królika. Dobrze było znowu rozprostować kości i udowodnić sobie, że wciąż potrafię to zrobić, że jeszcze nie jestem zgrzybiałem starcem i tak samo jak Traf potrzebuję jakiejś odmiany. Potrzebuję nauczyć się czegoś nowego. To było zawsze zalecane przez Cierpliwą lekarstwo na nudę. Gdy tego wieczoru rozejrzałem się po mojej chacie, wydała mi się ciasna, a nie przytulna. To, co kilka dni temu jawiło mi się znajome i zaciszne, teraz wyglądało nijako. Wiedziałem, że sprawił to kontrast między barwnymi opowieściami Ciernia o Koziej Twierdzy a monotonią mojego życia. Jednak taki niepokój, raz obudzony, trudno uciszyć.

Usiłowałem przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz spędziłem noc poza domem. Wiodłem naprawdę ustabilizowany żywot. Co roku w porze żniw ruszałem na miesiąc w świat, wynajmując się do koszenia, grabienia siana lub zrywania jabłek. Te dodatkowe pieniądze bardzo mi się przydawały. Dwa razy do roku udawałem się do pobliskiego miasteczka, by wymienić moje inkausty i barwniki na odzież, garnki i tym podobne rzeczy. Przez ostatnie dwa lata posyłałem tam chłopca na jego tłustym, starym kucu. Moje życie biegło tak ustalonym trybem, że nawet tego nie zauważałem.

"No tak. Cóż więc chcesz robić?".

Ślepun przeciągnął się i ziewnął zrezygnowany.

"Sam nie wiem" - wyznałem staremu wilkowi. "Coś innego. Co byś powiedział na to, żebyśmy trochę pokręcili się po świecie?".

Ślepun na chwilę wycofał się do tej części swego umysłu, która była jego niepodzielną własnością, a potem zapytał z lekką urazą:

"Czy obaj będziemy podróżowali pieszo, czy też oczekujesz, że przez cały dzień będę podążał za twoim koniem?".

"Dobre pytanie. A jeśli obaj pójdziemy pieszo?".

"Myślisz o tym miejscu wysoko w górach, prawda?".

"O starożytnym mieście? Tak".

"Zabierzemy chłopca?".

"Myślę, że zostawimy tu Trafa, żeby sam sobie radził. To mu dobrze zrobi. Poza tym ktoś musi zająć się kurami".

"Zatem nie wyruszymy, dopóki chłopiec nie wróci?".

Skinąłem głową. Zastanawiałem się, czy zupełnie postradałem rozum.

Zastanawiałem się, czy w ogóle jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Rozdział 2 Wilga

Wilga Słowicza, pieśniarka królowej Ketriken, zainspirowała tyleż pieśni, ile ich sama ułożyła. Legendarna towarzyszka królowej Ketriken podczas wyprawy w poszukiwaniu Najstarszych po wojnie szkarłatnych okrętów, przez kilkadziesiąt lat pozostawała na służbie Przezornych, będąc świadkiem odbudowy Królestwa Sześciu Księstw. Oddawała królowej nieocenione usługi w niespokojnych czasach, które nastąpiły po odbiciu Koziej Twierdzy. Powierzano jej nie tylko skomplikowane kwestie traktatów pokojowych i umów między szlacheckimi rodami, ale również amnestii dla band rabusiów i przemytników. O wielu swoich misjach sama ułożyła pieśni, lecz z pewnością wykonywała również na polecenie rodu Przezornych tajne zadania, zbyt delikatne, by kiedykolwiek mogły być opiewane w pieśniach.

Wilga nie wracała z Trafem przez całe dwa miesiące. Ta długa nieobecność wywołała najpierw moją irytację, a potem złość. Złość na samego siebie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak przywykłem polegać na sile chłopaka, dopóki sam nie musiałem robić tego, co należało do jego obowiązków. Wizyta Ciernia coś we mnie obudziła. Nie potrafiłem tego nazwać, ale miałem wrażenie, że dręczy mnie jakiś demon, próbujący mi pokazać wszystkie ujemne strony mojego skromnego życia. Spokojna atmosfera chatki wydawała mi się teraz gnuśna. Czy naprawdę minął rok od dnia, w którym wepchnąłem kamień pod osiadający schodek ganku i obiecałem sobie, że naprawię go później? Nie, nawet półtora roku.

Doprowadziłem więc ganek do porządku, a potem nie tylko wysprzątałem kurnik, ale jeszcze go wybieliłem i położyłem wyściółkę ze świeżo ściętej trzciny. Naprawiłem przeciekający dach szopy w ogrodzie, a potem wyciąłem w niej okno i zasłoniłem natłuszczoną skórą, co zamierzałem zrobić już od dwóch lat. Zrobiłem wiosenne porządki w chacie, najdokładniejsze od kiedy w niej zamieszkałem. Ściąłem nadłamany konar jesionu i spuściłem go prosto na dach świeżo uprzątniętego kurnika, a potem ponownie pokryłem kurnik dachem. Właśnie kończyłem, gdy Ślepun powiedział, że słyszy stukot końskich kopyt. Zszedłem z dachu, włożyłem koszulę i wyszedłem przed chatę, żeby powitać Wilgę i Trafa, którzy właśnie nadjeżdżali traktem.

Nie wiem, czy sprawiło to długie rozstanie, czy też mój na nowo rozbudzony niepokój, ale czułem się tak, jakbym nagle ujrzał Trafa i Wilgę po raz pierwszy w życiu. Nie tylko z powodu nowego odzienia, które nosił Traf, podkreślającego długość jego nóg i szerokość barów. Wyglądał zabawnie na grzbiecie starego, tłustego kuca, z czego na pewno zdawał sobie sprawę. Ten kucyk tak samo nie pasował do dorastającego młodzieńca, jak jego krótkie łóżko w mojej chacie i senny tryb mego życia. Nagle zrozumiałem, że nie mam prawa żądać, aby pozostał w domu i pilnował kur, kiedy ja wyruszę na poszukiwanie przygód. Jeśli szybko nie wyprawię go z domu, żeby poszukał własnej drogi, lekkie zniechęcenie w jego różnobarwnych oczach, spowodowane powrotem do domu, szybko przerodzi się w głębokie rozczarowanie. Traf, którego przyjąłem pod mój dach, chyba w takim samym stopniu pomógł mnie, jak ja jemu. Lepiej więc będzie wysłać młodzieńca w świat niż czekać, aż stanę się dla niego kłopotliwym ciężarem.

Nie tylko Trafa ujrzałem w innym świetle. Wilga, żwawa jak zawsze, z uśmiechem przerzuciła nogę nad końskim grzbietem i zsunęła się z siodła. Kiedy ruszyła do mnie z szeroko rozłożonymi rękami, zamierzając mnie objąć, nagle zdałem sobie sprawę z tego, jak niewiele wiem o jej obecnym życiu. Spojrzałem w jej ciemne, roześmiane oczy i po raz pierwszy zauważyłem w ich kącikach kurze łapki. Z biegiem lat ubierała się coraz lepiej, jeździła na coraz lepszych wierzchowcach i nosiła kosztowniejszą biżuterię. Dziś gęste czarne włosy spięła grubą srebrną klamrą. Najwyraźniej doskonale jej się powodziło. Pojawiała się u mnie trzy lub cztery razy w roku, by zostać na kilka dni i zaburzyć moją spokojną egzystencję swoimi pieśniami i opowieściami. Nalegała na przyrządzanie potraw wedle jej upodobań, rozrzucała mnóstwo swoich rzeczy na stole, biurku i podłodze, a moje łóżko przestawało być miejscem służącym do odpoczynku. Pierwsze dni po jej wyjeździe przypominały wiejski gościniec z unoszącą się nad nim gęstą chmurą kurzu po przejeździe karawany jeźdźców. Miałem wtedy wrażenie, że brak mi tchu i świat niknie mi w oczach, dopóki znów nie przywykłem do monotonii codziennych zajęć.

Uścisnąłem ją mocno i poczułem zapach perfum i kurzu unoszący się z jej włosów. Cofnęła się o krok, spojrzała mi w oczy i natychmiast zapytała:

- Co się stało? Jesteś jakiś nieswój.

Uśmiechnąłem się smutno.

- Opowiem ci później - obiecałem, i oboje wiedzieliśmy już, że to będzie jedna z naszych długich nocnych rozmów.

- Idź się umyć - mruknęła i lekko mnie odepchnęła. - Śmierdzisz jak mój koń.

Podszedłem, żeby przywitać Trafa.

- No, chłopcze, jak było? Czy wiosenny festyn w Koziej Twierdzy spełnił nadzieje obudzone przez opowieści Wilgi?

- Był niezły - odparł obojętnie.

W jego różnobarwnych oczach - jednym piwnym, a drugim niebieskim - dostrzegłem udrękę.

- Trafie? - zapytałem z niepokojem, ale on odsunął się ode mnie, zanim zdążyłem położyć dłoń na jego ramieniu.

Zaraz zawstydził się swego nieuprzejmego zachowania, bo wychrypiał:

- Idę umyć się w strumieniu. Cały jestem pokryty kurzem.

"Idź z nim. Nie wiem, co się stało, ale wyraźnie potrzebuje przyjaciela".

"Najlepiej takiego, który nie zadaje pytań" - przytaknął Ślepun.

Z nisko spuszczonym łbem i podniesionym ogonem poszedł za chłopcem. Lubił Trafa tak samo jak ja i miał spory udział w jego wychowaniu.

Kiedy obaj zniknęli mi z oczu, odwróciłem się do Wilgi.

- Czy wiesz, o co mu chodzi?

Wzruszyła ramionami i odparła z uśmiechem:

- Ma piętnaście lat. Czy w tym wieku ponury nastrój musi mieć konkretny powód? To może być cokolwiek: jakaś dziewczyna nie pocałowała go podczas festynu albo wprost przeciwnie, właśnie to zrobiła. Wyjazd z Koziej Twierdzy i powrót do domu. Niesmaczna kiełbasa na śniadanie. Zostaw go w spokoju, nic mu nie będzie.

Spojrzałem na drzewa, między którymi zniknął chłopiec i wilk.

- Może moje doświadczenia z tego okresu są nieco inne niż twoje - mruknąłem.

Wilga weszła do chaty, a ja zająłem się jej koniem i kucem zwanym Goździkiem. Pomyślałem, że Brus kazałby mi najpierw zająć się wierzchowcem, nie zważając na mój ponury nastrój. No cóż, nie jestem Brusem, powiedziałem sobie. Zastanawiałem się, czy Pokrzywę, Rycerza i Nima wychowywał równie surowo jak mnie. Szkoda, że nie zapytałem Ciernia o imiona pozostałych dzieci. Nim skończyłem oporządzać zwierzęta, zacząłem żałować, że Cierń w ogóle się pojawił. Jego wizyta przywołała zbyt wiele wspomnień. Stanowczo odepchnąłem je od siebie. Traf ochlapał sobie twarz wodą i poszedł w las, mamrocząc coś pod nosem. Szedł tak nieostrożnie, że nie miał szans cokolwiek upolować. Westchnąłem i wszedłem do chaty.

Wilga wysypała już zawartość juków na stół. Zdjęła buty i rzuciła je tuż za progiem, a płaszcz niedbale przewiesiła przez poręcz krzesła. Woda w czajniku zaczynała wrzeć. Wilga stała na taborecie przed kuchenną szafką; kiedy wszedłem, pokazała mi brązową paczuszkę.

- Czy ta herbata jest jeszcze dobra? Dziwnie pachnie.

- Jest wspaniała. Zejdź ze stołka. - Chwyciłem ją w talii i z łatwością postawiłem na podłodze, chociaż zabolała mnie przy tym stara blizna na plecach. - Usiądź, ja zaparzę herbatę. Opowiedz mi o wiosennym festynie.

Podczas gdy ja podzwaniałem kubkami, kroiłem bochenek chleba i odgrzewałem potrawkę z królika, ona opowiadała o Koziej Twierdzy. Jak zwykle mówiła o dobrych lub kiepskich występach minstreli, plotkowała o nieznanych mi damach i panach, chwaliła lub ganiła jadło podawane na stoły różnych wielmożów, u których gościła. Każda jej opowieść była zabawna, więc śmiałem się, zapominając powoli o bólu, jaki obudził we mnie Cierń. Czułem, że nie tęsknię za Kozią Twierdzą czy życiem w mieście, lecz za dniami dzieciństwa i przyjaciółmi, których tam miałem. Taka tęsknota była bezpieczna, bo tamte czasy nie mogły już powrócić. Zaledwie kilka osób wiedziało, że wciąż żyję, i chciałem, żeby tak zostało. Powiedziałem o tym Wildze.

- Czasem twoje opowieści budzą w moim sercu tęsknotę i chęć powrotu do Koziej Twierdzy, ale nie mogę tam wrócić.

Zmarszczyła brwi.

- Nie rozumiem dlaczego.

Roześmiałem się.

- Nie sądzisz, że ktoś mógłby się zdziwić, gdyby zobaczył mnie żywego?

Przechyliła głowę i spojrzała mi w oczy.

- Myślę, że mało kto, nawet z twoich starych przyjaciół, zdołałby cię teraz rozpoznać. Wszyscy pamiętają cię jako gładkolicego młodzieńca. Złamany nos, blizna na twarzy i ten siwy kosmyk we włosach wystarczająco zmieniły twój wygląd. Kiedyś ubierałeś się jak syn księcia, a teraz nosisz strój wieśniaka. Kiedyś byłeś zwinny jak wojownik. Teraz... no cóż, rankiem lub w chłodne dni poruszasz się ostrożnie jak staruszek. - Z ubolewaniem pokręciła głową i dodała: - Nie dbasz o swój wygląd, a czas nie był dla ciebie łaskawy. Mógłbyś podawać się za starszego o pięć, a nawet o dziesięć lat, i nikt by tego nie kwestionował.

Trochę ubodła mnie taka ocena z ust mojej kochanki.

- Cóż, dobrze wiedzieć - odparłem sucho.

Zdjąłem dzbanek z ognia, przez chwilę unikając jej spojrzenia.

- Jeśli wziąć pod uwagę, że ludzie zwykle widzą to, co chcą zobaczyć, a nie spodziewają się ujrzeć cię żywym... Myślę, że mógłbyś zaryzykować. Zatem zastanawiasz się nad powrotem do Koziej Twierdzy?

- Nie - odparłem trochę za ostro, ale nie przychodziło mi do głowy nic, co mogłoby złagodzić tę odpowiedź.

- Szkoda. Wiele tracisz, żyjąc tu samotnie.

I natychmiast zaczęła opisywać mi zabawę, jaka odbyła się z okazji święta wiosny. Pomimo kiepskiego nastroju uśmiałem się, gdy opisała mi, jak młodziutka szesnastoletnia wielbicielka poprosiła Ciernia do tańca. Wilga miała rację. Chciałbym tam być.

Przygotowując posiłek dla nas wszystkich, przyłapałem się na tym, że znów zadręczam się rozważaniami typu "co by było, gdyby". Co by się stało, gdybym wrócił do Koziej Twierdzy razem z królową i Wilgą? Gdybym wrócił do Sikorki i naszego dziecka? I zawsze moje przemyślenia kończyły się katastrofą. Gdybym wrócił do Koziej Twierdzy żywy, podczas gdy wszyscy sądzili, że zostałem stracony za praktykowanie magii Rozumienia, doprowadziłbym do rozłamu w chwili, gdy Ketriken usiłowała zjednoczyć królestwo. Niektórzy woleliby widzieć we mnie władcę, bo choć z nieprawego łoża, to pochodziłem jednak z rodu Przezornych, natomiast królowa władała tylko dzięki zawartemu małżeństwu. Inni chcieliby mnie stracić, tym razem jednak definitywnie.

A gdybym teraz wrócił do Sikorki i córki, chcąc je obie odzyskać? Pewnie mógłbym, gdybym dbał tylko o własne uczucia. Ona i Brus uznali mnie za zmarłego. Kobieta, która pod każdym względem - prócz nazwiska - była moją żoną, i mężczyzna, który był moim opiekunem i przyjacielem, żyli teraz razem. On zapewnił jej dach nad głową i troszczył się o nią, gdy nosiła pod sercem moje dziecko. Potem sam pomógł mu przyjść na świat. Razem bronili Pokrzywy przed siepaczami Władczego. Później Brus wziął ją za żonę i uznał dziecko za swoje, nie tylko po to, żeby je w ten sposób ochronić, ale dlatego że bardzo je kochał. Gdybym do nich wrócił, oboje mieliby wyrzuty sumienia, wstydziliby się łączącego ich związku. Brus na pewno zostawiłby mi Sikorkę i Pokrzywę. Poczucie honoru nie pozwoliłoby mu postąpić inaczej. Ale ja zawsze zastanawiałbym się, czy ona porównuje mnie z nim, czy ich miłość była silniejsza i lepsza...

- Przypalasz potrawkę - upomniała mnie Wilga.

Rzeczywiście. Nałożyłem porcje jedzenia i usiadłem przy stole. Starałem się zapomnieć o przeszłości, zarówno tej prawdziwej, jak i wyimaginowanej. Na szczęście Wilga bawiła mnie rozmową. Jak zwykle ja słuchałem, a ona opowiadała. Zaczęła od długiego opisu występu jakiejś początkującej pieśniarki, która nie tylko ośmieliła się zaśpiewać jedną z pieśni Wilgi, zmieniwszy zaledwie wers czy dwa, ale w dodatku podała się za autorkę tego utworu. Mówiąc, Wilga wymachiwała energicznie ręką, w której trzymała chleb. Niestety, jej opowieści wciąż budziły we mnie wspomnienia innych festynów. Czyżby przestało mi już odpowiadać to spokojne życie, które tutaj wiodłem? Przez tyle lat wystarczało mi jedynie towarzystwo chłopca i wilka. Co się stało?

Te rozważania nasunęły mi jeszcze jedno pytanie. Gdzie jest Traf? Zaparzyłem herbatę i nałożyłem na talerze porcje dla całej naszej trójki. Po pracy i podróży Traf zawsze był wygłodniały. To niepokojące, że nie przyłączył się do nas. Słuchając opowieści Wilgi, raz po raz spoglądałem na jego miskę z nietkniętą potrawką. Pochwyciła moje spojrzenie.

- Nie martw się o niego - powiedziała z lekką urazą. - To chłopiec i miewa chłopięce humory. Przyjdzie, kiedy naprawdę zgłodnieje.

"Albo zepsuje bardzo dobrą rybę, piekąc ją w ognisku" - przyszła do mnie wilcza myśl w odpowiedzi na zadane Rozumieniem pytanie. Byli przy strumieniu. Traf zrobił sobie prymitywną włócznię z kija, a wilk wszedł do wody i polował przy podmytym brzegu. Kiedy znalazł spore stado ryb, bez trudu zapędził jedną między głazy, zanurzył łeb pod wodę i złapał ją w zęby. Od zimnej wody rozbolały go stawy, ale szybko rozgrzeje się przy rozpalonym przez chłopca ognisku. Nic im nie będzie. "Nie martw się".

Była to bezużyteczna rada, ale udałem, że z niej korzystam. Skończyliśmy posiłek i umyłem talerze. Kiedy sprzątałem, Wilga usiadła przy palenisku, na którym płonął już ogień, i zaczęła stroić harfę. Już po chwili nieskładne dźwięki ułożyły się w melodię starej pieśni o córce młynarza. Kiedy skończyłem sprzątać, dołączyłem do Wilgi, przynosząc po kubku brzoskwiniówki z Piaszczystych Kresów. Usiadłem na fotelu, a ona została na podłodze, blisko ognia, opierając się o moje nogi. Obserwowałem jej palce przebiegające po strunach, szukając lekkich zniekształceń w miejscach, gdzie kiedyś złamano jej dwa palce - co miało być dla mnie ostrzeżeniem. Gdy skończyła grać, pochyliłem się i ucałowałem ją. Odłożyła harfę i oddała mi pocałunek, a potem wstała, wzięła mnie za ręce i pociągnęła z fotela. Gdy szedłem za nią do sypialni, zauważyła:

- Jesteś dziś wyjątkowo zgodny.

Mruknąłem coś w odpowiedzi. Nie chciałem przypominać jej, że wcześniej zraniła moje uczucia, bo postąpiłbym małostkowo i dziecinnie. Czy miała mnie okłamywać, mówiąc, że wciąż jestem młody i przystojny, choć wcale tak nie było? Czas wycisnął na mnie swoje piętno i należało się tego spodziewać. Mimo to Wilga wciąż do mnie wracała. Przez te wszystkie lata wracała do mnie i do mojego łóżka. To chyba też się liczy.

- Chciałeś mi o czymś powiedzieć - przypomniała.

- Później - odparłem.

Przeszłość czepiała się mnie, lecz odepchnąłem ją, chcąc całkowicie pogrążyć się w teraźniejszości. Moje obecne życie nie było takie złe. Było zwyczajne i nieskomplikowane, bez stresów. Czyż nie o takim zawsze marzyłem? O życiu, w którym sam mogę o wszystkim decydować? No a przecież nie byłem zupełnie sam. Miałem Ślepuna i Trafa, a także Wilgę - wtedy, kiedy mnie odwiedzała. Rozchyliłem jej kamizelkę i bluzkę, odsłaniając piersi, a ona rozpięła mi koszulę. Objęła mnie, ocierając się i mrucząc z zadowolenia jak kot. Przycisnąłem ją do piersi, pochyliłem się i pocałowałem w czubek głowy. To również było proste, a przecież jakże słodkie. Mój świeżo wypchany materac był tak miękki i pachnący jak wypełniające go trawy i zioła. Na pewien czas przestałem myśleć o czymkolwiek, usiłując dowieść nam obojgu, że wciąż jestem młody.

Potem przez jakiś czas błądziłem po pograniczu jawy i snu. Czasem myślę, że w tej krainie człowiek odpoczywa lepiej niż w głębokim śnie. Jego umysł podąża po obu tych stanach świadomości, odnajdując prawdy niedostrzegalne zarówno w dzień, jak i w nocy. Tam kryją się sprawy, o których wolelibyśmy nie wiedzieć, i czekają, aż uwolni je właśnie taki stan ducha.

Ocknąłem się. Przez chwilę wpatrywałem się szeroko otwartymi oczami w zalegającą izbę ciemność, zanim zrozumiałem, że sen już mnie opuścił. Jedna z szeroko rozrzuconych rąk Wilgi spoczywała na mojej piersi. We śnie ściągnęła z nas koc. Noc otulała cieniem jej zuchwałą nagość. Leżałem nieruchomo, słuchając oddechu Wilgi i wdychając zapach jej ciała i perfum; zastanawiałem się, co też mnie zbudziło. Wyślizgnąłem się z łóżka i wstałem, po omacku odnajdując koszulę i spodnie.

Dogasający żar paleniska oświetlał główną izbę, ale nie zatrzymałem się, żeby podłożyć do ognia. Otworzyłem drzwi i boso wyszedłem w ciepłą wiosenną noc. Przez moment stałem, oswajając się z mrokiem, a potem poszedłem przez otaczający chatę ogród na brzeg strumienia. Gliniasta ścieżka była mocno wydeptana od moich codziennych wędrówek po wodę. Korony drzew stykały się ze sobą, a noc była bezksiężycowa, lecz moje nogi znały tę drogę równie dobrze jak moje oczy. Wystarczyło mi zdać się na Rozumienie, które zaprowadzi mnie do wilka. Wkrótce dostrzegłem pomarańczowy blask dogasającego ogniska i poczułem unoszący się wokół zapach pieczonej ryby.

Spali przy ognisku - Ślepun zwinięty w kłębek, a Traf przytulony do niego i obejmujący ramieniem kark wilka. Kiedy podchodziłem, Ślepun otworzył oczy, ale się nie poruszył.

"Mówiłem ci, żebyś się nie martwił".

"Nie martwię się. Po prostu przyszedłem".

Traf pozostawił trochę chrustu przy ognisku. Rzuciłem gałązki na węgle, usiadłem i patrzyłem, jak płomienie liżą drewno. Pojaśniało i zrobiło się cieplej. Wiedziałem, że chłopiec nie śpi. Wychowany przy wilku, nauczył się wilczej czujności. Czekałem, aż zacznie mówić.

- To nie przez ciebie. A przynajmniej nie tylko przez ciebie.

Nie patrzyłem na niego, kiedy mówił. Czekałem. Milczenie przynosi wszystkie konieczne pytania, podczas gdy język jest skłonny zadawać tylko te niewłaściwe.

- Muszę to wiedzieć! - wybuchnął nagle.

Serce ścisnęło mi się na myśl, jakie to będzie pytanie. Podświadomie zawsze obawiałem się, że kiedyś je zada.

Nie powinienem był puścić go na ten wiosenny festyn, pomyślałem z rozpaczą. Gdybym trzymał go przy sobie, mój sekret nigdy nie wyszedłby na jaw.

On jednak zapytał o coś zupełnie innego.

- Czy wiedziałeś, że Wilga jest mężatką?

Wyraz mojej twarzy musiał być dla niego wystarczającą odpowiedzią. Traf ze współczuciem zamknął oczy.

- Przepraszam - powiedział cicho. - Powinienem był się domyślić, że nic nie wiesz, i powiedzieć ci o tym w oględniejszy sposób.

Radość, jaką sprawiała mi obecność tej kobiety, jej miłe wieczorne opowieści i muzyka przy piecu, a także spojrzenie roześmianych ciemnych oczu - nagle to wszystko stało się ułudą, zwodniczą i kradzioną przyjemnością. Okazałem się głupszy niż kiedykolwiek w moim życiu. Zamężna. Wilga była mężatką. Twierdziła, że nikt nie zechce pojąć jej za żonę, ponieważ była bezpłodna. Mówiła, że musi zdobyć pozycję jako pieśniarka, ponieważ nigdy nie będzie miała mężczyzny, który się o nią zatroszczy, ani dzieci, które się nią zaopiekują, gdy się zestarzeje. Pewnie wierzyła w to, kiedy mi o tym mówiła. Moim błędem zaś było przekonanie, że ta sytuacja nigdy się nie zmieni.

Ślepun podniósł się i wyprostował zesztywniałe kończyny. Podszedł i położył się obok mnie, opierając łeb o moje kolano.

"Jesteś chory?".

"Nie, tylko głupi".

"Ach, to żadna nowina. No cóż, od tego się nie umiera".

Zaczerpnąłem tchu.

- Opowiedz mi o tym.

Wiedziałem, że musi jak najszybciej mieć to za sobą.

Traf westchnął, podszedł i usiadł z drugiej strony Ślepuna. Podniósł z ziemi gałązkę i zaczął przegarniać nią żar.

- Chyba nie chciała, żebym się o tym dowiedział. Jej mąż nie mieszka w Koziej Twierdzy. Przyjechał, żeby zrobić jej niespodziankę i spędzić z nią festyn.

Nagle patyk się zapalił. Traf rzucił płonący kijek w ogień i zaczął odruchowo głaskać Ślepuna.

Wyobraziłem sobie prostodusznego starego wieśniaka, który w podeszłym wieku ożenił się z pieśniarką, być może mając już dorosłe dzieci z poprzedniego małżeństwa. Na pewno ją kochał, skoro wyprawił się aż do Koziej Twierdzy, żeby zrobić jej niespodziankę. Wiosenny festyn to tradycyjne święto zakochanych, starych i młodych.

- Nazywa się Rybak - ciągnął Traf - i jest spokrewniony z księciem Sumiennym. Daleki kuzyn, czy ktoś taki. Jest postawny i bardzo dobrze odziany. Miał na sobie dwa razy za szeroki płaszcz z futrzanym kołnierzem. I srebrne bransolety na obu rękach. Jest też silny. Podczas tańca podniósł Wilgę i kręcił nią w powietrzu, aż wszyscy ludzie odsunęli się, żeby na nich patrzeć. - Traf spojrzał mi w oczy. - Powinienem był wiedzieć, że o niczym nie masz pojęcia. Ty nie oszukiwałbyś w ten sposób innego mężczyzny.

- Nikogo nie oszukiwałem - zdołałem wreszcie wykrztusić. - A przynajmniej nie robiłem tego świadomie.

Odetchnął z ulgą.

- Zawsze tego mnie uczyłeś. - Zaczął opowiadać o tym, jak go to dotknęło. - Zobaczyłem, że się całują. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak się całował, oprócz ciebie i Wilgi. Pomyślałem, że cię zdradziła, a potem usłyszałem, jak przedstawiają go jako jej męża... - Zerknął na mnie z ukosa. - To naprawdę zraniło moje uczucia. Pomyślałem, że wiesz o wszystkim i wcale ci to nie przeszkadza, że przez te wszystkie lata inaczej mnie uczyłeś, a inaczej postępowałeś. Zastanawiałem się, czy uważasz mnie za głupca, który nigdy nie odkryje prawdy, i czy śmialiście się z Wilgą z mojej głupoty jak z dobrego żartu. Myślałem o tym bez końca, aż zacząłem kwestionować wszystko, czego mnie nauczyłeś. - Znów zapatrzył się w ogień. - Czułem się zdradzony przez ciebie.

Cieszyłem się, że myśli tylko o swoich rozterkach, a nie zastanawia się, jak bardzo mnie to zraniło. Lepiej niech wyrzuci to z siebie.

A zatem Wilga jest mężatką. Czemu nie? Nie miała niczego do stracenia, a wiele do zyskania. Wygodny dom, bogatego męża, zapewne jakiś szlachecki tytuł, bezpieczeństwo i wygody na stare lata, podczas gdy jej małżonek zyskał ładną i miłą żonę, do tego sławną pieśniarkę, którą mógł się pochwalić i której zazdrościli mu inni mężczyźni.

A kiedy jej się znudził, wyruszała w trasę, jak to mają w zwyczaju minstrele, spędzała ze mną kilka nocy, i żaden z nas niczego się nie domyślał. Żaden z nas? Czy aby na pewno było nas tylko dwóch?

- Myślałeś, że ona sypia tylko z tobą?

Bezpośredni chłopak ten Traf. Zastanawiałem się, jakie pytania zadawał Wildze w drodze powrotnej do domu.

- Chyba wcale się nad tym nie zastanawiałem - przyznałem.

Z tyloma rzeczami łatwiej jest żyć, jeśli człowiek nie zwraca na nie uwagi. Czułem, że dzielę Wilgę z innymi mężczyznami, dlatego nie czyniłem sobie wyrzutów, że z nią sypiam. Ona nigdy nie wspominała o innych, a ja nigdy nie pytałem, zatem jej kochankowie pozostawali postaciami bez twarzy i ciała. Ale z pewnością nie brałem pod uwagę możliwości istnienia męża. Ona przysięgła wierność jemu, a on jej, i moim zdaniem to całkowicie zmieniało sytuację.

- I co teraz zrobisz?

Dobre pytanie.

- Jeszcze nie wiem.

- Wilga powiedziała, że to nie moja sprawa i że nie robi nikomu krzywdy. Mówiła, że jeśli ci powiem, to zranię ciebie, a nie ją. Powiedziała też, że nigdy nie chciała cię skrzywdzić, że dość się w życiu wycierpiałeś. A kiedy stwierdziłem, że masz prawo wiedzieć, odparła na to, że masz jeszcze większe prawo nie wiedzieć.

Te gładkie słówka Wilgi. Nie dała mu nawet cienia szansy, by mógł sam rozwikłać ten problem. Teraz jak wierny pies patrzył na mnie swoimi różnobarwnymi oczami, czekając na mój werdykt.

- Lepiej, że powiedziałeś mi prawdę, niż miałbyś patrzeć, jak jestem oszukiwany.

- Ale skrzywdziłem cię?

Powoli pokręciłem głową.

- Ja sam się skrzywdziłem, chłopcze.

To prawda. Nigdy nie byłem minstrelem i nie potrafiłem podchodzić do życia tak, jak oni to robią. Ci, którzy zarabiają na chleb palcami i językiem, mają serca twardsze od innych ludzi. Nie na próżno ludzie powiadają: "Łatwiej o miłego wilkołaka niż wiernego minstrela". Zastanawiałem się, czy mąż Wilgi pamięta o tym powiedzeniu.

- Myślałem, że będziesz wściekły. Ona ostrzegała mnie, że możesz się rozzłościć i zrobić jej krzywdę.

- I uwierzyłeś w to?

Zabolało mnie to prawie tak samo, jak jej nielojalność. Zaczerpnął tchu, znów się zawahał, a potem odparł pośpiesznie:

- Masz wybuchowy charakter, a ja jeszcze nigdy nie musiałem mówić ci czegoś, co spowodowałoby, że poczułbyś się jak głupiec.

Bystry chłopak. Może nawet bardziej, niż sądziłem.

- Jestem zły, Traf. Jestem zły na siebie.

Spojrzał w ogień.

- Chyba jestem samolubny, bo teraz poczułem się lepiej.

- Cieszę się, że ci ulżyło i że wszystko sobie wyjaśniliśmy. Teraz dajmy już temu spokój. Opowiedz mi o festynie. Co myślisz o Koziej Twierdzy?

Zaczął mówić, a ja go słuchałem. Kiedy opowiadał, zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo zmieniły się zamek i miasto podczas mojej nieobecności. Z opisu chłopca wynikało, że gród rozrósł się, wydzierając skalnemu urwisku spory skrawek terenu i wychodząc w morze budynkami na palach. Traf opisywał mi pływające tawerny i składy towarów. Opowiadał o kupcach z Miasta Wolnego Handlu i położonych dalej wysp, w tym i o Zawyspiarzach. Kozia Twierdza stała się teraz ważnym portem handlowym. Kiedy mówił o wielkiej sali zamkowej i komnacie, w której spał jako gość Wilgi, zrozumiałem, że w samej twierdzy też wiele się zmieniło. Mówił o dywanach i fontannach, gobelinach na każdej ścianie, o miękkich fotelach i złoconych kandelabrach. Jego opis bardziej przywodził na myśl piękną posiadłość Władczego w Kupieckim Brodzie niż ponurą fortecę, którą kiedyś nazywałem domem. Podejrzewałem, że to efekt połączonych wysiłków Ciernia i Ketriken. Stary skrytobójca zawsze lubił ładne rzeczy, nie mówiąc już o wygodach. Mimo że postanowiłem, iż nigdy już nie wrócę do Koziej Twierdzy, smuciło mnie, że to miejsce z moich wspomnień, ta posępna forteca z czarnego kamienia już właściwie nie istnieje.

Traf miał dla mnie także opowieści o innych miastach, przez które przejeżdżali w drodze do Koziej Twierdzy i z powrotem. Kiedy słuchałem jednej z nich, aż zimny dreszcz przebiegł mi po krzyżu.

- Śmiertelnie przestraszyłem się pewnego ranka w Plamie Hardina - zaczął, a ja uświadomiłem sobie, że nie znam żadnej wioski o takiej nazwie.

Wiedziałem, że wielu mieszkańców, którzy uciekli z wybrzeża w latach wojny ze szkarłatnymi statkami, powróciło w te strony i założyło nowe miasta, nie zawsze na zgliszczach dawnych grodów. Kiedy ostatnio tam byłem, nie zobaczyłem niczego prócz zakurzonego traktu.

Traf mówił z wyraźnym wzburzeniem, i widziałem, że na moment zapomniał o zdradzie Wilgi.

- Jechaliśmy na festyn. Zatrzymaliśmy się na noc w gospodzie, gdzie Wilga zarobiła śpiewem na kolację i nocleg, a wszyscy byli dla nas tak mili i uprzejmi, że uznałem Plamę Hardina za wspaniałą miejscowość. Nagle, kiedy Wilga przestała śpiewać, usłyszałem gniewne słowa pod adresem kogoś obdarzonego Rozumieniem, kto spowodował, że krowy przestały dawać mleko, ale nie zwróciłem na to uwagi. Uznałem, że to po prostu rozmowa kilku mężczyzn po wypiciu zbyt wielu kufli piwa. Dostaliśmy pokój na górze. Obudziłem się rano o wiele za wcześnie, żeby zbudzić Wilgę, ale nie mogłem już zasnąć. Usiadłem więc przy oknie i przyglądałem się ludziom chodzącym po ulicach. Nagle na placu przed gospodą zaczął się zbierać tłum, jakby to był dzień targowy albo odpust. Potem przywlekli tam jakąś kobietę, całą posiniaczoną i zakrwawioną, i przywiązali ją do pręgierza. Myślałem, że chcą ją wychłostać, ale potem zauważyłem, że niektórzy ze zgromadzonych przynieśli ze sobą kosze pełne kamieni. Obudziłem Wilgę i zapytałem, o co tu chodzi, lecz ona kazała mi siedzieć cicho, ponieważ i tak nic nie mogliśmy na to poradzić. Kazała mi odejść od okna, ale nie mogłem. Nie byłem w stanie. Nie mogłem uwierzyć, że do tego dojdzie. Przez cały czas miałem nadzieję, że zaraz ktoś się pojawi i każe im przestać. Tomie, ona była związana, bezbronna. Nagle jakiś mężczyzna wyszedł z tłumu i coś odczytał. Potem odszedł, a oni ją ukamienowali.

Zamilkł. Wiedział, że w wioskach surowo karano koniokradów i morderców, słyszał o chłoście i wieszaniu. Jednak nigdy nie widział, jak wykonywano taki wyrok. W milczeniu przełykał głośno ślinę. Ślepun zaskowyczał. Położyłem dłoń na jego karku.

"To mogłeś być ty".

"Wiem".

Traf nabrał tchu.

- Czułem, że powinienem tam zejść, ale za bardzo się bałem. Wstydziłem się tego, ale po prostu nie mogłem się ruszyć. Tylko stałem i patrzyłem, jak rzucają w nią kamieniami, a ona usiłowała osłaniać głowę rękami. Zrobiło mi się niedobrze. Nagle rozległ się dziwny szum, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałem, i poranne niebo pociemniało, jakby zasnuły je burzowe chmury, chociaż nie było wiatru. To nadleciały wrony, Tomie, ogromne stado czarnych ptaków. Nigdy nie widziałem tylu wron. Krakały przeraźliwie, tak jak wtedy, gdy wypatrzą orła lub sokoła i chcą go przepłoszyć. Tylko że tym razem nie chodziło im o orła. Przyleciały ze wzgórz za miastem i przesłoniły całe niebo, jak czarny koc łopoczący na sznurze. Potem nagle rzuciły się na tłum, kracząc przeraźliwie. Zobaczyłem, jak jedna z nich wczepiła się jakiejś kobiecie we włosy i próbowała wydziobać jej oczy. Ludzie zaczęli uciekać we wszystkie strony, wrzeszcząc jak opętani. Spłoszyli konie, które pognały przed siebie, ciągnąc ciężki wóz przez sam środek tłumu. Nawet Wilga podeszła do okna. Niebawem na ulicach nie było nikogo - pozostały tylko wrony. Siedziały wszędzie, na dachach, parapetach i gałęziach drzew, które aż uginały się pod ich ciężarem. A przywiązana do pręgierza kobieta, ta obdarzona Rozumieniem, też zniknęła. Zostały po niej tylko zakrwawione sznury. Potem nagle wszystkie wrony poderwały się i odleciały. Po chwili już ich nie było. - Traf ściszył głos do szeptu. - Karczmarz powiedział, że widział na własne oczy, jak kobieta zamieniła się w ptaka i odleciała z całym stadem.

Później, obiecałem sobie, powiem mu, że to nieprawda, że być może wezwała ptaki, żeby pomogły jej uciec, ale nawet Rozumienie nie pozwoliłoby jej zamienić się w ptaka. Powiem mu, że wcale nie okazał się tchórzem, nie schodząc na dół, bo po prostu ukamienowaliby go razem z nią. Powiem mu to później. Historia, którą opowiedział, była jak trucizna wypływająca z otwartej rany. Dajmy jej do końca wypłynąć.

Ponownie skupiłem się na tym, co mówił.

- ...I nazywają się pradawną krwią. Karczmarz mówił, że za dużo sobie pozwalają. Chcieliby rządzić tak jak kiedyś, za czasów księcia Srokatego. Gdyby do tego doszło, zemściliby się na nas wszystkich. Ci, którzy nie są obdarzeni magią Rozumienia, byliby ich niewolnikami. A gdyby próbowali się opierać, zostaliby rzuceni bestiom na pożarcie. - Jego głos znów opadł do szeptu. - Wilga powiedziała mi, że ludzie posiadający dar Rozumienia nie są tacy, że chcą tylko, żeby zostawiono ich w spokoju.

Zaskoczył mnie nagły przypływ wdzięczności, jaką w tym momencie poczułem wobec Wilgi.

- No cóż, ona jest pieśniarką, a minstrele znają różnych ludzi i wiedzą o wielu ciekawych rzeczach. Możesz jej wierzyć, jeśli tak mówi.

Musiałem teraz wiele przemyśleć. Nie mogłem skupić się na reszcie opowieści. Chłopca zaintrygowały pogłoski, że w Mieście Wolnego Handlu hodują smoki i niebawem każde miasto będzie mogło kupić sobie takie zwierzę jako strażnika. Zapewniłem go, że widziałem prawdziwe smoki i nie należy wierzyć w takie bajania. Więcej prawdy mogło kryć się w plotkach, że wojna Miasta Wolnego Handlu z Krainą Miedzi może objąć również Królestwo Sześciu Księstw.

- Czy wojna dotrze aż tutaj? - chciał wiedzieć.

Ponieważ był wtedy mały, z wojny ze szkarłatnymi okrętami pozostały mu tylko niejasne, lecz przerażające wspomnienia. Mimo to wojna wydawała mu się czymś równie interesującym jak wiosenny festyn.

- Wojna z Krainą Miedzi wybuchnie prędzej czy później - zacytowałem mu stare przysłowie. - Wciąż dochodzi do utarczek na pograniczu, do pirackich napadów i najazdów. Nie martw się, Księstwa Dębów i Cypla zawsze chętnie się tym zajmą. Tamtejsi mieszkańcy tylko marzą, żeby zdobyć następny kawałek Krainy Miedzi.

Potem nasza rozmowa zeszła na bezpieczniejszy temat, jakim był wiosenny festyn. Traf mówił o kuglarzach żonglujących pochodniami i ostrymi nożami, powtórzył najlepsze dowcipy z frywolnego przedstawienia kukiełkowego, które oglądał, i opowiedział mi o ślicznej wróżce imieniem Dziewanna, która sprzedała mu amulet chroniący przed kieszonkowcami i obiecała, że kiedyś nas odwiedzi. Roześmiałem się w głos, gdy powiedział mi, że nim minęła godzina od tego zakupu, sprytny złodziejaszek ukradł mu amulet z kieszeni. Skosztował także marynowanych ryb i bardzo mu smakowały, dopóki pewnego wieczoru nie wypił za dużo wina i nie zwymiotował kolacji. Przysięgał, że już nigdy nie weźmie ich do ust. Pozwoliłem mu mówić, zadowolony z tego, że chętnie dzieli się ze mną swoimi wrażeniami z Koziej Twierdzy. Jednak każda opowiedziana przez niego historia jasno dowodziła, że nasze spokojne życie już mu nie odpowiada. Czas znaleźć mistrza, który przyjmie go na naukę, i wypuścić go w świat.

Nagle doznałem wrażenia, że stoję na skraju przepaści. Powinienem oddać Trafa w ręce mistrza, który nauczy go rzemiosła. I muszę usunąć z mojego życia Wilgę. Kiedy przestanę z nią sypiać, nie pogodzi się z tym upokorzeniem i już nigdy do mnie nie wróci. Stracę przyjaciółkę, z którą przez kilka ostatnich lat spędziłem wiele miłych chwil. Traf trajkotał dalej, a jego słowa padały wokół mnie jak drobne krople deszczu. Jego też będzie mi brakowało.

Poczułem na kolanie ciepły ciężar wilczego łba. Ślepun wpatrywał się w ogień.

"Kiedyś marzyłeś o tym, że zostaniemy sami, tylko ty i ja".

Więź Rozumienia nie pozwala na łgarstwa.

"Nigdy nie sądziłem, że będę tak bardzo łaknął towarzystwa takich jak ja" - przyznałem.

Obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem swoich głęboko osadzonych ślepi.

"Tylko ty i ja jesteśmy tacy sami. Właśnie to zawsze było problemem, kiedy próbowaliśmy zacieśnić więzy z innymi. Oni byli wilkami lub ludźmi, ale nigdy takimi jak my. Nawet ci, którzy nazywają siebie istotami pradawnej krwi, nie są tak mocno związani ze sobą jak my".

Wiedziałem, że mówi prawdę. Położyłem dłoń na jego szerokim łbie i pogładziłem kosmate ucho. Miałem pustkę w głowie.

Ale on jeszcze nie skończył.

"Znowu nadchodzi zmiana, bracie. Wyczuwam ją tuż za horyzontem, prawie czuję jej zapach. Jakby jakiś wielki drapieżnik wtargnął na nasze terytorium. Nie masz takiego uczucia?".

"Nic nie czuję".

Wyczuł kłamstwo i skwitował je ciężkim westchnieniem.

Rozdział 3 Rozstania

Rozumienie to zły czar, który często spada na dzieci. Aczkolwiek uważa się je za rezultat parzenia się ze zwierzętami, w istocie jego przyczyny są inne. Mądry rodzic nie pozwoli dziecku bawić się ze szczeniętami lub kociętami, które są jeszcze karmione piersią, ani nie dopuści do tego, by spało w tym samym pomieszczeniu, w którym śpią zwierzęta. Umysł śpiącego dziecka jest bowiem najbardziej podatny na sny zwierząt, a także na przyswojenie sobie ich języka. Skutki działania tej obrzydliwej magii często objawiają się w wielu kolejnych pokoleniach, a obdarzone Rozumieniem dziecię może pojawić się nawet w najszacowniejszej rodzinie. Jeśli tak się stanie, rodzice powinni znaleźć w sobie dość siły, by zrobić wszystko, co trzeba, dla dobra całej rodziny. Powinni również odszukać wśród służby osobę, której zła wola lub niedbalstwo doprowadziły do zarażenia, i odpowiednio ją ukarać.

Szarawego "Choroby i niedomagania"

Zanim nadszedł świt i odezwały się pierwsze ptaki, Traf znów zasnął. Przez jakiś czas siedziałem przy ognisku, obserwując go. Jego twarz wygładziła się i zniknął z niej niepokój. Traf był spokojnym i dobrodusznym chłopcem, który nigdy nie szukał zwady i nie miał przede mną żadnych sekretów. Byłem rad, że opowiedział mi o Wildze i zrzucił kamień z serca, mimo że ja nie odzyskam łatwo spokoju.

Zostawiłem go śpiącego przy dogasającym ognisku w pierwszych promieniach słońca.

- Pilnuj go - powiedziałem Ślepunowi.

Czułem ból w stawach biodrowych wilka, będący echem tego, który przeszywał moje poranione plecy. Noce pod gołym niebem straciły już dla nas swój urok. Mimo to wolałbym położyć się tu, na tej zimnej i wilgotnej ziemi, niż wrócić do chaty i stawić czoło Wildze. Ale nieprzyjemne sprawy należy załatwiać jak najprędzej, powiedziałem sobie i, wlokąc się jak wiekowy starzec, wróciłem do chaty.

Po drodze zajrzałem do kurnika, żeby podebrać jajka. Kury już wstały i grzebały w ziemi. Kogut wzleciał w górę, usiadł na świeżo naprawionym dachu, zatrzepotał dwukrotnie skrzydłami i donośnie zapiał. Ranek. Taki, jakiego się obawiałem.

Wszedłszy do chaty, dołożyłem drewna do ognia i ugotowałem jajka. Wyjąłem ostatni bochenek chleba, przywieziony przez Ciernia ser oraz zioła na napar. Wilga nigdy nie lubiła wcześnie wstawać, miałem więc dużo czasu na podjęcie decyzji, co jej powiem, a czego nie. Sprzątając izbę, głównie z jej porozrzucanych rzeczy, wspominałem wspólnie spędzone chwile. Znaliśmy się ponad dziesięć lat. A raczej wydawało ci się, że ją znasz - poprawiłem się w myślach. I zaraz skarciłem się za to kłamstwo. Przecież ją znałem. Podniosłem przerzucony przez oparcie krzesła płaszcz Wilgi. Gruba wełna zachowała jej zapach. Bardzo dobry materiał, oceniłem, mąż musi o nią dbać. Najgorsze w tym wszystkim było to, że właściwie wcale nie byłem zaskoczony. Było mi tylko wstyd, że tego nie przewidziałem.

Po odbiciu Koziej Twierdzy przez sześć lat wędrowałem po świecie. Nie kontaktowałem się z nikim z dawnych znajomych. Moje życie Przezornego, nieprawego syna księcia Rycerskiego i ucznia skrytobójcy Ciernia było zamkniętym rozdziałem. Stałem się Tomem Borsuczowłosym i z entuzjazmem rozpocząłem nowe życie. Podróżowałem, o czym od dawna marzyłem, mając za jedynego towarzysza wilka. Odnalazłem spokój ducha. Wcale nie twierdzę, że nie tęskniłem za bliskimi ludźmi, których pozostawiłem w Koziej Twierdzy. Czasem strasznie mi ich brakowało. Jednak mimo tęsknoty zdołałem uwolnić się od mojej przeszłości. Zbudowałem sobie nowe życie i jeśli nawet nie dawało mi wielu dawnych rozkoszy, to przecież dostarczało prostych przyjemności, które tak długo były dla mnie nieosiągalne. Byłem zadowolony.

Pewnego mglistego ranka, mniej więcej rok po tym, jak zamieszkałem w chatce niedaleko ruin Kuźni, wróciliśmy z wilkiem z polowania i zastaliśmy czekającą na nas niespodziankę. Na ramionach niosłem rocznego jelonka, a zabliźniona rana od strzały pobolewała mnie z wysiłku. Właśnie zastanawiałem się, czy długa ciepła kąpiel warta jest mozolnego noszenia wiader wody, gdy usłyszałem charakterystyczny stuk podkutego kopyta uderzającego o kamień. Położyłem zdobycz na ziemi, a potem razem ze Ślepunem obeszliśmy szerokim łukiem chatę. Zobaczyliśmy tylko osiodłanego konia, uwiązanego do drzewka przed domem. Jeździec zapewne znajdował się w środku. Kiedy podchodziliśmy, koń zastrzygł uszami, wyczuwając mój zapach, ale się nie przestraszył.

"Zostań tutaj, mój bracie. Jeśli klacz wyczuje wilka, głośno zarży. Pójdę sam to może nie narobi hałasu i zdołam zajrzeć przez okno".

Ślepun zniknął w spowijającej nas szarej mgle. Okrążyłem dom i podszedłem do niego od tyłu. Usłyszałem brzęk naczyń i plusk nalewanej wody. Potem stuk - ktoś wrzucił polano do ognia. Zmarszczyłem brwi, zdziwiony. Kimkolwiek był intruz, najwyraźniej czuł się w moim domu jak u siebie. Po chwili usłyszałem, jak śpiewa refren starej piosenki, i moje serce wywinęło z radości koziołka. Pomimo upływu lat rozpoznałem głos Wilgi.

"To ta wyjąca suka" - potwierdził Ślepun. Rozpoznał jej zapach. Lekko się skrzywiłem, słysząc, jak wilk nazywa w myślach pieśniarkę.

"Pozwól, że wejdę pierwszy". Chociaż już wiedziałem, kim jest gość, ostrożnie podszedłem do drzwi. Jej wizyta nie była przypadkowa. Wilga odszukała mnie. Dlaczego? Czego ode mnie chciała?

- Wilgo - powiedziałem, otwierając drzwi.

Z czajnikiem w ręku odwróciła się i obrzuciła mnie wzrokiem, a potem wykrzyknęła uszczęśliwiona "Bastardzie!" i rzuciła mi się na szyję. Po chwili ja też ją objąłem. Ściskała mnie z całej siły. Jak większość kobiet z Królestwa Koziego, była drobna, ale krzepka.

- Witaj - powiedziałem niepewnie, patrząc na czubek jej głowy.

Uniosła ją i spojrzała mi w twarz.

- Witaj? - spytała z niedowierzaniem i zaśmiała się z mojej miny. - Witaj?

Potem postawiła czajnik na stole, ujęła moją twarz w obie dłonie i przyciągnęła do swojej. Byłem mokry i zmarznięty. Kontrast między tym, co pozostawiłem na zewnątrz, a ciepłem jej warg był równie zdumiewający, jak ta kobieta, którą trzymałem w ramionach. Ściskała mnie mocno i czułem się tak, jakbym wracał do życia. Jej zapach mnie upajał. Moje ciało oblał żar, a serce zaczęło bić mocniej. Oderwałem wargi od jej ust.

- Wilgo... - zacząłem.

- Nie - ucięła stanowczo.

Zerknęła przez moje ramię, a potem wzięła mnie za ręce i pociągnęła do sypialni, przylegającej do głównej izby. Poszedłem za nią, oszołomiony. Przystanęła przy łóżku i rozpięła koszulę. Kiedy nadal spoglądałem na nią, otumaniony, roześmiała się i wyciągnęła rękę, żeby rozwiązać tasiemki mojej koszuli.

- Nic nie mów - rzekła.

Potem uniosła moją zimną dłoń i położyła ją na swojej nagiej piersi.

W tym momencie Ślepun pchnął barkiem drzwi i wszedł do chaty. Chłód niczym mgła wtargnął do ciepłego wnętrza. Wilk przez moment patrzył na nas, a potem strząsnął wilgoć z futra. Wilga zamarła.

- Wilk. Niemal o nim zapomniałam. Wciąż go masz?

- Oczywiście, nadal jesteśmy razem.

Chciałem zabrać dłoń z jej piersi, ale ją przytrzymała.

- To mi nie przeszkadza. - Miała niewyraźną minę. - Tylko czy on musi... tu być?

Ślepun ponownie się otrząsnął, popatrzył na Wilgę, a potem odwrócił wzrok. Chłód w izbie był wywołany nie tylko zimnem ciągnącym przez otwarte drzwi.

"Mięso będzie zimne i twarde, jeśli zaczekam na ciebie".

"Zatem nie czekaj" - odparłem urażony.

Odszedł z powrotem w mgłę. Wyczułem, że zamknął umysł na moje myśli. Z zazdrości czy uprzejmości? - zastanawiałem się. Przeszedłem przez pokój, by zamknąć drzwi, i przystanąłem na chwilę, zaniepokojony zachowaniem Ślepuna. Wilga objęła mnie od tyłu i kiedy odwróciłem się do niej, zobaczyłem, że jest naga. Połączyliśmy się równie naturalnie, jak noc łączy się z dniem.

Wspominając teraz te chwile, zadawałem sobie pytanie, czy Wilga nie zaplanowała tego właśnie w taki sposób. Zapewne nie. Po prostu zabrała część mojego życia, jakby zrywała owoc z przydrożnego drzewa. Rósł sobie, był słodki, więc czemu by go nie zjeść? Zostaliśmy kochankami, nie wyznając sobie miłości. Czy kochałem ją teraz, po tych wszystkich latach jej zniknięć i powrotów?

Takie rozważania były równie dziwne jak pamiątki z mojego dawnego życia, które przywiózł mi Cierń. Niegdyś i one wydawały mi się istotne. Kwestie miłości, honoru i obowiązku... Kochałem Sikorkę, ale czy ona kochała mnie? Czy kochałem ją bardziej niż króla, czy była dla mnie ważniejsza od obowiązku? Jako młodzieniec często zadawałem sobie takie pytania, ale przy Wildze nie robiłem tego - aż do tej pory.

I tym razem nie znajdowałem oczywistych odpowiedzi. Kochałem ją, ale nie jak osobę mającą dzielić ze mną życie, lecz jak dobrze znaną część mojej egzystencji. Jej utrata byłaby jak nagły brak ciepłego pieca. Przyzwyczaiłem się bowiem grzać w jej cieple. Wiedziałem jednak, iż będę musiał jej powiedzieć, że tak nie może dłużej być. Przypomniało mi się, jak uzdrowicielka wyjmowała mi grot strzały z pleców. Teraz też przeczuwałem, że będzie bolało.

Usłyszałem szelest pościeli, gdy wstawała z łóżka, a potem ciche kroki na podłodze. Nie odwróciłem się. Nagle nie chciałem na nią patrzeć. Nie podeszła do mnie i nie dotknęła mnie. Po chwili usłyszałem:

- No tak, Traf ci powiedział.

- Tak - odparłem spokojnie.

- I chcesz mu pozwolić zniszczyć wszystko, co nas łączy. - W jej głosie pobrzmiewał gniew. - Przybrałeś inne nazwisko, ale po tych wszystkich latach wcale się nie zmieniłeś. Tom Borsuczowłosy jest takim samym sztywniakiem, jakim był Bastard Rycerski z rodu Przezornych.

- Nie mów tak - ostrzegłem ją.

Zawsze staraliśmy się, żeby Traf nie poznał mojego prawdziwego nazwiska. Wiedziałem, że nie wymieniła go teraz przypadkowo - chciała mi w ten sposób przypomnieć, że zna moje tajemnice.

- Nie będę - zapewniła, lecz ja i tak czułem, że to jest sztylet, chociaż schowany w pochwie. - Chcę ci tylko przypomnieć, że sam wiodłeś podwójne życie i całkiem ci się to podobało. Dlaczego więc masz mi to za złe?

- Teraz mam tylko to jedno życie. I staram się zrobić dla twojego męża to, co chciałbym, żeby ktoś uczynił w takiej sytuacji dla mnie. A może chcesz mi powiedzieć, że on wie o wszystkim i wcale mu to nie przeszkadza?

- Wprost przeciwnie, o niczym nie wie, i dlatego mu to nie przeszkadza. I jeśli dobrze się nad tym zastanowisz, sam dojdziesz do wniosku, że wszystko jest w porządku.

- Nie dla mnie.

- No cóż, przez pewien czas było w porządku również dla ciebie. Dopóki Traf wszystkiego nie zepsuł. Wpoiłeś swoje niewzruszone zasady temu młodzieńcowi. Mam nadzieję, że jesteś dumny z tego, że wychowałeś ograniczonego, małostkowego sztywniaka, takiego samego jak ty.

Rzucała we mnie tymi słowami, miotając się po komnacie i zbierając swoje rzeczy. W końcu odwróciłem się i spojrzałem na nią. Była zarumieniona i lekko rozczochrana po nocy. Miała na sobie tylko moją koszulę, której rąbek sięgał jej do połowy ud. Nagle znieruchomiała i wyprostowała się, jakby chciała mi pokazać, co tracę.

- I komu my robimy krzywdę? - zapytała.

- Twojemu mężowi, jeśli kiedyś się o tym dowie - odparłem cicho. - Traf mówił mi, że to szlachcic. Plotki mogą mu wyrządzić większą krzywdę niż pchnięcie nożem. Weź pod uwagę honor jego i jego rodu. Nie powinien czuć się jak stary głupiec, który wziął sobie młodą żonę...

- Stary głupiec? - Wyglądała na zdumioną. - Traf powiedział ci, że on jest stary?

- Mówił, że to postawny mężczyzna....

- Postawny, owszem, ale nie stary. Wprost przeciwnie. - Uśmiechnęła się dziwnie, trochę dumna, a trochę zmieszana. - Ma dwadzieścia cztery lata, Bastardzie. Dobrze tańczy i jest silny jak byk. A co, myślałeś, że sprzedałam się, żeby ogrzewać łóżko jakiemuś staremu panu?

Tak właśnie myślałem.

- Sądziłem...

- Jest przystojny i czarujący, i mógłby mieć wiele innych kobiet. Ale on wybrał mnie. A ja na swój sposób kocham go. Sprawia, że znów czuję się młoda, godna pożądania i zdolna do prawdziwych uczuć.

- A jak czułaś się przy mnie? - spytałem cicho.

Wiedziałem, że odpowiedź mnie zaboli, ale nie mogłem się powstrzymać od zadania tego pytania.

Zastanawiała się krótką chwilę.

- Dobrze - odparła w końcu, nie zważając na to, że mnie rani. - Akceptowana i ceniona. - Nagle uśmiechnęła się i zraniła mnie jeszcze bardziej. - I szczodra, ponieważ dawałam ci to, czego nie dawał ci nikt inny. Czułam się także światowa i swobodna. Jak barwny ptak, który przyleciał w odwiedziny do strzyżyka.

- Całkiem słusznie - przyznałem. - Jednak teraz koniec z tym, Wilgo. Koniec. Może nie podoba ci się to, jak żyję, ale to moje życie. Nie będę podkradał okruchów z cudzego stołu. Zostało mi jeszcze trochę dumy.

- I cóż ci przyjdzie z twojej dumy? - zapytała brutalnie i odgarnęła włosy z czoła. - Rozejrzyj się wokół, Bastardzie. Żyjesz tu samotnie od dwunastu lat i czego się dorobiłeś? Chatki w lesie i kilku kur. Co masz na osłodę monotonnych dni? Tylko mnie. Wprawdzie tylko parę dni mojego życia od czasu do czasu, lecz nie masz nikogo poza mną. - I dodała twardo: - Okruchy z cudzego stołu są lepsze niż śmierć z głodu. Jestem ci potrzebna.

- Mam jeszcze Trafa i Ślepuna - przypomniałem chłodno.

Machnęła ręką.

- Sierota, dzieciak, którego ja ci przyprowadziłam, i zniedołężniały wilk.

Jej lekceważące słowa nie tylko mnie uraziły, ale także uświadomiły, jak odmiennie oceniamy rzeczywistość. Gdybyśmy mieszkali razem, takie różnice na pewno ujawniłyby się już dawno temu. Jednak w czasie nielicznych spędzanych razem chwil nie prowadziliśmy filozoficznych dyskusji, ani nawet długich rozmów. Byliśmy razem, kiedy ona miała ochotę dzielić ze mną moje łoże i stół. Spała, jadła i śpiewała, i patrzyła z boku na moje życie, w którym nie brała udziału. O drobnych sprzeczkach szybko zapominaliśmy między jedną jej wizytą a drugą. Kiedyś przywiozła mi Trafa, jakby był bezpańskim kociakiem, i od tej pory nawet nie zainteresowała się, jak układają się sprawy między chłopcem a mną. Ta kłótnia nie tylko kończyła to, co łączyło mnie z Wilgą, ale także ukazywała, jak niewiele mamy ze sobą wspólnego. To jeszcze bardziej mnie przygnębiło. Przypomniałem sobie, jak niegdyś trefniś ostrzegał mnie: "Jej wcale nie zależy na Bastardzie, ona chce tylko móc powiedzieć, że znała Rycerskiego". Być może, pomimo tylu wspólnie spędzonych chwil, to stwierdzenie wciąż było prawdą.

Trzymałem język za zębami z obawy, że mogę powiedzieć zbyt wiele. Sądzę, że uznała moje milczenie za wahanie, gdyż nagle nabrała tchu i uśmiechnęła się do mnie ze znużeniem.

- Och, Bastardzie, potrzebujemy się wzajemnie bardziej, niż chcemy to przyznać. - Westchnęła. - Zrób śniadanie. Ja muszę się ubrać. Rano i o pustym żołądku sprawy zawsze wyglądają gorzej niż w rzeczywistości.

Opuściła izbę.

Nagle ogarnął mnie spokój. Kiedy Wilga się ubierała, przygotowałem śniadanie. Podjąłem już decyzję. Wypowiedziane w nocy przez Trafa słowa zgasiły coś we mnie. Moje uczucia do Wilgi zupełnie się zmieniły. Siedzieliśmy razem przy stole i ona usiłowała udawać, że wszystko jest jak dawniej, lecz ja nie mogłem przestać myśleć, że zapewne ostatni raz patrzę, jak miesza herbatę, żeby ją ostudzić, i jak, mówiąc, macha ręką, w której trzyma chleb. Pozwoliłem jej mówić, a ona plotła jakieś głupstwa, usiłując zainteresować mnie swoimi planami podróży i tym, co pani Przyjazna nosiła na sobie przy tej czy innej okazji. Im dłużej mówiła, tym bardziej się ode mnie oddalała. Patrząc na nią, miałem dziwne wrażenie, że o czymś zapomniałem, coś przeoczyłem. Wzięła następny kawałek sera, przegryzając go chlebem.

Nagły przebłysk zrozumienia zmroził mnie jak kropla zimnej wody ściekająca po krzyżu.

- Wiedziałaś, że Cierń przyjedzie do mnie z wizytą.

Ułamek sekundy za późno uniosła ze zdziwieniem brwi.

- Cierń? Był tutaj?

Już myślałem, że wyzbyłem się swoich nawyków, sposobu myślenia mozolnie wpajanego mi przez zręcznego nauczyciela w czasach mojej młodości. Metody przesiewania faktów i łączenia ich, umiejętności wykonywania skrótów myślowych, prowadzących do logicznych konkluzji. A wszystko zaczęło się od jednego drobiazgu. Wilga nie powiedziała ani słowa na temat sera, a przecież w naszym domu ser był luksusem, nie mówiąc już o tak dojrzałym jak ten. Powinna się zdziwić, widząc go na stole, tymczasem wcale nie była zaskoczona. Nie powiedziała też nic o brzoskwiniówce z Piaszczystych Kresów, którą piła zeszłego wieczoru. Musiała zatem wiedzieć, skąd się wzięły te rzeczy. Byłem zdumiony, a także lekko przerażony tym, jak szybko połączyłem różne fakty i ujrzałem nieprzyjemną prawdę.

- Dotychczas nigdy nie zabierałaś ze sobą Trafa. Teraz wzięłaś go do Koziej Twierdzy, żeby Cierń mógł spotkać się ze mną sam na sam. - Zmroził mnie jedyny wniosek, jaki się w tej sytuacji nasuwał. - Żeby nie było żadnych świadków, gdyby musiał mnie zabić.

- Bastardzie! - wykrzyknęła, rozgniewana i wstrząśnięta.

Nie słuchałem jej. Kiedy kamyki moich myśli zaczęły się toczyć, pociągnęły za sobą całą lawinę konkluzji.

- Przez te wszystkie lata pilnowałaś mnie, prawda? Powiedz, czy Brusa i Pokrzywę też sprawdzałaś kilka razy w roku?

Obrzuciła mnie chłodnym spojrzeniem, niczemu nie zaprzeczając.

- Musiałam ich odnaleźć i przekazać Brusowi konie. Sam chciałeś, żebym to zrobiła.

No tak. Mój umysł pracował na pełnych obrotach. Te konie okazały się doskonałym prezentem, Brus bowiem odmówiłby przyjęcia każdego innego daru. A przecież Fircyk słusznie mu się należał jako dar od Szczerego. Przed laty Wilga powiedziała, że królowa przesyła mu również źrebaka Sadzy w podzięce za usługi oddane Przezornym. Spoglądałem na Wilgę, czekając, aż powie mi wszystko. Była minstrelem i uwielbiała mówić. Wystarczy, że chwilę poczekam.

Odłożyła chleb.

- Owszem, odwiedzam ich, kiedy jestem w tamtej okolicy. Kiedy wracam do Koziej Twierdzy, a Cierń wie, że tam byłam, pyta mnie o nich. Tak samo jak pyta o ciebie.

- A Błazen? Co o nim wiesz?

- Nic - odparła bez namysłu, a ja jej uwierzyłem. - Myślę jednak, że Brus wie, gdzie on jest. Raz czy dwa, kiedy tam byłam, widziałam zabawki znacznie lepsze od takich, jakie mógłby Pokrzywie kupić Brus. Na przykład lalkę, która przypominała jedną z tych kukiełek, jakie robił Błazen. Innym razem sznur drewnianych paciorków, rzeźbionych na kształt maleńkich główek.

Nie dałem po sobie poznać, jak bardzo to mnie zainteresowało. Zadałem jej pytanie, które samo cisnęło mi się na usta:

- Dlaczego Cierń miałby uznać mnie za zagrożenie dla Przezornych? To jedyny znany mi powód, który mógłby go skłonić do zabicia mnie.

Uśmiechnęła się smutno.

- Ty naprawdę wierzysz, że Cierń mógłby cię zabić? Że ja pomogłabym mu, zabierając stąd chłopca?

- Znam Ciernia.

- A on zna ciebie. - Te słowa zabrzmiały niemal jak oskarżenie. - Kiedyś powiedział mi, że ty nikomu nie potrafisz w pełni zaufać. Chcesz ufać, a jednocześnie się tego boisz, dlatego zawsze rozdzierają cię sprzeczne uczucia. Myślę, że staruszek po prostu chciał zobaczyć się z tobą bez świadków, żeby móc swobodnie porozmawiać. Chciał cię mieć tylko dla siebie, żeby się dowiedzieć, jak też ci się wiedzie po tylu latach milczenia.

Umiała, jak wszyscy minstrele, zręcznie manipulować słowami; przedstawiła to tak, jakbym, unikając Koziej Twierdzy, był okrutny dla moich przyjaciół. A przecież ja musiałem tak postąpić, żeby przeżyć.

- O czym rozmawiał z tobą Cierń? - spytała nieco zbyt obojętnie.

Spojrzałem jej spokojnie w oczy.

- Myślę, że wiesz.

Wyraz jej twarzy zmienił się. No cóż, widocznie Cierń nie wyjawił jej, z jaką przybył do mnie misją. Ale ponieważ Wilga była inteligentna i znała wiele kawałków łamigłówki, czekałem, aż je sama poukłada.

- Pradawna krew - powiedziała po chwili cicho. - Groźby Srokatych.

Wielokrotnie w życiu bywałem zaszokowany i musiałem to ukryć. Chyba tym razem przyszło mi to z najwyższym trudem. Bacznie mi się przyglądała i mówiła dalej.

- Ten wrzód wzbierał już od dawna i wygląda na to, że teraz w końcu pękł. Na wiosennym festynie podczas wieczoru minstreli, na który ciągną wszyscy artyści, by wystąpić przed monarchą, pewien minstrel zaśpiewał starą pieśń o księciu Srokatym. Pamiętasz ją?

Pamiętałem. Opowiadała o księżniczce porwanej przez obdarzonego Rozumieniem i mającego postać srokatego ogiera. Kiedy znaleźli się sami, przybrał postać mężczyzny i uwiódł ją. Księżniczka urodziła bękarta o skórze w jasne i czarne cętki, takiej samej jak jego ojciec. Zdradą i podstępem bękart zasiadł na tronie, by sprawować okrutne rządy z pomocą innych obdarzonych Rozumieniem. Mieszkańcy królestwa srodze cierpieli, aż pewnego dnia - jak głosiła pieśń - jego kuzyn, czystej krwi Przezorny, namówił sześciu innych szlachetnie urodzonych młodzieńców do wszczęcia buntu przeciwko okrutnikowi. W dniu letniego przesilenia, kiedy słońce stało w zenicie i książę Srokaty był najsłabszy, napadli na niego i zabili. Powiesili go, potem posiekali na kawałki, a w końcu spalili i wsypali popioły do wody, by zabrała jego ducha, by nie mógł zawładnąć ciałem jakiegoś zwierzęcia. Opisywana w pieśni egzekucja stała się odtąd zwyczajowym sposobem uśmiercania ludzi obdarzonych Rozumieniem. Władczy był bardzo rozczarowany, kiedy nie udało mu się zabić mnie właśnie w ten sposób.

- Nie jest to moja ulubiona pieśń - powiedziałem cicho.

- To zrozumiałe. Jednakże Piękniś dobrze ją zaśpiewał i zebrał huczne oklaski, głośniejsze, niż na to zasługiwał. Manierycznie kończy wysokie nuty lekkim drżeniem głosu, które podoba się niektórym, choć w rzeczywistości świadczy o jego niewielkich możliwościach wokalnych... - Nagle uświadomiła sobie, że zeszła z tematu. - Ostatnio ludzie bardzo źle odnoszą się do obdarzonych magią Rozumienia. Słyszy się różne niepokojące opowieści. Podobno w pewnej wiosce powieszono i spalono człowieka mającego zdolność Rozumienia, a cztery dni później padły wszystkie owce. Po prostu zdechły na pastwiskach. Ludzie mówili, że to odwet jego rodziny, ale kiedy chcieli zemścić się na jego krewnych, okazało się, że ci już dawno opuścili wioskę. Zostawili tylko przypięty do drzwi domu zwój, na którym było napisane: "Zasłużyliście na to". Były też inne takie przypadki.

Napotkałem jej spojrzenie.

- Mówił mi o tym Traf.

Wstała i wyszła zza stołu. Była minstrelem do szpiku kości - kiedy miała coś do powiedzenia, potrzebowała sceny.

- No więc, gdy Piękniś odśpiewał już "Srokatego księcia", wystąpił inny minstrel, bardzo młody i może dlatego tak zuchwały. Zdjął kapelusz przed królową Ketriken i oznajmił, że zaśpiewa podobną pieśń, tylko nieco nowszą. Kiedy rzekł, że usłyszał ją w wiosce, której mieszkańcy posiadają magię Rozumienia, w tłumie rozległy się głośne szepty. Słyszałam o istnieniu takich miejsc, ale nigdy nikt otwarcie nie przyznał się, że był w jednym z nich. Gdy pomruki ucichły, zaśpiewał pieśń, której nigdy przedtem nie słyszałam. Melodia była znana, ale słowa nowe i szorstkie jak jego głos. - Przechyliła głowę i obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem. - Była to pieśń o Bastardzie Rycerskim, o wszystkich czynach, których dokonał, zanim ujawniono jego skażenie Rozumieniem. Minstrel ukradł nawet wers czy dwa z mojej pieśni o "Wieży na Wyspie Rogowej". Masz pojęcie? Taki tupet! W każdym razie w pieśni była mowa o "Przezornych synu sławionym, pradawną krwią błogosławionym", który wcale nie zginął w lochu uzurpatora. Według słów tej pieśni Bastard przeżył i pozostał wierny rodowi swego ojca. Kiedy król Szczery wyruszył na poszukiwanie Najstarszych, Bastard powstał z grobu, by dopomóc prawowitemu władcy. W poruszający sposób minstrel opisał, jak Bastard zabrał Szczerego sprzed wrót krainy śmierci, żeby pokazać mu ogród kamiennych smoków, które można obudzić, aby przyszły z pomocą Królestwu Sześciu Księstw. Przynajmniej tkwiło w tym ziarnko prawdy, chociaż trzeba przyznać, że do tego czasu minstrel już całkowicie ochrypł.

Przerwała, czekając na mój komentarz, ale nie miałem nic do powiedzenia. Wzruszyła ramionami, a potem stwierdziła:

- Jeśli chciałeś, aby śpiewano pieśń o tamtych czasach, mogłeś najpierw pomyśleć o mnie. Jak wiesz, byłam przy tym i śpiewam znacznie lepiej od tego chłopca.

W jej głosie pobrzmiewały gniew i zazdrość.

- Ależ ja nie miałem z tym nic wspólnego. Wolałbym, żeby nikt nie usłyszał tej pieśni.

- No cóż, tym możesz się nie przejmować - powiedziała z satysfakcją. - Nie słyszałam jej nigdy przedtem ani potem. Była kiepska, melodia nie pasowała do słów, rymy były nieskładne i...

- Wilgo.

- No dobrze. Pieśń miała tradycyjne heroiczne zakończenie. Jeśli ród Przezornych kiedyś znajdzie się w potrzebie, wierny Bastard Rycerski powróci, by pomóc królestwu. Pod koniec pieśni niektórzy ludzie w tłumie wykrzykiwali obelgi pod adresem minstrela, a ktoś powiedział nawet, że pewnie ma magię Rozumienia i należałoby go spalić. Królowa Ketriken uciszyła tłum, lecz na zakończenie wieczoru nie dała mu sakiewki, mimo że wręczyła ją pozostałym pieśniarzom.

Milczałem. Nagle Wilga dodała:

- Zniknął, zanim przyszła pora odbierania nagród za występy. Królowa wywołała go jako pierwszego, ale nikt nie miał pojęcia, gdzie się podział. Nigdy wcześniej nie słyszałam jego imienia. Synkurak.

Mogłem jej to łatwo wyjaśnić. Syn Kuraka, wnuk Pustelnika. I jeden, i drugi byli w Koziej Twierdzy wiernymi członkami gwardii króla Szczerego. Wróciłem myślą do tej chwili przed wieloma laty, kiedy Kurak klęczał przed Szczerym w smoczym ogrodzie, przed bramą śmierci. Szczery wystąpił z czarnej kolumny żołnierzy, wchodząc w krąg migotliwego blasku ognia, i pomimo lat trudów Kurak rozpoznał swojego władcę. Ślubował mu wierność, a król puścił go wolno, każąc mu jechać do Koziej Twierdzy i zapowiedzieć powrót prawowitego monarchy. Rozmyślając o tym teraz, doszedłem do wniosku, że Szczery przybył do Koziej Twierdzy prędzej niż żołnierz. Latający smok może podróżować znacznie szybciej niż piechur.

Nie wiedziałem, że Kurak rozpoznał także i mnie. Kto mógł przewidzieć, że przekaże tę opowieść swojemu synowi minstrelowi?

- Widzę, że go znasz - powiedziała cicho Wilga.

Zobaczyłem, że bacznie mi się przygląda, i westchnąłem.

- Nie znam żadnego Synkuraka. Wróciłem myślami do tego, co powiedziałaś wcześniej. Że Rozumiejący są niespokojni. Dlaczego?

Uniosła brew.

- Myślałam, że będziesz wiedział lepiej niż ja.

- Jak wiesz, Wilgo, wiodę samotniczy żywot i nie miewam okazji, by słyszeć wieści ze świata, oprócz tych, które ty mi przynosisz. - Teraz ja uważnie się jej przyjrzałem. - A tą wiadomością nigdy się ze mną nie podzieliłaś.

Odwróciła wzrok, a ja zastanawiałem się, czy ukryła to celowo. Czyżby Cierń zabronił jej mówić? A może po prostu zapomniała o tym w natłoku opowieści o szlachetnie urodzonych, przed którymi występowała, i owacjach, jakimi przyjmowali jej występy?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.