Misja Ambasadora - Trudi Canavan

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (36,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 2PODEJRZANE KONEKSJE

Za­zwy­czaj bu­dzi­ła się dużo póź­niej. Zo­sta­ło do­brych kil­ka go­dzin do świ­tu. So­nea za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi w ciem­no­ści, za­sta­na­wia­jąc się, co ją obu­dzi­ło. Sen? A może coś rze­czy­wi­ste­go wpra­wi­ło ją w ten stan na­głej czuj­no­ści w sa­mym środ­ku nocy?

Na­stęp­nie usły­sza­ła dźwięk, sła­by, ale nie­wąt­pli­wie rze­czy­wi­sty, do­cho­dzą­cy z są­sied­nie­go po­ko­ju. Z bi­ją­cym moc­no ser­cem i gę­sią skór­ką pod­nio­sła się i ci­cho po­de­szła do drzwi sy­pial­ni. Usły­sza­ła po dru­giej stro­nie od­głos po­wol­nych kro­ków. Uję­ła klam­kę, za­czerp­nę­ła ma­gii, unio­sła tar­czę i wzię­ła głę­bo­ki od­dech.

Klam­ka ustą­pi­ła bez dźwię­ku. So­nea lek­ko po­cią­gnę­ła drzwi ku so­bie i wyj­rza­ła na ze­wnątrz. W sła­bym świe­tle księ­ży­ca wpa­da­ją­cym przez okien­ni­ki do­strze­gła syl­wet­kę męż­czy­zny krą­żą­ce­go po sa­lo­nie. Nie­wy­so­kie­go i zna­jo­me­go. Po­czu­ła ulgę.

- Cery - po­wie­dzia­ła, otwie­ra­jąc sze­rzej drzwi. - Któż inny wa­żył­by się za­kra­dać do mo­je­go miesz­ka­nia w sa­mym środ­ku nocy?

Od­wró­cił się twa­rzą do niej.

- So­neo... - Wziął głę­bo­ki od­dech, ale nie po­wie­dział nic wię­cej.

Na­stą­pi­ła dłuż­sza chwi­la mil­cze­nia. So­nea zmarsz­czy­ła brwi. Ta­kie wa­ha­nie nie było w jego sty­lu. Czyż­by przy­szedł pro­sić o przy­słu­gę, któ­ra jej się nie spodo­ba?

Sku­pi­ła się i przy­wo­ła­ła nie­wiel­ką kulę świetl­ną, wy­star­cza­ją­cą, by wy­peł­nić po­miesz­cze­nie cie­płą po­świa­tą. Na mo­ment ją za­mu­ro­wa­ło. Miał taką po­marsz­czo­ną twarz. Lata peł­ne­go nie­bez­pie­czeństw i zmar­twień zło­dziej­skie­go ży­cia spra­wi­ły, że sta­rzał się szyb­ciej niż kto­kol­wiek, kogo zna­ła.

Na mnie też wiek od­ci­snął pięt­no, po­my­śla­ła, ale moje bi­twy do­ty­czą drob­nych spo­rów mię­dzy ma­ga­mi, a nie prze­ży­cia w bez­kom­pro­mi­so­wym i nie­rzad­ko okrut­nym pół­świat­ku.

- Co... co spro­wa­dza cię do Gil­dii w środ­ku nocy? - spy­ta­ła, wcho­dząc do sa­lo­nu.

Przy­glą­dał się jej uważ­nie.

- Nig­dy nie py­tasz, jak się tu do­sta­ję nie­zau­wa­żo­ny.

- Nie chcę tego wie­dzieć. Nie chcę ry­zy­ko­wać, że kto­kol­wiek inny się do­wie, choć to mało praw­do­po­dob­ne, że­bym mu­sia­ła po­zwo­lić ko­muś czy­tać moje my­śli.

Ski­nął gło­wą.

- Aha. Jak leci?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Po sta­re­mu. Kłót­nie mię­dzy bo­ga­ty­mi i bied­ny­mi no­wi­cju­sza­mi. A te­raz, kie­dy już kil­ku z tych daw­nych bied­nych no­wi­cju­szy ukoń­czy­ło na­ukę i zo­sta­ło ma­ga­mi, za­czę­ły się kłót­nie na no­wym po­zio­mie. Mu­si­my po­waż­nie się nimi za­jąć. Za kil­ka dni bę­dzie­my mie­li spo­tka­nie, na któ­rym bę­dzie się dys­ku­to­wać pe­ty­cję o znie­sie­nie za­sa­dy, że no­wi­cju­szom i ma­gom nie wol­no za­da­wać się z prze­stęp­ca­mi i ludź­mi po­dej­rza­nej re­pu­ta­cji. Je­śli uda się to prze­gło­so­wać, nie będę już ła­mać prze­pi­sów, roz­ma­wia­jąc z tobą.

- Będę mógł wejść przez głów­ną bra­mę i ofi­cjal­nie po­pro­sić o au­dien­cję?

- Tak. Na ra­zie ta pro­po­zy­cja spę­dza sen z po­wiek star­szyź­nie. Za­ło­żę się, że ża­łu­ją, że w ogó­le do­pu­ści­li lu­dzi z ni­zin spo­łecz­nych do Gil­dii.

- Od po­cząt­ku było wia­do­mo, że będą tego ża­ło­wać - po­wie­dział Cery, po czym wes­tchnął i od­wró­cił wzrok.

- Cza­sa­mi ma­rzę o po­wro­cie Czy­stek.

So­nea spo­chmur­nia­ła i skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­si, czu­jąc ukłu­cie gnie­wu i nie­do­wie­rza­nia.

- Nie mó­wisz po­waż­nie.

- Wszyst­ko zmie­ni­ło się na gor­sze. - Pod­szedł do okna i roz­chy­lił je­den z okien­ni­ków, za któ­rym wi­dać było tyl­ko ciem­ność.

- Dla­te­go że za­prze­sta­no Czy­stek? - Zmru­ży­ła oczy, wpa­tru­jąc się w jego ple­cy. - Nie ma to nic wspól­ne­go z pew­ną przy­pa­dło­ścią, któ­ra ruj­nu­je ży­wo­ty ogrom­nej licz­by miesz­kań­ców Imar­di­nu, bo­ga­tych i bied­nych.

- Cho­dzi ci o nil?

- Tak. Czyst­ki za­bi­ja­ły set­ki lu­dzi, ale nil za­bił już ty­sią­ce, a jesz­cze wię­cej znie­wo­lił. - Każ­de­go dnia wi­dzia­ła ofia­ry w lecz­ni­cach. Nie tyl­ko tych, któ­rzy ule­gli po­ku­sie nar­ko­ty­ku, ale rów­nież ich zroz­pa­czo­nych ro­dzi­ców, mał­żon­ków, ro­dzeń­stwo, po­tom­stwo i przy­ja­ciół.

A z tego, co wiem, Cery jest jed­nym ze Zło­dziei, któ­rzy to spro­wa­dza­ją i sprze­da­ją. Nie mo­gła po­wstrzy­mać się od tej my­śli, nie po raz pierw­szy zresz­tą.

- Po­dob­no to po­ma­ga prze­stać się przej­mo­wać - od­po­wie­dział ci­cho Cery, od­wra­ca­jąc się do niej. - Ko­niec ze zmar­twie­nia­mi i tro­ska­mi. Ko­niec ze stra­chem. Ko­niec z... ża­lem.

Głos za­ła­mał mu się na ostat­nim sło­wie i na­gle So­nea po­czu­ła, że wy­ostrza­ją jej się wszyst­kie zmy­sły.

- Co się sta­ło, Cery? Dla­cze­go do mnie przy­sze­dłeś?

Wziął głę­bo­ki od­dech i po­wo­li wy­pusz­czał po­wie­trze z płuc.

- Cho­dzi o moją ro­dzi­nę - po­wie­dział w koń­cu. - Zo­sta­li dziś za­mor­do­wa­ni.

So­nea za­chwia­ła się. Po­czu­ła strasz­li­wy ból, wspo­mnie­nie strat, któ­rych nig­dy nie da się za­po­mnieć - któ­rych nie po­win­no się nig­dy za­po­mnieć. Ale po­wstrzy­ma­ła tę falę. Nie po­mo­że Cery'emu, je­śli po­zwo­li, żeby ogar­nął ją żal. Spra­wiał wra­że­nie za­gu­bio­ne­go. Z jego oczu wy­zie­ra­ły nie­skry­wa­ny ból i zdu­mie­nie. Po­de­szła do nie­go i wzię­ła go w ra­mio­na. Ze­sztyw­niał na mo­ment, po czym przy­tu­lił się do niej.

- To część ży­cia Zło­dzie­ja - po­wie­dział. - Ro­bisz wszyst­ko, aby chro­nić swo­ich lu­dzi, ale nie­bez­pie­czeń­stwo czai się wszę­dzie. Ve­sta ode­szła, po­nie­waż nie była w sta­nie z tym żyć. Nie po­tra­fi­ła żyć w ukry­ciu. Se­lia była sil­niej­sza. Od­waż­niej­sza. Po tym wszyst­kim, z czym so­bie po­ra­dzi­ła, nie za­słu­ży­ła na... no i chłop­cy.

Ve­sta była pierw­szą żoną Cery'ego. Była in­te­li­gent­na, ale draż­li­wa i skłon­na do hi­ste­rii. Se­lia oka­za­ła się znacz­nie lep­szą part­ner­ką, opa­no­wa­ną i mą­drą, pa­trzy­ła na świat otwar­ty­mi i ro­zu­mie­ją­cy­mi ocza­mi. So­nea trzy­ma­ła go w uści­sku, a on trząsł się od pła­czu. Czu­ła, że i do jej oczu na­pły­wa­ją łzy. Czy ja po­tra­fię zro­zu­mieć, co to zna­czy stra­cić dziec­ko? Znam lęk przed taką stra­tą, ale nie praw­dzi­wy ból. Oba­wiam się, że to gor­sze niż co­kol­wiek, co je­stem so­bie w sta­nie wy­obra­zić. Świa­do­mość, że two­je dzie­ci nig­dy nie do­ro­sną... z wy­jąt­kiem... co z jego pierw­szą cór­ką? Ona musi już być do­ro­sła.

- Anyi nic się nie sta­ło? - spy­ta­ła.

Cery znie­ru­cho­miał, po czym od­su­nął się od niej. Wa­hał się.

- Nie wiem. Chcia­łem spra­wić wra­że­nie, że nie ob­cho­dzi mnie los Ve­sty i Anyi, po tym jak ode­szły, ze wzglę­du na ich bez­pie­czeń­stwo... cho­ciaż cza­sem sta­ra­łem się po­ka­zy­wać w oko­li­cy Anyi, żeby przy­najm­niej nie prze­sta­ła mnie roz­po­zna­wać. - Po­trzą­snął gło­wą. - Kto­kol­wiek to zro­bił, po­ko­nał naj­droż­sze zam­ki i lu­dzi, do któ­rych mia­łem peł­ne za­ufa­nie. Do­brze się przy­go­to­wał. Może wszyst­ko o niej wie­dzieć. Albo wie, że ona ist­nie­je, ale nie wie, gdzie miesz­ka. Je­śli­bym chciał się do­wie­dzieć, czy u niej wszyst­ko w po­rząd­ku, mógł­bym za­pro­wa­dzić do niej za­bój­cę.

- Dasz radę ją ostrzec?

Zmarsz­czył brwi.

- Tak. Chy­ba. - Wes­tchnął. - Mu­szę spró­bo­wać.

- Co ka­żesz jej zro­bić?

- Ukryć się.

- W ta­kim ra­zie nie­istot­ne, czy do­pro­wa­dzisz do niej za­bój­cę, czy nie, praw­da? I tak bę­dzie mu­sia­ła po­szu­kać kry­jów­ki.

Za­my­ślił się.

- Pew­nie tak.

So­nea uśmiech­nę­ła się na wi­dok de­ter­mi­na­cji, któ­ra po­ja­wi­ła się na jego twa­rzy. Cery był cały spię­ty. Spoj­rzał na nią prze­pra­sza­ją­co.

- Idź już - po­wie­dzia­ła. - A na­stęp­nym ra­zem nie zwle­kaj tak z ko­lej­ną wi­zy­tą.

Zdo­łał przy­wo­łać na usta cień uśmie­chu.

- Nie będę. Och. Jesz­cze jed­no. To tyl­ko prze­czu­cie, ale mam wra­że­nie, że je­den z no­wych Zło­dziei, Skel­lin, chciał­by mieć swo­je­go maga. On han­dlu­je gni­lem, więc le­piej uwa­żaj, żeby któ­ryś z two­ich ma­gów nie uza­leż­nił się od tego.

- To nie są moi ma­go­wie, Cery - przy­po­mnia­ła mu, nie po raz pierw­szy.

Za­miast jak za­wsze pro­mien­nym uśmie­chem, za­re­ago­wał skrzy­wie­niem.

- Ja­sne. Nie­waż­ne. Je­śli nie chcesz wie­dzieć, jak się tu do­sta­ję i jak wy­cho­dzę, le­piej wyjdź z po­ko­ju.

So­nea prze­wró­ci­ła ocza­mi, po czym po­de­szła do drzwi sy­pial­ni. Od­wró­ci­ła się jesz­cze, za­nim je za sobą za­mknę­ła.

- Do­bra­noc, Cery. Tak mi przy­kro z po­wo­du two­jej ro­dzi­ny, no i mam na­dzie­ję, że Anyi nie gro­zi nie­bez­pie­czeń­stwo.

Po­tak­nął, prze­ły­ka­jąc śli­nę.

- Ja też.

Za­mknę­ła za sobą drzwi i cze­ka­ła. W sa­lo­nie roz­le­gło się kil­ka głu­chych tup­nięć, po czym za­pa­dła ci­sza. Od­li­czy­ła do stu, po czym otwar­ła z po­wro­tem drzwi. W sa­lo­nie ni­ko­go nie było. Nie wi­dzia­ła żad­nych śla­dów po jego wej­ściu i wyj­ściu.

Ciem­ność mię­dzy okien­ni­ka­mi nie była już te­raz cał­ko­wi­cie nie­prze­nik­nio­na. Na­bra­ła od­cie­nia sza­ro­ści, za­czy­na­ły się w niej ry­so­wać kształ­ty le­d­wie wi­docz­ne w świe­tle po­ran­ka. So­nea zro­bi­ła krok w kie­run­ku okna i za­trzy­ma­ła się. Czy to kwa­dra­to­wa bry­ła re­zy­den­cji Wiel­kie­go Mi­strza, czy tyl­ko się jej wy­da­wa­ło? Sama myśl o tym przy­pra­wi­ła ją o dreszcz.

Prze­stań. Jego tam nie ma.

Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat miesz­kał tam Bal­kan. So­nea czę­sto za­sta­na­wia­ła się, czy prze­śla­do­wał go cień po­przed­nie­go miesz­kań­ca, ale nig­dy nie za­py­ta­ła, prze­ko­na­na, że to by­ło­by nie na miej­scu.

On jest na wzgó­rzu. Za two­imi ple­ca­mi.

Od­wró­ci­ła się i wbi­ła wzrok w ścia­nę, ocza­mi wy­obraź­ni wi­dząc lśnią­ce bie­lą nowe na­grob­ki na sta­rym cmen­ta­rzu peł­nym sza­rych ka­mie­ni. Po­czu­ła, że za­le­wa ją tę­sk­no­ta, ale za­wa­ha­ła się. Mia­ła dziś tyle do zro­bie­nia. Choć było jesz­cze wcze­śnie - dzień do­pie­ro wsta­wał. Mia­ła czas. Nie my­śla­ła o tym już daw­no. Okrop­ne wie­ści, któ­re przy­niósł Cery, spra­wi­ły, że po­czu­ła po­trze­bę... cze­go? Może zro­zu­mie­nia jego stra­ty przez przy­wo­ła­nie wła­snej? Po­trze­bo­wa­ła cze­goś wię­cej niż co­dzien­nej ru­ty­ny i uda­wa­nia, że nic strasz­ne­go się nie wy­da­rzy­ło.

Wró­ci­ła do sy­pial­ni, umy­ła się i ubra­ła szyb­ko, po czym na­rzu­ci­ła na ra­mio­na płaszcz - czar­ny na czar­ną sza­tę - i wy­mknę­ła się przez drzwi swo­je­go miesz­ka­nia, po czym prze­szła naj­szyb­ciej jak po­tra­fi­ła przez ko­ry­tarz Domu Ma­gów ku bra­mie, a na­stęp­nie na ścież­kę pro­wa­dzą­cą na cmen­tarz.

Wy­zna­czo­no tu nowe szla­ki, od­kąd po raz pierw­szy szła w to miej­sce z Mi­strzem Ro­the­nem po­nad dwa­dzie­ścia lat temu. Te­ren zo­stał od­chwasz­czo­ny, ale Gil­dia za­sa­dzi­ła ścia­nę drzew wo­kół naj­dal­szych gro­bów. So­nea za­uwa­ży­ła gład­kie pły­ty świe­żo wy­ku­tych ka­mie­ni. Nie­któ­re wi­dzia­ła wcze­śniej, in­nych nie. Kie­dy mag umie­ra, cała po­zo­sta­ła w jego cie­le ma­gia zo­sta­je uwol­nio­na, a je­śli jest jej do­sta­tecz­nie dużo, cia­ło ule­ga spa­le­niu. Dla­te­go te sta­re gro­by sta­no­wi­ły ta­jem­ni­cę. Sko­ro nie ma cia­ła, któ­re moż­na by po­grze­bać, po co gro­by?

Po­now­ne od­kry­cie czar­nej ma­gii udzie­li­ło od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Reszt­ki ener­gii ma­gicz­nej tych daw­nych ma­gów były po­bie­ra­ne przez czar­nych ma­gów - zo­sta­wa­ły więc cia­ła, któ­re na­le­ża­ło po­cho­wać.

Te­raz kie­dy czar­na ma­gia prze­sta­ła sta­no­wić te­mat za­ka­za­ny, acz­kol­wiek po­zo­sta­wa­ła pod ści­słą kon­tro­lą, po­chów­ki sta­ły się na po­wrót po­pu­lar­ne. Obo­wią­zek po­bie­ra­nia ostat­ków ma­gii umie­ra­ją­cych spadł na dwo­je Czar­nych Ma­gów Gil­dii: So­neę i Kal­le­na.

So­nea uwa­ża­ła, że kie­dy za­bie­ra umie­ra­ją­cym ma­gom reszt­ki mocy, po­win­na uczest­ni­czyć w po­grze­bach. Za­sta­na­wia­ła się, czy Kal­len czu­je po­dob­ną po­win­ność, kie­dy mag wy­bie­ra jego. Po­de­szła do pro­ste­go, ni­czym nie­ozdo­bio­ne­go ka­mie­nia i ma­gicz­nym cie­płem osu­szy­ła rosę z jed­ne­go z na­roż­ni­ków, żeby móc na nim przy­siąść. Od­szu­ka­ła wzro­kiem wy­rzeź­bio­ne na nim imię. Ak­ka­rin. Uznał­byś to za za­baw­ne, ilu ma­gów, któ­rzy tak wzbra­nia­li się przed po­wro­tem do czar­nej ma­gii, w koń­cu się do niej ucie­kło po to tyl­ko, żeby ich cia­ła po­zo­sta­ły po śmier­ci w zie­mi. Za­pew­ne uznał­byś, po­dob­nie jak ja, że po­zwo­le­nie reszt­kom wła­snej ma­gii na po­chło­nię­cie cia­ła bar­dziej przy­stoi ma­go­wi - spoj­rza­ła na co­raz to ozdob­niej­sze nowe na­grob­ki, fi­nan­so­wa­ne przez Gil­dię. - Nie mó­wiąc o tym, że jest znacz­nie tań­sze.

Spoj­rza­ła na sło­wa wy­ry­te na gro­bie, na któ­rym sie­dzia­ła. Imię, ty­tuł, na­zwi­sko ro­do­we, na­zwa Domu. Póź­niej do­da­no jesz­cze sło­wa "Oj­ciec Lor­ki­na" nie­wiel­ki­mi, drob­niej­szy­mi li­te­ra­mi. O niej nie było żad­nej wzmian­ki.

I nig­dy nie bę­dzie, do­pó­ki two­ja ro­dzi­na bę­dzie mia­ła co­kol­wiek do po­wie­dze­nia w tej spra­wie, Ak­ka­ri­nie. Ale przy­najm­niej za­ak­cep­to­wa­li two­je­go syna.

Ode­pchnę­ła od sie­bie go­rycz i po­wró­ci­ła my­śla­mi do Cery'ego i jego ro­dzi­ny, przez chwi­lę po­zwa­la­jąc so­bie na wspo­mnie­nie żalu i współ­czu­cie. Po­zwo­li­ła po­wró­cić wspo­mnie­niom: i tym do­brym, i złym. Chwi­lę póź­niej z za­du­my wy­rwał ją od­głos kro­ków i So­nea zo­rien­to­wa­ła się, że słoń­ce już wze­szło.

Od­wra­ca­jąc się, żeby zo­ba­czyć, kto nad­cho­dzi, uśmiech­nę­ła się na wi­dok zbli­ża­ją­ce­go się ku niej Ro­the­na. Przez mo­ment jego po­ora­na zmarszcz­ka­mi twarz wy­glą­da­ła jak ma­ska tro­ski, ale szyb­ko roz­luź­nił się z wy­raź­ną ulgą.

- So­neo - po­wie­dział, za­trzy­mu­jąc się dla zła­pa­nia od­de­chu. - Przy­był po­sła­niec do cie­bie. Nikt nie wie­dział, gdzie znik­nę­łaś.

- I, za­ło­żę się, spo­wo­do­wa­ło to mnó­stwo nie­po­trzeb­ne­go ba­ła­ga­nu i nie­po­ko­ju.

Zmarsz­czył czo­ło.

- To nie naj­lep­szy mo­ment na pod­wa­ża­nie za­ufa­nia Gil­dii do ma­gów po­cho­dzą­cych z po­spól­stwa, So­neo, zwa­żyw­szy, ja­kie zmia­ny za­sad chcie­li­by­śmy za­pro­po­no­wać.

- Czy na to kie­dy­kol­wiek jest do­bry mo­ment? - Wsta­ła z wes­tchnie­niem. - A poza tym nie roz­wa­li­łam Gil­dii ani nie za­mie­ni­łam Ky­ra­lian w nie­wol­ni­ków, praw­da? Po­szłam so­bie na spa­cer. To nic na­gan­ne­go. - Spoj­rza­ła na nie­go. - Od dwu­dzie­stu lat nie opu­ści­łam gra­nic mia­sta, a te­ren Gil­dii opusz­czam tyl­ko po to, żeby pra­co­wać w lecz­ni­cach. Czy to nie wy­star­czy?

- Nie­któ­rym nie. Z pew­no­ścią nie Kal­le­no­wi.

So­nea wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Spo­dzie­wam się tego po Kal­le­nie. To jego pra­ca.

Uję­ła go pod ra­mię i ru­szy­li ra­zem ścież­ką.

- Nie martw się o Kal­le­na, Ro­the­nie. Dam so­bie z nim radę. A poza tym nie śmiał­by wy­rzu­cać mi wi­zyt na gro­bie Ak­ka­ri­na.

- Po­win­naś była zo­sta­wić Jon­nie wia­do­mość. Po­wie­dzieć, do­kąd idziesz.

- Wiem, ale nie wszyst­ko pla­nu­ję na­przód.

Rzu­cił jej ba­daw­cze spoj­rze­nie.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Uśmiech­nę­ła się.

- Tak. Mam syna, któ­ry żyje i ma się do­brze, lecz­ni­ce w mie­ście, gdzie mogę coś do­bre­go zro­bić, no i cie­bie. Cze­go mi jesz­cze bra­ku­je?

Za­sta­no­wił się.

- Męża?

Ro­ze­śmia­ła się.

- Nie bra­ku­je mi męża. Nie je­stem na­wet pew­na, czy chcia­ła­bym go mieć. My­śla­łam, że będę czuć się sa­mot­na, kie­dy Lor­kin wy­pro­wa­dzi się z mo­je­go miesz­ka­nia, ale od­kry­łam, że lu­bię być sama z sobą. Mąż... tyl­ko by prze­szka­dzał.

Te­raz Ro­then się za­śmiał.

Albo sta­no­wił­by sła­by punkt, któ­ry nie­przy­ja­ciel mógł­by wy­ko­rzy­stać - przy­ła­pa­ła się na ta­kiej my­śli. Ale to mia­ło wię­cej wspól­ne­go ze wspo­mnie­nia­mi wia­do­mo­ści od Cery'ego, któ­re wciąż prze­śla­do­wa­ły jej my­śli, niż z ja­kim­kol­wiek rze­czy­wi­stym za­gro­że­niem. Owszem, mia­ła wro­gów, ale ci nie lu­bi­li jej ra­czej ze wzglę­du na ni­skie po­cho­dze­nie albo też bali się jej czar­nej ma­gii. Żad­na z tych rze­czy nie po­pchnę­ła­by ich do skrzyw­dze­nia lu­dzi, któ­rych ko­cha­ła. W prze­ciw­nym ra­zie Lor­kin już był­by ich ce­lem.

Na myśl o synu za­la­ła ją fala wspo­mnień o nim jako dziec­ku. Prze­mie­sza­nych wspo­mnień z jego dzie­ciń­stwa i wcze­snej mło­do­ści, ra­do­ści i roz­cza­ro­wań, i So­nea po­czu­ła zna­jo­my ucisk w ser­cu, w któ­rym ra­dość łą­czy­ła się z bó­lem. Kie­dy Lor­kin był spo­koj­ny i w re­flek­syj­nym na­stro­ju, my­ślał nad czymś albo rzu­cał bły­sko­tli­we uwa­gi, przy­po­mi­nał jej bar­dzo swo­je­go ojca. Ale ta pew­na sie­bie, cza­ru­ją­ca, upar­ta i wy­ga­da­na jego stro­na była tak bar­dzo nie­po­dob­na do Ak­ka­ri­na, że ka­za­ła jej wi­dzieć syna wy­łącz­nie jako jego sa­me­go, nie­po­wta­rzal­ne­go, je­dy­ne­go w swo­im ro­dza­ju. Tyle że Ro­then utrzy­my­wał, że upór i ga­dul­stwo miał po niej.

Kie­dy wy­szli z lasu, So­nea spoj­rza­ła w dół, na te­ren Gil­dii. Przed nimi wzno­sił się Dom Ma­gów, dłu­gi pro­sto­kąt­ny bu­dy­nek, w któ­rym miesz­ka­li ma­go­wie pre­fe­ru­ją­cy bli­skość Uni­wer­sy­te­tu. Na jego koń­cu za­czy­nał się dzie­dzi­niec, za któ­rym stał dru­gi bu­dy­nek o po­dob­nym ukła­dzie i kształ­cie - Dom No­wi­cju­szy.

Na sa­mym koń­cu dzie­dziń­ca wzno­si­ła się naj­więk­sza z bu­dow­li Gil­dii - Uni­wer­sy­tet. Wy­so­ki na trzy pię­tra gó­ro­wał nad po­zo­sta­ły­mi za­bu­do­wa­nia­mi. Na­wet po dwu­dzie­stu la­tach So­nea czu­ła wciąż ro­dzaj dumy z tego, że wraz z Ak­ka­ri­nem zdo­ła­li oca­lić ten gmach. Jak za­wsze na­tych­miast po­ja­wił się też żal i smu­tek z po­wo­du ceny. Gdy­by po­zwo­li­li bu­dow­li się za­wa­lić, za­bi­ja­jąc tych, któ­rzy po­zo­sta­li w środ­ku, a za­miast tego po­bra­li moc z Are­ny, Ak­ka­rin mógł­by prze­żyć.

Nie­waż­ne, ile mocy zdo­ła­li­by­śmy ze­brać. Kie­dy już zo­stał ran­ny, i tak od­dał­by mi całą moc i umarł, za­miast się le­czyć - albo po­zwo­lić mnie się ule­czyć - ry­zy­ku­jąc w ten spo­sób zwy­cię­stwo icha­nich. No i nie­za­leż­nie od tego, ile mocy by­śmy po­bra­li, nie zdą­ży­ła­bym po­ko­nać Ka­ri­ko i rów­no­cze­śnie ule­czyć Ak­ka­ri­na. Zmarsz­czy­ła czo­ło. Może to jed­nak nie po mnie Lor­kin odzie­dzi­czył swój upór.

- Chcesz prze­ma­wiać w obro­nie pe­ty­cji? - spy­tał Ro­then, kie­dy za­czę­li scho­dzić ścież­ką. - Wiem, że po­pie­rasz znie­sie­nie tego prze­pi­su.

Po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą.

Ro­then uśmiech­nął się.

- Dla­cze­go nie?

- Mo­gła­bym wię­cej za­szko­dzić, niż po­móc. Ktoś, kto wy­rósł w slum­sach, a na­stęp­nie zła­mał przy­rze­cze­nie, na­uczył się za­ka­za­nej ma­gii, po czym rzu­cił wy­zwa­nie star­szyź­nie Gil­dii oraz Kró­lo­wi, co do­pro­wa­dzi­ło do wy­gna­nia dwóch osób, ra­czej nie przy­czy­ni się do wzro­stu za­ufa­nia do ma­gów po­cho­dzą­cych z niż­szych warstw.

- Ura­to­wa­łaś kraj.

Po­mo­głam Ak­ka­ri­no­wi ura­to­wać kraj. To wiel­ka róż­ni­ca.

Ro­then skrzy­wił się.

- Ode­gra­łaś rów­nie dużą rolę... no i za­da­łaś ostat­ni cios. Po­win­ni o tym pa­mię­tać.

- A Ak­ka­rin po­świę­cił ży­cie. Na­wet gdy­bym nie była uro­dzo­ną w slum­sach ko­bie­tą, trud­no by­ło­by mi temu do­rów­nać. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Nie in­te­re­su­ją mnie po­dzię­ko­wa­nia i uzna­nie, Ro­the­nie. Za­le­ży mi wy­łącz­nie na Lor­ki­nie i lecz­ni­cach. No i oczy­wi­ście na to­bie.

Po­tak­nął.

- A gdy­bym ci po­wie­dział, że Mistrz Re­gin za­pro­po­no­wał, że bę­dzie re­pre­zen­tan­tem tych, któ­rzy sprze­ci­wia­ją się pe­ty­cji?

Po­czu­ła, że coś ści­ska ją w żo­łąd­ku na dźwięk tego imie­nia. Jak­kol­wiek no­wi­cjusz, któ­ry za­drę­czał ją w pierw­szych la­tach jej na­uki na Uni­wer­sy­te­cie, był już do­ro­słym czło­wie­kiem, żo­na­tym i po­sia­da­ją­cym dwie mło­de cór­ki, a na do­da­tek od cza­su na­jaz­du icha­nich za­wsze trak­to­wał So­neę uprzej­mie i z sza­cun­kiem, nie po­tra­fi­ła po­wstrzy­mać nie­chę­ci i nie­uf­no­ści.

- Nie dzi­wi mnie to - po­wie­dzia­ła. - Za­wsze się wy­wyż­szał.

- Owszem, choć jego cha­rak­ter znacz­nie się po­pra­wił od wa­szych lat stu­denc­kich.

- W ta­kim ra­zie obec­nie wy­wyż­sza się uprzej­miej.

Ro­then za­śmiał się.

- Za­chę­ci­łem cię?

Po­now­nie po­krę­ci­ła gło­wą.

- Cóż, le­piej, że­byś mia­ła go­to­we zda­nie w tej spra­wie - ostrzegł ją. - Wie­lu ma­gów bę­dzie chcia­ło po­znać two­ją opi­nię i radę.

Kie­dy do­tar­li do dzie­dziń­ca, So­nea wes­tchnę­ła.

- Wąt­pię. Ale na wy­pa­dek gdy­byś miał ra­cję, za­sta­no­wię się, jak od­po­wie­dzieć na wszyst­kie py­ta­nia, któ­re mogą mi za­dać. Nie chcę prze­cież za­szko­dzić pre­zen­tu­ją­cym pe­ty­cję.

Je­śli Re­gin re­pre­zen­tu­je stro­nę prze­ciw­ną, po­win­nam mieć się na bacz­no­ści i uwa­żać na sztucz­ki tak­tycz­ne. Jego ma­nie­ry może się po­lep­szy­ły, ale nie stra­cił nic ze swej in­te­li­gen­cji ani prze­bie­gło­ści.

Na uli­cy Szew­ców w Pół­noc­nej Dziel­ni­cy znaj­do­wał się nie­wiel­ki, schlud­ny za­kład kra­wiec­ki, przez któ­ry - je­śli zna­ło się od­po­wied­nich lu­dzi - moż­na było się do­stać do pry­wat­nych po­ko­ików na pię­trze, gdzie za­ba­wia­li się mło­dzi bo­ga­cze z mia­sta.

Lor­ki­na, po­dob­nie jak resz­tę jego kum­pli, przy­pro­wa­dził tu po raz pierw­szy czte­ry lata temu jego przy­ja­ciel z Uni­wer­sy­te­tu, Dek­ker. Jak zwy­kle był to po­mysł Dek­ke­ra. Był on naj­zu­chwal­szym z przy­ja­ciół Lor­ki­na, co było ty­po­wą ce­chą mło­dych Wo­jow­ni­ków. Je­śli cho­dzi o resz­tę gru­py, to Sher­ran ro­bił za­wsze to, co za­pro­po­no­wał Dek­ker, pod­czas gdy Re­ater i Or­lon nie da­wa­li się tak ła­two na­kło­nić do in­tryg. Za­pew­ne de­cy­do­wa­ła o tym wro­dzo­na ostroż­ność Uzdro­wi­cie­li. Tak czy siak, Lor­kin zgo­dził się to­wa­rzy­szyć Dek­ke­ro­wi wy­łącz­nie dla­te­go, że ci dwaj nie od­mó­wi­li.

Czte­ry lata póź­niej wszy­scy byli już po stu­diach, ale warsz­tat kra­wiec­ki po­zo­stał ich ulu­bio­nym miej­scem spo­tkań. Dziś Per­ler przy­pro­wa­dził po raz pierw­szy do tej kry­jów­ki swo­ją ku­zyn­kę z Ely­ne, Ja­lie.

- A więc to jest to słyn­ne U Kraw­ca, o któ­rym tyle sły­sza­łam - po­wie­dzia­ła mło­da ko­bie­ta, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu.

Me­ble były ład­ne - zo­sta­ły wy­bra­ne spo­śród tego, co wy­rzu­ca­no w bo­ga­tych do­mach jako zu­ży­te. Ob­ra­zy i okien­ni­ki były na­to­miast pro­stac­kie za­rów­no pod wzglę­dem wy­ko­na­nia, jak i te­ma­ty­ki.

- Tak - od­parł Dek­ker. - Wszel­kie roz­ko­sze, ja­kich so­bie za­ży­czysz.

- Za okre­ślo­ną cenę. - Rzu­ci­ła mu spoj­rze­nie spode łba.

- Za cenę, któ­rą chęt­nie za­pła­ci­my w za­mian za two­je to­wa­rzy­stwo.

Uśmiech­nę­ła się.

- Ależ to słod­kie!

- Ale nie bez zgo­dy two­je­go star­sze­go ku­zy­na - do­dał Per­ler, rzu­ca­jąc Dek­ke­ro­wi kar­cą­ce spoj­rze­nie.

- Oczy­wi­ście - od­parł młod­szy z chło­pa­ków, skła­nia­jąc nie­znacz­nie gło­wę w kie­run­ku Per­le­ra.

- No więc ja­kie roz­ko­sze się tu ofe­ru­je? - za­py­ta­ła Ja­lie Dek­ke­ra.

Ten mach­nął ręką.

- Roz­ko­sze cia­ła, roz­ko­sze umy­słu.

- Umy­słu?

- Och! Po­pro­śmy o pie­cyk - po­wie­dział Sher­ran z błysz­czą­cy­mi ocza­mi. - Tro­chę nilu po­mo­że nam się roz­luź­nić.

- Nie - za­pro­te­sto­wał Lor­kin, a na dźwięk dru­gie­go gło­su, pro­te­stu­ją­ce­go w tej sa­mej chwi­li, z wdzięcz­no­ścią ski­nął gło­wą w stro­nę Or­lo­na, któ­ry nie­na­wi­dził nar­ko­ty­ku w rów­nym stop­niu jak Lor­kin.

Spró­bo­wa­li tego raz, ale Lor­kin uznał to do­świad­cze­nie za nie­przy­jem­ne. Nie cho­dzi­ło na­wet o to, że nar­ko­tyk wy­do­był z Dek­ke­ra okru­cień­stwo, w związ­ku z czym chło­pak znę­cał się nad dziew­czy­ną, któ­ra zu­peł­nie zwa­rio­wa­ła na jego punk­cie w tym cza­sie. Rzecz w tym, że jego za­cho­wa­nie wca­le nie ze­zło­ści­ło wte­dy Lor­ki­na. Uznał je wręcz za za­baw­ne, choć póź­niej nie mógł po­jąć dla­cze­go.

Dziew­czy­na od­ko­cha­ła się owe­go dnia, za­czął się na­to­miast ro­mans Sher­ra­na z ni­lem. Wcze­śniej Sher­ran ro­bił wszyst­ko, o co go po­pro­sił Dek­ker. Od tego dnia - tyl­ko pod wa­run­kiem, że nie prze­szka­dza­ło mu to w ob­co­wa­niu z nar­ko­ty­kiem.

- Może le­piej się na­pij­my - za­pro­po­no­wał Per­ler.

- Wina.

Spoj­rzał na słu­żą­cą sto­ją­cą tuż za drzwia­mi i ski­nął na nią gło­wą. Ko­bie­ta ukło­ni­ła się i wy­szła.

- Ma­go­wie piją? - spy­ta­ła Ja­lie. - My­śla­łam, że im nie wol­no.

- Wol­no - od­parł Re­ater - choć uwa­ża się, że upi­ja­nie się nie jest wska­za­ne. Utra­ta kon­tro­li od­bi­ja się na ma­gii tak samo jak na żo­łąd­ku czy pę­che­rzu.

- Ro­zu­miem - po­wie­dzia­ła. - Czy w ta­kim ra­zie Gil­dia musi spraw­dzać, czy przyj­mo­wa­ni ni­zin­ni nie są pi­ja­ka­mi?

Po­zo­sta­li spoj­rze­li na Lor­ki­na, on jed­nak uśmiech­nął się - nie dla­te­go pa­trzy­li, że jego mat­ka jest ni­zin­na, ale po­nie­waż wie­dzie­li, że on by wy­szedł, gdy­by po­ja­wi­ło się za dużo żar­tów o niż­szych sfe­rach.

- My­ślę, że pi­ja­ków jest wię­cej wśród wy­nio­słych niż ni­zin­nych - od­parł Dek­ker. - Umie­my so­bie z nimi ra­dzić. Cze­go się na­pi­jesz?

Lor­kin od­wró­cił wzrok, kie­dy kon­wer­sa­cja ze­szła na kwe­stię trun­ków.

"Ni­zin­ni" i "wy­nio­śli" były to na­zwy, któ­re nada­li so­bie wza­jem­nie bo­ga­ci i bied­ni no­wi­cju­sze, od kie­dy Gil­dia po­sta­no­wi­ła przyj­mo­wać stu­den­tów spo­za Do­mów. Okre­śle­nie "ni­zin­ni" przy­ję­ło się dla­te­go, że ża­den z no­wi­cju­szy po­cho­dzą­cych z niż­szych warstw spo­łecz­nych nie był na­praw­dę bied­ny. Wszy­scy do­sta­wa­li spo­re upo­sa­że­nie od Gil­dii. Po­dob­nie jak ma­go­wie, któ­rzy jed­nak mo­gli do­dat­ko­wo po­więk­szyć swo­je do­cho­dy dzię­ki ma­gii czy in­nym dzia­ła­niom. Trze­ba więc było wy­my­ślić ja­kieś prze­zwi­sko, a po­nie­waż oka­za­ło się ono mało po­chleb­ne, ni­zin­ni od­po­wie­dzie­li wła­snym okre­śle­niem no­wi­cju­szy z Do­mów. Ta­kim, ja­kie zda­niem Lor­ki­na do­sko­na­le do nich pa­so­wa­ło.

Lor­kin nie na­le­żał do żad­nej z tych grup. Jego mat­ka po­cho­dzi­ła ze slum­sów, oj­ciec z jed­ne­go z naj­po­tęż­niej­szych Do­mów w Imar­di­nie. Wy­cho­wał się w Gil­dii, z dala od po­li­tycz­nych in­tryg i zo­bo­wią­zań Do­mów, a tak­że cięż­kie­go ży­cia w slum­sach. Więk­szość z jego przy­ja­ciół na­le­ża­ła do wy­nio­słych. Nie uni­kał ce­lo­wo przy­jaź­ni z ni­zin­ny­mi, ale z więk­szo­ścią z nich, choć nie czu­li do nie­go tak wy­raź­nej nie­chę­ci jak do in­nych wy­nio­słych, trud­no mu było na­wią­zać nić po­ro­zu­mie­nia. Do­pie­ro po kil­ku la­tach, kie­dy Lor­kin miał już kół­ko wy­nio­słych przy­ja­ciół, uświa­do­mił so­bie, że ni­zin­ni czu­li wo­bec nie­go onie­śmie­le­nie. A ra­czej wo­bec tego, kto był jego oj­cem.

- ...jak w Sa­cha­ce? Oni na­praw­dę wciąż trzy­ma­ją nie­wol­ni­ków?

Lor­kin po­wró­cił uwa­gą do roz­mo­wy i wzdry­gnął się. Na­zwa kra­ju, z któ­re­go po­cho­dzi­li za­bój­cy jego ojca, za­wsze na­pa­wa­ła go gro­zą. Nie­mniej jak­kol­wiek daw­niej czuł dreszcz lęku, te­raz było to ra­czej dzi­wacz­ne pod­eks­cy­to­wa­nie. Od cza­sów na­jaz­du icha­nich Kra­iny Sprzy­mie­rzo­ne po­sta­no­wi­ły przyj­rzeć się bli­żej igno­ro­wa­ne­mu do­tych­czas są­sia­do­wi. Ma­go­wie i dy­plo­ma­ci wę­dro­wa­li do Sa­cha­ki, usi­łu­jąc za­po­bie­gać moż­li­wym kon­flik­tom po­przez ne­go­cja­cje, wy­mia­nę han­dlo­wą i umo­wy. Kie­dy po­wra­ca­li, przy­wo­zi­li opo­wie­ści o dzi­wacz­nej kul­tu­rze i nie mniej dziw­nych kra­jo­bra­zach.

- Owszem - od­po­wie­dział Per­ler. Lor­kin wy­pro­sto­wał się. Star­szy brat Re­ate­ra po­wró­cił kil­ka ty­go­dni temu z Sa­cha­ki, spę­dziw­szy tam uprzed­nio rok jako asy­stent Am­ba­sa­do­ra Gil­dii. - Cho­ciaż rzad­ko ich wi­du­jesz. Sza­ty zni­ka­ją z po­ko­ju, po czym po­ja­wia­ją się wy­pra­ne, ale nig­dy nie zo­ba­czysz tego, kto je za­bie­ra. Spo­ty­kasz za to nie­wol­ni­ków, któ­rych ci przy­dzie­lo­no, oczy­wi­ście. Każ­dy z nas miał jed­ne­go.

- Mia­łeś nie­wol­ni­ka? - za­py­tał Sher­ran. - To nie jest sprzecz­ne z pra­wem kró­lew­skim?

- Oni nie na­le­żą do nas - od­parł Per­ler ze wzru­sze­niem ra­mion. - Sa­cha­ka­nie nie wie­dzą, jak trak­to­wać słu­żą­cych, więc mu­sie­li­śmy im po­zwo­lić na przy­dzie­le­nie nam po nie­wol­ni­ku. In­a­czej mu­sie­li­by­śmy sami prać so­bie ubra­nia i go­to­wać po­sił­ki.

- To by­ło­by strasz­ne - wtrą­cił Lor­kin z uda­nym prze­ra­że­niem.

Ciot­ka jego mat­ki była jej słu­żą­cą, cała jej ro­dzi­na pra­co­wa­ła jako służ­ba u bo­ga­tych ro­dów, a mimo to wszy­scy oni po­sia­da­li god­ność i przed­się­bior­czość, któ­rą Lor­kin sza­no­wał. Sam po­sta­no­wił, że je­śli kie­dy­kol­wiek mu­siał­by wy­ko­ny­wać ja­kieś pra­ce do­mo­we, nie czuł­by się z tego po­wo­du upo­ko­rzo­ny w rów­nym stop­niu jak jego ko­le­dzy - ma­go­wie.

Per­ler spoj­rzał na nie­go i po­krę­cił gło­wą.

- Nie mie­li­by­śmy cza­su na to, żeby ro­bić to wszyst­ko sa­me­mu. Za­wsze jest mnó­stwo pra­cy. O, są już na­sze na­po­je.

- Ja­kiej pra­cy? - spy­tał Or­lon, się­ga­jąc po kie­li­szek wina.

- Ne­go­cja­cje umów han­dlo­wych, pró­by prze­ko­na­nia Sa­cha­kan do znie­sie­nia nie­wol­nic­twa, żeby mo­gli do­łą­czyć do Kra­in Sprzy­mie­rzo­nych, śle­dze­nie sa­cha­kań­skiej po­li­ty­ki - ist­nie­je gru­pa bun­tow­ni­ków, o któ­rych do­wie­dział się Am­ba­sa­dor Ma­ron, i chciał o nich usły­szeć coś wię­cej, ale mu­siał wró­cić z po­wo­du ja­kichś pro­ble­mów ro­dzin­nych.

- Brzmi nud­no - oznaj­mił Dek­ker.

- Nie­praw­da, to wszyst­ko jest cał­kiem cie­ka­we. - Per­ler uśmiech­nął się sze­ro­ko. - Cza­sem nie­co prze­ra­ża­ją­ce, ale mia­łem po­czu­cie, że ro­bię coś, no, hi­sto­rycz­ne­go. Zmie­niam świat. Zmie­niam go na lep­sze, na­wet je­śli to wszyst­ko są małe krocz­ki.

Lor­kin po­czuł dzi­wacz­ny dreszcz.

- My­ślisz, że mogą zmie­nić zda­nie w kwe­stii nie­wol­nic­twa? - spy­tał.

Per­ler wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie­któ­rzy są za tym, ale trud­no po­wie­dzieć, czy uda­ją, że my­ślą o zgo­dzie, żeby oka­zać uprzej­mość, czy też chcą cze­goś od nas za to. Ma­ron uwa­ża, że ła­twiej bę­dzie ich prze­ko­nać do re­zy­gna­cji z nie­wol­nic­twa niż czar­nej ma­gii.

- Cięż­ko bę­dzie ich na­mó­wić na po­rzu­ce­nie czar­nej ma­gii, zwa­żyw­szy, że my mamy dwój­kę czar­nych ma­gów - za­uwa­żył Re­ater. - To za­kra­wa na hi­po­kry­zję.

- Je­że­li oni za­ka­żą czar­nej ma­gii, my zro­bi­my tak samo - od­po­wie­dział Per­ler pew­nym to­nem.

Dek­ker od­wró­cił się z sze­ro­kim uśmie­chem do Lor­ki­na.

- Je­śli tak się sta­nie, to Lor­kin nie bę­dzie na­stęp­cą mat­ki.

Lor­kin par­sk­nął po­gar­dli­wie.

- I tak by mi nie po­zwo­li­ła. Ona wo­la­ła­by, że­bym odzie­dzi­czył po niej lecz­ni­ce.

- Czy to ta­kie złe? - spy­tał ci­cho Or­lon. - To, że wy­bra­łeś al­che­mię, nie zna­czy, że nie mo­żesz po­ma­gać Uzdro­wi­cie­lom.

- Żeby pro­wa­dzić coś ta­kie­go jak lecz­ni­ca, mu­sisz chcieć się temu cał­ko­wi­cie, bez­względ­nie po­świę­cić - od­parł Lor­kin. - A ja nie mam ta­kiej po­trze­by. Choć cza­sem ża­łu­ję, że nie mam.

- Dla­cze­go? - za­py­ta­ła Ja­lie.

Lor­kin roz­ło­żył ręce.

- Chciał­bym zro­bić co­kol­wiek sen­sow­ne­go w ży­ciu.

- Ech! - wy­krzyk­nął Dek­ker. - Mo­żesz po­zwo­lić so­bie na wszel­kie przy­jem­no­ści w ży­ciu, cze­mu więc się im nie od­dać?

- Nuda? - pod­rzu­cił Or­lon.

- Kto się nu­dzi? - ode­zwał się nowy, ko­bie­cy głos.

Po krę­go­słu­pie Lor­ki­na znów prze­biegł dreszcz, ale in­ne­go ro­dza­ju. Po­czuł, że od­dech grzęź­nie mu w gar­dle, a żo­łą­dek za­ci­ska się nie­przy­jem­nie. Wszy­scy od­wró­ci­li się ku drzwiom, w któ­rych sta­nę­ła ciem­no­wło­sa mło­da ko­bie­ta. Uśmiech­nę­ła się i ro­zej­rza­ła po po­miesz­cze­niu. Kie­dy jej wzrok na­po­tkał spoj­rze­nie Lor­ki­na, uśmiech na mo­ment znikł z jej twa­rzy.

- Be­riya. - Wy­po­wie­dział jej imię mi­mo­wol­nie i na­tych­miast znie­na­wi­dził się za to, że za­brzmia­ło ono jak sła­by, ża­ło­sny jęk.

- Przy­łącz się do nas - za­pro­sił ją Dek­ker.

Nie, miał ocho­tę po­wie­dzieć Lor­kin. Ale prze­cież miał już skoń­czyć z Be­riyą. Dwa lata temu ro­dzi­na wy­wio­zła ją do Ely­ne. Kie­dy sia­da­ła, od­wró­cił wzrok, jak­by nie był nią za­in­te­re­so­wa­ny, i usi­ło­wał roz­luź­nić mię­śnie, któ­re na­pię­ły się w chwi­li, gdy usły­szał jej głos. Roz­luź­nie­nia wy­ma­ga­ła więk­szość mię­śni.

Była pierw­szą ko­bie­tą, w któ­rej się za­ko­chał - i jak do­tąd je­dy­ną. Spo­ty­ka­li się przy każ­dej oka­zji, otwar­cie i po­ta­jem­nie. Zaj­mo­wa­ła jego my­śli bez prze­rwy i twier­dzi­ła, że ona tak samo my­śli wciąż o nim. Lor­kin zro­bił­by dla niej wszyst­ko.

Nie­któ­rzy za­chę­ca­li ich, inni usi­ło­wa­li utrzy­mać Lor­ki­na na zie­mi - zwłasz­cza gdy cho­dzi­ło o stu­dia ma­gicz­ne. Pro­blem po­le­gał na tym, że nie ist­nia­ły po­wo­dy, dla któ­rych kto­kol­wiek - jego mat­ka czy też ro­dzi­na Be­riyi - miał­by się sprze­ci­wiać ta­kie­mu związ­ko­wi. Lor­kin oka­zał się ty­pem czło­wie­ka, któ­ry tak an­ga­żu­je się w mi­łość, że żad­ne współ­czu­cie czy też po­waż­ne roz­mo­wy - a na­wet rady Mi­strza Ro­the­na, któ­re­go po­wa­żał i ko­chał jak ulu­bio­ne­go dziad­ka - nie przy­wra­ca­ły mu po­czu­cia rze­czy­wi­sto­ści. Wszy­scy uzna­li, że na­le­ży za­cze­kać, aż Lor­kin od­zy­ska zmy­sły na tyle, żeby sku­pić się na czym­kol­wiek in­nym niż Be­riya, a na­stęp­nie po­móc mu nad­ro­bić za­le­gło­ści.

A po­tem jej ku­zyn na­krył ich ra­zem w łóż­ku i jej ro­dzi­na za­żą­da­ła jak naj­szyb­sze­go ślu­bu. Nie li­czy­ło się to, że on, bę­dąc ma­giem, po­tra­fił za­po­biec cią­ży. Gdy­by się nie po­bra­li, uzna­no by ją za "ze­psu­tą" dla przy­szłych za­lot­ni­ków.

Lor­kin i jego mat­ka wy­ra­zi­li zgo­dę. Od­mó­wi­ła Be­riya.

Od­mó­wi­ła też wi­dze­nia się z nim. Kie­dy wresz­cie zdo­łał ją pew­ne­go dnia za­sko­czyć, oznaj­mi­ła mu, że nig­dy go nie ko­cha­ła. Że flir­to­wa­ła z nim, po­nie­waż sły­sza­ła, że ma­go­wie mogą ko­chać się bez ry­zy­ka spło­dze­nia dziec­ka. Że prze­pra­sza za to, że go okła­ma­ła.

Mat­ka po­wie­dzia­ła mu, że to, jak bar­dzo okrop­nie się czuł, jest naj­więk­szym osią­gal­nym dla maga przy­bli­że­niem tego, jak czu­ją się lu­dzie nie­ma­gicz­ni pod­czas cho­ro­by. Naj­lep­szym le­kar­stwem jest czas i życz­li­wość ro­dzi­ny i przy­ja­ciół. Na­stęp­nie na­zwa­ła za­cho­wa­nie Be­riyi sło­wa­mi, któ­rych Lor­kin nie po­wtó­rzył­by w obec­no­ści więk­szo­ści swo­ich zna­jo­mych.

Na szczę­ście ro­dzi­na wy­wio­zła Be­riyę do Ely­ne, to­też kie­dy ból wresz­cie ustą­pił na tyle, żeby Lor­kin po­czuł gniew, dziew­czy­na zna­la­zła się da­le­ko poza jego za­się­giem. Przy­siągł so­bie, że wię­cej się nie za­ko­cha, ale kie­dy ko­le­żan­ka z kla­sy al­che­mii za­czę­ła się nim in­te­re­so­wać, po­sta­no­wie­nie co nie­co osła­bło. Lu­bił jej prak­ty­cyzm. Mia­ła w so­bie wszyst­ko, cze­go bra­ko­wa­ło Be­riyi. A w kul­tu­rze Ky­ra­lii ist­nia­ła dzi­wacz­na hi­po­kry­zja: nikt nie wy­ma­gał od ma­gów, na­wet ko­biet, za­cho­wa­nia ce­li­ba­tu. Kie­dy jed­nak Lor­kin uświa­do­mił so­bie, że nie ko­cha tej dziew­czy­ny, ona zdą­ży­ła na­praw­dę się w nim za­ko­chać. Zro­bił wszyst­ko, co było w jego mocy, żeby za­koń­czyć tę spra­wę tak de­li­kat­nie, jak się dało, ale wie­dział, że ona czu­je do nie­go wiel­ki żal.

Uznał więc, że mi­łość to wy­jąt­ko­wo po­gma­twa­ny in­te­res.

Be­riya po­de­szła do fo­te­la i z wdzię­kiem opa­dła na sie­dze­nie.

- No więc kto się nu­dzi? - po­no­wi­ła py­ta­nie.

Wszy­scy za­prze­cza­li, a Lor­kin przy­glą­dał się jej i roz­my­ślał nad lek­cja­mi, któ­re ode­brał. W ze­szłym roku spo­tkał kil­ka ko­biet, któ­re były za­rów­no do­bry­mi to­wa­rzysz­ka­mi, jak i ko­chan­ka­mi, i nie chcia­ły ni­cze­go wię­cej. Uznał, że od­po­wia­da­ją mu ta­kie ukła­dy. Uwo­dze­nie, któ­re­mu od­da­wał się Dek­ker, a któ­re za­wsze koń­czy­ło się bó­lem i skan­da­lem (albo i czymś gor­szym), nie po­cią­ga­ło go. Po­zba­wio­ne uczu­cia mał­żeń­stwo zaś, do któ­re­go zmu­si­li Re­ate­ra ro­dzi­ce, wy­da­wa­ło mu się naj­gor­szym kosz­ma­rem, jaki moż­na so­bie wy­obra­zić.

Ro­dzi­na ojca nie sta­ra­ła się ostat­nio zna­leźć mi żony. Może zro­zu­mie­li, że mat­ce spra­wia ogrom­ną przy­jem­ność krzy­żo­wa­nie ich pla­nów wo­bec mnie. Acz­kol­wiek je­stem pew­ny, że nie pro­te­sto­wa­ła­by prze­ciw­ko związ­ko­wi, na któ­ry ja miał­bym ocho­tę.

Po­wró­cił my­śla­mi do te­raź­niej­szo­ści; wła­śnie to­czy­ła się roz­mo­wa o ostat­nich wy­czy­nach wspól­nych zna­jo­mych Be­riyi i Dek­ke­ra. Lor­kin przy­słu­chi­wał się, po­zwa­la­jąc po­po­łu­dnio­wym go­dzi­nom mi­jać po­wo­li. W koń­cu dwaj Uzdro­wi­cie­le wy­szli, żeby obej­rzeć nowy tor wy­ści­gów kon­nych, a Be­riya uda­ła się na przy­miar­kę suk­ni. Dek­ker, Sher­ran i Ja­lie po­szli pie­cho­tą do swo­ich ro­dzin­nych do­mów, któ­re znaj­do­wa­ły się przy tej sa­mej uli­cy We­wnętrz­ne­go Krę­gu. Lor­kin jako je­dy­ny wra­cał do Gil­dii.

Idąc uli­ca­mi We­wnętrz­ne­go Krę­gu, przy­glą­dał się z uwa­gą wiel­kim bu­dow­lom. To miej­sce było przez całe jego ży­cie jego do­mem. Nig­dy nie miesz­kał gdzie in­dziej. Nig­dy nie był w żad­nym ob­cym kra­ju. Nig­dy na­wet nie opu­ścił mia­sta. Przed nim za­ma­ja­czy­ły bra­my Gil­dii.

Czy to są dla mnie kra­ty wię­zien­ne, czy też mur chro­nią­cy mnie od nie­bez­pie­czeństw? Da­lej wi­dać było mur Uni­wer­sy­te­tu, gdzie jego ro­dzi­ce po­ko­na­li nie­gdyś sa­cha­kań­skich czar­nych ma­gów w ostat­niej, roz­pacz­li­wej wal­ce. Ci ma­go­wie byli je­dy­nie icha­ni­mi, sa­cha­kań­ską wer­sją wy­rzut­ków i prze­stęp­ców. Jak za­koń­czy­ła­by się ta bi­twa, gdy­by bra­li w niej udział asha­ki, wiel­cy wo­jow­ni­cy po­słu­gu­ją­cy się czar­ną ma­gią? Mie­li­śmy szczę­ście, że ta bi­twa za­koń­czy­ła się zwy­cię­stwem. Wszy­scy o tym wie­dzą. Czar­ny Mag Kal­len i moja mama nie by­li­by za­pew­ne w sta­nie nas oca­lić, gdy­by Sa­cha­ka­nie prze­pro­wa­dzi­li praw­dzi­wą ofen­sy­wę.

Do­strzegł zna­jo­mą po­stać zmie­rza­ją­cą ku bra­mie z dru­giej stro­ny. Kie­dy męż­czy­zna wy­szedł za bra­mę, Lor­kin uśmiech­nął się. Znał Mi­strza Dan­ny­la przez mat­kę i Mi­strza Ro­the­na. Od ja­kie­goś cza­su nie wi­dział się z hi­sto­ry­kiem. Dan­nyl jak zwy­kle miał nie­co roz­tar­gnio­ny wy­raz twa­rzy. Lor­kin wie­dział, że Dan­nyl może go mi­nąć i na­wet nie za­uwa­żyć.

~ Mi­strzu Dan­ny­lu! ~ za­wo­łał Lor­kin, sta­ra­jąc się, żeby my­ślo­we we­zwa­nie było jak naj­cich­sze. Ta for­ma ko­mu­ni­ka­cji nie była po­chwa­la­na, po­nie­waż mo­gli ją sły­szeć wszy­scy ma­go­wie - za­rów­no przy­ja­cie­le, jak i wro­go­wie. Nie­mniej wy­wo­ły­wa­nie imie­nia in­ne­go maga było uwa­ża­ne za bez­piecz­ne, po­nie­waż nie wy­ja­wia­ło żad­nych in­for­ma­cji ko­mu­kol­wiek, kto mógł pod­słu­chi­wać.

Wy­so­ki mag pod­niósł wzrok i roz­ch­mu­rzył się na wi­dok Lor­ki­na. Po­de­szli do sie­bie, spo­ty­ka­jąc się u wy­lo­tu ulicz­ki, w któ­rej miesz­kał Dan­nyl.

- Mistrz Lor­kin. Jak leci?

Lor­kin wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie­źle. Jak ba­da­nia?

Dan­nyl z wes­tchnie­niem spoj­rzał na za­wi­niąt­ko, któ­re niósł w rę­kach.

- Wiel­ka Bi­blio­te­ka przy­sła­ła mi do­ku­men­ty, któ­re mogą rzu­cić nie­co świa­tła na stan Imar­di­nu po śmier­ci Ta­gi­na.

Lor­kin nie pa­mię­tał, kim był Ta­gin, ale na wszel­ki wy­pa­dek po­ki­wał gło­wą. Dan­nyl od tak daw­na zaj­mo­wał się hi­sto­rią ma­gii, że czę­sto za­po­mi­nał, iż wie­lu lu­dzi nie zna tylu szcze­gó­łów co on. Ależ to musi być ulga: wie­dzieć, cze­mu chce się po­świę­cić ży­cie, po­my­ślał Lor­kin. Ko­niec z za­sta­na­wia­niem się, co po­win­no się ro­bić.

- Skąd... jak wpa­dłeś na to, żeby na­pi­sać hi­sto­rię ma­gii? - spy­tał Lor­kin.

Dan­nyl spoj­rzał na nie­go i wzru­szył ra­mio­na­mi.

- To za­da­nie samo mnie zna­la­zło - od­po­wie­dział. - Cza­sem chciał­bym, żeby było in­a­czej, ale wte­dy od­naj­du­ję ko­lej­ną in­for­ma­cję i przy­po­mi­nam so­bie, jak waż­ne jest to, żeby prze­szłość oca­la­ła. Hi­sto­ria udzie­la nam licz­nych lek­cji, a może pew­ne­go dnia na­tknę się na ja­kąś ta­jem­ni­cę, któ­ra oka­że się dla nas nie­zwy­kle po­ży­tecz­na.

- Jak czar­na ma­gia? - pod­po­wie­dział Lor­kin.

Dan­nyl skrzy­wił się.

- Może coś, co nie wy­ma­ga ta­kie­go ry­zy­ka i po­świę­ce­nia.

Lor­kin po­czuł, że ser­ce mu przy­spie­sza.

- Nowa ma­gia obron­na? To by­ło­by wspa­nia­łe od­kry­cie. Nie tyl­ko uwol­ni­ło­by Gil­dię od ko­niecz­no­ści po­słu­gi­wa­nia się czar­ną ma­gią, ale mo­gło­by albo za­pew­nić nam obro­nę przed Sa­cha­ka­na­mi, albo też prze­ko­nać Sa­cha­kan do po­rzu­ce­nia czar­nej ma­gii i nie­wol­nic­twa i do­łą­cze­nia do

Kra­in Sprzy­mie­rzo­nych. Gdy­bym od­krył coś ta­kie­go... ale to po­mysł Dan­ny­la, nie mój...

Dan­nyl wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Być może nic nie znaj­dę. Ale od­na­le­zie­nie ka­wał­ka praw­dy, za­pi­sa­nie i za­cho­wa­nie go to już spo­re osią­gnię­cie jak dla mnie.

Cóż... sko­ro Dan­ny­lo­wi na tym nie za­le­ży... chy­ba nie miał­by nic prze­ciw­ko temu, żeby ktoś inny szu­kał al­ter­na­ty­wy dla czar­nej ma­gii? Na przy­kład ja?

Lor­kin po­czuł przy­pływ na­dziei.

Wziął głę­bo­ki od­dech.

- Czy mógł­bym... mógł­bym przyj­rzeć się temu, co do­tych­czas od­kry­łeś?

Star­szy mag uniósł brwi.

- Ależ oczy­wi­ście. Chęt­nie po­słu­cham, co o tym my­ślisz. Może za­uwa­żysz coś, co mnie umknę­ło. - Spoj­rzał na bruk uli­cy i wzru­szył ra­mio­na­mi. - Może wpad­niesz do mnie i Tay­en­da na ko­la­cję? Mogę ci po­tem po­ka­zać no­tat­ki i źró­dła i wy­ja­śnić, ja­kie bia­łe pla­my w hi­sto­rii usi­łu­ję wy­peł­nić.

Lor­kin mi­mo­wol­nie ski­nął gło­wą.

- Dzię­ku­ję. - Je­śli wró­cił­by do swo­je­go miesz­ka­nia w Gil­dii, skoń­czy­ło­by się na roz­my­śla­niu o Be­riyi na zmia­nę z po­wta­rza­niem so­bie, że jego ży­cie bez niej jest znacz­nie lep­sze. - Na pew­no bę­dzie to bar­dzo in­te­re­su­ją­ce.

Dan­nyl wska­zał na swój dom: spo­ry pię­tro­wy bu­dy­nek, któ­ry wy­na­jął po za­koń­cze­niu służ­by jako Am­ba­sa­dor Gil­dii w Ely­ne. Mimo że wszy­scy wie­dzie­li, że Dan­ny­la łą­czy z Tay­en­dem coś wię­cej niż przy­jaźń, nie mó­wi­ło się o tym. Dan­nyl za­miesz­kał w mie­ście za­miast w Gil­dii, po­nie­waż, jak się kie­dyś wy­ra­ził, "to swe­go ro­dza­ju układ: Gil­dia przy­my­ka oko, a my nie rzu­ca­my się w oczy".

- Mu­sisz jesz­cze wró­cić do Gil­dii?

Lor­kin po­krę­cił gło­wą prze­czą­co.

- Nie, ale je­śli chciał­byś uprze­dzić Tay­en­da i słu­żą­cych...

- Nie, nie ma po­trze­by. Tay­end bez prze­rwy spro­wa­dza do domu nie­spo­dzie­wa­nych go­ści. Nasi słu­żą­cy już do tego przy­wy­kli.

Ski­nął na Lor­ki­na ręką i ru­szył w kie­run­ku swo­je­go domu. Lor­kin po­szedł za nim.

ROZDZIAŁ 1DAWNI I NOWI

Naj­słyn­niej­szym i naj­czę­ściej cy­to­wa­nym wier­szem po­ety Re­wi­na, naj­lep­sze­go z ca­łej zgrai, któ­ra po­ja­wi­ła się w No­wym Mie­ście, jest Pieśń mia­sta. Opo­wia­da on o tym, co moż­na usły­szeć nocą w Imar­di­nie, je­śli tyl­ko za­trzy­mać się i po­słu­chać: o nie­koń­czą­cym się, stłu­mio­nym i od­le­głym szu­mie dźwię­ków. Gło­sów. Pio­se­nek. Śmie­chu. Jęku. Krzy­ku. Wrza­sku.

W ciem­no­ści pa­nu­ją­cej w no­wej dziel­ni­cy Imar­di­nu pe­wien czło­wiek przy­po­mniał so­bie ten wiersz. Za­trzy­mał się, by na­słu­chi­wać, ale za­miast dać się po­nieść pie­śni mia­sta, sku­pił się na jed­nym zgrzy­tli­wie brzmią­cym po­gło­sie. Dźwię­ku, któ­ry tu nie pa­so­wał. Dźwię­ku, któ­ry się nie po­wta­rzał. Par­sk­nął ci­cho i ru­szył przed sie­bie.

Kil­ka kro­ków da­lej z mro­ku tuż przed nim wy­nu­rzył się ja­kiś kształt. Był to męż­czy­zna, któ­ry na­chy­lał się groź­nie. W ostrzu noża od­bi­ło się świa­tło.

- Da­waj kasę - ode­zwał się szorst­ki, zde­cy­do­wa­ny głos.

Na­pad­nię­ty nie od­po­wie­dział, tyl­ko stał bez ru­chu. Wy­glą­dał, jak­by za­marł z prze­ra­że­nia. Albo jak­by był po­grą­żo­ny w my­ślach.

Kie­dy wresz­cie się po­ru­szył, zro­bił to nie­zwy­kle szyb­ko. Trzask, szarp­nię­cie rę­ka­wa - i ban­dy­ta krzyk­nął, pa­da­jąc na ko­la­na. Nóż za­brzę­czał o bruk. Czło­wiek po­kle­pał go po ra­mie­niu.

- Wy­bacz. Wy­bra­łeś nie­wła­ści­wą noc i nie­wła­ści­wy cel, a ja nie mam cza­su, żeby ci to tłu­ma­czyć.

Kie­dy ban­dy­ta upadł twa­rzą na bruk, prze­kro­czył jego cia­ło i ru­szył da­lej. Chwi­lę póź­niej za­trzy­mał się i spoj­rzał przez ra­mię na dru­gą stro­nę uli­cy.

- Eja! Gol. Mia­łeś być moim ochro­nia­rzem.

Z cie­nia wy­nu­rzył się ko­lej­ny po­tęż­ny kształt - i pod­szedł na­tych­miast.

- Mam wra­że­nie, że wca­le mnie nie po­trze­bu­jesz, Cery. A ja ro­bię się na sta­rość po­wol­ny. To ja po­wi­nie­nem ci pła­cić za ochro­nę.

Cery skrzy­wił się.

- Wzrok i słuch masz wciąż do­bre, praw­da?

Gol za­mru­gał po­wie­ka­mi.

- Rów­nie do­bre jak ty - od­po­wie­dział po­nu­ro.

- Wła­śnie - wes­tchnął Cery. - Po­wi­nie­nem się wy­co­fać. Ale Zło­dzie­je nie prze­cho­dzą w stan spo­czyn­ku.

- Chy­ba że prze­sta­ją być Zło­dzie­ja­mi.

- Chy­ba że zo­sta­ją tru­pa­mi - po­pra­wił go Cery.

- Ty nie je­steś ja­kimś tam Zło­dzie­jem. Cie­bie chy­ba nie do­ty­czą zwy­kłe za­sa­dy. Nie za­czy­na­łeś w zwy­czaj­ny spo­sób, to dla­cze­go miał­byś zwy­czaj­nie skoń­czyć?

- Chciał­bym, żeby wszy­scy inni tak my­śle­li.

- Ja też. Mia­sto by­ło­by lep­szym miej­scem.

- Gdy­by wszy­scy my­śle­li tak jak ty? Ha!

- Dla mnie na pew­no.

Cery ro­ze­śmiał się i ru­szył przed sie­bie. Gol trzy­mał się kil­ka kro­ków za nim. Nie­źle ukry­wa strach, po­my­ślał Cery. Za­wsze tak było. Ale z pew­no­ścią my­śli o tym, że obaj mo­że­my nie prze­żyć tej nocy. Zbyt wie­lu już zgi­nę­ło.

Po­nad po­ło­wa Zło­dziei - przy­wód­ców grup prze­stęp­czych pół­świat­ka Imar­di­nu - zgi­nę­ła w cią­gu ostat­nich kil­ku lat. Każ­dy w inny spo­sób, ale więk­szość z przy­czyn nie­na­tu­ral­nych. Za­szty­le­to­wa­ni, otru­ci, ze­pchnię­ci z wy­so­kich bu­dyn­ków, w po­ża­rze, uto­pie­ni albo za­sy­pa­ni w pod­ziem­nym tu­ne­lu. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że od­po­wia­da za to jed­na oso­ba - czło­wiek na­zy­wa­ny Łow­cą Zło­dziei. Inni twier­dzi­li, że to po­ra­chun­ki mię­dzy sa­my­mi Zło­dzie­ja­mi.

Gol ma­wiał, że za­kła­dy nie do­ty­czą tego, kto zgi­nie na­stęp­ny, ale - w jaki spo­sób.

Oczy­wi­ście sta­rych Zło­dziei za­stę­po­wa­li mło­dzi, cza­sa­mi w po­ko­jo­wy spo­sób, cza­sa­mi po krót­kiej, krwa­wej wal­ce. Moż­na się było tego spo­dzie­wać. Ale ci zu­chwa­li nowi też nie byli od­por­ni na śmierć. Ko­lej­ną ofia­rą mógł zo­stać rów­nie do­brze nowy, jak i star­szy Zło­dziej.

Mię­dzy za­bój­stwa­mi nie było wi­docz­nych po­wią­zań. Zło­dzie­je ży­wi­li do sie­bie licz­ne ura­zy, ale żad­na z nich nie by­ła­by wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem do tylu mor­derstw. A mimo że za­ma­chy na ży­cie Zło­dziei nie były ni­czym nie­zwy­czaj­nym - w su­mie sta­no­wi­ły ele­ment ka­rie­ry - za­dzi­wia­ło, że się uda­wa­ły. Za­dzi­wia­ło rów­nież to, że za­bój­ca czy też za­bój­cy nie prze­chwa­la­li się swo­imi suk­ce­sa­mi i nig­dy nikt ich nie wi­dział.

W daw­nych cza­sach zwo­ła­li­by­śmy spo­tka­nie. Prze­dys­ku­to­wa­li­by­śmy stra­te­gię. Stwo­rzy­li wspól­ny front. Mi­nę­ło jed­nak tyle cza­su, od­kąd Zło­dzie­je ze sobą współ­pra­co­wa­li, że za­pew­ne nie wie­dzie­li­by­śmy te­raz, jak się do tego za­brać.

Cery do­strzegł nad­cho­dzą­ce zmia­ny za­raz po tym, jak po­ko­na­ni zo­sta­li na­jeźdź­cy icha­ni, ale nie przy­pusz­czał, że na­stą­pią one tak szyb­ko. Kie­dy tyl­ko za­prze­sta­no Czy­stek - co­rocz­ne­go wy­pę­dza­nia bez­dom­nych z mia­sta do slum­sów - slum­sy uzna­no za część mia­sta, a do­tych­cza­so­we gra­ni­ce prze­sta­ły obo­wią­zy­wać. Za­chwia­ły się przy­mie­rza mię­dzy Zło­dzie­ja­mi, po­ja­wi­li się nowi ry­wa­le. Zło­dzie­je, któ­rzy pod­czas na­jaz­du współ­pra­co­wa­li, by oca­lić mia­sto, zwró­ci­li się prze­ciw­ko so­bie, pra­gnąc utrzy­mać stan po­sia­da­nia, od­zy­skać utra­co­ne te­ry­to­ria i wy­ko­rzy­stać nowe moż­li­wo­ści.

Cery mi­nął czte­rech mło­dych męż­czyzn opar­tych o ścia­nę na rogu za­uł­ka i szer­szej uli­cy. Zmie­rzy­li go wzro­kiem i utkwi­li oczy w nie­wiel­kiej od­zna­ce przy­pię­tej do płasz­cza, ozna­cza­ją­cej, że wła­ści­ciel jest czło­wie­kiem Zło­dzie­ja. Na­tych­miast ukło­ni­li się z sza­cun­kiem. Cery ski­nął im gło­wą, po czym za­trzy­mał się w wej­ściu do za­uł­ka, cze­ka­jąc, aż Gol mi­nie tam­tych i do nie­go do­łą­czy. Lata temu ochro­niarz uznał, że le­piej mu idzie wy­ła­py­wa­nie po­ten­cjal­nych za­gro­żeń, je­śli trzy­ma się nie­co da­lej - a Cery był w sta­nie po­ra­dzić so­bie z więk­szo­ścią na­pa­ści sam.

Cery cze­kał. Wpa­tru­jąc się w czer­wo­ną li­nię wy­ma­lo­wa­ną w po­przek wej­ścia do za­uł­ka, uśmiech­nął się roz­ba­wio­ny. Król, uznaw­szy slum­sy za część mia­sta, ze zmien­nym szczę­ściem usi­ło­wał prze­jąć nad nimi kon­tro­lę. Ulep­sze­nia w nie­któ­rych czę­ściach pro­wa­dzi­ły do pod­wyż­sze­nia czyn­szów, co wraz z wy­bu­rze­niem nie­bez­piecz­nych bu­dyn­ków zmu­sza­ło naj­bied­niej­szych do gro­ma­dze­nia się w co­raz to mniej­szych czę­ściach mia­sta. Oko­py­wa­li się tam i za­własz­cza­li te miej­sca, bro­niąc ich z dzi­ką de­ter­mi­na­cją, ni­czym osa­czo­ne zwie­rzę­ta, i na­da­jąc tym dziel­ni­com na­zwy ta­kie jak Czar­ne Uli­ce czy Twier­dza Byl­ców. Po­wsta­ły nowe gra­ni­ce, nie­któ­re ma­lo­wa­ne, inne tyl­ko sym­bo­licz­ne. Ża­den straż­nik miej­ski nie od­wa­żył­by się ich prze­kro­czyć bez to­wa­rzy­stwa kil­ku ko­le­gów - a na­wet w ta­kiej sy­tu­acji mógł się spo­dzie­wać wal­ki. Je­dy­nie obec­ność maga za­pew­nia­ła bez­pie­czeń­stwo.

Kie­dy ochro­niarz zrów­nał się z nim, Cery od­wró­cił się i ra­mię w ra­mię ru­szy­li przez szer­szą uli­cę. Mi­nął ich po­wóz oświe­tlo­ny dwie­ma ko­ły­szą­cy­mi się la­tar­nia­mi. Wszech­obec­ni straż­ni­cy prze­cha­dza­li się dwój­ka­mi - nig­dy nie tra­cąc z oczu są­sied­nich par i obo­wiąz­ko­wo no­sząc la­tar­nie.

Była to nowa uli­ca prze­lo­to­wa, bie­gną­ca przez nie­bez­piecz­ną dziel­ni­cę mia­sta zna­ną jako Dzi­ka Dro­ga. Cery za­sta­na­wiał się z po­cząt­ku, dla­cze­go Król w ogó­le za­wra­cał so­bie gło­wę tą czę­ścią mia­sta. Prze­chod­nie ry­zy­ko­wa­li na­paść ra­bu­siów gra­su­ją­cych po obu stro­nach uli­cy, a może na­wet dźgnię­cie no­żem. Sama uli­ca była jed­nak sze­ro­ka, nie da­wa­ła na­past­ni­kom do­bre­go schro­nie­nia, a bie­gną­ce pod nią tu­ne­le, sta­no­wią­ce nie­gdyś część pod­ziem­nej sie­ci pod na­zwą Zło­dziej­skiej Ścież­ki, zo­sta­ły za­sy­pa­ne pod­czas bu­do­wy. Wie­le ze sta­rych, prze­lud­nio­nych bu­dyn­ków po obu stro­nach zbu­rzo­no i za­stą­pio­no więk­szy­mi, bez­piecz­niej­szy­mi do­ma­mi, na­le­żą­cy­mi do kup­ców.

Roz­dzie­lo­ne w ten spo­sób po­łą­cze­nia w ob­rę­bie Dzi­kiej Dro­gi zo­sta­ły wy­łą­czo­ne z użyt­ku. Jak­kol­wiek Cery był prze­ko­na­ny, że roz­po­czę­to już pra­ce nad no­wy­mi tu­ne­la­mi, po­ło­wę lo­kal­nej lud­no­ści zmu­szo­no do prze­nie­sie­nia się w inne nie­cie­ka­we re­jo­ny, pod­czas gdy resz­ta zo­sta­ła roz­dzie­lo­na przez uli­cę. Dzi­ka Dro­ga, gdzie nie­gdyś przy­by­sze po­szu­ki­wa­li do­mów gry albo ta­nich la­dacz­nic, nie ba­cząc na ry­zy­ko na­pa­ści i śmier­ci, prze­sta­ła ist­nieć.

Cery jak zwy­kle czuł się nie­pew­nie na otwar­tej prze­strze­ni. Spo­tka­nie z na­past­ni­kiem nie­po­ko­iło go.

- My­ślisz, że wy­sła­no go, żeby mnie spraw­dził? - spy­tał.

Gol nie od­po­wie­dział od razu, a jego dłu­gie mil­cze­nie upew­ni­ło Cery'ego, że na­my­ślał się nad od­po­wie­dzią.

- Wąt­pię. Chy­ba ra­czej po pro­stu miał wiel­kie­go pe­cha.

Cery po­ki­wał gło­wą. Też tak my­ślę. Ale cza­sy się zmie­ni­ły. Mia­sto się zmie­ni­ło. Cza­sem czu­ję się tak, jak­bym miesz­kał w ob­cym kra­ju. Albo tak, jak so­bie wy­obra­żam miesz­ka­nie w ja­kimś in­nym miej­scu, bo prze­cież nig­dy nie wy­jeż­dża­łem z Imar­di­nu. Dzi­wacz­nie. Inne za­sa­dy. Nie­bez­pie­czeń­stwa czy­ha­ją­ce w nie­spo­dzie­wa­nych miej­scach. Nig­dy dość ostroż­no­ści. A na do­da­tek idę prze­cież na spo­tka­nie z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym Zło­dzie­jem w Imar­di­nie.

- Hej, ty! - ktoś za­wo­łał.

W kie­run­ku Cery'ego zmie­rza­li dwaj gwar­dzi­ści. Je­den z nich trzy­mał wy­so­ko unie­sio­ną la­tar­nię. Cery osza­co­wał od­le­głość dzie­lą­cą go od dru­giej stro­ny uli­cy, po czym za­trzy­mał się z wes­tchnie­niem.

- Ja? - spy­tał, od­wra­ca­jąc się w kie­run­ku straż­ni­ków. Gol mil­czał.

Wyż­szy z gwar­dzi­stów za­trzy­mał się o krok bli­żej niż jego krę­py to­wa­rzysz. Nie od­po­wia­dał, ale kil­ka­krot­nie prze­no­sił wzrok z Cery'ego na Gola i z po­wro­tem, aż w koń­cu utkwił go w Ce­rym.

- Imię i ad­res - rzu­cił.

- Cery z uli­cy Rzecz­nej, Pół­noc­na Stro­na - od­rzekł Cery.

- Obaj?

- Tak. Gol jest moim słu­gą. I ochro­nia­rzem.

Straż­nik ski­nął gło­wą, le­d­wie za­szczy­ca­jąc Gola spoj­rze­niem.

- Do­kąd się uda­je­cie?

- Na spo­tka­nie z Kró­lem.

Mil­czą­cy do­tych­czas straż­nik gło­śno wcią­gnął po­wie­trze - i za­ro­bił kar­cą­ce spoj­rze­nie zwierzch­ni­ka. Cery przy­glą­dał im się, roz­ba­wio­ny da­rem­ny­mi pró­ba­mi ukry­cia kon­ster­na­cji i lęku. Po­wie­dzia­no mu, że ma udzie­lać gwar­dzi­stom ta­kiej od­po­wie­dzi, a jak­kol­wiek brzmia­ła ona ko­micz­nie, oni naj­wy­raź­niej uwie­rzy­li. Albo, co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, wie­dzie­li, że to kod.

Wyż­szy ze straż­ni­ków wy­pro­sto­wał się.

- Ru­szaj­cie za­tem. I... bez­piecz­nej dro­gi.

Cery ru­szył więc. Ra­zem z Go­lem, któ­ry trzy­mał się o krok za nim, prze­mie­rzył uli­cę. Za­sta­na­wiał się, czy ta in­for­ma­cja po­wie­dzia­ła straż­ni­kom, z kim do­kład­nie za­mie­rzał się spo­tkać, czy też tyl­ko tyle, że oso­ba, któ­ra tak od­po­wie­dzia­ła, ma zo­stać pusz­czo­na wol­no, bez opóź­nień.

Tak czy siak, wąt­pił, że na­tknę­li się na je­dy­nych sko­rum­po­wa­nych straż­ni­ków na uli­cy. Za­wsze znaj­do­wa­li się gwar­dzi­ści go­to­wi współ­pra­co­wać ze Zło­dzie­ja­mi, ale obec­nie pro­blem ko­rup­cji był po­waż­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. W Gwar­dii byli uczci­wi, mo­ral­ni lu­dzie, któ­rzy sta­ra­li się wy­kry­wać prze­stęp­ców we wła­snych sze­re­gach, ale od pew­ne­go cza­su prze­gry­wa­li tę wal­kę.

Wszy­scy są wplą­ta­ni w ja­kiś ro­dzaj woj­ny. Gwar­dia zwal­cza ko­rup­cję, Domy to­czą wal­ki mię­dzy sobą, bo­ga­ci i bied­ni no­wi­cju­sze w Gil­dii kłó­cą się nie­ustan­nie, Kra­iny Sprzy­mie­rzo­ne nie mogą dojść do po­ro­zu­mie­nia, co zro­bić z Sa­cha­ką, a Zło­dzie­je wal­czą mię­dzy sobą. Fa­ren uwa­żał­by, że to wszyst­ko bar­dzo za­baw­ne.

Ale Fa­ren nie żył. W prze­ci­wień­stwie do in­nych Zło­dziei zmarł cał­ko­wi­cie zwy­czaj­nie na cho­ro­bę płuc zimą pięć lat temu. Cery już wte­dy od bar­dzo daw­na z nim nie roz­ma­wiał. Czło­wiek, któ­re­go Fa­ren przy­go­to­wy­wał na swo­je­go na­stęp­cę, prze­jął ste­ry jego prze­stęp­cze­go im­pe­rium bez wal­ki czy prze­le­wu krwi. Ten czło­wiek miał na imię Skel­lin.

To z nim miał się dziś spo­tkać Cery.

Idąc przez krót­ki od­ci­nek Dzi­kiej Dro­gi, któ­ry za­cho­wał swój daw­ny cha­rak­ter, Cery nie zwra­cał uwa­gi na za­czep­ki la­dacz­nic i na­ga­nia­czy z do­mów gry, ale za­sta­na­wiał się, co wie o Skel­li­nie. Fa­ren przy­jął do swej świ­ty mat­kę na­stęp­cy, kie­dy ten był jesz­cze dziec­kiem, ale czy zo­sta­ła ona żoną lub ko­chan­ką Fa­re­na, czy też tyl­ko dla nie­go pra­co­wa­ła, po­zo­sta­wa­ło ta­jem­ni­cą. Sta­ry Zło­dziej trzy­mał tę dwój­kę bli­sko sie­bie i w ukry­ciu, jak za­zwy­czaj po­stę­pu­ją Zło­dzie­je z tymi, któ­rych ko­cha­ją. Skel­lin oka­zał się uta­len­to­wa­nym mło­dzień­cem. Zaj­mo­wał się wie­lo­ma spra­wa­mi w pół­świat­ku i sam przed­się­wziął nie­jed­ną, po­peł­nia­jąc przy tym nie­wie­le błę­dów. Miał opi­nię spryt­ne­go i nie­ustę­pli­we­go. Cery są­dził, że Fa­re­no­wi nie spodo­ba­ło­by się cał­ko­wi­cie bez­li­to­sne po­stę­po­wa­nie na­stęp­cy. Ale po­nie­waż opo­wie­ści z pew­no­ścią ubar­wia­no w ko­lej­nych wer­sjach, trud­no było zgad­nąć, czy Skel­lin za­słu­żył na swo­ją re­pu­ta­cję.

Cery nie znał żad­ne­go zwie­rzę­cia, któ­re na­zy­wa­no by "skel­li­nem". A za­tem na­stęp­ca Fa­re­na był­by pierw­szym z no­wych Zło­dziei, któ­ry ze­rwał z tra­dy­cją po­słu­gi­wa­nia się zwie­rzę­cy­mi przy­dom­ka­mi. Nie zna­czy­ło to, oczy­wi­ście, że tak wła­śnie na­praw­dę się na­zy­wał. Ci, któ­rzy tak uwa­ża­li, po­dzi­wia­li od­wa­gę ujaw­nia­nia imie­nia. Po­zo­sta­łych nie­zbyt to ob­cho­dzi­ło.

Za­kręt ko­lej­nej ulicz­ki za­pro­wa­dził ich w nie­co czyst­szą część dziel­ni­cy. Czyst­szą z po­zo­ru. Za drzwia­mi tych po­rząd­nych, do­brze utrzy­ma­nych do­mów miesz­ka­li lu­dzie za­moż­ni: pro­sty­tut­ki, pa­se­rzy, prze­myt­ni­cy, płat­ni mor­der­cy. Zło­dzie­je na­uczy­li się, że Gwar­dia - nie­zbyt w koń­cu licz­na - nie za­glą­da do środ­ka, je­śli fa­sa­da pre­zen­tu­je się przy­zwo­icie. Po­nad­to Gwar­dia, po­dob­nie jak nie­któ­rzy za­moż­ni lu­dzie z Do­mów po­sia­da­ją­cy wąt­pli­we po­wią­za­nia, na­uczy­ła się rów­nież, że od­po­wied­nio ulo­ko­wa­ne do­ta­cje na cele cha­ry­ta­tyw­ne uspo­ka­ja­ją miej­skich do­bro­czyń­ców, któ­rzy mo­gli­by się nie­po­ko­ić nie­po­wo­dze­nia­mi w roz­wią­zy­wa­niu tego pro­ble­mu.

Obej­mo­wa­ło to rów­nież lecz­ni­ce pro­wa­dzo­ne przez So­neę, któ­ra wciąż po­zo­sta­wa­ła bo­ha­ter­ką bie­do­ty, mimo że bo­ga­ci mó­wi­li tyl­ko o wy­sił­kach i po­świę­ce­niu Ak­ka­ri­na w wal­ce z na­jaz­dem icha­nich. Cery czę­sto za­sta­na­wiał się, czy ona zda­je so­bie spra­wę, ile pie­nię­dzy ofia­ro­wy­wa­nych na jej dzia­łal­ność po­cho­dzi ze źró­deł o wąt­pli­wej re­pu­ta­cji. A je­śli wie, to czy ją to ob­cho­dzi?

Obaj z Go­lem zwol­ni­li kro­ku, kie­dy do­tar­li do skrzy­żo­wa­nia ulic wy­mie­nio­nych we wska­zów­kach, któ­re otrzy­mał Cery. Na rogu po­wi­tał ich dzi­wacz­ny wi­dok.

Ja­sno­zie­lo­na pla­ma wy­peł­nia­ła miej­sce, gdzie nie­gdyś stał dom. Ro­śli­ny, małe i duże, ro­sły mię­dzy sta­ry­mi fun­da­men­ta­mi i roz­wa­lo­ny­mi ścia­na­mi. Wszyst­kie oświe­tlo­ne set­ka­mi wi­szą­cych lam­pek. Cery ro­ze­śmiał się pod no­sem, kie­dy przy­po­mniał so­bie, gdzie wcze­śniej sły­szał na­zwę "Sło­necz­ny Dom". Bu­dy­nek zo­stał znisz­czo­ny pod­czas na­jaz­du icha­nich, a jego wła­ści­cie­la nie było stać na od­bu­do­wę. Za­miesz­kał więc w piw­ni­cach zruj­no­wa­ne­go domu i ro­bił wszyst­ko, żeby uko­cha­ny ogród za­rósł resz­tę - oko­licz­nych miesz­kań­ców za­chę­cał zaś do od­wie­dzin i za­baw w ogro­dzie.

Było to dzi­wacz­ne miej­sce na spo­tka­nia Zło­dziei, ale Cery do­strze­gał jego za­le­ty. Było sto­sun­ko­wo otwar­te - nikt nie zdo­łał­by się zbli­żyć ani pod­słu­chi­wać nie­zau­wa­żo­ny - a za­ra­zem na tyle pu­blicz­ne, że wszel­kie wal­ki czy ata­ki zo­sta­ły­by za­uwa­żo­ne, co po­win­no znie­chę­cać do zdra­dy i prze­mo­cy.

Wska­zów­ki mó­wi­ły, że ma za­cze­kać obok po­są­gu. Cery i Gol we­szli do ogro­du i do­strze­gli rzeź­bę na po­stu­men­cie w sa­mym środ­ku ruin. Była wy­ko­na­na z czar­ne­go ka­mie­nia, żył­ko­wa­ne­go sza­ro­ścią i bie­lą. Przed­sta­wia­ła męż­czy­znę w pe­le­ry­nie, zwró­co­ne­go ku wscho­do­wi, ale spo­glą­da­ją­ce­go na pół­noc. Pod­cho­dząc bli­żej, Cery uświa­do­mił so­bie, że jest w tym czło­wie­ku coś zna­jo­me­go.

To ma przed­sta­wiać Ak­ka­ri­na, zro­zu­miał nie bez zdu­mie­nia. Zwró­co­ny ku Gil­dii, spo­glą­da w stro­nę Sa­cha­ki. Pod­szedł bli­żej, żeby przyj­rzeć się ry­som twa­rzy. Nie­zbyt po­dob­ny.

Gol wy­dał stłu­mio­ny dźwięk ozna­cza­ją­cy ostrze­że­nie i Cery na­tych­miast sku­pił uwa­gę na oto­cze­niu. Zbli­żał się ku nim ja­kiś męż­czy­zna, dru­gi zaś szedł za nim.

Czy to jest Skel­lin? Musi być ob­co­kra­jow­cem. Na do­da­tek nie na­le­żał do żad­nej zna­nej Cery'emu na­cji. Jego twarz była szczu­pła, ko­ści po­licz­ko­we i pod­bró­dek zbie­ga­ły się w wą­ski klin. Za­ska­ku­ją­co wy­ra­zi­ste usta wy­da­wa­ły się za duże w sto­sun­ku do twa­rzy. Oczy na­to­miast, jak rów­nież łu­ko­wa­te brwi, były nie­zwy­kle har­mo­nij­ne - nie­mal pięk­ne. Skó­ra tego czło­wie­ka była ciem­niej­sza niż u Ely­nów i Sa­cha­kan, ale za­miast błę­kit­no­czar­nej, cha­rak­te­ry­stycz­nej dla Lon­mar­czy­ków, mia­ła czer­wo­na­wą bar­wę. Jego wło­sy lśni­ły czer­wie­nią, bar­dzo ciem­ną w po­rów­na­niu z ży­wy­mi ko­lo­ra­mi spo­ty­ka­ny­mi wśród Ely­nów.

Wy­glą­da, jak­by wpadł do ka­dzi z far­bą i nie zdo­łał jej zmyć, po­my­ślał Cery. Wiek? Dał­bym mu dwa­dzie­ścia pięć lat.

- Wi­taj w mo­jej sie­dzi­bie, Cery ze Stro­ny Pół­noc­nej - ode­zwał się męż­czy­zna bez cie­nia ob­ce­go ak­cen­tu. - Je­stem Skel­lin. Skel­lin Zło­dziej albo Skel­lin Brud­ny Cu­dzo­zie­miec... za­le­ży, z kim roz­ma­wiasz albo też jak bar­dzo wsta­wio­ny jest twój roz­mów­ca.

Cery nie był pew­ny, jak po­wi­nien za­re­ago­wać.

- To jak mam się do cie­bie zwra­cać?

Skel­lin uśmiech­nął się pro­mien­nie.

- Samo Skel­lin wy­star­czy. Nie lu­bię wy­szu­ka­nych ty­tu­łów. - Prze­niósł wzrok na Gola.

- Mój ochro­niarz - wy­ja­śnił Cery.

Skel­lin ski­nął nie­znacz­nie gło­wą w stro­nę Gola, po czym zwró­cił się po­now­nie do Cery'ego.

- Mo­że­my po­roz­ma­wiać na osob­no­ści?

- Oczy­wi­ście - od­parł Cery.

Dał znak Go­lo­wi, któ­ry od­su­nął się poza za­sięg słu­chu. To­wa­rzysz Skel­li­na uczy­nił po­dob­nie.

Zło­dziej pod­szedł do jed­ne­go z roz­wa­lo­nych mur­ków i usiadł.

- Bar­dzo nie­do­brze, że Zło­dzie­je tego mia­sta nie spo­ty­ka­ją się już i nie współ­pra­cu­ją ze sobą - po­wie­dział. - Jak za daw­nych cza­sów. - Zmie­rzył Cery'ego wzro­kiem. - Ty znasz daw­ne zwy­cza­je i kie­dyś ży­łeś we­dług nich. Tę­sk­nisz za nimi?

Cery wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Świat zmie­nia się cały czas. Coś tra­ci­my, coś zy­sku­je­my.

Skel­lin uniósł jed­ną ze swo­ich pięk­nych brwi.

- Czy to, co zy­sku­je­my, prze­wa­ża nad po­no­szo­ny­mi stra­ta­mi?

- Dla jed­nych tak, dla in­nych nie­ko­niecz­nie. Ja nie sko­rzy­sta­łem wie­le na tym roz­pa­dzie, ale nadal do­ga­du­ję się z in­ny­mi Zło­dzie­ja­mi.

- Do­brze sły­szeć. My­ślisz, że jest szan­sa na ja­kieś po­ro­zu­mie­nie?

- Szan­sa jest za­wsze. - Cery uśmiech­nął się. - Za­le­ży, cze­go ma do­ty­czyć to po­ro­zu­mie­nie.

Skel­lin po­tak­nął.

- Oczy­wi­ście. - Umilkł na chwi­lę, przy­bie­ra­jąc po­waż­ny wy­raz twa­rzy. - Chciał­bym zło­żyć ci dwie pro­po­zy­cje. Pierw­szą zło­ży­łem już kil­ku in­nym Zło­dzie­jom, a oni się zgo­dzi­li.

Cery po­czuł dreszcz za­in­te­re­so­wa­nia. Wszy­scy się zgo­dzi­li? Inna spra­wa, że nie wiem, ilu to jest tych "kil­ku".

- Sły­sza­łeś o Łow­cy Zło­dziei? - spy­tał Skel­lin.

- Kto nie sły­szał?

- My­ślę, że on ist­nie­je.

- Jed­na oso­ba po­za­bi­ja­ła wszyst­kich Zło­dziei? - Cery uniósł brwi, nie kry­jąc nie­do­wie­rza­nia.

- Owszem - od­po­wie­dział z po­wa­gą Skel­lin, wy­trzy­mu­jąc spoj­rze­nie Cery'ego. - Po­py­taj do­oko­ła... po­py­taj lu­dzi, któ­rzy co­kol­wiek wi­dzie­li... w tych za­bój­stwach są pew­ne po­do­bień­stwa.

Mu­szę ka­zać Go­lo­wi przyj­rzeć się temu po­now­nie, po­my­ślał Cery. Po czym przy­szło mu coś do gło­wy. Mam na­dzie­ję, że Skel­lin nie uwa­ża, że moja po­moc w od­na­le­zie­niu sa­cha­kań­skich szpie­gów udzie­lo­na Wiel­kie­mu Mi­strzo­wi Ak­ka­ri­no­wi przed in­wa­zją icha­nich ozna­cza, iż zdo­łam te­raz zna­leźć dla nie­go tego Łow­cę Zło­dziei. Tam­tych było ła­two wy­pa­trzeć, gdy już się wie­dzia­ło, cze­go szu­kać. Łow­ca Zło­dziei to zu­peł­nie inna spra­wa.

- A więc... co chciał­byś w tej spra­wie zro­bić?

- Chciał­bym two­jej zgo­dy na to, że je­że­li do­wiesz się cze­go­kol­wiek o Łow­cy Zło­dziei, przyj­dziesz z tą in­for­ma­cją do mnie. Zda­ję so­bie spra­wę, że Zło­dzie­je rzad­ko ze sobą roz­ma­wia­ją, to­też chęt­nie oso­bi­ście wy­słu­cham wszel­kich wie­ści o Łow­cy. Może je­śli bę­dzie­my współ­pra­co­wać, uda nam się go po­zbyć z po­żyt­kiem dla wszyst­kich. Albo przy­najm­niej ostrze­gać lu­dzi o moż­li­wym ata­ku.

Cery uśmiech­nął się.

- To ostat­nie brzmi opty­mi­stycz­nie.

Skel­lin wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Tak. Moż­li­we, że Zło­dziej nie prze­ka­że ostrze­że­nia, je­śli bę­dzie wie­dział, że Łow­ca Zło­dziei pla­nu­je za­bój­stwo ry­wa­la. Ale pa­mię­taj, że każ­dy za­bi­ty Zło­dziej to mniej­sze moż­li­wo­ści zdo­by­cia in­for­ma­cji, któ­re mogą nam po­móc po­zbyć się Łow­cy i za­pew­nić so­bie bez­pie­czeń­stwo.

- Szyb­ko znaj­dzie się na­stęp­ca.

Skel­lin zmarsz­czył czo­ło.

- Czy­li ktoś, kto może nie mieć ca­łej wie­dzy po­przed­ni­ka.

- Nie przej­muj się. - Cery po­krę­cił gło­wą. - Nie ma obec­nie ni­ko­go, kogo nie­na­wi­dził­bym do tego stop­nia, żeby mu coś ta­kie­go zro­bić.

Tam­ten ro­ze­śmiał się.

- A za­tem umo­wa stoi?

Cery za­sta­no­wił się. Nie prze­pa­dał za tym ro­dza­jem in­te­re­sów, któ­rym zaj­mo­wał się Skel­lin, ale od­rzu­ce­nie tej ofer­ty by­ło­by głu­po­tą. Ten czło­wiek chciał je­dy­nie in­for­ma­cji od­no­szą­cych się do Łow­cy Zło­dziei, nic wię­cej. Nie pro­po­no­wał żad­ne­go pak­tu, nie żą­dał przy­siąg - czy­li gdy­by Cery nie mógł prze­ka­zać mu in­for­ma­cji ze wzglę­du na wła­sne bez­pie­czeń­stwo czy in­te­re­sy, nikt nie po­wie­dział­by, że zła­mał sło­wo.

- Tak - od­rzekł. - Mogę na to przy­stać.

- A za­tem umo­wa stoi - po­wtó­rzył Skel­lin, uśmie­cha­jąc się sze­rzej. - Zo­bacz­my, czy z dru­gą też się po­wie­dzie.

- Za­tarł ręce. - Z pew­no­ścią znasz głów­ny przed­miot mo­ich in­te­re­sów.

Cery po­tak­nął, nie kry­jąc nie­sma­ku.

- Nil. Czy też, jak ma­wia­ją nie­któ­rzy, "gnil". Nie in­te­re­su­je mnie to. Sły­sza­łem też, że kon­tro­lu­jesz cały han­del.

Skel­lin przy­tak­nął.

- Owszem. Fa­ren umarł, po­zo­sta­wia­jąc mi kur­czą­cy się ob­szar dzia­łań. Mu­sia­łem ja­koś się usta­wić i wzmoc­nić moje wpły­wy. Pró­bo­wa­łem róż­nych to­wa­rów. Do­sta­wy nilu były nie­spraw­dzo­ną no­wo­ścią. By­łem zdu­mio­ny, jak szyb­ko Ky­ra­lia­nie to po­lu­bi­li. Oka­za­ło się cał­kiem do­cho­do­wym in­te­re­sem, i to nie tyl­ko dla mnie. Domy też nie­źle za­ra­bia­ją na wy­naj­mie pa­lar­ni. - Skel­lin urwał. - Ty też mógł­byś zy­skać na tym in­te­re­sie, Cery z Pół­noc­nej Stro­ny.

- Samo Cery wy­star­czy. - Uśmiech­nął się, ale szyb­ko spo­waż­niał. - Miło mi, ale Stro­nę Pół­noc­ną za­miesz­ku­ją lu­dzie zbyt bied­ni, żeby pła­cić za nil. To do­bre dla bo­ga­czy.

- Stro­na Pół­noc­na bo­ga­ci się dzię­ki two­im wy­sił­kom, a nil ta­nie­je, po­nie­waż jest co­raz ła­twiej do­stęp­ny.

Cery po­wstrzy­mał się od po­sęp­ne­go gry­ma­su, sły­sząc tę po­chwa­łę.

- Nie­do­sta­tecz­nie, jak do­tych­czas. I prze­sta­nie się bo­ga­cić, je­śli nil zo­sta­nie tam wpro­wa­dzo­ny zbyt wcze­śnie i zbyt szyb­ko. - A je­śli zdo­łam to po­wstrzy­mać, to w ogó­le nie bę­dzie­my mieć gni­lu. Wi­dział, co dzie­je się z ludź­mi ule­ga­ją­cy­mi przy­jem­no­ści, któ­rą daje nil: za­po­mi­na­ją o je­dze­niu i pi­ciu, za­po­mi­na­ją kar­mić dzie­ci, a za­miast tego dają im nar­ko­tyk, żeby prze­sta­ły skar­żyć się na głód. Nie je­stem jed­nak tak głu­pi, żeby wie­rzyć, że uda mi się za­blo­ko­wać to na za­wsze. Je­śli ja nie zaj­mę się sprze­da­żą, ktoś inny to zro­bi. Mu­szę zna­leźć spo­sób, któ­ry nie na­ro­bi zbyt wie­lu szkód. - Na­dej­dzie chwi­la, kie­dy bę­dzie moż­na wpro­wa­dzić nil do Stro­ny Pół­noc­nej - po­wie­dział w koń­cu. - A kie­dy to na­stą­pi, będę wie­dział, z kim roz­ma­wiać.

- Nie od­wle­kaj tego, Cery - ostrzegł go Skel­lin. - Nil jest po­pu­lar­ny, po­nie­waż jest nowy i mod­ny, ale w koń­cu sta­nie się jak spyl: ko­lej­ną sła­bo­ścią mia­sta, upra­wia­ną i przy­go­to­wy­wa­ną przez każ­de­go. Mam na­dzie­ję, że do tego cza­su będę miał inny to­war, któ­ry za­pew­ni mi byt.

- Urwał i po­pa­trzył w dal. - Ja­kiś sta­ry, po­rząd­ny zło­dziej­ski in­te­res. A może na­wet coś cał­ko­wi­cie uczci­we­go.

Od­wró­cił się znów ku Cery'emu z uśmie­chem, ale na jego twa­rzy był ślad smut­ki i nie­za­do­wo­le­nia. Może to jed­nak uczci­wy czło­wiek, po­my­ślał Cery. Je­śli nie spo­dzie­wał się, że nil roz­prze­strze­ni się tak szyb­ko, to może nie li­czył się z ta­ki­mi szko­da­mi... ale to nie prze­ko­na mnie do tego in­te­re­su.

Uśmiech na twa­rzy Skel­li­na za­stą­pi­ło za­my­śle­nie.

- Są tacy, któ­rzy chęt­nie za­ję­li­by two­je miej­sce, Cery. Nil może być two­ją naj­lep­szą obro­ną przed nimi, tak jak był nią dla mnie.

- Za­wsze znaj­dą się lu­dzie, któ­rzy by się mnie chęt­nie po­zby­li - od­parł Cery. - A ja odej­dę, kie­dy będę go­tów.

To naj­wy­raź­niej roz­ba­wi­ło dru­gie­go Zło­dzie­ja.

- Na­praw­dę wie­rzysz, że mo­żesz wy­brać miej­sce i czas?

- Tak.

- I na­stęp­cę?

- Tak.

Skel­lin za­śmiał się.

- Po­do­ba mi się two­ja pew­ność sie­bie. Fa­ren też taki był. Po czę­ści mu się uda­ło: wy­brał so­bie na­stęp­cę.

- Był spry­cia­rzem.

- Dużo mi o to­bie opo­wia­dał. - Na twa­rzy Skel­li­na ma­lo­wa­ła się te­raz cie­ka­wość. - O tym, że nie zo­sta­łeś Zło­dzie­jem w zwy­kły spo­sób. Że przy­czy­nił się do tego nie­sław­ny Wiel­ki Mistrz Ak­ka­rin.

Cery po­wstrzy­mał się od spoj­rze­nia w stro­nę po­są­gu.

- Wszy­scy Zło­dzie­je zy­sku­ją wła­dzę dzię­ki ła­skom po­tęż­nych tego świa­ta. Ja mia­łem szczę­ście, że od­da­łem kil­ka przy­sług naj­po­tęż­niej­sze­mu.

Skel­lin uniósł brwi.

- Czy on uczył cię ma­gii?

Cery wy­buch­nął śmie­chem.

- Chciał­bym, żeby tak było!

- Ale do­ra­sta­łeś ra­zem z ma­gicz­nie uzdol­nio­ną dziew­czy­ną i do­sze­dłeś do swo­jej po­zy­cji dzię­ki po­mo­cy by­łe­go Wiel­kie­go Mi­strza. Coś tam mu­sia­łeś pod­ła­pać.

- Ma­gia tak nie dzia­ła - wy­ja­śnił Cery. A on z pew­no­ścią o tym wie. - Trze­ba mieć ta­lent, a na­stęp­nie na­uczyć się kon­tro­li i po­słu­gi­wa­nia się nim. Nie da się tego na­uczyć, pod­pa­tru­jąc in­nych.

Skel­lin pod­parł pod­bró­dek na dło­ni, przy­pa­tru­jąc się Cery'emu uważ­nie.

- Wciąż jed­nak po­sia­dasz zna­jo­mo­ści w Gil­dii, praw­da?

Cery po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

- Nie wi­dzia­łem się z So­neą od lat.

- Tro­chę to dziw­ne, zwa­żyw­szy, cze­go do­ko­na­łeś - cze­go do­ko­na­li wszy­scy Zło­dzie­je - żeby im po­móc. - Skel­lin uśmiech­nął się krzy­wo. - Oba­wiam się, że two­ja re­pu­ta­cja przy­ja­cie­la ma­gów znacz­nie prze­wyż­sza rze­czy­wi­stość, Cery.

- Tak bywa z re­pu­ta­cją. Za­zwy­czaj.

Skel­lin po­tak­nął.

- Zga­dza się. Cóż, miło było po­roz­ma­wiać, cie­szę się, że przed­sta­wi­łem moje pro­po­zy­cje. Przy­najm­niej do­szli­śmy do ja­kie­goś po­ro­zu­mie­nia. Mam na­dzie­ję, że wkrót­ce zgo­dzi­my się i w in­nych spra­wach. - Pod­niósł się. - Dzię­ku­ję za spo­tka­nie, Cery z Pół­noc­nej Stro­ny.

- Dzię­ku­ję za za­pro­sze­nie. Po­wo­dze­nia w po­lo­wa­niu na Łow­cę Zło­dziei.

Skel­lin uśmiech­nął się, skło­nił uprzej­mie gło­wę, po czym od­wró­cił się i od­szedł w kie­run­ku, z któ­re­go przy­był. Cery pa­trzył za nim przez chwi­lę, a na­stęp­nie zer­k­nął po­now­nie na po­sąg. Na­praw­dę nie był zbyt po­dob­ny.

- Jak po­szło? - spy­tał ci­cho Gol, kie­dy Cery pod­szedł do nie­go.

- Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi - od­parł Cery. - Je­śli nie li­czyć.

- Je­śli nie li­czyć? - po­wtó­rzył Gol, po­nie­waż Cery nie do­koń­czył.

- Zgo­dzi­li­śmy się na wy­mia­nę in­for­ma­cji w spra­wie Łow­cy Zło­dziei.

- A więc on ist­nie­je?

- Skel­lin tak uwa­ża. - Cery wzru­szył ra­mio­na­mi. Prze­szli przez uli­cę i ru­szy­li z po­wro­tem w stro­nę Dzi­kiej Dro­gi. - Ale nie to było naj­dziw­niej­sze.

- Tak?

- Za­py­tał, czy Ak­ka­rin uczył mnie ma­gii.

Gol za­trzy­mał się.

- To wca­le nie jest ta­kie dziw­ne. Fa­ren ukry­wał So­neę, za­nim od­dał ją Gil­dii, w na­dziei że zo­sta­nie jego ma­giem. Skel­lin pew­nie o tym sły­szał.

- My­ślisz, że chciał­by mieć swo­je­go maga na usłu­gi?

- Na pew­no. Cho­ciaż ra­czej nie wy­na­jął­by cie­bie, po­nie­waż uwa­ża cię za Zło­dzie­ja. Może ma na­dzie­ję, że mógł­by do­ga­dać się z Gil­dią za two­im po­śred­nic­twem.

- Po­wie­dzia­łem mu, że od daw­na nie wi­dzia­łem się z So­neą. - Cery za­chi­cho­tał. - Na­stęp­nym ra­zem kie­dy się spo­tka­my, mogę za­py­tać, czy chcia­ła­by po­móc jed­ne­mu z mo­ich zło­dziej­skich przy­ja­ciół, choć­by po to, żeby zo­ba­czyć jej minę.

W za­uł­ku przed nimi po­ja­wił się ja­kiś czło­wiek, zbli­ża­jąc się pręd­ko. Cery szyb­ko roz­wa­żył moż­li­we dro­gi uciecz­ki i kry­jów­ki.

- Po­wi­nie­neś jej po­wie­dzieć, że Skel­lin za­da­wał te py­ta­nia - po­ra­dził Gol. - Może pró­bo­wać szu­kać gdzie in­dziej. I może mu się udać. Nie wszy­scy ma­go­wie są tak nie­prze­kup­ni jak So­nea. - Gol zwol­nił. - To. To Neg.

Ulgę, że to nie ko­lej­ny na­past­nik, szyb­ko za­stą­pił nie­po­kój. Neg pil­no­wał głów­nej kry­jów­ki Cery'ego. Wo­lał to od włó­cze­nia się po uli­cach, po­nie­waż otwar­te prze­strze­nie przy­pra­wia­ły go o za­wrót gło­wy.

Neg zo­ba­czył nad­cho­dzą­cych i pod­biegł zdy­sza­ny. Na jego twa­rzy coś po­ły­ski­wa­ło ja­sno i Cery po­czuł, że ser­ce mu za­mie­ra. Ban­daż.

- Co się sta­ło? - spy­tał gło­sem, któ­ry sam z tru­dem roz­po­znał­by jako wła­sny.

- Przy... przy­kro mi - dy­szał Neg. - Złe wie­ści. - Wziął głę­bo­ki od­dech, po czym wy­pu­ścił na­gle po­wie­trze z płuc i po­trzą­snął gło­wą. - Nie wiem, jak ci po­wie­dzieć.

- Po­wiedz - roz­ka­zał Cery.

- Oni nie żyją. Wszy­scy. Se­lia. Chłop­cy. Nie wi­dzia­łem, kto to zro­bił. Po­ko­nał wszyst­kie za­bez­pie­cze­nia. Nie wiem jak. Zam­ki są całe. Kie­dy przy­sze­dłem. - Neg beł­ko­tał, prze­pra­sza­jąc i tłu­ma­cząc się, szyb­kie sło­wa plą­ta­ły się, a Cery czuł, że w jego uszach wzbie­ra prze­raź­li­wy szum. Przez chwi­lę jego umysł szu­kał in­ne­go wy­ja­śnie­nia. To musi być po­mył­ka. Ude­rzył się w gło­wę i ma­ja­czy. Przy­śni­ło mu się.

Zmu­sił się jed­nak do sta­wie­nia czo­ła temu, co mu­sia­ło być praw­dą. To, cze­go się oba­wiał od lat - co wi­dział w kosz­mar­nych snach - sta­ło się. Ktoś przedarł się przez wszyst­kie za­bez­pie­cze­nia i stra­że i za­mor­do­wał jego ro­dzi­nę.