Misja 100 - Kass Morgan

-
Proszę czekać

 

ROZDZIAŁ 1

Clarke

Przesuwne drzwi otworzyły się szeroko. "Już po mnie", pomyślała Clarke.

Utkwiła oczy w butach strażnika i opanowała gwałtowny atak paniki. Uniosła się na łokciu, odklejając koszulę od zapoconej pryczy, czując tylko ulgę, że wszystko się już kończy.

Przeniesiono ją do izolatki po tym, jak zaatakowała strażnika, ale w przypadku Clarke izolacja nigdy nie była pełna. Gdziekolwiek się znajdowała, wszędzie słyszała głosy. Mówiły do niej z kątów ciemnej celi, wypełniały ciszę pomiędzy uderzeniami pulsu, odzywały się z najgłębszych zakamarków umysłu. Nie chciała umierać, jeżeli jednak miałby to być jedyny sposób na uciszenie głosów, była gotowa na śmierć.

Została Odosobniona za zdradę, lecz prawda wyglądała o wiele gorzej, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Nawet gdyby jakimś cudem podczas ponownego procesu została ułaskawiona, nie przyniosłoby jej to ulgi. Bolesne wspomnienia doskwierały jej bardziej niż ściany celi.

Strażnik odchrząknął i przestąpił z nogi na nogę.

- Więzień cztery tysiące dziewięćdziesiąt osiem, proszę wstać!

Był młodszy, niż mogła się spodziewać, a niebieski mundur wisiał na nim jak na tyczce, zdradzając, że jego właściciel zaciągnął się dopiero niedawno. W wypadku tego chłopaka kilka miesięcy wojskowych racji żywnościowych nie wystarczyło, by zatrzeć ślady niedożywienia i biedy panującej na pokładach zewnętrznych statków Kolonii, "Waldena" i "Arkadii".

Clarke odetchnęła głęboko i wstała.

- Ręce przed siebie - powiedział, wyciągając z kieszeni uniformu metalowe kajdanki.

Clarke zadrżała, kiedy ich dłonie zetknęły się przelotnie. Od kiedy przeniesiono ją do nowej celi, nikogo nie widziała, a tym bardziej nie dotykała.

- Za ciasne? - zapytał oficjalnym tonem, w którym dało się jednak usłyszeć nutę współczucia. Sprawiła ona, że Clarke poczuła w piersi dojmujący ból. Już od dawna nikt nie okazywał jej współczucia - poza Thalią, jej byłą towarzyszką z celi i jedyną przyjaciółką na świecie.

Potrząsnęła głową.

- Siadaj na pryczy, doktor już idzie.

- Robią to tutaj? - zapytała ochryple Clarke, z trudem wyduszając słowa.

Jeżeli nadchodził doktor, oznaczało to, że zrezygnowano z ponownego procesu. Nie powinno jej to zaskoczyć: zgodnie z prawami Kolonii egzekucje na dorosłych wykonywano niezwłocznie po wydaniu wyroku, ale nieletni podlegali Odosobnieniu, dopóki nie skończyli osiemnastu lat. Wtedy dawano im jeszcze jedną, ostateczną szansę na przedstawienie swojej sprawy radzie. Ostatnio jednak - nawet po ponownym procesie - skazańców tracono za przestępstwa, za które jeszcze kilka lat wcześniej zostaliby ułaskawieni.

Mimo to Clarke nie mogła uwierzyć, że śmiertelny wyrok zostanie wykonany w celi. Spodziewała się, że czeka ją ostatni, długi spacer do szpitala, w którym spędziła tyle czasu podczas stażu - ostatnia szansa, by znaleźć się w znajomym otoczeniu, nawet jeżeli przed śmiercią poczuje tylko zapach środka dezynfekcyjnego i usłyszy szum klimatyzacji.

Strażnik, unikając jej wzroku, odezwał się:

- Siadaj, powiedziałem!

Clarke zrobiła kilka kroczków i usadowiła się sztywno na krawędzi wąskiej pryczy. Wiedziała, że izolacja zaburza poczucie czasu, ale trudno jej było uwierzyć, że spędziła samotnie niemal sześć miesięcy. W porównaniu z tym rok w celi z Thalią i jeszcze jedną dziewczyną, Lise, która uśmiechnęła się po raz pierwszy dopiero wtedy, gdy zabierano Clarke do izolatki, był całą wiecznością. Nie widziała jednak innej możliwości. Dziś musiały przypadać jej osiemnaste urodziny, a jedynym prezentem, jaki na nią czekał, była strzykawka z płynem, który sparaliżuje mięśnie, aż serce przestanie bić. Potem zaś jej martwe ciało zostanie zgodnie ze zwyczajami Kolonii wyrzucone ze statku, by bez końca krążyć w przestrzeni kosmicznej.

W drzwiach pojawił się następny gość, wysoki, szczupły mężczyzna. Sięgające do ramion siwe włosy częściowo zasłaniały odznakę na kołnierzu kitla. Clarke mimo to rozpoznała głównego medycznego doradcę rady, doktora Lahiriego. Przed Odosobnieniem spędziła niemal rok u jego boku; nie potrafiłaby policzyć, ile razy asystowała mu podczas operacji. Inni stażyści zazdrościli Clarke przydziału, a kiedy odkryli, że doktor Lahiri był jednym z najbliższych przyjaciół jej ojca, oskarżali ją nawet o nepotyzm. Przestali to robić po egzekucji jej rodziców.

- Cześć, Clarke - rzucił przyjacielskim tonem, jakby witał ją w szpitalnej kantynie, a nie w więziennej celi. - Jak się masz?

- Myślę, że lepiej niż za chwilę.

Doktor Lahiri zazwyczaj nagradzał przejawy czarnego humoru Clarke uśmiechem, ale tym razem skrzywił się tylko.

- Czy mógłby pan zdjąć te kajdanki i zostawić nas na chwilę samych? - poprosił strażnika.

Mężczyzna poruszył się niezdecydowanie.

- Nie wolno mi pozostawiać jej bez straży.

- Może pan przecież pełnić straż z tamtej strony drzwi - powiedział doktor z przesadną cierpliwością. - To nieuzbrojona siedemnastolatka. Sądzę, że potrafię sobie z nią poradzić.

Funkcjonariusz zdjął Clarke kajdanki, usiłując nie patrzeć jej w oczy. Ukłonił się krótko doktorowi i wyszedł z celi.

- Miał pan na myśli "nieuzbrojona osiemnastolatka" - poprawiła go Clarke, starając się przywołać na twarz grymas, który według niej był uśmiechem. - Czy też zamienił się pan w jednego z tych szalonych naukowców, którzy nie wiedzą, jaki mamy rok?

Właśnie taki był jej ojciec. Zapomniał kiedyś zaprogramować oświetlenie w mieszkaniu i skończyło się to tym, że wyszedł do pracy o czwartej rano, zbyt pochłonięty swoimi badaniami, by zauważyć, że korytarze statku są jeszcze puste.

- Wciąż jeszcze masz siedemnaście lat, Clarke - wyjaśnił doktor Lahiri spokojnym, flegmatycznym tonem, którego używał zazwyczaj wobec pacjentów wybudzających się z pooperacyjnej narkozy. - Siedziałaś w izolatce przez trzy miesiące.

- W takim razie co pan tu robi? - zapytała, nie potrafiąc ukryć paniki w głosie. - Prawo mówi, że musi pan zaczekać, dopóki nie skończę osiemnastu lat!

- Nastąpiła zmiana planów. To wszystko, co wolno mi powiedzieć.

- Ach, więc wolno panu mnie zabić, ale nie wolno ze mną porozmawiać? - Pamiętała doktora Lahiriego z sali sądowej. Wyczytała wtedy z jego ponurej twarzy dezaprobatę dla procesu jej rodziców, ale teraz nie była już tego pewna. Nie wstawił się za nimi - ani on, ani nikt inny. Siedział tylko i milczał, podczas gdy rada uznała, że dwoje najznakomitszych naukowców z "Feniksa" naruszyło Kodeks Gai, zbiór zasad ustanowionych po kataklizmie, by zapewnić ludzkiej rasie przetrwanie. - A co z moimi rodzicami? Ich też pan zabił?

Doktor Lahiri zamknął oczy, jak gdyby słowa Clarke zmieniły się w coś widzialnego i groteskowego.

- Nie przyszedłem, żeby cię zabić - rzekł spokojnie. Otworzył oczy i wskazał taboret obok pryczy. - Mogę usiąść?

Kiedy Clarke nie odpowiedziała, doktor zrobił dwa kroki i siadł naprzeciwko niej.

- Pokaż mi, proszę, swoje ramię.

Clarke poczuła, jak mięśnie jej klatki piersiowej sztywnieją, i zmusiła się do oddychania. Kłamał. W okrutny sposób kłamał, ale za minutę wszystko się już skończy...

Wyciągnęła ku niemu dłoń. Doktor sięgnął do kieszeni kitla i wyciągnął chusteczkę pachnącą środkiem odkażającym. Clarke zadygotała, kiedy przecierał nią jej ramię.

- Nie martw się, to nie zaboli.

Z całych sił zacisnęła powieki.

Przypomniała sobie udręczony wzrok Wellsa, kiedy strażnicy wyprowadzali ją z pomieszczeń rady. Wściekłość, podczas procesu pożerająca ją gwałtownym płomieniem, dawno już się wypaliła, lecz myśl o Wellsie posłała przez jej ciało nową falę gorąca, tak jak umierająca gwiazda emituje ostatni błysk światła, zanim zapadnie się w nicość.

Jej rodzice byli martwi, i to wyłącznie z jego winy.

Doktor Lahiri trzymał jej ramię, a jego palce szukały żyły.

"Mamo, Tato, zaraz się zobaczymy".

Jego dłoń zacisnęła się. To było to.

Clarke zaczerpnęła głęboko powietrza, czując ukłucie po wewnętrznej stronie przegubu.

- No. Gotowe.

Gwałtownie otworzyła oczy. Spojrzała w dół i zobaczyła na ramieniu metalową bransoletę. Przebiegła po niej palcami i skrzywiła się, czując na skórze tuzin drobnych igiełek.

- Co to jest? - zapytała z obawą, odsuwając się od doktora.

- Spokojnie - odparł flegmatycznie. Jego brak emocji zaczynał ją powoli irytować. - To przekaźnik monitorujący stan zdrowia. Będzie śledził twój oddech, badał skład krwi i zbierał różne użyteczne informacje.

- Użyteczne dla kogo? - spytała Clarke.

Wyczuwała już, co odpowie doktor, a w żołądku rosła jej wielka kula strachu.

- Ostatnio w nauce dokonano kilku niebywałych odkryć - oznajmił doktor Lahiri, a jego słowa brzmiały jak słaba imitacja przemowy ojca Wellsa, kanclerza Jahy, z okazji ceremonii pamięci. - Powinnaś być bardzo dumna, to dzięki twoim rodzicom.

- Moi rodzice zostali straceni za zdradę!

Doktor popatrzył na nią z dezaprobatą. Rok wcześniej Clarke skurczyłaby się ze wstydu, ale teraz odpowiedziała mu równie twardym spojrzeniem.

- Nie psuj tego, Clarke. Masz szansę postąpić odpowiednio i zadośćuczynić przerażającej zbrodni twoich rodziców.

Pięść dziewczyny z głuchym trzaskiem trafiła w twarz doktora, a zaraz potem jego głowa z łomotem odbiła się od ściany. Kilka sekund później strażnik wykręcił Clarke ręce za plecami.

- Wszystko w porządku, sir? - zapytał.

Doktor Lahiri powoli wracał do pozycji siedzącej, trąc szczękę i mierząc rozmówczynię wzrokiem, w którym wściekłość mieszała się z rozbawieniem.

- Przynajmniej wiemy, że będziesz w stanie obronić się przed innymi przestępcami, kiedy już tam będziesz.

- Gdzie będę? - wystękała Clarke, usiłując uwolnić się z uchwytu strażnika.

- Dzisiaj opróżniamy centrum zatrzymań. Setka kryminalistów dostanie szansę stworzenia nowej historii. - Kąciki ust doktora rozciągnęły się w złośliwym uśmieszku. - Lecisz na Ziemię.

 

ROZDZIAŁ 2

Wells

Kanclerz postarzał się. Chociaż nie minęło nawet sześć tygodni, od kiedy Wells widział swojego ojca, ten wyglądał na starszego o całe lata. Na jego skroniach można było zauważyć nowe pasma siwizny, a zmarszczki wokół oczu pogłębiły się.

- Powiesz mi w końcu, dlaczego to zrobiłeś? - zapytał kanclerz zmęczonym głosem.

Wells poruszył się niespokojnie na krześle. Czuł, jak prawda ciśnie mu się na usta. Wolałby nie rozczarować ojca, ale nie chciał ryzykować - zanim nie zyska pewności, czy jego brawurowy plan wypalił.

Unikał spojrzenia kanclerza, rozglądając się po pokoju i usiłując zapamiętać wszystko, co widział zapewne po raz ostatni w życiu: szkielet orła w szklanej skrzyni, kilka malowideł, które przetrwały pożar Luwru, i fotografie pięknych, dawno martwych miast, których nazwy zawsze wywoływały u Wellsa dreszcz.

- Czy to był zakład? Próbowałeś popisać się przed przyjaciółmi? - ciągnął kanclerz niskim, opanowanym tonem, używanym przez niego podczas posiedzeń rady.

Uniósł brwi, sugerując, że teraz kolej na odpowiedź Wellsa.

- Nie, sir.

- Może opanowała cię jakaś chwilowa niepoczytalność? Zażywałeś narkotyki?

W głosie starszego mężczyzny zabrzmiała słaba nuta nadziei, którą w innej sytuacji Wells mógłby uznać za zabawną. W spojrzeniu nie było jednak wesołości, tylko zmęczenie i dezorientacja, których chłopak nie widział od pogrzebu matki.

- Nie, sir.

Przez moment poczuł pokusę, by dotknąć ramienia ojca, ale oprócz kajdanek krępujących jego przeguby powstrzymało go jeszcze coś. Nawet gdy spotkali się przy luku wyjściowym, bez słów żegnając się ostatecznie z matką Wellsa, nie przekroczyli dwudziestocentymetrowego dystansu, jaki zawsze ich dzielił. Wyglądało to tak, jakby chłopak i jego ojciec byli jednobiegunowymi magnesami odpychającymi się nawzajem własnym smutkiem.

- Czy to była jakaś deklaracja polityczna? - Na samą myśl ojciec lekko się skrzywił. - Czy namówił cię do tego ktoś z "Waldena" lub "Arkadii"?

- Nie, sir - odparł Wells, opanowując z wysiłkiem oburzenie.

Kanclerz najwyraźniej spędził ostatnie sześć tygodni, próbując odnaleźć źródło buntu syna i wracając myślą do własnych wspomnień, by zrozumieć, dlaczego ten szkolny prymus i najlepszy spośród kadetów pogwałcił prawo, popełniając jawnie największe przestępstwo w historii Kolonii. Prawda tylko pogłębiłaby dezorientację kanclerza. Nic nie mogło usprawiedliwić podłożenia ognia pod Drzewo Edenu, sadzonkę przywiezioną na "Feniksa" tuż przed exodusem. Wells jednak nie miał wyjścia. Kiedy odkrył, że Clarke znajduje się wśród stu przestępców, którzy mają zostać posłani na Ziemię, musiał zrobić coś, by do nich dołączyć. A ponieważ był synem kanclerza, tylko przestępstwo popełnione jawnie i w obecności wielu świadków mogło zagwarantować mu Odosobnienie.

Wells przypomniał sobie, jak przeciskał się pomiędzy ludźmi podczas ceremonii pamięci, czując na sobie setki oczu, jak trzęsła mu się dłoń, gdy wyjmował z kieszeni zapalniczkę i krzesał iskrę, która błysnęła jasno w półmroku. Przez chwilę zebrani patrzyli w ciszy, jak płomienie owijają się wokół drzewa. Gdy strażnicy dotarli do niego poprzez spanikowany tłum, nie dało się nie zauważyć, kogo odciągają z miejsca zbrodni.

- Coś ty sobie, do cholery, myślał? - spytał kanclerz, patrząc na niego z niedowierzaniem. - Mogłeś spalić salę i spowodować śmierć tych wszystkich ludzi!

Lepiej byłoby skłamać. Ojciec prędzej uwierzyłby, że Wells usiłował wypełnić warunki jakiegoś głupiego zakładu. A może powinien udać, że rzeczywiście zażył narkotyki. Kanclerz łatwiej pogodziłby się z takimi scenariuszami niż z prawdą - że syn zaryzykował wszystko dla dziewczyny.

Drzwi szpitalnej sali zamknęły się za Wellsem. Uśmiech zamarł mu na ustach, jak gdyby siła potrzebna, żeby unieść ich kąciki, trwale uszkodziła mu mięśnie twarzy. Matka, oglądając go przez mgłę środków znieczulających, prawdopodobnie uważała ten uśmiech za szczery - a tylko to się teraz liczyło. Trzymała go za rękę, a on kłamał jej prosto w oczy. Kłamstwa wylewały się obficie, gorzkie, lecz bezbolesne.

- Tak, radzimy sobie z tatą świetnie. - Nie musiała wiedzieć, że zamieniają ze sobą nie więcej niż kilka słów na tydzień. - Kiedy ci się polepszy, dokończymy Zmierzch i upadek cesarstwa rzymskiego. - Oboje wiedzieli, że matka nie doczeka lektury ostatniego tomu.

Wells wyszedł ze szpitala i ruszył pokładem B, który na szczęście był jeszcze pusty. O tej godzinie większość ludzi przebywała w szkole, pracy lub na bazarze. On sam powinien słuchać w tej chwili wykładu z historii, swojego ulubionego przedmiotu. Kochał opowieści o starożytnych miastach, takich jak Rzym czy Nowy Jork. Ogrom ich upadku dorównywał ich imponującemu rozwojowi. Nie mógł jednak spędzić dwóch godzin otoczony przez kolegów z klasy, którzy wypełnili jego skrzynkę odbiorczą banalnymi, pełnymi skrępowania kondolencjami. Jedyną osobą, z którą mógłby porozmawiać o matce, była Glass, ale ostatnio wydawała się dziwnie odległa.

Nie był pewny, jak długo tkwił przed drzwiami, zanim zdał sobie sprawę, że stoi przed biblioteką. Pozwolił, by promień skanera prześlizgnął się po oczach, poczekał na wezwanie, a potem przycisnął kciuk do płytki czytnika. Drzwi odsunęły się na chwilę wystarczająco długą, by Wells dostał się do środka, a potem zamknęły się za nim z sapnięciem, wpuszczając młodego człowieka tak, jakby robiły mu wielką łaskę.

Odetchnął, kiedy ogarnęły go cisza i cienie. Książki, przeniesione na "Feniksa" przed kataklizmem, były przechowywane w wysokich próżniowych pojemnikach, które znacznie spowalniały proces niszczenia papieru. Dlatego ze starych tomów wolno było korzystać tylko w czytelni, tylko przez kilka godzin i tylko raz na jakiś czas. Olbrzymi pokój miał własne oświetlenie, niezależne od wyznaczających dobowy rytm świateł reszty statku. W bibliotece panował wieczny półmrok.

Od kiedy pamiętał, spędzali tu z matką niedzielne wieczory. Czytała mu na głos, kiedy był mały, a potem, gdy urósł, robili to razem. W miarę postępów jej choroby, objawiającej się między innymi bólem głowy, Wells przejął rolę lektora. Pewnego wieczoru zaczęli drugi tom Zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego, a następnego dnia zatrzymano ją w szpitalu.

Przecisnął się przez wąskie alejki między półkami ku sekcji języka angielskiego i dalej, do historii upchniętej z tyłu, w ciemnym kącie. Kolekcja była mniejsza, niż powinna. Pierwszy rząd Kolonii zarządził digitalizację wszystkich tekstów, lecz niecałe sto lat później wirus wymazał większość cyfrowych archiwów zapisanych w centralnym komputerze "Feniksa". Jedyne papierowe książki, jakie pozostały, pochodziły z prywatnych kolekcji. Pierwsze pokolenie kolonistów przekazało je swoim potomkom, a oni w ciągu ostatniego stulecia podarowali większość z nich bibliotece.

Wells pochylił się nad półką z autorami na literę G. Nacisnął kciukiem zamek i szklana tafla odsunęła się z cichym sykiem, wpuszczając powietrze do próżniowego zasobnika. Sięgnął po Zmierzch i upadek, lecz coś go powstrzymało. Chciał przeczytać kilka stron i powtórzyć wszystko matce, ale to byłoby zupełnie tak, jakby przynieść jej do szpitalnego łóżka projekt jej własnego nagrobka i poprosić o ułożenie właściwego napisu.

- Nie powinieneś zostawiać pojemnika otwartego - zabrzmiał głos zza jego pleców.

- Ach tak, dziękuję - odparł Wells nieco ostrzej, niż chciał.

Wstał, obrócił się i spojrzał na znaną mu skądś dziewczynę. To ta stażystka ze szpitala mierzyła go wzrokiem. Na myśl o tym poczuł ukłucie gniewu. Wchodząc do biblioteki, chciał zapomnieć o mdlącym zapachu antyseptyków i pikaniu monitora pulsu, które brzmiało w jego uszach nie jak sygnał życia, ale raczej jak odliczanie do śmierci.

Dziewczyna cofnęła się o krok i przekrzywiła głowę, a jej jasne włosy opadły na jedną stronę.

- Och. To ty.

Wells przygotował się na błysk rozpoznania, a zaraz potem nagły ruch oka, oznaczający, że wysyła komunikat wszystkim swoim przyjaciołom przez implant w rogówce. Ona skoncentrowała jednak wzrok bezpośrednio na nim, jak gdyby spoglądała prosto w jego umysł, odsłaniając kolejne warstwy, by ujawnić wszystkie ukryte myśli.

- Chciałeś wziąć tę książkę? - Skinęła w kierunku półki, na której stał Zmierzch i upadek.

Wells potrząsnął głową przecząco.

- Poczytam ją innym razem.

Przez chwilę milczała.

- Sądzę, że powinieneś zabrać ją teraz. - Wells zacisnął zęby, ale nic nie powiedział, więc dziewczyna kontynuowała: - Widywałam cię tu z matką. Może zaniesiesz jej tę książkę?

- To, że mój ojciec stoi na czele rady, nie oznacza, że spróbuję złamać zasadę obowiązującą od trzystu lat - odparł nieco protekcjonalnie.

- Książce nic się nie stanie przez te parę godzin. Przesadzają z tym zagrożeniem dla papieru.

Wells uniósł brew.

- Z możliwościami skanera na wyjściu też przesadzają?

W większość publicznych drzwi na "Feniksie" wmontowane były skanery, które dało się zaprogramować na wykrywanie dowolnej substancji. W bibliotece monitorowały skład cząsteczkowy każdej wychodzącej osoby, żeby zagwarantować, że nikt nie opuści pomieszczenia z książką w dłoni lub schowaną pod ubraniem.

Uśmiech przemknął przez jej twarz.

- Już dawno wymyśliłam, jak to ominąć. - Zerknęła przez ramię na ciemną alejkę pomiędzy półkami, wyciągnęła szare tworzywo i podała mu. - Dzięki temu skaner nie wykryje celulozy z papieru. - Weź, proszę.

Wells cofnął się o krok. Bardziej prawdopodobne, że dziewczyna chce go skompromitować, niż że rzeczywiście ma w kieszeni kawałek magicznego materiału.

- Dlaczego to robisz?

Wzruszyła ramionami.

- Lubię czytać w różnych miejscach. - Kiedy nic na to nie odpowiedział, uśmiechnęła się i wyciągnęła drugą rękę. - Och, po prostu daj mi książkę. Przemycę ją dla ciebie na zewnątrz i zaniosę do szpitala.

Wells zaskoczył sam siebie, wręczając jej tom.

- Jak masz na imię? - zapytał.

- Chcesz wiedzieć, komu masz być wdzięczny na wieki?

- Chcę wiedzieć, na kogo mam zwalić winę, kiedy mnie aresztują.

Dziewczyna włożyła książkę pod pachę i wyciągnęła ku niemu rękę.

- Clarke - przedstawiła się.

- Wells - powiedział, ściskając jej dłoń. Uśmiechnął się i tym razem nie zabolało.

- Ledwie zdołali uratować drzewo. - Kanclerz patrzył na Wellsa, jakby szukał jakiegoś śladu skruchy lub radości, czegokolwiek, co pomoże mu zrozumieć, dlaczego syn próbował podpalić największe drzewo ocalone z ich spustoszonej planety. - Niektórzy z członków rady chcieli stracić cię na miejscu, nie dbając o to, czy jesteś pełnoletni, czy też nie. Jedynym sposobem, by cię oszczędzić, jest wysłanie cię na Ziemię.

Wells odetchnął z ulgą. Odosobnieniu podlegało mniej niż sto pięćdziesięcioro nieletnich, założył więc, że do misji na Ziemię wybrani zostaną starsi, nastoletni zatrzymani. Nie mógł być jednak tego pewien - aż do teraz.

Jego ojciec popatrzył na niego zaskoczony, nagle rozumiejąc, w czym rzecz.

- Tego właśnie chciałeś, prawda?

Wells skinął głową.

Kanclerz się skrzywił.

- Gdybym wiedział, że aż tak bardzo chcesz zobaczyć Ziemię, mógłbym bez problemu włączyć cię do składu drugiej ekspedycji, jak tylko ustalilibyśmy, że to bezpieczne.

- Nie chciałem czekać. Wolałem lecieć z pierwszą setką.

Kanclerz zmrużył lekko oczy, studiując beznamiętną twarz syna.

- Dlaczego? Doskonale znasz ryzyko.

- Z całym szacunkiem, to ty przekonywałeś radę, że nuklearna zima minęła. To ty powiedziałeś, że misja jest bezpieczna.

- Tak, wystarczająco bezpieczna dla setki przestępców, którzy i tak mieli umrzeć - odparł kanclerz tonem zarazem protekcjonalnym i niedowierzającym. - Nie chodziło mi o to, że jest bezpieczna dla mojego syna.

Gniew, który Wells starał się opanować, wybuchł z nową siłą, obracając jego poczucie winy w popiół. Potrząsnął rękami, aż zadzwoniły kajdanki.

- No to teraz jestem jednym z nich!

- Wells, twoja matka nie chciałaby tego. Owszem, lubiła marzyć o powrocie na Ziemię, ale to nie znaczy, że pozwoliłaby ci zaryzykować.

Chłopak pochylił się, ignorując metal wpijający się w jego ciało.

- Nie dla niej to robię! - syknął, patrząc ojcu prosto w oczy po raz pierwszy, od kiedy rozpoczęli tę rozmowę. - Myślę, że i tak byłaby ze mnie dumna.

To była częściowo prawda. Matka Wellsa miała romantyczne skłonności i z pewnością pochwalałaby pragnienie syna, by chronić ukochaną. Żołądek skręcał mu się jednak na myśl, jak zareagowałaby na to, co zrobił, by ocalić Clarke. Gdyby poznała prawdę, podpalenie Drzewa Edenu wyglądałoby przy tym jak niewinna psota.

Ojciec wbił w niego wzrok.

- Próbujesz mi powiedzieć, że przyczyną całej tej żenującej sytuacji jest dziewczyna?

Wells twierdząco skinął głową.

- To moja wina, że posyłacie ją na Ziemię jak jakiegoś laboratoryjnego szczura. Mam zamiar zrobić wszystko, żeby przeżyła.

Kanclerz przez chwilę siedział w milczeniu. Gdy znów przemówił, jego głos był spokojny.

- To nie będzie konieczne. - Wyjął z szuflady swojego biurka i położył przed Wellsem metalowy pierścień z czipem wielkości ludzkiego kciuka. - Wyposażamy każdego członka ekspedycji w bransoletę przesyłającą do nas dane - wyjaśnił - więc w każdej chwili będziemy znali twoje położenie i stan zdrowia. Jak tylko dostaniemy dowód, że środowisko sprzyja ludziom, zaczniemy ponownie kolonizować rodzinną planetę. - Uśmiechnął się ponuro. - Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, niedługo do was dołączymy, a wtedy wszystko to - wskazał skute ręce Wellsa - zostanie wymazane z rejestrów.

Drzwi otworzyły się i wszedł strażnik.

- Już czas, sir.

Kanclerz skinął głową, a mężczyzna w mundurze podszedł i siłą podniósł Wellsa z krzesła.

- Powodzenia, synu - powiedział kanclerz Jaha, w obecności strażnika powracając do tradycyjnie szorstkiego tonu. - Jeżeli ta misja się powiedzie, to przede wszystkim dzięki tobie.

Wyciągnął rękę, by uścisnąć dłoń Wellsa, ale szybko zorientował się w pomyłce i opuścił ją bezwładnie. Dłonie jego jedynego syna były skute za plecami.

 

ROZDZIAŁ 3

Bellamy

Ten bezczelny łajdak oczywiście się spóźniał. Bellamy niecierpliwie tupał nogą, nie dbając o echo odbijające się od ścian magazynu. I tak nikt tu nie przychodził, wszystkie cenne przedmioty zostały rozkradzione wiele lat temu. Całą podłogę pokrywały śmieci - części zamienne do mechanizmów, których nikt już nie używał, banknoty, niekończące się zwoje lin i drutów, potrzaskane ekrany monitorów.

Bellamy poczuł, że ktoś dotyka jego ramienia. Obrócił się na pięcie, wznosząc pięści ku twarzy i jednocześnie robiąc unik.

- Facet, spokojnie - powiedział Colton, świecąc mu latarką prosto w oczy. Patrzył na niego badawczo, z widocznym rozbawieniem na długiej, wąskiej twarzy. - Dlaczego chciałeś się spotkać akurat tutaj? - Uśmiechnął się ironicznie. - Szukałeś jaskiniowego porno na popsutych komputerach? Niee, nie osądzam cię. Gdybym był zmuszony wybierać spośród dziewczyn z "Waldena", pewnie sam bym nabrał jakichś chorych nawyków.

Bellamy zignorował przytyk. Mimo strażniczego munduru Colton nie miał szans u żadnej dziewczyny, niezależnie od statku. - Powiedz mi wreszcie, co jest grane, dobra? - odparł, starając się bardzo, żeby jego głos zabrzmiał możliwie beztrosko.

Colton oparł się o ścianę i uśmiechnął.

- Niech mój mundur cię nie zwiedzie, ziom. Nie zapomniałem pierwszej reguły interesów. - Wyciągnął rękę. - Dawaj!

- To tobie się coś pomyliło, Colt. Wiesz, że zawsze dotrzymuję umowy. - Poklepał się po kieszeni, w której tkwił czip z ukradzionymi punktami przydziału. - A teraz mów, gdzie ona jest?

Strażnik uśmiechnął się ironicznie, a Bellamy poczuł, że coś tężeje mu w piersi. Przekupywał Coltona, by wiedzieć wszystko o Octavii od czasu jej zatrzymania, a ten idiota największą przyjemność miał wtedy, gdy przekazywał złe wieści.

- Wysyłają ich dzisiaj. - Bellamy poczuł, jak te słowa uderzają go niczym twarda pięść. - Uruchomili jeden z tych starych lądowników na pokładzie G. - Colton znów wyciągnął rękę. - A teraz dawaj. To ściśle tajna misja i ryzykuję własny tyłek, przychodząc tutaj. Starczy tego dobrego.

Żołądek Bellamy'ego skurczył się gwałtownie, kiedy przed oczami przemknęła mu seria obrazów: jego ukochana siostrzyczka, przypięta do starej metalowej klatki, gna przez kosmiczną przestrzeń z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę. Siniejąca twarz Octavii, kiedy dziewczyna próbuje oddychać toksycznym powietrzem. Jej zmiażdżone ciało leżące nieruchomo na...

Bellamy zrobił krok naprzód.

- Przepraszam, facet.

Colton zmrużył oczy.

- Za co?

- Za to. - Bellamy zamachnął się i walnął strażnika w szczękę. Coś głośno chrupnęło, ale nie poczuł nic poza przyśpieszonym pulsem, kiedy nieruchome ciało Coltona padało na podłogę.

Pół godziny później Bellamy usiłował ogarnąć wzrokiem całość osobliwej sceny rozgrywającej się przed jego oczami. Oparł się plecami o ścianę szerokiego korytarza prowadzącego ku stromej rampie. Przepływał przed nim strumień skazańców w szarych strojach, kierowanych przez kilku strażników w dół. Cel ich drogi stanowił okrągły lądownik, w którego wnętrzu widać było rzędy foteli wyposażonych w pasy. To w nim miały polecieć na Ziemię wszystkie te biedne, nieświadome niczego dzieciaki.

Pomysł był chory, choć i tak lepszy niż alternatywa. Owszem, w osiemnaste urodziny każdy skazany miał prawo do ponownego procesu, ale w ciągu ostatniego roku wszyscy, którzy próbowali się obronić, zostali uznani za winnych. Gdyby nie ta misja, pozostałoby im tylko odliczanie dni do egzekucji.

Bellamy'ego ścisnęło w żołądku, kiedy jego wzrok spoczął na drugiej rampie i przez moment myślał, że przegapi Octavię. Nie miało to jednak większego znaczenia. Wkrótce będą znów razem.

Obciągnął rękawy munduru Coltona. Nie leżał na nim jak trzeba, ale dotąd żaden ze strażników tego nie spostrzegł. Ich uwaga skupiała się na dolnej części rampy, gdzie kanclerz Jaha przemawiał do pasażerów.

- Dano wam bezprecedensową okazję pozostawić za sobą grzechy przeszłości - mówił. - Misja, w którą za chwilę wyruszycie, jest niebezpieczna, ale wasza odwaga nie pozostanie bez nagrody. Jeżeli wam się uda, wasze przestępstwa zostaną wybaczone i zaczniecie nowe życie na Ziemi.

Bellamy ledwie powstrzymał parsknięcie. Kanclerz musiał mieć niezłą czelność, żeby tak stać, wypluwając z siebie bzdury. Chyba powtarzał je sobie co wieczór przed snem, żeby zasnąć z czystym sumieniem.

- Będziemy uważnie obserwować wasze postępy, by zapewnić wam bezpieczeństwo - kontynuował mówca.

W dół rampy zeszło kolejnych dziesięciu więźniów konwojowanych przez strażnika, który zasalutował krótko kanclerzowi, dopilnował, by podopieczni zajęli miejsca w lądowniku, i wycofał się na korytarz. Bellamy spojrzał, spodziewając się dostrzec Luke'a, jedynego znajomego waldenitę, który nie zgłupiał ze szczętem po wstąpieniu do straży. Na pokładzie startowym było jednak mniej niż tuzin funkcjonariuszy. Rada najwyraźniej uznała, że tajemnica jest ważniejsza niż bezpieczeństwo.

Usiłował nie tupać nogą z niecierpliwości, gdy kolejka więźniów podążała w dół rampy. Gdyby złapano go na bezprawnym noszeniu munduru, lista zarzutów byłaby naprawdę długa: łapówkarstwo, szantaż, kradzież tożsamości, spiskowanie i wszystko, co tylko rada byłaby uprzejma dorzucić do kompletu. Ponieważ miał już dwadzieścia lat, nie podlegał Odosobnieniu. W ciągu dwudziestu czterech godzin od wydania wyroku byłby martwy.

Serce Bellamy'ego zatrzymało się na moment, kiedy na przeciwnym końcu korytarza błysnęła znajoma czerwona wstążka na tle grzywy czarnych błyszczących włosów. Octavia.

Przez ostatnie dziesięć miesięcy pożerała go obawa, jak siostra daje sobie radę w więzieniu. Czy dostaje dość jedzenia? Czy znajduje sobie jakieś zajęcia? Czy pozostała przy zdrowych zmysłach? Odosobnienie zawsze było ciężkim doświadczeniem, lecz Bellamy wiedział, że dla Octavii będzie gorsze niż dla innych.

Wychowywał siostrę w dużej mierze samodzielnie... a w każdym razie próbował. Po wypadku matki opieką nad nimi zajęła się rada, która nie bardzo wiedziała, co z tym fantem zrobić. Surowe prawa dotyczące prokreacji stanowiły, że para nie może mieć więcej niż jedno dziecko, a czasem w ogóle ani jednego, więc nikt w Kolonii nie rozumiał, co oznacza "mieć rodzeństwo". Bellamy i Octavia mieszkali przez wiele lat w różnych centrach opieki, ale chłopak zawsze dbał o siostrę: przemycał jej dodatkowe porcje jedzenia, kiedy tylko udało mu się "zawędrować" do jakiegoś pilnie strzeżonego magazynu, i stawiał czoła pyskatym starszym dziewczynom, które uważały znęcanie się nad pyzatą sierotą z niebieskimi oczami za niezłą zabawę. Bellamy martwił się o siostrę; dla niego była wyjątkowa i zrobiłby wszystko, aby dać jej szansę na inne życie. Wszystko, by wynagrodzić jej to, przez co musiała przejść.

Kiedy strażnik prowadził Octavię rampą, Bellamy powstrzymał uśmiech. Inne dzieciaki podczas spaceru do lądownika powłóczyły apatycznie nogami, ale tu było jasne, że to Octavia nadaje tempo. Schodząc po rampie, celowo zmuszała strażnika do przyspieszenia kroku. Wyglądała nawet lepiej niż ostatnim razem, kiedy Bellamy ją widział. To akurat było łatwo wytłumaczyć - została skazana na cztery lata Odosobnienia, a ponowny proces w osiemnaste urodziny mógł równie dobrze zakończyć się jej egzekucją. Teraz dano jej drugą szansę przeżycia i Bellamy cholernie się uparł, by dopilnować, że ją wykorzysta.

Nie obchodziło go, co musi w tym celu zrobić. Wybierał się na Ziemię razem z nią.

Głos kanclerza wzniósł się ponad stukot butów o pokład i nerwowe szepty. Przywódca Kolonii wciąż nosił się jak żołnierz, jednak lata przewodzenia radzie nadały mu szlif rasowego polityka. - Nikt w całej Kolonii nie wie, dokąd zmierzacie, ale jeżeli wam się uda, będziemy zawdzięczali wam życie. Wiem, że zrobicie, co w waszej mocy dla was samych, waszych rodzin i wszystkich na tym statku: dla całej ludzkiej rasy!

Octavia zauważyła brata i na jej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia. Mógł niemal zobaczyć, jak jej myśli galopują, podczas gdy oceniała sytuację. Oboje wiedzieli, że Bellamy nigdy nie zostałby strażnikiem, co oznaczało, że mundur jest tylko przebraniem. Otworzyła usta, usiłując przesłać mu bezgłośne ostrzeżenie, ale właśnie wtedy kanclerz zwrócił się wprost do więźniów, wciąż schodzących po rampie. Octavia z ociąganiem odwróciła głowę, ale po jej sylwetce znać było napięcie.

Kanclerz zakończył przemowę i gestem nakazał strażnikom, by dokończyli załadunek pasażerów. Bellamy z bijącym sercem czekał na właściwy moment. Jeżeli zacznie działać zbyt szybko, da im czas na wywleczenie go z lądownika. Jeżeli się spóźni, Octavia będzie mknąć przez przestrzeń kosmiczną w kierunku zatrutej planety, a on pozostanie na pokładzie i poniesie karę za zakłócenie startu.

Nadeszła kolej na ruch Octavii. Obróciła się przez ramię, a napotkawszy jego wzrok, potrząsnęła lekko głową, wyraźnie ostrzegając go, żeby nie robił nic głupiego.

Jej brat robił jednak głupie rzeczy przez całe życie - i nie miał zamiaru przestać właśnie teraz.

Kanclerz skinął głową kobiecie w czarnym mundurze, która obróciła się ku panelowi kontrolnemu obok lądownika, po czym zaczęła wciskać seriami guziki. Rządki liczb na ekranie ruszyły w dół.

Zaczęło się odliczanie.

Bellamy miał trzy minuty, żeby przedostać się przez drzwi, zbiec w dół po rampie i wejść do lądownika albo straci siostrę na zawsze.

Gdy ostatni pasażerowie zostali usadzeni w fotelach, nastrój na pokładzie startowym wyraźnie się zmienił. strażnicy odprężyli się i zaczęli cicho rozmawiać. Po przeciwnej stronie, przy drugiej rampie, ktoś drwiąco prychnął.

2:48... 2:47... 2:46...

Bellamy w jednej chwili poczuł gwałtowny przypływ wściekłości. Jak te dupki ośmielały się śmiać, kiedy jego siostrę i dziewięćdziesięcioro dziewięcioro innych małolatów właśnie wysyłano w misję, która mogła okazać się zabójcza?

2:32... 2:31... 2:30...

Kobieta przy panelu kontrolnym uśmiechnęła się i szepnęła coś do kanclerza, ale on odwrócił się z gniewnym grymasem.

Prawdziwi strażnicy wrócili do korytarza. Widocznie uważali, że mają coś lepszego do roboty niż przyglądanie się, jak ludzkość po raz pierwszy próbuje wrócić na Ziemię... A może sądzili, że zabytkowy lądownik wybuchnie podczas startu, i woleli znaleźć się w bezpiecznym miejscu?

2:14... 2:13... 2:12...

Bellamy zaczerpnął powietrza. Nadszedł właściwy moment.

Przepchnął się przez tłum, tak by stanąć za postawnym strażnikiem, który beztrosko przypiął kaburę do pasa, pozostawiając kolbę pistoletu odsłoniętą. Chłopak wyszarpnął mu broń i ruszył biegiem w dół, po rampie.

Zanim ktokolwiek zauważył, co się dzieje, wbił łokieć w żołądek kanclerza i unieruchomił go, zarzucając mu ramię na szyję. Pokład startowy eksplodował krzykiem i tupotem stóp, lecz nikt nie zdążył dosięgnąć Bellamy'ego, który przyłożył lufę pistoletu do skroni mężczyzny. Nie chciał zastrzelić starego łajdaka, ale miał nadzieję, że strażnicy potraktują to zagrożenie poważnie.

1:12... 1:11... 1:10...

- Wszyscy do tyłu! - wrzasnął, zaciskając chwyt.

Kanclerz jęknął. Rozległ się głośny pisk i liczby na ekranie zmieniły kolor z zielonego na czerwony. Do startu pozostała niecała minuta. Teraz Bellamy musiał tylko zaczekać, aż luk zacznie się zamykać, a potem odepchnąć kanclerza i wskoczyć do środka. Nie zdążą go powstrzymać.

- Wpuśćcie mnie do lądownika albo strzelam!

Zapadła cisza, w której zabrzmiał tylko szczęk tuzina odbezpieczanych pistoletów.

Za trzydzieści sekund będzie zmierzał ku Ziemi z Octavią... albo wróci na "Waldena" w plastikowym worku.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.