Mirtala - Eliza Orzeszkowa

Kup ebooka

19.49 zł
15.98 zł (15,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Pod niezmąconym szafirem nieba, w ulewie złotych świateł słonecznych, zielony gaj Egeryi głębokie i nieruchome cienie słał na pola, z których cześć dla podwójnie świętego miejsca usunęła wszelkie ludzkie siedliska i wrzawy. Podwójnie świętém było dla Rzymian miejsce to; bo w cienistych jego głębiach, pod rozłożystemi gałęźmi odwiecznych buków, dębów i platanów, wznosił się śnieżny posąg jednego z najsłodszych bóztw wiecznego miasta i płynął strumień, szmerem swym opowiadający wiekom i pokoleniom o długich, samotnych rozmowach wielkiego Numy z uwielbianą i mądrą jego Nimfą. Niegdyś, przed ośmiu setkami lat, wielki król-prawodawca, trwożny o losy narodu-dziecka, przybywał w samotne miejsce to, i troskami skołataną pierś rzeźwiąc cieniem i ciszą, ku szafirom niebieskim podnosił wzrok, błagający o wróżby, natchnienia i rady. Wtedy z szafirów niebieskich spływała Egerya, olśniewająca, a przecież łaskawa, i długo potém, w gęstwinie buków, dębów i platanów, szemrały westchnienia miłości i tajemnicze szepty; piękna niebianka kładła dłoń swą na królewskiém sercu i uciszała wrzące w niém burze, a z pocałunku jéj ust nieśmiertelnych lały się w głowę jego wspaniałe myśli o wierzeniach tych i ustawach, które stać się miały podstawą przyszłéj wielkości rzymskiego ludu i wiecznéj chwały pierwszego jego prawodawcy. Wszystko minęło. Imię Numy Pompiliusza czas zmienił w echo, coraz słabiéj brzmiące w uszach i sercach odległych pokoleń; to, co stanowił on, skryło się w cieniu gmachów nowych; nieuczony już tylko gmin przechował wiarę w niebiańskość i nieśmiertelność Egeryi. Lecz gaj starożytny, strzeżony i pielęgnowany, trwał i w pamięci ludzi utrwalał dwa piękne i rzadkie zjawiska ich dziejów, jakiemi byli: niewiasta, zlewająca na męża dobroczynne natchnienia, i król, troszczący się o dobro poddanego mu ludu. Ogromny Cesarski Rzym huczał i wrzał w pobliżu, nie tak przecież blizko, aby na skrajach gaju i w jego głębinach uroczysta cisza panować nie mogła. Dość rzadko przerywały ją kroki pobożnych pielgrzymów, przybywających tu, aby pokorny hołd złożyć ołtarzowi bogini, albo zaczerpnąć wody ze świętego źródła. Świątynie Rzymu liczne były i z upływem czasu coraz liczniejsze; współubiegały się z niemi coraz liczniejsze téż i wspanialsze miejsca zabaw i przechadzek. Dnie całe mijały często, a żadna stopa ludzka nie dotknęła bujnych i ukwieconych traw świętego gaju, żaden głos modlitewny nie złączył się ze szmerem strumienia; wiekuiście wijącego srebrną swą wstęgę u stóp śnieżnego posągu bogini. Przecież u jednego ze skrajów gaju, tam, gdzie zbiegały się wiodące ku niemu, ozdobne, bukszpanami osadzone i bazaltem usłane, ścieżki, codziennie, od wczesnego poranku do późnego wieczora, przesiadywał człowiek, widocznie nad ścieżkami temi straż trzymający. Stróżowanie to ujawniało się w ruchoméj zagrodzie, przezroczystéj, złoconym bronzem zdobnéj, a wejście do świętego gaju tamującéj dopóty, dopóki pobożny pielgrzym nie włożył drobnego pieniążka w dłoń stróżującego tu człowieka, a on przed nim zapory téj nie usunął. Drobne pieniążki były podatkiem, płaconym państwu przez tych, którzy gaj święty nawiedzać pragnęli; człowiek zaś, u zbiegu ścieżek czuwający, poborcą skromnéj téj i do uiszczenia łatwéj daniny. Rzymski poborca ten, ani z ubioru, ani z rysów twarzy, na Rzymianina nie wyglądał, i dość było jednego nań rzutu oka, aby w nim poznać przybysza ze Wschodu. Od szyi chudéj, zwiędłéj i żółtéj, do stóp, których podeszwy tylko i palce ukryte były w grubych i płytkich sandałach, cienką i przygarbioną postać jego przyoblekała luźna brunatna suknia, z grubéj szorstkiéj materyi, w stanie ściśnięta żółtawym, od zużycia wystrzępionym, pasem. Na głowie miał on gruby, ciężki, żółtawéj barwy zawój, którego twarde niby gzémsy ocieniały twarz pięćdziesięcioletnią, żółtą, zwiędłą, chudą, z długim, garbatym nosem i długą, od posiwienia popielatą, w twarde kędziory wijącą się, brodą. Z pod zawoju, wzdłuż policzków, spływały téż długie, popielate kędziory włosów, a z obu stron garbatego nosa, pod czarnemi jeszcze, zjeżonemi brwiami, oczy wielkie, jak noc najgłębsza czarne, paliły się ogniem gorącym i patrzały w przestrzeń z wiekuistym jakby, nieskończonym, przejmującym smutkiem. Namiętnemu smutkowi oczu tych odpowiadał wyraz ust cienkich i bladoróżowych, które, w gęstwinie siwiejącego zarostu, nieustannie, nieustannie wiły zadumane lub gorzkie uśmiechy, albo do pustego pola, do szafirów niebieskich, do nieruchomych buków i dębów, do kipiącéj i echa kipienia swego tu przysyłającéj stolicy, przemawiały niedosłyszalnemi szepty. Na poręczy złoconéj balustrady siedząc, cieniem gaju od skwaru słońca okryty, z bosemi stopy swemi w płytkich sandałach, kołyszącemi się nad ziemią, w chudych, zczerniałych palcach przebierający strzępie swego pasa, z płomiennym wzrokiem swym i zgarbionym grzbietem, człowiek ten zdawał się być żywym obrazem znękania ciała i wiecznéj, na dni piersi wrzącéj, burzy ducha. Był to żyd. Jakim sposobem cudzoziemiec ten stał się tu poborcą świętego podatku? Wszyscy współcześni z łatwością odpowiedziéć-by na to mogli. Rzym roił się cudzoziemcami, a pośród nich znajdowała się ilość znaczna tak bogatych i pilnym przemysłem bogactwa swe zwiększających ludzi, jakim był Monobaz, żyd także, w którego banku, otwierającym się na Marsowe pole, świetna młodzież rzymska znaczne zaciągała pożyczki; w którego dłonie piękne ręce niejednéj patrycyuszki składały, w zamian za garść sestercyi, drogocenne zastawy; który niemiłosierną lichwą gniótł pnący się ku świetnościom patrycyatu stan średni; któremu nakoniec panujący obecnie Cezar oddał w dzierżawę niejednę gałęź państwowych dochodów. Panującym obecnie Cezarem był Wespazyan, chciwie zgromadzający i skrzętnie szczędzący grosz publiczny, zbrodniczo i marnie przez lat tyle trwoniony w szalonych orgiach Nerona i strasznych burzach wojen domowych. Stary żołdak, w mowie i obyczaju gruby, z sercem o dobro publiczne dbałém, nie wahał się podnosić pieniądz z najbrudniejszych źródeł, ani brać go z rąk najwątpliwszych. Nie czyniły mu téż wstrętu pieniądze, brane z lichwiarskich rąk Monobaza, które zresztą były białemi i w drogocenne pierścienie przybranemi rękoma. Białe te i drogocennie przystrojone ręce nie mogły same otrzymywać z rąk pielgrzymów podatku, należnego gajowi Egeryi. Zastępowały je w czynności téj, wychudłe, drżące, zczerniałe, palce Menochima. Dlaczego Menochim oddawał się czynności téj, przynoszącéj mu w korzyści suchy chleb nędzarza, a nawet pilnie, w imię plemiennéj wspólności, starał się o nią u Monobaza? Kto wié? Być może, iż w sposób inny na byt powszedni zarabiać nie dozwalały mu te przepaściste zadumy, które odbijały się w jego oczach, na ustach i w nawskróś zoranéj twarzy? Być może, iż nieustannym medytacyom jego dobrze było w tém miejscu bezludném i cichém? Być może, iż zieleń gaju nieco spokoju wlewała mu w płonące źrenice, a świergot ptactwa i srebrne dzwonienie strumienia ponure pieśni jego duszy przerywały niekiedy słodką nutą pociechy, nadziei. Na złoconéj balustradzie, zgarbiony, stopami ziemi nie dotykając, siedział on przez długie godziny i patrzał na miasto olbrzymie, kąpiące w słonecznym blasku niepokalaną białość swych marmurów, złote kopuły świątyń, wdzięczne łuki bram tryumfalnych, strzeliste szczyty pałaców swych i grobowców; patrzał i zdawało się, że widokowi temu nigdy napatrzyć się dosyć nie mógł. Nie uwielbienie przecież bogactw i piękności tylu malowało się w oczach i uśmiechach jego. Malowało się w nich często osłupiałe jakby zdziwienie. Zaczynał z kimś bardzo cicho rozmawiać. Zapytywał: - Odsłoń powieki moje i okaż mi, dlaczego wiecznie cieszą się tryumfują nieprawi, lecz silni? Otwórz rozum mój i naucz mię, jakiemi są drogi Twoje, bo ich zrozumiéć nie mogę. Czy sprawiedliwy żyje poto, aby cierpiał? czy sprawiedliwości uczysz go dlatego, aby nieprawość serce mu szarpała? Czy lud jeden nato zamieszkuje ziemię, aby miażdżyły go stopy innego? I któż przed tobą prawy? Rabusiowiż-to, czy rabowanemu miłość swą okazujesz? Oto piérwszy w dziedzictwie swojém rozkoszy, bogactw i długiego żywota zażywa, a drugi pada na skrwawionéj niwie, lub na ziemi wygnania tęskno pogląda w stronę, gdzie gruzy Syonu... Z usianego iskrami powietrza żadna nie przybywała odpowiedź; tylko wrzawa wielkiego miasta, wzdymając się na chwilę, przesyłała tu echo radośnego, hucznego akordu, a złocone szczyty gmachów, rozgorzałe w słońcu, buchały ku niebu płomiennym hymnem siły i tryumfu. Spójrzenie Menochima zmieniło kierunek i w innéj stronie spotykało się z widokiem drogi Appijskiéj, która, z pod pysznych łuków kapueńskiéj bramy wybiegając, szeroka, prosta, w nieścignionéj okiem dali przepadająca, zdawała się być ramieniem olbrzyma, wyciągającém się dla objęcia połowy świata. Przez dnie całe panował tam hałaśliwy natłok ludzi i zwierząt. Menochim z oddali dostrzegał sunące po wielkiéj drodze wozy, ładowne towarami, przez osły i muły ciągnięte, i inne jeszcze, lekkie, ozdobne, unoszone przez bystre konie o chyżych nogach i rozwianych grzywach. Pomiędzy wozami widział on przewijające się postacie jeźdźców, z pysznemi rumakami zrośnięte jakby we wdzięczną i dzielną całość, albo na ramionach niewolników niesione lektyki, połyskujące kosztownemi ozdobami, z których wnętrza wychylała się czasem utrefiona głowa kobieca, lub powiewała purpura, zdobiąca senatorską szatę. Czasem téż drogę zalegał oddział pieszego lub konnego wojska, a wtedy w metalowych tarczach, pancerzach, szyszakach, słońce rozżarzało oślepiające pożary, tentent stóp ludzkich i zwierzęcych biegł po bazaltowych płytach przeciągłym grzmotem, w powietrzu rozsypywały się miliony krótkich, metalicznych dźwięków, a towarzyszyły im ogromne, chóralne krzyki, tysiącem piersi śpiewane zwrotki rycerskiéj i tryumfującéj pieśni. Wszystko tam było ruchem, wrzawą, blaskiem, śpiewem, śmiechem, potęgą. Menochim kurczowo załamane i ściśnięte ręce swe podnosił ku niebu, a z piersi jego wydobywał się już tym razem nie szept, ale krzyk chrypliwy i krótki: - A Jerozolima w gruzach leży! Czasem na ramię jego opadała dłoń ciężka, a gruby głos, wpół-wesoło, wpół-szydersko, wołał: - Czegoś tak wpatrzył w niebo baranie ślepie swoje, ty, Judejczyku, brudasie, żebraku z końca świata? Czy nie widzisz, że chcemy wejść do świętego gaju? Dlaczegoż nie wyciągniesz chciwéj łapy swéj, abyśmy w nią asy nasze złożyć mogli? Menochim budził się z zamyślenia i spostrzegał dwu czy trzech ludzi, owiniętych w grube, brunatne togi, z twarzami osłoniętemi cieniem kapeluszy o szerokich brzegach. Z ubioru i zachowania się poznać można było, że ludzie ci nie należeli wcale do bogatych i potężnych. Byli to plebejusze,rzemieślnicy może, albo pasożyci, żyjący z jałmużny, udzielanéj im przez możnych, lub państwo. Nic to! przybysza, obdartusa, syna ziemi podbitéj, któréj stolicę i świątynią przed dwoma zaledwie laty w gruzy obalił mężny i świetny Tytus, i oni nawet lżyć mieli prawo. Nie byliż zwyciężcami? I nie byłże to człowiek, różniący się od nich ubiorem, obyczajem, językiem, wiarą? Wracając z gaju, nagabywali go pytaniem: - Możeś głodny? Mamy tu oto kawał pieczonéj świni i chętnie przysmakiem tym podzielimy się z tobą. Żyd milczał, patrząc w ziemię. Ktoś inny, wyglądający na jednego z trefnisiów tych, których pełne były domy możnych, obległ go raz prośbami: - Najmilszy! czy nie mógłbyś zaprowadzić mię kiedy do swéj bożnicy i pokazać tę głowę oślą, któréj wy, żydzi, nabożną cześć składacie? Radbym bardzo zobaczyć ją i opowiedziéć, com widział, dostojnemu Kryspinusowi; od dni bowiem kilku jest on w złym humorze i, jeśli go czém nie ubawię, gotów mię od stołu swego usunąć. Ten nie żartował, prosił na prawdę i nawet rzewnie, a dla poparcia prośby téj, pociągał Menochima za ucho tak, jak to w chwilach czułości czyniła żona Kryspinusa z ulubionym swym pieskiem. Żyd nie zaprzeczał niczemu, milczał jak grób, w ziemię patrzał i tylko drżącą ręką usuwał zwolna dłoń, coraz mocniéj cisnącą jego ucho. Inni bywali gniewliwsi i srożsi. - O! wy, przybysze - mówili - patrzeć tylko, jak ze skór, zdartych z naszych grzbietów, zaczniecie sobie wyrabiać pantofle! Gdybyś ty, psie przeklęty, podatku tego z nas nie wyciskał, Cezar zniósłby go już pewnie i asy nasze pozostały-by w naszych sakiewkach. Menochim głuchym głosem odpowiadał: - Nie moje to są pieniądze, które od was biorę. Jestem sługą Monobaza i wiernie oddaję mu wszystko, co mi tu dajecie. - Niech bóztwa podziemne pochłoną pana twego, Monobaza, który z biednego synowca mego, Minucyusza, ostatnią już kroplę krwi wycisnął i kupił sobie za nią pierścień z rubinami! Przy piérwszych igrzyskach, głośno w cyrku prosić będziemy Cezara, aby was wszystkich z Rzymu wypędzić rozkazał. Raz wykwintna postać niewieścia, w towarzystwie dwóch służebnych, przemknęła ścieżką i, w milczeniu wsunąwszy pieniądz w dłoń Menochima, zniknęła w głębiach gaju. Potém, cicho stąpając po gęstych trawach, wracała; smutne jéj oczy, stęsknione za czémś, po czémś spłakane, ciekawie zatrzymały się na ciemnéj, zoranéj twarzy żyda. Stanęła przed nim i, uchyliwszy z twarzy gazową zasłonę, mówiła z cicha: - Ubogim jesteś. Bogatym cię uczynię, jeśli odkryjesz mi, w czém znaleźć mogę pociechę i spokój, których ani bogowie nasi, ani bogactwa domu mego dać mi nie mogą. Wy, Azyaci, znacie wiele tajemnic i macie jakiegoś Boga, który podobno w najsroższych smutkach pociechy wam zsyła. - Czegoż chcesz? - zapytał Menochim. Piękna Rzymianka ze smutnemi oczyma odpowiedziała: - Sprzykrzyły mi się bogactwa i rozkosze wszelkie. Nie kocham tego, który jest mężem moim i żadnego z młodzieńców rzymskich pokochać nie mogę. Pragnę doskonałości, cnoty jakiéjś, która-by płomieniem rozpaliła puste moje serce; bohaterstwa, które-by podobne było do bohaterstw przodków moich; Boga tego nieznanego, któremu Grecy budują ołtarze, a który innym być musi od bogów naszych, w których już - nie wierzę. Żyd słuchał ze skupioną uwagą, a potém zapytał: - Jeżeli nie wierzysz w bogów swoich, czemużeś nawiedzała gaj Egeryi? - Spragnioną jestem ciszy i cienia... Zamieram w gwarze i blasku. Lubię tu myśléć o miłościach niebiańskich i wielkich ludzkich sercach. Teraz miłości nizkie są i płoche, a serca tych, którzy mię otaczają, z żelaza lub błota! Nad mówiącą w ten sposób kobietą Menochim pochylił się, i długo, długo, szeptał jéj o czémś, z tajemniczemi gestami i drżącą siwą brodą. Widać było, że mówił jéj, aby kędyś, w umówionéj porze przybyła, że coś jéj obiecywał a coś przed nią wczęści odsłaniał. Rzymianka odeszła, a stary żyd złożył ręce na kolanach i tajemnicze uśmiechy przewijały się mu pomiędzy zmarszczkami twarzy. Dumał i szeptał: - Droga niezbożnych ciemna, nie widzą gdzie upadną. Oto potkniesz się, Babylonio, o własne bogactwa i rozkosze swoje, bo przepojone niemi być zaczynają dusze twoich dzieci. Jako jeleń źródła leśnego, tak szukają one nowego światła! Wczas jakiś potém usłyszał, jak dwaj niewolnicy, do gaju dążący, rozmawiali o wydarzeniu dziwném, w domu ich pana zaszłém. Pani ich, Flawia, uwierzyła w jakiegoś cudzoziemskiego boga, oblokła się w szaty surowe, do uczt zasiadać przestała, a nawiedzać zaczęła, z jedną tylko poufną służebną, tę obrzydliwą, cuchnącą dzielnicę miasta, w któréj mieszkają sami tylko Azyaci, Syryjczycy i Żydzi. Niewolnicy mówili o tém obojętnie i szydersko trochę, tak, jak zwyczajnie mawiają słudzy o postępkach i dziwnych kaprysach swych panów, ale zmarszczki na twarzy Menochima drgnęły radośnie, gdy usłyszał on słowa: - Możny Cestyusz, mąż Flawii, gniewa się i smuci, bo pośmiewisko ludzkie uwłacza powadze jego. Z Flawii śmieją się przyjaciółki jéj, znajome, i podobno sam Cezar, niech długie będzie życie jego. Dalszych słów rozmowy Menochim nie dosłyszał, lecz z tryumfującym wciąż uśmiechem pomiędzy zmarszczkami twarzy, szepnął: - Tajemnemi są drogi Twoje! Oto nędzny robak, w pyle deptany, kroplę jadu wpuścił w pyszne serce książęce. Uspokojony nieco, brał wielką księgę, którą przed wzrokiem przechodniów pilnie ukrywał w wysokich trawach, i powoli przesuwać poczynał oczy po wierszach, napełniających żółte karty pergaminu. Wzrok jego posuwał się z prawéj strony w lewą, a głoski, napełniające książkę, nie były ani łacińskie, ani greckie, lecz przedstawiały te kręte i zmieszane wzory, które znamionują pisma wschodnie. Niedługo przecież oddawał się czytaniu: bądź, że mistyczna natura jego nie była zdolną do długiego zespolania się z myślą cudzą, bądź, że czytane wyrazy rozżarzały mu w piersi płomień natchnienia, zsuwał się szybko ze szczytu złoconéj baryery, drobnemi, spiesznemi kroki do buku przypadał, z nabożnym szacunkiem składał księgę na uprzedniém miejscu, a potém, zwieszony znowu na twardém i wysokiém siedzeniu swém, wyjmował z pod sukni drewniane tabliczki i ostrym stylem pisać zaczynał na oblekającéj je cienkiéj warstwie wosku. Pisał prędko, gorączkowo, z lewa w prawo, tak jak i czytał. Policzki jego zachodziły przy tém zajęciu krwistym rumieńcem, krople potu spływały z pod zawoju i często łączyły się na twarzy z obfitemi łzami. Człowiek ten poetą być musiał, jednym z tych, których bezbrzeżna niedola ojczyzny na ognistym wozie cierpienia niosła ku szczytom mistycznych, namiętnych natchnień. Raz, kiedy oddawał się on tym swoim pisarskim zajęciom, ścieżką pomiędzy bukszpanami zbliżał się ku niemu człowiek wysoki, młody jeszcze, owinięty płaszczem, którego kapiszon okrywał mu głowę od słonecznego skwaru. W cieniu kapiszona widać było twarz ściągłą i łagodną, a w rysach swych noszącą piętno pochodzenia wschodniego, niemniéj wyraźne, jak to, które odznaczało twarz Menochima. Człowiek ten nie dążył snadź do świętego gaju, bo o parę kroków zatrzymał się i przyjazném okiem wpatrywać się zaczął w piszącego poborcę. Nie chciał mu może przerywać zajęcia, ale gdy końca jego doczekać się nie mógł, przystąpił bliżéj jeszcze i półgłosem parę razy zawołał: - Menochim! Menochim! Z palców piszącego wypadł styl. Tabliczkę swą ruchem przestrachu za suknią ukrył i na przybyłego podniósł oczy, ogniem zapału błyszczące i nieco strwożone, - Nie poznajesz mnie, Menochimie? - zaczął przybyły; - jestem Justus, sekretarz możnego Agryppy. Bywałem w domu twoim gościem częstym, gdy w nim przebywał jeszcze przybrany syn twój, Jonatan. Menochim wstrząsnął głową z zadowoleniem widoczném. - Wybacz mi, Justusie, że nie poznałem cię odrazu. Oczy moje starzéć zaczynają... - Nie, - z uśmiechem odparł Justus, - ale zajmowała cię robota, któréj się oddawałeś. Piszesz... - Ja! ja! - krzyknął prawie Menochim, - czyżbym mógł? czyż-bym potrafił? nie, to były tylko rachunki, które sporządzałem dla pana mego, Monobaza! - Ukrywasz się... - zaśmiał się Justus, - bądź spokojnym; o tajemnice twe dopytywać się nie będę. Nie darmo od lat kilku zostaję przy boku Agryppy i królewskiéj siostry jego, Bereniki. Tam tajemnic tyle, co gwiazd na niebie. Nauczyłem się je szanować; alboż ja sam żadnéj własnéj tajemnicy w piersiach swych nie noszę? W czasach naszych, któż nie nosi w sobie tajemnic, swoich lub cudzych? Twarze inne, serca inne, myśl mowie zaprzecza. Nie pytam cię więc, Menochimie, ani co, ani dla czego czynisz. Przyszedłem do ciebie w interesie ważnym. - Słucham cię, - poważnie i uprzejmie odpowiedział Menochim. - Justus mówić zaczął: - Rzecz jest prosta, nie wiem tylko, czy taką wyda się tobie. Oto, przyjaciel pana mego, Agryppy, Józef Flawiusz... nie potrzebuję ci mówić kim on jest... pragnie wziąć do boku swego jednego więcéj sekretarza, któryby pod kierunkiem jego pisał i przepisywał wielkie, rozpoczęte przezeń, dzieła. Wiész, że cokolwiek o Józefie powiedzianém być może, kocha on zawsze naród swój, i otoczenie jego liczne składa się tylko z braci naszych. Polecił mi on i teraz wyszukać izraelitę, umiejącego pisać po grecku. Zadanie to dość trudne. Pomyślałem o tobie. Czy chcesz zająć korzystną i zaszczytną posadę u boku uczonego rodaka naszego, przyjaciela Agryppy i Bereniki, ulubieńca Cezara i syna jego Tytusa? Menochim słuchał z uwagą, ze spuszczonemi powiekami, i wtedy dopiéro, gdy Justus umilkł, odpowiedział: - Dziękuję ci, Justusie, za pamięć twą o mnie, ale przybocznym Józefa Flawiusza nie zostanę za nic. Justus nie okazał zdziwienia i spokojnym głosem przemówił znowu: - Płaca, do urzędu tego przywiązana, znaczną jest. Mieszkanie w pałacu Agryppy, miejsce przy stole jego i dwadzieścia tysięcy sestercyi rocznie.. pomyśl. - Za nic, - krótko i spokojnie powtórzył Menochim. - Na miejscu tém zostając, tysiąc przysług oddawać mógł-byś biednym braciom naszym... - Za nic, Justusie! - Masz dziecię przybrane, Mirtalę... któréj młodości potrzeba świeższego, niż na Zatybrzańskiém przedmieściu, powietrza... - Za nic, Justusie! - Starość, Menochimie, zbliża się ku tobie wielkiemi krokami. Gdy niemoc przykuje cię do łoża boleści, gdy zmęczone ręce twe żadnéj już pracy jąć się nie będą mogły, w Agryppie i Józefie znajdziesz hojnych dobroczyńców i opiekunów troskliwych... - Za nic, Justusie! Justus milczał chwilę, namyślał się, a potém tak cicho, jak gdyby lękał się, aby go nawet dęby i buki świętego gaju nie usłyszały, zapytał jeszcze: - A jeśli... a jeśli Jonatan, to ukochane dziecię twoje, ten rycerz bohaterski, ten biedny wygnaniec, którego teraz palą zapewne afrykańskie skwary i tysiąckroć sroższe od nich rozpacze, jeśli on... wróci? Czém osłonisz go przed niebezpieczeństwy? Kogo wezwiesz dla niego na obronę? Agryppa i Flawiusz skutecznie bronić go mogą; jedno skinienie białego palca Bereniki usunie szyję jego z pod topora, albo ciało jego wydrze płomieniom stosu... Menochim zadrżał od stóp do głowy, wzniesione do góry jego ramiona zatrzepotały w powietrzu, jak skrzydła zranionego ptaka, a z piersi wydarł się krzyk przeciągły. - Justusie, Justusie! po co mię kusisz? Jonatan mój... To prawda! Jego szyja skazana pod topór... a może jak Goryasza rzucą go w płomienie stosu, i gawiedź rzymska szaleć będzie z radości, na widok mąk i śmierci jednego z ostatnich obrońców Syonu... O Justusie, coś ty mi powiedział! Zakląłeś mnie na szyję najmilszego dziecka mojéj duszy, tego, którego niemowlęciem wyrwałem, wykupiłem z niewoli Edomu! Tak, Justusie, Agryppa obronić go może, Flawiusz zasłonić go może, Berenika... o! Nie siedział już na ostrzu baryery, lecz, rozciągnięty pod stopami buku, z dłońmi załamanemi nad głową, czoło zanurzał w wysokiéj trawie. Z piersi jego wychodziły wciąż zmieszane krzyki: - Jonatan! Jonatan mój! rycerz bohaterski! Tułacz nieszczęsny.. czém ja go osłonię? Kogo wezwę dla niego na obronę! O, Ty! gdzież miłosierdzie Twoje? Justus, milcząc, ze współczuciem patrzał na paroxyzm rozpaczy, wstrząsający ciałem i duszą starszego jego rodaka. Źrenice nawet jego zwilgotniały nieco i kształtne usta zacisnęły się z wyrazem niemego, do milczenia snadź przyzwyczajonego, bólu. Powoli Menochim uspokajać się zdawał. Z twarzą przyciśniętą do ziemi, myślał. Sporo czasu upłynęło, zanim z ciężkością powstał, i pałające oczy swe z pod zawoju w twarzy Justusa utkwiwszy, powtórzył znowu: - Za nic! Justus pochylił głowę. - Spodziewałem się twojéj odmowy, miałem jednak nadzieję, że przedstawienia moje... - Jakież są one, Justusie? - drżącym jeszcze, lecz uspakajającym się głosem zapytał Menochim. - Ubóztwo? alboż nie najwłaściwszém jest ono synowi obalonego grodu? Mirtala? Alboż jéj także nie wyrwałem, jak Jonatana, z edomskiéj niewoli? Niech dzieli czarny chleb mój i wraz ze mną oddycha powietrzem nieszczęścia. Jonatan? On piérwszy, on najbardziéj, odradzał-by mi dzielić bogactwa i rozkosze tych, którzy zaparli się, odstąpili sprawy ojczystéj i świętéj. Ostatnie wyrazy wymówił z błyskiem nienawiści w oczach. Justus po chwili milczenia odparł. - Zbyt surowym jesteś, Menochimie, i sądy twoje mają szybkość, którą nadaje im ogień twego serca. Ani Agryppa, ani Józef, ani nawet Berenika zaprzańcami nie są. Uroczyście i jawnie obchodzą oni wszystkie święta nasze, hojnie wspomagają pieniędzmi nieszczęśliwych braci... - Ale serca ich, Justusie, serca, serca! - przerwał Menochim, i tysiąc wzgardliwych uśmiechów wstrząsnęło zmarszczkami jego twarzy. - Serca, Justusie, - powtarzał, - które przylgnęły do grzechów i zbytków Edomu; dłonie ich, Justusie, które codziennie serdecznemi uściski łączą się z dłońmi naszych wrogów! Józef Flawiusz przy stole Wespazyana! Berenika w objęciu Tytusa, tego samego Tytusa... o Ty! gdzie sprawiedliwość Twoja!... który żużel pożaru rzucił na naszę świątynią! Agryppa chodzi w szacie Senatora rzymskiego, z sześciu liktorami, którzy żebrzących braci jego, jak psy, spędzają mu z drogi! Cha! cha! cha! I ty, Justusie, mówić śmiesz, że oni zaprzańcami nie są! Święta nasze obchodzą! Sabaty święcą! "Miłości potrzebuję, nie ofiar!" mówił Pan ustami proroka. Ubogich braci datkami obdarzają! A w pałacu Agryppy złoto ze ścian kapie! A ileż kosztuje pierścień drogocenny, który na palec Bereniki włożył pogromca jéj ojczyzny? A jakaż jest cena podarków, które Józef Flawiusz otrzymał od Poppei, rozpustnéj żony strasznego Nerona? Niech sami żrą i piją bogactwa, w ten sposób zdobyte! Moje usta ich nie dotkną... Justus w pozornym spokoju wysłuchał namiętnéj téj mowy, lecz w cieniu kapiszona czoło jego zaszło rumieńcem. - Cóż więc mniemasz o mnie, Menochimie? - zapytał z cicha; - o mnie, który mieszkam w ich złoconych ścianach i jem przy ich wspaniałym stole?... Menochim w zamyśleniu pochylił głowę; po chwili zaczął z cicha: - Kocham cię, Justusie, boś był najlepszym przyjacielem Jonatana mego, bo znam duszę twoję i wiem, że mieszkają w niéj: miłość i wierność. Głód wysuszał ci kości, schroniłeś się przed nim pod dach Agryppy. Łagodnym byłeś zawsze, zwolennikiem słodkiéj nauki Hillela, która od nienawiści odwodzi i krwią się brzydzi... Ach! i jam kiedyś był Hillelistą! Serce miałem gołębie, a piłem tylko słodki miód przyjaźni i zgody. Ale, Justusie, żaden pieprz nie pali tak podniebienia i żadne wino taką burzą nie kipi w głowie, jak doznane krzywdy! I patrz, Justusie, oto są jeszcze szkody, które pognębiciel sprawia pognębionemu: twoja czysta dusza brudzić się musi w służbie u niezbożnych, moje słodkie serce zapłynęło jadem! Długo milczeli obaj: Justus, po długiéj chwili, bardzo cicho przemówił jeszcze. - Czy nie masz nowych wieści o Jonatanie? - Żyje, - krótko odpowiedział Menochim. - Niech będzie Pan pochwalonym! On-to wydzierał go dotąd z rąk prześladowców. Żegnam cię, Menochimie. - Pokój niech będzie z tobą, Justusie. Justus odszedł, lecz po kilku krokach wrócił. - Jeżeli-by... - zaczął, - jeżeli-by Jonatan... do domu twego przybył, daj mi o tém wiedziéć. Może będę mógł stać się mu w czém użytecznym... pozwól, abym przynajmniéj, w miarę możności, przyjaźń moję wam okazywał! Menochim twierdząco skinął głową. Nie przyjął więc korzystnéj posady u boku bogatego rodaka swego i, tak jak piérwéj, przychodził tu codziennie o wschodzie słońca, aby aż do zmroku stróżować nad wejściem do świętego gaju. Miejsce, na którém siadywał, nie było wygodném, a jednak znajdowali się tacy, którzy mu go zazdrościli. Jednym z zazdroszczących był Silas, Syryjczyk, w brudno-czerwonéj tunice, skórzanym pasem przepasanéj, z bosemi stopami, głową wpół łysą a wpół ryżą, i z chytrą, złośliwą, cyniczną twarzą. Był on z profesyi lektykaryuszem, czyli najemnikiem do noszenia lektyk. Ale, znaczną część życia spędziwszy w niewoli, świeżo przez testament pana swojego wyzwolony, pragnął żyć na wolności bezczynnie i hulaszczo. Noszenie lektyk było pracą zbyt ciężką dla ciała jego, wyniszczonego naprzód przez chłosty, których niegojące się nigdy ślady na plecach swych nosił, potém przez rozpustę, w którą, raz wyzwolony, rzucił się z pijaną radością. Wolał-by o wiele bezczynnie przesiadywać dnie całe w rozkosznym cieniu gaju Egeryi. Nie siedział-by tak, jak Menochim, na twardéj baryerze, ale rozciągał-by się miękko na chłodném i bujnem podścielisku trawy. Nagie stopy jego wygrzewały-by się na słońcu, a zwinne ręce umiały-by część otrzymywanych tu asów do własnéj wsuwać sakiewki; przyprowadzał-by tu z sobą parę towarzyszy i gwarzyli-by wesoło, grając w rzucanie monet w cetno i licho, albo nawet w kości, i popijając trypolińskie wino, na które stać-by było poborcę świętego podatku, a które, choć cienkiém jest i pośledniém, błogo rozlewałoby się po gardłach bosych wyzwoleńców. Gdyby nie ten przeklęty żyd, co tu przed kilku laty i jakby na wieki zasiadł, za pośrednictwem jednego ze sług Monobaza, który mu był przyjaznym, dopiął-by niezawodnie celu swoich marzeń. To téż Menochim, w chwilach, gdy najbardziéj zanurzonym był w czytaniu lub pisaniu, wzdrygał się czasem nagle, zeskakiwał z baryery i z przestrachem oglądał się dokoła. Przyczyną przestrachu jego był krzyk lub świst przeraźliwy, nieludzki, do ryku zwierzęcia lub gwizdu drapieżnego ptaka podobny, który nagle rozlegał się nad samém jego uchem. Rozglądał się i nie spostrzegał nic, lecz zaledwie z przestrachu swego ochłonąć mógł i znowu do rozmyślań swoich lub natchnień powrócić, o nogę jego uderzał kamień, tak wprawną ciśnięty ręką, że dolegliwie raził mu stopę i płytki sandał na ziemię zrzucał. Jednocześnie spostrzegał giętką postać w brudno-czerwonéj bluzie, która, rzucając w powietrzu bosemi stopy, kryła się pomiędzy drzewa, a z pomiędzy gałęzi drzew wychylała się ku niemu ciemnoskóra, małemi oczyma błyskająca, zjadliwym uśmiechem wykrzywiona, twarz Silasa. Innym razem, wśród ciszy najgłębszéj, z za drzewa jakiegoś lub wypukłości gruntu, wyskakiwał Silas i, z dłońmi wspartemi na kłębach, z wyszczerzonemi zębami, rozpoczynał przed nim dziwaczne skoki i pląsy. W błękitném, pozłoconém powietrzu, na tle pustego pola i cichego gaju, zwinna, bosa, brudno odziana postać Syryjczyka, miotająca się w skokach i giestach cynicznych, miała w sobie coś piekielnego. Z wyszczerzonych ust jego leciał grad naigrawających się, albo bezwstydnych, wyrazów. Menochim zamykał oczy, ale uszu zamknąć nie mógł. Cierpiał i milczał. Milczał téż, gdy w fałdach swéj sukni znajdował, niewiedziéć zkąd tam biorące się, kawały wieprzowego mięsa, które ze wstrętem od siebie odrzucał. Nie mógł jednak milczéć dłużéj, gdy raz, o zmroku, wracając do domu i zbliżając się ku przedmieściu, spostrzegł kilku ludzi, goniących wątłą i chyżą dziewczynę. Dopędzana niemal, dziewczyna krzyknęła. Menochim poznał głos przybranéj córki swéj, Mirtali. Jak wściekły, rzucił się na przód, ale dwóch nadchodzących poważnych mężów zastąpiło drogę ścigającym, którzy pierzchnęli. Pierzchającymi byli: Silas i przyjaciele jego, Syryjczycy także, lektykaryusze i tragarze. - Czego chcesz ode mnie? jaką jest wina moja przed tobą? - zapytał nazajutrz Menochim Silasa, gdy ten, jak często bywało, ukazał się w pobliżu gaju Egeryi. - Chcę, abyś mi miejsca tego ustąpił, - odpowiedział Silas; - a winą twoją jest to, że jesteś psem judejskim, któremu podobnych, rok temu, Syryjczycy w Antyochyi 20,000 wymordowali. Jeżeli tam wymordowano was tylu, dlaczegóż-bym ja jednego zadusić nie mógł? - Niech zlituje się nad tobą Pan, człowieku czarnych myśli i okrutnego serca! Pomyśl! Judea i Syrya, to dwie rodzone siostry. Jednym mówimy językiem, jednego czcimy Boga. Plemię nasze z jednego korzenia ród swój wiedzie. - Bodaj-byś zgorzał w ognistém objęciu Molocha! Twoja jedność języka i plemienia, i Bóg twój, i Judea, i Syrya, tyle mię obchodzą, co podeszwa zdartego sandała. Pić chcę, a za pieniądze, które ci płaci Monobaz, napił-bym się do syta. Leżéć chcę, a ty zajmujesz miejsce to, na którém mógłbym wylegiwać się spokojnie. Dlatego postanowiłem, albo spędzić cię ztąd, albo wydrzeć ci z gardła twoję żydowską duszę. - Skarżyć cię będę! - spokojnie, lecz stanowczo, rzekł Menochim. - Wyj, psie! skrzecz żabo! sycz, podły gadzie! Zobaczymy, czy cię pan twój, Monobaz, ludożerca, na którego wielu szlachetnych Rzymian dawno już ostrzy zęby, od pazurów Silasa obronić potrafi! Menochim poszedł do Monobaza, Silas skarconym został; przez całe dni dziesięć nie widać go było nigdzie. Ukazał się jednak znowu, ale Menochima dręczyć zaprzestał. Pilnie tylko szukał sposobności spotkania się z nim i, gdy tylko ją znalazł, w milczeniu podnosił ramię i wykonywał ręką niemy giest groźby. Raz tylko, oko w oko spotkawszy się z Menochimem w tłoku ludzi, napełniającym rynek, mijając go, ponurym głosem rzekł: - Nienawiść tajona sroższą jest, niż jawna. Nadejdzie kiedyś godzina Silasa! RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.