Pod niezmąconym szafirem nieba, w ulewie złotych świateł
słonecznych, zielony gaj Egeryi głębokie i nieruchome cienie słał
na pola, z których cześć dla podwójnie świętego miejsca usunęła
wszelkie ludzkie siedliska i wrzawy. Podwójnie świętém było dla
Rzymian miejsce to; bo w cienistych jego głębiach, pod rozłożystemi
gałęźmi odwiecznych buków, dębów i platanów, wznosił się śnieżny
posąg jednego z najsłodszych bóztw wiecznego miasta i płynął
strumień, szmerem swym opowiadający wiekom i pokoleniom o długich,
samotnych rozmowach wielkiego Numy z uwielbianą i mądrą jego Nimfą.
Niegdyś, przed ośmiu setkami lat, wielki król-prawodawca, trwożny o
losy narodu-dziecka, przybywał w samotne miejsce to, i troskami
skołataną pierś rzeźwiąc cieniem i ciszą, ku szafirom niebieskim
podnosił wzrok, błagający o wróżby, natchnienia i rady. Wtedy z
szafirów niebieskich spływała Egerya, olśniewająca, a przecież
łaskawa, i długo potém, w gęstwinie buków, dębów i platanów,
szemrały westchnienia miłości i tajemnicze szepty; piękna niebianka
kładła dłoń swą na królewskiém sercu i uciszała wrzące w niém
burze, a z pocałunku jéj ust nieśmiertelnych lały się w głowę jego
wspaniałe myśli o wierzeniach tych i ustawach, które stać się miały
podstawą przyszłéj wielkości rzymskiego ludu i wiecznéj chwały
pierwszego jego prawodawcy. Wszystko minęło. Imię Numy Pompiliusza
czas zmienił w echo, coraz słabiéj brzmiące w uszach i sercach
odległych pokoleń; to, co stanowił on, skryło się w cieniu gmachów
nowych; nieuczony już tylko gmin przechował wiarę w niebiańskość i
nieśmiertelność Egeryi. Lecz gaj starożytny, strzeżony i
pielęgnowany, trwał i w pamięci ludzi utrwalał dwa piękne i rzadkie
zjawiska ich dziejów, jakiemi byli: niewiasta, zlewająca na męża
dobroczynne natchnienia, i król, troszczący się o dobro poddanego
mu ludu.
Ogromny Cesarski Rzym huczał i wrzał w pobliżu, nie tak przecież
blizko, aby na skrajach gaju i w jego głębinach uroczysta cisza
panować nie mogła. Dość rzadko przerywały ją kroki pobożnych
pielgrzymów, przybywających tu, aby pokorny hołd złożyć ołtarzowi
bogini, albo zaczerpnąć wody ze świętego źródła. Świątynie Rzymu
liczne były i z upływem czasu coraz liczniejsze; współubiegały się
z niemi coraz liczniejsze téż i wspanialsze miejsca zabaw i
przechadzek. Dnie całe mijały często, a żadna stopa ludzka nie
dotknęła bujnych i ukwieconych traw świętego gaju, żaden głos
modlitewny nie złączył się ze szmerem strumienia; wiekuiście
wijącego srebrną swą wstęgę u stóp śnieżnego posągu bogini. Przecież u jednego ze skrajów gaju, tam, gdzie zbiegały się
wiodące ku niemu, ozdobne, bukszpanami osadzone i bazaltem usłane,
ścieżki, codziennie, od wczesnego poranku do późnego wieczora,
przesiadywał człowiek, widocznie nad ścieżkami temi straż
trzymający. Stróżowanie to ujawniało się w ruchoméj zagrodzie,
przezroczystéj, złoconym bronzem zdobnéj, a wejście do świętego
gaju tamującéj dopóty, dopóki pobożny pielgrzym nie włożył drobnego
pieniążka w dłoń stróżującego tu człowieka, a on przed nim zapory
téj nie usunął. Drobne pieniążki były podatkiem, płaconym państwu
przez tych, którzy gaj święty nawiedzać pragnęli; człowiek zaś, u
zbiegu ścieżek czuwający, poborcą skromnéj téj i do uiszczenia
łatwéj daniny. Rzymski poborca ten, ani z ubioru, ani z rysów twarzy, na
Rzymianina nie wyglądał, i dość było jednego nań rzutu oka, aby w
nim poznać przybysza ze Wschodu. Od szyi chudéj, zwiędłéj i żółtéj,
do stóp, których podeszwy tylko i palce ukryte były w grubych i
płytkich sandałach, cienką i przygarbioną postać jego przyoblekała
luźna brunatna suknia, z grubéj szorstkiéj materyi, w stanie
ściśnięta żółtawym, od zużycia wystrzępionym, pasem. Na głowie miał
on gruby, ciężki, żółtawéj barwy zawój, którego twarde niby gzémsy
ocieniały twarz pięćdziesięcioletnią, żółtą, zwiędłą, chudą, z
długim, garbatym nosem i długą, od posiwienia popielatą, w twarde
kędziory wijącą się, brodą. Z pod zawoju, wzdłuż policzków,
spływały téż długie, popielate kędziory włosów, a z obu stron
garbatego nosa, pod czarnemi jeszcze, zjeżonemi brwiami, oczy
wielkie, jak noc najgłębsza czarne, paliły się ogniem gorącym i
patrzały w przestrzeń z wiekuistym jakby, nieskończonym,
przejmującym smutkiem. Namiętnemu smutkowi oczu tych odpowiadał
wyraz ust cienkich i bladoróżowych, które, w gęstwinie siwiejącego
zarostu, nieustannie, nieustannie wiły zadumane lub gorzkie
uśmiechy, albo do pustego pola, do szafirów niebieskich, do
nieruchomych buków i dębów, do kipiącéj i echa kipienia swego tu
przysyłającéj stolicy, przemawiały niedosłyszalnemi szepty. Na
poręczy złoconéj balustrady siedząc, cieniem gaju od skwaru słońca
okryty, z bosemi stopy swemi w płytkich sandałach, kołyszącemi się
nad ziemią, w chudych, zczerniałych palcach przebierający strzępie
swego pasa, z płomiennym wzrokiem swym i zgarbionym grzbietem,
człowiek ten zdawał się być żywym obrazem znękania ciała i
wiecznéj, na dni piersi wrzącéj, burzy ducha. Był to żyd. Jakim sposobem cudzoziemiec ten stał się tu poborcą świętego
podatku? Wszyscy współcześni z łatwością odpowiedziéć-by na to
mogli. Rzym roił się cudzoziemcami, a pośród nich znajdowała się
ilość znaczna tak bogatych i pilnym przemysłem bogactwa swe
zwiększających ludzi, jakim był Monobaz, żyd także, w którego
banku, otwierającym się na Marsowe pole, świetna młodzież rzymska
znaczne zaciągała pożyczki; w którego dłonie piękne ręce niejednéj
patrycyuszki składały, w zamian za garść sestercyi, drogocenne
zastawy; który niemiłosierną lichwą gniótł pnący się ku
świetnościom patrycyatu stan średni; któremu nakoniec panujący
obecnie Cezar oddał w dzierżawę niejednę gałęź państwowych
dochodów. Panującym obecnie Cezarem był Wespazyan, chciwie
zgromadzający i skrzętnie szczędzący grosz publiczny, zbrodniczo i
marnie przez lat tyle trwoniony w szalonych orgiach Nerona i
strasznych burzach wojen domowych. Stary żołdak, w mowie i obyczaju
gruby, z sercem o dobro publiczne dbałém, nie wahał się podnosić
pieniądz z najbrudniejszych źródeł, ani brać go z rąk
najwątpliwszych. Nie czyniły mu téż wstrętu pieniądze, brane z
lichwiarskich rąk Monobaza, które zresztą były białemi i w
drogocenne pierścienie przybranemi rękoma. Białe te i drogocennie
przystrojone ręce nie mogły same otrzymywać z rąk pielgrzymów
podatku, należnego gajowi Egeryi. Zastępowały je w czynności téj,
wychudłe, drżące, zczerniałe, palce Menochima. Dlaczego Menochim
oddawał się czynności téj, przynoszącéj mu w korzyści suchy chleb
nędzarza, a nawet pilnie, w imię plemiennéj wspólności, starał się
o nią u Monobaza? Kto wié? Być może, iż w sposób inny na byt
powszedni zarabiać nie dozwalały mu te przepaściste zadumy, które
odbijały się w jego oczach, na ustach i w nawskróś zoranéj twarzy?
Być może, iż nieustannym medytacyom jego dobrze było w tém miejscu
bezludném i cichém? Być może, iż zieleń gaju nieco spokoju wlewała
mu w płonące źrenice, a świergot ptactwa i srebrne dzwonienie
strumienia ponure pieśni jego duszy przerywały niekiedy słodką nutą
pociechy, nadziei. Na złoconéj balustradzie, zgarbiony, stopami ziemi nie dotykając,
siedział on przez długie godziny i patrzał na miasto olbrzymie,
kąpiące w słonecznym blasku niepokalaną białość swych marmurów,
złote kopuły świątyń, wdzięczne łuki bram tryumfalnych, strzeliste
szczyty pałaców swych i grobowców; patrzał i zdawało się, że
widokowi temu nigdy napatrzyć się dosyć nie mógł. Nie uwielbienie
przecież bogactw i piękności tylu malowało się w oczach i
uśmiechach jego. Malowało się w nich często osłupiałe jakby
zdziwienie. Zaczynał z kimś bardzo cicho rozmawiać. Zapytywał: -
Odsłoń powieki moje i okaż mi, dlaczego wiecznie cieszą się
tryumfują nieprawi, lecz silni? Otwórz rozum mój i naucz mię,
jakiemi są drogi Twoje, bo ich zrozumiéć nie mogę. Czy sprawiedliwy
żyje poto, aby cierpiał? czy sprawiedliwości uczysz go dlatego, aby
nieprawość serce mu szarpała? Czy lud jeden nato zamieszkuje
ziemię, aby miażdżyły go stopy innego? I któż przed tobą prawy?
Rabusiowiż-to, czy rabowanemu miłość swą okazujesz? Oto piérwszy w
dziedzictwie swojém rozkoszy, bogactw i długiego żywota zażywa, a
drugi pada na skrwawionéj niwie, lub na ziemi wygnania tęskno
pogląda w stronę, gdzie gruzy Syonu... Z usianego iskrami powietrza żadna nie przybywała odpowiedź; tylko
wrzawa wielkiego miasta, wzdymając się na chwilę, przesyłała tu
echo radośnego, hucznego akordu, a złocone szczyty gmachów,
rozgorzałe w słońcu, buchały ku niebu płomiennym hymnem siły i
tryumfu. Spójrzenie Menochima zmieniło kierunek i w innéj stronie
spotykało się z widokiem drogi Appijskiéj, która, z pod pysznych
łuków kapueńskiéj bramy wybiegając, szeroka, prosta, w
nieścignionéj okiem dali przepadająca, zdawała się być ramieniem
olbrzyma, wyciągającém się dla objęcia połowy świata. Przez dnie
całe panował tam hałaśliwy natłok ludzi i zwierząt. Menochim z
oddali dostrzegał sunące po wielkiéj drodze wozy, ładowne towarami,
przez osły i muły ciągnięte, i inne jeszcze, lekkie, ozdobne,
unoszone przez bystre konie o chyżych nogach i rozwianych grzywach.
Pomiędzy wozami widział on przewijające się postacie jeźdźców, z
pysznemi rumakami zrośnięte jakby we wdzięczną i dzielną całość,
albo na ramionach niewolników niesione lektyki, połyskujące
kosztownemi ozdobami, z których wnętrza wychylała się czasem
utrefiona głowa kobieca, lub powiewała purpura, zdobiąca senatorską
szatę. Czasem téż drogę zalegał oddział pieszego lub konnego
wojska, a wtedy w metalowych tarczach, pancerzach, szyszakach,
słońce rozżarzało oślepiające pożary, tentent stóp ludzkich i
zwierzęcych biegł po bazaltowych płytach przeciągłym grzmotem, w
powietrzu rozsypywały się miliony krótkich, metalicznych dźwięków,
a towarzyszyły im ogromne, chóralne krzyki, tysiącem piersi
śpiewane zwrotki rycerskiéj i tryumfującéj pieśni. Wszystko tam
było ruchem, wrzawą, blaskiem, śpiewem, śmiechem, potęgą. Menochim
kurczowo załamane i ściśnięte ręce swe podnosił ku niebu, a z
piersi jego wydobywał się już tym razem nie szept, ale krzyk
chrypliwy i krótki: - A Jerozolima w gruzach leży! Czasem na ramię jego opadała dłoń ciężka, a gruby głos,
wpół-wesoło, wpół-szydersko, wołał: - Czegoś tak wpatrzył w niebo baranie ślepie swoje, ty,
Judejczyku, brudasie, żebraku z końca świata? Czy nie widzisz, że
chcemy wejść do świętego gaju? Dlaczegoż nie wyciągniesz chciwéj
łapy swéj, abyśmy w nią asy nasze złożyć mogli? Menochim budził się z zamyślenia i spostrzegał dwu czy trzech
ludzi, owiniętych w grube, brunatne togi, z twarzami osłoniętemi
cieniem kapeluszy o szerokich brzegach. Z ubioru i zachowania się
poznać można było, że ludzie ci nie należeli wcale do bogatych i
potężnych. Byli to plebejusze,rzemieślnicy może, albo pasożyci, żyjący z jałmużny, udzielanéj im
przez możnych, lub państwo. Nic to! przybysza, obdartusa, syna
ziemi podbitéj, któréj stolicę i świątynią przed dwoma zaledwie
laty w gruzy obalił mężny i świetny Tytus, i oni nawet lżyć mieli
prawo. Nie byliż zwyciężcami? I nie byłże to człowiek, różniący się
od nich ubiorem, obyczajem, językiem, wiarą? Wracając z gaju,
nagabywali go pytaniem: - Możeś głodny? Mamy tu oto kawał pieczonéj świni i
chętnie przysmakiem tym podzielimy się z tobą. Żyd milczał, patrząc w ziemię. Ktoś inny, wyglądający na jednego z trefnisiów tych,
których pełne były domy możnych, obległ go raz prośbami: - Najmilszy! czy nie mógłbyś zaprowadzić mię kiedy do swéj
bożnicy i pokazać tę głowę oślą, któréj wy, żydzi, nabożną cześć
składacie? Radbym bardzo zobaczyć ją i opowiedziéć, com widział,
dostojnemu Kryspinusowi; od dni bowiem kilku jest on w złym humorze
i, jeśli go czém nie ubawię, gotów mię od stołu swego usunąć. Ten nie żartował, prosił na prawdę i nawet rzewnie, a dla
poparcia prośby téj, pociągał Menochima za ucho tak, jak to w
chwilach czułości czyniła żona Kryspinusa z ulubionym swym
pieskiem. Żyd nie zaprzeczał niczemu, milczał jak grób, w ziemię
patrzał i tylko drżącą ręką usuwał zwolna dłoń, coraz mocniéj
cisnącą jego ucho. Inni bywali gniewliwsi i srożsi. - O! wy, przybysze - mówili - patrzeć tylko, jak ze skór,
zdartych z naszych grzbietów, zaczniecie sobie wyrabiać pantofle!
Gdybyś ty, psie przeklęty, podatku tego z nas nie wyciskał, Cezar
zniósłby go już pewnie i asy nasze pozostały-by w naszych
sakiewkach. Menochim głuchym głosem odpowiadał: - Nie moje to są pieniądze, które od was biorę. Jestem
sługą Monobaza i wiernie oddaję mu wszystko, co mi tu dajecie. - Niech bóztwa podziemne pochłoną pana twego, Monobaza,
który z biednego synowca mego, Minucyusza, ostatnią już kroplę krwi
wycisnął i kupił sobie za nią pierścień z rubinami! Przy piérwszych
igrzyskach, głośno w cyrku prosić będziemy Cezara, aby was
wszystkich z Rzymu wypędzić rozkazał. Raz wykwintna postać niewieścia, w towarzystwie dwóch
służebnych, przemknęła ścieżką i, w milczeniu wsunąwszy pieniądz w
dłoń Menochima, zniknęła w głębiach gaju. Potém, cicho stąpając po
gęstych trawach, wracała; smutne jéj oczy, stęsknione za czémś, po
czémś spłakane, ciekawie zatrzymały się na ciemnéj, zoranéj twarzy
żyda. Stanęła przed nim i, uchyliwszy z twarzy gazową zasłonę,
mówiła z cicha: - Ubogim jesteś. Bogatym cię uczynię, jeśli odkryjesz mi,
w czém znaleźć mogę pociechę i spokój, których ani bogowie nasi,
ani bogactwa domu mego dać mi nie mogą. Wy, Azyaci, znacie wiele
tajemnic i macie jakiegoś Boga, który podobno w najsroższych
smutkach pociechy wam zsyła. - Czegoż chcesz? - zapytał Menochim. Piękna Rzymianka ze smutnemi oczyma odpowiedziała: - Sprzykrzyły mi się bogactwa i rozkosze wszelkie. Nie
kocham tego, który jest mężem moim i żadnego z młodzieńców
rzymskich pokochać nie mogę. Pragnę doskonałości, cnoty jakiéjś,
która-by płomieniem rozpaliła puste moje serce; bohaterstwa,
które-by podobne było do bohaterstw przodków moich; Boga tego
nieznanego, któremu Grecy budują ołtarze, a który innym być musi od
bogów naszych, w których już - nie wierzę. Żyd słuchał ze skupioną uwagą, a potém zapytał: - Jeżeli nie wierzysz w bogów swoich, czemużeś nawiedzała
gaj Egeryi? - Spragnioną jestem ciszy i cienia... Zamieram w gwarze i
blasku. Lubię tu myśléć o miłościach niebiańskich i wielkich
ludzkich sercach. Teraz miłości nizkie są i płoche, a serca tych,
którzy mię otaczają, z żelaza lub błota! Nad mówiącą w ten sposób kobietą Menochim pochylił się, i
długo, długo, szeptał jéj o czémś, z tajemniczemi gestami i drżącą
siwą brodą. Widać było, że mówił jéj, aby kędyś, w umówionéj porze
przybyła, że coś jéj obiecywał a coś przed nią wczęści odsłaniał.
Rzymianka odeszła, a stary żyd złożył ręce na kolanach i tajemnicze
uśmiechy przewijały się mu pomiędzy zmarszczkami twarzy. Dumał i
szeptał: - Droga niezbożnych ciemna, nie widzą gdzie upadną. Oto
potkniesz się, Babylonio, o własne bogactwa i rozkosze swoje, bo
przepojone niemi być zaczynają dusze twoich dzieci. Jako jeleń
źródła leśnego, tak szukają one nowego światła! Wczas jakiś potém usłyszał, jak dwaj niewolnicy, do gaju
dążący, rozmawiali o wydarzeniu dziwném, w domu ich pana zaszłém.
Pani ich, Flawia, uwierzyła w jakiegoś cudzoziemskiego boga,
oblokła się w szaty surowe, do uczt zasiadać przestała, a nawiedzać
zaczęła, z jedną tylko poufną służebną, tę obrzydliwą, cuchnącą
dzielnicę miasta, w któréj mieszkają sami tylko Azyaci, Syryjczycy
i Żydzi. Niewolnicy mówili o tém obojętnie i szydersko trochę, tak,
jak zwyczajnie mawiają słudzy o postępkach i dziwnych kaprysach
swych panów, ale zmarszczki na twarzy Menochima drgnęły radośnie,
gdy usłyszał on słowa: - Możny Cestyusz, mąż Flawii, gniewa się i smuci, bo
pośmiewisko ludzkie uwłacza powadze jego. Z Flawii śmieją się
przyjaciółki jéj, znajome, i podobno sam Cezar, niech długie będzie
życie jego. Dalszych słów rozmowy Menochim nie dosłyszał, lecz z
tryumfującym wciąż uśmiechem pomiędzy zmarszczkami twarzy, szepnął: - Tajemnemi są drogi Twoje! Oto nędzny robak, w pyle
deptany, kroplę jadu wpuścił w pyszne serce książęce. Uspokojony nieco, brał wielką księgę, którą przed wzrokiem
przechodniów pilnie ukrywał w wysokich trawach, i powoli przesuwać
poczynał oczy po wierszach, napełniających żółte karty pergaminu.
Wzrok jego posuwał się z prawéj strony w lewą, a głoski,
napełniające książkę, nie były ani łacińskie, ani greckie, lecz
przedstawiały te kręte i zmieszane wzory, które znamionują pisma
wschodnie. Niedługo przecież oddawał się czytaniu: bądź, że
mistyczna natura jego nie była zdolną do długiego zespolania się z
myślą cudzą, bądź, że czytane wyrazy rozżarzały mu w piersi płomień
natchnienia, zsuwał się szybko ze szczytu złoconéj baryery,
drobnemi, spiesznemi kroki do buku przypadał, z nabożnym szacunkiem
składał księgę na uprzedniém miejscu, a potém, zwieszony znowu na
twardém i wysokiém siedzeniu swém, wyjmował z pod sukni drewniane
tabliczki i ostrym stylem pisać zaczynał na oblekającéj je cienkiéj
warstwie wosku. Pisał prędko, gorączkowo, z lewa w prawo, tak jak i
czytał. Policzki jego zachodziły przy tém zajęciu krwistym
rumieńcem, krople potu spływały z pod zawoju i często łączyły się
na twarzy z obfitemi łzami. Człowiek ten poetą być musiał, jednym z
tych, których bezbrzeżna niedola ojczyzny na ognistym wozie
cierpienia niosła ku szczytom mistycznych, namiętnych natchnień. Raz, kiedy oddawał się on tym swoim pisarskim zajęciom,
ścieżką pomiędzy bukszpanami zbliżał się ku niemu człowiek wysoki,
młody jeszcze, owinięty płaszczem, którego kapiszon okrywał mu
głowę od słonecznego skwaru. W cieniu kapiszona widać było twarz
ściągłą i łagodną, a w rysach swych noszącą piętno pochodzenia
wschodniego, niemniéj wyraźne, jak to, które odznaczało twarz
Menochima. Człowiek ten nie dążył snadź do świętego gaju, bo o parę
kroków zatrzymał się i przyjazném okiem wpatrywać się zaczął w
piszącego poborcę. Nie chciał mu może przerywać zajęcia, ale gdy
końca jego doczekać się nie mógł, przystąpił bliżéj jeszcze i
półgłosem parę razy zawołał: - Menochim! Menochim! Z palców piszącego wypadł styl. Tabliczkę swą ruchem
przestrachu za suknią ukrył i na przybyłego podniósł oczy, ogniem
zapału błyszczące i nieco strwożone, - Nie poznajesz mnie, Menochimie? - zaczął przybyły; -
jestem Justus, sekretarz możnego Agryppy. Bywałem w domu twoim
gościem częstym, gdy w nim przebywał jeszcze przybrany syn twój,
Jonatan. Menochim wstrząsnął głową z zadowoleniem widoczném. - Wybacz mi, Justusie, że nie poznałem cię odrazu. Oczy
moje starzéć zaczynają... - Nie, - z uśmiechem odparł Justus, - ale zajmowała cię
robota, któréj się oddawałeś. Piszesz... - Ja! ja! - krzyknął prawie Menochim, - czyżbym mógł?
czyż-bym potrafił? nie, to były tylko rachunki, które sporządzałem
dla pana mego, Monobaza! - Ukrywasz się... - zaśmiał się Justus, - bądź spokojnym;
o tajemnice twe dopytywać się nie będę. Nie darmo od lat kilku
zostaję przy boku Agryppy i królewskiéj siostry jego, Bereniki. Tam
tajemnic tyle, co gwiazd na niebie. Nauczyłem się je szanować;
alboż ja sam żadnéj własnéj tajemnicy w piersiach swych nie noszę?
W czasach naszych, któż nie nosi w sobie tajemnic, swoich lub
cudzych? Twarze inne, serca inne, myśl mowie zaprzecza. Nie pytam
cię więc, Menochimie, ani co, ani dla czego czynisz. Przyszedłem do
ciebie w interesie ważnym. - Słucham cię, - poważnie i uprzejmie odpowiedział
Menochim. - Justus mówić zaczął: - Rzecz jest prosta, nie wiem tylko, czy taką wyda się
tobie. Oto, przyjaciel pana mego, Agryppy, Józef Flawiusz... nie
potrzebuję ci mówić kim on jest... pragnie wziąć do boku swego
jednego więcéj sekretarza, któryby pod kierunkiem jego pisał i
przepisywał wielkie, rozpoczęte przezeń, dzieła. Wiész, że
cokolwiek o Józefie powiedzianém być może, kocha on zawsze naród
swój, i otoczenie jego liczne składa się tylko z braci naszych.
Polecił mi on i teraz wyszukać izraelitę, umiejącego pisać po
grecku. Zadanie to dość trudne. Pomyślałem o tobie. Czy chcesz
zająć korzystną i zaszczytną posadę u boku uczonego rodaka naszego,
przyjaciela Agryppy i Bereniki, ulubieńca Cezara i syna jego
Tytusa? Menochim słuchał z uwagą, ze spuszczonemi powiekami, i
wtedy dopiéro, gdy Justus umilkł, odpowiedział: - Dziękuję ci, Justusie, za pamięć twą o mnie, ale
przybocznym Józefa Flawiusza nie zostanę za nic. Justus nie okazał zdziwienia i spokojnym głosem przemówił
znowu: - Płaca, do urzędu tego przywiązana, znaczną jest.
Mieszkanie w pałacu Agryppy, miejsce przy stole jego i dwadzieścia
tysięcy sestercyi rocznie.. pomyśl. - Za nic, - krótko i spokojnie powtórzył Menochim. - Na miejscu tém zostając, tysiąc przysług oddawać
mógł-byś biednym braciom naszym... - Za nic, Justusie! - Masz dziecię przybrane, Mirtalę... któréj młodości
potrzeba świeższego, niż na Zatybrzańskiém przedmieściu,
powietrza... - Za nic, Justusie! - Starość, Menochimie, zbliża się ku tobie wielkiemi
krokami. Gdy niemoc przykuje cię do łoża boleści, gdy zmęczone ręce
twe żadnéj już pracy jąć się nie będą mogły, w Agryppie i Józefie
znajdziesz hojnych dobroczyńców i opiekunów troskliwych... - Za nic, Justusie! Justus milczał chwilę, namyślał się, a potém tak cicho,
jak gdyby lękał się, aby go nawet dęby i buki świętego gaju nie
usłyszały, zapytał jeszcze: - A jeśli... a jeśli Jonatan, to ukochane dziecię twoje,
ten rycerz bohaterski, ten biedny wygnaniec, którego teraz palą
zapewne afrykańskie skwary i tysiąckroć sroższe od nich rozpacze,
jeśli on... wróci? Czém osłonisz go przed niebezpieczeństwy? Kogo
wezwiesz dla niego na obronę? Agryppa i Flawiusz skutecznie bronić
go mogą; jedno skinienie białego palca Bereniki usunie szyję jego z
pod topora, albo ciało jego wydrze płomieniom stosu... Menochim
zadrżał od stóp do głowy, wzniesione do góry jego ramiona
zatrzepotały w powietrzu, jak skrzydła zranionego ptaka, a z piersi
wydarł się krzyk przeciągły. - Justusie, Justusie! po co mię kusisz? Jonatan mój... To
prawda! Jego szyja skazana pod topór... a może jak Goryasza rzucą
go w płomienie stosu, i gawiedź rzymska szaleć będzie z radości, na
widok mąk i śmierci jednego z ostatnich obrońców Syonu... O
Justusie, coś ty mi powiedział! Zakląłeś mnie na szyję najmilszego
dziecka mojéj duszy, tego, którego niemowlęciem wyrwałem, wykupiłem
z niewoli Edomu! Tak, Justusie, Agryppa obronić go może, Flawiusz
zasłonić go może, Berenika... o! Nie siedział już na ostrzu baryery, lecz, rozciągnięty pod
stopami buku, z dłońmi załamanemi nad głową, czoło zanurzał w
wysokiéj trawie. Z piersi jego wychodziły wciąż zmieszane krzyki: - Jonatan! Jonatan mój! rycerz bohaterski! Tułacz
nieszczęsny.. czém ja go osłonię? Kogo wezwę dla niego na obronę!
O, Ty! gdzież miłosierdzie Twoje? Justus, milcząc, ze współczuciem patrzał na paroxyzm
rozpaczy, wstrząsający ciałem i duszą starszego jego rodaka.
Źrenice nawet jego zwilgotniały nieco i kształtne usta zacisnęły
się z wyrazem niemego, do milczenia snadź przyzwyczajonego, bólu.
Powoli Menochim uspokajać się zdawał. Z twarzą przyciśniętą do
ziemi, myślał. Sporo czasu upłynęło, zanim z ciężkością powstał, i
pałające oczy swe z pod zawoju w twarzy Justusa utkwiwszy,
powtórzył znowu: - Za nic! Justus pochylił głowę. - Spodziewałem się twojéj odmowy, miałem jednak nadzieję,
że przedstawienia moje... - Jakież są one, Justusie? - drżącym jeszcze, lecz
uspakajającym się głosem zapytał Menochim. - Ubóztwo? alboż nie
najwłaściwszém jest ono synowi obalonego grodu? Mirtala? Alboż jéj
także nie wyrwałem, jak Jonatana, z edomskiéj niewoli? Niech dzieli
czarny chleb mój i wraz ze mną oddycha powietrzem nieszczęścia.
Jonatan? On piérwszy, on najbardziéj, odradzał-by mi dzielić
bogactwa i rozkosze tych, którzy zaparli się, odstąpili sprawy
ojczystéj i świętéj. Ostatnie wyrazy wymówił z błyskiem nienawiści w oczach.
Justus po chwili milczenia odparł. - Zbyt surowym jesteś, Menochimie, i sądy twoje mają
szybkość, którą nadaje im ogień twego serca. Ani Agryppa, ani
Józef, ani nawet Berenika zaprzańcami nie są. Uroczyście i jawnie
obchodzą oni wszystkie święta nasze, hojnie wspomagają pieniędzmi
nieszczęśliwych braci... - Ale serca ich, Justusie, serca, serca! - przerwał
Menochim, i tysiąc wzgardliwych uśmiechów wstrząsnęło zmarszczkami
jego twarzy. - Serca, Justusie, - powtarzał, - które przylgnęły do
grzechów i zbytków Edomu; dłonie ich, Justusie, które codziennie
serdecznemi uściski łączą się z dłońmi naszych wrogów! Józef
Flawiusz przy stole Wespazyana! Berenika w objęciu Tytusa, tego
samego Tytusa... o Ty! gdzie sprawiedliwość Twoja!... który żużel
pożaru rzucił na naszę świątynią! Agryppa chodzi w szacie Senatora
rzymskiego, z sześciu liktorami, którzy żebrzących braci jego, jak
psy, spędzają mu z drogi! Cha! cha! cha! I ty, Justusie, mówić
śmiesz, że oni zaprzańcami nie są! Święta nasze obchodzą! Sabaty
święcą! "Miłości potrzebuję, nie ofiar!" mówił Pan ustami proroka.
Ubogich braci datkami obdarzają! A w pałacu Agryppy złoto ze ścian
kapie! A ileż kosztuje pierścień drogocenny, który na palec
Bereniki włożył pogromca jéj ojczyzny? A jakaż jest cena podarków,
które Józef Flawiusz otrzymał od Poppei, rozpustnéj żony strasznego
Nerona? Niech sami żrą i piją bogactwa, w ten sposób zdobyte! Moje
usta ich nie dotkną... Justus w pozornym spokoju wysłuchał namiętnéj téj mowy,
lecz w cieniu kapiszona czoło jego zaszło rumieńcem. - Cóż więc mniemasz o mnie, Menochimie? - zapytał z cicha;
- o mnie, który mieszkam w ich złoconych ścianach i jem przy ich
wspaniałym stole?... Menochim w zamyśleniu pochylił głowę; po chwili zaczął z
cicha: - Kocham cię, Justusie, boś był najlepszym przyjacielem
Jonatana mego, bo znam duszę twoję i wiem, że mieszkają w niéj:
miłość i wierność. Głód wysuszał ci kości, schroniłeś się przed nim
pod dach Agryppy. Łagodnym byłeś zawsze, zwolennikiem słodkiéj
nauki Hillela, która od nienawiści odwodzi i krwią się brzydzi...
Ach! i jam kiedyś był Hillelistą! Serce miałem gołębie, a piłem
tylko słodki miód przyjaźni i zgody. Ale, Justusie, żaden pieprz
nie pali tak podniebienia i żadne wino taką burzą nie kipi w
głowie, jak doznane krzywdy! I patrz, Justusie, oto są jeszcze
szkody, które pognębiciel sprawia pognębionemu: twoja czysta dusza
brudzić się musi w służbie u niezbożnych, moje słodkie serce
zapłynęło jadem! Długo milczeli obaj: Justus, po długiéj chwili, bardzo
cicho przemówił jeszcze. - Czy nie masz nowych wieści o Jonatanie? - Żyje, - krótko odpowiedział Menochim. - Niech będzie Pan pochwalonym! On-to wydzierał go dotąd z
rąk prześladowców. Żegnam cię, Menochimie. - Pokój niech będzie z tobą, Justusie. Justus odszedł, lecz po kilku krokach wrócił. - Jeżeli-by... - zaczął, - jeżeli-by Jonatan... do domu
twego przybył, daj mi o tém wiedziéć. Może będę mógł stać się mu w
czém użytecznym... pozwól, abym przynajmniéj, w miarę możności,
przyjaźń moję wam okazywał! Menochim twierdząco skinął głową. Nie przyjął więc
korzystnéj posady u boku bogatego rodaka swego i, tak jak piérwéj,
przychodził tu codziennie o wschodzie słońca, aby aż do zmroku
stróżować nad wejściem do świętego gaju. Miejsce, na którém
siadywał, nie było wygodném, a jednak znajdowali się tacy, którzy
mu go zazdrościli. Jednym z zazdroszczących był Silas, Syryjczyk, w
brudno-czerwonéj tunice, skórzanym pasem przepasanéj, z bosemi
stopami, głową wpół łysą a wpół ryżą, i z chytrą, złośliwą,
cyniczną twarzą. Był on z profesyi lektykaryuszem, czyli
najemnikiem do noszenia lektyk. Ale, znaczną część życia spędziwszy
w niewoli, świeżo przez testament pana swojego wyzwolony, pragnął
żyć na wolności bezczynnie i hulaszczo. Noszenie lektyk było pracą
zbyt ciężką dla ciała jego, wyniszczonego naprzód przez chłosty,
których niegojące się nigdy ślady na plecach swych nosił, potém
przez rozpustę, w którą, raz wyzwolony, rzucił się z pijaną
radością. Wolał-by o wiele bezczynnie przesiadywać dnie całe w
rozkosznym cieniu gaju Egeryi. Nie siedział-by tak, jak Menochim,
na twardéj baryerze, ale rozciągał-by się miękko na chłodném i
bujnem podścielisku trawy. Nagie stopy jego wygrzewały-by się na
słońcu, a zwinne ręce umiały-by część otrzymywanych tu asów do
własnéj wsuwać sakiewki; przyprowadzał-by tu z sobą parę towarzyszy
i gwarzyli-by wesoło, grając w rzucanie monet w cetno i licho, albo
nawet w kości, i popijając trypolińskie wino, na które stać-by było
poborcę świętego podatku, a które, choć cienkiém jest i pośledniém,
błogo rozlewałoby się po gardłach bosych wyzwoleńców. Gdyby nie ten
przeklęty żyd, co tu przed kilku laty i jakby na wieki zasiadł, za
pośrednictwem jednego ze sług Monobaza, który mu był przyjaznym,
dopiął-by niezawodnie celu swoich marzeń. To téż Menochim, w
chwilach, gdy najbardziéj zanurzonym był w czytaniu lub pisaniu,
wzdrygał się czasem nagle, zeskakiwał z baryery i z przestrachem
oglądał się dokoła. Przyczyną przestrachu jego był krzyk lub świst
przeraźliwy, nieludzki, do ryku zwierzęcia lub gwizdu drapieżnego
ptaka podobny, który nagle rozlegał się nad samém jego uchem.
Rozglądał się i nie spostrzegał nic, lecz zaledwie z przestrachu
swego ochłonąć mógł i znowu do rozmyślań swoich lub natchnień
powrócić, o nogę jego uderzał kamień, tak wprawną ciśnięty ręką, że
dolegliwie raził mu stopę i płytki sandał na ziemię zrzucał.
Jednocześnie spostrzegał giętką postać w brudno-czerwonéj bluzie,
która, rzucając w powietrzu bosemi stopy, kryła się pomiędzy
drzewa, a z pomiędzy gałęzi drzew wychylała się ku niemu
ciemnoskóra, małemi oczyma błyskająca, zjadliwym uśmiechem
wykrzywiona, twarz Silasa. Innym razem, wśród ciszy najgłębszéj, z
za drzewa jakiegoś lub wypukłości gruntu, wyskakiwał Silas i, z
dłońmi wspartemi na kłębach, z wyszczerzonemi zębami, rozpoczynał
przed nim dziwaczne skoki i pląsy. W błękitném, pozłoconém
powietrzu, na tle pustego pola i cichego gaju, zwinna, bosa, brudno
odziana postać Syryjczyka, miotająca się w skokach i giestach
cynicznych, miała w sobie coś piekielnego. Z wyszczerzonych ust
jego leciał grad naigrawających się, albo bezwstydnych, wyrazów.
Menochim zamykał oczy, ale uszu zamknąć nie mógł. Cierpiał i
milczał. Milczał téż, gdy w fałdach swéj sukni znajdował,
niewiedziéć zkąd tam biorące się, kawały wieprzowego mięsa, które
ze wstrętem od siebie odrzucał. Nie mógł jednak milczéć dłużéj, gdy
raz, o zmroku, wracając do domu i zbliżając się ku przedmieściu,
spostrzegł kilku ludzi, goniących wątłą i chyżą dziewczynę.
Dopędzana niemal, dziewczyna krzyknęła. Menochim poznał głos
przybranéj córki swéj, Mirtali. Jak wściekły, rzucił się na przód,
ale dwóch nadchodzących poważnych mężów zastąpiło drogę ścigającym,
którzy pierzchnęli. Pierzchającymi byli: Silas i przyjaciele jego,
Syryjczycy także, lektykaryusze i tragarze. - Czego chcesz ode mnie? jaką jest wina moja przed tobą? -
zapytał nazajutrz Menochim Silasa, gdy ten, jak często bywało,
ukazał się w pobliżu gaju Egeryi. - Chcę, abyś mi miejsca tego ustąpił, - odpowiedział
Silas; - a winą twoją jest to, że jesteś psem judejskim, któremu
podobnych, rok temu, Syryjczycy w Antyochyi 20,000 wymordowali.
Jeżeli tam wymordowano was tylu, dlaczegóż-bym ja jednego zadusić
nie mógł? - Niech zlituje się nad tobą Pan, człowieku czarnych myśli
i okrutnego serca! Pomyśl! Judea i Syrya, to dwie rodzone siostry.
Jednym mówimy językiem, jednego czcimy Boga. Plemię nasze z jednego
korzenia ród swój wiedzie. - Bodaj-byś zgorzał w ognistém objęciu Molocha! Twoja
jedność języka i plemienia, i Bóg twój, i Judea, i Syrya, tyle mię
obchodzą, co podeszwa zdartego sandała. Pić chcę, a za pieniądze,
które ci płaci Monobaz, napił-bym się do syta. Leżéć chcę, a ty
zajmujesz miejsce to, na którém mógłbym wylegiwać się spokojnie.
Dlatego postanowiłem, albo spędzić cię ztąd, albo wydrzeć ci z
gardła twoję żydowską duszę. - Skarżyć cię będę! - spokojnie, lecz stanowczo, rzekł
Menochim. - Wyj, psie! skrzecz żabo! sycz, podły gadzie! Zobaczymy,
czy cię pan twój, Monobaz, ludożerca, na którego wielu szlachetnych
Rzymian dawno już ostrzy zęby, od pazurów Silasa obronić
potrafi! Menochim poszedł do Monobaza, Silas skarconym został;
przez całe dni dziesięć nie widać go było nigdzie. Ukazał się
jednak znowu, ale Menochima dręczyć zaprzestał. Pilnie tylko szukał
sposobności spotkania się z nim i, gdy tylko ją znalazł, w
milczeniu podnosił ramię i wykonywał ręką niemy giest groźby. Raz
tylko, oko w oko spotkawszy się z Menochimem w tłoku ludzi,
napełniającym rynek, mijając go, ponurym głosem rzekł: - Nienawiść tajona sroższą jest, niż jawna. Nadejdzie kiedyś
godzina Silasa!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.