ZOSTAŁO CZTERNAŚCIE DNI
NIKLAS JADŁ niespiesznie, obserwując
swoją rodzinę siedzącą po przeciwnej stronie stołu. Był dopiero
siedemnasty grudnia, czyli w zasadzie za wcześnie na świąteczne
dekoracje, jednak oboje z córką zdecydowali się już zacząć święta. Na
stole stały więc figurki mikołajów z białej porcelany, a pokój był
skąpany w ciepłym świetle lampek choinkowych. Zdając sobie sprawę, że
choinka nie dotrwałaby do Wigilii, gdyby wstawić ją do pokoju, łańcuch
ze światełkami przypięli do lampy nad stołem i zapalili zamiast niej.
Córka włożyła sweter z doczepionymi diodami mrugającymi na czerwono i zielono, a on miał na szyi czerwony świąteczny krawat. Za to garnitur
był popielaty, jak zawsze. Są jakieś granice tego szaleństwa.
Widelcem włożył do ust kolejny kęs. Kawałek grillowanego ananasa w glazurze z imbiru, chili i miodu. Wprawdzie nie uważał, aby do gorącego
dania należało podawać owoce, ale córka uwielbiała ananasa.
Prawdopodobnie będzie go wolała od soczystej wołowiny kobe. Cóż, dla
niego zostanie więcej.
Pozostałe osoby przy stole były tak samo zajęte jedzeniem jak on i wydawało się, że nie zauważają jego spojrzeń. No i dobrze. Pewnie
wyglądał głupio, ale trudno. Odczuwał coś w rodzaju zadowolenia, by z braku lepszego słowa tak się wyrazić. Była to dla niego nowa emocja,
chociaż w gruncie rzeczy nie potrzeba było tak wiele, aby ją osiągnąć.
Nie trzeba było do tego olśniewającej kariery, chociaż istotnie jego
kariera była pełna sukcesów.
Nie trzeba było do tego również apartamentu na Linnégatan na
Östermalmie, chociaż naprawdę doceniał fakt, że mają z córką takie
mieszkanie.
Do uczucia satysfakcji wystarczyło, że siedzą we troje przy jednym
stole.
Próba zamachu na niego sprzed pół roku, o której zwiedziały się nawet
tabloidy, stała się zaledwie wspomnieniem. Zwiększyli mu ochronę, rzecz
jasna. I pewnie tak zostanie przez jeszcze co najmniej pół roku, zanim
jego pracodawca uzna, że niebezpieczeństwo minęło. Jednak tak długo miał
wokół siebie ochroniarzy, że stali się dla niego jak rodzina.
Rodzina.
I właśnie o to chodziło przez cały czas. Córka miała szesnaście lat,
wkrótce będzie kobietą, a on uznał, że się całkiem nieźle spisał, ucząc
ją, na czym polega ten świat. Od czasu do czasu mówiła mu rzecz jasna,
że go nienawidzi, jak to nastolatka. A naprzeciw niego siedziała teraz
była żona. Gdyby jeszcze pół roku temu ktoś powiedział, że będą mogli
spotykać się w ten sposób, nie uwierzyłby w to. Zdecydowanie. Banał, a przecież to prawda, że czas leczy wszystkie rany. Oto siedzieli jak
jakaś nowoczesna rodzina przy nieco przedwczesnej wieczerzy wigilijnej.
Nie czując do siebie nienawiści. Nawet obdarowali się prezentami.
Poczuł gulę w gardle i spojrzał w okno, żeby nie zobaczyły, jak mu się
zaszkliły oczy. W ciemności za oknem miękko, przyjemnie padał śnieg.
Świat był jak pocztówka. To samo, właśnie w tym momencie, odnosiło się
do jego życia. Po raz pierwszy od wielu lat nie czuł żadnego napięcia w mięśniach barkowych. Żadnego ćmienia w głowie.
Z przedpokoju dobiegło brzęczenie, ktoś zadzwonił do drzwi. Jego córka
podniosła zdziwiony wzrok znad talerza.
-?Kto to? -?spytała. -?Przecież jest sobota. Obiecałeś, że dziś nie
będziesz pracował, skoro jemy wieczerzę wigilijną.
-?Nie mam pojęcia -?odpowiedział zgodnie z prawdą i wstał z krzesła. -
Może to do którejś z was?
Była żona i córka pokręciły głowami.
Niklas wyszedł do przedpokoju, do drzwi wejściowych.
-?Jeśli umówiłeś Świętego Mikołaja, to niedoczekanie twoje! -?dobiegł go
z kuchni stłumiony głos córki.
Ktokolwiek dzwonił do drzwi, musiał być przez ochroniarzy na ulicy
przepuszczony po dokładnym sprawdzeniu. Fakt, że nie uprzedzili go
telefonicznie, wskazywał, że nie musiał się przygotować na spotkanie
tego kogoś. Na ekranie o dużej rozdzielczości, znajdującym się na
drzwiach od wewnątrz, zobaczył człowieka w kasku rowerowym, na piersi
miał czerwoną gwiazdę. Na ramionach śnieg. Firma kurierska Inte bara
post1. To wyjaśniało sprawę.
-?Tak? -?powiedział Niklas, otwierając drzwi.
-?Niklas Stockenberg? -?upewnił się, lekko sapiąc, kurier i podał małą
czarną kopertę. -?Proszę, przesyłka dla pana.
Koperta nie była opisana. Niklas wziął ją, marszcząc czoło. Odwrócił ją
w dłoni. Na odwrocie też nic nie napisano.
-?Od kogo? -?spytał, podnosząc wzrok.
Mężczyzny już nie było. Zaraz po wręczeniu przesyłki ruszył biegiem pięć
pięter w dół do swojego roweru na ulicy. Przypuszczalnie był spóźniony
do następnego klienta.
Niklas zamknął drzwi i otworzył kopertę. W środku znajdowała się biała
karteczka. Wizytówka, jak stwierdził po wyjęciu, i to z tych bardziej
luksusowych. Bez żadnego nazwiska, za to z czymś, co wyglądało jak
cyfra. Duża ósemka z zaczernioną dolną połówką. Pod spodem znajdował się
numer telefonu. I nic więcej.
Zmarszczył czoło. Symbolu nie rozpoznawał, a numeru nie znał. Jednak coś
z tyłu głowy podpowiadało mu, że wie, co to jest, że spodziewał się tej
wiadomości od wielu lat, chociaż z nadzieją, że nigdy jej nie dostanie.
Wyparł ją, wyrzucił ze swojego życia. I nie był na nią gotów.
A może to tylko reklama, pomyślał.
Był tylko jeden sposób, by się dowiedzieć, o co chodzi. Z wewnętrznej
kieszeni marynarki wyjął telefon i wybrał podany numer. Ręce mu drżały.
Po trzech sygnałach odezwał się nagrany głos kobiecy.
-?Witaj, Niklasie Stockenbergu. Mamy nadzieję, że byłeś zadowolony z naszych usług w okresie, który teraz dobiegł końca. Zostało ci...
czternaście dni... jedna godzina... i... dwanaście minut życia.
Zacisnął dłoń na telefonie, jakby chciał skruszyć go razem z wiadomością. Gardło miał jak zasznurowane. Nie był w stanie odetchnąć.
Pokój zawirował, musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.
Z kuchni dobiegł śmiech, córka i jej matka były wyraźnie czymś
rozbawione.
Niklas osunął się na kolana. Dobrze, że chodnik w przedpokoju był drogi
i gruby, bo zabolałyby, pomyślał. Zacisnął powieki, usiłując się skupić.
Wiedział, że ten dzień nadejdzie. Od dawna. Tylko wypierał to. Miał
nadzieję, że zostanie oszczędzony.
Przecież to było tak dawno temu.
-?Tato, gdzie się podziałeś? -?zawołała córka. -?Ostrzegam cię, że jeśli
się przebierasz w strój Mikołaja, to zadzwonię do gazet.
Opierając się o ścianę, podniósł się powoli, odchrząknął parę razy,
starając się nabrać powietrza do płuc, żeby nie trząść się za mocno. I poszedł do kuchni.
Na jego widok obie przestały się śmiać.
-?Kto to był? -?przestraszyła się córka. -?Jesteś blady jak ściana.
Była żona natychmiast wstała.
-?Siadaj, żebyś się nie przewrócił -?powiedziała, sadzając go na
krześle.
Dłonią dotknęła jego czoła.
-?Nikt -?odpowiedział. -?Pomyłka.
-?Jesteś cały mokry od potu. Dostałeś jakiegoś ataku? Bierzesz jakieś
leki? Zadzwonić po karetkę? Powiedz coś, Niklas.
Odwrócił głowę, próbując uśmiechnąć się do córki.
-?To nic takiego, Nathalie -?powiedział. -?Tylko w głowie mi się trochę
zakręciło.
Nathalie spojrzała pytająco na matkę. Niklas zdjął ze swego ramienia
rękę byłej żony i przytrzymał przez chwilę.
-?Dzięki, Mino, ale nie potrzeba żadnej karetki. Zaraz będzie po
wszystkim.
Śnieg za oknem już nie wydawał się miękki i przyjemny, tylko zimny i nieubłagany, trzymający w więzieniu, jakim jest zima. Nie mógł się
ruszyć ani umknąć.
Nie było ucieczki.
Za dwa tygodnie będzie martwy. A tylu rzeczy w życiu nie zdążył zrobić.
Spojrzał na Minę, otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale znów zamknął.
Czy uczynił dla nich wszystko, co mógł? Czy był dobrym ojcem dla
Nathalie? Czy będzie im go brakowało? Co powiedzą w pracy?
Diody na swetrze Nathalie mrugały do niego pokrzepiająco.
Naprawdę nie chciał umierać.
Wizytówka wypadła mu z ręki na podłogę. Zostawił ją tam.
Westchnął głęboko i przesunął dłonią po twarzy.
Okres ostatnich dwudziestu lat był dla niego dobry. Nawet bardzo dobry.
Ale -?jak przed chwilą powiedział Minie -?zaraz będzie po wszystkim.
Za czternaście dni, jedną godzinę i dwanaście minut. Teraz to już pewnie
za dziesięć minut.
SARA TEMERIC podniosła wzrok znad
monitora. Przed nią stała Teresa, jej najbliższa koleżanka z NOA,
Narodowego Wydziału Operacyjnego. Sara była przełożoną Teresy przed
swoim wyjazdem do Stanów. Potem działały na różnych polach, ale Teresa
nadal była osobą, na której Sara polegała najbardziej w całym wydziale.
-?Co ci wiadomo na temat azotanu amonu? -?spytała Teresa, nie zawracając
sobie głowy powitaniem.
Sara zamrugała ze zdziwienia.
-?E... inaczej saletra amonowa, rodzaj soli -?odparła, rozprostowując
ramiona, zesztywniałe od długiego pisania. -?Stosowana w nawozach,
ponieważ zawiera dużo azotu. Co ciekawe, po podgrzaniu wydziela gaz
rozweselający. Przy produkcji nawozu saletrę amonową stosuje się
najczęściej w postaci roztworu, bo skoncentrowana grozi wybuchem...
Sara umilkła. Zrozumiała, do czego zmierzało pytanie Teresy. Powinna
sama na to wpaść.
-?Sorry -?powiedziała z westchnieniem. -?Właśnie myślałam o tym, że
Zachary i Leah powinni w lecie odwiedzić jakieś szwedzkie gospodarstwo
rolne, dopóki jeszcze istnieją. Znaczy gospodarstwa rolne. Stąd to
skojarzenie. Ale nas w NOA rzecz jasna nie interesują nawozy.
Zamknęła laptopa i oparła łokcie o blat biurka, a na dłoniach podbródek.
Jej amerykański eksmąż nazywał to engaging pose. Wszystko potrafił
nazwać, ubierając w słowa. Poza wyjaśnieniem, dlaczego wybrał pozostanie
w USA.
-?Saletra amonowa jest również jednym z najczęstszych składników bomb
domowej produkcji -?ciągnęła. -?Po jej zmieszaniu z łatwo zapalnym
materiałem ryzyko wybuchu jest znaczne, a szkody jeszcze większe. W dodatku jest utleniaczem, więc nawet jeśli nie wybuchnie, to dodaje
tlenu do ognia, przez co pożar szybko się rozprzestrzenia i trudniej go
ugasić. Jako środek wybuchowy działa również saletra techniczna, saletra
amonowa 34 N, która jednak jest czystym nawozem. Zgadza się?
-?Dobra jesteś. -?Teresa się uśmiechnęła. -?Przypomniałam sobie,
dlaczego byłaś moją szefową.
-?A dlaczego pytałaś?
Teresa, zanim zaczęła mówić dalej, najpierw zamknęła drzwi pokoju Sary.
-?Otrzymaliśmy raporty z kilku przedsiębiorstw sprzedających produkty
dla gospodarstw rolnych w Skanii -?powiedziała cicho. -?Więc nie do
końca się pomyliłaś, mówiąc o nawozach. Otóż odnotowali straty w postaci
saletry amonowej. Kradzieże. W sumie brakuje dziesięciu ton. To aż
nadto, żeby należało nadstawić uszu. Pamiętasz tę katastrofalną
eksplozję w Tiencinie w Chinach z dwa tysiące piętnastego roku? Tam też
wybuchła saletra amonowa.
Sara pamiętała to bardzo dobrze. Filmy z eksplozji były emitowane w programach informacyjnych przez zaskakująco długi czas, a w internecie
jeszcze dłużej.
-?Ale tam eksplodowało jakieś osiemset ton? A my szukamy dziesięciu?
-?Prawda. Jednak tamta saletra nie była spreparowana na materiał
wybuchowy. A eksplozja była widoczna nawet z kosmosu.
Sara gwizdnęła.
-?Poszkodowanych było około tysiąca osób, rannych albo zmarłych, chociaż
stało się to w bezludnej części portu -?ciągnęła Teresa. -?Mam nadzieję,
że nigdy się nie dowiem, jaki efekt na gęsto zaludnionym terenie miałaby
eksplozja dziesięciu ton saletry amonowej w postaci materiału
wybuchowego. Na przykład w mieście. Domyślam się, że za dużo by nie
zostało.
-?Czy może być jakiś inny powód, że ktoś ukradł dziesięć ton saletry
amonowej? -?spytała Sara. -?Musi od razu chodzić o bombę?
-?A przychodzi ci do głowy coś innego? Nie wydaje mi się, żeby jakiemuś
rolnikowi chodziło o to, żeby nie płacić za nawóz na swoje pola.
Teresa miała oczywiście rację. Sara zmarszczyła czoło, patrząc przed
siebie. Grożenie zamachem bombowym nie było niczym nowym. We wszystkich
większych miastach Szwecji, często również w mniejszych, pojawiały się
różnego rodzaju pogróżki tego typu, ale w większości było to zwykłe
straszenie.
W tym przypadku było inaczej. Właśnie dlatego, że bez gróźb. Jeśli
podejrzenie Teresy było słuszne, to ktoś -?może więcej osób -?po cichu
konstruuje bardzo silną bombę. Co jest jeszcze gorsze. Bo znaczy to, że
szykuje się do czegoś poważnego.
-?To niezupełnie taki prezent pod choinkę, na jaki liczyłam w tym roku -
powiedziała Sara. -?Ale człowiek bierze, co dają. To jak się zabieramy
do znalezienia tej bomby?
ZEBRALI SIĘ w salce konferencyjnej i jak
zwykle towarzyszyło im dziwne uczucie. Braku czegoś. A właściwie kogoś.
Nikt do tej pory nie usiadł jeszcze na krześle Pedera. Miało stać puste
jako nieustające przypomnienie o tym, co i kogo stracili.
Julia przyglądała im się uważnie, gdy wchodzili kolejno do sali.
Patrzyła na wszystkich oprócz Adama. Latem, po śmierci Pedera, zmusiła
wszystkich w grupie do poszukania wsparcia w ramach interwencji
kryzysowej, siebie też, ale nie miała pewności, na ile im to pomogło.
Gdyby miała sądzić po sobie, to wcale. Nadal czuła towarzyszącą jej
stale żałobę jak ciężką gulę w brzuchu. Ten ciężar nie zelżał ani przed
terapią, ani po niej.
A odpowiedzialność w sposób nieunikniony spadała na nią, jako szefową
zespołu. Hierarchia i rozkład odpowiedzialności były w policji
jednoznaczne. Spędziła wiele nocy, nie śpiąc, analizując przebieg
zdarzeń krok po kroku, żeby uściślić, co powinna była zrobić inaczej, by
zapobiec temu, co się stało. Jednak jakkolwiek się temu przyglądała z każdej strony, wniosek był jeden: w tamtych okolicznościach nie mogła
zrobić nic innego. Co wcale jej nie pomogło w znoszeniu żałoby.
Wyprostowała się i chrząknęła, domagając się uwagi.
-?Okej, to jesteśmy wszyscy -?odezwała się, podchodząc do białej
tablicy. -?Na wstępie chcę zaznaczyć, że na razie nie wiemy dokładnie,
co jest przedmiotem dochodzenia. Najpewniej mamy do czynienia ze
zbezczeszczeniem zwłok, ale nie potrafimy jeszcze stwierdzić, czy to
zabójstwo. A więc pracujemy bez żadnych wstępnych założeń, okej?
Przyczłapał Bosse i usiadł u jej stóp. Spojrzał na nią prosząco, a wtedy
Julia z lekkim uśmiechem sięgnęła do kieszeni po psi przysmak i dała mu.
Miała z nim umowę. Kiedy pies dostał przysmak, wskazała mu palcem nogi
Christera i Bosse posłusznie poszedł tam. Następnie spoważniała i wskazała tablicę, na której umieściła zdjęcie z podpisem.
-?Jon Langseth -?powiedziała. -?Zaginiony bez śladu od dziesiątego
sierpnia, czyli od czterech miesięcy i ośmiu dni. Czterdzieści jeden
lat, dyrektor zarządzający i współwłaściciel spółki inwestycyjnej
Confido, żona i trójka dzieci. Media zrobiły z jego zaginięcia wielką
sprawę, zakładając, że w związku z toczącym się śledztwem w sprawie
nielegalnych poczynań swojej spółki Langseth zapewne uciekł ze Szwecji.
-?Cholerni naciągacze -?mruknął Christer, drapiąc Bossego za uchem. -
Żeby oszukiwać porządnych ludzi, wyłudzając od nich ich emerytury.
-?Christer, proszę, żebyś zachował dla siebie swoje poglądy -
powiedziała surowo Julia, krzyżując ramiona na piersi.
Wciąż nie patrzyła na Adama, przekonana, że byłoby po niej widać, że
zaledwie parę godzin wcześniej miała na sobie jego nagie ciało, w sobie
też. Zawsze odnosiła wrażenie, że ma wypisany na twarzy zarówno pociąg
do niego, jak i poczucie winy. Zapewniał ją zawsze, że wygląda na
opanowaną i surową jak zwykle. Może miał rację. Dopóki nie znajdą się w tym samym pomieszczeniu co Vincent Walder z tą jego nieprzyjemną
zdolnością czytania w ludziach, być może uda im się zachować tajemnicę.
-?Jednak Jon Langseth wcale nie wyjechał za granicę -?ciągnęła. -
Otrzymaliśmy potwierdzenie, że kości znalezione w metrze to jego
szczątki. Naprawdę udało ci się, Mina. Ślady po złamaniu jednego uda
zgadzają się dokładnie ze zdjęciami z prześwietlenia po jego wypadku na
Mount Evereście. Z kolei Milda potwierdziła zgodność zębów czaszki ze
zdjęciami otrzymanymi od jego dentysty.
-?Asystent Mildy, Loke, zrobił ciekawą uwagę, kiedy tam byłam -?odezwała
się Mina. -?Że te kości są niezwykle czyste. Zachodzi pytanie, czy to ma
coś wspólnego z miejscem ich znalezienia? Czy szczury mogły ogryźć je do
czysta?
-?W takim razie powinny na nich zostać ślady zębów -?zauważyła Julia. -
A nie słyszałam nic na ten temat.
-?Mina, jak ty dałaś radę zejść do tych brudnych tuneli? -?spytał ze
śmiechem Ruben.
Rzuciła mu gniewne spojrzenie, ale Ruben ciągnął dalej.
-?A te szczury widziałaś? Słyszałem, że niektóre są takie duże -?dłońmi
zaznaczył odległość około dziesięciu centymetrów i spojrzał znacząco -
ale między oczami.
-?Przepraszam, myślałam, że pokazujesz wielkość swojego penisa -
odpowiedziała chłodno Mina.
Christer parsknął, aż mu kawa poszła nosem.
-?Aua! -?wrzasnął.
Julia westchnęła.
-?Opanujcie się! Proszę o skupienie -?powiedziała ze spojrzeniem
utkwionym w Rubenie i Minie. -?Wy dwoje przesłuchacie żonę Jona
Langsetha. Ty, Christer, sprawdzisz archiwa, czy jest tam coś, co może
rzucić trochę światła na tę sprawę. Adamie, porozmawiasz z policjantem
prowadzącym dochodzenie dotyczące Convido. Peder, ty...
Urwała. Boże, co ona mówi? Łzy jej napłynęły do oczu i szybko odwróciła
się plecami, żeby koledzy nie zobaczyli, chociaż wiedziała, że za późno.
Zapadła dzwoniąca w uszach cisza. Julia przełknęła ślinę i odwróciła się
znów do zespołu, starając się nie patrzeć na puste krzesło Pedera.
-?Odmaszerować -?odezwała się łamiącym głosem.
Kiedy koledzy opuścili pomieszczenie, Julia podeszła do krzesła Pedera i położyła dłoń na oparciu. Stanął jej przed oczami, nieustannie zaspany
ze zmęczenia po urodzeniu się trojaczków. A z drugiej strony zawsze
pogodny i empatyczny. Pustka, którą po sobie zostawił, była nie do
zapełnienia. Jednak musieli ciągnąć dalej bez niego. Praca była
priorytetem, bez względu na wszystko.
Westchnęła i poszła do swojego gabinetu, żeby się przygotować do
konferencji prasowej. Media rzucą się na nich, gdy ukaże się informacja
o znalezieniu kości Jona Langsetha. Powinna przynajmniej spróbować
zapanować nad tym. Rozmyślania o Pederze musiała odłożyć na bok.
-?CHYBA ROZUMIESZ, że z tymi szczurami
to był tylko żart?
Ruben przytrzymał się mocno uchwytu nad drzwiami auta, bo Mina wzięła
ostry zakręt. Nie powiedziała ani słowa od chwili, gdy wsiedli.
Westchnął w duchu, żeby jej dodatkowo nie rozdrażniać. Niektórzy widać
nie znają się na żartach, a on się ciągle nie potrafił nauczyć, że Mina
jest jedną z takich osób.
-?Tam jest miejsce.
Pokazał wolne miejsce parkingowe, gdzie błyskawicznie wjechała. Adres,
pod który szli, znajdował się przy Narvavägen. No pewnie, pomyślał z niechęcią Ruben. Ci goście od nieczystych interesów finansowych muszą
zawsze mieszkać na Östermalmie.
-?Będziesz się jeszcze boczyć czy możemy już przejść do naszego zadania?
-?powiedział, kiedy wysiedli z radiowozu.
Wiedział, że zawsze opłaca się apelować do jej poczucia obowiązku.
Wydawało się, że praca to jedyne, co Minę obchodzi. Nadal się
zastanawiał, czy ona i Vincent spali ze sobą, chociaż trudno mu było to
sobie wyobrazić. Zresztą wszystkie próby zwizualizowania sobie Miny
podczas seksu sprowadzały się do obrazu pokrywającego ją plastiku. I gumowych rękawiczek.
-?Nie boczę się -?powiedziała. -?Po prostu nie miałam ochoty rozmawiać.
I oczywiście wykonamy nasze zadanie.
Na domofonie odszukała nazwisko Langseth i nacisnęła dzwonek. Po paru
sekundach odezwał się brzęczyk, można było wejść. Z listy lokatorów na
lewej ścianie reprezentacyjnego wejścia wynikało, że państwo
Langsethowie mieszkają na najwyższym piętrze. Oczywiście.
-?Kurde, żeby można tak mieszkać -?odezwał się Ruben. Trudno było mu
ukryć zazdrość, która i tak napłynęła wielką falą na widok marmurów i złota w hallu przy wejściu.
-?Nie bardzo to w moim guście -?zauważyła Mina sucho i weszła do windy.
Ruben zasunął czarną kratę i nacisnął guzik. Winda ruszyła powoli na
szóste piętro, trzeszcząc niepokojąco. Kiedy dotarli na górę, drzwi
mieszkania były już uchylone. Czekała w nich blondynka z końskim ogonem,
na jej twarzy malował się wyraz niepokoju.
Ruben rutynowo zaczął się zastanawiać, czy trudno byłoby zaciągnąć ją do
łóżka.
-?Chodzi o Jona? -?spytała, robiąc im przejście w drzwiach do
mieszkania.
Tu hall był również imponujący. Olbrzymi, ze lśniącym parkietem
rozciągającym się do pozostałych pomieszczeń. Z sufitu zwieszał się
kryształowy żyrandol, który wyglądał na większy od całego salonu Rubena.
-?Dzwonili państwo, że chcą przyjść, ale nie powiedzieliście, o co
chodzi. Znaleźliście Jona? Gdzie on jest?
Niepokój ustąpił złości. Kobieta poszła przodem do salonu, który
zważywszy na jego rozmiary, można by łatwo przebudować na halę do gry w padla.
-?Wiedziałam, stchórzył oczywiście -?ciągnęła. -?Zostawił mnie i dzieci,
po czym zawinął ogon pod siebie. Pewnie z jakąś laską. Po tym, jak
zniknął, zadzwoniły tu trzy panienki, trzy, żeby mi powiedzieć, że miał
z nimi romans. Jeśli dzwoniły trzy, to możecie sobie wyobrazić, ile było
ich w rzeczywistości.
Wskazała im dużą białą kanapę. Ruben usiadł i poczuł, że zagłębił się na
prawie dziesięć centymetrów. Jakby wylądował w chmurze.
-?Pani Josephine, czy tak? -?spytała Mina i również usiadła.
-?Tak, przepraszam, jestem Josephine Langseth.
Od razu mówiła dalej, nie pytając o ich nazwiska i nie dając im szansy,
żeby się wtrącić i przedstawić. Ruben nie mógł nie zauważyć, że
Josephine Langseth wygląda jak wycięta z reklamy Ralpha Laurena. Jasne
gładkie włosy ściągnięte w idealny koński ogon. Biała koszula, która
wyglądała na drogą, wsunięta do dżinsów, zapewne kosztujących majątek. A pod spodem na pewno bielizna od Simone Pér?le. Wyobraził sobie, jak
chwyta ją mocno za ten koński ogon, kiedy bierze ją od tyłu. W tym
momencie stanęła mu przed oczami wściekła Amanda i musiał przełknąć
ślinę. Musi wziąć się w garść.
-?A więc gdzie jest Jon? -?spytała Josephine, siadając na kanapie
stojącej naprzeciw nich. -?Na Kajmanach? Na Bahamach? W Dubaju? Kurwa,
nawet nie wiem, które państwa nie mają umów o ekstradycji ze Szwecją.
Ale Dubaj mu się podoba, często tam jeździliśmy na wakacje, mieszkaliśmy
na One&Only. Na Palmie. Teraz też tam jest?
Mina wymieniła spojrzenie z Rubenem, następnie zabrała głos.
-?Rzeczywiście znaleźliśmy pani męża. Jednak nie w Dubaju. Znaleźliśmy
jego... szczątki. Z przykrością musimy zawiadomić, że pani mąż nie żyje.
W ogromnym mieszkaniu zapadła kompletna cisza. Z jakiegoś odległego
pokoju dochodziło tylko stłumione brzęczenie odkurzacza. Josephine
opadła na oparcie kanapy i patrzyła pustym wzrokiem w jedno z okien.
Ruben również tam spojrzał. Po drugiej stronie alei między ośnieżonymi
drzewami majaczył Oscarskyrkan. Zapamiętał, nie wiadomo dlaczego, że
kościół ten posiada jeden z największych instrumentów organowych w Szwecji. Dziwna rzecz, co zostaje człowiekowi w głowie.
-?Byłam tak... cholernie wściekła na niego -?odezwała się Josephine, teraz
już zupełnie innym tonem. -?Zostawił mnie z tym wszystkim. Trójka
dzieciaków pod opieką, z pukającym do drzwi komornikiem i prokuratorem,
z mediami, które w kolejnych artykułach opisują jego i jego tak zwanych
kumpli jako oszustów najgorszego sortu. Ludzie z sąsiedztwa gapią się na
mnie. W Carlssons7 rodzice innych dzieciaków nawet się do
mnie nie odzywają. Jeszcze te panienki, które tu dzwoniły... Ja myślałam...
myślałam, że nawiał. I byłam wściekła. Jednocześnie przecież go kocham...
Josephine rozpłakała się cicho.
Ruben poruszył się na puszystej kanapie. Już mu nie w głowie były myśli
o seksie. Widok płaczącej kobiety zawsze działał na niego tak, że chciał
wyskoczyć z siebie.
-?Czy mąż miał jakichś wrogów? -?spytała Mina, wyjmując chusteczkę z opakowania, które nosiła w kieszeni kurtki.
-?Jest uwikłany w miliardową aferę, więc pewnie tak -?odpowiedziała
Josephine, biorąc chusteczkę. -?Ale ja nie miałam żadnego wglądu w te
sprawy. Cokolwiek by o tym myślał prokurator. On chodził do pracy, ja
dbałam o dom i dzieci. Podział zadań był prosty. Jeśli spytałam, co tam
w pracy, odpowiadał zawsze, że dobrze, i na tym koniec tematu. Na waszym
miejscu pogadałabym raczej z jego kumplami.
Głośno wysmarkała nos i odłożyła chusteczkę na stolik.
-?Nie przychodzi pani do głowy nikt inny, kto by mu źle życzył? -?spytał
ostrożnie Ruben. -?Jakieś... kobiety, które poczuły się wzgardzone?
Parsknęła.
-?Te panienki, które tu dzwoniły, były chyba po dwudziestce i nie
sprawiały wrażenia zbyt lotnych. Na ile znam Jona, nie sądzę, żeby
dopuścił którąś do bliskości, to były tylko okazyjne panienki do łóżka.
Ale o co wam chodzi, jak on właściwie umarł?
-?Właśnie o to chodzi -?odparł Ruben. -?Nie wiadomo. Jednak nie możemy
wykluczyć, że został zamordowany.
Josephine głośno zaczerpnęła tchu i znów zaczęła płakać.
-?Domyślamy się, że to dla pani szok -?powiedziała Mina, wyjmując
następną chusteczkę. -?Niemniej wszystko, co pani mogłaby nam
opowiedzieć, będzie bardzo pomocne. Przychodzi pani coś do głowy?
Ruben zauważył, że podając kolejną chusteczkę, Mina ledwo mogła oderwać
wzrok od zużytej, leżącej na stole.
-?Sama nie wiem -?odparła Josephine, wycierając nos. -?Kilka tygodni
przed zniknięciem zaczął się dziwnie zachowywać. Nie wiem, jak to
określić, ale jakby miał manię prześladowczą... Ciągle stawał przy oknie i patrzył na ulicę zza firanki, często wstawał w nocy i wydawało się, że
chodził po całym mieszkaniu. A kiedy gdzieś wyszliśmy, cały czas się za
siebie oglądał. Jednak... -?przerwała i wzruszyła ramionami -?mogło to
mieć coś wspólnego ze zbliżającym się oskarżeniem. Przynajmniej tak
sądziłam. Gustaf powiedział, że oni wszyscy odczuwali dużą presję.
Założyłam, że po prostu stara się unikać mediów.
-?Jaki Gustaf? -?spytał Ruben.
-?Gustaf Brons, kolega Jona. Jeden ze współwłaścicieli firmy.
Przyjaźnimy się, mówił mi o sprawach, o których Jon milczał, kiedy my...
To nieważne.
-?A jak się pani czuła, kiedy mąż się tak zmienił? -?spytała Mina.
Josephine wpatrzyła się w podłogę.
-?Niefajnie. Faktem jest, że w weekend poprzedzający jego zniknięcie
wynajęłam pokój w Ellery Beach House, żeby pobyć sama. Domyśla się pani,
że teraz mam z tego powodu wyrzuty sumienia.
Położyła na stół chusteczkę obok poprzedniej, a Ruben zauważył, jak
szybko Mina odwróciła wzrok.
-?I co teraz będzie? -?spytała Josephine, patrząc to na jedno, to na
drugie.
Ruben chrząknął.
-?Zatrzymamy... pani męża... dopóki lekarz sądowy nie zakończy badań.
Następnie oddamy pani... ciało... i będzie pani mogła działać.
-?Gdzie go znaleziono?
-?W metrze. W tunelu -?powiedziała Mina.
Josephine patrzyła zdezorientowana.
-?W metrze? Co on tam robił? Przez całe swoje życie nigdy nie jechał
metrem.
Boże, co za ludzie, pomyślał Ruben.
-?Na razie nie wiemy zbyt wiele -?odparła Mina. -?A tego, co wiemy, nie
możemy zdradzić, żeby nie narażać dochodzenia. Niemniej media na pewno
będą napierać, kiedy już się dowiedzą o znalezieniu szczątków. Nie
możemy pani niczego nakazywać, ale prosimy, żeby się pani wypowiadała
dla nich możliwie jak najmniej.
-?Proszę mi wierzyć, media ścigały nas przez całe miesiące, więc
rozmawianie z nimi to ostatnia rzecz, której bym sobie życzyła -
powiedziała z determinacją Josephine.
Odprowadziła ich do drzwi i pożegnała się zaskakująco mocnym uściskiem
dłoni.
Podczas gdy ciasna winda zjeżdżała w dół, stękając i skrzypiąc, a Mina
wcierała w dłonie alkożel, Ruben próbował przypomnieć sobie kształt
tyłeczka Josephine Langseth. Zamiast tego ciągle stawała mu przed oczami
szczerząca się czaszka jej męża.
-?MUSISZ PRZEKONAĆ Säpo8, żeby ci
zwiększyli ochronę -?powiedział Tor, krzyżując ramiona na piersi. -
Przypomnij sobie Annę Lindh albo Ing-Marie Wieselgren9. Nie
mówiąc o tym, co tobie przydarzyło się pod koniec lata. Niewiele wtedy
brakowało. Społeczeństwo i tak nie wie, ile zamachów zostało
udaremnionych. Czasy są niepewne, a ty, Niklasie Stockenbergu, zostałeś
najwyraźniej wzięty na cel. Cały nasz sztab spałby spokojniej, gdybyś
ich skłonił do zwiększenia twojej ochrony. Zresztą ty pewnie też, to nie
zabawa, co pokazują twoje sińce pod oczami.
-?Tak, tak, Tor, słyszę, co mówisz -?odparł zgnębiony Niklas,
przeczesując włosy palcami. -?Ale nie zgadzam się z tobą. Na poziomie
ochrony, którą ty uważasz za odpowiednią, życie byłoby nie do
wytrzymania.
Prawda, że źle spał. Teraz sięgnął po leżącą na biurku notatkę służbową,
aż za bardzo obszerną, i udał, że czyta. Miał nadzieję, że jego
sekretarz prasowy się domyśli i wyjdzie. Jednak subtelne aluzje rzadko
były dla Tora czytelne. I faktycznie nie ruszył się.
-?Bardzo cię proszę, żebyś zrewidował swoją decyzję -?powiedział Tor,
marszcząc czoło. -?Jeśli nie ze względu na siebie, to przynajmniej dla
Nathalie.
-?Tak, no rzeczywiście. Moja nastoletnia córka na pewno chce mieć wokół
siebie jeszcze więcej ochroniarzy, w dodatku niezbyt dyskretnych. Będzie
to miało cudowny wpływ na jej życie towarzyskie. Pod warunkiem że udało
jej się stworzyć takowe.
-?Lepiej, żeby ona żyła -?mruknął Tor, strzepując jakiś niewidzialny
pyłek z klapy marynarki.
Nie utrzymywali ze sobą stosunków towarzyskich, jednak Niklas potrafił
sobie wyobrazić, jak musi wyglądać garderoba jego sekretarza prasowego.
Cały rząd takich samych garniturów. Obok rząd białych koszul. Identyczne
krawaty z wyjątkiem tego jednego w małe flagi szwedzkie, który nosił
zawsze w dniu święta narodowego. A na półce pod spodem rząd takich
samych wyczyszczonych na błysk czarnych butów z włoskiej skóry. Tor nie
był człowiekiem lubiącym odmianę. Za to był wiernym i rezolutnym
sekretarzem prasowym, który stał u jego boku od momentu, gdy Niklas
objął swoje stanowisko. Problem był w tym, że Tor nie do końca rozumiał,
kiedy powinien się poddać.
-?Ja odpowiadam za moją córkę -?powiedział Niklas. -?Doceniam twoją
troskę, ale to zaczyna się robić nieznośne. Jestem zadowolony z mojego
obecnego poziomu ochrony. To, co zdarzyło się latem, nie dzieje się aż
tak często. Chcę móc prowadzić względnie normalne życie.
Nie była to całkowita prawda. Wcale nie był zadowolony. Wolałby mieć
stale za plecami dziesięciu ludzi z celownikami laserowymi, w każdym
razie przez dwa najbliższe tygodnie. Chociaż to by prawdopodobnie i tak
nie pomogło. Zegar będzie nadal odmierzał czas bez względu na liczbę
jego ochroniarzy.
-?Cóż, ty jesteś szefem, ale znasz moje zdanie -?mruknął Tor, oddalając
się.
Niklas skierował wzrok na liczącą przeszło tysiąc stron notatkę
służbową. Nie był w stanie się skupić. Puls mu przyspieszył. Po
wczorajszej kolacji, kiedy Mina już poszła, siedział prawie do rana nad
szklanką rumu. Musiał kilka razy zapewnić Nathalie, że wszystko w porządku, ale prawda była taka, że nie odważył się pójść spać ze strachu
przed tym, co mu się przyśni. Niepotrzebnie, bo kiedy się już położył, i tak nie zmrużył oka.
Pierwsze, co zrobił rano, to znów zadzwonił pod ten numer. Komunikat
brzmiał tak samo. Tyle że teraz mowa była o trzynastu dniach zamiast
czternastu.
Tor zrobił uwagę do podkrążonych oczu Niklasa. W rzeczywistości było
jeszcze gorzej, bo Niklas nie był pewien, czy potrafi wstać z fotela.
Owładnęło nim poczucie całkowitej bezsilności. Odgarnął kupkę papierów,
odsunął się razem z fotelem biurowym z postarzonego drewna obitego skórą
i oparł długie nogi na biurku.
Paliła go wizytówka, którą miał w kieszeni marynarki. Absurd. Wszystko
było absurdalne. Jakby był postacią z kiepskiego filmu akcji albo
jeszcze gorszego kryminału. Takie rzeczy się nie dzieją. Nie w prawdziwym życiu. A jednak powinien był mieć się na baczności. I powinien wiedzieć.
Bo to był jego wybór. Dalsze życie na nowych warunkach. Zaakceptował
oferowane profity, które zaprowadziły go aż do Rosenbad10.
Wyjął wizytówkę i spojrzał na symbol. Następnie położył na biurku
błyszczącą stroną do góry. Jego poprzednicy patrzyli surowo z portretów
wiszących na ścianach. Czy zdarzało im się czasem pójść drogą wiodącą w niewiadomym kierunku? Choć nie byli pewni, czy moralnie da się to
obronić? Czy musieli za to potem zapłacić? Przypuszczalnie, w taki czy
inny sposób.
Niklas Stockenberg wiedział jedno, że nie może jedynie siedzieć i czekać. Musi coś zrobić, cokolwiek. Poczuć, że ma kontrolę nad sytuacją.
I faktycznie mógł zacząć od najważniejszego.
Wyjął telefon. Puls nadal walił, więc najpierw musiał głęboko pooddychać
i odczekać, upewnić się, że brzmi prawie normalnie. Nie było sensu
straszyć nikogo niepotrzebnie. A potem wybrał numer swojej byłej żony.
VINCENT WRÓCIŁ z zakupów ze sklepu
spożywczego. Otworzywszy drzwi do domu, usłyszał swój własny głos
dobiegający z salonu. Tupnął kilka razy przed wejściem, żeby pozbyć się
śniegu z butów, następnie je zdjął, odwiesił palto w przedpokoju, a torby z zakupami postawił w kuchni. Głos mówił dalej. Kiedy wszedł do
salonu, zobaczył, o co chodzi. Benjamin z Rebecką siedzieli na kanapie,
a na ekranie telewizora był Vincent na scenie. Zapraszał właśnie jakąś
blondynkę, żeby mu asystowała w następnym numerze.
-?Poproszę cię, żebyś teraz pomyślała o jakiejś liczbie, która dla
ciebie coś znaczy -?zwrócił się do kobiety ekranowy Vincent, podając jej
notes i ołówek. -?Zapisz ją, ale trzymaj notes w taki sposób, żeby nikt
nie zobaczył, co tam jest. Zwłaszcza ja.
Vincent się skrzywił. Po wyjściu na jaw jego kontaktów z policją Viaplay
zaczęła nadawać jego przedstawienia w streamingu. To, co teraz oglądali
Benjamin z Rebecką, było jego pierwszym przedstawieniem.
-?Po co wy to oglądacie? -?spytał. -?Rebecko, nie powinnaś być w szkole?
-?Żeby cię zawstydzić -?odparła, nie odrywając oczu od telewizora. -
Dlaczego zawsze zapraszasz na scenę kobiety? Wydaje się to bardzo
seksistowskie. Poza tym dziś rozpoczęłam ferie świąteczne. Aston zaczyna
je za dwa dni, więc się przygotuj.
-?Wcale nie zawsze -?bronił się Vincent. -?To znaczy nie zawsze
zapraszam kobiety. Do niektórych numerów lepiej pasują kobiety, do
innych mężczyźni. Kobiety są lepsze, kiedy w grę wchodzą emocje. Mają
odwagę okazywać je dużo wyraźniej od wielu mężczyzn.
-?Fuj, tato!
Wydawała się wręcz zszokowana.
Vincent wzruszył ramionami. Możliwe, że to pogląd nie na czasie, ale
akurat na scenie się często sprawdzał.
Ekranowy Vincent wpatrywał się w kobietę przez co najmniej minutę.
Następnie wyjął tabliczkę, na której napisał szybko szesnaście liczb w czterech rzędach po cztery.
Aha. To ten spektakl. Zupełnie zapomniał, jak wyglądał ten numer.
-?Nie wygląda to na jakąś emocjonalną historię -?zauważyła Rebecka. -?Aż
mi się wierzyć nie chce, że finałowym numerem była u ciebie lekcja
matematyki.
-?To tak zwany kwadrat magiczny -?odparł. -?Stary problem matematyczny
jeszcze z Chin, z roku 190 przed Chrystusem. Wtedy były to oczywiście
trzy razy po trzy liczby, bo ten kwadrat, który wykorzystuję w pokazie,
jest znacznie bardziej złożony. Zdaje się, że musiało minąć osiemset
lat, zanim został wymyślony ten wariant, a konkretnie w Indiach.
-?Do tego jeszcze lekcja historii -?westchnęła Rebecka. -?Nie wiem, czy
słyszałeś, ale ja mam ferie.
-?Przecież już widzieliście kwadrat magiczny -?rozpromienił się Vincent.
-?Czekajcie, przyniosę album ze zdjęciami z Barcelony!
Wiedział, że Rebecka ma rację, ale pamiętał, że zachwyciła się
Barceloną, kiedy byli tam razem kilka lat temu. Więc powinna to
przynajmniej docenić. Poszukał wśród albumów na półce. Wolał mieć
fizyczne albumy z podróży zamiast samych zdjęć w komputerze. Kartkowanie
albumu było dużo przyjemniejsze, zresztą nigdy nie umiał znaleźć tego co
trzeba wśród pozostałych pięćdziesięciu tysięcy zdjęć cyfrowych.
-?Jest! -?powiedział, wyciągając właściwy album.
Usiadł na kanapie między Rebecką a Benjaminem i zaczął przewracać
kartki, aż dotarł do zdjęć fantastycznej budowli Gaudiego, Sagrada
Familia. Kątem oka zobaczył, że oboje zaciekawili się i zaczęli zerkać.
No przecież.
-?O tu. -?Pokazał palcem. -?To jest dzieło rzeźbiarza Subirachsa, twórcy
wielu dekoracji na fasadzie, a tu jest tak zwana Fasada Pasji.
Zrobione z bliska zdjęcie przedstawiało detal. Na ścianie wyryto
szesnaście liczb w siatce cztery razy cztery.
-?Każdy rząd daje po zsumowaniu liczbę trzydzieści trzy -?powiedział. -
Jeśli dodacie liczby w porządku horyzontalnym, też będzie trzydzieści
trzy. Tak samo po zsumowaniu liczb po przekątnej. Albo dodając cztery
liczby na rogach. Faktem jest, że istnieje trzysta dziesięć kombinacji
dodania tych liczb, żeby wynik wyniósł trzydzieści trzy. Czyli tyle, ile
Jezus miał lat w chwili śmierci, jak się uważa w chrześcijaństwie.
Benjamin przesuwał palcem po zdjęciu i chyba liczył w myślach.
-?Całkiem spoko -?powiedział, kiwając głową.
Vincent też kiwnął, zadowolony. Naprawdę spoko. I kapitalne osiągnięcie
matematyczne. On również przytknął palec do zdjęcia.
-?I jakby nie dość, to jeszcze w tym kwadraciku z cyfrą znajduje się
ukryte przesłanie -?powiedział. -?Prawie wszystkie liczby pojawiają się
tylko raz, ale przyjrzyjcie się, które się powtarzają. 10 i 14 występują
dwukrotnie. A ich suma to 48. To w starym alfabecie łacińskim suma
pozycji liter INRI.
Rebecka spojrzała na niego, nie rozumiejąc.
-?INRI to oczywiście skrót dla Iesus Nazarenus Rex Iudaeorum. Jezus
Nazarejczyk, Król Żydów, napis, który Poncjusz Piłat kazał umieścić na
jego krzyżu.
Vincent znacząco poruszył brwiami.
-?O Boże -?jęknęła Rebecka, chowając twarz w dłoniach. -?Wszędzie ci
mentaliści.
Ekranowy Vincent właśnie zademonstrował, jak szesnaście liczb, które
wpisał do swojego kwadratu magicznego, po dodaniu zawsze dawało
piętnaście, jakkolwiek by je zsumować.
-?Te cyfry przyszły mi do głowy poprzez samą twoją obecność -?powiedział
ekranowy Vincent do kobiety stojącej obok niego na scenie. -?I jakkolwiek je dodam, stale wychodzi piętnaście. Dziwne. Nie mam pojęcia,
dlaczego akurat piętnaście. Czy ta liczba coś dla ciebie znaczy?
Kobieta była bliska łez.
-?Tyle lat jestem po ślubie z moim partnerem życiowym -?odparła
wstrząśnięta. -?Dziś obchodzimy rocznicę ślubu.
Odwróciła notes, gdzie na czerwono zapisała liczbę 15. I dodała do niej
małe serduszko.
Rebecka się zaśmiała.
-?Okej, nie mam pojęcia, jak to zrobiłeś -?powiedziała. -?Ale to niczego
nie zmienia. Nadal była to lekcja matematyki. Jesteś najbardziej
świrowatym ojcem na świecie. Zresztą chyba powinieneś wypakować zakupy?
-?Benjaminie, pomóż mi! -?odezwał się Vincent, wskazując najpierw album,
potem siebie samego na ekranie telewizora. -?To naprawdę spoko, prawda?
-?Sorry, tato, Rebecka ma rację -?odpowiedział Benjamin.
-?Wstydzilibyście się -?westchnął Vincent, podnosząc się, żeby odstawić
na miejsce album.
Wiedział, że Benjamin tylko udawał, że uważa ojca za obciachowego. Jego
najstarszy syn nie tylko odziedziczył talent Vincenta do dostrzegania
wzorców i rozbierania złożonych struktur, ale nawet go w tym
przewyższył.
Idąc do kuchni i swoich zakupów, miał w głowie słowa kobiety ze
spektaklu. Partner życiowy. Nie znosił takich określeń. Bratnia dusza,
drugie równie okropne. Idee tego rodzaju stawiały relacjom międzyludzkim
zupełnie niemożliwe wymagania. Słowa tego rodzaju mają się nijak do
rzeczywistości. A gdyby jednak miały być prawdziwe, jeśli faktycznie
istnieje coś takiego jak bratnia dusza, to jeszcze gorzej. Bo w takim
razie jego bratnią duszą była Mina. Co mu jeszcze bardziej komplikowało
życie.
CHRISTER WYPROSTOWAŁ nogi pod biurkiem,
a Bosse, niezadowolony z tego, usiadł. Jego pana ogarnęły wyrzuty
sumienia, więc postawił stopy tak jak poprzednio, żeby pies mógł się
znów na nich położyć. Jednocześnie zalogował się do policyjnej bazy
cyfrowej DurTv? i wpisał nazwisko Jon Langseth, by sprawdzić, co tam
znajdzie na temat jego zaginięcia. Dobra robota Miny, że tak szybko go
skojarzyła. Identyfikowanie ofiary zwykle zabierało sporo czasu, ale
dzięki temu, że Mina od razu podrzuciła im przypuszczalne nazwisko,
Milda wydostała od dentysty Langsetha zdjęcia rentgenowskie jego zębów i już mieli zgodność. Pozostało najtrudniejsze, ustalenie, czy finansista
został zamordowany, a jeśli tak -?to przez kogo.
Czytając na ekranie, Christer zmrużył oczy. Lasse napominał go, że
potrzebne mu okulary, ale na razie Christer odmawiał. Nie chodziło o próżność, z tą dał sobie spokój dawno temu, był absolutnie pogodzony z tym, że natura od początku nie dała mu urody adonisa. Nie, chodziło
raczej o to, że wszelkie oznaki, iż czas mknie i pędzi, przypominały mu
również o tym, że wszystko ma swój koniec. A Christer Bengtsson po raz
pierwszy w swoim życiu bał się śmierci. Bo po raz pierwszy w życiu był
szczęśliwy. Uczucie to było dziwne, nawet zatrważające, ale najgorsza
była myśl, że spotkało go coś wielkiego i może to stracić. Musiał zebrać
całą swoją odwagę, żeby postawić na przyszłość z Lassem. Bo znaczyło to
również, że musi pokazać, kim jest naprawdę. Stawka była przedtem i wciąż jeszcze jest ogromna.
A więc: żadnych okularów.
Ze złością obejrzał się za siebie, na róg otwartej przestrzeni biurowej.
Jakiś idiota włączył playlistę muzyki świątecznej i z głośnika płynęła
teraz piosenka Mer jul -?jeszcze więcej świąt. W normalnych warunkach
nie wolno byłoby grać tak głośno w biurze, ale wydawało się, że cała
Komenda Policji skapitulowała w tym roku przed Bożym Narodzeniem. Gdzie
tylko spojrzał, widział jakieś świąteczne akcenty. Jego poczucie
szczęścia nie oznaczało jeszcze, że polubi świąteczną muzykę. Nie
cierpiał tego gówna. Najgorsi byli ci, co zaczynali grać to już w październiku.
Bosse grzał mu stopy niczym kołderka obciążeniowa, a Christer starał się
skupić na ekranie komputera, ignorując muzyczną gehennę. Zmrużył oczy
jeszcze bardziej, żeby litery stały się wyraźniejsze, i powoli brnął
przez policyjną dokumentację dotyczącą zniknięcia Langsetha. Potem
otworzył przeglądarkę internetową i wygooglował artykuły prasowe na ten
temat. A było ich wiele. Zainteresowanie sprawą w mediach było ogromne,
a domysły niezliczone. W większości przypuszczano, że Langseth zniknął z własnej nieprzymuszonej woli, a teraz siedzi sobie na jakiejś gorącej
wyspie, gdzie ma dostęp do majątku zadekowanego na tajnych kontach. Z uwagi na okoliczności podejrzenie nie było nieuprawnione. Niemniej
całkowicie fałszywe.
Przed zniknięciem Langsetha skandal wokół Confido znajdował się na
czołówkach wszystkich gazet. Sprawa wyłudzenia od starszych ludzi ich
oszczędności przez bandę facetów działających świadomie i wystudiowanymi
metodami wzbudziła powszechne i głębokie oburzenie. Inicjatorzy tego
biznesu wiedli hulaszcze życie w pięknych willach na Lidingö i eleganckich apartamentach na Östermalmie, stać ich było na szampana,
szybkie auta, drogie garnitury i zegarki, wyjazdy do Sankt Moritz, na
Ibizę, do Dubaju i na Malediwy. Wszystko to kosztem ludzi znacznie
gorzej sytuowanych. Koniec przyszedł nagle w postaci aktu oskarżenia i napiętnowania przez media. Christer śledził uważnie relacje mediów, i to
jeszcze przed zniknięciem Langsetha, bo niewiele rzeczy dawało mu taką
satysfakcję jak wtedy, gdy kanciarze tego rodzaju dostawali za swoje.
Zaginięcie Langsetha zgłosiła rankiem dziesiątego sierpnia jego żona. Na
pytanie, dlaczego nie zrobiła tego poprzedniego wieczora, odpowiedziała,
że mąż często chodził na służbowe kolacje, z których wracał, kiedy
zdążyła już pójść spać. Natomiast zawsze zastawała go w domu rano. A więc gdy go nie było, zadzwoniła do jego sekretarki, która powiedziała,
że poprzedniego dnia nie było go również w biurze, i wtedy zrozumiała,
że coś się stało.
A potem zaczął się ten cały cyrk. Policja go szukała. Christer trafił na
plik z wywiadami z żoną Langsetha, jego kolegami, ogólnie wszystkimi
osobami, które mogły mieć jakieś pojęcie, co się z nim stało. Wynikało z nich tylko, że od chwili, gdy Langseth pewnego ranka wyszedł z domu,
rzekomo do pracy, nikt go już nie widział. Podjęto wiele wysiłków, by go
znaleźć, policji nie można było nic zarzucić. A jednak, pomyślał
Christer, być może zabrakło tego czegoś ekstra, bo wszyscy byli
przekonani, że Langseth wyjechał ze Szwecji i wiedzie słodkie życie,
opływając w dostatki.
Piosenkę płynącą z głośnika w rogu pomieszczenia zastąpiła teraz Feliz
Navidad. Koszmar. Absolutny koszmar.
Matka Christera miała bzika na punkcie Bożego Narodzenia, więc w dzieciństwie miał aż nadto świętowania. Nie trzeba było psychologa, żeby
zrozumiał, dlaczego czuł mrowienie, kiedy zbliżały się święta. Niestety
musiał przyjąć do wiadomości, że wpuścił do swego domu kolejnego bzika.
Lasse chciał zacząć szykowanie świąt już w połowie listopada, więc
zawarli kompromis. Muzyka świąteczna mogła być grana wieczorami i w weekendy, ale dopiero od piętnastego grudnia. Teraz musiał cierpieć te
katusze zarówno w domu, jak i w pracy.
Kilka godzin później, wysłuchawszy przy okazji nieskończonej liczby
piosenek świątecznych, Christer wyprostował się na niewygodnym fotelu
biurowym. Przeczytał wszystko, co policja miała na temat Jona Langsetha,
i jeszcze to, co znalazł w sieci, ale nie był od tego ani trochę
mądrzejszy niż przedtem. Nic nie odbiegało od normy, nie znalazł żadnej
nitki, za którą można by pójść do kłębka. Jakby Langseth po wyjściu z domu faktycznie wyparował. Aż do znalezienia jego kości w metrze, co
nastąpiło przeszło cztery miesiące później.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
VINCENT LEŻAŁ NA podłodze swojej
garderoby w Scalateatern w Karlstad. Przedtem zgasił górne światło,
zostawiając jedynie oświetlenie toaletki. Żarówki wokół lustra to była
jedna z niewielu rzeczy odpowiadających wyobrażeniom, jakie ludzie mają
na temat strefy za kulisami. Vincent uważał, że te lampki przy lustrze
są i piękne, i romantyczne, chociaż wynikało to zapewne z obrazu
wdrukowanego mu na całe życie przez Hollywood.
Przedstawienie skończyło się godzinę temu. Jego ekipa rozbierała teraz
elementy oprawy na scenie znajdującej się piętro niżej niż garderoby i pokój dla aktorów. Cała scenografia, rekwizyty i całkiem pokaźny sprzęt
oświetleniowy miały być zdemontowane i załadowane na dwie duże
ciężarówki. Zawsze zatrudniano do tego miejscowe siły, a organizator
trasy Ola Fuchs był postacią wręcz legendarną w świecie szwedzkiej
rozrywki. Ludzie nie wiedzieli, że na dwie godziny wspaniałego spektaklu
w wykonaniu Vincenta potrzeba było przed występem i po nim co najmniej
siedmiu godzin pozbawionej blasku pracy licznego personelu. Co wieczór.
Poprawił się lekko. Linoleum, na którym leżał, było niewiarygodnie
twarde. Zerknął na kanapę i zdał sobie sprawę, że powinien się położyć
na niej zamiast na podłodze. Trudno. Musiało zostać, jak jest.
W Scalateatern było mnóstwo nieparzystych, czyli niekomfortowych dla
niego liczb. Od sceny do sklepienia było pięć metrów. Lepiej byłoby
sześć. Rusztowanie do wieszania reflektorów i scenografii miało
siedemnaście wysięgników. Też niedobra liczba. Ale pięć dodać
siedemnaście daje dwadzieścia dwa, czyli dwie dwójki. To już lepiej. A dwa plus dwa to cztery, czyli tyle, ile przedstawień miał dać w Scalateatern podczas obecnej trasy.
Na wieszaku wisiał jego kostium sceniczny. Tego dnia wystąpił w trzyczęściowym garniturze, był to bądź co bądź ostatni spektakl przed
Bożym Narodzeniem. Trzy części. Cholera. Że też nie pomyślał. W dodatku
porządnie się spocił, więc zaraz po powrocie do garderoby rozebrał się
do podkoszulka i kalesonów. Dzięki temu, gdyby ktoś przypadkiem otworzył
drzwi, nie wyglądałby tak bardzo na trupa jak wtedy, kiedy leżałby na
podłodze w garniturze. Uśmiechnął się do siebie. Człowiek uczy się na
własnych błędach.
Drgnął, bo dobiegł go huk ze sceny. Jakby coś się rozpadło. Głośne
przekleństwa Oli dotarły aż do Vincenta, który już dawno temu nauczył
się, że o pewnych rzeczach lepiej nie wiedzieć. Na początku kariery
starał się pomagać zarówno przy budowaniu, jak i rozbieraniu dekoracji.
Słyszał o artystach snobach, którzy nigdy nie ruszyli palcem i przejmowali się jedynie swoim występem, a Vincent nie chciał być jednym
z nich. Jednak szybko dotarło do niego, że tylko przeszkadza i dla
wszystkich zainteresowanych będzie najlepiej, żeby trzymał się z dala,
dopóki nie skończą.
Dzięki czemu mógł leżeć na tej twardej podłodze jeszcze co najmniej
godzinę, zanim ciężarówki zostaną załadowane. I całe szczęście, bo
wrócił z pełną siłą ból głowy. Na stoliku obok stała opróżniona
szklanka, w której zostały białe okruchy. Tabletki treo. Od pewnego
czasu funkcjonował dzięki tabletkom od bólu głowy, najlepiej takim z dodatkiem kofeiny. Zastanawiał się, czy nie zażyć jeszcze jednej, ale
prawdopodobnie by nie pomogła. Zamiast tego zacisnął powieki i westchnął, czekając, aż ból przejdzie. Albo zmniejszy się chociaż
trochę. Podczas poprzednich tras po przedstawieniach był po prostu
zmęczony. Może lekko wyczerpany, co się odbijało na pracy myślowej. Ból
głowy był czymś nowym. Zaczął się pojawiać po przedstawieniach mniej
więcej pół roku temu. Nie minęło wiele czasu, jak przeszedł w ból
permanentny. Raz silniejszy, raz słabszy, ale zawsze obecny. Ćmiący.
Utrudniający życie. Już nawet nie pamiętał, jak to jest nie mieć bólu
głowy.
Nie wierzył, że to oznaka starzenia się, w końcu brakowało mu jeszcze
kilku miesięcy do pięćdziesiątki. A przedstawienia nie wymagały więcej
wysiłku niż kiedyś. Pozostawały dwie możliwości: albo miał guza mózgu,
albo ból miał charakter psychosomatyczny. W pierwszą nie za bardzo
wierzył, bo nie miał innych symptomów. Natomiast jeżeli sam ściągnął na
siebie ten ból, to na miły Bóg, po co? Czyżby sam próbował sobie coś
powiedzieć?
Chciałby, jak wiele razy wcześniej, żeby była przy nim Mina. Na pewno
miałaby jakąś dobrą odpowiedź. Od zeszłego lata, czyli od wydarzeń z Nathalie i Novą, zdążyli się zobaczyć zaledwie kilka razy. Częściowo
dlatego, że oboje byli bardzo zajęci -?on przygotowaniem nowego pokazu,
Mina kolejnymi dochodzeniami -?a częściowo, bo przeszkody wydawały się
zbyt wielkie, aby spotykać się bez związku z policyjnymi zadaniami. A jeśli w końcu do tego dochodziło, to za rzadko i spotkanie było za
krótkie. W jej obecności ból głowy stawał się lżejszy. A mieszkający w nim cień się nie wychylał.
Jej zespół otrzymał ponowne wotum zaufania od kierownictwa, co
oznaczało, że Mina była bardzo zajęta pracą. A kiedy nie była, to
okazywało się, że Umberto z ShowLife Productions zaplanował trasę
Vincenta w taki sposób, który z niemal sadystyczną precyzją kolidował z wolnymi dniami Miny. Zupełnie jakby jej szef i jego producent zawiązali
spisek, żeby trzymać ich z dala od siebie.
Do tego dochodziła druga sprawa. Zagadka znajdująca się w jego gabinecie
w domu, o której nie miał odwagi z nią rozmawiać. To również nie
sprzyjało spotkaniom. A jak się dobrze zastanowił, mogło być źródłem
jego bólów głowy. Rozmyślał o tej zagadce przez całą jesień, a jednak
nie udało się jej rozwiązać. Wiedział za to jedno: że powinien
potraktować poważnie groźbę, jaką ze sobą niosła.
Kimkolwiek był człowiek, który pół roku temu wysłał mu pierwszą
wiadomość, na pewno był to ktoś o dużej cierpliwości. Vincent nie chciał
niepokoić tym Miny. Musiał sam znaleźć rozwiązanie.
A jednak po każdym przedstawieniu miał nadzieję, że zastanie ją
czekającą na niego za sceną tak jak za pierwszym razem w Gävle, kiedy
się poznali. Oczywiście nie było jej. Miała swoje życie, a on swoje.
Pozostawał fakt: widywali się zdecydowanie za rzadko.
Natomiast od końca lata mógł spędzać znacznie więcej czasu niż dotąd ze
swoją rodziną. Po złamaniu stopy chodził o kulach i przez kilka miesięcy
nie mógł stawać na scenie. A więc po raz pierwszy spędzał w domu każdy
wieczór, dzień również, dokładnie tak, jak zawsze chciała jego żona
Maria. Już po kilku dniach okazało się, że chce tego mniej, niż sądziła.
Również dzieci dziwiły się, dlaczego jest ciągle w domu.
A cień znów się w nim poruszył.
Gdy zatem ponownie wyjechał w trasę, nikogo nie ucieszyło to tak jak
jego rodzinę. Od tej pory harował jeszcze więcej, często dając po dwa
przedstawienia dziennie. Cały myk polegał na tym, żeby być stale
zajętym. Nie myśleć o tym, co nie ma sensu.
Spojrzał w sufit. Czy można wypalić komórki mózgowe? Czy mógł uszkodzić
mózg, przeciążając go myśleniem? Pewnie nie, ale postanowił to
sprawdzić. Bowiem właśnie tam, na tej podłodze w Scalateatern w Karlstad, odnosił takie wrażenie. Vincent westchnął, zamknął oczy i ból
głowy dodał do długiej listy tematów, o których chciałby porozmawiać z Miną.
AKAI SZEDŁ zdecydowanym krokiem po
peronie metra. Już dawno temu nauczył się, że jeśli tylko człowiek
wygląda, jakby wiedział, co robi, nikt go nie będzie o nic pytał. Miał
na sobie żółtą kamizelkę, co też robiło swoje. Paradoksalnie sprawiała,
że stawał się niewidzialny dla zmęczonych ludzi, którzy musieli jechać
gdzieś o tej późnej porze. Był tylko jednym z pracowników metra. Czyli
kimś, na kogo nie trzeba zwracać uwagi. W pewnym sensie rzeczywiście
pracował, chociaż nie w tym sensie, jak ludzie myśleli.
Dotarł do końca peronu i otworzył małą furtkę, starając się przy tym,
żeby jego twarzy nie uchwyciła kamera monitoringu umieszczona na
sklepieniu. Miał być zwyczajnym technikiem, który idzie wykonać swoje
zadanie. Nic innego. Miał szczęście, że kamera nie mogła wychwycić
szczęku puszek ze sprayem w jego torbie.
Furtka prowadziła do schodków, po których zszedł z peronu do tunelu dla
pociągów. Nie lubił właściwie przebywać w tunelach, było to zdecydowanie
niebezpieczne. Nowe pociągi poruszały się znacznie ciszej od starych.
Oznaczało to większe ryzyko wypadków dla malarzy, którzy mimo to
schodzili do tuneli.
Poza tym Akai zdążył dawno temu osiągnąć postęp w swoim wyrazie
artystycznym. Graffiti to była rzecz dla amatorów. On zajmował się
sztuką plakatu i szablonu. Retro lat dziewięćdziesiątych XX wieku.
Wprawdzie nie było to już to samo, odkąd niektórzy twierdzili, że
została ujawniona tożsamość Banksy'ego, który był jego bogiem. Akai
uważał jednak, że podniósł tę sztukę na nowy, współczesny poziom.
Potwierdzeniem były jego wcześniejsze wystawy w sztokholmskim Gamla
stan2. Ludzie byli skłonni płacić szokująco wysokie ceny za jego
dzieła, nie wiedząc nawet, kim jest Akai. Był to tylko jego pseudonim
artystyczny. Podobnie jak Banksy, nie zamierzał zdradzać nikomu, jak się
nazywa, chcąc pozostać zagadką w świecie sztuki.
Przeszedł kilka metrów i włączył swoją czołówkę. Tunel był szerszy w tym
miejscu, żeby pracujący tu ludzie nie znaleźli się za blisko torów.
Wiedział, że pomieszczenie serwisowe znajduje się kawałek dalej w głąb
tunelu. Często przebywała tam jego koleżanka techniczka w MTR3.
Akai obiecał jej, że w prezencie urodzinowym udekoruje całe
pomieszczenie. Plan był taki, że następnego dnia rano, gdy koleżanka tam
wejdzie, nie zastanie już betonowych ścian, ale znajdzie się w lesie.
Wszystkie ściany miały być pokryte przez drzewa i krzewy, a wśród nich
znajdowałaby się rodzina trolli jak z ilustracji Johna Bauera. Coś
fantastycznego.
Minął swój wcześniejszy malunek w tunelu, przedstawiający kilkoro z jego
tamtejszych znajomych. Na jednej z twarzy ktoś namazał "Sussi -?byłam
tu". Cholerni wandale.
Żwir chrzęścił mu pod stopami. Nieco dalej w świetle lampy zobaczył
drzwi do pomieszczenia serwisowego. Musiał obejść sporą stertę żwiru -?i wtedy przystanął. Dziwne. Spojrzał. Była na tyle wysoka, że sięgała mu
prawie do pachwin. Obecność żwiru nie dziwiła, w tunelach znajdowało się
mnóstwo rozmaitych rzeczy. Jednak z tej sterty w wielu miejscach
wystawało coś białego. Przypominało coś, co widział na filmie, chociaż
nie potrafił umiejscowić. Odgarnął trochę żwiru i aż się cofnął, kiedy
zobaczył, co to było.
Kości.
Ktoś musiał podłożyć je dla żartu. Było to jedyne możliwe wyjaśnienie.
Ale jakie zwierzę ma tak duże części szkieletowe? Pociągnął za jedną,
żeby ją wyjąć, i wzruszył całą stertę. Rozsypało się to, co leżało z wierzchu, odsłaniając więcej kości. W świetle czołówki zobaczył
uśmiechającą się ponuro czaszkę.
Ludzką.
Akai nie umiałby powiedzieć, czy najpierw krzyknął, czy uciekł, ale
zrobił jedno i drugie.
ZOSTAŁO TRZYNAŚCIE DNI
MINA PATRZYŁA z fascynacją na kanapkę na
swoim talerzu. Naprawdę poczyniła postępy. Wcześniej jedynym możliwym
śniadaniem dla niej byłby hermetycznie zamknięty jogurt. Tymczasem zaś
je kanapkę, która mogła być wystawiona na Bóg wie co. Wczoraj zaś wielką
przyjemność sprawiła jej kolacja wigilijna u Niklasa. Oczywiście przykre
były te jego zawroty głowy, choć Nathalie zapewniła ją, że nie zdarzały
się często. Zresztą dość szybko doszedł do siebie. Mina miała nadzieję,
że potraktował poważnie jej radę i poszedł z tym rano do lekarza.
A więc kolacja z córką i byłym mężem. Niezbadane są koleje życia.
Skłamałaby, gdyby twierdziła, że prowadząca do tego droga była prosta i łatwa. Można powiedzieć, że ona i Nathalie tańczyły ze sobą cza-czę: dwa
kroki w przód, jeden w tył. Jednak ta cza-cza doprowadziła je stopniowo
do miejsca, w którym znajdowały się dzisiaj, czyli takiego, że mogli się
spotkać przy rodzinnej kolacji we troje.
Mina ugryzła kęs kanapki, rozkoszując się smakiem masła, sera i papryki
w połączeniu z kromką słodkiego chleba, mimo świadomości, że taką samą
wartość odżywczą miałby kawałek babki piaskowej. Ale jak święta, to
święta.
Ciekawa była, jak je będzie obchodził Vincent. Oczywiście z rodziną, ale
czy była to wielka rodzinna impreza z mnóstwem krewnych, czy raczej
świętowanie w ścisłym gronie? Poczuła lekkie ukłucie, odrzuciła myśl, że
może to zazdrość. Brakowało jej Vincenta. Po tym, jak latem uratował
życie Nathalie, spotkali się zaledwie parę razy. Powodów tego stanu
rzeczy było kilka. Z jednej strony żadne z nich nie radziło sobie zbyt
dobrze z prowadzeniem luźnych pogawędek. Z drugiej Mina ciężko pracowała
na to, by powoli, ale skutecznie odbudować relację z córką. Z kolei
śmierć Pedera spowodowała pustkę i dystans potrzebny do przejścia przez
żałobę.
Oczy ją zapiekły na myśl o koledze policjancie.
Do tego dochodził taki szczegół, że sama nie wiedziała, kim są dla
siebie. Myślała o Vincencie częściej, niż sama była gotowa przyznać. A on, jak już powiedziano, miał rodzinę. I bardzo zazdrosną żonę. Mina nie
chciała im przeszkadzać, zakłócając cokolwiek.
Zakopała się więc w pracy, która posłużyła jej za wymówkę, żeby się z nim nie widywać.
Zmusiła się do skupienia na porannym programie w telewizji, żeby dalej
nie myśleć. Do studia wszedł Niklas Strömstedt, żeby wykonać piosenkę
Tänd ett ljus4. Triad, czy nie tak nazywała się kapela, która
wypuściła tę piosenkę? Mina rozpaczliwie próbowała przypomnieć sobie,
kto jeszcze był w tej kapeli, ale ciągle stawali jej przed oczyma tylko
Orup i Anders Glenmark, z którymi Niklas Strömstedt stworzył zespół GES.
Zabrzmiała piosenka, paliły się świeczki i Mina poczuła, że choć
niechętnie, to daje się porwać świątecznemu nastrojowi. Tak naprawdę to
nie cierpiała Bożego Narodzenia. W jej dzieciństwie święta nigdy nie
były spokojne i pogodne. Wprawdzie kiedy już przeprowadziła się do
babci, rzeczywiście stały się pogodne, ale bardzo skromne.
Wstała i przyniosła sobie więcej kawy. Siadając, zerknęła na telefon
leżący na stole w salonie. Może powinna chociaż wysłać Vincentowi
esemesa ze świątecznymi życzeniami? Pytanie, co on z nich wyczyta. Ale
ze słów "wesołych świąt" byłoby chyba trudno wyczytać coś innego?
Wesołych świąt i tyle. Takie zwyczajowe życzenie wysyłane przyjaciołom.
Sięgnęła po telefon i zaczęła pisać. Skasowała. Znów napisała. I znów
skasowała. Napisała i dodała uśmiechniętą buźkę, ale zaraz zmieniła
zdanie. Vincent nie był osobą, do której się wysyła buźki. Wykasowała ją
i nacisnęła wyślij.
Ledwo Niklas Strömstedt skończył śpiewać, a już zaczęła żałować, że
wysłała tego esemesa.
ŚNIEG PADAŁ OD tygodnia. Posesja
Vincenta i drzewa wokół domu w Tyresö wyglądały, jakby je pokryła gruba
warstwa waty. W dzieciństwie uwielbiał śnieg, ale z wiekiem mu przeszło.
Możliwe, że miało to coś wspólnego z szuflą, którą właśnie trzymał w rękach. Śnieg przestał być fajny, kiedy człowiek musiał sobie sam z nim
radzić.
W dodatku czuł się mocno połamany po nocnej podróży nightlinerem, jak
nazywano autobusy z miejscami do spania, ze Scalateatern w Karlstad.
Zasnął dopiero, gdy autobus przyjechał do Sztokholmu o czwartej nad
ranem i zaparkował na Barnhusbron5, między innymi
autobusami zjeżdżającymi z tras koncertowych w środku nocy i zatrzymującymi się na tym moście. Przez trzy godziny udało mu się tam
pospać, a potem zaspany pojechał do domu taksówką.
Vincent zerknął na okno kuchenne, przez które widział swoją rodzinę
siedzącą przy śniadaniu. Obiecał, że przed wyjściem Astona i Rebecki do
szkoły odgarnie śnieg ze ścieżki od drzwi wejściowych. Wbił szuflę i nabrał tyle śniegu, ile zdołał, a potem rzucił go na trawnik znajdujący
się gdzieś pod grubą warstwą tej bieli. Otworzył się przed nim uwolniony
od śniegu prostokącik. Na początek. Uzmysłowił sobie wyraźnie, ile mu
zostało.
Wyprostował się i złapał się za plecy. Wydychane powietrze zrobiło się
białe, bo ścisnął porządny mróz. Śnieg pojawiał się na ogół dopiero w styczniu, jeśli w ogóle. Na tej szerokości geograficznej była to raczej
plucha, jednak w tym roku wszystko wskazywało, że zima będzie
najbardziej śnieżna i najmroźniejsza od lat. Na jego posesji śnieg miał
grubość co najmniej dwudziestu centymetrów. A minęła dopiero połowa
grudnia. Patrzył, jak śnieżny puch zasypuje ponownie jego ładny
prostokącik.
Syzyf.
Był Syzyfem.
Westchnął, podchodząc do drzwi wejściowych, gdzie oparł szuflę o ścianę.
Dzieciaki będą musiały iść do szkoły, brnąc przez śnieg. Nie zdążył
otworzyć drzwi, gdy wybiegł stamtąd Aston w kombinezonie.
-?Napadało jeszcze więcej! -?krzyknął. -?Uwielbiam śnieg!
Rzucił się na plecy i zaczął robić orła, zupełnie nie zwracając uwagi na
zimno.
-?Tato, moglibyśmy po południu zbudować śnieżny szałas? Albo igloo!
Proooszę!
Vincentowi stanął przed oczami obraz z lat dzieciństwa, kiedy się bawił
w śnieżnych szałasach. A raczej przed nimi, bo "szałas" był po prostu
wąskim tunelem w stercie śniegu na podwórku. Wzdrygnął się. Nigdy nie
dał rady wejść do takiego tunelu. A jednak rozumiał, jaką atrakcją było
budowanie swego własnego świata. Wszyscy do pewnego stopnia budujemy
swój świat, przynajmniej mentalnie, ponieważ nasze rzeczywistości różnią
się od siebie, ale...
-?Tato? -?Aston stał przed nim. -?Masz śnieg na mózgu, czy co?
Vincent zamrugał powiekami. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś, że do
zbudowania szałasu potrzeba znacznie więcej śniegu, ale w drzwiach
stanęła Maria.
-?Nie będzie żadnego szałasu ze śniegu -?powiedziała zdecydowanie,
krzyżując ramiona na piersi. -?Mógłby się zawalić, co grozi śmiercią. I dlaczego, na miłość boską, odgarniasz śnieg w skórzanych rękawiczkach i płaszczu Hugo Bossa? Nie mógłbyś jak normalni ludzie nosić jakichś
praktycznych okryć zimowych?
Oczywiście miała rację. Zarówno co do ubrań, jak i co do szałasu.
Vincent nie miał w swojej garderobie puchówki i czapki z pomponem, jaką
teraz wydawali się nosić wszyscy, a szałas można przecież zbudować w taki sposób, żeby się nie zawalił. Tylko należało wyjść od sześciokątów,
jak Buckminster Fuller, albo bloki śniegu oprzeć na konstrukcji łuku,
rozkładającej ciężar między bloki. Gdyby tylko było więcej śniegu, żeby...
Zobaczył spojrzenie Marii i chrząknął.
-?Mama ma rację -?powiedział. -?A do budowy igloo potrzebowalibyśmy
lodu.
-?Jak fajnie! -?odparł Aston i znów się położył na śniegu. -?Możemy
sobie zrobić w zamrażarce!
-?No więc zamrażarka ma pojemność dwustu siedemdziesięciu ośmiu litrów -
powiedział Vincent. -?Rozłożoną na siedmiu półkach. Zewnętrzne wymiary
igloo powinny...
Usłyszał, jak Maria chrząka znacząco.
-?Zamrażarka jest za mała -?dodał. -?Właśnie, gdzie twój plecak?
Maria westchnęła i weszła do domu po plecak. Aston usiadł i zaczął lepić
śnieżkę. Vincent domyślał się, dla kogo jest przeznaczona.
-?Idę po kluczyki do auta, żebyśmy w końcu pojechali -?powiedział,
odwracając się.
Śnieżka trafiła go, zanim zdążył wejść za próg. Aston za jego plecami aż
ryczał ze śmiechu.
Maria spakowała do plecaka zmianę ubrań dla Astona.
-?Nawiasem mówiąc -?odezwał się Vincent -?próbowałem dodzwonić się do
twojej siostry, żeby się dogadać, co z dziećmi w święta, ale jakby miała
odcięty telefon. I to od wielu dni. Nie wiesz, czy wyjechała albo co?
Maria zdecydowanym ruchem wcisnęła do plecaka parę długich kalesonów.
-?Nie rozmawiam z Ulriką od wieków -?odpowiedziała ostro. -?Sam pilnuj
spraw związanych z twoją byłą żoną.
-?No właśnie próbuję -?odparł. -?To aż niepodobne do niej.
Poszedł do kuchni po kluczyki. Przy okazji wyjął telefon i zadzwonił do
Ulriki.
Bez odpowiedzi, tak samo jak przedtem.
Napisał esemesa z prośbą o kontakt. Do Wigilii zostało w końcu tylko
parę dni.
Zobaczył również, że Mina przysłała mu esemesa. Krótkie życzenie
wesołych świąt. Nie bardzo wiedział, co na to odpowiedzieć. Odczytał
tę wiadomość jak wyzwanie, jakby prosiła go o zdefiniowanie ich relacji.
Osiągnęli w niej pewien balans i równie dobrze mogło się bujnąć w obie
strony. Jeśli odpowie tak samo krótko, potwierdzi tym samym, że łączy
ich jedynie powierzchowna uprzejma relacja, nic innego. Gdyby zaś
skontrował w sposób bardziej osobisty, to da wyraźnie do zrozumienia, że
chciałby czegoś więcej niż koleżeństwa. Co z kolei otworzyłoby puszkę
Pandory pełną pytań, czego chciałby od ich relacji.
Wesołych świąt.
Cholera jasna.
Postał jeszcze trochę, a potem wyłączył telefon i schował do kieszeni.
Później jej odpowie, jak będzie miał więcej czasu na zastanowienie.
-?Tato, idziesz w końcu? -?zawołał sprzed domu Aston. -?Bo się spóźnię!
-?Już! -?odkrzyknął.
Przez pół sekundy zastanowił się, czy może powinien zadzwonić do miejsca
pracy Ulriki, żeby sprawdzić, czy nie jest chora. Maria miałaby wtedy
niejedno do powiedzenia na temat jego troski o jej siostrę. Ulrika
odezwie się, kiedy będzie mogła.
Zgarnął kluczyki z blatu, ale przed wyjściem przeszedł jeszcze koło
swojego gabinetu, upewniając się, że jest zamknięty na klucz. Od
jakiegoś miesiąca zaczął go zamykać z troski o rodzinę. Gdyby któreś z nich zobaczyło, co jest w środku, zrodziłoby to pytania, na które
Vincent nie miał odpowiedzi. W dodatku by się wystraszyli. Prawie równie
mocno jak on.
-?PEWNI SĄ, że to ludzkie kości?
Mina zmusiła się do głębokiego spokojnego oddychania. Niewiele było
miejsc, w których przebywałaby z jeszcze większą niechęcią. W ciemnych
brudnych tunelach będących częścią sztokholmskiego metra. W dodatku
panowało tu lodowate zimno. Mina zazwyczaj lubiła zimno, ale są granice.
Ich oddech przybierał postać białych dymków, musiała objąć się
ramionami, żeby odzyskać nieco ciepła.
-?Tak, technicy są pewni, mają tam ekspertkę od osteologii -?odparł Adam
i zdusił ziewnięcie. -?Znaczy od kości. Zna się na rzeczy. W przeciwnym
razie nie musielibyśmy tu przychodzić bladym świtem. O tej porze
zazwyczaj się dopiero budzę.
Sądząc po jego głosie, domyślała się, że Adam też nie jest obojętny na
te klaustrofobiczne tunele.
-?I na pewno wstrzymali ruch pociągów na tym odcinku? -?upewniła się,
stawiając w świetle latarki krok za krokiem.
Coś przebiegło szybko przed jej stopami. Nie zdążyła zobaczyć, co to
było, ale też nie powstrzymała okrzyku.
Zacisnęła szczęki i zmusiła się do posuwania naprzód, chociaż serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. W oddali ujrzała więcej światła, ludzi
i ruch. Pomogło jej to zdystansować się od okropieństw czających się w ciemności i skupić na czekającym zadaniu.
-?Dzień dobry, Mino. I Adamie -?odezwał się, kiwając im głową, kierujący
zespołem techników. -?Chociaż trudno nazwać go dobrym.
Wskazał na stertę czegoś, pewnie żwiru, ale teraz w większości
odgarniętego przez techników. Na miejscu został stos kości.
-?To zdecydowanie są kości ludzkie. Na oko wszystkie wydają się
pochodzić od jednego człowieka, ale potwierdzi to dopiero antropolog
sądowy po ułożeniu ich na stole w odpowiednim porządku.
Zacierając ręce zmarznięte w tym zimnie, Mina patrzyła na leżący na
ziemi stos. Wyglądał prawie jak ołtarz. Kości zostały ułożone porządnie,
symetrycznie, z umieszczoną na czubku czaszką. Jakby chodziło o rytuał,
chociaż Mina starała się nie uwięznąć za bardzo w tym wrażeniu. Na tym
etapie dochodzenia przyjmowanie założeń tego rodzaju mogłoby być
niebezpieczne. Szczerze powiedziawszy, nawet się zdziwiła, że zadanie
zostało przydzielone jej zespołowi. Stare kości to raczej nie ich
działka. Przyjęła, że widocznie ze względu na okoliczności, w jakich
zostały znalezione, zakwalifikowano sprawę do tych niezwyczajnych.
-?Da się je zidentyfikować? -?spytała, odsuwając się o krok, żeby zrobić
miejsce dla Adama.
Pilnowali się i nie podchodzili za blisko, żeby nie zanieczyścić miejsca
zbrodni. Odruchowo się rozejrzała, chociaż wiedziała, że raczej nie
powinna tego robić. Lampy oświetlały sporą część terenu. Znów poczuła
przypływ paniki. Wszędzie leżały śmieci, a w cieniu dostrzegała jakiś
ruch. Pewnie szczurów, pomyślała i wzdrygnęła się.
Nie po raz pierwszy była w tunelu metra. Jako młoda policjantka kilka
razy musiała tam zejść podczas pościgu za jakimś podejrzanym. Wiedziała
też, że są ludzie, którzy tu mieszkają. Żyjący w cieniu, z dala od
świata, chowający się przed rzeczywistością. Nie potrafiła wyobrazić
sobie, jakie to musi być życie.
Technik zwrócił się do niej, więc Mina zmusiła się, żeby skierować uwagę
na niego, nie na to, co się ruszało w ciemności poza zasięgiem światła
reflektorów.
-?Nie znaleźliśmy niczego, co by pozwoliło na identyfikację. Żadnych
ubrań czy dokumentów. Może wśród śmieci będą ślady DNA ewentualnego
sprawcy, zbierzemy do analizy wszystko, co się da, w dużym promieniu
wokół tych kości. Wydaje mi się jednak, że jeśli coś znajdziemy, będzie
to pochodzić od "artysty", który zaalarmował nas o znalezisku. W każdym
razie w czaszce zostały zęby, co powinno ułatwić identyfikację. A na
jednej kości udowej jest ślad poważnego wieloodłamowego złamania, które
się potem zrosło.
-?Złamanie kości udowej... -?powiedziała w zamyśleniu Mina. -?Więc mówisz,
że te kości leżą tutaj... od jak dawna?
-?Trudno powiedzieć. Ustalenie tego będzie należało do Mildy, ale chyba
co najmniej kilka miesięcy. Nie wyglądają na zbyt nowe. Ale strzelam w ciemno. To, jak powiedziałem, zadanie dla Mildy -?odparł technik.
Mina zerknęła na Adama, żeby sprawdzić, czy ma to samo skojarzenie. Adam
zmarszczył czoło, wpatrując się w stos kości. Nagle w jego wzroku
pojawił się błysk i zwrócił się do niej.
-?Podejrzewasz, że to...
-?Właśnie -?odpowiedziała Mina. -?Dzwonię do Julii.
Patrzyli w milczeniu na kości. Jeśli, jak podejrzewali, istotnie były to
szczątki pewnej osoby, w mediach rozpęta się prawdziwa burza. I pojawi
się mnóstwo nowych pytań.
RUBEN OBUDZIŁ SIĘ zlany zimnym potem.
Miał sen, w którym widział twarz Pedera. Ostatnio to się powtarzało.
Peder miał w tym śnie szarą cerę i brakowało mu większej części
potylicy. Jednak nie to było najgorsze, tylko jego oczy patrzące
znacząco prosto na Rubena. Właśnie to spojrzenie go obudziło. Peder nie
musiał nic mówić, bo Ruben i tak wiedział, o co chodzi.
Koniec może przyjść w każdej chwili.
Przestroga Pedera. Życie mogło potoczyć się na dwa różne sposoby. Oba
straszne. Z jednej strony mogło zakończyć się nagle, zanim Ruben będzie
na to przygotowany. Z drugiej strony, jeśli nie zakończy się nagle,
będzie to oznaczało, że Ruben się zestarzeje. Będzie się starzał z każdym dniem. Odetchnął głęboko i przesunął dłonią po twarzy. Coś
okropnego. To nawet jeszcze gorsze.
W ciemności ktoś się poruszył, zaszeleściła pościel obok. Kurde.
Została. Na tym polegał problem, kiedy ściągał sobie do domu taką młodą.
Te po trzydziestce przynajmniej rozumiały, że dla obojga będzie lepiej
obudzić się we własnym łóżku, we własnym mieszkaniu i więcej się już nie
spotkać. Młode nie bawiły się w to jeszcze zbyt długo i myślały, że
fajnie będzie zostać, żeby rano się jeszcze nacieszyć sobą. Miały jakieś
romantyczne wyobrażenia o wspólnym śniadaniu i innych głupotach tego
rodzaju. Prawda była taka, że przyglądanie się sobie w świetle dnia
nigdy nie było dobrym pomysłem.
Zwłaszcza że to światło ujawniało jego wiek.
Ruben zerknął na zegar w telefonie i zaklął w duchu. Wczoraj jakimś
cudem wyłączył budzik i właśnie spóźniał się do pracy. W dodatku późnym
wieczorem odezwała się do niego Julia w sprawie jakiegoś znaleziska.
Ponoć w metrze, i to dokładnie w momencie, kiedy udało mu się wyrwać
panienkę przed Riche. Dobra, na razie niech się tym zajmą inni.
W tym momencie dostał skurczu w lewej łydce i musiał zagryźć wargi, żeby
nie krzyknąć z bólu. Podciągnął nogę, chcąc ją rozmasować ostrożnie i nie obudzić śpiącej obok kobiety. Uderzył kilka razy w mięsień, który
był twardy jak kamień. Skurcze zaczęły pojawiać się od pewnego czasu.
Jeśli wieczorem wypił za mało wody, łapały go rano z powodu odwodnienia.
Jeśli z drugiej strony napił się tyle ile trzeba, to potem musiał jak
stary dziad wstawać w nocy po dwa, trzy razy, żeby się wysikać.
Stary, stary, stary.
Jego córka Astrid pewnie nie będzie już miała taty, kiedy osiągnie wiek
nastolatki.
Westchnął. Wiedział, że jest żałosny. Nie tylko dlatego, że nie chciał
się zestarzeć, ale również z tego powodu, że wrócił do zwyczaju
polowania na kobiety. Kiedy się do tego przyznał swojej terapeutce
Amandzie, zrobiła minę, jakby miała ochotę wymierzyć mu policzek. Ale co
miał zrobić? Amanda była wciąż młoda, nie potrafiła go zrozumieć.
Sięgnął do stolika nocnego i wziął stamtąd dwie kapsułki. Tak zwane
suplementy diety, które znalazł w sieci, a miały pomagać zarówno na
potencję, jak i podniesienie produkcji testosteronu. Podejrzewał, że to
oszustwo, a jednak zapłacił za roczny abonament. Tak na wszelki wypadek.
Sześćset koron miesięcznie. Połknął kapsułki i podniósł kołdrę, żeby
przyjrzeć się tej osobie. Leżała na boku, jej nagie biodro znajdowało
się zaledwie dziesięć centymetrów od niego. Spotkał ją u "wodopoju",
czyli na Stureplan6, gdzie znów zaczął zaglądać. Wracał do
domu po nieudanym wieczorze, kiedy zobaczył ją palącą papierosa na
chodniku. Podszedł i spytał, czy lubi mundury. Podziałało, całkiem
inaczej niż poprzednio w barze, choć to obciach.
Położył rękę na gładkim biodrze i poczuł żywe ciepło jej skóry. Był
prawie pewien, że na imię jej Emmy. Chyba że Emily. Coś z y na końcu.
Głaskał to biodro, dziewczyna poruszyła się w jego stronę. Julia
poczeka, a Amanda może sobie mówić, co chce. Życie jest za krótkie. I jak mu noc w noc wyraźnie przekazywał Peder: nigdy nie wiadomo, kiedy
będzie już po wszystkim.
VINCENT SIEDZIAŁ w swoim gabinecie.
Regał za jego plecami stał się w ostatnich latach mniej półką na
książki, a bardziej wystawą. Odkąd się rozeszła wieść, że Mistrz
Mentalista dwa i pół roku temu uczestniczył w rozwiązaniu zagadki z Jane, pełni entuzjazmu fani przysyłali mu do rozwiązania puzzle, rebusy
i zagadki. Jakby zakładali, że nie ma dla niego nic fajniejszego od
rozwiązywania łamigłówek. Jednak fakt, że wtedy omal nie zginął, nie był
powszechnie znany.
Zresztą ludzie nie mylili się tak bardzo, bo Vincent rzeczywiście lubił
rozwiązywanie zagadek. Pod warunkiem że miał czas. Często były łatwe,
miały na przykład postać listu pociętego na kawałeczki. Inne były
bardziej ambitne. Pewien anonim przysyłał mu najbardziej zagadkowe
mroczne puzzle i łamigłówki, jakie Vincent widział kiedykolwiek. Nie
były jego autorstwa, ale wydawały się pochodzić z różnych stron świata.
Nadawca wyraźnie znał się na rzeczy. Wiadomo było, że to ta sama osoba,
bo za każdym razem dołączał odręczną wiadomość, która często była
kolejną zagadką.
W tym momencie jego uwagę zajmowały jednak zupełnie inne puzzle.
Mianowicie te, które umieścił na ścianie nad biurkiem. Był to swego
rodzaju mindmap, jak w mieszkaniu u Miny, kiedy pierwszy raz pracowali
razem. Kolaż składający się z tropów, które ewentualnie mogłyby wyjaśnić
jakiś kontekst czy odsłonić ukryty jeszcze schemat. Na ścianie u Vincenta nie było jednak zdjęć ani notatek, tylko przedmioty
poumieszczane na osi czasu, a pod każdym z nich notatka na karteczce
przylepnej.
Właśnie dlatego nikomu z rodziny już nie wolno było wchodzić do jego
gabinetu. Głupio byłoby, gdyby pomyśleli, że stracił rozum do reszty. A jeszcze gorzej, gdyby zrozumieli, co oznacza ta oś czasu. Bo dla
Vincenta sens tego, co znajdowało się na ścianie, był jasny: ktoś życzy
mu źle.
Nie chciał widzieć wroga w tym kimś. Swoją nemezis? Nie, to byłoby
jeszcze gorzej. Może swój cień? Hm, czemu nie. Za każdym razem, gdy
dostawał nową przesyłkę pocztą, budził się mieszkający w nim cień. A właściwie już nie mieszkający w nim, tylko objawiający się w prawdziwym
świecie i terroryzujący go.
W dodatku cień ma ten sam kształt co osoba, która go rzuca, choćby był
zdeformowany. A nadawca przedmiotów na ścianie zdawał się doskonale
wiedzieć, jak rozumuje Vincent. Jakby pochodziły od koszmarnej wersji
jego samego. Vincent kiwnął głową. Cień to odpowiednie określenie.
Na lewym końcu osi czasu znajdował się stary zalaminowany wycinek z "Hallandsposten" ze zdjęciem Vincenta jako dziecka i majaczącą w tle
skrzynią, w której umarła jego mama.
MAGIA ZAKOŃCZONA TRAGEDIĄ!
Czytał ten tytuł więcej razy, niżby mógł zliczyć. Ktoś przysłał ten
wycinek Rubenowi dwa i pół roku temu, co uczyniło z Vincenta głównego
podejrzanego w dochodzeniu dotyczącym morderstw na Tuvie, Agnes i Bobbanie. Za którymi, jak się okazało, stała jego zaginiona siostra. Z początku myślał, że wycinek przysłała również Jane, ponieważ jej plan
był taki, aby uczynić z niego odpowiedzialnego za ich śmierć. Jednak to
nie była ona. Tak czy inaczej, wypłynęła na powierzchnię przeszłość
Vincenta. Przeszłość, do której przez tyle czasu nie odważył się wracać.
Policji ledwo udało się przeszkodzić temu, żeby stała się wiedzą
publiczną.
Pod wycinkiem znajdowały się sklejone puzzle w kształcie klocków tetris,
które zaczęły przychodzić pocztą wkrótce po śmierci jego siostry. Puzzle
składające się z anagramów słów gazetowego tytułu, które w zawikłany
sposób utworzyły razem słowo WINNY. Myślał, że przysyłała je Nova, chcąc
odwrócić jego uwagę od wydarzeń w Epicurze. Nova, która w swoim
nauczaniu wyszła od swego przewlekłego bólu i omal nie zabiła Nathalie.
Jednak po konfrontacji z Novą tuż przed jej śmiercią Vincent zdał sobie
sprawę, że musiały przyjść od tej samej osoby, która przysłała wycinek
Rubenowi.
Od jego Cienia.
Obok sklejonych puzzli znajdowała się kartka świąteczna dołączona do
ostatnich kawałków układanki tetris. Kartka z niepokojącą wiadomością. W ciągu czterech miesięcy, które minęły, odkąd ją dostał, wciąż nie
udawało mu się rozwiązać zagadki.
Widać, że się nie uczysz. Mam dość czekania.
Nie zrzucaj winy na nikogo innego. Mogłeś wybrać inną drogę, a jednak
tego nie zrobiłeś. A więc dotarliśmy do twojej omegi. Początku twego
końca.
PS Gdybyś się zastanawiał, dlaczego już teraz dostajesz te puzzle, to
omega, jak wiesz, jest 24. literą greckiego alfabetu. A 24 dzielone
przez dwa -?ty i ja -?to oczywiście 12, co daje 24/12, czyli Wigilię.
Awansem życzę wesołych świąt.
Po otrzymaniu wiadomości na temat omegi, jego sugerowanego końca,
Vincent natychmiast zaczął poszukiwanie początku, czyli swojej alfy.
Jeśli go znajdzie, może uda mu się zrozumieć, co ma być końcem. Żeby móc
się bronić.
Nie potrzebował wiele czasu, by go odnaleźć -?i znów znajdował się w starym wycinku. A nawet na samym zdjęciu. Jego Cień odrysował kontury
skrzyni w taki sposób, że te linie utworzyły A. Czyli alfę.
To, co miało się skończyć, zaczęło się właśnie tam.
W gospodarstwie w Kvibille.
Z mamą.
Gdy przestał być Vincentem Bomanem i stał się Vincentem Walderem.
Zamiast końca, którym mu zagrożono, zaczął jednak dostawać pocztą
prezenty. Prezenty pod choinkę, chociaż nie było świąt. Pierwszy
przyszedł latem, wkrótce po zakończeniu dochodzenia w sprawie Epicury. W paczce znajdował się winylowy singiel z nieznaną mu grupą rapową
Renegades i piosenką zatytułowaną Alpha Omega.
Umieścił płytę na ścianie, na prawo od wycinka, przyczepiając wszystkie
rogi okładki masą klejącą. Pod nim umieścił karteczkę z informacjami,
które znalazł na temat tej edycji. Nie było tego wiele. Piosenka wyszła
w 1987 roku nakładem Coolaid Records, singiel miał czerwoną etykietkę.
Wydawało się, że grupa nagrała tylko tę jedną piosenkę, a rapowy tekst
również nic mu nie mówił.
Miesiąc później, we wrześniu, dostał następny prezent pod choinkę z kolejną płytką. Tym razem był to album Led Zeppelin Alpha & Omega.
Okazało się, że to unikat, pirackie nagranie live składające się z czterech longplayów, praktycznie niemożliwe do zdobycia. Płyty wyjął,
puste pudełko przykleił do ściany.
Z poprzednią płytą łączyło je oprócz tytułu jeszcze jedno. Mianowicie
też były wydane w 1987 roku.
Vincent wiedział doskonale, co się kryje za tymi cyframi. Przypomniała
mu o tym jego siostra Jane, kiedy doprowadziła go do strony książki o numerze 873. Ósmy lipca godzina trzecia. Ostatnie lato mamy. Miał wtedy
siedem lat i na kocu w ogrodzie wykonywał rozmaite sztuczki.
87 oznaczało ósmy lipca.
Dzień urodzin mamy.
W gospodarstwie w Kvibille.
Znów.
Na prawo od płyt przyczepił prezent październikowy. W paczce znajdował
się samochodzik zabawka, a ściślej niemiecki samochód policyjny marki
Opel Omega. Tym razem bez jakiejś Alfy. Ople omegi zaczęto sprzedawać w 1987 roku. A samochodzik był oczywiście w skali 1:87.
Mama.
Skrzynia.
Iluzje.
WINNY.
W listopadzie jego ofiarodawca zarzucił domyślnik z alfą i omegą dla aż
nazbyt znaczącego prezentu. Było to pudło do przygotowywania iluzji.
Ściślej mówiąc, The Great Houdini Magic Starter Set -?używane, ale w dobrym stanie. Tym razem Vincent nie musiał nawet googlować, za przekaz
wystarczył sam przedmiot.
Harry Houdini był iluzjonistą, królem ucieczek. Największą sławę zyskał
dzięki wydostaniu się z wypełnionego wodą zasobnika, tego samego rodzaju
jak zbiornik, w którym Vincent z Miną omal nie zginęli na farmie norek u Jane i Kennetha. Odnośnik do Houdiniego był oczywisty również jako
aluzja do jego mamy i skrzyni, z której nie udało jej się wydostać.
Odwracając podniszczone pudło do iluzji z nazwiskiem Houdiniego,
wiedział z góry, co będzie napisane na etykiecie. Nie zdziwił się, że
data produkcji to rok 1987.
Potem już nie było więcej prezentów. Zresztą wcale ich nie chciał. Bo
jego cień już pół roku temu napisał mu o dniach, które się właśnie
zbliżały.
Omega... 24. litera greckiego alfabetu... 24 dzielone przez dwa -?ty i ja -
to 12... 24/12... Wigilia... awansem życzę wesołych świąt.
Ty i ja.
Wigilia.
Dziś jest osiemnasty. Zostało tylko sześć dni do Wigilii. Wtedy ma się
zacząć to -?cokolwiek -?o co chodzi tamtemu. Jego omega. A Vincent nadal
nie wiedział, co to znaczy.
Znów spojrzał na prezenty przyczepione do ściany.
Coolaid Records. Ekspertka, którą odwiedził wraz z Miną, żeby dowiedzieć
się więcej o sektach, powiedziała im, że członkowie sekty w Jonestown
popełnili zbiorowe samobójstwo, pijąc zatruty sok z winogron marki
Kool-Aid. Dość podobnie do tego, co zwolennicy Novy zrobili w gmachu
szkoły Östra Real w Sztokholmie.
Piracki album, który w zasadzie był nie do zdobycia. Ktoś wiedział
zatem, że Vincent zbiera płyty winylowe, chociaż rodzaj muzyki nie był
może jego ulubionym.
Autko policyjne. Zakładał, że to aluzja do Miny.
Pudło do zabawy w iluzje dla dzieci. Czyli cień wiedział, że Vincent w dzieciństwie uwielbiał robienie sztuczek, a jako dorosły człowiek był
bliski utopienia się wraz z Miną w wodnym zbiorniku Houdiniego.
Związek był wyraźny. Ktokolwiek krył się za tym wszystkim, był to ktoś,
kto nie tylko doskonale znał życiorys Vincenta, ale również miał
szczegółowe informacje o jego współpracy z policją.
Naprawdę powinien porozmawiać o tym z Miną. Należało to zrobić dawno
temu, ale coś mu w tym przeszkadzało, tym bardziej odkąd pół roku temu
otrzymał wiadomość dołączoną do puzzli tetris. Jakiś głosik szeptał mu,
że może zasłużył na to, co go spotka. Że Cień miał rację i jednak był
winny w jakiś sposób.
Pytanie: winny czego?
-?I JAK CI POSZŁO w tunelach?
Współczujący ton Lokego, asystenta Mildy, najpierw ją zirytował, ale
potem tylko wzruszyła ramionami. Musiała pogodzić się z tym, że jej...
szczególne zachowanie jest tematem rozmów.
-?Potrafię odciąć się od swoich lęków, kiedy pracuję -?odparła krótko
Mina.
Loke chyba zrozumiał.
-?To trochę tak jak w naszej pracy -?powiedział. -?Dystansujemy się,
choć nie na tyle, by zapomnieć, że na stole sekcyjnym leży przed nami
człowiek. Ale dość, żeby móc zrobić to co trzeba i nie dać się
obezwładnić emocjom.
-?Właśnie tak -?stwierdziła Mina i uśmiechnęła się.
Była to najdłuższa rozmowa, jaką kiedykolwiek przeprowadziła z milczącym
zazwyczaj asystentem Mildy.
-?Ona zaraz tu będzie, słyszałem, jak rozmawia przez telefon ze swoim
byłym mężem -?wyjaśnił przepraszającym tonem Loke, rozkładając starannie
narzędzia na sterylnej blaszanej tacce.
-?Nie szkodzi. Mogę zaczekać -?odpowiedziała Mina, przyglądając się z fascynacją długim szczupłym palcom Lokego, który grupował te narzędzia z wojskową precyzją.
W białym pomieszczeniu zapadła krępująca cisza, którą Mina desperacko
próbowała jakoś przerwać.
-?Jakie masz przed sobą perspektywy kariery? Następnym krokiem będzie
stanowisko lekarza sądowego?
W duchu sklęła samą siebie. Przemówiła niczym doradczyni do spraw wyboru
kierunku nauki, zwracająca się do naburmuszonego nastolatka. Loke
uśmiechnął się przelotnie, odkładając ostrożnie skalpel.
-?Zazwyczaj tak to wygląda -?odparł.
Z podziwem patrzyła, jak odkłada narzędzia jedno po drugim i żadne nawet
nie brzęknie o metal.
-?Jednak istnieje pewna przeszkoda dla moich ambicji zawodowych.
Mianowicie taka, że jestem zadowolony z tego, co mam.
Wzruszył ramionami. Mina przyglądała mu się teraz z większym
zainteresowaniem niż przedtem. Było to słowo, które nieczęsto słyszała.
Zadowolony.
-?Dla mnie jest dobrze, jak jest, zatem jakakolwiek zmiana w tym
równaniu oznaczałaby naruszenie tego mojego balansu życiowego. Lubię
moją pracę, nie muszę dążyć do podniesienia swojego statusu społecznego
ani finansowego... pewnie wiesz z plotek, że jestem dość majętny dzięki
spadkowi, który dostałem. Majętny asystent sądowego patologa. W oczach
innych jestem dziwolągiem, stąd pewnie te plotki. A ja mam to, na czym
mi zależy w życiu. Jest to dane niewielu ludziom. Zadowolenie.
Umiejętność docenienia tego postrzegam jako dar. Ambicja tylko
pokrzyżowałaby mi szyki.
Mina nie odpowiedziała, całkowicie pochłonięta tym, co powiedział Loke,
nie mówiąc o fakcie, że wypowiedział do niej kilka zdań, jedno po
drugim. Używając do tego zabawnie wzniosłych słów. W dodatku
najmądrzejszych, jakie słyszała od dawna. Co skłoniło ją do
zastanowienia się, na ile ona sama jest zadowolona. Z życia. Ze swojej
egzystencji.
-?Te kości są zaskakująco ładne -?zauważył Loke, patrząc z podziwem na
leżący przed nim szkielet.
Mina zastanawiała się nad odpowiednim komentarzem, ale nie potrafiła nic
wymyślić. A Loke pokazywał palcem, mówiąc dalej.
-?Spójrz. Są zupełnie czyste. Żadnych biologicznych pozostałości.
Całkowicie usunięta tkanka mięśniowa. Bardzo to niezwykłe. I trochę
dziwne, ja...
-?Cześć! Przepraszam za spóźnienie. Było... trochę zamieszania, którym się
musiałam zająć. Ale już jestem! Słyszałam, że masz jakąś teorię na temat
tożsamości tego człowieka z tunelu, tak? Szybka jesteś.
Milda weszła i zajęła miejsce Lokego przy tacce z narzędziami. Loke
ulotnił się dyskretnie. Mina zaczęła pokazywać kości rozłożone na
metalowych noszach.
-?Spójrz. Pęknięcie w kości udowej. Otóż od czterech miesięcy jest
zaginiony pewien znany człowiek. To Jon Langseth, który parę lat temu
miał głośny wypadek, gdy podczas wchodzenia na Mount Everest upadł i złamał nogę.
-?Hm, no właśnie, pamiętam. Zdaje się, że nie obyło się bez
kontrowersji, bo podczas ściągania go w dół zginął jakiś Szerpa?
-?Właśnie. Temat powrócił, gdy gazety zaczęły się rozpisywać o zaginięciu Langsetha. A więc kiedy w tunelu metra zobaczyłam pęknięcie
na kości udowej, od razu mi się skojarzyło z Langsethem. Mogę się mylić.
Wielu ludzi łamie nogi. Ale chyba warto zacząć od tego końca?
Milda przytaknęła.
-?Słyszę, co do mnie mówisz. Zacznę od skontaktowania się z odontologiem
sądowym, niech przyjdzie i zrobi zdjęcia zębów, to zobaczymy, czy będzie
zgodność z jego kartą stomatologiczną. Ja przez ten czas zbadam kości,
może znajdę coś więcej.
-?Bardzo dobrze. Wiesz, gdzie mnie szukać.
-?W przeciwnym razie wkrótce znów tu zapukasz -?zaśmiała się Milda,
chociaż śmiech nie objął jej oczu.
Wyglądała na zmęczoną i Mina już była bliska spytania jej, czy wszystko
w porządku. Powstrzymała się jednak. Krępowały ją prywatne sprawy
innych. Zamykając drzwi za sobą, zdążyła jeszcze zauważyć, jak Milda
przez chwilę opiera się ciężko o nosze, ale zaraz się otrząsa i sięga po
jednorazowe rękawiczki.