10 czerwca (14.42)
Vera Mattson zmęczonym gestem przeciągnęła dłonią po szerokim czole. Farbowane włosy, zebrane na karku w nieporządny węzeł, nie były już intensywnie czarne: przetykały je srebrne nitki i znaczyły brązowe odrosty.
Siedziała na malowanym stołku kuchennym, ściskając w dłoniach kubek z kawą, i wyglądała przez szparę między firankami. Zerknęła na garaż z falistej blachy, wzdłuż którego rósł gęsty i ciernisty żywopłot z berberysu poprzerastany powojem. Obok niej na stole leżała zmięta, szara od brudu ściereczka. Farba z parapetu zaraz odpadnie. Dzisiaj na dworze nie było policji ani węszącego, powiewającego ogonem owczarka na naprężonej smyczy. Chyba skończyli już tutaj dochodzenie?
Popatrzyła na żółty dom po drugiej stronie ulicy. Łodygi pnących róż okryła świeża zieleń liści, pąki lada moment miały rozwinąć się czerwienią na żółtej ścianie. Córka sąsiadów i jej trochę przysadzista przyjaciółka o rudych włosach znowu skakały na batucie. Ich histerycznie ostre głosy napływały przez szczelinę w oknie. Widziała niewyraźnie dwie skaczące sylwetki - góra, dół, góra, dół. Migały nad i pod gałęziami, obwieszonymi kiśćmi niebieskoliliowego bzu. Dziewczynki miały na sobie dżinsy i jakieś krótkie bluzeczki, które odsłaniały połowę brzucha. Że też rodzice w dzisiejszych czasach nie dbają, żeby dzieci były porządnie ubrane. I dlaczego dziewczynki są w domu w środku dnia? Czyżby rok szkolny już się skończył? A może zatrzymano je ze względu na to, co przed tygodniem zdarzyło się z chłopcem?
Nagle dźwięk pojawił się znowu. Vera Mattson zatrzymała na chwilę w ustach łyk letniej kawy, nim go przełknęła. Coraz bliższy, irytujący dzwonek samochodu rozwożącego lody mieszał się z pokrzykiwaniem dziewcząt. Ta-ta. Ta-ta. Ta-ta. A potem zapadła cisza.
Samochód z lodami przyjeżdżał co poniedziałek i za każdym razem do głębi ją denerwował. Nie chodziło tylko o to, że monotonny dźwięk niemal zadawał jej fizyczny ból. Szło też o niepokój, jaki wywoływał. Napływający ludzie, wołania, hałas. Nie lubiła zakłóceń. Vera Mattson z lekkim stuknięciem odstawiła kubek na blat stołu i przyjrzała się swoim grubym palcom. Sytuacja mogła się zmienić w ciągu sekundy.
Zdjęcie chłopca, który zniknął tydzień temu, było wszędzie - w telewizji i we wszystkich gazetach. Zamknęła na moment oczy i zobaczyła dziecko z blond włosami, półotwartymi ustami i zbyt dużymi przednimi zębami. Była ostatnią, która go widziała.
Wstała, podeszła do pojemnika z chlebem i otworzyła go. Były tam tylko dwie piętki, tak więc musiała ruszyć do sklepu. Najgorsze, co mogło się jej przydarzyć. Problem stanowiła nadwaga. Vera Mattson nie lubiła spotykać się z ludźmi. I mimo że było lato, dalej chodziła w zimowym płaszczu. Właściwie nie był specjalnie gruby. Przede wszystkim - wytarty. Nosiła też skarpetki do spódnicy i używała starej nylonowej siatki na zakupy.
Sygnał samochodu z lodami rozległ się znowu.
- Nic się nie stało. Czuję się dobrze - powiedziała do siebie, zatykając uszy dłońmi.
Przeszła do wąskiego przedsionka i stanęła, przyglądając się swojej twarzy w wiszącym na ścianie lustrze, ze starości pokrytym ciemnymi plamami. Jej odbicie było tak pozbawione wyrazu i mało zachęcające, że najchętniej umknęłaby wzrokiem przed własnym spojrzeniem. Przez ostatnich dziesięć łat niewiele się zmieniła. Wszystko inne - tak, ale ona - nie.
Wielokrotnie powtarzała policjantom, że nie chce być w nic wmieszana. Ale nie dali jej spokoju. Nalegali, żeby opowiedziała wszystko, co wie. Przecież nic nie wie, odparła. Bo co by to miało być? Co niby miała wiedzieć?
Tłumaczyła ciągle od nowa to samo - że widziała tych trzech chłopców tego dnia. Że wołała za nimi, bo jak zwykle szli skrótem przez jej ogród. Bardzo to irytujące, zwierzyła się detektywom. Gdyby ją zapytali, powiedziałaby, że zwymyślała chłopców. Doprowadzali ją do szaleństwa tym wiecznym skradaniem się pod ścianami. Nie ma wątpliwości, że uwielbiali ją prowokować. Tego dnia, kiedy zniknął blondynek, otworzyła drzwi, wybiegła i krzyczała za nimi na cały głos, że teraz ma naprawdę dosyć, że pójdzie na skargę do ich rodziców i tak dalej. Dwóch z nich zdążyło przeleźć przez rozebrany płot na końcu ogrodu i zniknęło, zbiegając zboczem w stronę Oddenveien. Trzeci, blond półdiablę, zawahał się i stanął. A potem zawrócił. Jej pyskowanie poskutkowało. Wystraszony i zdezorientowany zatrzymał się parę metrów od niej, jakby mu nogi wrosły w ziemię. Trwało to zaledwie chwilę. Zerwał kiść bzu. Patrzyła wściekła, jak drobnymi dłońmi gniecie liliowe kwiatki. Jak rozciera je w palcach na miazgę i rzuca na ziemię.
Dziś mija dokładnie tydzień od tego dnia. Policja powiedziała jej, że przypuszczalnie jest ostatnią, która widziała Patrika ?ye. Oczywiście nie miała pojęcia, jak chłopiec się nazywa, dopóki policjanci nie zapukali do jej drzwi. Powiedziała im wszystko: że nie pobiegł za tamtymi dwoma, ale odwrócił się i wyskoczył za bramę, a potem pognał żwirowaną drogą w tym samym kierunku, z którego go przyniosło. Wtedy widziała go po raz ostatni. Zbyt duży czarno-beżowy tornister z ukośnym zielonym paskiem podskakiwał mu na plecach.
10 czerwca (15.16)
Signe Marie ?ye podniosła się na łokciu i pozostała w tej pozycji. Na stole stała szklanka wody. Obok niej leżała biała serwetka z brązową plamą tłuszczu. Wpatrywała się w zamknięte drzwi werandy i w niebo, które barwiło szybę błękitem. Silne letnie światło nachalnie i przygniatająco rozgrzewało godziny do białości.
Nagle znowu pojawiła się siostra i wzięła ją za rękę.
- Chodź - odezwała się. - Usiądź. Zrobiłam omlet.
Usta wydawały się suche i obce. Siostra cały czas nalegała, żeby jeść. Zadzwoniła przyjaciółka, obiecała przyjść i skosić trawę. Trawnik całkiem zarósł, bo wiosna była ciepła. Ale co tam trawa wobec tego, że Patrik zniknął.
Zmusiła się, by usiąść. Siostra postawiła przed nią talerz, przycupnęła obok na kanapie i zaczęła ją karmić. Wkładała jej do ust żółte kawałki. Signe Marie ?ye żuła powoli, jakby usta nie były jej.
Od dłuższego czasu nie sypiała. Tej nocy i poprzedniej też nie.
Wtem usłyszała samochód na drodze za oknem. Odwróciła głowę. Silnik przez chwilę pracował na wolnym biegu, potem wrzucono wsteczny i samochód się kawałek wycofał. Skręcił z powrotem na drogę i odjechał. A więc tym razem to też nie policja z informacją o Patriku. Nie było go już od tygodnia. Cały tydzień.
Powietrze ciężkie i nieruchome. Okno otwarte na oścież. Szum samochodów z autostrady E18 wlewa się jednostajnym strumieniem do pokoju i miesza z sygnałem nadjeżdżającego samochodu z lodami.
Setki razy przemierzyła jego drogę do szkoły, w obie strony. Uliczkami krążyło sporo osób - starsi państwo na spacerze, młode matki z wózkami, dzieci w wieku szkolnym, ludzie z psami na smyczy. Chodzili, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Kiedy spotykała kogoś znajomego, spuszczała głowę. Wielokrotnie podchodziła pod samą szkołę, stawała i przyglądała się budynkowi, schodziła w dół Selvikveien aż do końca, gdzie ulica nagle kończyła się dwoma rozległymi ogrodami. Gdzie zaczynał się tajny skrót.
Szła między słupami bramy i dzwoniła do drzwi brązowego domu. Mieszkała tam starsza pani, która, jak powiedziała policja, widziała go jako ostatnia. Nikt nie otwierał. Tylko biały kot lizał się na schodkach. Rozmawiała z ludźmi mieszkającymi w żółtym domu. W ich ogródku stał duży batut. Patrik wspominał o tym batucie, że razem z Klausem i Tobiasem skakali na nim kiedyś po kryjomu, ale przegoniły ich dziewczyny, które tam mieszkają. Patrik obawiał się starszych dziewcząt. Tylu rzeczy się bał... lekarza, dentysty, rozgniewanych dorosłych i Severusa Snape'a z filmów o Harrym Potterze. Bał się też obcych psów. I niebezpiecznych mężczyzn. Tego sama go nauczyła.
Zawsze się bała, że synek spadnie z wysokiego drzewa. Patrik uwielbiał wspinać się na drzewa. Oczami duszy widziała go bez życia leżącego na ziemi albo unoszącego się w wodzie twarzą w dół, z blond włosami oplatającymi głowę jak bujna trawa.
Nikt nie potrafił jej powiedzieć, co się wydarzyło trzeciego czerwca. Patrik po prostu zniknął, zapadł się pod ziemię gdzieś na żwirowanej uliczce między dwoma ogrodami. Policja powiedziała, że ktoś musiał go zwabić albo siłą wciągnąć do samochodu. Miała go przed oczami w migawkowych ujęciach. Blond włosy. Twarz, sposób, w jaki się śmiał... Dała policji fotografię zrobioną w sierpniu minionego roku, w pierwszym dniu szkoły.
Wieczorem przed dniem zniknięcia kłócili się z Klausem i Tobiasem o piłkę. Słyszała ich przez otwarte drzwi werandy. Patrik chciał stać na bramce, ale jeden z tamtych też chciał. Pokrzykiwali na siebie w złości, potem dwaj przyjaciele odeszli. Tamtego wieczora Patrik nie chciał się położyć. Był zmęczony i bez humoru. Kiedy go w końcu zapędziła do łóżka, pomyślała, że mogłaby mu coś poczytać, ale nie miała siły. Zmierzwiła mu tylko blond czuprynkę i powiedziała, żeby spał.
Następnego ranka humor mu wrócił. Jak zwykle przepłukała pod kranem kubek po kawie i zawołała, żeby się pospieszył, bo się spóźni do szkoły. To był Ostatni Ranek. Pamięć zarejestrowała wszystko. Otwarte okno, letnie powietrze, przenikające pokoje jak cienka srebrna nić. A potem zawiozła Patrika do szkoły.
11 czerwca (9.15)
Dzieci z osiedla Frydendal w Asker już dawno wymiotło do szkół i przedszkoli. Inspektor Cato Isaksen wyjechał z parkingu nieoznakowanym radiowozem. Przez uchylone okno wdarło się ciepłe letnie powietrze. Rzucił okiem we wsteczne lusterko i przyjrzał się swojej wyrazistej twarzy pokrytej dwudniowym zarostem. Pięćdziesiątka na karku to nielichy ciężar. Ale wyglądał nie najgorzej. W końcu najstarszy syn, Gard, miał dwadzieścia dwa lata. Średni, Vetle, godzinę temu poszedł do szkoły, a chwilę po nim odjechała na rowerze z szokująco różowym koszykiem Bente. Miała poranną zmianę w domu opieki, gdzie pracowała, i jej zdaniem powinna wrócić wystarczająco wcześnie, by zrobić obiad.
Na siedzeniu pasażera leżała starannie złożona świeża "Aftenposten". Dziś również połowę pierwszej strony zajmowało zdjęcie siedmiolatka, który osiem dni wcześniej zniknął z H?vik w B?rum. Cato Isaksen rzucił okiem na słodką twarzyczkę chłopca. Cieszyło go, że to nie on zajmował się tą sprawą. Ktoś musiał uprowadzić biedaka. Jeżeli go znajdą, to zapewne nieżywego.
Cato Isaksen skręcił na autostradę E 18. Wyjechał na zewnętrzny pas, minął cztery samochody i wrócił na prawy. Spóźni się, ale postanowił w pierwszym tygodniu po powrocie do pracy zachować ostrożność. Przez sześć tygodni był na zwolnieniu po tym, jak przez dłuższy czas bezwzględnie sam siebie eksploatował. Najpierw w Tajlandii utonął jego partner, Preben Ulriksen. Potem Georg, najmłodszy syn, został wciągnięty w prowadzone przez niego dochodzenie w sprawie o zabójstwo. Kiedy Cato Isaksen znalazł winnego, ten zapałał do niego nienawiścią i w odrażający sposób zaatakował jego rodzinę. Żeby się zemścić, uprowadził ze szkoły siedmioletniego Georga. Skończyło się tym, że porywacz odebrał sobie życie, a chłopca odnaleziono w jednej z altanek w ogródkach działkowych na Sogn. Wszystko to było prawdziwym koszmarem i po raz pierwszy w swojej karierze zawodowej Cato Isaksen musiał poprosić o czas dla siebie.
Zaledwie wrócił do pracy, pojawiły się nowe kłopoty. Podczas jego nieobecności Ingeborg Myklebust, szefowa wydziału, zatrudniła w jego zespole na miejsce Prebena Ulriksena nowego detektywa. Zrobiła to bez konsultacji z Isaksenem. Nowo przybyła nazywała się Marian Dahle. Została adoptowana z Korei, robiła wrażenie introwertyczki i miała lekką nadwagę. Pracowała wcześniej w wydziale prewencji, w biurze do spraw świadków. Od wyznaczania terminów przesłuchań świadków miała - ot tak sobie - przejść prosto do działu zabójstw. Samo to już... Zaledwie ją poznał, poczuł nadciągającą burzę z piorunami. Ale da jej szansę. Zespól miał braki w obsadzie i nowa miotła naprawdę się przyda.
Chociaż zbliżało się wpół do dziesiątej, koło Lysaker zaczął formować się korek. Cato Isaksen obejrzał swoje odbicie w lusterku. Wyglądał na rozeźlonego. Westchnął ciężko. Po powrocie do roboty wparował prosto do gabinetu szefa wydziału i zakwestionował dobór nowego pracownika. Ingeborg Myklebust usprawiedliwiła podjęcie decyzji bez zasięgnięcia jego rady niechęcią do zakłócania mu spokoju. Oczywiście wymówka była dobra, ale przejrzał szefową. Pasowało jej to, że nie musi się odnosić do jego opinii. Zwłaszcza że jego i jej opinie często zdecydowanie się różniły.
Przed przyjściem Marian Dahle zespół funkcjonował optymalnie. Cato Isaksen od lat był w śledztwach szefem Rogera H?ibakka, Aslego Tengsa, Randi Johansen i Ellen Grue. Szanowali go, słuchali i wykonywali swoje zadania.
Zawsze mógł w stu procentach na nich polegać. Teraz i to zaczęło się psuć. Asle Tengs odmówił dyskutowania z nim o Marian Dahle, a Randi Johansen czuła się najwyraźniej nieswojo, kiedy poruszył ten temat w rozmowie z nią. Do niedawna Randi zawsze i we wszystkim go wspierała. A więc tej Dahle już się udało podzielić zespół, pomyślał, hamując. Poczuł przeszywający ból w lewej skroni.
Tylko Roger H?ibakk jako jedyny pozostał lojalny. Przedmenstruacyjną bombą hormonalną nazwał nową pracownicę, która zdążyła wypowiedzieć się do prasy w związku z oświadczeniem ich zwierzchników, że nie mogą dłużej finansować analiz śladów biologicznych. Jakby się na tym znała. Wprawdzie Randi tłumaczyła, że Dahle o to poproszono, ale mimo wszystko... Marian Dahle najwyraźniej ma bogate zasoby cechy zwanej bezczelnością, pomyślał Cato Isaksen, sygnalizując skręt w lewo na wielkim rozjeździe przy Dworcu Centralnym w Oslo. Nowy gmach opery ze szkła i betonu wznosił się na tle morza.
11 czerwca (20.54)
Elna Druzika otworzyła kluczem drzwi pustego budynku magazynu, wyszła i zatrzymała się na chwilę. Przez ramię miała przewieszoną musztardową torbę, którą utkała jej matka. Wsunęła klucz w boczną kieszonkę. Bolały ją nadgarstki. W jej głowie ciągle rozlegał się brzęk talerzy, ubranie i włosy miała przesiąknięte zapachem potraw. Zawsze czuła się nieswojo, kiedy wieczorem zostawała sama w pomieszczeniach firmy cateringowej, ale dziś wrażenie było szczególnie nieprzyjemne. Przez całe popołudnie ściskał ją za gardło strach: najpierw podczas przygotowywania nugacików z wanilią, potem w trakcie podawania w kantynie, wreszcie przy spłukiwaniu porcelany, wyrzucaniu resztek i zmywaniu blatów. Obraz z chłodni wmarzł jej na stałe w mózg i zmienił rytm oddechu.
Na placu przed budynkiem panował spokój. Tylko coś strzelało w płytach falistej blachy przykręconych u dołu ściany po to, by nie uszkodziły jej ciężarówki ani wózki widłowe. Słońce, które za dnia je ogrzewało, zaszło za magazyny. Płyty oddawały ciepło. Nie było widać żywej duszy, jedynie hale przemysłowe wznosiły się obok siebie jak góry, tworząc czworokątny dziedziniec, na którym parkowały tylko dwa samochody. Jeden rozpoznała, należał do firmy ochroniarskiej. Za nim stał jakiś nieznany jej czerwony. Przypomniała sobie, że go kiedyś widziała, ale nie pamiętała gdzie.
Zaczęła ostrożnie schodzić po metalowych schodach. Odzywały się śpiewnym dźwiękiem, gdy stawiała nogę na kolejnym stopniu. Musiała szybko dotrzeć do domu, do Ingi.
To, co zobaczyła kilka godzin temu, gdy wyciągnęła spod ostatniego regału w głębi chłodni zamrożoną na kość pakę, prawie odebrało jej dech w piersiach. Za kilkoma pustymi pudłami ze styropianu pod półką ktoś starał się ukryć czarny worek na śmieci. Kucnęła, wyciągnęła go i zaczęła obmacywać, lecz zaraz przestała. Otworzyła worek i zajrzała do środka. Znajdowało się w nim drobne ciałko. Choć trwało to sekundy, obraz utrwalił się w jej świadomości. Czym prędzej odwróciła wzrok, poderwała się na równe nogi i stopą wepchnęła czarny worek z powrotem pod półkę. Właśnie wtedy usłyszała huk przelatującego nad budynkiem samolotu. Jednocześnie za jej plecami pojawił się znienacka Noman Khan. Zaczęła coś pleść trzy po trzy, paplała, że jeszcze nie odmierzyła składników, ale wszystkie ciastka będą gotowe na czas, że pokryje kilka z nich marcepanem i przyozdobi kawałkami czekolady, żeby były ładniejsze. Tak, tak, skwitował, machając ręką. Rzucił jej zirytowane spojrzenie i powiedział, żeby najpierw zrobiła miodowe. I poszedł.
Nagle otworzyły się drzwi do pokoju śniadaniowego kierowców, odgłosy ich rozmów i śmiechu nałożyły się jak tłumiący ekran na jej podejrzenia.
I wtem on znalazł się tuż za nią. Odwróciła się. Z wyrazu jego twarzy poznała, że zobaczyła za dużo. Nie potrafiła się odezwać, nawet szeptać.
- Żebyś mi nie... - powiedział, chwytając ją za ramię.
- Nie - odparła.
- Nawet z Ingą.
Było jednak dla niej jasne: on wie, że będzie rozmawiała z Ingą. Mówiła z nią o wszystkim.
Przyciągnął ją do siebie i popchnął za regał. Wyrwała się, ale nie ustąpił. Przyparł ją do ściany, chwycił za ramiona i mocno nią potrząsnął. Próbowała się oswobodzić. Udało jej się to i już chciała biec do wyjścia, gdy ją dopadł i zacisnął dłonie na jej szyi. Wtedy nagle z głośnym zgrzytem rozwarły się dwuskrzydłowe drzwi i ktoś wjechał do magazynu z mrożonkami wózkiem widłowym. Puścił ją więc, wycofał się i zniknął w słońcu.
Dopiero potem, gdy znowu stała przy zlewozmywaku, naprawdę sobie uświadomiła, że coś się niebezpiecznie zmieniło. Co ma robić? Tam, skąd pochodziła, ludzie mieli bardziej naturalny stosunek do życia i śmierci niż w Norwegii. Kiedy w domu wyprawiała pogrzeb kotu, twarzyczki jej młodszych sióstr były spokojne. Kotów jest dosyć, mawiała matka. Ale zwierzę i człowiek to nie to samo.
Później Noman poszedł na spotkanie, natomiast Ahmed dalej jeździł wózkiem po magazynie. Słyszała szum silnika aż w kuchni. Zostały tylko we dwie z Milly. Milly gadała bez przerwy, jak to ona. Elnie trudno się było skoncentrować. Uczono ją, że opanowanie jest cnotą, ale nie w tym rzecz. Musiała porozmawiać z Ingą. Tylko że Inga dziś obsługiwała przyjęcie na zakończenie lata w jakiejś dużej firmie informatycznej na Sj?lyst. Nie pogada z nią, póki nie wróci do domu.
*
Elna Druzika przycisnęła do siebie torbę od matki, jakby to było koło ratunkowe.
Przecięła szybko dziedziniec i podeszła do wyjścia, stanowiącego część wielkiej metalowej bramy. Zaraz opuści teren. Spojrzała na zegarek. Autobus ma za dziesięć minut.
W tej samej chwili kątem oka zarejestrowała jakiś ruch. Przeszyło ją nagłe przeczucie. Usłyszała odgłos kluczyka przekręcanego w stacyjce jednego z zaparkowanych samochodów. Silnik zapalił. Minęła dobra chwila, zanim zaczęła biec, jakby dopiero teraz to do niej dotarło. Samochód z tyłu przyspieszył. Nie odwróciła się, biegła ze wzrokiem utkwionym w bramę odległą zaledwie o kilka metrów. Samochód zrównał się z nią. Ktoś otworzył drzwi od strony pasażera. Elna nie wsiadła. Idź wolno i zwyczajnie, pomyślała, jakby nic się nie miało stać. W ułamku sekundy ryk silnika upewnił ją, że się pomyliła. To nie zabawa. On był tak zdesperowany, że chciał ją zabić. Umrze. Otworzyła usta do krzyku, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Kiedy samochód po niej przejeżdżał, przez głowę przemknął jej strumień obrazów: stary koń i zniszczony wóz przed domem w Bene. Wygrzane słońcem, poszarzałe ze starości drewniane ściany. I ubita ziemia na podwórku. Kwiaty wzdłuż muru latem, lód na szybach w zimie. Matka Fanja i siostry. I brat. Chmury jak biały jedwab nad dachem. Cisza i księżyc na czarnym niebie jesienią. Kręta droga, która kończyła się przy przełazie na początku pola. Wszystko to zobaczyła na chwilę przed śmiercią, niemal w przerwie między dwoma uderzeniami serca.
Myśli się urwały. Dźwięki zamilkły. Szorstki asfalt zniknął w jasnym białym świetle.