Zanim padły bomby
Już od połowy marca 1939 roku rozpoczął się na wybrzeżu okres
przygotowań wojennych. W jednostkach lądowych stacjonujących w rejonie
Gdyni przeprowadzono częściową mobilizację. Rezerwiści uzupełnili stany
osobowe w 1 i 2 pułku strzelców morskich, w Morskiej Brygadzie Obrony
Narodowej oraz w bateriach i dywizjonach artylerii nabrzeżnej i przeciwlotniczej. Na Hel przybył batalion Korpusu Ochrony Pogranicza.
Wzrosła także liczebność kadry floty, która stanowiła rezerwę
specjalistów dla załóg poszczególnych jednostek pływających.
W sztabie dowództwa floty i oddziałach komendy portu wojennego Gdynia
wzrosło, jak nigdy dotąd, tempo pracy. Zwiększyła się liczba przesyłek
korespondencyjnych i juzogramów1 pomiędzy Sztabem Głównym a Kierownictwem Marynarki Wojennej. Dzień po dniu kierowano do podległych
jednostek różnego rodzaju rozkazy, zarządzenia i wytyczne. U dowódcy
floty meldowali się nowi oficerowie, kierowani do objęcia wielu ważnych
funkcji i stanowisk. Przybył wówczas m.in. pułkownik Stanisław Dąbek,
mianowany dowódcą lądowej obrony wybrzeża, znany później z bohaterskiej
obrony Oksywia.
Flota rozpoczęła w tym okresie stałe patrolowanie wód neutralnych i dróg
morskich na linii od zachodniej granicy państwa do portów w Gdańsku i Pilawie. Podczas patrolowania, które prowadzone było bez przerwy, w dzień i w nocy, identyfikowano nazwy i typy niemieckich statków i okrętów wojennych, określano w miarę możliwości ich ładunek znajdujący
się na pokładach, a także rejestrowano częstotliwość rejsów
poszczególnych jednostek. Patrolujące okręty, posuwając się w różnych
kierunkach z małą szybkością, pod pozorem wykonywania normalnych ćwiczeń
i alarmów - np "człowiek za burtą" - miały podchodzić do obserwowanych
statków na odległość umożliwiającą odczytanie nazw, ustalenie kątów
biegu, promieni cyrkulacji oraz wielu innych danych istotnych z wojskowego punktu widzenia. Zebrane w ten sposób informacje skrupulatnie
notowano w specjalnym dzienniku i na ich podstawie sporządzano
codziennie meldunki, które drogą służbową szły do dowództwa floty, a stamtąd do Kierownictwa Marynarki Wojennej i Sztabu Głównego w Warszawie.
W wyniku ciągłego patrolowania, które było zajęciem bardzo
pracochłonnym, nasze kontrtorpedowce2 niezbyt często
wchodziły do portu. Zazwyczaj stały one na redzie. W bazie uzupełniano
jedynie zapasy ropy, smarów, słodkiej wody i żywności. Załogi na ogół
nie schodziły na ląd.
W marcu zdano też do magazynów portowych ćwiczebną amunicję artyleryjską
i inny sprzęt szkoleniowy. Na wszystkie okręty nawodne i podwodne
załadowano zgodnie z tabelami należności amunicję bojową do dział,
bojowe głowice torpedowe, bomby głębinowe oraz zapas naboi do cekaemów i broni ręcznej. Płatnicy zaopatrzyli kadrę w dewizy (papierowe i złote
dolary) potrzebne na wypadek ewentualnego znalezienia się w porcie
neutralnym. Wszystkim bez wyjątku członkom załóg pływających wydano
również znaczki tożsamości, wykonane z metalu nierdzewnego, które
należało stale nosić na szyi. Wywołało to pewne przykre wrażenie, ale na
ogół marynarze nie tracili pogody ducha. Dodatkowym powodem wesołości
było to, że na otrzymanych znaczkach oprócz imienia, nazwiska, daty
urodzenia wybijano także wyznanie. Do tego skrótu, który brzmiał
przeważnie kat (katolik), marynarze dodawali "na szkopa".
Od 15 marca w marynarce wstrzymano urlopy, a nawet przepustki. Zezwalano
tylko żonatym i podoficerom zawodowym, mieszkającym w Gdyni i najbliższej okolicy, na odwiedzanie od czasu do czasu swych żon i dzieci. Tego samego dnia na okręty rozesłano zalakowane koperty z nadrukiem: Ściśle tajne - otworzyć na specjalny rozkaz! Koperty
oznaczone były ponadto kryptonimami: "Rurka", "Worek" i "Pekin". Nikt
oczywiście nie wiedział, co oznaczają te zagadkowe wyrazy. Koperty z nadrukiem "Pekin" otrzymali dowódcy ORP "Burza", "Grom" i "Błyskawica".
Dopiero 30 sierpnia dowiedzieliśmy się, że znajdował się w nich rozkaz
natychmiastowego opuszczenia Gdyni i odpłynięcia do Wielkiej Brytanii.
Przy nabrzeżach portu handlowego praca toczyła się w tym czasie
normalnym trybem. Codziennie wchodziły i wychodziły statki rozmaitych
bander. Regularnie kursowały pociągi z towarami. Tylko bystry obserwator
mógł na przykład zauważyć rosnące hałdy gromadzonego węgla, który - jak
twierdzili wtajemniczeni - nie był przeznaczony na eksport.
Kasyno oficerów floty i kasyno podoficerów pracowały "na zwiększonych
obrotach". Ciągłe patrole okrętów i dyżury w porcie spowodowały, że
załogi były w stałym ruchu. Jedni spieszyli do kasyna na filiżankę kawy
lub kufel piwa, inni znów, aby zjeść coś ciepłego: gorący bigos,
kiełbasę na gorąco lub kotlet schabowy z ziemniakami.
Wśród oficerów toczyły się wówczas ciągłe dyskusje na temat wojny.
Przytłaczająca większość rozmówców, szczególnie w okresie od maja do
sierpnia 1939 roku, była zdania, że konflikt wybuchnie w najbliższym
czasie. Całkowicie podzielałem ten pogląd. Byli jednak wśród nas, co
prawda nieliczni, którzy twierdzili, że do zbrojnego starcia nie
dojdzie, ponieważ Hitler wbrew różnym pogróżkom, nie odważy się napaść
na Polskę. Powoływano się przy tym głównie na gwarancje naszych
sojuszników. "Jesteśmy sprzymierzeni z największymi potęgami świata -
mówili. - Anglia i Francja nie opuszczą nas w potrzebie. Największa
flota wojenna świata, najsilniejsza na kontynencie armia lądowa,
dysponująca nowoczesną bronią i sprzętem, linia Maginota z całym
systemem umocnień, na których wróg połamie sobie zęby" - oto najczęściej
powtarzane argumenty upartych optymistów, mimo wszystko wierzących, że
nie dojdzie do wojny z Niemcami.
Przeciwnicy, nie ulegając pochopnym nadziejom, utrzymywali pogląd, że
Wielką Brytanię może uchronić przed klęską tylko położenie geograficzne
i flota. Francja zaś, osłabiona wewnętrznymi rozgrywkami, pomimo licznej
i nieźle uzbrojonej armii, nie jest moralnie przygotowana do wojny, o czym Niemcy dobrze wiedzą. Kiedy więc jak nie teraz, Hitler może
przystąpić do zakrojonych na szeroką skalę działań zaczepnych? - pytali.
Wszyscy natomiast, co chciałbym wyraźnie podkreślić, jednomyślnie i bez
żadnych niedomówień stwierdzali, że w razie agresji Polska będzie bronić
się do upadłego. Pozostawało tylko otwarte pytanie, jak długo?
W atmosferze wojennych dyskusji oficerowie dosyć często zawierali
zakłady. Ja osobiście, przekonany o rychłym wybuchu konfliktu zbrojnego,
założyłem się z dowódcą okrętu podwodnego "Orzeł", komandorem
podporucznikiem Kleczkowskim, o stawkę stu złotych, co wówczas stanowiło
sporą sumę. Niestety, wygrałem. Nie zobaczyłem zresztą nigdy tych stu
złotych, ponieważ losy rozdzieliły nas na zawsze.
Sytuacja polityczna zaczęła się w tym czasie coraz bardziej komplikować.
Nieomal codziennie dochodziło do różnych incydentów na zachodniej
granicy. Szczególnie prowokacyjnie zachowywali się Niemcy w Gdańsku,
otwarcie przygotowując się do zbrojnego wystąpienia. Butni gdańscy
Niemcy już od dawna nazywali Gdańsk freie Staat, czyli wolnym
państwem, które bezwzględnie powinno wrócić do Rzeszy.
5 maja 1939 roku zwołano wszystkich wolnych od służby oficerów w celu
wysłuchania transmitowanego przez radio przemówienia ministra spraw
zagranicznych, Józefa Becka. Wystąpienie to, podyktowane nakazem chwili
i przyjęte w sejmie burzliwą owacją, było niewątpliwie mocne i pełne
godności, a jednocześnie nie zamykało drogi do podjęcia ewentualnych
rokowań z Niemcami na płaszczyźnie możliwej do przyjęcia przez rząd
polski. Z drugiej zaś strony, co warto przypomnieć, przyczyniło się ono
do częściowego rozładowania atmosfery napięcia, a także wzmogło zaufanie
naszego społeczeństwa do zachodnich sojuszników. Przemówienie Becka
wywarło na nas duże wrażenie i przez wiele dni było tematem
niekończących się dyskusji. Padały wówczas głosy, że nabrzmiewający
konflikt znajdzie w końcu jakieś rozsądne rozwiązanie w drodze
pokojowych negocjacji polsko-niemieckich.
Na początku lipca, jak za najlepszych czasów, na wybrzeże zjechali
letnicy. Zaroiły się plaże w Gdyni, Wielkiej Wsi, Chałupach, Juracie, na
Helu. Nawet położone obok granicy niemieckiej miejscowości, na przykład
Karwia, Jastrzębia Góra i kilka innych, były zapełnione po brzegi
wylegującymi się beztrosko wczasowiczami. Wszędzie panowała atmosfera
spokoju i wypoczynku.
W końcu lipca zostałem wezwany do szefa sztabu dowództwa floty,
komandora M. Majewskiego. Rozmowa była krótka:
- Wybieraj, czy chcesz zostać dowódcą dywizjonu minowców3 czy
też dowódcą "Gryfa"? - zapytał po przywitaniu.
- Dywizjonu minowców - odpowiedziałem bez namysłu.
Nie pociągała mnie bowiem służba na dużych okrętach, do których w naszej
flocie zaliczały się kontrtorpedowce i stawiacz min ORP "Gryf". Lubiłem
małe, zwrotne i ruchliwe torpedowce i minowce. W ciągu długich lat
służby pływałem właśnie na takich jednostkach i całkowicie przypadły mi
one do gustu. Oficerowie i załoga stanowili na nich zgrany zespół
zachowując jednocześnie pewien dystans, niezbędny w służbie, i dobrze
pojętą dyscyplinę. Na kontrtorpedowcach warunki były inne. Dowódcy tych
jednostek musieli żyć w zgodzie z regulaminem służby okrętowej (RSO) bez
żadnej "taryfy ulgowej". Każdy z nich na przykład mieszkał i spożywał
posiłki w osobnym pomieszczeniu, oddzielony grodzią wodoszczelną od
reszty oficerów, co nawiasem mówiąc do dzisiaj zachowało się w zwyczaju
we wszystkich flotach wojennych i handlowych świata. Dowódca mógł
zapraszać na obiady niektórych oficerów, mógł być także przez nich
zapraszany do mesy4. Częstotliwość tych zaproszeń była w pewnym
sensie wykładnikiem jego popularności wśród kadry na okręcie. Zgoła
inaczej układały się stosunki na minowcach. Dowódca dywizjonu z uwagi na
brak osobnych pomieszczeń mieszkał i jadał razem z pozostałymi oficerami
załogi. Dysponował tylko własną kabiną. Mógł także przenosić się według
swego uznania z jednego okrętu na drugi. W takich przypadkach jego
proporczyk podnoszony był na szczycie fokmasztu tej jednostki, na której
aktualnie przebywał. Dowódca dywizjonu, korzystając z takiej swobody,
mógł gruntownie poznać wszystkich podległych mu oficerów Mógł także
zorientować się, jaki jest stan wyszkolenia i zaprawy morskiej wśród
załóg. To wszystko odgrywało oczywiście istotną rolę w utrzymaniu na
wysokim poziomie gotowości bojowej całego dywizjonu.
- Wobec tego zdaj niezwłocznie swoje obowiązki w sztabie kapitanowi
Chodakowskiemu i obejmuj minowce - polecił komandor Majewski.
- Tak jest, panie komandorze - odpowiedziałem i natychmiast pobiegłem
poszukać swego zastępcy.
"Zmiana warty" na stanowisku oficera broni podwodnej nie trwała długo.
Dywizjonem dowodził wtedy - o ile sobie przypominam - najstarszy
stopniem dowódca okrętu, komandor podporucznik Zalewski, tak że
przekazanie obowiązków było zwykłą formalnością. Wkrótce miałem już
skompletowany sztab dywizjonu. W jego skład weszli: porucznik marynarki
J. Potocki - oficer flagowy, podporucznik marynarki K. Rekner - mechanik
dywizjonu, ponadto wyznaczyłem także funkcje podoficera gospodarczego i pisarza.
Po załatwieniu kilku jeszcze drobnych formalności udałem się do basenu
nr 1, gdzie stały zacumowane moje minowce, popularne w całej flocie
"ptaszki": ORP "Czajka", "Mewa", "Rybitwa", "Jaskółka", "Żuraw" i "Czapla". Te dwa ostatnie - całkiem nowe, choć jeszcze niezupełnie
wykończone okręty - stały w tym samym basenie, lecz po stronie północnej
przy nabrzeżu warsztatów portowych. Kończono na nich pośpiesznie
zakładanie urządzeń i instalacji elektrycznych, sprawdzano działanie
maszyn sterowych oraz usuwano różne usterki wynikłe w trakcie budowy
tych jednostek.
Pierwsza czwórka okrętów była już gotowa do działań. Dwa z nich,
"Czajka" i "Rybitwa", wyszły w pierwszej dekadzie sierpnia 1939 roku w podróż zagraniczną z grupą oficerów odbywających kurs nawigacyjny.
Minowce przeszły wokół Dagö i Oesel, odwiedzając po drodze porty Rohokül
i Parnawę (9 sierpnia), Rygę (12 sierpnia), a następnie przez Moon Sund
dotarły do portu Poldiski. Około 20 sierpnia powróciły do Gdyni i uzupełniły natychmiast zapas ropy, olejów, słodkiej wody i prowiantu.
Wówczas dopiero zdołałem zebrać na miejscu cały dywizjon wraz z kanonierkami "Generał Haller" i "Komendant Piłsudski", stanowiącymi
niestety tylko balast dla szybkich i zwrotnych minowców.
Lato było jeszcze w pełni, gdy na wybrzeżu dały się zauważyć pierwsze
objawy psychozy wojennej. W połowie sierpnia wyraźny niepokój ogarnął
letników. Masowo zaczęli opuszczać domy wypoczynkowe, udając się do
swych stałych miejsc zamieszkania. Tylko nieliczni optymiści, nie bacząc
na nic, wyjechali dosłownie "na pięć minut" przed wybuchem pierwszych
bomb. Pewna część co zamożniejszych mieszkańców Gdyni wyjeżdżała z rodzinami w głąb kraju. Napływ pasażerów spowodował, że uruchomiono
wiele dodatkowych pociągów. Z Oksywia ewakuowano chorych, leczących się
w znakomicie urządzonym szpitalu marynarki wojennej. Z tą grupą
wyjechały także żony niektórych oficerów. Ewakuacja odbywała się z zachowaniem spokoju i porządku. Unikano tylko przejazdów przez Wolne
Miasto Gdańsk w obawie przed prowokacjami licznych bojówek
hitlerowskich.
Nasze okręty tymczasem nadal prowadziły patrole na wyznaczonych trasach.
W wykonywaniu tego zadania uczestniczyły także załogi wodnopłatowców
morskiego dywizjonu lotniczego5. Współpraca marynarzy i lotników dawała niezłe rezultaty, przede wszystkim zaś znacznie
rozszerzał się zakres informacji uzyskiwanych o nieprzyjacielu. Lotnicy
startowali codziennie z Pucka i Rumii. Ich zadanie polegało na liczeniu
i identyfikowaniu statków, zdążających z Niemiec do Prus Wschodnich i Gdańska, oraz dokładnym obserwowaniu ruchów jednostek Kriegsmarine,
które płynęły z zachodu w stronę Pilawy lub w kierunku odwrotnym.
Loty patrolowe były wykonywane wyłącznie w porze dziennej. Odbywały się
one przeważnie równolegle do półwyspu Hel w znacznej odległości od
niego. Nasze załogi latały także wzdłuż zachodniej granicy lądowej od
Żarnowca do Chojnic. Podczas tych lotów prowadzono nie tylko rozpoznanie
wzrokowe, ale także fotografowano niemieckie obiekty wojskowe.
Niejednokrotnie nasze samoloty z dużą dozą ryzyka przekraczały granicę
Niemiec na głębokość do 50 kilometrów, operując na pułapie 1200-1800
metrów. Załogi stosowały z powodzeniem taktykę zaskoczenia, która
polegała na wlatywaniu na pewne z góry określone punkty. W ten sposób
zdołano rozpoznać wiele budowanych lub już oddanych do użytku obiektów i urządzeń obronnych. Ze strony Niemców nie spotykano się z żadną
kontrakcją. Tylko w ciągu lipca 1939 roku wykonano około piętnaście
takich wylotów. Brali w nich udział por. mar. pilot J. Rudzki z obserwatorem por. mar. K. Szczęsnym oraz inni.
Lotnicy z Rumii pracowali także na rzecz artylerii przeciwlotniczej
stacjonującej na Helu i w Redłowie. Holowali oni m.in. rękawy-cele, do
których nasi artylerzyści otwierali ćwiczebny ogień.
Warto przypomnieć dwa wypadki, jakie zdarzyły się podczas lotów nad
morzem, zakończone na szczęście pomyślnie.
Pierwszy miał miejsce jeszcze w czerwcu 1939 roku. Por. mar. T. Jeżewski
- wykonując lot patrolowy w rejonie Sopotu - zainteresował się ładunkiem
szybkobieżnego statku pasażerskiego towarzystwa żeglugowego
"Ostseedienst Preussen", który szedł z prędkością około 20 węzłów.
Przecinając w ostrym skręcie kurs statku, nisko lecący wodnosamolot
zaczepił nagle skrzydłem o powierzchnię morza i wpadł do wody. Statek,
zdziwiony zapewne niefortunnym manewrem polskiej maszyny, zatrzymał się.
Spuścił łódź ratunkową i wyłowił niedoszłych topielców, odstawiając ich
następnie na sopockie molo, skąd samochodem władze gdańskie odesłały
lotników do Gdyni. Wodnosamolot oczywiście zatonął. Ciekaw jestem
rozmowy, jaka odbyła się później w Pucku podczas raportu u dowódcy
morskiego dywizjonu lotniczego, kmdr. por. Szystowskiego. Dotychczas
nikt nie zna jej przebiegu. Chyba mieszkający obecnie w Szczecinie por.
mar. Jeżewski mógłby nam tę interesującą historię opowiedzieć.
Drugi wypadek zdarzył się 31 sierpnia 1939 roku, w przeddzień wybuchu
wojny. Nad neutralnym obszarem powietrznym w późnych godzinach
popołudniowych leciał w kierunku Pucka nasz wodnosamolot. Nagle został
on okrążony przez trzy niemieckie samoloty myśliwskie, które
wystartowały z jakiegoś położonego w pobliżu lotniska polowego. Niemcy
usiłowali zmusić naszego pilota do natychmiastowego wodowania. Byli przy
tym tak agresywni, że dowódca polskiej załogi, por. mar. B. Gonera,
musiał zrejterować.
W środę 29 sierpnia między godziną 13 a 14 ze Sztabu Głównego w Warszawie nadszedł pilny rozkaz następującej treści: Mobilizacja
powszechna zarządzona. Pogotowia OPL nie uruchamiać. Spokojne
dotychczas miasto ożywiło się nagle. Ze wszystkich dzielnic Gdyni do
punktów zbornych spieszyli tłumnie rezerwiści różnych stopni. Część od
razu udawała się do Wejherowa, gdzie stacjonował 1 morski pułk
strzelców. Inni rozjeżdżali się do oddziałów Morskiej Brygady Obrony
Narodowej, rozlokowanych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od
Gdyni. Niewielu podążało na Oksywie, aby zasilić dywizjon artylerii
przeciwlotniczej, baterię 100 mm dział Cannet, kadrę floty oraz w minimalnej części załogi okrętów. Masa ludzi wyjeżdżała w głąb kraju
przez Puck i dalej do Tczewa z pominięciem Gdańska. Władze PKP
uruchomiły znowu dodatkowe składy pociągów. Wszystkie tryby ogromnej
machiny mobilizacyjnej zostały już na dobre puszczone w ruch, gdy nagle
między godziną 16 a 17 dotarł do nas nowy rozkaz w sprawie niezwłocznego
wstrzymania mobilizacji. Trudno sobie wręcz wyobrazić, jakie powstało
wówczas zamieszanie! Ludność na wybrzeżu stanęła zdumiona wobec trudnej
do rozwikłania zagadki. Co to wszystko ma znaczyć? - zadawano sobie
pytanie. Czyżby rząd polski zgodził się na warunki niemieckie? A może
Hitler ustąpił pod presją mocarstw zachodnich? Jedni cieszyli się, że
wojny nie będzie, inni, zdezorientowani nagłym chaosem, kiwali tylko z powątpiewaniem głowami. W gruncie rzeczy jednak nikt właściwie nie
wiedział, co należy o tym wszystkim sądzić i jak potoczą się wydarzenia
w ciągu najbliższych dni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki