Ministerstwo Spraw Obcych - Krzysztof Baliński

Kup ebooka

44.90 zł

-
Proszę czekać

MACHINA NARRACYJNA

W lutym 2018 r. Polska padła ofiarą zaplanowanej i skoordynowanej agresji, która obnażyła w sposób bezceremonialny brak profesjonalizmu polskich dyplomatów, zatrważający wręcz brak zrozumienia, że sztuka dyplomacji jest przede wszystkim sztuką prowadzenia wojny i to bynajmniej nie w metaforycznym sensie tego słowa. Po przyjęciu przez Sejm nowelizacji ustawy o IPN, gdy izraelska ambasador zaatakowała Polskę, do tego na jej własnym terytorium, w Auschwitz, w świetle jupiterów i w obecności polskiego premiera, gdy izraelski minister wywiadu obciążył odpowiedzialnością za holokaust cały naród polski, odgrażając się "my, Izraelczycy nigdy nie zapomnimy i nie wybaczymy", gdy izraelski minister edukacji zapowiedział wprowadzenie we wszystkich szkołach zajęć o odpowiedzialności Polaków za holokaust, gdy przywódca izraelskiej opozycji ogłosił, że "były polskie obozy i żadne prawo tego nie zmieni", jedyną odpowiedzią było zaskoczenie, zdziwienie i milczenie. Wraz z następującymi szybko po sobie ciosami rząd pogrążał się w dezorientacji i chaosie, kapitulował, nie podejmując najmniejszej nawet próby obrony. Polska dyplomacja nie dała się "sprowokować" nawet wówczas, gdy składający się z marcowych emigrantów, tj. byłych ubeków, tłum wdarł się na teren Ambasady Rzeczypospolitej w Tel Awiwie. Nie bacząc na powiewającą nad ponurym gmachem Ministerstwa Spraw Zagranicznych przy al. Szucha w Warszawie ogromną białą flagę, żydowscy politycy, dziennikarze, cała izraelska machina propagandowa masakrowali i opluwali Polskę przez kilka miesięcy z okładem, a warszawscy politycy obłaskawiali agresorów-triumfatorów. "Przede wszystkim musimy spokojnie rozmawiać" - tak rozładował kryzys wicepremier. "Chcemy mieć dobre relacje z Izraelem i będziemy bardzo zabiegać o to, aby te relacje odbudować, i będziemy się bardzo starali o to, żeby nasze relacje były dobre" - kajał się marszałek Senatu. Po dziesiątkach antypolskich deklaracji członków rządu Izraela, Jacek Czaputowicz zakwilił: "nasze stosunki z Izraelem to stosunki sojusznicze, bardzo dobre [...]. To jest incydent dotyczący nieporozumień co do naszej ustawy, który trzeba szybko rozwiązać".

Polacy w sporej części zaufali dominującej narracji rządowej. Ta zaś przedstawiała się następująco: Polska padła ofiarą niespodziewanego i anonimowego ataku; nasi przyjaciele na świecie z nieznanych powodów nie rozumieją, że Polska nie jest odpowiedzialna za holokaust; polski rząd konsekwentnie broni prawdy historycznej i dobrego imienia Polski. Opowieść taką dodatkowo uwiarygodniała opozycja i jej media, atakując rząd za "niszczenie relacji polsko-żydowskich" i "wzniecanie fali antysemityzmu". Zaniechawszy wszelkich działań wobec oszczerców, rząd skupił się na pacyfikowaniu głosów krytyki i oburzenia. Odrzucał gniewnie "insynuacje", że spór wywołało obelżywe zachowanie Izraelczyków i własne tchórzostwo. Dezercja rządu wydawała się tym bardziej naganna, że od samego początku wiadomo było, co stanowi cel działań Izraela - bynajmniej nie "prawda historyczna", lecz grabież polskiego mienia. Ustępstwa tylko zwiększały zuchwałość Izraelczyków. Co więcej, okazało się, że nowelizację ustawy nie tylko skonsultowano z Izraelem i organizacjami żydowskimi, ale wręcz została ona przez nie zatwierdzona[1], a Andrzej Duda odsyłając ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, o swojej decyzji z wyprzedzeniem poinformował władze Izraela, zanim jeszcze ogłosił to Polakom. Równocześnie prowadzono nieustanne zakulisowe rozmowy z oszczercami. "To są kontakty bardzo intensywne, mówimy nawet o kilkunastu rozmowach dziennie" - zdradził prezydencki minister Krzysztof Szczerski. "Suwerenność, honor, godność" - te słowa nie schodziły z ust polityków rządzącej koalicji. Zacznijmy od suwerenności - oto ambasador obcego państwa ingeruje w treść ustawy polskiego Sejmu, a strona polska ulega i jeszcze się tym szczyci. Co do honoru - oto ambasador obcego państwa spotwarza Polaków i w normalnym państwie uznana zostałaby za persona non grata, a u nas nie tylko nie jest upomniana, ale o spotkanie z nią zabiegają prezydent, premier, minister spraw zagranicznych. Co do godności - ma miejsce napad na ambasadę RP, czyli na eksterytorialny polski urząd, a MSZ zamiast adekwatnych dyplomatycznych retorsji błaga Izrael o wznowienie dialogu, potwierdzając jedynie, że wbrew urzędowej propagandzie państwo polskie nie wstało z kolan, tkwiąc dokładnie w pozycji, którą opisał i przyjmował niegdyś Radek Sikorski.

Do soboty 27 stycznia 2018 roku wydawało się, że stosunki Polski z Izraelem są znakomite. Budowane od 1990 r. w sposób planowy i systematyczny były przez rządzących ze wszystkich opcji politycznych określane jako "strategiczne". I nagle okazało się, że to lipa i gra pozorów, że idea "braterstwa ofiar" z Izraelem jest Żydom obca. Politycy PiS, także ci z partyjnej filosemickiej młodzieżówki, wykoncypowali: jeśli uznajemy Izrael za sojusznika Polski, wspieramy go politycznie, doceniamy jego walkę z wrogim arabskim otoczeniem, to w usłużnym dialogu uzyskamy status "brata w wojennym cierpieniu". Mrzonki wzmacniało naiwne założenie, że polonofobia skupia się w lewicowych środowiskach żydowskich w USA, a w Izraelu rządzi zbratany z PiS prawicowy Likud. Dużą rolę odegrała pedagogika wstydu Szewacha Weissa i szamaństwo sierżanta Jonny'ego Danielsa, tylko pozornie inne niż lansowane przez "Gazetę Wyborczą". Wyszukiwano w Izraelu nieznanych "polskich bohaterów", rozpoczęto studia nad żydowskimi żołnierzami generała Andersa, za strategiczny przełom uznano wydanie znaczka pocztowego z żydowską i polską flagą nad płonącym gettem. Aż tu nagle wyszło na jaw, że dla Izraela jesteśmy dyplomatycznym karłem, i że jedynym stanowiskiem, którego od nas oczekuje jest całkowita i bezwarunkowa kapitulacja. Reakcja Netanjahu oraz solidarna i agresywna postawa wszystkich izraelskich partii i mediów dowiodła nieskuteczności przyjętej taktyki. Założenie, że ustępowanie i podlizywanie się zapewni przychylność strony żydowskiej okazało się błędne. Jak na dłoni widoczne stało się, jak bardzo w stosunkach tych brak partnerstwa i symetrii, i jak bardzo są one nierównoprawne. Wspieraliśmy politykę Izraela na forach międzynarodowych; w Unii Europejskiej byliśmy jego bezkrytycznym ambasadorem i to zawsze kosztem własnych interesów; nasz konsulat w Tel Awiwie co roku wydawał polskie paszporty kilku tysiącom Żydów, nie mających żadnego związku z Polską, nie znających języka polskiego, czasem nie wiedzących nawet gdzie Polska leży. Sternicy polskiej dyplomacji byli przekonani, że wreszcie, dzięki specjalnym relacjom z Izraelem, wychodzimy na prostą. Nie zakładali natomiast, że Żydzi będą chcieli spacyfikować rosnący w Polsce filosemityzm. To że coś chorego dzieje się w tych stosunkach stało się szczególnie widoczne pod rządami "dobrej zmiany". Za pozwolenie na schronienie się pod żydowski parasol w sporze z Timmermansem, rząd "rewanżował się" nieprzerwanym ciągiem filosemickich gestów. W zamian Izrael "odwdzięczył się" oskarżeniem, że nowelizacja ustawy jest zagrożeniem dla demokracji, i tym samym jednoznacznie wypowiedział po czyjej stronie w polskich sporach stoi. Pokutkowało to mnożeniem się różnych teorii spiskowych. Bo jak traktować gest przyznania niebagatelnej kwoty 100 milionów na renowację cmentarza żydowskiego w Warszawie, w sytuacji gdy remont sąsiadującej z nim, niszczejącej i popadającej w ruinę narodowej nekropolii - Powązek - odbywa się dzięki datkom mieszkańców Warszawy, i jak uda się zebrać w corocznej kweście kilka tysięcy na renowację jednego grobowca, to jest ogromna radość.

Stare polskie powiedzenie poucza: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dla pożytecznych idiotów emocjonalnie zaangażowanych w krzewienie przyjaźni polsko-izraelskiej, dzień 27 stycznia stanowił datę przełomową. Gdyby próbować opisać jednym zdaniem nastroje owych idiotów, można by powiedzieć: występowali w teatrze, w którym wszystko było grą pozorów. Filosemiccy zapaleńcy, entuzjaści sojuszu z Izraelem stali się dla sprawy straceni. Wściekłe ataki na Polskę były kubłem zimnej wody na ich zaczadziałe głowy. Ukazał im się w całej pełni fałsz głoszonej od wielu lat legendy o polsko-żydowskim braterstwie i wspólnocie dziejów. Maski opadły, ujrzeli prawdziwe oblicze Żyda, dla którego liczy się tylko interes, a nie sentymentalne jasełki z zapalaniem chanukowych świec. Prawda okazała się brutalna - byli przekonani, że opinia publiczna w Izraelu ma twarz Szewacha Weissa, a okazało się, że ma twarz Jana Tomasza Grossa. Kryzys, niezależnie od tego jak się skończy, przyniósł jedną ewidentną korzyść - pozbawił złudzeń, że uległością i pokorą Polacy uzyskają rozgrzeszenie za niepopełnione grzechy. Żydzi powiedzieli otwarcie i po raz setny - wyznaczyliśmy was do roli kata i żadna ustawa wam nie pomoże. Stosunki z Izraelem diabli wzięli. I bardzo dobrze! Trzeba być pełnym uznania dla pani ambasador Izraela - dobra robota! Tym niemniej, zamiast powiedzieć głośno: przejrzeliśmy wasze plany i zakusy, wszyscy politycy polscy, lub raczej politycy z Polski, nadal się uśmiechają, nadal powtarzają rytualne frazy o "Rzeczpospolitej przyjaciół", Izrael dalej nas gnębi, my dalej mówimy, że go kochamy, i "odbudowanie" relacji polsko-żydowskich nastąpi poprzez kolejną niezwykle "wyrafinowaną" grę dyplomatyczną - wypłacenie kilkudziesięciu milionów na renowację cmentarza żydowskiego na warszawskich Szmulkach, a polski rząd wkrótce uda się in corpore z wasalną pielgrzymką do Jerozolimy.

Nie ma złego, co by na dobre nie wyszło

Miarka się przebrała. Okazało się, że działalność "Gazety Wyborczej", mająca trwale ugruntować w Polakach poczucie winy, kajanie się i przepraszanie, nie zapuściła głęboko korzeni. Izraelskie władze, dufne w dotychczasowy przebieg "dialogu", uznały, że wystarczy na Polaków krzyknąć, a ci po staremu schowają się we własne buty. Tym razem erupcja żydowskiej buty i arogancji wywołała szok, swą hucpą zrobili Polakom niezły prezent - obdarli ze złudzeń, a polskie władze przyparte do muru, w odruchu samoobrony, ujawniły to, co dotąd skrzętnie skrywały. Nic też dziwnego, że administratorzy portalu Forum Polskich Żydów, czyli forum młodych Wildsteinów zdradzili: "Izrael zachował się jak przysłowiowy słoń w składzie z porcelaną. Działania Izraela były tak nieprofesjonalne, że trudno wprost uwierzyć, że ten brak profesjonalizmu nie został zaplanowany i zainscenizowany". Pozytywnym, chociaż nie zakładanym przez triumwirat Izrael - diaspora żydowska - PiS, aspektem sporu było to, że wielu ludzi na całym świecie dowiedziało się, że gdzieś tam na krańcach Europy jest kraj, który Żydom się nie daje, który mimo kilkudziesięcioletniej dominacji żydowskiej narracji, w większości zachowuje odmienne zdanie, nie wyrzeka się pamięci o własnych ofiarach, nie rezygnuje ze swej tożsamości narodowej i religijnej i chodzi z podniesioną głową. Okazało się też, że propaganda żydowska nie jest przez cały świat bezkrytycznie przyjmowana. Z całego zamieszania wynikł jeszcze jeden ewidentny plus - mogliśmy się przekonać, ile jest prawdy w zapewnieniach polityków PiS o "wstawaniu z kolan".

Wobec perfidnego ataku na Polskę odezwał się chór idiotów dyplomatycznych, bredzących o nieporozumieniu, niedoinformowaniu, niezrozumieniu treści ustawy przez Izrael, o żydowskiej wrażliwości. Rządowe media bajdurzyły, że to tylko dyplomatyczny incydent, faux pas pani ambasador, której należy wytłumaczyć, że popełniła gafę. Gdy w państwie żydowskim grzmiały propagandowe armaty, a lonty podpalał osobiście premier Netanjahu, "nasi" dyplomaci ubolewali nad niewyparzonym językiem Anny Azari. Podejścia nie zmienili nawet wtedy, gdy ambasador, w akcie desperacji, wyznała: "Ja mówiłam dlatego, że musiałam", czyli przyznała, że antypolska retoryka jest jądrem polityki Izraela, a nie paplaniną głupawej baby. Prezydencki doradca do wszystkiego i wynalazca machiny narracyjnej MaBeNa, Andrzej Zybertowicz podzielił się genialną i odkrywczą obserwacją: w wielu krajach świata i wielu środowiskach żydowskich nie ma świadomości tego, że Polacy byli ofiarami niemieckich hitlerowców [...]. Wydawało się po latach współpracy, dobrej współpracy, że to rozwiązanie zostanie przyjęte ze zrozumieniem. To jest zaskoczenie, daleko idące zaskoczenie i nie jest dla nas do końca jasne, jakie są tego powody". Na temat "machiny narracyjnej" i tego, o co w tym wszystkim chodzi, wypowiedział się Itzik Szmuly: Wielu Polaków i wielu innych słyszało, wiedziało i pomagało w nazistowskiej machinie eksterminacyjnej[2]. Pierwsze, zasadnicze kłamstwo polegało na fałszywej definicji przyczyn "konfliktu". Władza i jej partyjne media narzuciły wizję "nieporozumienia" w relacjach, które szybko zostanie wyciszone po wyborach w Izraelu. Kwintesencją tego były słowa minister Beaty Kempy: "Kiedyś w Izraelu skończy się kampania wyborcza. Po wyborach zawsze opada kurz i mam nadzieję na wielką refleksję również tych środowisk. Dlatego, że my chcemy współpracować i chcemy wzajemnie bardzo się szanować". I nic to, że argumentacja taka zawierała dwie rażące sprzeczności - albo mamy do czynienia z "nieporozumieniem" albo świadomymi intencjami politycznymi. Argument z "nieporozumieniem" sypał się w gruzy, bo gdyby ono było przyczyną, to bardzo łatwo można by nieporozumienie rozwiać, nawet nieudolnym dyplomatom - wystarczyłoby przypomnieć naszym nierozgarniętym jakoby "żydowskim przyjaciołom", kto ich podczas wojny mordował. A propos, po całej katastrofie do naprawy stosunków z Izraelem PiS wydelegował Bronisława Wildsteina, a ten miał do powiedzenia tylko jedno: "Sprawa jest oczywista. Chcemy odnowić kontakty z Izraelem". A jeszcze kilka tygodni wcześniej tenże Wildstein lansował tezę - Państwo Izrael "pomoże nam w walce z ordynarnym procederem cedowania zbrodni niemieckich na polskie ofiary". Najbardziej oburzony niewdzięcznością Izraela był Jan Maria Jackowski, który kilka dni wcześniej, w Senacie, jako senator sprawozdawca, z niezwykłą żarliwością agitował za pilnym zatwierdzeniem ustawy o wypłaceniu 100 milionów na żydowski cmentarz oraz Jarosław Sellin, który zapowiedział 20 milionów na budowę muzeum chasydów i drugie tyle na muzeum getta. Całymi tygodniami politycy i dziennikarze, czyli rożnej maści dyżurni eksperci od wszystkiego, prześcigali się w mniej lub bardziej bzdurnych analizach, przy czym jak zwykle cały swój intelektualny wysiłek skupili na usprawiedliwianiu kolejnych decyzji karmiącej ich władzy. Do typowej reakcji stronnictwa białej flagi zaliczyć trzeba wypowiedź szefa polskiego MSZ, dla którego jedynym powodem napięć w stosunkach z Izraelem jest "problem w komunikacji", i że trzeba okazać dobrą wolę wobec "wrażliwości strony żydowskiej", bo "w Jedwabnem Polacy zabili Żydów i tego nikt się nie wypiera"[3]. Wybitnymi zdolnościami analitycznymi popisał się Paweł Kowal - "pierwsza zgoda na Nord Stream II może być skutkiem przyjęcia noweli ustawy, gdyż w polityce zagranicznej różne tematy są powiązane". Innymi słowy, Nord Streamu by nie było, gdyby nie owa nowela. Żydowskie roszczenia poparli nie tylko pożyteczni idioci, ale również promotorzy "dni judaizmu" w Kościele. Wobec bezczelnego, chamskiego ataku obcego państwa na Polskę i tym samym na Kościół, nie pojawił się żaden komunikat Prymasa. Pojawiło się natomiast oświadczenie potępiające antysemityzm Polaków. Czyli "dialog" chrześcijańsko-żydowski przebiegał po staremu - Kościół przeprasza za wszystko, czego sobie życzą rabini, ci łaskawie wyrażają z tego powodu zadowolenie, a to wszystko układa się w logiczny ciąg - najpierw przepraszanie za Jedwabne, potem kuriozalny list z potępieniem nacjonalizmu i apele o przyjmowanie uchodźców, w międzyczasie uciszanie krytyków reformacji, a na koniec żenujący występ z potępieniem antysemitów. Grzegorz Braun celnie odnotował:

jeśli tedy projekty strony żydowskiej zostaną pomyślnie zrealizowane, to obawiam się, iż żydowska okupacja Polski może być znacznie cięższa od sowieckiej już choćby dlatego, że podczas okupacji sowieckiej Polacy znajdowali jakąś przestrzeń wolności w Kościele. Jeśli postawy prezentowane przez JE abpa Gądeckiego i JE Wojciecha Polaka się upowszechnią, to na żadną przestrzeń wolności nigdzie liczyć już nie będzie można.

Honoru polityków broniła Krystyna Pawłowicz. W mocnym wpisie na Twitterze napisała: "Holokaust Polaków trwał też po II wojnie. Światło, Różański, Berman, Fejgin, St. Michnik, H. Wolińska, L. Brystygierowa i podobne Bestie mordowały w katowniach i sądach tysiące polskich Patriotów w latach 50-tych".

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - nadszedł moment prawdy. Jak na dłoni widać, kto jest kim w Polsce. Krajowe elity, wrogo nastawione do sprawy polskiej, chętnie i z lubością przyłączające się do oskarżeń Polaków, krzywo patrzące na jakąkolwiek próbę obrony ich dobrego imienia, stanęły po stronie wrogów Polski. Po tej samej stronie stanęły również złogi z korporacji Geremka w MSZ - nie byli w stanie zdobyć się nawet na pozory lojalności, pokazali jak Polski nienawidzą. Ich organ prasowy "Wyborcza" ogłosiła: "Polacy byli elementem i współuczestnikami Holokaustu". Sekundował im Tomasz Lis: "odór antysemityzmu unosi się nad Polską". Według Dawida Warszawskiego jego krewni "woleli wrócić do getta, bo tam nie było Polaków". Tenże Dawid w wywiadzie dla "Newsweeka" ogłosił, że Polacy boją się debaty na temat swojej odpowiedzialności za holokaust, ponieważ w jej efekcie może wyjść na jaw, "co nasz dziadek robił podczas wojny". A powiedział to człowiek, którego ojciec, agent NKWD, zakładał w USA partię komunistyczną, który podczas toczącej się na ziemiach odrodzonej Rzeczypospolitej wojny z bolszewickimi hordami, organizował akcje torpedowania finansowego wsparcia Polonii Amerykańskiej dla obrony Polski, który 17 września 1939 r. wzywał do uznania paktu Ribbentrop-Mołotow i był gorącym zwolennikiem sowieckiej inwazji[4]. Dziś jego pierworodny syn Dawidek mówi za co mamy się wstydzić. W imieniu wszystkich Polaków oświadczenie złożył Marcin Święcicki - "Mordowaliśmy, tylko nie zakładaliśmy obozów". Tymczasem "my" tzn. jego zięć Eugeniusz Gerszon Szyr, przed wojną członek agenturalnej KPP, karany w II RP za zdradę, a po wojnie wpływowy komunistyczny dygnitarz, mordował i zakładał obozy, ale dla polskich patriotów. Inny zatroskany głos wybrzmiał z Fundacji Batorego. Według Aleksandra Smolara: "Polskę traktuje się jako kraj specjalnej troski, chorego człowieka Europy". A według Radka Sikorskiego: "Nie sposób zaprzeczyć, że w Polsce po raz kolejny wybiło antysemickie szambo. I to przy bierności nie tylko polityków partii rządzącej, ale i Kościoła katolickiego, który uwielbia wypowiadać się o in vitro, ale o tym, skąd pochodzili założyciele jego religii, milczy". W tyle nie został Wołodia Cimoszewicz: "Polacy oczywiście brali udział w Holokauście. Antysemityzm był i pozostaje w naszym kraju endemiczny. Większość Żydów, którzy unikali getta lub z niego uciekli, została zamordowana przez cywilnych Polaków i Ukraińców".

Wojna polsko-izraelska naświetliła wiele ukrywanych stron współżycia Polaków z Żydami. 24 lutego, godzina 20:16 to niezwykle ważny moment w historii tych relacji. Senator Marek Borowski opublikował zasady, jakie powinny obowiązywać we wzajemnych stosunkach: "Wywiad z R. Bergmanem w TVN. Szczery, pasjonujący. Sedno jest takie (czego kompl. nie rozumie PMM i autorzy ustawy): ocaleni czy ich dzieci mogą mówić o polskim narodzie najgorsze, nawet niespraw. rzeczy i nie wolno ich za to ścigać!". Skrót "niespraw." można rozwinąć na dwa sposoby: "niesprawiedliwe" albo "niesprawdzone". Czyli: każdy Żyd może lżyć każdego Polaka; to jest podstawa naszych stosunków; Żydzi są stroną uprzywilejowaną; Polacy mają obowiązek podporządkować się, a nie bez sensu upierać, że są u siebie w kraju; to Żydzi powinni pisać ustawy; po wsze czasy Żydzi mają podstawy do przypisywania Polakom najgorszych zbrodni; Polacy, gdy są szkalowani, powinni jedynie spuścić głowę w poczuciu winy, pokornie i bez szemrania zgadzać się, i co najwyżej przepraszać. Borowski klarownie uzmysłowił Polakom, gdzie jest ich miejsce. Tym niemniej, dla ostatecznego ułożenia stosunków, dobrze byłoby, gdyby rodziny i potomkowie katowanych, mordowanych i grzebanych byle gdzie przez jego wuja - Jakuba Bermana, też mogli od czasu do czasu coś powiedzieć o żydowskim narodzie "najgorsze, nawet niespraw. rzeczy"[5]. W sukurs Borowskiemu vel Bermanowi pośpieszyła V kolumna - przedstawiciele kilkunastu funkcjonujących w Polsce organizacji żydowskich wydali oświadczenie, w którym przekonują, że "polscy Żydzi w przeddzień 50. rocznicy Marca '68 i 75. rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim - nie czują się dziś w Polsce bezpiecznie [...] są przerażeni i zastraszeni erupcją antysemityzmu [...] są oburzeni z powodu narastającego w kraju klimatu nietolerancji, ksenofobii i antysemityzmu. Ich zdaniem w mediach, w tym publicznych i internecie, a także wśród polityków rozpowszechnił się język nienawiści. "Ilość pogróżek i obelg, kierowanych pod adresem żydowskich instytucji i placówek, stale rośnie" - czytamy w oświadczeniu. Doceniają, że prezydent, premier i szef PiS potępili antysemityzm, "ale póki słowa ich nie przekształcą się w czyny, brzmieć będą raczej jak deklaracja bezradności wobec napiętnowanego, a mimo to szerzącego się zła". W oświadczeniu solidaryzują się z Romami, muzułmanami i Ukraińcami, którzy "również doświadczają w Polsce wrogości i dyskryminacji". Wzywając rząd do zdecydowanego potępienia i ścigania przejawów antysemityzmu, organizacje te zaoferowały daleko idącą współpracę oraz zaapelowały do innych "ofiar klimatu nienawiści" o wspólne "przeciwstawienie się złu". W ślad za tym okolicznościowe oświadczenie wystosowali przedstawiciele innych mniejszości narodowych i etnicznych w Polsce, Ukraińców, Litwinów, Łemków, Rosjan, Kaszubów, Żydów i Słowaków. "W imieniu reprezentowanych przez nas organizacji pragniemy wyrazic? ogromne zaniepokojenie narastaja?ca? w społeczeństwie polskim fala? agresji na tle narodowym, rasowym i religijnym. Szczególny niepokój i sprzeciw budza? liczne i głośne przejawy antysemityzmu". Między wierszami oświadczenia można było bez trudu wyczytać - w decydującym dla Polaków momencie, jawnie i bez ogródek przyznają, że nie zawahają się wbić noża w plecy państwu polskiemu. Ultimatum powstało z inicjatywy ukraińskiego szowinisty, nie ukrywającego swojej nienawiści do Polaków, Petro Tymy[6]. Skandaliczny list skierowali do uczniów nauczyciele warszawskiego Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia[7].

Naród polski i instytucje państwa polskiego są odpowiedzialne za zbrodnie przeciwko pokojowi, zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne. Państwo polskie w czasie wojny - innymi słowy - rząd na uchodźstwie w Londynie, do czerwca 1942 r. odmawiało potępienia zbrodni przeciwko Żydom. Spotkało się to z milczeniem w audycjach w oficjalnym radiu i ciszą w prasie Polskiego Państwa Podziemnego - atakowali nauczyciele. - Dziś instytucje państwowe nie pozwalają mówić prawdy o tym, co wydarzyło się podczas II wojny światowej. W wielu miastach i wsiach mieszkańcy są świadomi zabójstw i grabieży popełnianych przez Polaków wobec ich żydowskich sąsiadów i chcą wyrazić to poczucie winy

- autorytatywnie stwierdzili autorzy listu. Jeszcze bardziej szokował brak reakcji Ministerstwa Edukacji Narodowej, które nad stekiem kłamstw i obelg pedagogów przeszło do porządku dziennego. Okazało się, że w przypisywaniu Polakom odpowiedzialności za holokaust prym wiodły nie media żydowskie, ale polskojęzyczne - TVN, "Wyborcza", "Newsweek" i im podobne. Obelżywe teksty ukazały się też w "Jerusalem Post", ale od czasu do czasu trafiały się tam również opinie obiektywne. Dla zwolenników mitycznego partnerstwa polsko-ukraińskiego wielkim zaskoczeniem była "ukraińska zdrada", bo Kijów wsparł Izrael. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - do Kresowiaków wreszcie dotarło, że w całej miłości PiS do Ukrainy nie chodzi o banderowców, bo to nie oni rządzą Ukrainą, ale żydowscy oligarchowie. Do najbardziej wpływowych należy Ihor Kołomojski z Dniepropietrowska. Kolejny to urzędujący prezydent Petro Poroszenko ze znanej kupieckiej odeskiej rodziny Walcmanów oraz premier Wołodymyr Hrojsman, którego matka jest autorką terminu "żydo-banderowszczyzna". Polityk ten ma doskonałe kontakty w Izraelu i jest po imieniu z Netanjahu. Listę uzupełnia klan Kuczmy powiązany z Pińczukiem i Kwaśniewskim, a wszystkich łączy jedno - przed świętem Paschy gremialnie udają się prywatnymi odrzutowcami do Izraela. I tylko idiotom dyplomatycznym w MSZ wydawało się, że w sporze z Izraelem Kijów opowie się po stronie polityków opowiadających nieprzerwanie o zagrożeniu demokracji na Ukrainie ze strony Putina. Gdy bp Rafał Markowski, przewodniczący Komitetu Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem uznał znowelizowaną ustawę i podpisaną deklarację premierów za "ważny i doniosły moment w relacjach polsko-izraelskich z tej prostej przyczyny, że stanowi wspólne spojrzenie na historię", oraz wyraził satysfakcję z tego, że "zrezygnowano z zapisów, które budziły kontrowersje i które rzeczywiście wpłynęły na debatę publiczną, która owocowała poważnym niepokojem", ks. Isakowicz-Zalewski zareagował: "Gdyby Kościół w Polsce choć część energii, którą wkłada w relacje z Żydami i Izraelem, poświęcił polskim katolikom na Ukrainie, to może część parafii odzyskałaby swoje kościoły, a kości ofiar UPA zostałyby wreszcie pochowane". Dzięki kombinacji operacyjnej z nowelizacją ustawy, politycy PiS osiągnęli jeszcze jedno - negowanie zbrodni nacjonalistów ukraińskich na Polakach stało się dozwolone. Zatwierdzili też wcześniejsze oświadczenie Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, członka gabinetu politycznego obecnego i poprzedniego ministra spraw zagranicznych, że "autorom nowelizacji ustawy o IPN w sprawie penalizacji banderyzmu powinny się przyjrzeć służby specjalne".

W sferach rządowych nastąpiła erupcja oświadczeń. Zapowiedział je były minister spraw zagranicznych. Musimy mieć własną narrację - zakomunikował w TV Republika Witold Waszczykowski. Tak, to nie żart. Człowiek, który przez dwa lata był szefem dyplomacji, który przez dwa lata "pogłębiał", "poszerzał" i "umacniał" stosunki z nowojorskimi Żydami, dwa miesiące po dymisji odkrył, że Polska musi mieć własną narrację. Prawda nie obroni się sama - zakomunikował prezes PiS. Trudno się z nim nie zgodzić. Jednak kiedy dodał: "Jesteśmy w trakcie tworzenia takiej machiny, która będzie broniła tej prawdy" - na usta cisnęło się pytanie, dlaczego dopiero teraz, i jak bardzo jesteśmy "w trakcie", na początku, czy może - jak zdradził Waszczykowski - dopiero na etapie postulatu? TVP obwieściła, że powstał zespół, który zadba o "promocję historii Polski w kraju i za granicą, kształtowanie pozytywnego wizerunku naszego kraju oraz zapobieganie dezinformacji", a Jacek Kurski dorzucił: "telewizja Polska wprowadza to jako stały element swojej działalności". Czyli dotąd tego nie było? Było za to oburzenie, ale na dziennikarza, który ośmielił się dociekać prawdy. "Pana pytania są aroganckie i nie na temat" - usłyszał od ministra Piotra Glińskiego, gdy próbował się dowiedzieć, jak na promocję wizerunku Polski wydaje pieniądze rządowa i "narodowa" fundacja, dysponująca budżetem 250 milionów złotych i jakie są inne osiągnięcia ministerstwa w tej dziedzinie[8]. A propos Waszczykowskiego - z miną Schnepfa, tj. z miną prześladowanego Żyda, snuje się po mediach i opowiada, jak to wszystko za jego czasów w MSZ chodziło jak w zegarku, a teraz jacyś dyletanci zepsuli stosunki z Żydami i w ogóle zepsuli wszystko. Tak więc, gdy wszyscy nagle zabrali się za poprawianie wizerunku Polski, ciarki chodziły po plecach, włosy dęba stawały i przyszła pora powiedzieć wprost: prawda jest brutalna - Polska nie ma w świecie żadnego wizerunku, który mógłby się pogorszyć. Nie mamy tu nic do stracenia. Nasz wizerunek to "polskie obozy" i Jedwabne.

Odwaga staniała. Przełamane zostały kajdany poprawności politycznej. "Partyzanci wolnego słowa" zaczęli powątpiewać w dogmat o strategicznym sojuszu z Izraelem. W rządowej telewizji pojawiły się materiały na temat sojusznika, które zaledwie parę dni wcześniej zostałyby zgodnie uznane za "antysemickie". W jednym z nich użyto nawet określenia "żydowski kapo". "Niezależni" i "niepokorni" w kilka chwil przestroili się na mądrość nowego etapu. Ci sami, którzy dzień wcześniej praktykowali publicystyczne szmalcownictwo i ochoczo powielali donosy na "polskich antysemitów"; ci sami, którzy pełnili funkcję naganiaczy w łowach na ksenofobów; ci sami, którzy zaliczali żydowskie roszczenia i polakożercze kłamstwa do sfery "antysemickich uprzedzeń i obsesji" - nagle, bez najmniejszej żenady, wykreowali się na liderów patriotycznej opinii i natychmiast przystąpili do nadrabiania zaległości. Czy jednak prawidłowo odebrali sygnał płynący z kwatery prezesa Partii? Wystarczy przypomnieć sobie Marzec '68, gdy przed V Zjazdem PZPR Gomułka wyhamował antysyjonistyczną kampanię, i gdy nie wszyscy odpowiednio szybko zmianę zauważyli. W rezultacie wielu najbardziej krzykliwych antysyjonistów wyrzucono z pracy, w kilku przypadkach wobec nadgorliwców w wojsku, MSW i MSZ wszczęto prokuratorskie śledztwo, niektórych aresztowano, a wszystkich wydalono z PZPR. Kilku "poobijanych" na froncie walki z syjonizmem przywrócił do wojska i urzędów dopiero Gierek. A wiedzieć trzeba, że prezes PiS ma dobrą pamięć, zwłaszcza do nazwisk, i jak sprawa przycichnie, na pewno sobie je przypomni. W Polsce nie ma żadnej państwowej organizacji, która w sposób profesjonalny walczyłaby z antypolskimi kłamstwami, bo za takie trudno uznać MSZ i ambasady, z ich nieśmiałymi i wstydliwymi protestami w sprawie "polskich obozów". Jest za to kilka urzędów, które skutecznie dbają o utrwalenie żydowskiego kompleksu Polaków. W Polsce nie ma także politycznych elit zainteresowanych wygraniem konfliktu, a większość z nich staje wprost po stronie Żydów. Wbrew nadziejom entuzjastów "dobrej zmiany", sprawie żadnego poparcia nie udziela także PiS, a sam Kaczyński uwikłanie w spór z Żydami uważa za ciężką porażkę, i wszelkie spory ze środowiskami żydowskimi traktuje jako zagrożenie odrodzeniem endeckiego ducha i endeckiej tradycji, której nienawidzi.

Obowiązująca nad Wisłą narracja jednoznacznie wskazuje na Rosję jako na państwo, które nie czuje żadnych moralnych oporów przed posługiwaniem się kłamstwem. Gdy Polska padła ofiarą informacyjnego blitzkriegu, okazało się, że jego sprawcami nie byli Rosjanie, ale "bratni Izrael". Tomasz Sakiewicz rzucił płomienny apel: "Stań w obronie Polski [...]. To walka o naszą pozycję w Europie i na świecie, o prawo do samodzielnego decydowania o własnym państwie. To nawet kwestia naszego narodowego bezpieczeństwa. Staliśmy się ofiarą wojny informacyjnej. I na tę wojnę musimy odpowiedzieć pełną mobilizacją". A któż nas tak zaatakował? Czyż nie strategiczny partner i sojusznik? Po poniżającej Polskę i czytelników "Gazety Polskiej" nowelizacji nowelizacji ustawy, po mistrzowskim rozegraniu polskiej dyplomacji przez Mosad i jego speców od manipulacji i dezinformacji, Tomasz Sakiewicz nie dał się zbić z tropu. Błyskawiczne procedowanie i uchwalenie zmian przez Sejm wyjaśnił czytelnikom swej gazety w następujący sposób: "chcieliśmy bronić swojego dobrego imienia, ale Rosjanie byli bliscy ogrania nas w tej sprawie i skłócenia nas z głównym sojusznikiem czyli USA. W tej chwili ogromny hałas propagandowy organizują wokół tego rosyjskie służby, które są największymi przegranymi porozumienia między Polską a Izraelem, a de facto też i USA. Wyjściem z tej sytuacji było znalezienie formuły bronienia dobrego imienia Polski, w które włączą się poważne siły w Izraelu i USA, a jednocześnie uczynienie kroku do tytułu w sprawie ustawy". Innymi słowy - premierem Rosji jest Netanjahu, a PiS w sprawie obrony dobrego imienia Polski ogrywają Rosjanie. Myśl redaktora naczelnego wzbogacił inny publicysta "Gazety": "Celem Rosji jest budowa w Polsce partii antysemickiej, prorosyjskiej partii narodowej, która spowoduje zerwanie stosunków z USA. I przedstawienie Polaków na zachodzie jako dziczy antysemickiej i żeby Zachód oddał Polskę pod ich kuratelę". Równie oryginalnie do sprawy podeszła była dziennikarka "Gazety Polskiej", a obecnie posłanka Joanna Lichocka - uznała wszystkich krytyków zmiany ustawy za ruskich trolli: "Zniszczenie wizerunku Polski i Polaków, do którego doszło pod rządami postkomuny, trzeba żmudnie naprawiać. A to - tak jak zniweczenie próby zniszczenia naszych relacji z USA i z Izraelem - jest bardzo nie w smak Kremlowi. Ruskie trolle szaleją w sieci, banujmy je". Wmawiała zatem, że to wrogi nam Władimir Putin doprowadził do uchwalenia ustawy 447 oraz poprzez rosyjskich agentów zatrudnionych w izraelskich i amerykańskich mediach rozpętał agresywną antypolską kampanię plucia na Polskę. Lichocka zignorowała również telewizyjne obrazy Netanjahu obściskującego się z Putinem w Moskwie. Szczytem wszystkiego była propozycja Sakiewicza, by Kaczyńskiemu i Netanjahu przyznać pokojowego Nobla, bo "nikt nie zrobił tyle dla przełamywania stereotypów i wzajemnych uprzedzeń oraz budowania pomostów pomiędzy narodami". Głupotą popisały się także media patriotyczne.

Obóz rządzący zdał ten trudny egzamin [...] to pierwszy taki przypadek w III RP, kiedy Polska nie ugięła się pod naporem żydowskiego lobby i międzynarodowych nacisków [...] w bitwie tej rząd polski odniósł druzgocące zwycięstwo, co będzie miało kolosalne znaczenie dla przyszłości [...]. Polska przechodzi dziś proces awansu na bezpośredniego sojusznika USA; kiedy już tym sojusznikiem zostanie, będzie tak samo ważna jak Izrael czy Turcja [...] oto jesteśmy świadkami ostatecznego końca trwającej od ponad ćwierć wieku epoki "pedagogiki wstydu"

- napisał publicysta "Polski Niepodległej".

Idioci dyplomatyczni

Katastrofa była wielka i korzenie miała głębokie. Każdy, kto widział wiceminister kultury Magdalenę Gawin radośnie, tłustymi łapkami, bijącą brawo podczas przemówienia izraelskiej ambasador, musiał zdiagnozować poważną chorobę trawiącą rządzącą elitę - zainfekowanie wirusem nielojalności wobec własnego państwa, liczenie się tylko z "wrażliwością żydowską", a lekceważenie wrażliwości polskiej. To nie przypadek, to reguła, to odruch Pawłowa na wystąpienie każdego Żyda na jakikolwiek temat. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki bredził:

Zawiódł nas instynkt, który powinien nas ostrzec, że coś takiego może wybuchnąć, wpędził nas w to ruch Kukiz'15, który stale parł do zaostrzenia przepisów dotyczących Ukrainy, nie godząc się na żadne złagodzenie sformułowań. [...] Trzeba to spróbować wyprostować, trzeba zapomnieć o złych emocjach. Trzeba uruchomić te wszystkie inicjatywy, które pojawiły się w ostatnim czasie, komisje wspólne itd. Musimy wyjaśnić opinii publicznej, nie tylko w Izraelu, co naprawdę zaszło i co było naszą intencją.

Czyli przekładając na polski: tak nas Kukiz zaczadził (a Kukiza zaczadził ONR), że źle i nie w porę odczytaliśmy instrukcje z Izraela, ale bardzo za to przepraszamy. Nałożyła się na to wypowiedź pewnej baby, że ustawa jest "głupia" (przy czym mówiła to po podpisaniu ustawy przez prezydenta RP, którego jest doradcą). Świat o "szmalcownikach" nie słyszał, póki europoseł PiS nie palnął o nich bezrozumnie - teraz już cały glob dzięki Czarneckiemu wie, że szmalcownik to Polak sprzedający Niemcom ukrywających się Żydów. Z Polski zaczął wychodzić chaotyczny, wzajemnie wykluczający się wielogłos. Przykładem - "mocna" opinia Jacka Czaputowicza: "Rola Polski w czasie II wojny światowej jest nieznana w Izraelu. [...] Nie postrzegam tego jako świadomej akcji Państwa Izrael". Porażały coraz bardziej tchórzliwe wypowiedzi szefa dyplomacji. W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" profesor Czaputowicz rzekł: "Profesor Gross jest naukowcem i ustawa go nie dotyczy. Jest swoboda prowadzenia badań naukowych i profesor Gross ma prawo do swoich poglądów. On nie używa określenia "polskie obozy śmierci"". Czyli puścił oko do oszczerców i zapewnił, że tak naprawdę nie będą karani. No bo jak można zrozumieć słowa ministra, który uprzedzając powołane do tego organa, uniewinnia publicznie jednego z największych polakożerców, podszywającego się w dodatku pod historyka i profesora? Od dziś spotwarzać Polskę będzie mógł każdy, nawet posiadacz tytułu magistra w jakiejkolwiek dziedzinie. W ramach twórczości artystycznej każdy będzie mógł nakręcić film o "polskich obozach", bo dzisiaj, kiedy za produkt artystyczny uznaje się nawet gówno w słoiku, postawa ministra otwiera przed oszczercami niespotykane dotąd możliwości[9].

Byli i tacy, którzy naiwnie sądzili, że celem ustawy jest obrona pamięci o polskich ofiarach. Tymczasem premier Morawiecki przekonywał, że "szerzenie prawdy o Holokauście to nie tylko zadanie Izraela. To również zadanie Polski". Czyli, że ustawa ma pokazać Żydom, że Polacy będą lepiej od nich szerzyć żydowską narrację o Holokauście[10]. Jeszcze bardziej dziwiło przekonanie, że w całej sprawie chodzi o "polskie obozy", a nie o ustawę reprywatyzacyjną. Tymczasem nawet dureń wie, że zmiana przecinka w ustawie nie miała dla Żydów żadnego znaczenia, że cokolwiek byśmy nie uchwalili, co nie byłoby w stu procentach zgodne z ich narracją i z ich zakusami na nasz majątek, będzie złe, że chodziło o stworzenie precedensu, w którym rząd ugnie się pod presją, otworzy drogę do kolejnych aktów kapitulacji, zrezygnuje z resztek suwerenności, i napisze, przy pomocy takiej samej kombinacji operacyjnej, nową odpowiednią ustawę reprywatyzacyjną. Polska, za cenę chwilowego zaprzestania okładania jej kijem i kilku przyjaznych słówek, ustąpiła, otwierając drogę do wyciśnięcia z niej miliardów. Kiedy usłyszeliśmy, że Netanjahu w rozmowie z Morawieckim powiedział, iż "Polacy w sposób systemowy uczestniczyli w Holokauście", i ani razu nie wymienił Niemców, czyli uznał tezę Grossa, ujawnił się podstawowy problem - Izrael odbiera nam prawo do własnych ofiar. Co gorsza, przekaz został wzmocniony nieudolną próbą obrony - zamiast pokazać istotę kłamstwa, że Polacy byli pierwszymi ofiarami Hitlera, że mamy swoich męczenników, że Auschwitz był przeznaczony najpierw dla Polaków, że polskie ofiary od żydowskich gorsze nie są, że miliony Polaków zginęły z rąk Niemców i Sowietów, polski premier starał się wykazać, jak bardzo chce bronić pamięci żydowskiej, i że zrobi to lepiej od samych Żydów. Reprymenda premiera Izraela została grzecznie przyjęta do wiadomości. Opatrzono ją jedynie ciętą ripostą, że sprawiedliwi uratowali ciotkę Morawieckiego. Tymczasem proporcjonalną odpowiedzią byłoby wskazanie na "systemowy" udział Żydów w działaniach ludobójczych władz sowieckich po 1939 r. albo na "systemowy" udział w komunistycznym systemie terroru po 1945 r. Z góry też można było przewidzieć, jaki będzie następny etap debaty oraz do jakich argumentów ucieknie się strona polska. I rzeczywiście, kilka dni później dowiedzieliśmy się, że w Marcu '68 to nie jedna frakcja komunistów wygnała z Partii i z MSW drugą, ale że zrobili to "Polacy" swoim "żydowskim przyjaciołom i sąsiadom", a w świat poszedł przekaz: to co nie udało się Polakom za Hitlera, udało się w 1968 r., a chęć podważenia tej narracji to kolejna próba wyparcia się własnych win.

Krajobraz po bitwie

Przecież my robimy to samo co oni! - dziwili się politycy PiS. Kuriozalnym aspektem całej sprawy było, że wprowadzając nowelizację, PiS wzorował się na... Żydach, którzy w wielu krajach świata przeforsowali niezwykle restrykcyjne prawo zakazujące "negowania Holokaustu". Izrael, mistrz świata w cenzurze i zakazywaniu dyskusji na tematy dla niego niewygodne, to ostatnie państwo, które ma moralne prawo do protestowania przeciwko krępowaniu wolności słowa, ale i ostatnie państwo do naśladowania. Izrael skutecznie narzucił światu dogmat o "wyjątkowości żydowskiego cierpienia", i nie dopuszcza na tym polu do żadnej konkurencji. Status największej ofiary w dziejach ludzkości wiąże się bowiem z bardzo konkretnymi i namacalnymi korzyściami. Każdy, kto ma choćby mgliste pojęcie o polityce historycznej Izraela, musiał przewidzieć, że ustawa wywoła jego sprzeciw. Każdy, ale nie dyplomatyczny idiota. Każdy, ale nie V kolumna. Tertium non datur. Idioci dyplomatyczni nie dostrzegli, że Netanjahu podchodzi do prawdy historycznej w sposób żydowski, tj. poprzez własny interes, i przypisywanie Polakom miana "wspólników Holokaustu" traktuje wyłącznie jako środek nacisku w negocjacjach biznesowych. Przed trzema laty, podczas Światowego Kongresu Syjonistycznego, Netanjahu odkrył, że Hitler wcale nie planował eksterminacji Żydów, ale namówił go do tego wielki mufti Jerozolimy. Skoro więc dla pognębienia Palestyńczyków, sięgnął po taką brednię, dlaczego dla dokopania Polakom nie miałby rozgłaszać, że do eksterminacji Żydów Hitlera namówił Piłsudski[11]? Przebieg i sekwencja wydarzeń ewidentnie pokazały - Izrael i żydowska diaspora nie chcą żadnego kompromisu, a ich świadomie przyjętym celem jest maksymalne podgrzewanie konfliktu i maksymalne upokarzanie Polski. Gdzie tu prawda historyczna, przyzwoitość, odpowiedzialność? - łkali zaskoczeni dyplomaci polskiego MSZ. No bo jakże to tak? My ratowaliśmy Żydów w czasie wojny, a oni mają nas za pomagierów Hitlera? Przez lata robiliśmy wszystko, by umocnić sojusz polsko-izraelski, a oni niszczą go w tydzień? Uzgodniliśmy wszystko z rządem Izraela, a ten od wszystkiego się odciął? Żebranie o to, by rozgniewani Żydzi pozwolili nam zachować twarz, że ustąpimy im, byleby nie poniżali nas do końca, było złe także z innego powodu - każde ustępstwo prowadzi do kolejnych ustępstw oraz potwierdza, że mamy nieczyste sumienie i błagamy o najniższy wymiar kary. Jedyną rozsądną reakcją było puszczanie żydowskiego klangoru mimo uszu. Tymczasem rząd postąpił odwrotnie, co budzi podejrzenia, że chodziło o eskalację kolejnej odsłony wojny polsko-żydowskiej, że chodziło o kombinację operacyjną, której owocem będzie ustąpienie Żydom, przy wywołaniu wrażenia, że walczyliśmy jak lwy, ale w końcu ulegliśmy przemocy.

Minister Joachim Brudziński ostrzegał użytkowników Twittera - ich wypowiedzi mogą spowodować antysemickie ekscesy. W ślad za tym, powodowany panicznym strachem, zarządził ochronę ambasady Izraela przewyższającą ochronę własnego urzędu, a wojewoda mazowiecki dla zapewnienia komfortu psychicznego izraelskim przyjaciołom wytyczył wokół ambasady zamkniętą strefę bezpieczeństwa, wstrzymał wszelki ruch, zakazał jakichkolwiek demonstracji, wprowadził punktowy stan wojenny. Kolejny strzał w stopę oddał, powołując rządowy zespół ds. przeciwdziałania propagowaniu faszyzmu, czyli do przekonywania międzynarodowej publiki, że faszyści w Polsce są, a problem z faszyzmem stał się tak poważny, że rząd musiał powołać specjalną instytucję do jego zwalczania. A przecież do tego wystarczyłby zwykły dzielnicowy. Powołanie zespołu dodatkowo wzmocniło podejrzenie, że pod pozorem walki z faszyzmem PiS zamierza zwalczać polityczną konkurencję, czyli zdelegalizować środowiska narodowe. Nawiasem mówiąc, pełna nazwa zespołu Brudzińskiego to: Zespół do spraw Przeciwdziałania Propagowaniu Faszyzmu i innych Ustrojów Totalitarnych oraz Przestępstw Inspirowanych Nienawiścią na tle Różnic Narodowościowych, Etnicznych, Rasowych, Wyznaniowych albo ze względu na Bezwyznaniowość", a jego pełny skrót to: ZdSPPFiIUToPINnTRNERWazwnB. Może na więcej by się zdało powołanie zespołu do ustalenia, czy w MSW są tylko idioci, czy tylko V kolumna? Zamiast energicznie zwalczać antypolonizm, PiS przystąpiło do energicznego zwalczania antysemityzmu. Polowanie na "demony antysemityzmu" objęło nawet członków partii. Decyzję podjął sam prezes - w prawach członka partii i klubu zawieszono senatora Waldemara Bonkowskiego. Powodem było kilka słów prawdy. Na swoim facebookowym profilu Bonkowski udostępnił filmik pokazujący żydowskich kapo bijących Żydów w warszawskim getcie, a materiał zatytułował "Jak Żyd Żyda gonił na śmierć". Udostępnił też wpis pod tytułem "Prawda Żydów w oczy kole", w którym można przeczytać o "kolejnej odsłonie agresji Żydów wobec Polski i Polaków". Ponadto udostępnił "słownik żydowski", w którym antysemita "to człowiek mający czelność bronić swoich praw przed arogancją i pazernością Żydów". "Nie ma u nas miejsca dla tak skrajnych, szkodzących Polsce, i w ogóle naszemu wizerunkowi, ludzi" - oceniła posłanka PiS Małgorzata Gosiewska. Rzecznik dyscyplinarny partii Karol Karski dorzucił, że nie widzi przed Bonkowskim przyszłości w PiS i podkreślił, że partia nie przewiduje "marginesu tolerancji dla zachowań tego typu".

Strategii wybrnięcia z kryzysu nie było. Pojawiły się za to nerwowe, chaotyczne i nieskoordynowane ruchy, wszystkie dla wkupienia się w łaski oszczerców, przy ich triumfującej postawie. Wizerunku Polski na świecie nie poprawiła ani trochę doraźna wizyta prezydenckiej pary w krakowskim przedszkolu żydowskimi, w towarzystwie rabina Schudricha[12]. Nie pomogło też powołanie Schnepfa i Rotfelda na członków Rady Muzeum Polin, ani zapowiedź budowy muzeum getta. Na niewiele zdały się wygłoszone na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego z okazji rocznicy Marca '68 słowa: "Wybaczcie Rzeczpospolitej, wybaczcie Polakom, ówczesnej Polsce za to, że dokonano tego haniebnego aktu". Rząd nie dał jasnego sygnału, po której stronie polsko-żydowskiej wojny się opowiada. Tymczasem im więcej było oznak kapitulacji, tym bardziej nacisk rósł. Taktyka przeczekania i robienia uników natrafiała na coraz większe zdumienie Polaków. Gdy przez świat przelewała się fala bezprzykładnego antypolskiego hejtu, czym zajmował się rząd "dobrej zmiany"? Zajmował się dopieszczaniem antypolskich środowisk, czyli sponsorowaniem antypolonizmu. Chodziło przy tym o sponsorowanie wielowymiarowe - polityczne, moralne, finansowe, nawet kadrowe. Narastało zdumienie Polaków wywołane absurdem - jesteśmy obrażani we własnym kraju i jeszcze za to płacimy; zarzuty produkuje się tu na miejscu, a oszczercy śmieją się nam w nos; rząd funduje paszkwilantom wygodne i dostatnie życie, hojnie obsypuje złotem, zapewnia komfortowy warsztat pracy, a oszczercy pomawiają nas, o co tylko zapragną; minister kultury utrzymuje z pieniędzy podatnika eksterytorialne placówki ziejące nienawiścią do Polaków, a nie ma najmniejszego nawet wpływu na obsadę dyrekcji tych instytucji, nie mówiąc o ich poczynaniach[13].

Dyplomatyczna krzątanina

Polskę brutalnie zaatakowano. I to w najbardziej niespodziewanym momencie - gdy oczy całego świata zwrócone były na Auschwitz. Temat wywołała ambasador Izraela. Najpierw łamaną polszczyzną, czyli żydłacząc[14], podziękowała rządowi za reakcję na reportaż TVN o neonazistach. Jej słowa wkrótce trafiły na czołówki wszystkich mediów globu. Przekaz Netanjahu też był krótki i prosty: Polska walcząc z określeniem "polskie obozy", zaprzecza Holokaustowi, a skoro zaprzecza to znaczy, że obozy były polskie. Do ataku doszło, gdy Polska podniosła temat niemieckich reparacji wojennych, a słowa Netanjahu były mocnym i precyzyjnym ciosem wymierzonym w te starania. Funkcjonariusze "polskiej" machiny narracyjnej nie odkryli, co się za tym kryło, skąd to nagłe uderzenie. Przyglądając się, jak z dnia na dzień Polska dała się uwikłać w żydowską kombinację operacyjną, nie trudno było dostrzec nędzę polskiej dyplomacji. Dlaczego MSZ nie informowało, że kreowanie w oczach świata Polaków na morderców to taktyka negocjacyjna Żydów, element konsekwentnie realizowanej agendy, i że wprowadzenie kary za pomawianie Polaków o niemieckie zbrodnie utrudnia wymuszenie haraczu, że bez tego kłamstwa geszeftu nie da się zrobić? Dlaczego Ambasada RP w Tel Awiwie nie wysłała sygnału, że szykuje się awantura i że będzie ona tylko przykrywką do batalii o restytucję mienia pożydowskiego, bo znacznie łatwiej zbudować koalicję światową wokół pamięci o Holokauście niż wokół ordynarnego geszeftu? Jak to możliwe, że do Warszawy nie docierały sygnały, oceny, analizy, że Izrael coś szykuje? Kto kierował polską placówką dyplomatyczną w Tel Awiwie? Czy Polska w ogóle dysponuje czymś takim jak dyplomacja, skoro nie była w stanie uprzedzić na czas o zbliżającej się nawałnicy, o tym że rzekomo strategiczny partner i bliski przyjaciel traktuje Polskę jako wroga, że interesuje go jedynie brutalne egzekwowanie swej przewagi?

Lament ambasador Izraela i klangor Netanjahu był prawdziwym darem niebios dla PiS i dla rządu. Pozwolił jednym susem znaleźć się w szeregu nieustraszonych bojowników o godność narodową, pozyskać sympatię kolejnej grupy wyborców. Do tego stopnia, że teoria Janusza Korwin-Mikkego, że to, co się działo wokół ustawy to nie przypadek tylko "ustawka" z premierem Netanjahu, mająca umocnić pozycję PiS, nie brzmi aż tak nieprawdopodobnie. Rację miał również Stanisław Michalkiewicz przypuszczając, że akcja została ukartowana od samego początku, że PiS sprowokował pyskówkę z Żydami, bo chce Polskę oddać w żydowską niewolę, i tak jak w wypadku Traktatu Lizbońskiego, wmówić Polakom, że został do tego zmuszony. Uzasadnione wydaje się pytanie - po co nową ustawę w ogóle napisano, skoro z góry wiadomo było, że nie wejdzie w życie? Odpowiedź może być tylko jedna: chodziło o przekonanie wyborców PiS, że wszystkie poprzednie rządy pozwalały na bezkarne plucie na Polskę, a tylko obecny zdecydowanie się temu przeciwstawia. Można też zaryzykować tezę, że nawet Komisja Europejska z Timmermansem na czele, przez dwa lata nie zrobiła tyle dla PiS w sondażach, ile zrobił Izrael przez 24 godziny. Zysk władzy w polityce wewnętrznej okupiony został jednak niepowetowanymi stratami na zewnątrz. Polska nie wyniosła z tej plugawej i perfidnej kombinacji żadnej korzyści. Bo to ona dostawała na odlew po pysku, to Polacy, a nie Kaczyński byli bici po twarzy. Wyjaśnienie może być dwojakie: albo mamy do czynienia z idiotami, niezdolnymi do rozpoznania nawet najprymitywniejszej intrygi, albo z V kolumną. Bo tylko ta ostatnia w tym wszystkim miała interes - kombinacja nie wymagała twardych reakcji dyplomatycznych wobec Izraela i uznania izraelskiej ambasador za persona non grata, nie narzucała konieczności przyjrzenia się działalności żydowskiej V kolumny, blokowała wprowadzenie w życie niekorzystnej dla tych środowisk ustawy reprywatyzacyjnej, pozwalała na przedstawienie zwolennikom PiS nowelizacji nowelizacji ustawy jako efektu "rzeczowego, pozbawionego emocji dialogu" i osłonieniu tego argumentacją o "nieuleganiu prowokacji". Przede wszystkim jednak umożliwiała zachowanie status quo oraz dogadanie się z agresorem ponad głową społeczeństwa. Na prawdziwą uwagę zasługują tu słowa Andrzeja Zybertowicza, który sprawę wyłożył jasno: "Prawda bardzo często w polityce przegrywa. Aby polityk mógł zabiegać o prawdę, musi zachować władzę, ażeby zachować władzę, często musi ulegać siłom zewnętrznym, które na to pozwolą i w tym pomagają". Czyli, dokonując przekładu z ichniego na polski: Najważniejsze jest zachowanie władzy, nawet za cenę zdrady interesów własnego państwa. Negocjacje trwały w ciszy i w wielkiej dyskrecji. Wiedziało o nich bardzo wąskie grono osób. Gdy raptem Izrael przeprowadził w polskim Sejmie blitzkrieg, trudno było uwolnić się od podejrzeń, że coś się wydarzyło za zamkniętymi drzwiami. Źródła izraelskie ujawniły, że rola polskich negocjatorów sprowadziła się do wysłuchania, co do przekazania miał Netanjahu, i że polska delegacja "w zasadzie" nie stawiała żadnych warunków. W świetle tego można przewidzieć, jak będzie wyglądało kolejne, też zasługujące na nagrodę Nobla genialne posunięcie - po miesiącach tajnych rokowań w ośrodku Mosadu pod Tel Awiwem polski rząd ogłosi sukces: Żydzi zgodzili się, abyśmy zapłacili za mienie bezspadkowe kilka miliardów mniej, rozłożyli należność na raty, a nawet dali na ich spłacenie niskooprecentowany kredyt.

Sromotna klęska Polski to prosta konsekwencja operacji przez partyjnych propagandystów PiS nazwanej "rekonstrukcją rządu". Dokonane wówczas zmiany oznaczały przeniesienie ośrodka decyzyjnego do Pałacu Prezydenckiego, tj. do spokrewnionych ze Szmulem Zbytkowerem ludzi Andrzeja Dudy[15], powierzenie steru rządu bankierowi, zwolnienie nie wykazujących wystarczającego entuzjazmu wobec projektów lobby żydowskiego ministrów i zatrudnienie "koncyliacyjnych". Przeprowadzona przy ewidentnym udziale Mosadu kombinacja operacyjna nie była ani przypadkowa, ani zaskakująca. Wybrano jedynie dogodny moment. A czy mógł być bardziej dogodny, niż przejęcie faktycznej władzy w Polsce przez środowisko piewców "ziemi Polin" i "Rzeczpospolitej przyjaciół"? To była sztabowa decyzja. Izrael wiedział, że ten rząd można zmusić do każdej kapitulacji. Cała operacja zaczęła się dużo wcześniej i była starannie przygotowana - 11 listopada 2017 r. po donosie nowojorskiej gazety o "60 tysiącach faszystów maszerujących w Warszawie". Gdy Sejm zmienił ustawę o IPN, a dokonane przez ten organ "doprecyzowania" okazały się zgodne z wolą środowisk żydowskich, prezes PiS pouczał: "dzisiaj diabeł podpowiada nam pewną bardzo niedobrą receptę, pewną ciężką chorobę duszy, chorobę umysłu - tą chorobą jest antysemityzm. Musimy go odrzucać, zdecydowanie odrzucać". Przy czym nakazywał Polakom walkę z "ciężką chorobą duszy i umysłu" wówczas, gdy Żydzi opluwali i lżyli Polaków za... antysemityzm. Bohaterskiemu politykowi zabrakło odwagi, by zaapelować do Żydów o odrzucenie "ciężkiej choroby antypolonizmu". Jeszcze innym kłamstwem, które miało zdjąć odpowiedzialność z rządu "dobrej zmiany", było forsowanie narracji, że konflikt to efekt "zaniedbań polityki historycznej III RP" poprzedników. Tymczasem dość sięgnąć po doniesienia z wizyty Andrzeja Dudy w Nowym Jorku i znamienną wypowiedź Abrahama Foxmana, że z lokatorem Pałacu Namiestnikowskiego rozmawiał o restytucji mienia żydowskiego oraz legislacji "zdaniem żydowskich organizacji niezbędnej, która pomoże zwalczać przejawy antysemityzmu". W sierpniu 2017 r. z przedstawicielami środowisk żydowskich spotkał się prezes Kaczyński. Oficjalny, natrętnie nagłaśniany komunikat mówił o spotkaniu "pełnym wzajemnego zrozumienia", i o uczestnikach, którzy "byli pod wrażeniem głębokiego rozumienia historii, zwyczajów i religii żydowskiej przez prezesa PiS". Sednem spotkań było jednak coś innego. "Jesteśmy przerażeni najnowszymi wydarzeniami i obawiamy się o nasze bezpieczeństwo, jako że sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej niebezpieczna" - alarmowali Żydzi w manifeście skierowanym do Kaczyńskiego, a opublikowanym przez "Washington Post". "Narastaniu postaw antysemickich w ostatnich miesiącach towarzyszy agresywna mowa nienawiści i nacechowane przemocą zachowanie, skierowane przeciwko naszej społeczności. Nie chcemy powrotu do 1968 roku" - twierdzili i domagali się od Kaczyńskiego "zdecydowanego potępienia antysemityzmu". Manifest i spotkanie w Nowym Jorku były preludium kombinacji. Tylko głupiec nie mógł skojarzyć ich związku z projektem ustawy reprywatyzacyjnej zakładającej zwrot utraconej własności tylko tym, którzy w momencie nacjonalizacji żyli w Polsce i posiadali polskie obywatelstwo. Politycy PiS takimi głupcami jednak nie są i prawidłowo zrozumieli żydowskie podszepty - wycofali się z dalszych prac nad "kontrowersyjną" ustawą i odesłali ją do ministerstwa sprawiedliwości "celem przeprowadzenia dalszych niezbędnych analiz". Krótko mówiąc, "konflikt" wokół ustawy IPN przytłumił zasadniczy akt kapitulacji w sprawie mienia żydowskiego. Tak sobie to wymyślił "genialny strateg", przekonany, że tylko drogą ustępstw (zwaną w partyjnej nomenklaturze "drogą dialogu i mądrych kompromisów") zachowa - z woli bliskowschodniego anonimowego mocarstwa - władzę. Za całą "troskę o Polskę" wystarczał więc propagandowy bełkot, prymitywna demagogia, łgarstwa, bezczelna cenzura. I łatwo było dostrzec, gdzie zmierza władza i czym zapłacimy za jej polityczne geszefty[16]. Wracając do pytania z początku: zdrada czy głupota? Jeśli to pierwsze, to wniosek jest prosty - takiej klasy politycznej trzeba się szybko pozbyć. Jeśli to drugie - MSZ trzeba posprzątać żelazną miotłą.

Atak z podkulonym ogonem

Po trzech latach rządów "dobrej zmiany" nadzieja, że podejmą walkę z hałastrą pustoszącą wizerunek Polski słabnie. Mocno trzeba zasłaniać oczy, by nie widzieć szemranych geszeftów z antypolskimi ośrodkami, pozorowania działań, spektakli dla gawiedzi, mydlenia oczu, tropienia trzeciorzędnych oszczerców, a obwieszania medalami tych pierwszorzędnych oraz wmawiania, że najpilniejszą potrzebą Rzeczypospolitej jest "program walki z antysemityzmem". Potrzebna była odwaga, a nie potulność, nieustanne bicie się w piersi i tchórzliwe merdanie ogonkiem. Potrzebne były procesy wytoczone oszczercom, zaoczne wyroki i areszt, gdy pojawiali się w Polsce po odbiór kamienic. Potrzebne było odważne stwierdzenie, że niektórych polityków powinno się odsunąć od wszelkich stanowisk mających związek z Izraelem, bo w grę wchodzi konflikt interesów, i że nie czas na dywagowanie o MaBeNie, gdy walą nas w pysk na odlew, i że trzeba robić to samo, co oni. Próg wytrzymałości prawicowego wyborcy jest systematycznie testowany. Po przeprosinach Andrzeja Dudy za Marzec '68, po serii decyzji ministra mylącego polską kulturę z żydowskim cmentarzem, prawicowy wyborca dostał kwiatek, którego nie był w stanie zrozumieć nawet najbardziej zagorzały filosemita - nowelizację nowelizacji ustawy, to jest wykastrowanie jej dwóch najistotniejszych zapisów. Artykuły 55a i 55b to bliźniacze zapisy do artykułu 55 będącego podstawą prawną do ścigania tzw. "kłamstwa oświęcimskiego", z tym, że dotyczą kłamstw o udziale Polski w zbrodniach Holokaustu i odpowiedzialności za niemieckie obozy koncentracyjne. Zatem kłamstwa na temat Żydów prokuratorzy z IPN będą ścigać, a dotyczące Polaków uznawać za bezkarne[17]. Premier Morawiecki uznał, że słowo "antypolonizm" w podpisanej z Netanjahu deklaracji jest wielkim dziejowym sukcesem, bo dowodzi, że takowy istnieje. Tymczasem w deklaracji mowa o tym, że oba rządy odrzucają antypolonizm oraz inne negatywne stereotypy narodowe, ale przede wszystkim z całą mocą potępiają wszelkie formy antysemityzmu oraz dają wyraz zaangażowaniu w zwalczanie jakichkolwiek jego przejawów. Innymi słowy - polski rząd będzie zwalczał antysemityzm i "da temu wyraz" poprzez wyłapywanie i karanie antysemitów, a antypolonizm oba rządy będą tylko i tak sobie odrzucały. Netanjahu łaskawie przyznał: Polska nie ponosi CAŁEJ winy za Holokaust. A więc dalej będą polskie obozy, i tylko czasem ktoś napomknie, że winni byli też naziści (ale już nie Niemcy). W drugim punkcie oświadczenia premierów można przeczytać o tym, że "Holokaust był bezprecedensową zbrodnią popełnioną przez nazistowskie Niemcy przeciwko narodowi żydowskiemu i wszystkim Polakom żydowskiego pochodzenia". Nie ma natomiast ani słowa o tym, że ofiarami nazistowskich Niemiec byli Polacy polskiego pochodzenia, co jest zgodne z narracją, która zakłada monopol Żydów na bycie ofiarami. W oświadczeniu dwukrotnie padają stwierdzenia o kolaborujących z Niemcami i współuczestniczących w zagładzie Żydów, co jest oficjalnym uznaniem współodpowiedzialności Polaków za Holokaust. W oświadczeniu znalazło się potępienie każdego indywidualnego przypadku "okrucieństwa wobec Żydów, jakiego dopuścili się Polacy podczas II wojny światowej". Zabrakło natomiast informacji o polskich ofiarach zbrodni dokonywanych przez Żydów oraz informacji o masowej kolaboracji Żydów z sowieckim okupantem. Innymi słowy - pomoc Polaków dla Żydów w czasie II wojny światowej była rzadka, a mordowanie Żydów przez Polaków było powszechne, czyli - przepraszamy Żydów, że pomoc była rzadka, a mordowanie powszechne. Wracamy w ten sposób do punktu wyjścia, a może nawet gorzej. Ot, świetny kompromis godny pokojowej Nagrody Nobla. We wspólnej deklaracji premierów Izraela i Polski powtórzono wszystkie tezy antypolskiej narracji historycznej.

Polska i Izrael to oddani, wieloletni przyjaciele i partnerzy, którzy blisko współpracują w kwestiach związanych z zachowaniem pamięci i nauczaniem o Holokauście. Współpraca ta prowadzona jest w duchu wzajemnego szacunku dla tożsamości i historycznej wrażliwości, również w odniesieniu do najbardziej tragicznych okresów naszej historii.

Zabrzmiało to jak ponura kpina zważywszy, jak od kilkudziesięciu lat środowiska żydowskie szkalują Polskę i Polaków. Wystarczy też wspomnieć, że w ramach tej "bliskiej współpracy" Polska bezzasadnie przekazała mienie nowo powstałym gminom żydowskim, wspierała na forum międzynarodowym rasistowską politykę Izraela, łamała konstytucję i ustawy przy przyznawaniu Izraelczykom polskiego obywatelstwa, a Izrael zapewniał ochronę prawną ściganym przez Polskę przestępcom i komunistycznym zbrodniarzom oraz wspierał politykę historyczną Niemiec i Rosji. Obaj premierzy opowiedzieli się "za swobodą wypowiedzi na temat historii oraz wolnością badań nad wszystkimi aspektami Holokaustu". Chyba najlepszym dowodem na nieszczerość tej deklaracji są losy nowelizacji ustawy o IPN - usunięcie z niej, na żądanie strony żydowskiej, zapisów o zakazie szkalowania Polaków, a pozostawienie artykułu zakazującego podważania żydowskiej wersji Holocaustu i niezależnych badań nad tym tematem. Najpierw rząd wykrzyczał całemu światu, że kłamstwa o Polsce to przestępstwo, a potem, po żydowskich naciskach, wprowadził do ustawy zapis, które kłamstwa czyni bezkarnymi. Zamiast ustawy zwalczającej "polskie obozy" i "polskie getta", mamy ustawę o zwalczaniu antysemityzmu, a w niej surowy paragraf karzący antysemitów. Zamiast ustawy broniącej Polskę przed antypolonizmem, mamy ustawę broniącą Grossa. Po oczyszczeniu przedpola - jedynymi piewcami historycznej prawdy zostali "polski" historyk Jan Gross, rabin Schudrich no i Szewach Weiss - żydowski Światowit o wielu twarzach. Po dobrze zorganizowanym i błyskawicznie przeprowadzonym, pierwszym w historii Polski blitzkriegu, rząd pośpiesznie podpisał rozejm. A że warunki kapitulacji były wyjątkowo korzystne, bo przewidują wypłatę tylko 65 mld dolarów i to w ratach, zaoszczędzone środki przeznaczono na publikację w sześciu językach wspólnej deklaracji Netanjahu-Morawiecki.

Gazety izraelskie, w przeciwieństwie do "Gazety Polskiej", nie miały wątpliwości, jak ocenić batalię z Polską - ogłosiły rejteradę PiS i żydowskie zwycięstwo. "Nie poszliśmy na kompromis, doprowadziliśmy do uchylenia [polskiego] prawa i przywróciliśmy stosunki z Polską" - pochwalił się w "Ha-Aretz" Jakov Nagel, drugi, obok Yossiego Ciechanovera, negocjator ze strony Izraela. Tak więc, w setną rocznicę odzyskania niepodległości Polska pokazała, że nie jest państwem suwerennym w myśleniu i w działaniu, a w roku, w którym świętuje swe chwalebne stulecie nad jej niepodległością zebrały się czarne chmury. "Gazeta Wyborcza" nieprzerwanie piętnuje polskich antysemitów, którzy wszędzie i zawsze widzą "żydowską rękę" i podejrzewają, że za wszystkim stoi wszechmocny Mosad. Ale czy taka wizja jest zupełnie błędna? Ze wsparciem dla spiskowych teorii antysemitów pośpieszył Jarosław Kaczyński. Dostarczył dowodu, że Mosad czynnie wpływa na rząd i na Sejm. Jak doniosły rozmaite media, do porozumienia w sprawie nowelizacji ustawy o IPN doszło w siedzibie Mosadu. Co więcej, w siedzibie Mosadu nie było żadnych negocjacji, była zwykła kapitulacja, i czarno na białym dowód, że za stanowionym w Polsce prawem stoją izraelskie służby specjalne. Potwierdził to publicznie jeden z izraelskich negocjatorów:

Polacy próbowali wybielić swą haniebną przeszłość, wyprzeć się współudziału w Holocauście, ale dostali dobrą szkołę i musieli się przyznać. Oto kraj, który szczyci się tym, że uchwalił ustawę, która przywróci narodowi honor, a pół roku później anuluje ją z podkulonym ogonem. Pozbyliśmy się tego prawa bez dawania im niczego w zamian.

Przeżywamy trudne czasy. Skaczą na nas jak koza na pochyłe drzewo, a rodzimi zdrajcy wyją z radości, przyjmują narrację wroga, przebijając w gorliwości poniżania Polski najbardziej szowinistyczne media żydowskie. Swołocz, która przez 30 lat, ręka w rękę z Niemcami i Żydami, uprawiała pedagogikę wstydu, bezczelnie domaga się, by polskie ustawy pisał izraelski Kneset. Żydowski propagandowy blitzkrieg przeprowadzony został na terytorium Polski, za pomocą narzędzi wykreowanych i utrzymywanych za polskie pieniądze. To nie Żydzi udzielili sobie zgody na powołanie loży B'nai B'rith w Warszawie. To nie Netanjahu wstrzymał ekshumację w Jedwabnem. To nie Izrael wypłacił 400 milionów złotych na eksterytorialną manufakturę antypolonizmu, jaką jest Muzeum Polin. To nie Kneset przyznał 100 milionów na renowację cmentarza w Warszawie, mimo że należy on do bogatej, utuczonej na sprzedaży synagog i kirkutów żydowskiej gminy. Kto finansuje Żydowski Instytut Historyczny? Kto obchodzi Chanukę w Sejmie i w Belwederze? Kto wydelegował Schnepfa do Waszyngtonu, a potem przez rok go odwoływał, i kto podpisał jego nominację do Rady Muzeum Polin? Kto nie ma czasu na spotkanie z Kresowiakami, a ma czas na szabasową kolację u żydowskiego sierżanta o nazwisku jak tania whisky? Kto nie ma czasu na spotkanie z Polakami na Litwie i z Polakami na Ukrainie, ale za to nie wytrzyma dnia bez spotkania z rabinem Schudrichem? Kto zamroził procedowanie ustawy o Polakach ratujących Żydów, "by nie urazić ich wrażliwości"? Ani Netanjahu, ani Michnik, ani Schetyna, tylko marszałek polskiego Sejmu. Zadajmy zatem pytanie: kto ponosi winę za klęskę? Jarosław Kaczyński uznaje się za zwycięzcę i odradza poszukiwanie winnych. My jednak znamy osobników, którym zawdzięczamy upokorzenie Polski. To tchórzostwo Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego i Andrzeja Dudy, wspomaganych przez ministra spraw zagranicznych. I niech przy tym pamiętają - uleganie szantażowi, i to wypowiedzianemu głośno, źle się kończy dla szantażowanego. Winston Churchill tak skomentował Układ Monachijski: "Głupcy, mieli do wyboru wojnę lub hańbę. Wybrali hańbę, a wojnę i tak będą mieli". Rząd PiS hańbę już ma, a wojnę zaraz dostanie.

Polakom trudno pojąć, dlaczego Izrael jest "naszym sojusznikiem" i na czym polega "strategiczne partnerstwo" między krajami leżącymi na różnych kontynentach, nie mającymi wspólnych interesów ani wspólnych wrogów. Co więcej - widzą, że to Izrael i organizacje żydowskie w Ameryce są dla Polski zagrożeniem. Z coraz większym zdziwieniem przyjmują wiadomości o budowie kolejnych żydowskich muzeów, finansowaniu kolejnych antypolskich filmów, milionowych grantach dla polakożerców na "badania naukowe". Zadają sobie pytania: Dlaczego udostępniono Wawel na obrady Knesetu? Przecież na Wawelu nigdy nie obradował żaden amerykański Kongres ani mongolski Wielki Churał? Dlaczego międzynarodowe konferencje rabinów zwoływane są w Warszawie, choć Polska to "najbardziej antysemicki kraj na świecie, w którym prawie nie ma Żydów"? Po co do Kielc, "stolicy polskiego antysemityzmu" przyjechało 150 izraelskich milicjantów w pełnym umundurowaniu? Dlaczego podczas obrad Grupy Wyszehradzkiej wystawiono izraelską flagę? Przecież częścią Trójmorza nie jest Judeopolonia? Dlaczego premierem w trybie nadzwyczajnym, ocierającym się o groteskę, zrobiono bankiera, a żydowskie gazety powitały go nagłówkiem - "świetny bankier na czele rządu"? Czy nowy premier szykuje transfer dużych pieniędzy, którego nie mogła albo nie chciała zlecić premier Szydło? Polacy zastanawiają się, gdzie znajduje się ośrodek, w którym podejmowane są ważne decyzje? Na Nowogrodzkiej, na szabasowych kolacjach czy w siedzibie Mosadu? Skąd bierze się sprzeciw wobec wznowienia ekshumacji w Jedwabnem, choć to kamień węgielny całej antypolskiej propagandy, i wykazanie kłamstw Grossa obaliłoby moralną podstawę "rekompensat" za rzekomy polski udział w Holokauście? Dlaczego rząd wycofał się z ustawy reprywatyzacyjnej, która znacznie utrudniała rabunek mienia i komplikowała działania geszefciarzy? I pytają wreszcie: czy i na jaki temat toczą się tajne rozmowy w ośrodku Mosadu pod Tel Awiwem?[18] Prawicowy elektorat dostał w pysk, i z pewnością sobie to zapamięta. Ale już wie, że bez pokonania i odesłania na śmietnik historii wewnętrznego wroga, nie ma co marzyć o dobrym imieniu za granicą. Wie też za Aleksandrem Fredro - "Naród, który nie ma siły i woli powiedzieć łotrom, że łotry, nie wart być narodem".

[1] Przy okazji dowiedzieliśmy się, że projekt ustawy konsultowali, w trybie pozaprawnym, "już od dwóch lat". Wywołuje to zapytanie, co jeszcze sobie z Żydami konsultują.

[2] Co do Zybertowicza i jego "machiny narracyjnej" - na swym koncie ma wiele osiągnięć narracyjnych - w 1980 wraz z Romanem Bekerem, z pozycji żarliwego marksisty wysmarował tekst programowy Ostatnia szansa PZPR. Tekst opublikował w trockistowskiej i wściekle antykościelnej "Sigmie", organie marksistowskich studentów z ZSP. Swój doktorat zatytułował: Problem stosowania teorii materializmu historycznego we współczesnej historiografii polskiej. Zybertowicz pomija ten szczegół, że większość fałszywych informacji o Polsce pochodzi od żydowskiej machiny propagandowej, z którą kolaboruje jego pryncypał prezydent Duda.

[3] "Rzeczpospolita" z 7 lutego 2018.

[4] Nawiasem mówiąc, stary Gebert, nie niepokojony przez nikogo, spoczywa na Wojskowych Powązkach.

[5] Aroganckim, bezczelnym posunięciem lobby żydowskiego było zrobienie go przewodniczącym sejmowej Komisji ds. Polonii.

[6] Z całej opozycyjnej ukraińskiej ferajny jedynie Siemoniak zachował się porządnie (albo nieopatrznie), mówiąc: "Sprzeciw wobec kłamliwego przypisywania Polsce odpowiedzialności za Holokaust powinien łączyć wszystkich Polaków".

[7] Jego treść opublikował francuski "Libération" 12 lutego 2018 r.

[8] Fundacja, która nie potrafiła przeprowadzić ani jednej efektywnej akcji promującej Polskę za granicą, kupiła we Francji za 5 milionów stary jacht, który z załogą kierowaną telefonicznie przez Mateusza Kusznierewicza, z napisem na burcie "Polska 100", popłynął w dwuletni rejs dookoła świata. Na ten cel Fundacja wyłoży kolejne 20 milionów. Żeby było weselej - Kusznierewicz w 2010 r. popierał w telewizyjnych spotach Bronisława Komorowskiego.

[9] I jak tu się dziwić, że pracownicy MSZ obdarzyli go ksywką "Kaputowicz" i "Ciaputowicz".

[10] Morawiecki, historyk z wykształcenia, nie zna mądrości Aleksandra Fredry: "Naród który nie zna i nie dba o własną, a troszczy się o cudzą historię, o cudze mity, skazany jest na zagładę".

[11] Idiotycznie brzmiała w tym kontekście wypowiedź marszałka Sejmu: "Chcemy prawdy i walczymy o prawdę. Prawdy chce też strona izraelska".

[12] Obiektywnie przyznać trzeba, że Schudrichpoprawił wizerunek premiera. Stając w jego obronie, ujawnił, że "dzieci premiera uczyły się w szkole Laudera". Szkoła Lauder-Morasha w Warszawie to pierwszy żydowski zespół szkół w Polsce powstały po 1989 r. W jego skład wchodzą szkoła podstawowa, gimnazjum, a także przedszkole. Placówka posiada status szkoły prywatnej na prawach szkoły publicznej. Prócz przedmiotów typowych dla szkół publicznych naucza się w niej tradycji i historii żydowskiej, języka hebrajskiego, uczniowie obchodzą żydowskie święta.

[13] By dopełnić obrazu tragifarsy, przytoczmy wypowiedź Jarosława Sellina, że współpraca jego Ministerstwa z Muzeum jest dobra, merytoryczna. Niech te słowa posłużą za ilustrację całej tej błazenady.

[14] Przecząc przy tym powszechnie obowiązującej tezie, że Żydzi są inteligentnym, szczególnie utalentowanym językowo narodem.

[15] Vide "Rzeczpospolita" Plus-Minus, nr 3 z 2018.

[16] Tak jak w awanturze o ustawę o IPN, którą rząd na własne życzenie z kretesem przegrał, chodziło o odwrócenie uwagi od ustawy reprywatyzacyjnej i przygotowanie gruntu prawnego, politycznego i propagandowego pod akcję wydojenia Polski na miliardy dolarów, tak burza rozpętana wokół Pomnika Katyńskiego służyła odwróceniu uwagi od forsowanego w Senacie USA tzw. Aktu 447. Przy czym za łaskawe przeniesienie pomnika w inne miejsce polski konsul wylewnie dziękował burmistrzowi Jersey City, a w Polsce ogłoszono to jako tryumf polskiej dyplomacji.

[17] Usunięcie obu artykułów Morawieckinazwał "drobna korektą lub modyfikacją".

[18] Rozmowy utajniono przed wrogami. I nie chodziło o Rosjan, Niemców i totalną opozycję, ale przede wszystkim o kolegów z rządu i partii, którzy naiwnie uwierzyli w retorykę wstawania z kolan i hasło "Nie oddamy ani guzika".

ŻYDOWSKIE GESTAPO

30 kwietnia 2013 r. wiceprezydent Joe Biden, podczas gali z okazji 100-lecia Ligi Przeciwko Zniesławieniu (Anti-Defamation League - ADL), wygłosił niezwykłe przemówienie. Zwracając się do Abrahama Foxmana, powiedział: "Będzie to zuchwałe z mojej strony, gdy powiem, że czuję się tu jak w rodzinie. Ty byłeś ze mną, a ja byłem z tobą od czasu, kiedy jako 30-letni dzieciak zostałem zaprzysiężony w amerykańskim Senacie". Z głębokim respektem i podziwem dla audytorium, żartował: "Wiem, iż ogromna większość Amerykanów uważa mnie za Żyda, a ja tak naprawdę jestem katolikiem. Jestem prawdziwym katolikiem, ale wykształciła mnie ADL i wiele osób znajdujących się na tej sali. Byliście ze mną w każdej ważnej sprawie. Nie pamiętam nawet jednej, w której się nie zgadzaliśmy". Biden obsypał ADL także innymi pochwałami: "Jesteście najbardziej wpływową, najbardziej słuchaną i najbardziej szanowaną organizacją w tym kraju. Jesteście sumieniem naszego społeczeństwa". W swym wystąpieniu mówił o "ogromnej" i "nietypowej" roli Żydów w amerykańskich mediach i amerykańskiej kulturze, która była najważniejszym czynnikiem kształtującym postawy Amerykanów i wprowadziła zasadnicze zmiany kulturowe i polityczne w ostatnim stuleciu. Przyznał: "Jak może wiecie, miałem kiedyś drobny problem z poparciem dla gejowskich małżeństw. Ale spójrzmy na bój, jakiego się podjęliście. Teraz też nie żartuję: ta społeczność mnie wykształciła". "Założę się, że 85 procent zmian, czy to w Hollywood czy w mediach społecznościowych, jest dziełem liderów żydowskich. To ogromny wpływ". "Żydowskie dziedzictwo ukształtowało nas wszystkich; mnie bardzo albo bardziej niż cokolwiek innego" - dorzucił na koniec. 21 maja, w trzy tygodnie po owym "porywającym" przemówieniu, Joe Biden wygłosił w kwaterze ADL kolejną mowę. Tym razem z okazji Miesiąca Dziedzictwa Amerykańsko-Żydowskiego:

Żydowskie dziedzictwo, żydowska kultura, żydowskie wartości, są tak istotną częścią naszej tożsamości, że słuszne się mówi, iż to amerykańskie dziedzictwo. Naród żydowski wniósł ogromny wkład w Amerykę. Żadna inna grupa nie miała tak wielkiego wpływu per capita niż wy, tutaj obecni.

Dalej kadził: Macie 11 procent miejsc w Senacie. Jedną trzecią laureatów Nagrody Nobla. Nie można mówić o ruchu praw obywatelskich w tym kraju, nie mówiąc o żydowskich rycerzach wolności. Nie można mówić o wyzwoleniu kobiet, nie mówiąc o Betty Friedman, albo o amerykańskich osiągnięciach w nauce, technologii i kulturze, nie wymieniając Einsteina, Gershwina lub Boba Dylana [...]. Kultura i sztuka wpływa na Amerykę, wpływa na nasze postawy. Dokonały tego Will and Grace[19] i media. [...] Jestem przekonany, że ogromna większość szybko zaakceptuje gejowskie małżeństwa, i założę się, że 85 procent tych zmian, czy to w Hollywood czy w mediach, nastąpiło dzięki żydowskim liderom przemysłu filmowego. Ten wpływ jest ogromny - powtórzył kilkakrotnie. Na koniec oświadczył - Jesteśmy wdzięczni wam i waszym antenatom.

ADL i żydowska inwigilacja Ameryki

Wbrew pochwałom wiceprezydenta, namacalne skutki działalności ADL okazały się destrukcyjne dla społeczeństwa amerykańskiego. ADL była nie tylko siłą napędową dekryminalizacji sodomii i aborcji, ale także główną siłą stojącą za stworzeniem państwa inwigilacyjnego. W celu promowania żydowskich interesów ADL chętnie ucieka się do "brudnych sztuczek". Działa jak prywatna agencja wywiadowcza, nasyła szpiegów, mącicieli, agentów i prowokatorów do obozów, zarówno żydowskich jak i nie-żydowskich, które nie zgadzają się z jej programem. Tak jak FBI i CIA prowadzi ogromną bazę danych kryjącą informacje o politykach, dziennikarzach, działaczach, wydawcach, blogerach, a nawet zwykłych obywatelach, aby - gdy "wyjdą przed szereg" - można było ich zastraszyć, szantażować, i tym samym skutecznie uciszyć. Funkcjonowanie ADL ociera się o działalność agenturalną i stąd Liga uważana jest powszechnie za największą prywatną siatkę szpiegowską w USA; coś na kształt prywatnej firmy wynajętej przez obce państwo. Nazwa ADL i jej faktyczne cele są sprzeczne. Bo, jak na ironię, jedna z jej metod działania, w której niezwykle przydaje się ogromne archiwum wywiadowcze, to publiczne zniesławianie tych, których ADL uznaje za wrogów.

Historical Dictionary of Israeli Intelligence (Słowniku historycznym izraelskiego wywiadu) dr Ephraim Kahana twierdzi: "W każdej demokracji potrzebne są narzędzia tajnego działania". Jan Goldman w książce Ethics of Spying: A Reader for the Intelligence Professional (Etyka szpiegostwa: podręcznik zawodowego szpiega) i Szlomo Szapiro z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Bar-Ilan w Izraelu twierdzą: "Państwo Izrael nadało swoim służbom wywiadowczym bardzo szerokie uprawnienia do walki z terroryzmem i dla zabezpieczenia demokratycznego ładu. Obejmują one: aresztowania, przesłuchania, głęboką ingerencję w prywatność, ograniczanie swobód jednostki, a nawet egzekucje". Według Szapiro te oszukańcze techniki są w judaizmie nie tylko aprobowane, ale także promowane. Nawiązując do książki Jana Goldmana "Podstaw etyki - mówienie kłamstw na zewnątrz, prawdy wewnątrz" (Basic Of Ethics - Lying Outside, Telling Truth Inside), tłumaczy to tak: "Oficerów izraelskiego wywiadu szkoli się po to, aby oszukiwali cały świat". Szapiro posiłkuje się przy tym żydowską mądrością - "Wojnę wygrywa się sprytem", i potwierdza też, że religia żydowska uznaje zasadność "brudnych sztuczek" oraz działań, które w innych okolicznościach byłyby nie do zaakceptowania, jeżeli ich cel stanowi zapewnienie bezpieczeństwa i przetrwania żydostwa. A propos żydowskiej kultury inwigilacji - Międzynarodowe Muzeum Szpiegowskie w Waszyngtonie założył Milton Maltz, członek zarządu ADL. Dr E. Michael Jones bada ową dychotomię w swojej książce Culture Jihad in Tehran: "Podobnie jak Mosad, masońska republika Ameryki realizuje swoje cele metodą oszustwa. W każdej organizacji masońskiej są dwie prawdy - ezoteryczna, przeznaczona tylko dla wtajemniczonych, czyli dla panów wszechświata, którzy stanowią kadry tajnych stowarzyszeń rządzących krajem - i egzoteryczna przeznaczona dla ogółu, czyli dla idiotów oglądających w telewizji Super Bowl[20] i chodzących na wyścigi NASCAR[21]". Stuletnia historia ADL w Ameryce dowodzi, że Liga została założona na tych samych zasadach i chętnie ucieka się do "brudnych sztuczek" dla promowania żydowskich interesów. Gdy w październiku 1947 r. w Kongresie odbyło się przesłuchanie w sprawie ADL, senator Clare E. Hoffman z Michigan oceniła: "Mówię wam, to są artyści w sztuce szkalowania".

Na początek kilka faktów: ADL to polityczne, propagandowe, zbrojne ramię żydowskiej loży masońskiej B'nai B'rith. Założona lub powołana do życia 31 października 1913 r. w Nowym Jorku przez B'nai B'rith, początkowo używała nazwy "The Anti-Defamation League of B'nai B'rith. Jest bowiem odgałęzieniem żydowskiego Zakonu Synów Przymierza (po hebrajsku B'nai B'rith), najstarszej nieprzerwanie działającej żydowskiej organizacji na świecie, stworzonej na wzór ruchów masońskich, a wszystkie organizacje żydowskie, w tym Światowy Kongres Żydów i Amerykański Kongres Żydów skupione wokół AIPAC, podlegają nieformalnej władzy B'nai B'rith. To najstarsza i najbardziej znacząca w świecie organizacja żydowska, jedno z najbardziej ekskluzywnych i wpływowych tajnych gremiów. Zgodnie z deklaracją założycielską jej celem jest obrona religijnego i duchowego dziedzictwa Żydów [...] obrona Żydów i działalność na ich korzyść na całym świecie [...] walka z jawnym lub z utajonym antysemityzmem. Organizacja, z główną siedzibą w Nowym Jorku i 29 biurami w głównych miastach USA, posiada także oddziały w 42 krajach[22]. Szefowie ADL są zwyczajowo przewodniczącymi Konferencji prezesów głównych amerykańskich organizacji żydowskich. Dyrektorem ADL od 1987 r. do maja 2015 r. był Abraham Foxman, ochrzczony i uratowany w czasie II wojny światowej przez polskie zakonnice. Program założycielski ADL deklarował: "Najpilniejszym zadaniem jest powstrzymanie - poprzez odwoływanie się do rozsądku i sumienia, a jeśli konieczne do prawa - zniesławiania żydowskiego narodu". ADL szybko uznała jednak, że odwoływanie się tylko do "rozsądku" i "sumienia" nie wystarcza. Stopniowo przekształcono Ligę w ogromny zbiór informacji o "nazistach". Przy czym etykietę "nazista" wykorzystywano do dyskredytowania każdego, kto nie zgadzał się z programem ADL.

W latach 50. i 60. relacje między ADL i FBI były napięte. FBI kwestionowała legalność działań ADL. Uważała też, że narusza ona Ustawę o Rejestracji Zagranicznych Agentów. Podejrzewała również bliskie kontakty ADL z izraelskim rządem. Szczególnie poirytowana była żądaniami ADL, która domagała się prawa wglądu do tajnych teczek FBI. Tym niemniej w czasach Edgara J. Hoovera doszło do nawiązania bliskich relacji i praktycznego włączenia ADL w struktury FBI. Liga organizowała nawet kursy szkoleniowe dla agentów FBI[23]. Jedną z metod lub technik stosowanych przez ADL jest "edukacja" funkcjonariuszy służb porządkowych poprzez organizację zwaną Law Enforcement Agency Resource Network (LEARN), która "przekonuje" organa policji do uznawania nielubianych przez ADL ludzi i organizacji za przestępcze. W ramach zwalczania antysemityzmu ADL organizuje także kompleksowe szkolenia i programy edukacyjne dla biznesu, instytucji akademickich, agencji rządowych i pracowników organów ścigania. 12 marca 2017 r. Jonathan Greenblatt zapowiedział utworzenie supernowoczesnego centrum dowodzenia ADL w Dolinie Silikonowej, w celu monitorowania i walki z mową nienawiści w internecie. Według biuletynu prasowego ADL centrum będzie sporządzało raporty, zbierało informacje i udostępniało je rządowi i politykom, "będzie naturalną kontynuacją tego, czym się zajmuje od dziesięcioleci ADL na polu monitorowania nienawiści. Finansowanie projektu zapewnił Omidyar Network, "filantropijna firma inwestycyjna", działająca na rzecz katalizy przemian społecznych, założona przez twórcę eBaya Pierre'a Omidyara, który od chwili powstania firmy w 2004 r. rozdysponował na ten cel miliard dolarów. Według biuletynu "nowe centrum wpłynie na długoletnią współpracę ADL ze służbami ochrony praworządności". Dyrektorem ośrodka został Brittan Heller, który we wrześniu 2016 r. przeszedł do ADL z Departamentu Sprawiedliwości USA.

ADL i związane z nią media nieprzerwanie się rozrastały. Już w 1944 r. Liga otrzymała w formie darowizn miliony dolarów. Większość pieniędzy pochodziła od wytwórni filmowych oraz znanych żydowskich aktorów i reżyserów. Na początku 1945 r. ADL wraz z Amerykańskim Komitetem Żydów zaapelowała o nowe fundusze, bo wszczęła kampanię propagandową z zastosowaniem nowoczesnych technik medialnych "w celu dotarcia do każdego mężczyzny, kobiety, dziecka, do prasy, filmu, radia, reklam, komiksów, szkół, lokalnych społeczności, związków zawodowych i kościołów". W apelu czytamy:

Na 100 Amerykanów 25 jest skażonych antysemityzmem, 25 sprzeciwia się antysemityzmowi, 50 nie ma własnego zdania i mogą przejść do jednej lub drugiej grupy [...] do tej batalii potrzebne są osoby dobrze wyszkolone, znające techniki zwalczania fanatyzmu religijnego i rasowego, ludzie znający antysemitów [...] nadszedł decydujący moment i okazja ukształtowania powojennej Ameryki, dogodny moment dla zadania decydującego ciosu naszym wrogom.

Tylko w 1945 r. ADL wyemitowała ponad 65 tysięcy audycji radiowych (średnio 216 emisji dziennie); zamieściła w gazetach 2 tysiące całoszpaltowych ogłoszeń o nakładzie 100 milionów egzemplarzy; rozesłała do bibliotek ponad 330 tysięcy książek i broszur, rozdała ponad 9 milionów ulotek i 40 milionów komiksów dla młodzieży. Równolegle, dzięki zdobytym funduszom, Wydział Rozpoznawczy i Dochodzeniowy ADL rozbudował program tajnej inwigilacji i monitorowania amerykańskich obywateli[24].

Żydowskie Gestapo

ADL, główne centrum monitoringu i zwalczania "antysemityzmu", bezwzględnie tropi antysemityzm w każdym zakątku świata, od Alaski aż po Birobidżan. W swej książce z 2003 r. Never Again? The Threat of the New Anti-Semitism (Nigdy więcej? Zagrożenie nowego antysemityzmu) Abraham Foxman wyraził zaniepokojenie rosnącą wrogością wobec Żydów: "Jestem przekonany, że obecnie stoimy przed wielkim zagrożeniem dla narodu żydowskiego, takim jak w latach 30., jeśli nie większym". Elie Wiesel, prominentny przedstawicieli Loży, w październiku 2002 r. ogłosił: "Świat zmienił się przez ostatnie 2000 lat, tylko antysemityzm pozostał taki sam. Antysemityzm to jedyna choroba, na którą nie wynaleziono leku". Zadziwiającym pokazem paranoi ADL, obnażającym mentalność jej przywódców i ich postrzeganie świata, jest coroczny tzw. Spis antysemityzmu na świecie (Global Index of anti-Semitism), który podaje, że ponad 27 procent dorosłej populacji świata, tj. przeszło miliard ludzi ma antysemickie poglądy i jest głęboko zainfekowanych postawami antysemickimi. Tylko w Europie, na 332 miliony dorosłych mieszkańców 79 milionów to antysemici. Ostatni spis obejmuje też Polskę, gdzie poziom antysemityzmu zalicza się do najwyższych w Europie - 37 procent Polaków prezentuje postawy antysemickie (w porównaniu z 16 procentami Niemców), tj. na 31 milionów dorosłej populacji 14 milionów ma antysemickie poglądy. Na podstawie jakich kryteriów ADL wysnuła takie wnioski? - 57 procent Polaków uważa, że Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela niż wobec kraju, w którym żyją; 57 procent uważa, że Żydzi mają za dużo władzy w biznesie; 33 procent nie lubi Żydów z powodu ich postępków. Na pocieszenie odnotujmy, że Polaków w rankingu wyprzedzili mieszkańcy krajów arabskich i muzułmańskich - tam 80 procent, a w Strefie Gazy nawet 93 procent dorosłej populacji ma antysemickie poglądy. Przegląd nie odpowiada na zasadnicze pytanie: dlaczego tak wielu ludzi ma takie poglądy, i czy aby ich powodem nie są zachowania ADL, i to że kontrolowane przez ADL media 24 godziny na dobę przedstawiają Żydów w korzystnym świetle?

ADL promuje "pluralizm", "tolerancję" i "różnorodność". "Pluralistyczne społeczeństwo Ameryki stanowi serce żydowskiego bezpieczeństwa" - pisze w swej książce Abraham Foxman. "W końcu tym, co uczyniło amerykańskie życie wyjątkowo pozytywnym doświadczeniem w historii diaspory, i co umożliwiło nam bycie tak ważnym sojusznikiem państwa Izrael, to zdrowe, pluralistyczne, tolerancyjne amerykańskie społeczeństwo" - wyjaśnia. Hasłem lub mottem ADL jest "różnorodność naszą siłą". Trzymając się tego hasła, ADL nieprzerwanie przekonuje Amerykanów, zwłaszcza młodych, by coraz bardziej akceptowali społeczną, kulturową i rasową "różnorodność" USA. Kampania odniosła wielki sukces. Amerykańscy politycy i pedagodzy, jak również praktycznie wszystkie amerykańskie media, powielają instrukcje ADL, a opornych przedstawiają jako nienawistników, ignorantów i... antysemitów. Nie przeszkadza to równocześnie ADL wymuszać na prezydentach USA uznania i obrony Izraela jako specyficznie żydowskiego etniczno-religijnego państwa. Joe Biden nie jest odosobniony w ocenach - ADL była i jest najbardziej wpływową, najbardziej słuchaną i najbardziej szanowaną organizacją w Ameryce. "W ogóle nie ma sensu jakakolwiek próba negowania żydowskiej siły i wyjątkowości w popkulturze" - stwierdza Michael Medved, znany żydowski autor i krytyk filmowy. Joel Stein, felietonista "Los Angeles Times", pisze: "Jako dumny Żyd, chcę, by Ameryka wiedziała o naszych osiągnięciach. Tak, kontrolujemy Hollywood. Nie obchodzi mnie, czy Amerykanie uważają, że kontrolujemy media, Hollywood, Wall Street czy rząd. Obchodzi mnie tylko to, byśmy je kontrolowali". Także dla Foxmana "bardzo dużo" żydowskich wpływów i władzy nigdy nie oznacza zbyt dużo. Mimo ogromnego wpływu i kluczowej pozycji Żydów w amerykańskim życiu politycznym i kulturalnym, i mimo tego, że sami Żydzi o tym mówią, żydowskie organizacje nie czują się komfortowo, gdy mówią o tym nie-Żydzi. Według ADL za widomy dowód, że ktoś jest antysemitą, wystarczy zgadzanie się ze stwierdzeniem - "obecnie Żydzi mają zbyt dużo władzy w naszym kraju".

Ideę "multikulturalizmu" wymyślili i rozwinęli działacze ADL, dowartościowując i promując każdą kulturę bez względu na poziom jej zacofania i barbarzyństwa, a równocześnie potępiając i poniżając kulturę białego człowieka. Pewna przedstawicielka loży lansowała nawet tezę: "biała rasa to nowotwór na ciele ludzkości". Współczesny radykalny ruch amerykańskich Murzynów - Black Lives Matter inspiruje się teoriami Noela Ignatieva, członka KPP USA: jeśli jesteś białym mężczyzną, to nie zasługujesz na to, aby żyć. Jesteś rakiem, jesteś chorobą, biali mężczyźni nigdy nie przyczynili się do niczego pozytywnego na świecie. Tylko mordują, eksploatują i gnębią niebiałych". ADL doprowadziła do otwarcia granic, z szyderczą satysfakcją zezwalając wszelkim mętom Trzeciego Świata na osiedlanie się w USA, aby ostatecznie zajęli miejsce białej większości. Przeforsowała w Kongresie uchwalenie stosownych ustaw, twardo wspierając jednocześnie ustawodawstwo Izraela oparte na fundamencie - "Izrael tylko dla Żydów". ADL oficjalnie przedstawia się jako ruch neutralny w kwestiach religijnych i politycznych (podobnie jak europejska masoneria), co nie przeszkadza jej w odgrywaniu istotnej roli politycznej w walce z Kościołem Katolickim. Według znawców problemu, choć loża o tym głośno nie mówi, za istotę swej misji uważa: wykluczenie wszelkich przejawów chrześcijaństwa z życia publicznego, zakaz modlitw w szkołach publicznych oraz treści religijnych w przysięgach urzędników, usunięcie z przestrzeni publicznej symboli religijnych[25]. ADL udało się wyrugować chrześcijańskie dziedzictwo cywilizacyjne ze sfery publicznej przy użyciu niezliczonych zastępów rewolucyjnych kadr. Amerykańskie dzieci coraz częściej dorastają w społeczeństwie pozbawionym odniesień do chrześcijaństwa, bez śladów Pisma Świętego i Krzyża, ale zamiast tego z zapaloną z okazji święta Chanuki menorą w Białym Domu. Jedyną religią nie podlegającą kpinom Hollywood jest judaizm. ADL wzięła na celownik Nowy Testament. Abraham Foxman w cytowanej wcześniej książce Nigdy więcej? Zagrożenie nowego antysemityzmu sugeruje, że Nowy Testament jest odpowiedzialny za śmierć 6 milionów Żydów, ponieważ oskarża ich o ukrzyżowanie Chrystusa. Zarzut Foxmana dotyczy fragmentu Biblii, w którym żydowski tłum sprzeciwia się Piłatowi chcącemu uwolnić Jezusa - "Wtedy odpowiedział cały lud i rzekł: Krew Jego na nas i na dzieci nasze"[26]. Sponsorowany przez ADL Klub Żydowskiej Książki obdarzył swych subskrybentów dziełem Antisemitism in the New Testament (Antysemityzm w Nowym Testamencie). Autorka tej pozycji Lillian Freudmann stanowczo twierdzi, że Nowy Testament to paskudna, nienawistna książka, przesiąknięta kłamstwem i antysemityzmem, napisana przez ludzi nienawidzących Żydów. Przyszłość, i to świetlaną, stosunków między Żydami i chrześcijanami autorka widzi tylko wtedy, gdy chrześcijanie dokonają przeglądu Nowego Testamentu i usuną z niego dziesiątki fragmentów, tj. odpokutują i "odantysemityzują" Nowy Testament. Innymi słowy - przeproście i usuńcie znaczną część Słowa Bożego, a wtedy, i tylko wtedy, Żydzi wam wybaczą i dadzą spokój. Równocześnie, ludzie gardzący Nowym Testamentem za własne autorytatywne źródło wiary uznają zjadliwy w pogardzie wobec wszelkich wartości chrześcijańskich Talmud. I Talmud ma zachować w niezmienionym stanie setki zatrutych stron, na których Jezus i jego nauki są tępione i lżone. Dla Foxmana Nowy Testament to nietolerancyjny i nienawistny dokument, bo uważa homoseksualizm za grzech i obrazę Boga. Dechrystianizacją armii amerykańskiej, usuwaniem z niej wszelkiej chrześcijańskiej symboliki w administracji Obamy kierował z ramienia ADL prawnik Mikey Weinstein, lider ugrupowania Jews in Green. Obdarzył on chrześcijan mianem "potworów religijnego fundamentalizmu, których metodą jest przymus kościelny". Czy Nowy Testament będzie zakazany jako "literatura nienawiści"? To już się dzieje. "The Washington Times" doniósł o stosie w szkole publicznej w izraelskim mieście Bet Szemesz, gdzie nauczyciel przewodził uczniom w ceremonii niszczenia egzemplarza Nowego Testamentu, podarowanego przez chrześcijańskiego misjonarza. Lokalni rabini pomagali policji w poszukiwaniach sprawcy, który ofiarował egzemplarz jednemu z uczniów. Jeśli zostanie złapany, czeka go więzienie, bo izraelski kodeks karny przewiduje karę 5 lat więzienia wobec osoby podejmującej próbę konwersji Izraelity na chrześcijanina, a rozdawanie Nowego Testamentu to nawracanie na inną wiarę, czyli przestępstwo[27]. O ponadczasowym, wrogim stosunku Żydów do chrześcijaństwa świadczy to, że ochrzczony Żyd nie może otrzymać obywatelstwa państwa Izrael, a w arytmetyce nie wolno używać znaku plus, bo ten kojarzy się z krzyżem. Widać to także w stosunku do palestyńskich chrześcijan i w jawnych demonstracjach przeciw chrześcijaństwu na terenie Palestyny. Przykładem popularne napisy na murach: "Jezus to syn k...y", "Ukrzyżujemy was", "Jezus to małpa", "Maryja to k...a", "Śmierć wszystkim chrześcijanom" i zwyczajowe plucie na kościoły, klasztory czy krzyże. Przypomnijmy inne szokujące fakty. ADL wydała oświadczenie potępiające decyzję papieża Benedykta XVI, który przywrócił odrzuconą przez Sobór Watykański II Mszę Trydencką odprawianą przez setki lat w języku łacińskim, integrującą wiernych wszystkich narodów i języków. W końcu lipca 2007 r. ADL wypowiedziała się na ten temat ustami Abrahama Foxmana, który, podczas pobytu w Rzymie, oznajmił:

Jesteśmy niezwykle rozczarowani i głęboko oburzeni tym, że 40 lat po tym, jak Watykan słusznie usunął znieważający antyżydowski język z Mszy odprawianej w Wielki Piątek, dziś zezwala katolikom wypowiadać tak samo obraźliwe słowa modlitwy o konwersję Żydów. Jest to teologiczny krok wstecz w życiu religijnym katolików oraz ciężki cios w relacje katolicko-żydowskie. To niewłaściwa decyzja podjęta w niewłaściwym czasie. Wygląda na to, że Watykan wybrał przypodobanie się skrajnej prawicowej frakcji w Kościele, która odrzuca zmiany i pojednanie z Żydami.

ADL przypomniała, że w l959 r. papież Jan XXIII usunął modlitwę za "wiarołomnych Żydów" z liturgii odprawianej w Wielki Piątek. W Mszale promulgowanym przez papieża Pawła VI modlitwa o konwersję Żydów została zastąpiona modlitwą określającą Żydów jako stale będących w Przymierzu z Bogiem - sformułowaniem, jak głosił komunikat Ligi, do którego papież Jan Paweł II "był głęboko przywiązany". Innymi słowy, ADL zabroniła katolikom modlenia się za wiarołomnych Żydów, a katolikom polskim za wiarołomnych Żydów polskich. Jak tu jednak ganić fanatyczny antykatolicyzm ADL, gdy sami katolicy wyróżniają Ligę orderem? Biskup Pieronek złożył w Nowym Jorku Order Jana Karskiego na ręce ówczesnego szefa ADL Abrahama Foxmana.

Paul Johnson w Historii Żydów wyodrębnił cele, jakie nowożytny judaizm stawia sobie wobec kultury chrześcijańskiej w Stanach Zjednoczonych: 1. Wpoić poczucie winy za kulturę przenikniętą antysemityzmem, która umożliwiła Holocaust. 2. Ośmieszać i zwalczać kościół katolicki jako najpotężniejszą instytucję chrześcijaństwa winną wpojenia masom antysemityzmu i wykluczania Żydów. 3. Całkowicie oczyścić z chrześcijaństwa przestrzeń publiczną. 4. Podważać spoistość społeczeństwa chrześcijańskiego przez szerzenie indywidualizmu i relatywizację wartości, gdyż tylko w takim społeczeństwie mniejszość żydowska czuje się bezpiecznie. 5. Propagować wielokulturowość i masową imigrację. 6. Kwestionować dumę narodową kraju gospodarza jako przejaw patologicznego nacjonalizmu. 7. Propagować swobodę obyczajową, zwłaszcza seksualną i pogoń za przyjemnościami.

ADL wielokrotnie i wprost oskarżała organizacje katolickie, takie jak Rycerze Kolumba o nielojalność wobec USA. W rzeczywistości, najbardziej nielojalną, antyamerykańską społecznością w Stanach Zjednoczonych, dla której termin ten wydaje się niemal szyty na miarę, są wpływowe grupy amerykańskich Żydów. Szczególnie widoczne jest to dzisiaj, kiedy osoby o podwójnym obywatelstwie, amerykańskim i izraelskim, zajmują kluczowe stanowiska w najważniejszych instytucjach życia politycznego, finansowego i wymiaru sprawiedliwości. ADL wpompowała miliony dolarów w finansowanie kampanii wyborczych kandydatów, którzy przyrzekli wierność Izraelowi. Równocześnie wydała ogromne pieniądze, aby ukarać i zniszczyć kilkunastu członków Kongresu, krytykujących Izrael i sprzeciwiających się izraelskim wojnom. ADL nie tylko odmawia dostosowania się do ustaw Departamentu Sprawiedliwości USA, narzucających wymóg rejestracji jako zagranicznego agenta pracującego dla obcego kraju, ale z sukcesem wywiera nacisk na Departament Sprawiedliwości i FBI, aby ścigały obywateli USA krytycznych wobec agentów korumpujących amerykański system polityczny. W ciągu ostatnich dziesięcioleci agenci Izraela kupili lojalność większości członków Kongresu. Było to możliwe między innymi dzięki opanowaniu mediów. Czołowi dziennikarze piszący na temat Izraela mają silne więzi rodzinne i polityczne z tym krajem. Nie jest tajemnicą, że głęboko zaangażowane w działalność propagandową ADL są "New York Times" i "Washington Post".

ADL stoi na czele działań promujących multikulturowe społeczeństwa w Ameryce i Europie, bierze aktywny udział w obronie mniejszości etnicznych, głównie imigrantów muzułmańskich. Milczy jednak, gdy standardy takie łamane są przez państwo Izrael, gdzie nawet kilkunastoosobowa grupa imigrantów postrzegana jest jako "demograficzne zagrożenie" dla Państwa Żydowskiego, czego wyraz stanowi jedna z najbardziej restrykcyjnych na świecie ustaw dotyczących przyznawania obywatelstwa lub prawa pobytu. Prawa takiego praktycznie pozbawieni są mieszkańcy wszystkich państw muzułmańskich, w tym mieszkańcy Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, nawet jeżeli mają żydowskiego małżonka[28]. Izraelski minister ds. imigracji publicznie oświadczył niedawno: "Za wszelką cenę musimy sprawić, by Izrael w swej naturze pozostał żydowskim państwem". Jak zareagowałaby ADL, gdyby podobna wypowiedź padła z ust polityka europejskiego czy amerykańskiego odnośnie Żydów? Czy nie oznaczałoby to publicznego harakiri polityka lub co najmniej niekończących się litanii przeprosin i tarzania się w błocie w akcie pokuty za "krzywdzące" potomków Abrahama słowa? Ostatnim odnotowanym przejawem tej hipokryzji jest sposób, w jaki izraelskie władze potraktowały grupę afrykańskich imigrantów, pozostawiając ich na pastwę słońca i pustyni przed zasiekami z drutu kolczastego strzegącego granicy z Egiptem. Izraelski minister spraw wewnętrznych oświadczył przy tej okazji: "afrykańska imigracja stanowi zagrożenie dla żydowskiej natury państwa Izrael". Tymczasem w Europie i USA ADL zawsze stoi w pierwszym szeregu piętnujących jako rasistowskie nawet najmniejsze próby kontroli napływu imigrantów i zawsze gorliwie nawołuje do lokowania imigrantów w Europie.

Taka polityka Izraela nie przeszkodziła Jonathanowi Greenblattowi, prezesowi i krajowemu dyrektorowi ADL gwałtownie zaatakować Donalda Trumpa za wypowiedź nawołującą do zakazu przyjmowania imigrantów-muzułmanów oraz uchodźców. W listopadzie 2016 r. oświadczył: "Gdy Trump stworzy kartotekę muzułmanów, byłbym dumny mogąc się w niej zarejestrować jako muzułmanin. W żydowskiej społeczności wiemy do czego może dojść, gdy jakaś grupa religijna jest stygmatyzowania i uznawana za kozła ofiarnego". Zarzucił też Trumpowi, że nie wyrzekł się poparcia Louisa Farrakhana, lidera tzw. czarnych muzułmanów, którego zbrodnią było ogłoszenie w kazaniu w jednym z meczetów w Chicago: "Trump to jedyny lider, który stanął przed społecznością żydowską i powiedział - nie chcę waszych pieniędzy. Takie słowa skierowane do środowisk sterujących polityką Ameryki oznaczają jedno - nie możecie mnie kontrolować". W styczniu 2017 r. ADL opublikowała listę polityków i ugrupowań, które popierają Trumpa, a których uważa za antysemitów. Greenblatt zażądał od prezydenta, aby przestał używać zwrotu America First, bo ma antysemicką konotację, gdyż przed wojną używali go Amerykanie zarzucający Żydom, że stanowią zagrożenie interesów USA. Trump naraził się też ADL stwierdzeniem: "Najpierw zadbamy o nasz kraj, zanim będziemy się przejmować wszystkimi innymi na świecie". Innemu kandydatowi do urzędu prezydenckiego, senatorowi Randowi Paulowi dostało się za to, że udał się do Izraela z wizytą sponsorowaną przez American Family Association, tj. ugrupowanie potępiane przez ADL za antygejowskie i antymormońskie postawy. Liga zabrała się też za Berniego Sandersa, który nieśmiało zauważył, że pozytywne relacje między USA i Izraelem zależą od poprawy relacji z Palestyńczykami. Według ADL europejską stolicą antysemityzmu stało się Malmö. Dlaczego? A no dlatego, że jego mer skrytykował Izrael za bombardowanie Gazy. Także lider brytyjskiej Partii Pracy Jeremy Corbyn jest w oczach ADL antysemitą, bo utrzymuje kontakty z kilkoma Palestyńczykami. A Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO, gdy był premierem Norwegii nie reagował na antyizraelskie wystąpienia składane w jego obecności na publicznych spotkaniach. Jonathan Greenblatt zaatakował oświadczenie Donalda Trumpa wydane z okazji Dnia Holokaustu, ponieważ "uhonorował wszystkich niewinnych ludzi, którzy zginęli", a nie wymienił 6 milionów Żydów.

Dostało się też Polakom. Antypolskich wystąpień i wyczynów ADL nie sposób wyliczyć, zajęłoby to kilkadziesiąt stron. Pod naciskiem Ligi, w październiku 2006 r. MSZ odwołało spotkanie z profesorem Tonym Judtem, wykładowcą historii Europy Wschodniej na New York University, które miało się odbyć w Konsulacie RP w Nowym Jorku. Tematem spotkania było "Lobby izraelskie i polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych", co stanowiło dalszy ciąg dyskusji toczącej się w Ameryce, po opublikowaniu raportu profesorów Johna Mearsheimera z Uniwersytetu Chicagowskiego i Stephena Walta z Uniwersytetu Harvarda na ten sam temat. We wspomnianym raporcie opisano działania lobby obejmującego wydawców najważniejszych gazet amerykańskich oraz licznych neokonserwatywnych instytutów. Konkluzja raportu brzmiała: lobby proizraelskie ma możliwość manipulowania amerykańskim systemem politycznym, [...] obezwładnia Kongres i czynnie manipuluje mediami. Spotkanie, zaledwie na kilka godzin przed planowanym odczytem, nagle odwołano. Decyzja polskiego konsulatu (lub raczej polskiego MSZ) spotkała się z aplauzem organizacji żydowskich. David Harris zawołał: "Brawo dla nich za podjęcie właściwej decyzji! [...] przekaz Judta stoi w zupełnej opozycji do niesłychanie dobrych bilateralnych stosunków pomiędzy Polską a Izraelem i Polską a światowym żydostwem". Współorganizatorka prelekcji Patricia Huntington wskazała wprost na ADL jako głównego sprawcę odwołania spotkania. Według niej Liga znana jest jako agresywna siła cenzurująca wykłady, prasę i internet, szantażująca polityków i dziennikarzy, dopuszczająca się nie tylko znieważenia w mediach, ale pozbawiania funkcji akademickich. Zdaniem Huntington i tym razem ADL "użyła siły, posłużyła się groźbami i naciskiem". "To cenzura w czystej postaci. Powinno to niepokoić Amerykanów, wierzących w wolność wypowiedzi" - podkreśliła. Profesor Tony Judt jest znanym brytyjskim intelektualistą, oponentem proizraelskiego lobby, autorem wielu książek wypowiadających się krytycznie o polityce Izraela. Choć sam ma żydowskie pochodzenie (jest potomkiem litewskich rabinów) i w młodości należał do syjonistycznych organizacji, a później zgłosił się na ochotnika do armii Izraela, zdystansował się od polityki syjonizmu i nazywany jest przez swoich adwersarzy "samonienawidzącym się Żydem". Rzecznik polskiego konsulatu zaprzeczył oskarżeniom Huntington, ale przyznał, że konsulat otrzymał telefony "od kilku organizacji żydowskich" wyrażających swoje zastrzeżenia co do mającego się odbyć spotkania. Jak wyjaśnił dziennikarzom "wykład byłby nieodpowiedni dla polskiego konsulatu, gdyż pan Judt wypowiadał się bardzo krytycznie o Izraelu, w czasie gdy prezydent Polski odbył kilka tygodni temu wizytę w Izraelu, gdzie spotkał się z ciepłym przyjęciem".

ADL w swym szpiegowskim archiwum odnotowała:

gdy 50 tysięcy ludzi w Warszawie protestowało przeciw polityce PiS odnośnie Trybunału Konstytucyjnego, ta skrajnie prawicowa frakcja szybko zareagowała kontrdemonstracją. Między innymi plakatem wyśmiewającym obrońców demokracji jako Komitet Obrony Żydokomuny. Mniej więcej w tym samym czasie podczas demonstracji we Wrocławiu tłumy popierające PiS krzyczały: "Wrocław jest depolonizowany, Żydzi wykupują kamienice w mieście" [...]. Podczas innej demonstracji we Wrocławiu przeciw unijnym planom relokacji do Polski 7 tysięcy syryjskich uchodźców podpalili kukłę chasydzkiego Żyda trzymającego flagę UE. Ponadto tłum krzyczał "Bóg, Honor, Ojczyzna". PiS tego nie potępił.

Swe uwagi ADL opatrzyła komentarzem: "Ksenofobia i bigoteria widoczna w wypowiedziach członków rządu i zachowanie podczas prorządowych demonstracji sprawiają, że obserwatorzy polskiej sceny politycznej są pesymistami co do perspektyw praw cywilnych i wartości demokratycznych w Polsce". Jaki z tym miało związek spalenie kukły Żyda trzymającego w ręku flagę UE? - zapytuje ADL, i przytacza komentarz działacza swej odnogi w Warszawie - Otwartej Rzeczpospolitej:

Żydzi zawsze w polskiej tradycji byli przedstawiani jako wieczne zagrożenie i obcy element. Trzymanie flagi UE wzmacnia rasistowskie przekonanie, że Żydzi kierują spiskiem UE dla zniszczenia katolickiej Polski [...]. Na konferencji w pałacu prezydenckim przedstawicielom polskich muzeów i innych instytucji kultury powiedziano, że należy wzmacniać patriotyzm Polaków i zwalczać narracje zawstydzające Polskę oraz że budowa tożsamości narodowej jest ważnym komponentem PiS-owskiej filozofii rządzenia.

ADL nie omieszkała też odnotować, że w sali, w której zwołano konferencję nie wywieszono flagi UE, co stanowiło symboliczne oskarżenie Europy Zachodniej, którą PiS postrzega jako żywotne zagrożenie dla katolickiej Polski. Dowodem na antysemityzm jest też rozważanie przez polskich prokuratorów oskarżenia przed sądem J.T. Grossa, w związku z jego wypowiedzią dla "Die Welt", w której stwierdził, że Polacy zabili podczas niemieckiej okupacji więcej Żydów niż Niemców. W liście do ministra spraw zagranicznych prezes ADL wyraził oburzenie, ż minister oświaty Anna Zalewska nie chciała przyznać, iż polscy obywatele byli odpowiedzialni za mord na żydowskich sąsiadach podczas antysemickich pogromów w Jedwabnem i w Kielcach. W komunikacie prasowym ADL napisała: "Uwagi minister edukacji umacniają tych, którzy promują antysemickie teorie spiskowe, że Żydzi dążą do zniszczenia reputacji Polski poprzez fałszywe oskarżenia". Liga oświadczyła, że Zalewska nie powinna sprawować funkcji ministra edukacji, "bo taki człowiek nie może być odpowiedzialny za propagowanie zasad tolerancji w społeczeństwie [...], a skoro Jarosław Kaczyński jest przeciwnikiem antysemityzmu musi być pewien ze wszyscy jego ministrowie zajmują takie samo stanowisko. Jeśli ktoś nie spełnia pewnych podstawowych standardów szef rządu musi wyciągać z tego wnioski".

W temacie "ADL przyłożyła Polakom" przypomnieć trzeba, że "Przemysłowi holokaustu" formę zorganizowaną nadała sama Liga. W 1992 r. utworzono specjalnie w tym celu World Jewish Restitution Organization (Światową Żydowską Komisję Roszczeniową, WJRO), a ADL (i Światowy Kongres Żydów, czyli druga agenda B'nai B'rith) scedowała na nią prawo decydowania o losie mienia ofiar holokaustu. Szefem WJRO został ówczesny szef Światowego Kongresu Żydów, miliarder Edgar Bronfman. I to właśnie on wymusił na Polsce zwrot ponad sześciu tysięcy przedwojennych żydowskich obiektów komunalnych. A propos Edgara Bronfmana - to prezes największego na świecie koncernu alkoholowego Seagram's. Majątek odziedziczył po ojcu, ubogim imigrancie z polskich Kresów Samuelu Bronfmanie, który zbił fortunę na przemycie alkoholu w okresie prohibicji w USA. Ojciec obecnego króla gorzelników był nazywany "piratem żydowskiego morza", ponieważ załogi jego stateczków szmuglujących alkohol z Kanady do USA przez jezioro Erie dokonywały abordaży łodzi należących do konkurencyjnego gorzelnika i przemytnika Lewisa Rosenstiela. Sam Bronfman za wszelką cenę chciał wejść do kanadyjskiego establishmentu. Po przeniesieniu głównej siedziby koncernu do Nowego Jorku, frustracja Bronfmanów się pogłębiła. W żydowskiej elicie amerykańskiej byli uważani za parweniuszy, zaś Edgar marzył o statusie równym Warburgom, Ochsom i Sultzbergerom. W roku 1981 nadarzyła się okazja. Z namaszczenia zniedołężniałego Nahuma Goldmana został przewodniczącym Światowego Kongresu Żydów. W nowym wcieleniu poczuł się znacznie pewniej. W swoich pamiętnikach opisuje, jak z grupą biznesmenów z USA podróżował po Bliskim Wschodzie i gdy autobus przejeżdżał z Jordanii do Izraela przez most Allenby'ego na rzece Jordan, wydarł kierowcy mikrofon i obwieścił tryumfalnie: "A teraz goje na tył autobusu!" Dla gojów obelga była oczywista - za czasów segregacji rasowej Murzyni musieli siedzieć z tyłu autobusu. Prezes ADL Abraham Foxman mówił o nim: "Bronfman jest najpotężniejszym Żydem na świecie. Bronfman to spełnienie snów każdego Żyda, i snów... każdego antysemity".

Przyznać trzeba, że spotkania ulubionego interlokutora organizacji żydowskich, Witolda Waszczykowskiego i innych polskich oficjeli z wysłannikami amerykańskich organizacji żydowskich nigdy nie były wolne od akcentów komicznych. Gdy 11 lipca 2016 r. Waszczykowski wyraził Greenblattowi wdzięczność za "wspieranie Polski w obronie prawdy historycznej" (a kilka tygodni wcześniej za wspieranie Polski przeciwko tym, którzy nazywali obozy koncentracyjne "polskimi"), szef ADL odwdzięczył mu się następnego dnia komunikatem prasowym, w którym wyrażono oburzenie, że na zwołanej przez prezydenta konferencji "przedstawicielom polskich muzeów i instytucji kultury mówiono o konieczności wzmacniania patriotyzmu i zwalczania narracji zawstydzających Polskę, a minister kultury uznał, że budowa tożsamości narodowej jest ważnym komponentem PiS-owskiej filozofii rządzenia". Podczas każdej inspekcji delegacji ADL, Waszczykowski nie mógł się gości nachwalić, jacy to z nich wielcy przyjaciele. Komunikaty rzecznika MSZ o tych epokowych wydarzeniach dużo mówiły o "szczególnym charakterze partnerstwa polsko-izraelskiego", nic natomiast o szczególnym partnerstwie Waszczykowskiego z Greenblattem. A tak w ogóle, jakie mogły być korzyści z takich kontaktów z Greenblattem, skoro systematycznie i metodycznie podsyłał go do Warszawy Ryszard Schnepf, członek loży B'nei B'rith, czyli praktycznie funkcjonariusz ADL, a sprawy mataczył znany ze skrajnie filosemickich poglądów Witold Waszczykowski - kolega Schnepfa. Czy polski interes narodowy mógł być chroniony, gdy Greenblatta przyjmował w MSZ Radek Sikorski, którego żona zatrudniła się w Londynie w instytucji szpiegowskiej służącej operacjom kapitałów żydowskich i który ambasadorem w najważniejszym dla naszego bezpieczeństwa państwie zrobił współzałożyciela loży promującej interesy Izraela?

Synowie Przymierza w Polsce

Tydzień przed Wielkanocą w 2010 r. odbyła się manifestacja przeciwko budowie meczetu na warszawskiej Ochocie. To pierwsza tak głośna akcja dotycząca problemu, który od dawna rozbudza emocje we Francji. Zwolennicy powstania muzułmańskiej świątyni w stolicy Polski nieoczekiwanie znaleźli wsparcie w pewnej organizacji, o której istnieniu większość Polaków nie ma pojęcia, choć skupia znaczące postaci sceny politycznej. Otóż zaraz po manifestacji ukazało się oświadczenie B'nai B'rith Polin, przedstawiającego się jako "stowarzyszenie polskich Żydów". W oświadczeniu czytamy:

protest przeciwko budowie meczetu w Warszawie jest niezrozumiały i niczym niewytłumaczalny. Rozbudzanie nastrojów antyarabskich w niczym nie różni się od podsycania antysemityzmu [...]. Ten obecny protest nielicznych - na szczęście - warszawiaków jest jak przeniesiony z czasów nawoływań do pogromów antyżydowskich przed stu laty w carskiej Rosji czy czasów tworzenia imperium Hitlera w III Rzeszy.

Na koniec B'nai B'rith Polin wzywa protestujących, by "przestali kalać dobre imię Polaków i Polski, kraju szczycącego się tysiącletnią tradycją tolerancji". Oświadczenie opublikował w całości stołeczny dodatek "Gazety Wyborczej", nie informując jednak czytelników, czym jest owo stowarzyszenie.

Polska loża Zakonu Synów Przymierza, jak w polskim tłumaczeniu brzmi nazwa tej organizacji istnieje od 9 września 2007 r., choć tradycje ma znacznie starsze. Pierwsze loże na ziemiach polskich powstały pod koniec XIX w., a w II RP istniało takich lóż aż dziesięć. Końcem ich działalności był listopad 1938 r., kiedy to dekretem prezydenta Ignacego Mościckiego, tak jak wszystkie organizacje masońskie, została rozwiązana. O powstaniu B'nai B'rith Polin nie pisały gazety, nie informowała telewizja, ale wzmiankę na ten temat można było znaleźć na stronie internetowej Ambasady USA w Polsce[29]. W czasie ceremonii otwarcia, która miała miejsce w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie został odczytany list gratulacyjny Prezydenta Lecha Kaczyńskiego[30]. W uroczystości otwarcia loży udział wzięli prezydent B'nai B'rith International Moishe Smith, który powiedział: "Duma emanuje z tłumnie tu zgromadzonych 37 braci i sióstr, wobec faktu iż stają się częścią naszej światowej rodziny. Był to moment dumy i zaszczytu, dla mnie osobiście oraz dla wszystkich w B'nai B'rith". Daniel S. Mariaschin, wiceprezydent loży dodał:

Otwarcie naszej loży w Warszawie jest wielkim wydarzeniem. Mając na uwadze długą, lecz przerwaną historię B'nai B'rith w Polsce oraz obecne stosunki tego kraju ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem, a także fakt przynależności do Unii Europejskiej i odradzanie się życia żydowskiego, nasza loża może działać jako ważny uczestnik w szerokiej gamie zagadnień, którymi zajmuje się B'nai B'rith oraz szerszymi planami żydowskimi.

Dla wcielenia w życie owych "szerszych planów żydowskich" pierwszym przewodniczącym polskiego oddziału B'nai B'rith został prof. Andrzej Friedman, lekarz-neurolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Wojewódzkiego Szpitala Bródnowskiego, a przy tym syn Michała Friedmana, dawnego politruka LWP i szefa Wydawnictwa MON, który po usunięciu z wojska (w stopniu pułkownika) i z partii (w stopniu sekretarza) w 1968 r. został tłumaczem literatury hebrajskiej i jidysz. Jeszcze ciekawsza jest postać kolejnego prezydenta loży Polin. Otóż od lutego 2009 r. prezydentem tym był znany dziennikarz Jarosław J. Szczepański. Od połowy lat 70. pracował w "Expressie Wieczornym", gdzie zajmował się tematyką gospodarczą, zwłaszcza górnictwem. W 1981 r. był szefem działu informacyjnego "Tygodnika Solidarność", później współpracował z podziemnymi strukturami związku na Śląsku, dzięki czemu w 1989 r. znalazł się przy "okrągłym stole" jako sekretarz strony "solidarnościowej" w podzespole górniczym. Niedługo potem wrócił do "Tygodnika Solidarność", już jako sekretarz redakcji, ale nie na długo, bo ostentacyjnie odszedł stamtąd, gdy kierownictwo gazety objął Jarosław Kaczyński. Od początku lat 90. związany był z TVP, a w latach 1997-2000 przebywał w USA, gdzie jego żona, również znana dziennikarka Dorota Warakomska, była korespondentką TVP. Po powrocie do kraju Szczepański został wiceszefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i choć w 2002 r. stracił posadę na Woronicza, to wrócił tam już po dwóch latach - tym razem jako rzecznik prasowy nowego prezesa Jana Dworaka, starego znajomego jeszcze z początku lat 80. (Dworak był wówczas sekretarzem redakcji "Tygodnika Solidarność", którą kierował Tadeusz Mazowiecki). Gdy Dworak odszedł z TVP (został przewodniczącym KRRiT i pogromcą TV Trwam), a zastąpił go Bronisław Wildstein, Szczepański ostatecznie porzucił telewizję. Niedługo potem, na początku 2007 r., jego nazwisko znalazło się w raporcie z likwidacji WSI - jako niejawnego współpracownika tych służb. Podczas pracy w TAI miał on informować WSI o "planach w zakresie zmian personalnych co do zagranicznych korespondentów TVP", a po opuszczeniu telewizji "oferował WSI gotowość infiltracji "Rzeczpospolitej" lub "Wprost" bądź "innej związanej z jego profesją instytucji". On sam stanowczo zaprzeczył tym informacjom. Kilka tygodni po publikacji raportu ówczesny wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski zatrudnił Szczepańskiego jako swojego doradcę medialnego. Mówił wówczas: "z Jarosławem Szczepańskim znam się od stu lat", i przekonywał: "mamy do siebie zaufanie, poza tym ma świetną opinię". Trudno jednak nie dostrzec w tym geście wyraźnej deklaracji politycznej: oto jedyny polityk Platformy, który od początku konsekwentnie sprzeciwiał się likwidacji WSI, zatrudnił dziennikarza oskarżonego o współpracę z tymi służbami. Co więcej, gdy jesienią 2007 r. Komorowski został marszałkiem, od razu powołał Szczepańskiego na stanowisko szefa Biura Prasowego Kancelarii Sejmu[31]. Nie pełnił tej funkcji długo, bo zaledwie pół roku, ale nawet w tak krótkim czasie "zasłynął" odebraniem stałych przepustek dla dziennikarzy "Naszej Polski", "Naszego Dziennika", "Tygodnika Solidarność" i Telewizji Trwam. Prezydent Komorowski przez lata urzędowania w Belwederze przyznał mnóstwo najwyższych odznaczeń państwowych prominentnym członkom loży. Wysokie odznaczenia otrzymali: Jarosław Szczepański, Łukasz Biedka, Jan Woleński, Anna Dodziuk i Zofia Krajewska-Jankiewicz. Dziś Szczepański zasiada w Radzie Programowej TVP Polonia.

Od pierwszego dnia funkcjonowania B'nai B'rith Polin jej wiceprzewodniczącym jest prof. Jan Woleński (właściwie Hertrich-Woleński), filozof z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w latach 1965-1981 członek PZPR, później związany z "Solidarnością". W czasach głębokiego PRL działał w urzędowym, antykatolickim Stowarzyszeniu Ateistów i Wolnomyślicieli, dziś zasiada w Komitecie Honorowym Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów - organizacji o podobnym charakterze, która od kilku lat propaguje m.in. "śluby humanistyczne", czyli ateistyczne parodie religijnych ceremonii ślubnych (także jednopłciowych). W maju 2007 r. prof. Woleński był jednym z założycieli krakowskiego Ruchu na rzecz Demokracji, zainicjowanego przez Kwaśniewskiego, Wałęsę i Olechowskiego przeciwko rządom PiS. Dał się poznać również jako zagorzały przeciwnik lustracji - napisał nawet na ten temat książkę pt. Lustracja jako zwierciadło. W zarządzie B'nai B'rith Polin, a od 21 września 2014 r. przewodniczącym loży jest inna charakterystyczna postać elity III RP. Sergiusz Kowalski - bo o nim mowa - to jeden z najostrzejszych publicystów z kręgu "Gazety Wyborczej", bez wahania i bez umiaru zarzucający przeciwnikom politycznym antysemityzm i ksenofobię, wyzywający ich od "czarnej sotni", "ciemnogrodu" itp. W 2003 r. wraz z Magdaleną Tulli opublikował książkę pt. Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści, zawierający liczne cytaty z prasy prawicowej, w których autorzy doszukali się antysemityzmu. Wśród "oskarżonych" przez parę Kowalski-Tulli znaleźli się Prymas Glemp, arcybiskupi Michalik i Majdański, biskupi Lepa i Stefanek. Taka "bezkompromisowość" Kowalskiego, rzadka nawet na tle środowiska "Wyborczej", do złudzenia przypomina postawę jego dziadka, Władysława Kowalskiego ps. "Grzech", członka władz KPP, szybko jednak usuniętego i potępionego przez Komintern za ultralewicowe sekciarstwo. W obecnym zarządzie B'nai B'rith Polin znajdziemy też dwie inne, mniej znane, ale jakże charakterystyczne osoby. Funkcję skarbnika pełni Agnieszka Milbrandt, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 30 i Społecznego Gimnazjum nr 5 w Warszawie, a równocześnie skarbnik Towarzystwa Oświaty Niepublicznej, skupiającego dyrektorów prywatnych szkół z całej Polski. Natomiast sekretarzem zarządu B'nai B'rith Polin jest dr Jonathan Britmann, psycholog pracujący w Szpitalu Psychiatrycznym w Tworkach i wykładający na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, obywatel Izraela, gdzie był funkcjonariuszem Mosadu. Korzystając ze swoich doświadczeń, Britmann założył w Polsce Izraelską Akademię Treningu Walki "Sayeret" zajmującą się doradztwem i szkoleniem w zakresie bezpieczeństwa i ochrony firm. Ten wszechstronny Izraelczyk jest także redaktorem naczelnym magazynu internetowego "Forum Żydów Polskich". Warto też wymienić kilka nazwisk spośród tych założycieli polskiej loży B'nai B'rith, którzy nie występują oficjalnie jako członkowie jej władz. Mamy tu więc Jana Lityńskiego i prof. Pawła Śpiewaka, dyrektora Żydowskiego Instytut Historycznego, pierwszego dyrektora Muzeum Historii Żydów Polskich Jerzego Halbersztadta, a nawet Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, katolickiego księdza i wykładowcę KUL, który swego czasu "odkrył" swoje żydowskie pochodzenie i od tej pory stał się ulubieńcem Episkopatu. Towarzystwo ciekawe, a przede wszystkim jakże wpływowe. Wśród założycieli loży znaleźli się też Anna Dodziuk - psychoterapeutka, współzałożycielka "Tygodnika Mazowsze", prof. Jan Hartman - filozof marksistowski, Artur Hofman - reżyser w Teatrze Żydowskim, a także przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce i redaktor naczelny "Słowa Żydowskiego", Piotr Kadlčik - były przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie, Michael Schudrich - naczelny rabin Polski, Malka Kafka - właścicielka kilku koszernych kawiarni w Warszawie i prowadząca program kulinarny w telewizji oraz Jan Lityński. Wśród założycieli B'nai B'rith są byli i obecni dyplomaci: Lidia Goldbergowa, Ryszard Schnepf, Maciej Kozłowski i Michał Korzec. Ten ostatni to partner życiowy prof. Jadwigi Staniszkis i syn Pawła Korca/Korzeca, zastępcy komendanta wojewódzkiego MO w Łodzi ds. służby bezpieczeństwa, sinolog z wykształcenia, w dyplomacji Geremka rzucony "na odcinek chiński". Siedziba B'nai B'rith - Loża Polin znajduje się w Warszawie, w budynku Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, przy ulicy Twardej 6. Członkiem loży może zostać osoba fizyczna, która ma i deklaruje tożsamość żydowską, świecką bądź religijną, opartą na pochodzeniu żydowskim (z ojca lub matki) lub na konwersji na judaizm[32]. Loża działa bardzo dyskretnie. Tylko sporadycznie wciąga polskie media w propagandę B'nai B'rith. Po raz pierwszy ujawniło to oświadczenie z 2008 r. z okazji manifestacji przeciwko budowie meczetu na warszawskiej Ochocie. W oświadczeniu Andrzej Friedman, jej ówczesny przewodniczący zalecał dziennikarzom w Polsce, by lansowali opinię, iż państwa arabskie wykorzystują w walce z Izraelem "wzorce propagandy hitlerowskich Niemiec".

Nie nasze ministerstwo, nie nasz minister

22 Listopada 2018 r. Loża B'nai B'rith w liście do premiera Mateusza Morawieckiego domaga się, dymisji ministra kultury. Chodziło o słowa Piotra Glińskiego, które padły w wywiadzie udzielonym tygodnikowi "Wprost": "Język, którym mówi się o PiS, ma wykluczać, unicestwiać, ma nas odczłowieczać, delegitymizować, mamy być tak traktowani, jak Żydzi przez Goebbelsa". W imieniu loży głos zabrał Sergiusz Kowalski:

przykrość, jaką może odczuwać krytykowany polityk, ma się nijak do losu milionów pomordowanych [...] lekkość, z jaką żongluje nimi w politycznych przepychankach uwłacza pamięci ofiar nazizmu. Oczekujemy, że przeprosi Pan publicznie Żydów za swojego ministra i niezwłocznie zdymisjonuje go, bo przekroczył wszelkie granice przyzwoitości.

Do sprawy odniosła się ambasada Izraela, bo wypowiedź Glińskiego "świadczy o głębokiej niewiedzy i ignorancji ministra oraz braku wrażliwości", i zaleciła Glińskiemu wizytę w Jad Waszem celem bliższego zapoznania się z tą problematyką. Głos zabrała także ambasador Azari: "Nie można porównywać sporu politycznego z Holokaustem. Nie oczekuję przeprosin. Ja po prostu nie chciałabym widzieć więcej takich cytatów" - stwierdziła z właściwą sobie delikatnością. "Faszyzm, hańba, skandal" - tak naczelny rabin Polski Michael Schudrich wyraził się o Marszu Niepodległości, na którego czele maszerował (wraz z prezydentem i premierem RP) Piotr Gliński. "Znam wielu ludzi, którzy opuścili Warszawę, by uciec od tego marszu. [...] Ludzie się boją i to nie jest miejsce, w którym Polska powinna być w setną rocznicę niepodległości Polski" - ogłosił z kolei, jak go określił dziennikarz nowojorskiej gazety, "konserwatywny doradca rządu" PiS Jonny Daniels, z którym niewiele wcześniej wicepremier spożył szabasową kolację. Biadoląc przy okazji, że gdy zaproponował delegalizację Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego, które są organizatorami Marszu Niepodległości, zaczął otrzymywać groźby pozbawienia życia. Skąd taki tupet wobec człowieka, który tyle zrobił dla Danielsa i Żydów? Skąd tyle pogardy wobec największego proizraelskiego fanatyka w obozie rządzącym, byłego członka żydowskiej Unii Wolności, człowieka Sorosa w Polsce, mającego chroniczne problemy z lojalnością wobec państwa polskiego? Skąd tyle pogardy wobec człowieka, który wyasygnował 104 miliony złotych na instytucje zajmujące się żydowskim dziedzictwem, przeforsował specjalną ustawę przewidującą 100 milionów na renowację żydowskiego cmentarza, tworzy za 320 milionów dwa żydowskie muzea i daje 150 milionów na rewitalizację teatru żydowskiego? Skąd publiczne łajanie i pomiatanie człowiekiem, który na zarzut, że zajmuje się kulturą żydowską, a nie polską ripostował:

Przypominam, że Muzeum Getta Warszawskiego jest polską instytucją kultury, a dotyczy losów Żydów - obywateli II RP, których historia i dziedzictwo jest częścią historii i dziedzictwa Polski i Polaków [...] chcę podkreślić, że zarówno obywatele polscy żydowskiego pochodzenia zgładzeni w czasie ostatniej wojny, jak i samo getto warszawskie są i zawsze pozostaną częścią polskiej kultury.

I który - w odpowiedzi na poselską interpelację - stwierdził: "nie ma powodu, by Polska z okazji budowy Muzeum Getta Warszawskiego miała oczekiwać gestów wzajemności na rzecz polskiej polityki historycznej ze strony Izraela". Wystarczyło jedno zdanie i Gliński, który swoją wypowiedź traktował jako kolejną filosemicką filipkę, został obity medialnym kijem. Nie uratowali go nawet blogerzy z pomocnym argumentem - atak na ministra to jak nagonka wobec Żydów za Hitlera, i to że profesor Stanisław Obirek w Superstacji porównał rządy PiS do "rządów III Rzeszy, gdy poprzez mordowanie Żydów propaganda niemiecka oswajała Niemców ze złem". Także sam Gliński nie ogłosił, jak przystało na ministra kultury (i dziedzictwa narodowego), że inspiratorem i koordynatorem operacji oczerniania Polski są ośrodki zagraniczne, w tym B'nai B'rith, wspierane w kraju przez gazetę pod redakcją Adama Michnika, i że operacja ta prowadzona jest dokładnie według wzoru zaproponowanego przez Józefa Goebbelsa. Nie łudźmy się - Żydzi nie wszczęli rejwachu, dlatego że Gliński porównując cierpienie gojów do cierpienia Żydów popełnił świętokradztwo. Nie chodziło im też o kolejne muzeum, kolejne 100 milionów na kirkut czy umieszczenie Muzeum Chasydów w gmachu Muzeum Narodowego. Nie chodziło też o pokutną pielgrzymkę do Jad Waszem. Chodziło o sponiewieranie Polski, o praktykowaną od lat kombinację operacyjną: żądaniem dymisji uwiarygodnić ministra w oczach antysemickiej tłuszczy, bo to polski antysemita, łożący miliony na dziedzictwo żydowskie w Polsce tylko po to, aby lepiej zakamuflować swoje antysemickie poglądy; wywołać głosy antysemitów stających w obronie napadniętego patriotycznego ministra w patriotycznym rządzie; podtrzymać nastroje antysemickie w Polsce; stworzyć kolejny pretekst do oskarżania Polaków o antysemityzm. Wybrane przez Polaków władze są pomiatane, upokarzane, poniewierane przez obcą organizację, której oddział korzysta z polskiej gościnności. Ustami pośledniego szczebla "syna przymierza" stawiane są butne żądania. Ambasador azjatyckiego państewka sztorcuje jak sztubaka wicepremiera - żeby mi to się więcej nie powtórzyło! Pojawia się oczywiste pytanie - po co ta ostentacja w pomiataniu ministrem? Przecież od czasu do czasu wzywają do Jerozolimy rząd in corpore i obsobaczają go jak burą sukę? A może chodziło o pokazanie, kto tu rządzi? A może o inscenizację na wewnętrznej scenie politycznej, w której B'nai B'rith jest graczem? I jeszcze jedno - Żydzi wielokrotnie pokazali, że filosemitami gardzą. Przykładem niech będzie Władysław Bartoszewski, któremu w Knesecie kazano grzecznie wysłuchiwać bluzgów słanych na Polaków. A na koniec podziękujmy przygłupowi, który sprowadził antypolską lożę masońską do Polski, który wybudował Muzeum Polin, skądinąd najwyższy i największy pomnik śp. Lecha Kaczyńskiego. Z notki Ambasady USA w Warszawie zamieszczonej na jej stronie internetowej z okazji otwarcia loży wynika, że zakładający lożę "omówili m.in. sprawę ustawodawstwa, dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam". Tak więc B'nai B'rith Polin za swój priorytet uznała restytucję mienia, czyli grabież Polski, a do przeprowadzenia tego planu niezbędne okazało się uciszenie niezależnych ośrodków medialnych. Tymczasem utajniona działalność loży nie znalazła się w sferze zainteresowań polskich służb specjalnych. A wydawało się, że powinna.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[19] Will & Grace - nadawany w latach 1998-2006 przez kanał NBC serial (sitcom) opowiadający o dwóch bohaterach mieszkających razem w Nowym Jorku: Will jest prawnikiem i gejem, a Grace dekoratorką wnętrz. Serial upowszechnił tematykę gejowską. Stworzyło go i wyprodukowało dwóch Żydów, z których jeden był zdeklarowanym homoseksualistą. Dzięki ogromnej reklamie, najlepszym godzinom emisji, powtórkom, prasowym recenzjom itp. zajmował pierwsze miejsce wśród najbardziej popularnych seriali telewizyjnych w USA w latach 2001-2005.

[20] Finałowy mecz o mistrzostwo ligi zawodowej w futbolu amerykańskim.

[21] Wyścigi samochodowe.

[22] ADL nie ma co prawda formalnego oddziału w Polsce, ale przyznało przy jakiejś okazji, że rolę tę spełnia "Otwarta Rzeczpospolita". Plusem takiego stanu rzeczy jest to, że oddział utrzymywany jest przez polskiego podatnika. Do budżetu ADL wliczyć należało bowiem granty polskiego Ministerstwa Kultury dla "Otwartej Rzeczpospolitej", a także koszty (przynajmniej częściowe) funkcjonowania biura AKŻ w Warszawie, które ma bezpłatne lokum w państwowym Muzeum Polin.

[23] Czy nie przypomina to współpracy i szkolenia Policji w Polsce przez "Otwartą Rzeczpospolitą"?

[24] Więcej na ten temat w opracowaniu Michaela TimmonsaThe Anti-Defamation League and America's Jewish Culture of Surveillance, które ukazało się w miesięczniku "Culture Wars" (styczeń 2014, vol. 33, no. 2) oraz w "The American Mercury", ADL: 100 Years Of Hate (ADL: 100 lat nienawiści).

[25] Zakaz odmawiania modlitwy w amerykańskich szkołach publicznych wprowadzony został decyzją Sądu Najwyższego z 25 czerwca 1962 r. Skargę wniósł nowojorski Żyd Steven Engel, poparty przez organizacje żydowskie i rabinów. Demokratyczny senator z Zachodniej Wirginii Robert Byrd tak wypowiedział się o tej decyzji: "Ktoś majstruje przy duszy Ameryki, wam zostawiam odkrycie, kto to jest".

[26] Symbolicznie ową współwinę wyraziła grupa Żydów protestujących przeciw kardynałowi Glempowi w czasie jego wizyty w Nowym Jorku w 1991 r. Wśród niesionych przez uczestników protestu transparentów widać pogańską swastykę wpisaną w krzyż. Demonstranci pod wodzą rabina Weissa i Alana Dershowitza obrzucali prymasa wyzwiskami w rodzaju "ty nazistowski bękarcie katolicki".

[27] Przykładem "żydowskiego zgorszenia krzyżem", a także mowy nienawiści są słowa Agnieszki Holland, wypowiedziane w kontekście "Pasji" Mela Gibsona, o Jezusie jako "krwawym pulpecie na którego nie można patrzeć".

[28] To tak, jakby protestanckim w większości mieszkańcom Śląska Cieszyńskiego zabronić wjazdu do pozostałej części Polski.

[29] Notka jest bardzo wymowna i warto zacytować ją w całości: "9 września przy okazji otwarcia nowej loży B'nai B'rith w Warszawie ambasador Victor Ashe spotkał się z działaczami tej organizacji - prezesem Moishem Smithem i wiceprezesem Danem Mariaschinem. Omówiono m.in. sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Otwarcie warszawskiej loży B'nai B'rith oznacza odrodzenie się tej organizacji żydowskiej w Polsce po niemal 70 latach nieobecności".

[30] Oto jego fragment: "Polska jest wdzięczną dla akcji podejmowanych przez Anti-Defamation League (ADL), ustanowionej przez B'nai B'rith, które współdziałając z American Jewish Congress, podtrzymuje nasze wysiłki do uzyskania zmian w nazywaniu obozu Auschwitz i przeciwstawiania się mocno używania nazwy jako "polish concentration camps". [...] W tym czasie kiedy stosunki pomiędzy Polska a Izraelem są pośród krajów europejskich najlepsze w Europie, my powinniśmy starać się o stale, dalsze rozwijanie polsko-żydowskich stosunków".

[31] Paweł Siergiejczyk, Bliski współpracownik Komorowskiego kieruje żydowską lożą, "Nasza Polska" nr 49 (788) z 7 grudnia 2010 r.

[32] Członkowie stowarzyszenia nazywają się "braćmi", przechodzą "inicjacje" i spotykają się w "lożach". Do swych szeregów organizacja przyjmuje wyłącznie Żydów. Godłem i znakiem rozpoznawczym B'nai B'rith jest siedmioramienny świecznik - menora, w 1949 r. z inicjatywy Haima Weizmanna, pierwszego prezydenta Izraela, przyjęty jako centralny element oficjalnego godła Państwa Izrael. Według wychodzącej we Francji "La Tribune juive" (z 23 grudnia 1985 r.) B'nai B'rith to "najpotężniejsza organizacja żydowska [...] składająca się z lóż, których jest ok. 1,8 tys., z czego 200 w Izraelu. Poza tym istnieje ponad 1 450 tzw. kapituł żeńskich. B'nai B'rith jest akredytowana przy większości organizacji międzynarodowych, w tym przy ONZ, UNESCO i Radzie Europy, jako organizacja pozarządowa. Loża-matka ma siedzibę w Nowym Jorku, a międzynarodowa centrala (B'nai B'rith International) mieści się w Waszyngtonie. Podstawową jednostką organizacyjną B'nai B'rith jest loża. Loże zgrupowane są w większe jednostki, tradycyjnie zwane "dystryktami", a każdym z dystryktów kieruje "gubernator". Jest obecna w 58 krajach świata podzielonych na siedem dystryktów. Od 1999 r. loże europejskie połączyły się w jedną pod nazwą "B'nai B'rith Europa" z siedzibą w Brukseli.