2. Chłabgah
Była czwartym z pięciorga dzieci, które zimną styczniową nocą urodziły się przy latarce (awaria światła) w Śahdźahanabadzie, obmurowanej dzielnicy Delhi. Ahlam Badźi, akuszerka, która ją przyjmowała, złożyła ją w ramionach matki opatuloną w dwa szale ze słowami: "To chłopiec". Zważywszy na okoliczności, pomyłka była zrozumiała.
Po miesiącu pierwszej ciąży Dźahanara Begam i jej mąż postanowili, że jeśli urodzi się syn, nazwą go Aftab. Ich pierwszych troje dzieci to były dziewczynki. Czekali na swojego Aftaba od sześciu lat. Noc, kiedy go powiła, była najszczęśliwsza w życiu Dźahanary Begam.
Nazajutrz, kiedy wstało słońce, a w pokoju zrobiło się miło i ciepło, odwinęła małego Aftaba. Obejrzała jego drobniutkie ciałko - oczka nosek głowę pachę palce u rąk palce u nóg - z sytą, powolną błogością. I to wtedy odkryła, szukając pod spodem tej chłopięcej rzeczy - małą, nieuformowaną, ale bez wątpienia dziewczęcą rzecz.
Czy to możliwe, aby matka przeraziła się swoim dzieckiem? Dźahanara Begam była przerażona. Najpierw poczuła, jak serce jej się ściska, a kości popieleją. Potem uznała, że musi sprawdzić, czy się nie pomyliła. A następnie odsunęła się od tego, co spłodziła, podczas gdy trzewia jej się skurczyły, a po nogach spłynęła cienka strużka kupy. Czwartą reakcją była myśl, aby zabić siebie i dziecko. Piątą było chwycenie noworodka i przyciśnięcie go do siebie - a jednocześnie czuła, że wpada w szczelinę między światem, który znała, a światami, o których istnieniu nie miała pojęcia. W tej otchłani wirowała w ciemności, a wszystko, czego była dotąd pewna, przestało mieć jakikolwiek sens, każda rzecz, od najmniejszej po największą. W urdu, jedynym znanym jej języku, wszystko ma rodzaj, a właściwie płeć. Nie tylko ożywione istoty, lecz także wszystkie przedmioty, dywany, ubrania, książki, ołówki, instrumenty muzyczne - są albo męskie, albo żeńskie. Wszystko - z wyjątkiem jej dziecka. Dobrze wiedziała, że jest słowo na takich jak ono: Hidźra1. A właściwie dwa: Hidźra i Kinnar. Ale dwa słowa nie tworzą języka.
A czy można żyć poza językiem? Naturalnie to pytanie nie narzuciło jej się w postaci słownej, jako jedno klarowne zdanie. Narzuciło się jej jako bezdźwięczny, embrionalny skowyt.
Szóstą reakcją było postanowienie, że musi się oczyścić, a na razie nie będzie niczego mówić nikomu. Nawet mężowi. Siódma reakcja: położyć się obok Aftaba i odpocząć. Jak uczynił Bóg chrześcijan, kiedy już stworzył niebo i ziemię. Tyle że on odpoczął, kiedy nadał już sens stworzonemu światu, podczas gdy Dźahanara Begam odpoczęła po tym, gdy to, co stworzyła, zdruzgotało jej sens świata.
Mówiła sobie, że przecież to nie jest ostatecznie rzeczywista wagina. Jej kanały nie były otwarte (sprawdziła). To był tylko taki dodatek - dziecinna rzecz. Może się zamknie, zaleczy, jakoś zniknie. Ona będzie się modliła w każdej znanej jej świątyni i prosiła o to, aby Wszechmocny okazał jej łaskę. I on to zrobi. Wiedziała, że zrobi. Może zresztą już zrobił, tylko że nie do końca to pojmowała.
Pierwszego dnia, w którym poczuła się na siłach, aby wyjść z domu, Dźahanara Begam wzięła ze sobą malutkiego Aftaba do dargi2 Hazrata Sarmada Śahida, odległej od jej domu dziesięć minut spacerem. Nie znała wtedy historii Hazrata Sarmada Śahida i nie miała pojęcia, co skierowało jej kroki ku tej właśnie świątyni. Być może sam ją do siebie przyzwał. Albo może pociągnęło ją do osobliwych ludzi, którzy tam koczowali, gdy szła na bazar Mina, ludzi, na których we wcześniejszym życiu nawet by nie zerknęła, chyba że zastąpiliby jej drogę. Nagle wydali się najważniejszymi ludźmi na świecie.
Nie wszyscy z tych, którzy odwiedzali tę dargę, znali historię Hazrata Sarmada Śahida. Niektórzy znali jej część, inni nie znali jej w ogóle, jeszcze inni wymyślali sobie jej własne wersje. Większość wiedziała, że był żydowsko-ormiańskim kupcem, który przybył do Delhi z Persji za miłością swego życia. Nieliczni wiedzieli, że ową miłością był Abhej Ćand, młody hindus, którego spotkał w Sindzie. Większość wiedziała, że porzucił judaizm dla islamu. Większość słyszała, że żył na ulicach Śahdźahanabadu jako nagi fakir, zanim go publicznie stracono. Niewielu słyszało, że przyczyną kary śmierci nie była publiczna nagość, lecz apostazja. Ówczesny cesarz Aurangzeb wezwał na swój dwór Sarmada i kazał mu dowieść tego, że jest prawdziwym muzułmaninem, poprzez recytację kalimy la ilaha ilallah, Mohammed-ur rasul Allah - "Nie ma Boga poza Allahem, a Muhammad jest jego wysłannikiem". Sarmad stał nagi w Czerwonym Forcie przed sądem złożonym z kadich i maulanów3. Gdy zaczął recytować kalimę, chmury zatrzymały się na niebie, ptaki znieruchomiały w locie, ledwie jednak rozpoczął - zatrzymał się. Wypowiedział tylko pierwsze słowa: La ilaha, "nie ma Boga". Nie może pójść dalej, twierdził, zanim nie dokończy duchowego poszukiwania, dopiero bowiem wtedy będzie mógł objąć Allaha całym sercem. Aż do tej chwili recytowanie kalimy byłoby tylko drwiną z modlitwy. Aurangzeb zasięgnął opinii kadich - po czym nakazał egzekucję.
Błędem jednak byłoby sądzić na tej podstawie, że ci, którzy przychodzili złożyć cześć Hazratowi Sarmadowi Śahidowi, nie znając jego losów, czynili to z racji swej ignorancji, lekceważenia faktów i historii. Albowiem wewnątrz dargi niepokorny duch Sarmada, intensywny, wyczuwalny, prawdziwszy od wszystkich faktów historycznych, jakie można nagromadzić, ukazywał się tym, którzy chcieli jego błogosławieństwa. Wielbił (acz nie w kazaniach) cnotę duchowości, wyżej ją stawiając od sakramentu, prostotę wynosił nad zbytek, sławił nieugiętą ekstatyczną miłość, nawet gdy ceną za nią stawało się unicestwienie. Duch Sarmada pozwalał tym, którzy przyszli do niego, zabrać tę opowieść i przemienić ją w to, czego potrzebowali.
Kiedy Dźahanara Begam stała się w dardze popularną postacią, usłyszała (i przekazała dalej tę wieść), jak Sarmada ścięto na schodach meczetu Dźama Masdźid przed prawdziwym oceanem ludzi, którzy go kochali i zebrali się, aby go pożegnać; jak jego głowa, chociaż odłączona od ciała, nadal recytowała wiersze; i jak on podjął ową recytującą głowę gestem tak niedbałym, jak mógłby współczesny motocyklista uczynić z hełmem, wszedł po schodach do wnętrza meczetu, a stamtąd wstąpił prosto do nieba. To właśnie dlatego, mówiła Dźahanara Begam (każdemu, kto chciał słuchać), w małej dardze Hazrata Sarmada (niczym pijawka przywarłym do wschodnich stopni Dźama Masdźidu w miejscu, w którym zebrała się kałuża ściekającej krwi) czerwona jest podłoga, czerwone są ściany i czerwony jest sufit. Minęło ponad trzysta lat, mówiła, a nie dało się zmyć krwi Hazrata Sarmada. Jakąkolwiek farbą malowano dargę, mówiła Dźahanara, ta sama z siebie robiła się krwista.
Kiedy Dźahanara Begam pierwszy raz przecisnęła się przez tłum sprzedawców ittarów4 i amuletów, handlarzy pielgrzymich trzewików, kalek, żebraków, kóz tuczonych na święto Id, a także mocno ściśniętych spokojnych, starych eunuchów, którzy zadomowili się pod rozpiętym na zewnątrz świątyni brezentem, i po raz pierwszy weszła do niedużego czerwonego pomieszczenia, poczuła spokój. Odgłosy ulicy ścichły i dochodziły - zdało się - z wielkiej oddali. Trzymając na podołku śpiące dziecko, usiadła i przyglądała się, jak ludzie - czy to muzułmanie, czy hindusi - pojedynczo i parami podchodzą do otaczającej grób barierki, aby zawiązać na niej czerwone nitki, wstążki, papierowe pasemka i błagać Sarmada o błogosławieństwo. Dopiero jednak, kiedy dojrzała przejrzystego starca o suchej, papierowej skórze i wątłej, splecionej ze światła brodzie, który kiwał się do przodu i do tyłu, bezgłośnie łkając, jakby mu pękało serce, Dźahanara Begam dała upust własnym łzom. "To mój syn Aftab", szeptała Hazratowi Sarmadowi, "którego ci tu przynoszę. Opiekuj się nim i naucz mnie, jak go kochać".
Co Hazrat Sarmad uczynił.
-
Przez pierwszych kilka lat życia Aftaba sekret Dźahanary Begam był bezpieczny. Czekając, aż wyzdrowieje jego dziewczyńska rzecz, nie odstępowała go na krok i chroniła z dziką zajadłością. Nawet kiedy urodził się najmłodszy, Sakib, nie pozwalała Aftabowi oddalić się zbyt daleko - takie zachowanie nikogo jednak nie dziwiło w przypadku niewiasty, która tak długo i tak niecierpliwie wyczekiwała syna.
Jako pięciolatek Aftab zaczął chodzić do chłopięcej madrasy uczącej w języku urdu-hindi przy Ćuriwali Gali, alejce sprzedawców bransoletek. Już po roku potrafił recytować po arabsku spore partie Koranu, chociaż nie było jasne, jak wiele z tego rozumie, lecz nie inaczej było z resztą dzieci. Był lepszy od przeciętnych uczniów, niemniej już od czasu, gdy był bardzo mały, stawało się jasne, iż jego prawdziwym darem jest muzyka. Miał słodki, szczery, śpiewny głos; wystarczyło mu raz posłyszeć melodię, aby ją powtórzyć. Rodzice zdecydowali posłać go do Ustada Hamida Khana, wybitnego młodego muzyka, który w swej ciasnej klitce przy Ćandni Mahal uczył dzieci klasycznej muzyki hindustani. Mały Aftab nie opuścił ani jednej lekcji. Jako dziewięciolatek potrafił dobre dwadzieścia minut śpiewać bara chajal w ragach5 Jaman, Durga i Bhairaw, przy czym jego głos tylko muskał leciutko płaskie gamy rekhab w radze Purija Dhanaśri, niczym kamyk odbijający się od powierzchni jeziora. Potrafił śpiewać ćejti i thumri z talentem i elegancją kurtyzany z Lakhnau. Zrazu rozbawieni, ludzie nawet go zachęcali, ale nie trzeba było długo czekać, aby zaczęły się kpiny i szyderstwa ze strony innych dzieci:
- On jest Ona. Nie jest Nim ani Nią. Jest Nim i jest Nią. Ona-On, On-Ona, oooooo!
Kiedy drwiny stały się nie do zniesienia, Aftab przestał chodzić na lekcje muzyki, ale wtedy ceniący go Ustad Hamid zaproponował, że będzie go uczył oddzielnie - i tylko jego. Tak więc lekcje muzyki trwały, ale poza tym Aftab nie chciał już uczęszczać do szkoły. W tym czasie także nadzieje Dźahanary Begam zaczęły stopniowo blednąć. Dzięki ciągowi zręcznych wykrętów udało jej się odroczyć o kilka lat obrzezanie, ale młody Sakib czekał na swoją kolej, wiedziała więc, że długo to już nie potrwa. W końcu zrobiła to, co musiała. Zebrała się na odwagę i opowiedziała o wszystkim mężowi, załamana, łkająca z bólu, ale także z ulgi, że wreszcie ma z kim dzielić swe najgorsze koszmary.
Jej mąż, Mulakat Ali, hakim6, lekarz ziołoterapii, był miłośnikiem poezji urdu i perskiej. Przez całe życie pracował dla rodziny innego hakima, Hakima Abdula Madźidy, który opracował popularną odmianę sorbetu zwanego Ruh Afza (co po persku znaczy "eliksir duszy"). Sporządzany z nasion churfy (portulaki), winogron, pomarańczy, arbuza, liści mięty, marchwi, odrobiny szpinaku, khus-khus7, ziaren lotosu, dwóch odmian lilii oraz destylatu róży damasceńskiej, miał być Ruh Afza tonikiem, ludzie szybko jednak stwierdzili, że dwie łyżki stołowe lśniącego syropu o barwie rubinu rozpuszczone w szklance zimnego mleka czy nawet zwykłej wody były znakomitym środkiem na skwarne upały delhijskie, a także antidotum na dziwne dreszcze powodowane przez pustynne wiatry. Wnet specyfik pomyślany jako lekarstwo stał się jednym z najpopularniejszych w okolicy napojów letnich, a Ruh Afza okazał się zyskownym przedsięwzięciem o uznanej marce. W ciągu czterdziestu lat produkt zdominował rynek, a z ulokowanej w starym mieście kwatery wysyłano go na południe, aż do Hajdarabadu, a na zachód - do Afganistanu. Potem jednak doszło do Podziału8. Nowa granica między Indiami a Pakistanem rozszczepiła bożą tętnicę, a milion ludzi zginęło z nienawiści. Sąsiedzi rzucali się na siebie, jakby się w ogóle nie znali, jakby nie uczestniczyli w swoich weselach i nie śpiewali swoich pieśni. Obmurowane miasto stanęło otworem. Stare rodziny (muzułmańskie) uciekały, pojawiały się nowe (hinduskie) i osiadały wokół murów miejskich. Sprzedaż Ruh Afzy znacznie spadła, ale po niedługim czasie znowu wzrosła; powstała filia w Pakistanie. Ćwierć wieku później, po holokauście w Pakistanie Wschodnim, kolejna filia pojawiła się w zupełnie nowym kraju, Bangladeszu9. Ostatecznie jednak "eliksir duszy", który przetrwał wojny i krwawe narodziny trzech krajów, jak większość innych rzeczy na świecie został pokonany przez coca-colę.
Chociaż Mulakat Ali był zaufanym i cenionym pracownikiem hakima Abdula Adźida, pensja, jaką otrzymywał, nie pozwalała związać końca z końcem. Po godzinach przyjmował więc pacjentów u siebie w domu. Dźahanara Begam dochody rodziny wspomagała tym, co udało jej się zarobić na własnoręcznie szytych białych bawełnianych czapeczkach w stylu Gandhiego, które opychała u hinduskich sklepikarzy przy Ćandni Ćauk.
Mulakat Ali rodowód swój wyprowadzał od Czyngis-chana, przez jego drugiego syna Czagataja. Na kawałku pomiętego pergaminu miał wyrysowane drzewo rodowe, a do tego małe blaszane pudełko wypełnione kruchymi, pożółkłymi papierami, które miały uwiarygadniać jego pretensje genealogiczne, a także tłumaczyć to, w jaki sposób potomkowie szamanów z pustyni Gobi, czciciele Wieczyście Błękitnego Nieba, niegdyś uważani za zajadłych wrogów islamu, stali się przodkami władającej Indiami od wieków dynastii Wielkich Mogołów, oraz to, jak rodzina Mulakata Alego, potomkowie będących sunnitami Mogołów, stała się szyicka. Od czasu do czasu, mniej więcej raz na kilka lat, otwierał pudełko i pokazywał dokumenty przyjezdnym żurnalistom, którzy najczęściej ani nie słuchali go uważnie, ani nie traktowali poważnie. Długi wywiad co najwyżej zyskiwał sobie kpiącą wzmiankę w weekendowym numerze specjalnym, poświęconym Staremu Delhi. Jeśli na dodatek była to rozkładówka, mogło się na niej znaleźć zdjęcie Mulakata Alego obok zbliżenia mogolskich przysmaków, długiego ujęcia muzułmanek w burkach i wiozących je ciasnymi, brudnymi uliczkami rowerowych ryksz oraz, rzecz jasna, obowiązkowej fotografii z lotu ptaka tysiąca muzułmanów, którzy w białych myckach, perfekcyjnie uszeregowani kłonią się w modlitwie przed Dźama Masdźid. Dla niektórych czytelników zdjęcia takie były dowodem sukcesu, który odnosiły w Indiach sekularyzm oraz tolerancja międzywyznaniowa. Inni z leciutką ulgą konstatowali, że delhijskim muzułmanom wiedzie się całkiem dobrze w ich rozwibrowanym getcie. Dla jeszcze innych był to dowód, że muzułmanie ani myślą się "integrować", z pasją mnożąc się i organizując, aby wnet stać się zagrożeniem dla hinduistycznych Indii. Liczba wyznawców tego poglądu rosła w alarmującym tempie.
Niezależnie od tego, co się ukazywało lub nie ukazywało w gazetach, nieco zdziecinniały Mulakat Ali zawsze witał swoich gości w malutkich pokoikach ze znoszoną dumą człowieka szlachetnego rodu. O przeszłości mówił z godnością, ale bez nostalgii. Opisywał, jak w trzynastym wieku jego przodkowie rządzili imperium, które od krajów zwących się dziś Wietnamem i Koreą sięgało aż po Węgry i Bałkany, od północnej Syberii po wyżynę Dekan w Indiach; większego imperium świat nigdy nie znał. Często kończył wywiad, cytując kuplet urdu autorstwa jednego ze swoich ulubionych poetów, Mira Takiego Mira:
Dźis sar ko ghurur adź he jan tadź-wari ka
Kal us pe jahi śor he phir nohagari ka
Głowę, co dzisiaj dumnie szczyci się koroną,
Jutro tu ujrzysz w lamencie zatopioną.
Większość jego gości, hałaśliwi emisariusze nowej klasy panującej, ledwie świadomi swej młodej arogancji, nie chwytali wszystkich warstw znaczeniowych kupletu, który był im oferowany niczym przekąska, którą najlepiej spłukać wysoką na kciuk filiżaneczką mocnej, słodkiej herbaty. Tak, owszem, rozumieli, że to tren za upadłym cesarstwem, którego międzynarodowe granice skurczyły się do ponurego getta okolonego przez ruiny murów starego miasta. Umykało im natomiast to, że była to przekąska nader szczwana, perfidna samosa10, przestroga pod postacią trenu, z fałszywą uniżonością oferowana przez uczonego, który był całkowicie przekonany, iż słuchacze zupełnie nie znają urdu, języka, który - jak większość jego użytkowników - stopniowo zamykał się w getcie.
Rozmiłowanie Mulakata Alego w poezji nie było ot, takim sobie hobby, pozostającym bez żadnego związku z jego pracą hakima. Był przekonany, że poezja może uleczyć niemal wszystkie schorzenia, a przynajmniej zrobić wiele w tym kierunku. Gotów był przepisywać swoim pacjentom wiersze, tak jak inni hakimowie przepisywali medykamenty. W każdym razie ze swojego znakomitego skarbca mógł wydobyć kuplet przedziwnie nadający się na każdą chorobę, na każdą okazję, na każdy nastrój i na każdą, nawet najbardziej delikatną zmianę w klimacie politycznym. Dzięki temu zwyczajowi otaczające go życie wydawało się głębsze, a zarazem mniej dramatyczne, niż naprawdę było. Zwyczaj ten bowiem nasycał wszystko subtelną aurą stagnacji, poczuciem, iż wszystko, co się wydarza, zdarzyło się już wcześniej. Że zostało już opisane, uświetnione pieśnią, skomentowane i wprowadzone do inwentarza historii. Że nie była możliwa żadna nowość. To mogło stanowić przyczynę, dla której otaczający go młodzi ludzie uciekali z chichotem, ilekroć poczuli, iż oto zbliża się pora na kuplet.
Kiedy Dźahanara Begam powiedziała mu o Aftabie, być może wtedy po raz pierwszy w życiu Mulakat Ali nie znalazł żadnego kupletu odpowiedniego do tej okazji. Potrwało chwilę, zanim pokonał wstępny szok. Kiedy zaś to nastąpiło, zrugał żonę za to, iż nie powiedziała mu wcześniej. Czasy się zmieniły, oznajmił. Teraz jest już era nowoczesna. Był pewien, iż istnieje proste medyczne rozwiązanie problemu ich syna. Muszą znaleźć lekarza w Nowym Delhi, daleko od szeptów i plotek, których pełno było w mohallach11 starego miasta. Z niejaką surowością powiedział żonie, że ich Wszechmocny pomaga tym, którzy pomagają sami sobie.
Tydzień później, ubrani elegancko, z nieszczęsnym Aftabem wciśniętym w dorosły stalowoszary ubiór typu pathani12 z czarną haftowaną kamizelką, czapeczką oraz dźuti13 ze szpicami zadartymi jak gondole - wyruszyli ciągniętą przez konia tangą14 do dzielnicy Nizamuddin Basti. Oficjalnie: wyjeżdżali na dzień, aby obejrzeć narzeczoną kuzyna Edźaza - najmłodszego syna najstarszego brata Mulakata Alego, Kasima, który przeniósł się do Pakistanu po Podziale. Naprawdę jednak mieli wyznaczoną wizytę u doktora Ghulama Nabiego, będącego, jak to głosił, "seksuologiem".
Doktor Nabi chlubił się tym, że jest szczerym człowiekiem, o ścisłym i naukowym charakterze. Po zbadaniu Aftaba stwierdził, że nie jest on z medycznego punktu widzenia hidźrą - kobietą uwięzioną w męskim ciele - aczkolwiek w celach praktycznych można by użyć tego określenia. Aftab, ciągnął doktor Nabi, jest rzadkim przypadkiem hermafrodyty, to znaczy kogoś, kto ma cechy i męskie, i żeńskie, aczkolwiek te pierwsze zdawały się dominować. Nabi mógłby zarekomendować pewnego chirurga, który zaklei dziewczęcą część, zaszyje ją, przy czym można by też przepisać pewne pigułki - tyle że, konkludował lekarz, problem nie jest tylko powierzchowny. Operacja z pewnością pomoże, jednak pozostaną "skłonności hidźry", które nigdy już nie znikną całkowicie (na określenie "skłonności" użył słowa fitrat15). Dlatego też całkowitego sukcesu nie mógł gwarantować. "Skłonności", zawołał zachwycony Mulakat Ali, gotów teraz łapać się choćby słomki nadziei. "Skłonności to żaden problem. Każdy ma jakieś skłonności, takie czy inne. Ze skłonnościami można sobie poradzić".
Chociaż wizyta u doktora Nabiego nie przyniosła bezpośredniego rozwiązania problemu tego, co Mulakat Ali uważał za przypadłość Aftaba, to bardzo ojcu pomogła. Pozwoliła mu się zorientować w sytuacji, podała współrzędne, dzięki którym można było sterować statkiem, który w innym przypadku błąkałby się po oceanie zupełnej ignorancji. Trwogę swą mógł teraz przekształcić w praktyczny problem - całą uwagę i wszystkie siły skoncentrować na celu, który dobrze rozumiał: jak zebrać pieniądze na operację. Okroił wydatki domowe, sporządził listę znajomych i krewnych, u których mógłby zaciągnąć pożyczkę. Jednocześnie wziął się do realizacji programu kulturalnego mającego na celu rozbudzenie w Aftabie męskości. Przekazywał mu miłość do poezji, natomiast odwodził od śpiewania thumri i ćejti. Do późnej nocy sycił go opowieściami o jego wojowniczych przodkach i ich zasługach na polach bitewnych. Historie te nie robiły na Aftabie żadnego wrażenia do chwili, kiedy usłyszał o tym, jak Temudżyn - Czyngis-chan - zdobył rękę swej pięknej żony, Börte Khatun, porwanej przez wrogie plemię. Kochał ją tak bardzo, że niemal sam jeden rzucił się na wrogą armię, aby odzyskać umiłowaną. Aftab poczuł, że chciałby być nią.
Kiedy jego siostry i bracia szli do szkoły, Aftab całe godziny spędzał na balkoniku ich domu, wychodzącym na Ćitli Kabar, malutką świątynię poświęconą pstrej kozie, o której mówiono, iż ma ponadnaturalne moce, a także na ruchliwą ulicę, która biegła w kierunku Matia Mahal Ćauk. Szybko nauczył się kadencji i rytmu sąsiedztwa, a był to zasadniczo potok przekleństw urdu - "jebię twoją matkę"; "pierdol swoją siostrę"; "przysięgam na kutasa twojej matki". Strumień ten pięć razy na dzień przerywało wezwanie do modlitwy, które płynęło z Dźama Masdźid, a także siedmiu innych, mniejszych meczetów starego miasta. Kiedy dzień po dniu Aftab prowadził czujną obserwację, na niczym szczególnie się nie skupiając, Guddu Bhai, zgryźliwy poranny sprzedawca ryb, który swój wózek z błyszczącymi, świeżymi rybami ustawiał w centrum ćauku16 z taką niechybnością, z jaką słońce wstaje na wschodzie, a znika na zachodzie, wydłużał się w Wasima, wysokiego, dobrodusznego popołudniowego sprzedawcę nan khatai17, który następnie skuli się do postaci Junusa, małego, szczupłego wieczornego sprzedawcy owoców, ten zaś późnym wieczorem rozrośnie się i napuchnie w osobę Hasana Miana, rosłego handlarza najlepszego w Matia Mahal baraniego biriani18, które serwował z wielkiego mosiężnego garnka. Pewnego wiosennego poranka Aftab zobaczył wysoką, szczupłą w biodrach kobietę, jaskrawo umalowaną, mającą wysokie złote obcasy i lśniąco zieloną satynową śalwar kamiz19, która robiła zakupy u Mira, sprzedawcy bransolet dorabiającego sobie jako stróż Ćitli Kabar. Zapas bransolet składał w grobowcu każdego wieczora, kiedy zamykał świątynię i sklep (zadbał o to, aby godziny pracy się pokrywały). Aftab jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego jak wysoka kobieta z umalowanymi ustami. Zbiegł po stromych schodach na ulicę i dyskretnie podążył za nią, podczas gdy ona kupowała kozie kopyta, spinki do włosów, owoce gujawy, a także zawiązała sobie sandały.
Chciał być nią.
Podążył za nią ulicą aż do Bramy Turkmeńskiej i stał długi czas pod niebieskimi drzwiami, za którymi zniknęła. Żadnej zwykłej kobiecie nie wolno było paradować po ulicach Śahdźahanabadu w takim stroju. Zwykłe kobiety w Śahdźahanabadzie nosiły burki, a przynajmniej ukrywały głowy i każdą część ciała poza rękoma i stopami. Kobieta, za którą poszedł Aftab, mogła tak się odziewać, jak się odziewała, i chodzić tak, jak to robiła, tylko dlatego, że nie była kobietą. Kimkolwiek była, Aftab chciał być nią. Chciał być nią nawet bardziej, niż chciał być Börte Khatun. Chciał jak ona przemykać między straganami z mięsem, na których oprawione kozy zwisały niczym wielkie ściany mięsa, chciał uśmiechać się kokieteryjnie, przechodząc obok The New Life-Style Men's Hairdressing Salon, w którym Ilijas, fryzjer, przycinał włosy szczupłemu, młodemu rzeźnikowi, Liakatowi, i przy użyciu pomady Brylcreem nadawał im połysk. Chciał wyciągać dłoń z pomalowanymi paznokciami i przegub pełen bransoletek, aby delikatnie odchylać skrzela ryby i sprawdzać, na ile jest świeża, zanim zacznie się targować o jej cenę. Chciał, stąpając nad kałużą, ledwie odrobinę podciągać swój śalwar - na tyle jednak, aby pokazać srebrne obręcze na kostkach.
I nie była to tylko, stanowiąca ledwie przydatek, dziewczęca część Aftaba.
Teraz zaczął dzielić swój czas pomiędzy lekcje muzyki a wystawanie pod niebieskimi drzwiami domu w Gali Dakotan, w którym mieszkała wysoka kobieta. Dowiedział się, że nazywa się Bombay Silk i że było jeszcze siedem innych do niej podobnych: Bulbul, Razia, Hira, Baby, Nimmo, Mary i Gudija, które mieszkały razem w haweli20 z niebieskimi drzwiami i które miały ustad - guru21, która zwała się Kulsum Bi. Ta, starsza od nich wszystkich, prowadziła cały dom. Aftab dowiedział się też, że owa haweli nazywa się Chłabgah - Dom Marzeń.
Zrazu nieustannie był przeganiany, ponieważ wszyscy, łącznie z mieszkańcami Chłabgah, znali Mulakata Alego i nie chcieli popaść z nim w konflikt. Niezależnie jednak od upomnień i kar, które go czekały, Aftab uparcie, dzień po dniu, powracał na swój posterunek. Był to jedyny punkt w jego świecie, w którym, jak czuł, powietrze robiło dla niego miejsce. Ilekroć się pojawiał, ono jakby się poruszało, odsuwało, niczym przyjaciel w szkole, usuwający na bok swoje rzeczy na ławce. W ciągu kilku miesięcy, robiąc zakupy, nosząc bagaże oraz instrumenty muzyczne, kiedy mieszkańcy wychodzili na spacer po mieście, masując swe zmęczone stopy pod koniec pracowitego dnia - Aftabowi udawało się stopniowo przełamywać barierę, aż w końcu nadszedł dzień, w którym wpuszczono go do środka. Kiedy został wpuszczony, wchodził do tego zwykłego, podupadłego domu, jak gdyby przekraczał bramy raju.
Niebieskie drzwi otwierały się na wybrukowany, otoczony wysokimi ścianami dziedziniec, z ręczną pompą w jednym kącie, a drzewem granatu w drugim. Za głęboką werandą ze żłobionymi filarami - dwa pokoje. Dach nad jednym z nich zapadł się, ściany skruszały, zmieniając się w kupę gruzu, w której zadomowiła się kocia rodzina. Pokój, który nie uległ zniszczeniu, był duży i znajdował się w zupełnie dobrym stanie. Wzdłuż jego łuszczących się, bladozielonych ścian stały cztery drewniane almiry i dwie kolejne firmy Godrej, na których znajdowały się zdjęcia gwiazd filmowych - takich jak Madhubala, Waheeda Rehman, Nargis, Dilip Kumar (który naprawdę nazywał się Muhammad Yusuf Khan), Guru Dutt i chłopak z sąsiedztwa, Johnny Walker (Badruddin Jamaluddin Kazi), komik, który był w stanie rozśmieszyć nawet najbardziej ponurą osobę. W drzwi jednej z szaf wprawiono mętne lustro pełnej wysokości. Inny kąt zajęła podniszczona, stara toaletka. Z wysokiego sufitu zwieszał się odrapany i pokancerowany żyrandol z tylko jedną działającą żarówką i ciemnobrązowy wentylator na długiej lince. Wentylator wykazywał ludzkie cechy: był kapryśny, nastrojowy i nieprzewidywalny. Także i on miał imię: Usza. Usza nie był już młody i dlatego potrzebował pieszczotliwych zachęt, należało go więc poszturchiwać długą szczotką, a wtedy podejmował pracę, obracając się niczym bardzo wolna tancerka na rurze.
Ustad Kulsum Bi spała na jedynym łóżku w haweli, a jej papug, Birbal, wisiał nad nią w klatce. Birbal darłby się, jakby go mordowano, gdyby w nocy Kulsum Bi nie znalazła się w jego pobliżu.
W godzinach pracy Birbala potrafił on ciskać zabójcze inwektywy, które zawsze były poprzedzane przez na wpół kpiące, a na wpół flirtujące zawołanie: Aj Haj! - którego nauczył się od współmieszkanek Ustad.
Wyzwisko najchętniej stosowane przez Birbala było też najczęściej słyszanym w Chłabgah: Sali Randi Hidźra (Ta pieprzona dziwka-eunuch). Birbal znał wszystkie odmiany. Mógł wyzwisko wymruczeć, powiedzieć kokieteryjnie, żartobliwie, namiętnie, a także z autentycznym wściekłym gniewem.
Wszyscy inni spali na werandzie, a ich posłania były na dzień zwijane niczym wielkie wałki. Zimą, kiedy na dziedziniec wpełzały zimno i mgła, wszyscy tłoczyli się w pokoju Kulsum Bi. Do toalety można się było dostać tylko poprzez zawalony pokój. Wszyscy ustawiali się w kolejce do mycia pod pompą. Absurdalnie strome, wąskie schody prowadziły do kuchni na pierwszym piętrze. Kuchenne okno wychodziło na kopułę kościoła Świętej Trójcy.
Mary była jedyną chrześcijanką pośród mieszkańców Chłabgah. Nie chodziła do kościoła, ale za to nosiła na szyi mały krucyfiks. Gudija i Bulbul były hinduistkami i od czasu do czasu odwiedzały świątynie, które chciały je przyjąć. Reszta była wyznania muzułmańskiego. Odwiedzali Dźama Masdźid i te dargi, które pozwalały im wejść do wewnętrznych pokojów (gdyż w przeciwieństwie do biologicznych kobiet, hidźry nie były uważane za nieczyste, nie miały bowiem menstruacji). Tymczasem najbardziej męska ze wszystkich osób w Chłabgah miała menstruację. Bismillah spała na górze, na kuchennym tarasie. Była niską, żylastą ciemnoskórą kobietą z głosem jak klakson autobusowy. Przed kilkoma laty przeszła na islam i przeniosła się do Chłabgah, po tym jak jej mąż, kierowca autobusu w Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym w Delhi, wyrzucił ją z domu za to, że nie dawała mu dziecka. Oczywiście nigdy nie przyszło mu do głowy, że to on mógł być odpowiedzialny za ich bezdzietność. Bismillah (uprzednio Bimla) zajmowała się kuchnią i strzegła Chłabgah przed niepożądanymi gośćmi z gwałtownością i bezwzględnością zawodowego gangstera z Chicago. Jeśli ona nie udzieliła zezwolenia, młodym mężczyznom wstęp do domostwa był stanowczo zakazany. Nawet regularni goście, jak przyszły klient Andźum - mężczyzna, który znał angielski - musieli trzymać się reguł i ustalać pory swych odwiedzin. Bismillah towarzyszyła na tarasie Razii, która straciła nie tylko umysł, lecz także pamięć i nie wiedziała już, kim jest ani skąd przybyła. Razia nie była hidźrą, była mężczyzną, który lubił się ubierać w kobiece stroje. Tak czy owak, chciała, by uważano ją nie za kobietę, tylko za mężczyznę, który chce być kobietą. Już dawno temu przestała ludziom (łącznie z hidźrami) wyjaśniać różnice. Razia całymi dniami karmiła gołębie na dachu, a wszystkie rozmowy naprowadzała na tajemny, niewykorzystywany przez rząd plan (nazywała go dao-peć22), który wykryła dla hidźr i ludzi jak ona. Zgodnie z nim wszyscy mieli zamieszkać w kolonii domów, otrzymywać emerytury państwowe, a dzięki temu nie musieliby już dłużej zarabiać na życie, uprawiając, jak ona to określała, badtamizi - złe obyczaje. Innym z tematów, którymi zajmowała się Razia, była państwowa pensja dla ulicznych kotów. Z jakiegoś powodu jej pozbawiony pamięci i kotwic umysł uparcie zajmował się planami państwowymi.
Pierwszą prawdziwą przyjaciółką Aftaba w Chłabgah została Nimmo Gorakhpuri, najmłodsza z nich wszystkich i jedyna, która skończyła szkołę średnią. Nimmo uciekła z domu w Gorakhpurze, gdzie jej ojciec pracował jako drugorzędny urzędnik w głównym urzędzie pocztowym. Chociaż Nimmo zachowywała się tak, jak gdyby była o wiele starsza, naprawdę miała może sześć czy siedem lat więcej od Aftaba. Była niska, krępa, z bujnymi, kędzierzawymi włosami, zdumiewającymi brwiami, przypominającymi parę jataganów, i niezwykle gęstymi rzęsami. Mogłaby wydawać się piękna, gdyby nie szybko rosnące włosy na twarzy, które skórze na policzkach pod makijażem nadawały niebieski odcień - nawet wtedy, kiedy się ogoliła. Nimmo miała obsesję na punkcie zachodniej mody kobiecej i była niesłychanie zaborcza, jeśli chodzi o swoją kolekcję magazynów mody, które nabywała na niedzielnym bazarze używanych książek na chodnikach Darijagandźu, pięć minut spaceru od Chłabgah. Jeden ze sprzedawców, Noszad, który czasopisma dostawał od śmieciarzy obsługujących zagraniczne ambasady na Śantipath, odkładał je na bok, a potem bardzo tanio sprzedawał Nimmo.
- Czy wiesz, dlaczego Bóg stworzył hidźrę? - spytała Aftaba pewnego popołudnia, kiedy przeglądała numer "Vogue" z 1967 roku. Egzemplarz miał pozaginane rogi, a ona z zachwytem wpatrywała się w jasnowłose damy z odsłoniętymi nogami, które ją tak ogromnie zachwycały.
- Nie, dlaczego?
- To eksperyment. Postanowił stworzyć coś, żywą istotę, która nie może doznawać szczęścia. I dlatego zrobił nas.
Słowa te uderzyły w Aftaba z siłą fizycznego ciosu.
- Jak możesz tak mówić? Przecież wy wszystkie tu czujecie się szczęśliwe! To jest przecież Chłabgah! - powiedział, a panika w nim rosła.
- Kto tutaj czuje się szczęśliwy? Wszystko to jest jedno wielkie fałszerstwo i zmyślenie - powiedziała lakonicznie Nimmo, nie odrywając nawet oczu od czasopisma. - Nikt tu nie czuje się szczęśliwy. To niemożliwe. Are jar23, pomyśl tylko o tym, z powodu czego wy, normalni ludzie, jesteście nieszczęśliwi. Nie chodzi mi o ciebie, ale o dorosłych takich jak ty; czemu bywają nieszczęśliwi? Wzrastają ceny, trudno zapewnić dzieciom szkołę, mężowie biją, żony oszukują, hinduiści walczą z muzułmanami, Indie wojują z Pakistanem: to wszystko zewnętrzne rzeczy, które się ostatecznie jakoś wyjaśniają. Ale dla nas wzrost cen, kłopoty ze szkołą, mężowskie lania i oszustwa żon są wszystkie wewnątrz nas. Walki są w nas samych. Wojna jest w nas samych. Ind-o-Pak24 jest w nas samych. To się nigdy nie rozwiąże. Po prostu nie może.
Aftab rozpaczliwie chciał się jej sprzeciwić, powiedzieć, że całkowicie się myli, ponieważ on jest szczęśliwy, szczęśliwszy niż był kiedykolwiek dotąd. Jest przecież szczęśliwym dowodem na to, że Nimmo Gorakhpuri nie ma racji. Czyż nie? Nic jednak nie powiedział, gdyż wymagałoby to ujawnienia, że nie należy do "normalnych ludzi" - a na to nie był jeszcze przygotowany.
Aftab w pełni zrozumiał, co Nimmo miała na myśli, kiedy skończył czternaście lat. Był to czas, gdy ona uciekła z Chłabgah z kierowcą autobusu (który wkrótce ją porzucił i wrócił do swojej rodziny). Jego ciało znienacka wypowiedziało mu wojnę. Zaczęło rosnąć i nabierać mięśni. Także włosów. W panice starał się usuwać włosy z twarzy i ciała przy użyciu kremu Burnol - specyfiku wypalającego, który pozostawiał ciemne plamy na skórze. Potem spróbował Anne French - kremu usuwającego włosy, który podkradł swoim siostrom (szybko zostało to jednak wykryte, ponieważ śmierdziało od niego jak z otwartego ścieku). Własnoręcznie zrobioną pęsetą, która zresztą bardziej przypominała kleszcze, wyrywał włoski z krzaczastych brwi, aby wyglądały jak cieniutkie, asymetryczne półksiężyce. Pokaźne jabłko Adama jeździło mu po szyi w dół i w górę. Pragnął wyrwać je sobie z gardła. A potem przyszła najgorsza ze wszystkich zdrad, coś, na co nie mógł nic poradzić. Zmienił mu się głos. Głęboki, mocny głos mężczyzny zastąpił jego dawny słodki, wysoki głosik. W żaden sposób nie mógł się z tym pogodzić, ogarniał go lęk, ilekroć otwierał usta, by przemówić. Zrobił się bardzo spokojny, mówił dopiero wtedy, kiedy już wyczerpał wszystkie inne możliwości. Przestał śpiewać. Kiedy słyszał muzykę, każdy, kto zwrócił na niego uwagę, mógł posłyszeć wysoki, ledwie uchwytny, podobny do owadziego głosu pomruk, który jakby wydobywał się przez malutką dziurkę w szczycie jego czaszki. Żadne perswazje, nawet te od samego Ustada Hamida, nie mogły zmusić Aftaba do śpiewania. Nigdy już więcej tego nie robił, z wyjątkiem szyderczych karykatur hinduskich piosenek filmowych podczas rubasznych spotkań hidźr albo wówczas, gdy wykorzystując swą sytuację, wychodzili między zwykłych ludzi na normalne uroczystości - śluby, narodziny, parapetówki - i tańczyli, śpiewali swoimi dzikimi, chrapliwymi głosami, proponując swe błogosławieństwa, ale także grożąc, że wystraszą gości (ukazując swe okaleczone części intymne) i zniszczą całą imprezę przekleństwami oraz popisem niewyobrażalnych obscenów, chyba że dostaną zapłatę.
(To właśnie Razia miała na myśli, kiedy mówiła o badtamizi, a z myślą o czym Nimmo powiedziała: "Jesteśmy szakalami, które żywią się szczęściem innych ludzi, jesteśmy Prześladowcami Szczęścia". Użyła frazy chuśi-chor.)
Kiedy muzyka opuściła Aftaba, nie widział już powodu, aby żyć dalej w tym, co większość zwykłych ludzi uważała za realny świat, a co hidźry nazywały po prostu Dunija - Światem. Pewnej nocy ukradł trochę pieniędzy i nieco lepszych ubrań swoich sióstr, po czym przeniósł się do Chłabgah. Dźahanara Begam, która nigdy nie zasypiała gruszek w popiele, wślizgnęła się do środka, aby odzyskać syna. Nie chciał wychodzić. W końcu zostawiła go, wymógłszy tylko na Ustad Kulsum Bi obietnicę, że przynajmniej w weekendy Aftab będzie zmuszany do noszenia normalnych chłopięcych ubrań i wysyłany do domu. Ustad Kulsum Bi starała się dotrzymać słowa, ale udawało jej się to tylko przez kilka miesięcy.
Tak oto w wieku piętnastu lat, raptem o kilkaset metrów od miejsca, w którym jego rodzina żyła od stuleci, Aftab przez normalne drzwi wkroczył do innego wszechświata. Pierwszego wieczoru swego stałego pobytu w Chłabgah tańczył na dziedzińcu do wtóru ulubionej przez wszystkich piosenki Pyar Kiya To Darna Kya z ukochanego przez wszystkich filmu Mughal-e-Azam. Następnego wieczoru, podczas niewielkiej ceremonii, otrzymał zieloną dupattę25 Chłabgah oraz został wprowadzony do zasad i rytuałów, które formalnie uczyniły go członkiem wspólnoty hidźr. Aftab stał się Andźum, uczennicą Ustad Kulsum Bi, w jednym z siedmiu regionalnych skupisk hidźr w kraju, z których każde miało swojego przywódcę, a nad wszystkimi znajdował się przywódca najwyższy.
Dźahanara Begam już nigdy więcej nie odwiedziła syna w Chłabgah, jednak przez całe lata codziennie wysyłała tam gorące posiłki. Jedynym miejscem, w którym spotykała się z Andźum, była darga Hazrata Sarmada Śahida. Siadały tutaj na chwilę, Andźum - wysoka, niemal dwumetrowa, z głową skromnie przykrytą prążkowaną dupattą - oraz drobniutka Dźahanara Begam, której włosy zaczęły siwieć pod czarną burką. Niekiedy ukradkiem chwytały się za dłonie.
Jeśli chodzi o Mulakata Alego - ten był mniej skłonny zaakceptować sytuację. Złamane serce nigdy nie ozdrowiało. Nadal wprawdzie udzielał wywiadów, nigdy jednak ani prywatnie, ani publicznie nie wspomniał o nieszczęściu, które spotkało dynastię Czyngis-chana. Zdecydował, że zrywa wszystkie więzi ze swym synem. Nigdy nie spotkał się z Andźum ani więcej do niej nie przemówił. Czasem przypadkiem widywali się na ulicy i wymieniali spojrzenia, ale nigdy się nie pozdrawiali. Nigdy.
Przez lata Andźum stała się najsłynniejszą w Delhi hidźrą. Reżyserzy zabijali się o nią, organizacje pozarządowe uważały ją za swój skarb, zagraniczni korespondenci w ramach przysługi zawodowej przekazywali sobie jej numer telefonu. Razem z telefonami do Szpitala Ptasiego, Phoolan Devi, skruszonej "Królowej Bandytów", a także kontaktem do fałszywej Begam Awadhu, która żyjąc w starej ruinie w lesie na Grzbiecie, pośród służących i żyrandoli, nieustannie wysuwała pretensje do swego nieistniejącego królestwa26. W wywiadach zachęcano Andźum do tego, aby opowiadała o prześladowaniach i krzywdach, które, jak przypuszczali rozmówcy, zanim porzuciła dom, musiała znosić od swoich konserwatywnych muzułmańskich rodziców, rodzeństwa oraz sąsiadów. Tutaj niezmiennie oczekiwało ich rozczarowanie, gdyż opowiadała o tym, jak bardzo matka i ojciec ją kochali oraz jak to ona była okrutna wobec nich. "Inni mają naprawdę przerażające historie, takie, o których lubicie pisać", mówiła, "czemu więc z nimi nie porozmawiacie?". Ale oczywiście gazety nie działają w ten sposób. To ona była wyróżniona. To musiała być ona, nawet jeśli opowieść należało odrobinę zmienić, aby dogodzić gustom i oczekiwaniom czytelników.
Zamieszkawszy na stałe w Chłabgah, Andźum mogła nareszcie nosić ubrania, o których marzyła: zwiewne jak nić pajęcza kurta z cekinami, plisowane śalwary z Patial, śarary, gharary27, srebrne łańcuszki na kostkach, szklane bransolety i zwisające kolczyki. Kazała sobie przekłuć nos i nosiła w nim wyrafinowaną, zdobioną szlachetnymi kamieniami szpilkę, podkreślała oczy węglem i cieniowała powieki na granatowo, a także sprawiła sobie ponętne jak u Madhubali usta, z górną wargą w kształcie łuku, które lśniły ciemnoczerwoną szminką. Włosy nie chciały jej rosnąć długie, ale były długie na tyle, aby dały się zaczesać do tyłu i zapleść w warkocz ze sztucznymi włosami. Miała mocną, kunsztownie rzeźbioną twarz oraz, jak ojciec, wyrazisty haczykowaty nos. Nie była piękna w stylu Bombay Silk, niemniej wydawała się bardziej seksowna, bardziej intrygująca i pociągająca - w sposób, który właściwy jest tylko niektórym kobietom. Ten wygląd w połączeniu z jej skłonnością do przesadnej, wyzywającej kobiecości sprawiły, że nawet prawdziwe, biologiczne kobiety w sąsiedztwie - również i te, które nie nosiły burki - robiły wrażenie rozmytych i niepełnych. Nauczyła się mocno kołysać biodrami, gdy szła, a każdą rozmowę okraszała przyjętym u hidźr klaśnięciem dłoni z szeroko rozłożonymi palcami, które było głośne jak wystrzał, a mogło znaczyć wszystko: tak, nie, może, Wa! Behen ka lora (na kutasa twojej siostry) albo Bhonsdi ke (skurwysynu!). Tylko inne hidźry potrafiły rozszyfrować, co konkretnie znaczyło klaśnięcie w danym momencie.
Na osiemnaste urodziny Andźum Kulsum Bi wyprawiła jej przyjęcie w Chłabgah. Zgromadziły się tam hidźry z całego miasta, a także przyjechało kilka spoza niego. Po raz pierwszy w życiu Andźum nosiła sari, czerwone sari "disco", z ćoli28 odsłaniającą całe plecy. Tej nocy śniło się jej, że jest panną młodą podczas swej nocy poślubnej. Obudziła się zniesmaczona tym, że jej erotyczna przyjemność niczym u mężczyzny znalazła wyraz w stroju. Zdarzyło się to nie pierwszy raz, z jakiegoś jednak powodu, być może z racji sari, nigdy jeszcze nie czuła takiego upokorzenia. Usiadła na dziedzińcu i wyła jak wilk, bijąc się po głowie i między nogami oraz krzycząc z zadawanego sobie bólu. Ustad Kulsum Bi, dla której takie sceny nie były niczym nowym, dała jej środek uspokajający i zabrała ją do swojegoo pokoju. Kiedy Andźum się uspokoiła, Ustad Kulsum Bi mówiła do niej tak łagodnie, jak nikt nigdy jeszcze się do niej nie zwracał.
Nie ma powodu, by się czegokolwiek wstydzić, powiedziała Kulsum Bi, ponieważ hidźry są ludźmi wybranymi, ukochanymi przez Wszechmogącego. Słowo hidźra, mówiła, oznacza ciało, w którym mieszka święta dusza. W trakcie następnej godziny Andźum dowiedziała się, że święte dusze stanowią odrębny rodzaj istnień, a świat Chłabgah był co najmniej tak skomplikowany jak świat Duniji, a może nawet bardziej. Hinduistki, Bulbul i Gudija, zanim przybyły do Chłabgah, przeszły w Bombaju ceremonię formalnej (niezwykle bolesnej) kastracji religijnej. Bombay Silk i Hira chciałyby zrobić to samo, były jednak muzułmankami i sądziły, że islam nie pozwala im przeistoczyć płci danej przez Boga, ale jakoś potrafiły dać sobie radę bez tej zmiany. Baby, podobnie jak Razia, był mężczyzną, który chciał mężczyzną pozostać, natomiast być kobietą pod każdym innym względem. Sama Ustad Kulsum Bi, jak powiedziała, nie zgadzała się z tym, jak interpretowały islam Bombay Silk i Hira. I ona, i Nimmo Gorakhpuri, należące do różnych pokoleń, poddały się operacji chirurgicznej. Zna, mówiła, doktora Muchtara, który jako człowiek wiarygodny i dochowujący sekretów nie rozpuszczał plotek o swoich pacjentach w każdej gali czy kući29 Starego Delhi. Powiedziała, iż Andźum powinna zastanowić się i podjąć decyzję, co chce zrobić. Andźum potrzebowała na to całych trzech minut.
Doktor Muchtar wzbudzał większe zaufanie niż doktor Nabi. Powiedział, że może jej usunąć męskie części i postarać się usprawnić jej istniejącą waginę. Zasugerował także pigułki, które mogłyby podwyższyć jej głos i pomóc w rozwinięciu piersi. No, ale chyba z jakąś zniżką, nastawała Kulsum Bi. I doktor Muchtar zgodził się na ulgę. Kulsum Bi zapłaciła za operację i hormony, Andźum zaś przez lata zwróciła jej o wiele więcej.
Operacja była trudna, rekonwalescencja nawet jeszcze bardziej, ale ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Andźum czuła się tak, jakby z jej krwi uniosła się mgła, dzięki czemu mogła nareszcie myśleć jasno.
Okazało się jednak, że wagina doktora Muchtara była szalbierstwem. Działała wprawdzie, ale nie tak, jak obiecywał, i nawet dwie operacje korekcyjne nic nie pomogły. Nie zaproponował jednak zwrotu pieniędzy, ani w całości, ani w części. Wprost przeciwnie, bardzo dobrze urządził sobie życie, sprzedając zrozpaczonym ludziom wątpliwe, niskiej jakości części ciał. Zmarł jako człowiek zamożny, z dwoma domami w Lakszmi Nagar, po jednym dla każdego z synów, jego córka zaś wyszła za bogatego budowlańca w Rampur.
Chociaż Andźum stała się rozchwytywaną kochanką i utalentowaną dawczynią przyjemności, orgazm, który przeżyła, mając na sobie czerwone sari disco, był ostatnim w jej życiu. Chociaż "skłonności", przed którymi doktor Nabi przestrzegał jej ojca, pozostały, pigułki doktora Muchtara rzeczywiście podwyższyły jej głos. Tyle że ograniczyły jego rezonans, nadały mu szorstkość i pewną chrapliwą jakość, która niekiedy rozbrzmiewała tak, jakby dwa głosy, zamiast jednego, kłóciły się ze sobą. Przerażało to innych ludzi, ale ich właścicielka nie była tym tak przestraszona jak przez ów głos, który zyskała od Boga. Ale też nie sprawiał jej przyjemności.
Andźum przez ponad trzydzieści lat mieszkała w Chłabgah, ze swoim pozszywanym z części ciałem i częściowo zrealizowanymi marzeniami.
Miała czterdzieści sześć lat, gdy oznajmiła, że chce opuścić Chłabgah. Mulakat Ali już nie żył. Dźahanara Begam większość czasu spędzała w łóżku, a żyła z Sakibem i jego rodziną w jednej części starego domu na Ćitli Kabar (druga część została wynajęta dziwnemu, nieśmiałemu młodzieńcowi, który żył pośród stosów używanych angielskich książek; piętrzyły się one na podłodze, łóżku i każdej innej poziomej powierzchni, jaka tylko była). Andźum mogła okazjonalnie składać tam wizyty, ale nie zostawać. Chłabgah stał się domem dla nowego pokolenia mieszkanek; ze starych pozostały tylko Ustad Kulsum Bi, Bombay Silk, Razia, Bismillah i Mary.
Andźum nie miała dokąd iść.
-
Być może z tego powodu nikt nie traktował jej poważnie.
Teatralne zapowiedzi odejścia i rychłego samobójstwa były wyćwiczonymi już reakcjami na dzikie ataki zazdrości, nieskończone intrygi i nieustanne zmiany lojalności, które były częścią codziennego życia w Chłabgah. I znowu wszyscy sugerowali lekarzy i pigułki. Pigułki doktora Bhagata leczą wszystko, powtarzano. Każdy z nich korzysta. "Nie jestem Każdy", obruszała się Andźum, dając w ten sposób początek kolejnej fali szeptów (za i przeciw) na temat tego, jakież to zarozumialstwo i za kogo właściwie się ona uważa.
Bo też za kogo się uważała? Uważała się za mało ważną albo wprost przeciwnie, w zależności od tego, jak się spojrzało na sprawę. Miała swoje ambicje, tak. Te, które zatoczyły pełny krąg. Teraz chciała powrócić do Duniji i żyć jak zwykła osoba. Chciała być matką, budzić się w swoim własnym domu, ubierać Zejnab w szkolny mundurek i wysyłać ją do szkoły z książkami i śniadaniówką. Pytanie brzmiało, czy takie ambicje, żywione przez kogoś podobnego do niej, zdawały się rozsądne czy nie.
Zejnab była jedyną miłością Andźum. Znalazła ją przed trzema laty podczas jednego z owych wietrznych popołudni, kiedy czapki modlitewne zlatują z głów wiernych, a wszystkie balony przechylają się u sprzedawców w jedną stronę. Była sama i zawodziła rozpaczliwie na stopniach Dźama Masdźidu, drobna myszka z wielkimi przerażonymi oczyma. Andźum przypuszczała, że ma około trzech lat. Miała na sobie burozielony śalwar kamiz i brudny biały hidżab. Kiedy Andźum nachyliła się nad nią i podała palec, dziewczynka spojrzała na nią szybko, chwyciła go, ale nadal głośno płakała. Myszka w hidżabie nie miała pojęcia, jaką burzę uczuć może ten odruchowy gest ufności wyzwolić we właścicielce palca. Fakt, że mała dziewczynka zignorowała ją, ale nie przeraziła się, stłumił (przynajmniej na moment) to, co Nimmo Gorakhpuri tak celnie dawno temu nazwała: Ind-o-Pak. Głosy wadzące się ze sobą w Andźum zamilkły. Jej ciało poczuło się jak hojny gospodarz, nie zaś pole walki. Było to bardziej jak umieranie czy jak rodzenie się? Andźum nie potrafiła rozstrzygnąć. W jej wyobraźni była w tym pełnia; poczucie całości, jedności w dwojgu. Nachyliła się, wzięła Myszkę w ramiona i mruczała coś do niej swoimi dwoma skłóconymi głosami. Ale nawet to nie wystraszyło dziewczynki ani nie skłoniło do tego, by przestała zawodzić. Przez jakiś czas Andźum stała w miejscu, uśmiechnięta radośnie, podczas gdy stworzonko w jej ramionach płakało. Później odstawiła dziewczynkę na chodnik, kupiła jej jasnoróżową watę na patyku i starała się odwrócić jej uwagę, nonszalancko nudząc o jakichś dorosłych sprawach - w nadziei, że zyska czas, w którym nadejdzie w poszukiwaniu dziecka ten, do kogo ono należało. Rozmowa okazała się jednostronna, ponieważ Myszka sprawiała wrażenie, jak gdyby niewiele o sobie samej wiedziała, nie wiedziała nawet, jak się nazywa, a poza tym nie paliła się do rozmowy. Kiedy wreszcie skończyła łakoć (albo też on skończył z nią), miała jasnoróżową brodę i lepkie palce. Łkanie przeszło w pochlipywanie, a ostatecznie - w milczenie. Andźum trwała z nią na stopniach całymi godzinami, czekając, aż ktoś po nią przyjdzie, i wypytując przechodniów, czy nie zauważyli kogoś szukającego dziecka. Kiedy nadszedł wieczór i zamknięto wielkie drewniane drzwi Dźama Masdźidu, Andźum posadziła sobie Myszkę na ramionach i zaniosła do Chłabgah. Tutaj została surowo skarcona i powiedziano jej, że w tej sytuacji jedynym rozsądnym rozwiązaniem będzie powiadomienie opiekuna świątyni, że znaleziono zagubione dziecko. Andźum zrobiła to następnego ranka. (Z ociąganiem, trzeba podkreślić, wolno stawiając krok za krokiem, pełna bezsensownej nadziei - gdyż teraz Andźum była już beznadziejnie zakochana).
Przez następny tydzień w wielu meczetach kilka razy dziennie powtarzano obwieszczenie. Nie pojawił się nikt, kto poszukiwałby Myszki. Tygodnie mijały, a nic pod tym względem się nie zmieniało. I z powodu tego niestawiennictwa Zejnab (takie imię Andźum wybrała dla dziewczynki) pozostała w Chłabgah, gdzie pławiła się w miłości liczniejszych matek (i, by tak rzec, ojców), niż jakiekolwiek dziecko mogłoby sobie wymarzyć. Nie trwało to długo, aby przywykła do nowego życia - co sugerowało, że nie była nazbyt przywiązana do poprzedniego. Andźum zaczęła wierzyć, że Zejnab wcale się nie zgubiła, tylko została porzucona.
Po kilku tygodniach mała zaczęła mówić do Andźum "mamo" (ponieważ tak właśnie sama Andźum zaczęła siebie nazywać). Inne mieszkanki Chłabgah były wszystkie nazywane (za podszeptem Andźum) apa ("ciocia" w urdu), tylko Mary, ponieważ była chrześcijanką, została "Mary Auntie". Ustad Kulsum Bi i Bismillah stały się "Bari Nani" i "Ćhoti Nani" - Starsza i Młodsza Babcia. Myszka chłonęła miłość tak, jak piasek chłonie morze. Bardzo szybko stała się bezczelną młodą damą o chuligańskich manierach, przypominających bandikota (gryzonia, który ledwo dał się utrzymać w ryzach).
Mama natomiast z każdym dniem traciła jasność myśli - kompletnie zaskoczona tym, że jest w ogóle możliwe, aby jedna istota ludzka tak bardzo i tak całkowicie kochała inną. Zrazu, ponieważ było to dla niej nowe doświadczenie, potrafiła dać wyraz swoim uczuciom tylko w porywczy, natarczywy sposób, jak dziecko w stosunku do swego pierwszego zwierzęcego ulubieńca. Kupowała Zejnab nazbyt wiele zabawek i ubrań (pełne falbanek sukienki z bufiastymi rękawami czy produkowane w Chinach piszczące buty, których obcasy skrzyły się światełkami), kąpała ją, ubierała, rozbierała zbyteczną liczbę razy, czesała jej włosy, rozczesywała, wiązała, rozwiązywała, przy użyciu pasujących i niepasujących wstążek, których całe mnóstwo było zwinięte w starym blaszanym pudełku. Przekarmiała ją, zabierała na spacery po okolicy, a spostrzegłszy, że Zejnab żywi naturalną sympatię do zwierząt, sprawiła jej najpierw królika - który został zabity przez kota już pierwszej nocy w Chłabgah - a potem kozła z brodą á la Maulana. Kozioł mieszkał sobie na dziedzińcu i co chwila z obojętną miną rozrzucał swe lśniące kozie bobki na wszystkie strony.
Chłabgah był teraz w najlepszym stanie od lat. Zapadnięty dach naprawiono, a na jego szczycie na pierwszym piętrze, dzielonym teraz przez Andźum i Mary, zbudowano nowy pokój. Andźum spała z Zejnab na materacu na podłodze, a jej długie ciało opiekuńczo okalało małą dziewczynkę niczym mury miasta. Wieczorem śpiewała jej cicho w sposób, który bardziej przypominał szeptanie piosenek. Andźum zaczęła opowiadać Zejnab historie na dobranoc, kiedy mała podrosła na tyle, aby je rozumieć. Na początku były całkowicie nieodpowiednie dla małego dziecka. Stanowiły nieco niezręczne próby Andźum, aby powetować sobie utracony czas, przenieść się w pamięć i świadomość Zejnab, aby bez żadnego pośrednictwa ujawnić jej, że mogą całkowicie należeć do siebie nawzajem. W efekcie traktowała Zejnab jako rodzaj przystani, w której wyładowywała swe ładunki: radości i tragedie, punkty zwrotne w jej życiu, mające katartyczne znaczenie. Historie te bynajmniej nie usypiały Zejnab, wiele z nich wręcz powodowało nocne zmory, po innych zaś całymi godzinami nie mogła zasnąć, wystraszona i dygocząca. Niekiedy sama Andźum płakała, gdy je opowiadała. Zejnab zaczęła się bać pożegnań na dobranoc i mocno zaciskać powieki, aby nie musieć wysłuchiwać następnej opowieści. Potem jednak Andźum (mając do pomocy niektóre młodsze apa) zmieniła politykę, by jej opowieści stały się odpowiednie dla dzieci - po jakimś więc czasie Zejnab zaczęła nawet wyczekiwać owego wieczornego rytuału.
Najbardziej lubiła opowieść o wiadukcie - jak to kiedyś Andźum wraz z przyjaciółkami późną nocą wracała na piechotę z Defence Colony w południowym Delhi aż do Bramy Turkmeńskiej. Było ich pięć czy sześć, wszystkie odstawione, wyglądały urzekająco po wieczornej zabawie w domu bogatego kupca w sekcji D dzielnicy. Po uciechach postanowiły się przejść i zaczerpnąć świeżego powietrza. "W tych czasach było w tym mieście jeszcze coś takiego jak świeże powietrze", Andźum zapewniła Zejnab. Były w połowie drogi przez wiadukt przy Defence Colony - jedyny wówczas w całym mieście - kiedy zaczęło padać. No, a co można zrobić, gdy jesteś na wiadukcie i łapie cię deszcz?
- Mogły tylko iść przed siebie - rozsądnym, dorosłym tonem oznajmiła Zejnab.
- Masz całkowitą rację. Tak więc szłyśmy sobie - mówiła Andźum. - I wtedy co się stało?
- Wtedy zachciało ci się siusiu!
- Wtedy zachciało mi się siusiu.
- Ale nie mogłaś się zatrzymać.
- Nie mogłam się zatrzymać.
- Musiałaś iść przed siebie.
- Musiałam iść przed siebie.
- Zatem zasiusiałyście swoje ghagry! - wołała Zejnab, ponieważ była w wieku, kiedy wszystko, co wiązało się ze sraniem, sikaniem i pierdzeniem, stanowiło najlepszą, a może i jedyną puentę wszystkich opowieści.
- Całkowita prawda, a było to najpiękniejsze uczucie na świecie - ciągnęła Andźum - być zmoczonym przez deszcz na tym wielkim, pustym wiadukcie, kiedy się szło pod wielką reklamą mokrej kobiety, która wycierała się ręcznikiem firmy Bombay Dyeing.
- A ten ręcznik był wielki jak dywan.
- Wielki jak dywan, otóż to.
- I wtedy spytałaś tę kobietę, czy możesz pożyczyć jej ręcznik, żeby się wytrzeć.
- A co ona odpowiedziała?
- Odpowiedziała: "Nahi! Nahi! Nahi!"30.
- Odpowiedziała: "Nahi! Nahi! Nahi!", zatem przemoczone szłyśmy dalej z garam-garam (ciepłym) moczem, cieknącym nam po thanda-thanda (zimnych) nogach.
Niezmiennie w tym momencie Zejnab zasypiała, uśmiechając się. Najmniejsza wzmianka o niepowodzeniu czy nieszczęściu musiała być z opowieści Andźum usunięta. Zejnab uwielbiała to, kiedy Andźum zmieniała się w młodą seksi syrenę, która prowadziła błyskotliwe życie pośród muzyki i tańca, odziana w odjazdowe ubrania, z lakierowanymi paznokciami i kręgiem admiratorów.
W taki oto sposób, aby zadowolić Zejnab, Andźum zaczęła na nowo pisać dla siebie prostsze i szczęśliwsze życie. A to pisanie na nowo także samą Andźum uczyniło prostszą, szczęśliwszą osobą.
Na przykład z opowieści o wiadukcie został usunięty fakt, że zdarzyło się to w roku 1976, u szczytu ogłoszonego przez Indirę Gandhi stanu wyjątkowego, który trwał dwadzieścia jeden miesięcy. Jej zepsuty, wykazujący przestępcze skłonności syn Sanjay Gandhi przewodniczył tylko Kongresowi Młodych (młodzieżowemu skrzydłu rządzącej partii), ale właściwie prowadził cały kraj, traktując go tak, jakby był jego osobistą zabawką. Prawa obywatelskie zostały zawieszone, prasę cenzurowano, a w ramach kontroli nad liczbą ludności tysiące mężczyzn (głównie muzułmanów) zostało zamkniętych w obozach i przymusowo wysterylizowanych. Nowe prawo (Ustawa o utrzymaniu porządku wewnętrznego) pozwalało rządowi na aresztowanie każdej osoby z byle powodu. Więzienia były pełne, a społeczeństwo zostało wydane na pastwę koterii akolitów Sanjaya Gandhiego, którzy spełniali każdą jego zachciankę.
Owej nocy, gdy rozgrywała się historia wiaduktu, policja napadła na zebranych gości weselnych - po tym jak Andźum i jej towarzyszki opuściły wesele, zostało ono rozbite przez policję. Gospodarza i troje jego gości aresztowano i wywieziono policyjnymi samochodami. Nikt nie wiedział dlaczego. Arif, kierowca ciężarówki, który przywiózł Andźum i spółkę na miejsce imprezy, usiłował zapakować grupę gości do swojego samochodu i uciec. Za tę bezczelność połamano mu kostki lewej ręki i zmiażdżono prawe kolano. Pasażerów wyciągnięto z matadora, kopiąc ich w pośladki tak, jakby byli klownami w cyrku, a następnie pouczono, że mają "spieprzać", czyli uciekać do domów, jeśli nie chcą być aresztowani za prostytucję i nieprzyzwoitość. W ślepym przerażeniu uciekli niczym ghule w ciemności i siekącym deszczu, przy czym ich makijaż spływał szybciej, niż mogły przebierać nogi, a zmoczone przezroczyste stroje ograniczały kroki i zmniejszały prędkość. To prawda, chodziło w tym przypadku tylko o rutynowe upokorzenie hidźr i nie było to niczym nadzwyczajnym, a właściwie niczym w ogóle w zestawieniu z cierpieniami, na które zostali narażeni inni podczas tych straszliwych miesięcy.
Było to niczym - a przecież też było czymś.
Opowieść o wiadukcie, chociaż zmodyfikowana przez Andźum, zachowała jednak pewne elementy prawdy. Na przykład: tej nocy naprawdę padało. Andźum rzeczywiście siusiała, biegnąc po wiadukcie Defence Colony, na którym faktycznie były plakaty reklamujące Bombay Dyeing, a kobieta na reklamie rzeczywiście po prostu ani myślała dzielić się swym ręcznikiem.
-
Na rok przed tym, zanim Zejnab stała się na tyle duża, aby iść do szkoły, mama zaczęła się przygotowywać do tego wydarzenia. Odwiedziła swój stary dom i otrzymawszy pozwolenie swojego brata Sakiba, przeniosła kolekcję książek Mulakata Alego do Chłabgah. Często widywano ją, jak siedziała ze skrzyżowanymi nogami przed otwartą książką (którą nie był Święty Koran) i poruszała ustami, podczas gdy palec biegł wzdłuż wiersza na stronie, albo z zamkniętymi oczami kiwała się do przodu i do tyłu, myśląc o tym, co właśnie przeczytała, albo też może przeczesując zakamarki swojej pamięci w poszukiwaniu czegoś, co kiedyś wiedziała.
Kiedy Zejnab skończyła pięć lat, Andźum zaprowadziła ją do Ustada Hamida, aby rozpoczęła lekcje śpiewu. Od samego początku było oczywiste, że muzyka nie jest jej powołaniem. Brnęła nieszczęśliwa przez lekcje, tak nieomylnie trafiając w fałszywe nuty, że był to niemal talent sam w sobie. Cierpliwy, łagodny Ustad Hamid kręcił głową, jakby niepokoiła go jakaś mucha, napełniał usta letnią herbatą i przyciskał klawisze fisharmonii, co znaczyło, że chciał, aby jego uczennica spróbowała jeszcze raz. W tych rzadkich momentach, gdy Zejnab udało się trafić w pobliże właściwej nuty, kiwał głową uszczęśliwiony i powtarzał: "Mój chłopak!", którą to frazę przejął z wyświetlanej na Cartoon Network serii Tom i Jerry, którą uwielbiał i oglądał ze swymi wnukami (uczącymi się w angielskiej szkole średniej). Była to najwyższa forma pochwały, jaką wypowiadał, niezależnie od płci ucznia. W przypadku Zejnab aprobata nie wynikała z tego, że sobie na nią zasłużyła, lecz ze względu na wspomnienie, jak pięknie, będąc Aftabem, Andźum śpiewała (czy też śpiewał). Andźum nie opuściła żadnej lekcji. Na nowo pojawiał się jej wysoki głos, borujący dziurę w głowie jak owad - tym razem w sytuacjach, gdy dyskretnie starała się zdyscyplinować niepokorny głos Zejnab. Nie miało to sensu. Myszka nie potrafiła śpiewać.
Okazało się natomiast, że prawdziwą pasją Zejnab były zwierzęta. Budziła zgrozę na ulicach starego miasta. Chciała uwolnić wszystkie na pół wyłysiałe, na pół zdechłe białe kurczęta, wciśnięte do brudnych klatek, które jedna na drugiej stały przed sklepem rzeźnika. Pragnęła nawiązywać rozmowę z każdym kotem, który przemknął przez jej drogę, i zabierać do domu każdy miot bezdomnych szczeniąt, które znajdowała pławiące się w ściekach we krwi i odpadkach. Ani myślała słuchać, kiedy jej mówiono, że dla muzułmanów psy są nieczyste - nadźis - i nie wolno ich dotykać. Nie cofała się przed wielkimi, lśniącymi szczurami, które mknęły przemierzaną przez nią codziennie ulicą; nie mogła przywyknąć do widoku wiązek żółtych kurzych pazurów, odciętych kozich kopyt, piramid kozich głów z ich wytrzeszczonymi, niewidomymi, niebieskimi ślepiami ani do perliście białych kozich móżdżków, które drżały jak galaretka w wielkich stalowych rondlach.
Oprócz kozła, który dzięki Zejnab przetrwał niezarżnięty rekordowe trzy razy święto Bakr-Id, Andźum sprawiła jej też pięknego koguta, który na powitalne uściski swojej nowej pani odpowiadał złośliwym dziobnięciem. Zejnab głośno płakała - choć bardziej z powodu złamanego serca niż rzeczywistego bólu. Dziób karał ją, ale jej miłość do ptaka pozostawała niezmieniona. Ilekroć dopadała ją Miłość do Koguta, tylekroć chwytała ramionami za nogi Andźum i kilkoma głośnymi pocałunkami obdarzała kolana mamy, z miłosnym spojrzeniem odwracając głowę w górę, a potem ku kogutowi, aby obiekt uczucia oraz obiekt otrzymujący pocałunki dobrze wiedziały, co się dzieje i który kares dla kogo był naprawdę przeznaczony. W jakimś stopniu zawrót głowy Andźum na punkcie Zejnab odzwierciedlał się w zawrocie głowy Zejnab na punkcie zwierząt. Owo umiłowanie żywych istot w żadnym jednak stopniu nie stawało na przeszkodzie jej obżeraniu się mięsem. Przynajmniej dwa razy do roku Andźum zabierała ją do zoo w Purana Kili, Starym Forcie, aby odwiedzić nosorożce, hipopotamy i prawdziwych ulubieńców Zejnab: giboniątka z Borneo.
Kilka miesięcy po tym, jak Zejnab została przyjęta do działającego w Darijagandź przedszkola KGB (Kindergarten - grupa B) przy Wrażliwych Pączkach, Szkole dla Przedszkolanek - jako oficjalni rodzice zostali podani Sakib i jego żona - zdrowy zwykle Bandikot zapadł na cały ciąg chorób. Żadna nie była poważna, wszystkie jednak okazały się długotrwałe i wycieńczyły ją, gdyż każda kolejna osłabiała ją jeszcze bardziej niż poprzednia. Malaria nastąpiła po przeziębieniu, po niej zaś dwa ataki gorączki wirusowej, z których pierwsza była w miarę łagodna, ale druga już niepokojąca. Andźum krzątała się wokół niej w sposób mało przydatny i nie zważając na gniewne przypomnienia, że zadeklarowała się przecież spełniać w Chłabgah pewne (mające głównie administracyjny charakter) obowiązki. Pielęgnowała Bandikota dniem i nocą ze skrywaną, ale rosnącą paranoją. Coraz bardziej była przekonana, że ktoś, kto zazdrościł jej (Andźum) powodzenia, rzucił zły urok na Zejnab. Igła podejrzeń uparcie wskazywała na Saidę, stosunkowo młodą członkinię Chłabgah. Ta, o wiele młodsza od Andźum, zajmowała w sercu Zejnab drugie po niej miejsce. Uczyła się w szkole i znała angielski, a co ważniejsze, sprawnie władała popularnym wówczas językiem: potrafiła używać takich terminów jak cisseksualista, K / M i M / K, a w wywiadach nazywała siebie "transosobą". Andźum natomiast kpiła z tego, co nazywała "biznesem trans-france", i uparcie obstawała za tym, aby określać ją jako hidźrę.
Jak wiele osób z młodszej generacji, Saida łatwo zmieniała śalwar kamiz na zachodnie ubrania: dżinsy, spódniczki, sukienki z zupełnie odkrytymi plecami. Nawet jeśli brak jej było lokalnego kolorytu, a także dawnego czaru kobiecego, to nadrabiała to rozumieniem współczesności, znajomością prawa, a także aktywnością w grupach walczących o prawa gender (brała nawet udział w dwóch konferencjach). Wszystko to lokowało ją w innej lidze niż Andźum. Co gorsza, Saida odebrała także Andźum pierwsze miejsce, jeśli chodzi o popularność w mediach. Zagraniczne czasopisma dawały prymat młodszej generacji przed dawnymi egzotycznościami. Tamte nie pasowały do obrazu Nowych Indii - z ich bronią atomową oraz rosnącą aktywnością na międzynarodowym rynku finansowym. Ustad Kulsum Bi, chytra wilczyca, wyczuwała wiatry zmian i dostrzegała niesione przez nie korzyści dla Chłabgah. Dlatego też Saida, chociaż brakło jej dostojeństwa, ostro współzawodniczyła z Andźum, aby przejąć funkcję Ustad Kulsum Bi w Chłabgah, kiedy ta zdecyduje się zwolnić stanowisko - do czego, podobnie jak królowa Anglii, wcale się nie paliła.
Pozostawała główną decydentką w Chłabgah, ale nie brała aktywnego udziału w codziennych sprawach. Jeśli rankiem dolegał jej artretyzm, to wylegiwała się na ćarpai31 na podwórku, wygrzewając się na słońcu pośród dzbanów z marynatami z limonek i mango oraz gazet, na które wysypywano mąkę pszenną, aby pozbyć się wołków. Kiedy słońce stawało się zbyt gorące, przenoszono ją do wnętrza, gdzie oklepywano jej stopy, a zmarszczki nacierano olejem gorczycowym. Ubierała się teraz jak mężczyzna, w długą żółtą kurtę - żółtą, ponieważ była uczennicą Hazrata Nizamuddina Oliji32 - oraz kratkowany sarong. Rzadkie siwe włosy, które ledwie pokrywały jej głowę, wiązała w malutki kok, upinany na karku. Bywały dni, kiedy jej stara przyjaciółka Hadźi Mian, która na ulicy sprzedawała papierosy i pan33, przywoziła kasetę audio z ich ulubionego filmu Mughal-e-Azam. Obie znały na pamięć każdy utwór i każdą frazę dialogu. Śpiewały więc i mówiły do wtóru głosom z taśmy. Były przekonane, że nikt już nie napisze tekstu urdu lepszego od tego, ani żaden aktor nie przewyższy dykcji i gry Dilipa Kumara. Zdarzało się, że Ustad Kulsum Bi grała cesarza Akbara, a także jego syna, księcia Salima, bohatera filmu, Hadźi Mian zaś stawała się Anarkali (Madhubalą) - niewolnicą, którą książę Salim pokochał. Niekiedy zamieniały się rolami. Ich wspólne występy były w istocie - bardziej niż czymkolwiek innym - wyrazem żalu za utraconą chwałą i umierającym językiem.
Pewnego wieczoru Andźum była w swoim pokoju na górze i przykładała zimny kompres do rozgrzanego czoła Bandikota, kiedy usłyszała zamieszanie na dziedzińcu: podniesione głosy, tupot stóp, okrzyki. W pierwszym odruchu pomyślała, że wybuchł pożar - zdarzało się to bowiem całkiem często. Wielka splątana masa kabli elektrycznych, które zwieszały się nad ulicami, miała przykry zwyczaj spontanicznego zapalania się.
Andźum chwyciła Zejnab i zbiegła po schodach. Wszyscy zebrali się w pokoju Ustad Kulsum Bi przed telewizorem, a na ich twarzach migały światła z ekranu. Samolot pasażerski uderzył w wielki budynek. Część ciągle jeszcze wystawała z budowli, stercząc w powietrzu niczym zepsuta drogocenna zabawka. Po chwili drugi samolot uderzył w drugi budynek i zamienił się w wielką kulę ognia. Gadatliwi zwykle mieszkańcy Chłabgah teraz patrzyli w martwej ciszy, jak wielkie budynki walą się niczym kolumny z piasku. Wszędzie były dym i biały kurz. Nawet ten kurz wyglądał inaczej: czysty i obcy. Maciupeńcy ludzie wyskakiwali z wysokich budynków i spływali w dół niczym płatki popiołu.
To nie film, mówili ludzie z telewizji, to dzieje się naprawdę. W Ameryce. W mieście nazywającym się Nowy Jork.
Najdłuższa cisza w historii Chłabgah została ostatecznie przerwana przez fundamentalne pytanie.
- Czy mówią tam urdu? - spytała Bismillah.
Nikt nie odpowiedział.
Szok, który zapanował w pokoju, wsączył się w Zejnab i z jednego gorączkowego snu przetoczyła się bezpośrednio w drugi. Nie była przyzwyczajona do telewizyjnych powtórzeń, dlatego naliczyła dziesięć samolotów wpadających na dziesięć budynków.
- Razem dziesięć - oznajmiła ponuro w swoim nowym angielskim, przyswojonym we Wrażliwych Pączkach, a potem pulchny, rozgrzany policzek na powrót wtuliła w zakątek na szyi Andźum.
Urok, który został rzucony na Zejnab, ogarnął cały świat. To było potężne sifli dźadu34. Andźum ukradkowym, długim spojrzeniem wpatrywała się w Saidę, aby zobaczyć, czy ta buńczucznie pyszni się swym sukcesem, czy też odgrywa niewinność. Zmyślna suka udawała, że jest tak zaszokowana jak wszyscy inni.
W grudniu Stare Delhi zostało zalane przez rodziny afgańskie uciekające przed wojskowymi samolotami - brzęczącymi na ich niebie niczym moskity, którym pomyliła się pora - oraz bombami, lecącymi z nieba niczym deszcz. Oczywiście wszyscy wielcy politycy (a w starym mieście był nim każdy sklepikarz i każdy maulana) mieli swoje teorie. Jeśli chodzi o resztę, nikt naprawdę nie rozumiał tego, co ci biedni ludzie mieli wspólnego z wysokimi budowlami w Ameryce. Ale jak mieli rozumieć? Kto oprócz Andźum wiedział, że Głównym Planistą tego holokaustu nie byli ani terrorysta Osama bin Laden, ani prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush, tylko siła o wiele potężniejsza i o wiele bardziej podstępna: Saida (z domu Gul Mohammed), obecne miejsce zamieszkania: Chłabgah, Gali Dakotan, Delhi - 110006 Indie.
Aby lepiej rozumieć politykę Duniji, w której Bandikot właśnie wzrastał, a także aby zneutralizować lub przynajmniej uprzedzić sifli dźadu wykształconej Saidy, Mama zaczęła starannie czytać gazety i oglądać wiadomości telewizyjne (ilekroć inni pozwolili jej przełączyć kanał z operą mydlaną).
*
Samoloty, które uderzyły w wielkie budowle w Ameryce, wielu ludziom w Indiach wydały się prawdziwym błogosławieństwem. Premier kraju, będący też poetą, oraz kilku z jego najważniejszych ministrów należeli do starej organizacji, która podziwiała nazistów i uważała, że indyjscy muzułmanie są kimś takim jak Żydzi w Niemczech35. Od dawna wierzono, że skoro Pakistan ogłosił się republiką islamską, Indie powinny ogłosić się republiką hinduistyczną. Teraz, kiedy znienacka wrogość wobec muzułmanów rosła, organizacji zaczęło się wydawać, że ma po swojej stronie cały świat. Poeta-premier wygłosił seplenioną przemowę, bardzo elokwentną, jeśli nie liczyć długich, irytujących przerw, które zdarzały się, gdy tracił wątek, co następowało całkiem często. Był wiekowym mężczyzną, miał jednak młodzieńczy zwyczaj podrzucania głową, gdy przemawiał, podobnie jak gwiazdy filmu bombajskiego z lat sześćdziesiątych. "Muzułmanin, otóż on nie znosi Innych", powiedział poetycko w hindi i umilkł na chwilę długą nawet jak na jego standardy. "A Wiarę swą chce szerzyć poprzez Terror". Kuplet ten wymyślił na miejscu i był niezwykle zadowolony z siebie. Ilekroć mówił "islam" albo "muzułmanin", jego seplenienie wydawało się tak pociągające jak u malutkiego dziecka. W nowym układzie był uważany za człowieka umiarkowanego. Ostrzegał, że to, co stało się w Ameryce, łatwo może zdarzyć się także w Indiach i że czas najwyższy, aby rząd się zabezpieczył, wprowadzając nowe prawo antyterrorystyczne.
Teraz każdego dnia, kiedy Andźum, nowicjuszka, oglądała telewizję - informacje o wybuchach bomb i atakach terrorystycznych szerzyły się niczym malaria. Gazety urdu przynosiły opowieści o młodych muzułmanach zabitych w tym, co policja nazywała zasadzką, albo przyłapanych na gorącym uczynku i aresztowanych, gdy planowali ataki terrorystyczne. Nowo uchwalone prawo pozwalało przetrzymywać podejrzanych bez procesu całymi miesiącami. Nie wiadomo, kiedy wszystkie więzienia zapełniły się młodymi muzułmanami. Andźum dziękowała wszechmocnemu, że Zejnab jest dziewczynką - o ileż to bezpieczniejsze.
Gdy nastała zima, u Bandikota pojawił się głęboki, sięgający płuc kaszel. Andźum podawała jej łyżeczką ciepłe mleko z kurkumą i budziła się w nocy, wsłuchując się w jej astmatyczne świszczenie i czując się zupełnie bezsilna. Odwiedziła dargę Hazrata Nizamuddina Oliję i z jednym z khadimów36, którego dobrze znała jako mniej interesownego, porozmawiała o chorobie Zejnab i zapytała, jak można by zneutralizować sifli dźadu Saidy. Sprawy wymknęły się spod kontroli, wyjaśniła, i kiedy teraz dotyczyły już losu nie tylko jednej dziewczynki, odpowiedzialność spadała na nią, Andźum, jedyną, która wiedziała, na czym polega problem. Gotowa była zrobić wszystko, co tylko będzie trzeba. Gotowa była zapłacić każdą cenę, mówiła, nawet jeśli będzie to oznaczało pójście na szubienicę. Saidę trzeba powstrzymać. Dlatego potrzebowała błogosławieństwa khadima. Zaczęła się zachowywać teatralnie i emocjonalnie, ludzie przypatrywali się, więc khadim musiał ją uspokoić. Spytał, czy od czasu, gdy Zejnab wkroczyła w jej życie, odwiedzała dargę Hazrata Gariba Nawaza w Adźmerze37. Kiedy odpowiedziała, że z tych czy innych przyczyn nie była w stanie tego zrobić, oznajmił, że na tym polega problem, a nie na czyjejś sifli dźadu. Z niejaką surowością mówił o tym, że oto ona wierzy w czary i voodoo, kiedy jest przecież Hazrat Garib Nawaz, aby ją ochronić. Andźum nie była do końca przekonana, zgodziła się jednak co do tego, że nieodwiedzanie grobowca Adźmer Śarif 38 przez trzy lata stanowiło znaczne zaniedbanie z jej strony.
Pod koniec lutego Zejnab wykurowała się na tyle, iż Andźum uznała, że może ją zostawić samą na kilka dni. Zakir Mian, właściciel i zarządzający A-1 Flower, zgodził się pojechać z Andźum. Zakir Mian był przyjacielem Mulakata Alego i znał Andźum od urodzenia. Miał już ponad siedemdziesiąt lat, był zbyt stary, aby kłopotać się tym, że ktoś go zobaczy podróżującego z hidźrą. Jego sklep, A-1 Flower, stanowił w istocie wysoką do biodra platformę cementową o powierzchni jednego metra kwadratowego, umieszczoną pod balkonem starego domu Andźum - tam gdzie Ćitli Kabar otwierała się na Matia Mahal Ćauk. Zakir Mian wynajmował ją od Mulakata Alego, a teraz od Sakiba - i prowadził A-1 Flower już od ponad pięćdziesięciu lat. Przez cały dzień wysiadywał na kawałku juty, splatając wieńce z czerwonych róż, a także składając nowiuteńkie banknoty w malutkie wachlarzyki lub niewielkie ptaszki, aby nowożeńcy nosili je w dniu ślubu. Główną jego troską było dbanie o to, aby w jego niewielkim sklepiku róże były zawsze świeże i wilgotne, a banknoty - skrzypiące i suche. Zakir Mian oznajmił, że sam musi jechać do Adźmeru, a potem do Ahmedabadu w Gudźaracie, aby załatwić jakieś sprawy z rodziną żony. Andźum była gotowa jechać z nim do Ahmedabadu, aby nie ryzykować kłopotów i upokorzenia (wynikającego z bycia tyleż widzianą, ile niewidzianą), na które musiałaby się nastawić, wracając na własną rękę z Adźmeru. Z kolei Zakir Mian, dość już niedołężny, cieszył się z faktu, że będzie miał kogoś do pomocy z bagażem. Zasugerował, że kiedy będą w Ahmedabadzie, mogą odwiedzić świątynię Walego Dakhaniego, uwielbianego przez Mulakata Alego siedemnastowiecznego poety urdu, znanego jako piewca miłości, aby postarać się także o jego błogosławieństwo. Układali plany podróży, ze śmiechem recytując jeden z jego kupletów, za którym Mulakat Ali przepadał:
Dźise iśkka tir kari lage
Use zindagi kjun na bhari lage
Kiedy kogoś ugodzi strzała Kupidyna
Bardzo ciężkie i trudne życie się zaczyna.
Kilka dni później wyruszyli pociągiem. Dwa dni spędzili w Adźmer Śarif. Andźum przepchała się przez tłum wyznawców i za tysiąc rupii kupiła zielono-złoty ćadar39, aby ofiarować go Hazratowi Garibowi Nawazowi. W te dni dzwoniła do Chłabgah z publicznych telefonów. Trzeciego dnia, niepokojąc się o Zejnab, znowu zadzwoniła, z peronu dworca w Adźmerze, już za chwilę mając wsiadać do jadącego do Ahmedabadu ekspresu Gharib Nawaz. Od tej chwili nie było żadnych wiadomości ani od niej, ani od Zakira Miana. Jego syn dzwonił do rodziny matki w Ahmedabadzie, ale telefon nie odpowiadał.
-
Nie było wiadomości od Andźum, ale z Gudźaratu nadchodziły straszliwe nowiny. "Bezbożnicy", jak to określiły gazety, podpalili wagon kolejowy i sześćdziesięciu hinduskich pielgrzymów spłonęło żywcem. Wracali do domu z podróży do Ajodhji, dokąd zawieźli specjalne cegły, aby położyć je w fundamentach wielkiej świątyni, którą zamierzali wznieść w miejscu, w którym ongiś stał meczet. Meczet ów, Babri Masdźid, został zburzony dziesięć lat wcześniej przez rozwrzeszczany tłum. Minister spraw wewnętrznych (który był wówczas w opozycji i prowadził rozwrzeszczany tłum) oznajmił, że podpalenie pociągu w sposób oczywisty wyglądało na dzieło pakistańskich terrorystów. Na mocy nowego prawa antyterrorystycznego policjanci aresztowali wokół stacji setki muzułmanów - którzy według nich należeli do sojuszników Pakistanu - i wpakowali ich do więzienia. Był to czas, kiedy premier Gudźaratu, lojalny członek organizacji (podobnie jak minister spraw wewnętrznych i premier), ubiegał się o ponowny wybór. W telewizji ukazał się w szafranowej kurcie i z cynobrową krechą na czole; z zimnymi, martwymi oczyma rozkazał, by spalone ciała pielgrzymów hinduskich przewieziono do Ahmedabadu, stolicy stanu, gdzie będzie można publicznie oddać im powszechny hołd. "Nieoficjalny rzecznik władz", prężąc pierś, oznajmił nieoficjalnie, że każde działanie spotka się z co najmniej równym przeciwdziałaniem. Nie powołał się przy tym, rzecz jasna, na Newtona, ponieważ zgodnie z oficjalnym stanowiskiem wszelka nauka narodziła się w starodawnych Indiach.
Reakcja, jeśli w ogóle ją tak nazywać, nie była jednak ani równa, ani dokładnie przeciwstawna. Zabijanie trwało całymi tygodniami i nie ograniczyło się tylko do miast. Tłum z szafranowymi opaskami na głowach zbrojny był w noże i widły. Dysponował listami katastralnymi muzułmańskich domów, przedsiębiorstw i sklepów. Dysponował też ogromną liczbą kanistrów na benzynę, co może tłumaczyć, dlaczego przez ostatnie tygodnie brakowało paliwa na stacjach. Kiedy rannych przewożono do szpitali, tłum wdzierał się do środka. Policja nie rejestrowała morderstw, argumentując - całkiem rozsądnie - że musieliby widzieć zwłoki. Rzecz polegała na tym, że policjanci często stanowili część tłumów, a kiedy te skończyły swoje dzieło, zwłoki nie przypominały już zwłok.
Nikt nie przeciwstawiał się Saidzie (która kochała Andźum i była całkowicie nieświadoma podejrzeń tamtej), kiedy ta domagała się, aby telewizory przełączać z seriali na wiadomości i te nieustannie obserwować - w nadziei, że choć przypadkiem trafi się na sugestię na temat tego, co mogło stać się z Andźum i Zakirem Mianem. Kiedy z obozów dla uchodźców, w których żyły teraz dziesiątki tysięcy muzułmanów z Gudźaratu, reporterzy telewizyjni przekazywali najnowsze wiadomości do kamer, w Chłabgah wyłączano dźwięk i wszyscy przepatrywali tłum, wierząc, że czy to w kolejce ustawionej po jedzenie lub koce, czy też w jakimś namiocie uda się zobaczyć chociaż na chwilę Andźum bądź Zakira Miana. Mimochodem przyjęto do wiadomości, że świątynia Walego Dakhaniego została zrównana z ziemią, a na jej miejscu wylano asfaltową drogę, aby nie pozostawić żadnego śladu po tym, iż kiedykolwiek istniała. (Ani policja, ani tłum, ani premier stanu nie mogli powstrzymać ludzi, którzy składali kwiaty pośrodku nowej ulicy, biegnącej przez teren dawnej świątyni. Kiedy przemykające samochody rozjeżdżały kwiaty na miazgę, pojawiały się nowe. I cóż począć ze związkiem między poezją a miazgą kwiatową?) Saida wydzwaniała do wszystkich znanych sobie dziennikarzy i pracowników organizacji pozarządowych, błagając o jakąkolwiek informację i pomoc. Nic nie uzyskała od nikogo. Mijały całe tygodnie bez żadnej wiadomości. Zejnab podniosła się ze swojej choroby i poszła z powrotem do szkoły. Wracała z niej jednak zapłakana, a potem na krok nie odstępowała Saidy.
-
Dwa miesiące później, kiedy morderstwa stawały się rzadsze i można było powiedzieć, że ich fala opada, najstarszy syn Zakira Miana, Mansur, wyruszył po raz trzeci do Ahmedabadu, szukając ojca. Na wszelki wypadek zgolił głowę, a na przegubie nosił czerwone nitki pudźa, mając nadzieję, iż zostanie uznany za hindusa. Nie odnalazł ojca, aczkolwiek dowiedział się, co się z nim stało. Poszukiwania doprowadziły go do małego obozu dla uchodźców wewnątrz meczetu na obrzeżach Ahmedabadu, gdzie w części męskiej znalazł Andźum i zabrał ją z powrotem do Chłabgah.
Obcięto jej włosy, a to, co z nich zostało, trzymało się głowy jak hełm z nausznikami. Niczym zwykły urzędnik ubrana była w parę ciemnobrązowych męskich spodni frotté, a także koszulę safari w kratę z krótkimi rękawami. Straciła też sporo na wadze.
Chociaż Zejnab z początku trochę przestraszyła się nowego, męskiego wyglądu Andźum, jednak szybko pokonała trwogę i z okrzykiem zachwytu rzuciła się jej w ramiona. Andźum przytuliła ją mocno, ale na łzy, pytania i powitalne uściski innych odpowiedziała chłodno, jak gdyby były to uciążliwości, na które musiała przystać. Reszta mieszkanek Chłabgah była urażona, a także odrobinę wystraszona jej chłodem, jednak nie skąpiły Andźum wyrazów sympatii i troski.
Andźum, jak tylko mogła, poszła do swojego pokoju. Wynurzyła się stamtąd kilka godzin później w swych normalnych szatach, z pomadką na ustach, makijażem, a także z kilkoma pięknymi spinkami we włosach. Szybko stało się oczywiste, że nie chce rozmawiać o tym, co się zdarzyło. Nie odpowiadała też na pytania o Zakira Miana. "Bóg tak chciał", brzmiały jej słowa.
Podczas nieobecności Andźum Zejnab zaczęła sypiać na dole wraz z Saidą. Teraz powróciła do Andźum, ta jednak zauważyła, iż dziewczynka także Saidę zaczęła nazywać mamą.
- Jeśli ona jest mamą, to w takim razie kim ja jestem? - po kilku dniach Andźum spytała Zejnab. - Nikt nie może mieć dwóch mam.
- Ty jesteś bari mama - odrzekła Zejnab. Duża mama.
Ustad Kulsum Bi poleciła, aby dać Andźum spokój i pozwolić jej robić, co chce, jak długo będzie chciała.
Andźum zaś pragnęła, aby zostawić ją samą.
Była zdumiewająco cicha; większość czasu spędzała przy książkach. W ciągu tygodnia nauczyła Zejnab śpiewać coś, czego nikt w Chłabgah nie mógł zrozumieć. Andźum powiedziała, że to sanskrycka pieśń, Gajatri Mantra, której nauczyła się w obozie w Gudźaracie. Ludzie mówili, że dobrze nauczyć się jej na pamięć, aby w przypadku zagrożenia wyrecytować ją i dzięki temu móc uchodzić za hinduskę. Chociaż ani Andźum, ani Zejnab nie miały pojęcia, co znaczą te słowa, Zejnab szybko je sobie przyswoiła i śpiewała teraz co najmniej dwadzieścia razy dziennie - ubierając się do szkoły, pakując książki czy karmiąc kozła:
Om bhur bhuwah swaha
Tat sawitur warenjam
Bhargo dewasja dhimahi
Dhijo jo nah praćodajat
Om, ziemia, przestwór, niebo,
Medytujmy nad prześwietną chwałą
boga Sawitara [Słońca],
niechaj oświeci nasze umysły.
Pewnego razu Andźum wyszła z domu, zabierając ze sobą Zejnab. Kiedy wróciła, Bandikot była zupełnie odmieniona - włosy miała krótko obcięte, ubrana była w chłopięce stroje: dziecięcy garnitur pathani, haftowaną kamizelkę, dźuti ze szpicami wygiętymi w górę niczym gondole.
- Tak jest bezpieczniej - oznajmiła Andźum w charakterze wyjaśnienia. - Gudźarat może przybyć do Delhi w każdej chwili. Nazwiemy go Mahdi.
Łkanie Zejnab można było usłyszeć na całej ulicy. Mogły je słyszeć kurczęta w klatkach i szczeniaki w rynsztokach.
Zwołano posiedzenie nadzwyczajne. Zostało wyznaczone na dwie godziny, w trakcie których regularnie odcinano dopływ prądu, aby nikt się nie skarżył, że stracił jakiś serial w telewizji. Zejnab wysłano, aby spędziła wieczór z wnukami Hasana Miana. Kogut znajdował się w tradycyjnym miejscu drzemki: na półce za telewizorem. Ustad Kulsum Bi zwróciła się do zebranych ze swego łóżka, na którym siedziała, opierając się o zwiniętą razai40. Wszyscy inni usiedli na ziemi, Andźum zaś, ponura, przywarowała w drzwiach. W syczącym niebieskim świetle lampy Petromax twarz Kulsum Bi wyglądała jak wyschnięte koryto rzeki, a rzedniejące białe włosy przypominały wycofujący się lodowiec, z którego kiedyś wypływała rzeka. Na tę okazję włożyła też nowy, niewygodny komplet sztucznych zębów. Mówiła z godnością i z wielkim poczuciem teatralności. Mogło się wydawać, że słowa skierowane są do nowych mieszkanek, które właśnie przyłączyły się do Chłabgah, ale jej ton skierowany był do Andźum.
- Ten dom, to domostwo ma nieprzerwaną historię, tak starą jak to wyburzone miasto - powiedziała. - Łuszczące się ściany, przeciekający dach, ten słoneczny dziedziniec, wszystko to kiedyś było piękne. Te podłogi niegdyś pokrywały dywany, które przywędrowały tu wprost z Isfahanu, a sufity były zdobione lustrami. Kiedy Śahenśah Śahdźahan budował Czerwony Fort i Dźama Masdźid, kiedy wznosił to chronione murami miasto, budował też to haweli. Dla nas. Zawsze pamiętajcie - nie jesteśmy jakimiś hidźrami, skądś tam pochodzącymi. Jesteśmy hidźrami z Śahdźahanabadu. Nasi władcy zaufali nam na tyle, aby oddać nam pod opiekę swoje żony i matki. Odwiedzałyśmy kiedyś swobodnie ich prywatne pomieszczenia, zenany, w Czerwonym Forcie. To wszystko minęło: ci potężni cesarze i ich królowe. Ale my - my ciągle tutaj jesteśmy. Zastanówcie się nad tym i same sobie zadajcie pytanie, dlaczego tak właśnie jest.
Czerwony Fort zawsze odgrywał ważną rolę w opowieściach Ustad Kulsum Bi o historii Chłabgah. W dawnych czasach, gdy była sprawna fizycznie, wycieczka do Fortu, aby obejrzeć widowisko dźwięku i światła, była nieodzowną częścią rytuału wprowadzającego nowo przybyłe. Udawały się na nie grupą, odziane w najlepsze stroje, z kwiatami we włosach, trzymając się za ręce oraz ryzykując życie i zdrowie, gdy przemykały przez Ćandni Ćauk: między taksówkami, autobusami, rykszami i tangami, kierowanymi przez ludzi, którym nawet przy niezwykle małej prędkości zdarzała się nieuwaga.
Czerwony Fort, masywna budowla z piaskowca, wisiał nad starym miastem, stanowiąc tak wielką część jego krajobrazu, że miejscowi przestali go już zauważać. Gdyby nie starania Ustad Kulsum Bi, być może nikt nie zdobyłby się nigdy na to, aby wejść do środka, nawet Andźum, która urodziła się i dojrzewała w jego cieniu. Kiedy już pokonały fosę - pełną śmieci i komarów - i przeszły przez wielką bramę, miasto przestawało istnieć. Małpy z małymi, szalonymi oczami śmigały w górę i w dół po wałach z piaskowca, które zbudowano z wdziękiem i rozmachem, nie do pojęcia dla współczesnego umysłu. Wewnątrz fortu rozpościerał się inny świat, inaczej płynął czas, wypełniało go inne powietrze (mające charakterystyczny zapach marihuany) i wznosiło się nad nim inne niebo - nie to wąskie, podzielone na paski szerokości ulic, ledwie widoczne za plątaniną przewodów elektrycznych, ale bezkresne, po którym spokojnie i wysoko szybowały latawce, unoszone przez prądy powietrzne.
Dźwięk i światło stanowiły starą, zaaprobowaną przez rząd (nowy nie zdążył jeszcze się do niej zabrać) wersję historii Czerwonego Fortu oraz cesarzy, którzy stąd rządzili przez ponad dwieście lat - poczynając od Śahdźahana, który go zbudował, aż po Bahadura Shaha Zafara, ostatniego Mogoła, który został skazany przez Brytyjczyków na wygnanie po porażce powstania w 1857 roku. Była to jedyna formalna historia znana Ustad Kulsum Bi, chociaż jej prezentacja wydawała się bardziej nieortodoksyjna, niż autorzy zamierzali. Podczas swych wizyt ona i jej mały oddziałek zajmowały miejsca pośród reszty publiczności, w większości turystów i uczniów, w rzędach drewnianych ławek, pod którymi żyły całe chmary komarów. Aby uniknąć ukąszeń, publiczność musiała przyjąć pozę wymuszonej nonszalancji, z jaką wymachiwała nogami podczas wszystkich koronacji, wojen, masakr, zwycięstw i porażek.
Szczególnym zainteresowaniem Ustad Kulsum Bi cieszyła się połowa osiemnastego stulecia, czas panowania cesarza Mohammeda Śaha Rangili, znanego miłośnika przyjemności, muzyki i malarstwa - najweselszego ze wszystkich Mogołów. Uwagę swoich akolitek zwracała zwłaszcza na 1739 rok. Rozpoczynał się on od uderzenia końskich kopyt, które dobiegało spoza publiczności i roznosiło się po całym forcie, zrazu delikatne, a potem coraz głośniejszeGłośniejszeGŁOŚNIEJSZE. To kawaleria Nadira Szaha jechała aż z Persji, galopując przez Ghazni, Kabul, Kandahar, Peszawar, Lahore i Sirhind oraz plądrując w drodze do Delhi miasto po mieście. Generałowie cesarza Mohammada Śaha ostrzegali go przed zbliżającym się kataklizmem. On jednak, niezrażony, dalej kazał grać muzyce. W tym momencie przedstawienia światła w Diwan-e-Chas, Sali Specjalnych Audiencji, stawały się jaskrawe. Purpurowe, czerwone, zielone. Zenana rozświetlała się oczywiście na różowo i rozbrzmiewała echem kobiecych śmiechów, szelestu jedwabiu, dzyń-dzyń-dzyń bransoletek na kostkę i wtedy, znienacka, pośród miękkich, szczęśliwych niewieścich dźwięków dał się wyraźnie słyszeć głęboki, wyraźny, chrapliwy, kokieteryjny chichot dworskiego eunucha.
- Teraz! - mówiła Ustad Kulsum Bi, niczym triumfujący lepidopterolog, który właśnie wyśledził rzadką ćmę. - Słyszałyście? To o nas, to nasze dziedzictwo, nasza historia, nasza opowieść. Nigdy nie byłyśmy pospolitymi osobami, ale członkiniami dworu królewskiego.
Moment ten minął szybko jak uderzenie serca, ale to się nie liczyło. Liczyło się to, że w ogóle był. Być obecnym w historii, nawet jeśli to tylko chichot. Jest to o całe wszechświaty odległe od zupełnej nieobecności. Od bycia całkowicie z niej wykreśloną. Ostatecznie chichot może stać się maleńkim stopniem w litej ścianie historii.
Ustad Kulsum Bi wpadała w furię, jeśli pomimo wszystkich jej wysiłków, aby zwrócić uwagę na chichot, ktoś jednak go nie dostrzegł. Była to właściwie furia tak wielka, że aby uniknąć możliwego publicznego blamażu, starsze, bardziej doświadczone hidźry radziły nowicjuszkom, aby przynajmniej udawały, że usłyszały, nawet jeśli naprawdę tak się nie stało.
Pewnego razu Gudija próbowała jej opowiedzieć, że hidźry miały specjalne miejsce miłości i szacunku w mitologii hinduskiej. Przedstawiła Kulsum Bi opowieść o tym, jak Pan Rama, jego żona Sita i jego młodszy brat Lakszmana zostali wygnani na czternaście lat ze swego królestwa, ale poddani, którzy kochali króla, podążyli za nimi, przysięgając, że pójdą wszędzie, dokąd skieruje się władca. Kiedy dotarli na skraj Ajodhji, gdzie zaczynał się las, Rama zwrócił się do swoich poddanych ze słowami: "Chcę, abyście wszyscy, mężczyźni i kobiety, wrócili do domów i czekali, aż wrócę". Nie mogąc sprzeciwić się swemu królowi, mężczyźni i kobiety wrócili do domu i tylko hidźry wiernie podążyły za nim poza skraj lasu, gdyż zapomniał wzmiankować o nich.
- Zatem jesteśmy upamiętnione jako zapomniane? - powiedziała Ustad Kulsum Bi. - Wa! Wa!
Swą pierwszą wizytę w Czerwonym Forcie Andźum pamiętała z bardzo osobistych powodów. Było to jej pierwsze wyjście z Chłabgah po operacji doktora Muchtara. Podczas gdy ustawiły się do kolejki po bilety, większość ludzi oglądała turystów, którzy w innej kolejce kupowali droższe bilety. Z kolei zagraniczni turyści gapili się na hidźry, a zwłaszcza na Andźum. Młody mężczyzna, wczesny hipis z natarczywym wzrokiem i wątłą bródką jezusową, patrzył na nią z zachwytem. Ona z kolei patrzyła na niego. W jej wyobraźni stał się Hazratem Sarmadem Śahidem. Przedstawiła go sobie dumnego, nagiego, smukłego, strzelistą postać stojącą przed sądem złowrogich, brodatych kazich. Nie drgnął nawet wtedy, gdy ogłaszano wyrok śmierci. Była odrobinę stropiona, kiedy ów turysta podszedł do niej.
- Jest pani taka piękna - powiedział. - Zdjęcie...? Mogę?
Po raz pierwszy ktokolwiek chciał ją sfotografować. Pochlebiona, kokieteryjnie zarzuciła na plecy warkocz z czerwonymi wstążkami i zerknęła, czy Ustad Kulsum Bi pozwala. Zgodziła się. Andźum ustawiła się więc do fotografii, oparta niezgrabnie na piaskowcowych wałach, z plecami wygiętymi do tyłu i brodą zadartą - jednocześnie zawadiacka i nieśmiała.
- Dziękować - powiedział młodzieniec. - Dziękować bardzo.
Nigdy jej nie zobaczyła, ale to był początek wszystkiego, ta fotografia.
Gdzie teraz mogła się znajdować? Bóg jeden wie.
Wędrująca myśl Andźum powróciła do spotkania w pokoju Ustad Kulsum Bi.
- To zepsucie i rozwiązłość naszych władców zrujnowały cesarstwo Mogołów - mówiła Ustad Kulsum Bi. - Książęta uganiający się za niewolnicami, cesarze przechadzający się nago, prowadzący życie zbytkowne, podczas kiedy ludzie głodowali - jak takie cesarstwo może mieć nadzieję na przetrwanie? I niby dlaczego miałoby ono przetrwać? (Nikt, kto widział ją odgrywającą księcia Salima w Mughal-e-Azam, nie zgadłby, że tak bardzo nim gardziła. Nikt też nie przypuszczałby, że pomimo całej jej dumy z dziedzictwa Chłabgah i jego związków z monarszym majestatem rodził się w niej socjalistyczny gniew na rozwiązłość władców Mogołów i ubóstwo poddanych). To wtedy zaczęła nastawać na życie zgodne z zasadami i żelazną dyscypliną, jako że jej zdaniem tymi dwiema rzeczami odznaczała się Chłabgah, im zawdzięczała swoją siłę i rację, dla której przetrwała wieki, podczas gdy silniejsi i potężniejsi przepadli.
Zwykli ludzie z Duniji - czy wiedzieli cokolwiek o tym, co to znaczy: żyć jak hidźra? Co wiedzieli o zasadach, dyscyplinie i poświęceniu? Kto dziś wie, że istniały takie czasy, gdy one wszystkie, łącznie z nią samą, Ustad Kulsum Bi, zmuszone były do żebrania o jałmużnę na rogach ulic? Że stopniowo, kroczek po kroczku, jedno upokorzenie po drugim, podnosiły się z tego upadku? Chłabgah zwał się Chłabgah - mówiła Ustad Kulsum Bi - ponieważ ludzie szczególni, ludzie błogosławieni, przychodzili tutaj ze swoimi marzeniami, których nie mogli zrealizować w Duniji. W Chłabgah święte dusze, uwięzione w niewłaściwych ciałach, doznawały wyzwolenia. (Kwestia tego, co się dzieje, jeśli świętą duszą jest mężczyzna uwięziony w kobiecym ciele, nie była podnoszona).
Niemniej - mówiła Ustad Kulsum Bi - niemniej... - A pauza, która potem następowała, godna była seplenienia Poety-Premiera - ...głównym pryncypium Chłabgah była manzuri. Zgoda. Ludzie w Duniji szerzyli oszczercze pogłoski, jakoby hidźry porywały małych chłopców i kastrowały. Ustad Kulsum Bi nie wiedziała, czy coś takiego zdarzyło się gdziekolwiek indziej, dlatego nie chciała się o tym wypowiadać, ale tutaj, w Chłabgah, czego świadkiem może być Wszechwiedzący, nic nie działo się bez manzuri.
Teraz poruszyła pewną konkretną bieżącą kwestię.
- Wszechmocny znowu przysłał nam Andźum - rzekła. - Nie chce nam powiedzieć, co przydarzyło się jej i Zakirowi Mianowi w Gudźaracie. A my nie możemy jej zmuszać. Możemy się tylko domyślać. I współczuć. Ale przy całym tym współczuciu nie możemy przystać na to, aby łamane były nasze zasady. Zmuszanie małej dziewczynki do tego, aby żyła jak chłopiec, na przekór swoim życzeniom, nawet jeśli chodzi o jej bezpieczeństwo, to jej zniewolenie, a nie wyzwolenie. Nie ma mowy, żeby coś takiego działo się tutaj, w naszym Chłabgah. Nie ma w ogóle mowy.
- To moje dziecko - odrzekła Andźum. - Ja będę decydować. Mogę iść z nią precz, jeśli tylko będę chciała.
Ta deklaracja nikim nie wstrząsnęła i wszyscy właściwie poczuli ulgę, widząc, że Andźum dobrze się czuje w dawnej roli królowej. Nie było powodu, by się lękać, ponieważ zupełnie nie miała dokąd się udać.
- Ty rób sobie, co chcesz, ale dziecko zostanie tutaj - powiedziała Ustad Kulsum Bi.
- I po tym wszystkim, co mówiłaś o manzuri, teraz to ty chcesz decydować w jej imieniu?! - uniosła się Andźum. - Spytamy ją samą. Zejnab będzie chciała zostać ze mną.
Taką rozmowę z Ustad Kulsum Bi uważano za niedopuszczalną. Nawet dla kogoś, kto przeżył masakrę. Wszyscy więc czekali na jej reakcję.
Ustad Kulsum Bi zamknęła oczy i poleciła, aby usunięto zza niej zrolowany razai. Nagle znużona, odwróciła się do ściany, podkładając pod głowę zgięte ramię. Z oczami ciągle zamkniętymi i głosem brzmiącym tak, jakby dochodził z jakiejś wielkiej oddali, poleciła Andźum, aby udała się do doktora Bhagata i upewniła się, że przyjmuje przepisane przez niego lekarstwa.
Zebranie skończyło się, członkinie się rozeszły. Lampa Petromax została wyniesiona z pokoju, sycząc jak rozzłoszczony kot.
-
Andźum nie miała naprawdę na myśli tego, co powiedziała, skoro jednak tak już się stało, idea opuszczenia Chłabgah przylgnęła do niej i oplotła ją niczym pyton.
Nie chciała sama iść do doktora Bhagata, więc w jej imieniu udała się malutka grupa, której przewodziła Saida. Doktor Bhagat był niskim mężczyzną ze starannie przystrzyżonym wojskowym wąsem, który wydzielał z siebie przytłaczającą woń talku Pond's Dreamflower. Miał szybkie, ptasie ruchy i co kilka minut przerywał - zarówno sobie samemu, jak i pacjentom - nerwowo pociągając nosem i trzy razy, jeden po drugim, uderzając piórem w blat biurka. Jego przedramiona były pokryte gęstymi czarnymi włosami, ale głowa pozostawała mniej lub bardziej łysa. Na lewym przegubie zgolił duży pas włosów, tam umieścił opaskę tenisową zbierającą pot, a na niej swój ciężki, złoty zegarek, tak aby miał jasną, nieprzesłoniętą informację co do tego, która jest godzina. Tego ranka był ubrany jak na co dzień: w nieskazitelnie biały męski strój safari z tkaniny frotté i lśniąco białe sandały. Czysty biały ręcznik zwieszał się z oparcia fotela. Gabinet miał w podłym miejscu, sam jednak był bardzo czystym mężczyzną. I dobrym także.
Delegacja nieśmiało wdreptała do środka i zajęła wolne krzesła, aczkolwiek czasami jedynym wolnym miejscem był podłokietnik fotela już zajętego. Doktor Bhagat przywykł do tego, że pacjentki z Chłabgah przychodzą parami lub trójkami (nigdy nie przychodziły same), teraz jednak czuł się z lekka zaskoczony liczebnością grupy, która nawiedziła go tego poranka.
- Która z was jest pacjentką?
- Żadna z nas, doktorze sahibie.
Saida została wyznaczona do mówienia, wspólnie więc z innymi osobami, które od czasu do czasu przerywały jej wyjaśnieniami i dopowiedzeniami, opisała zmienione zachowanie Andźum tak ostrożnie, jak tylko mogła. "Zaduma, opryskliwość, czytanie i - co najgorsze - niesubordynacja". Opowiedziała lekarzowi o chorobach Zejnab i niepokoju Andźum. (Nie mogła, rzecz jasna, wiedzieć o wyznawanej przez Andźum teorii sifli dźadu i jej uczestnictwie).
Delegacja, po szczegółowych konsultacjach między sobą, uznała, że trzeba pominąć w całej opowieści Gudźarat, ponieważ:
a) Nie wiedziały, co przydarzyło się tam Andźum, jeśli cokolwiek się w ogóle przydarzyło.
Oraz ponieważ:
b) Doktor Bhagat miał na biurku dużą, srebrną (aczkolwiek mogła być ona tylko posrebrzana) figurkę Pana Ganeśi41, przed którą zawsze unosił się zapach świeżo zapalonego kadzidła.
Z tego ostatniego faktu nie wynikały żadne konkretne konkluzje, tak czy inaczej kobiety były niepewne co do tego, jaką opinię może mieć doktor na temat wydarzeń w Gudźaracie. Dlatego postanowiły, by raczej zbłądzić nadmiarem ostrożności.
Doktor Bhagat (który podobnie jak miliony innych prawowiernych Hindusów był w istocie przerażony tym, jaki obrót przyjęły wydarzenia w Gudźaracie) słuchał uważnie, pociągając nosem i uderzając długopisem w biurko, a jego jasne, perłowe oczy były powiększane przez grube soczewki osadzone w złotych oprawkach. Zmarszczył brwi i namyślał się dobrą minutę nad tym, co usłyszał, a potem spytał, czy chęć Andźum, aby opuścić Chłabgah, doprowadziła do czytania, czy też to czytanie doprowadziło ją do tej chęci. W tej kwestii delegacja podzieliła się na dwa stronnictwa. Andźum miała wyznać jednej z młodszych uczestniczek, Meher, że chce wrócić do Duniji, aby pomagać ubogim. To wywołało powszechne rozbawienie. Doktor Bhagat, posępny, spytał, dlaczego wydało im się to takie zabawne.
- Are42, doktorze sahibie, któż z biednych oczekiwałby pomocy od nas? - spytała Meher, a wszystkie zachichotały na samą myśl o upokarzaniu biedaków propozycją pomocy.
W swoim orzeczeniu doktor Bhagat napisał drobnymi, starannie kreślonymi literkami: "Pacjentka zdradzająca wcześniej otwarty, posłuszny, radosny charakter - teraz wydaje się osobą nieposłuszną i buntowniczą".
Powiedział im, że nie ma się czym przejmować. Wypisał receptę. Pigułki (które zawsze przepisywał każdemu) uspokoją ją, oznajmił, i na kilka nocy zapewnią jej dobry sen, później zaś chciałby zobaczyć ją osobiście.
Andźum odmówiła przyjmowania pigułek.
Dni mijały, spokój ustąpił miejsca czemuś innemu - czemuś niespokojnemu i agresywnemu. W jej żyłach jakby wrzało zdradzieckie, szaleńcze powstanie przeciwko życiu w wątpliwej szczęśliwości, na które, jak czuła, została skazana. Recepty doktora Bhagata dodała do rzeczy spiętrzonych na podwórku - rzeczy, które kiedyś ceniła, a teraz przyłożyła do całego ich stosiku zapałkę. Pośród spalonych przedmiotów znalazły się:
Trzy filmy dokumentalne (jej dotyczące).
Dwa lśniące, godne wyłożenia na stoliku kawowym albumy ze zdjęciami (z nią).
Siedem ilustrowanych artykułów w zagranicznych czasopismach (jej poświęconych).
Album z wycinkami prasowymi z zagranicznych gazet w więcej niż trzynastu językach, takich jak "New York Times", "London Times", "Guardian", "Boston Globe", "Globe and Mail", "Le Monde", "Corriere della Sera", "La Stampa" i "Die Zeit" (traktujące o niej).
Ogień buchnął ogromny i spowodował u wszystkich, łącznie z kozłem, ataki kaszlu (a w jego przypadku strugi bobków). Kiedy popiół ostygł, wtarła go w twarz i we włosy. Tego wieczoru Zejnab włożyła swoje ubrania, buty, tornister, a także ukształtowany na wzór rakiety piórnik do szafki Saidy. Nie chciała dłużej spać z Andźum.
- Mama nie jest już szczęśliwa - podała zwięzły, bezwzględny powód.
Ze złamanym sercem Andźum opróżniła swą almirę firmy Godrej i zapakowała swoje skarby - satynową ghararę i sari z cekinami, dźumki43, metalowe i szklane bransoletki - do blaszanego kuferka. Sprawiła sobie dwa stroje pathani, jeden gołębioszary, a drugi brudnobrązowy, w sklepie z używanymi rzeczami kupiła anorak i parę męskich butów, które nosiła bez skarpet. Nadjechało sponiewierane auto marki Tempo, do którego załadowano almirę oraz blaszane kufry. Andźum odjechała, nie mówiąc, dokąd się kieruje.
Ale nawet wtedy nikt się nie przejął. Byli pewni, że wróci.
-
Wystarczyło dziesięć minut jazdy od Chłabgah, aby Andźum raz jeszcze znalazła się w zupełnie innym świecie.
Był to niepozorny cmentarz, zaniedbany, niezbyt duży i używany tylko od czasu do czasu. Od północy graniczył z państwowym szpitalem i kostnicą, gdzie ciała miejskich włóczęgów i te, o które nikt się nie dopominał, były składowane do czasu, aż policja zdecydowała, co z nimi zrobić. Najczęściej zabierano je do krematorium miejskiego. Zmarłych, którzy byli w sposób rozpoznawalny muzułmanami, chowano w bezimiennych grobach, które z czasem znikały i przyczyniały się do bogactwa gleby oraz niezwykłej bujności starych drzew.
Grobów w jakiś sposób obudowanych nie naliczyłoby się więcej niż dwieście. Na starszych wznosiły się bardziej wyrafinowane, rzeźbione w marmurze pomniki, młodsze były bez porównania prostsze. Pochowano tutaj kilka generacji rodziny Andźum - Mulakata Alego, jego ojca i matkę, jego dziadka i babkę. Tuż obok Mulakata Alego została złożona jego starsza siostra, Begam Zinat Kauser (ciotka Andźum). Po Podziale przeniosła się do Lahore. Spędziwszy tam dziesięć lat, zostawiła męża i dzieci, po czym wróciła do Delhi - powiadając, że potrafi żyć tylko w bezpośredniej bliskości Dźama Masdźid. (Z jakiegoś powodu nie wystarczał jej królujący w Lahore meczet Badśahi). Przetrwawszy trzy policyjne próby deportowania jej jako szpiega pakistańskiego, Begam Zinat Kauser ostatecznie zamieszkała w Śahdźahanabadzie, w małym pokoju z kuchnią i widokiem na jej ukochany meczet. Dzieliła to mieszkanie z wdową, mniej więcej w jej wieku. Zarabiała, dostarczając baranią kormę do restauracji na starym mieście, do której przybywały grupy zagranicznych turystów, aby posmakować miejscowego jedzenia. Ten sam rondel przygotowywała każdego dnia od trzydziestu lat i pachniała kormą tak, jak inne kobiety pachną olejkiem eterycznym czy perfumami. Nawet kiedy życie ją opuściło, została pogrzebana w grobie, pachnąc jak smakowita potrawa ze Starego Delhi. Obok Begam Zinat Kauser leżały szczątki Bibi Aiszy, najstarszej, zmarłej na gruźlicę, siostry Andźum. Kawałeczek dalej znajdował się grób Ahlam Badźi, akuszerki, która pomagała przy narodzinach Andźum. Na kilka lat przed śmiercią Ahlam Badźi stała się zagubiona i otyła. Majestatycznym krokiem przemierzała ulice starego miasta niczym królowa brudu, a zmierzwione włosy zwisały jej z tyłu głowy niczym brudny ręcznik, zupełnie jakby właśnie wynurzyła się z kąpieli w oślim mleku. Zawsze nosiła ze sobą stary wór po nawozach sztucznych firmy Kisan Urea, a do środka wkładała puste butelki po wodzie mineralnej, porwane latawce, starannie poskładane plakaty i szturmówki pozostawione na miejscu ogromnych politycznych wieców, organizowanych w pobliżu, na terenach, na których odbywała się Ramlila. W swych najgorszych dniach Ahlam Badźi zaczepiała osoby, którym pomagała w przyjściu na świat - większość z nich to byli już dorośli mężczyźni i dorosłe kobiety, którzy dochowali się dzieci - i obrzucała ich obelgami w najbardziej nikczemnym języku, wyklinając dzień, w którym się urodzili. Jej obelg nigdy nie traktowano jako obraźliwych, ludzie najczęściej reagowali szerokim, zakłopotanym uśmiechem - jak ci, których podczas popisów magika wyłapuje się na widowni, aby odegrali rolę królików doświadczalnych. Zawsze była karmiona, zawsze oferowano jej mieszkanie. Akceptowała jedzenie - z obrzydzeniem - zupełnie jakby robiła dawcy wielki zaszczyt, nigdy jednak nie zgadzała się na miejsce do zamieszkania. Zawsze chciała pozostawać na wolnym powietrzu - i w najgorętsze lata, i w najchłodniejsze zimy. Któregoś ranka znaleziono ją martwą, jak siedziała prosto naprzeciw kiosku Alifa Zeda, w którym można było kupić papierosy i zrobić ksero, a rękami przygarniała do siebie wór Kisan Urea. Dźahanara Begam nastawała na to, aby pochować ją w grobie rodzinnym. To za jej sprawą ciało umyto, ubrano, a imam odmówił nad nim ostatnią modlitwę. Wszak Ahlam Badźi towarzyszyła narodzinom wszystkich jej pięciorga dzieci.
Obok grobu Ahlam Badźi znajdowała się mogiła kobiety, na której kamieniu nagrobnym napisano (po angielsku): "Begam Renata Mumtaz Madam". Begam Renata była tancerką brzucha z Rumunii, która dorastała w Bukareszcie, marząc o Indiach i klasycznych formach ich tańca. Gdy miała ledwie dziewiętnaście lat, pojechała autostopem przez cały kontynent i dotarła do Delhi, gdzie trafiła na marnego guru kathak44, który wykorzystywał ją seksualnie, ale tańca nauczył ją bardzo niewiele. Aby związać koniec z końcem, zaczęła wykonywać numery kabaretowe w Rosebud Rest-O-Bar, ulokowanym w ogrodzie różanym, pośród miejscowych znanym jako Ogród Bezróżny - w ruinach Feroza Shah Kotla, piątego z siedmiu pradawnych miast Delhi. Renaty nom de cabaret brzmiało: Mumtaz. Umarła młodo, po miłości wykorzystanej przez zawodowego oszusta, który zniknął ze wszystkimi jej oszczędnościami. Mimo to Renata wciąż za nim tęskniła, chociaż wiedziała, iż ją zwiódł. Była coraz bardziej posępna, próbowała rzucać czary i wzywać duchy. Zaczęła wpadać w długie transy, podczas których skóra pękała jej od wrzodów, a głos obniżał się i stawał chrapliwy jak u mężczyzny. Okoliczności jej śmierci były niejasne, chociaż wszyscy przyjmowali, że chodziło o samobójstwo. Zaskakując samego siebie, Rośan Lal, mrukliwy główny kelner w Rosebud Rest-O-Bar, opryskliwy moralista, dręczyciel wszystkich tancerek (i oczywiście przedmiot żartów ich wszystkich), urządził jej pogrzeb i odwiedzał z kwiatami grób raz, drugi, a potem, zanim się nawet zorientował, w każdy wtorek (dzień, w który miał wolne). To on wystarał się o kamień nagrobny z jej nazwiskiem i troszczył się o jego, jak to nazywał, "oblicze". To on na kamieniu dołączył imię Begam i przydomek Madam do jej imienia. Minęło siedemnaście lat od czasu, gdy Renata Mumtaz umarła. Pod cienką skórą goleni Rośana Lala biegły napęczniałe żyły; utracił też słuch w jednym uchu, ciągle jednak przyjeżdżał na grób na swym starym czarnym rowerze, pobrzękując i przywożąc świeże kwiaty: gazanie, róże z przeceny - bo ostatnie z wiadra - a jeśli miał kłopot z pieniędzmi, to przynajmniej kilka gałązek jaśminu, które kupował u dzieci na rogach ulic.
Poza głównymi grobami było kilka takich, których pochodzenie bywało przedmiotem sporów. Na przykład na jednym było tylko proste stwierdzenie "Badshah". Niektórzy obstawali za tym, iż Badshah był pobożnym księciem Mogołów, powieszonym przez Brytyjczyków po powstaniu w 1857 roku, podczas gdy inni twierdzili, że był sufickim poetą z Afganistanu. Na innym grobie znajdowało się tylko imię "Islahi". Byli tacy, którzy twierdzili, że to generał w armii cesarza Shaha Alama II, inni natomiast powtarzali uparcie, że to miejscowy alfons, który został zasztyletowany w latach sześćdziesiątych przez prostytutkę, którą oszukiwał. Jak zawsze każdy wierzył w to, w co chciał wierzyć.
Pierwszej nocy na cmentarzu, po szybkim rekonesansie, Andźum umieściła swoją szafkę Godrej i kilka swych rzeczy obok grobu Mulakata Alego, potem zaś swój dywan i posłanie rozłożyła pomiędzy mogiłami Ahlam Baji i Begam Renaty Mumtaz Madam. Trudno się dziwić, że nie spała. Nie chodzi o to, że niepokoił ją ktoś na cmentarzu, nie zjawił się żaden dżin, aby zawrzeć z nią znajomość, żaden duch nie straszył, że będzie ją prześladował. Heroiniści na północnym skraju cmentarza (cienie w jeszcze głębszym cieniu nocy) grzebali w kupkach odpadów szpitalnych, w morzu starych bandaży i zużytych strzykawek, chyba więc nie zwrócili w ogóle na nią uwagi. W południowej części grupki bezdomnych siedziały wokół ognisk, gotując swoje nędzne, zadymione potrawy. Wałęsające się psy, w lepszym stanie zdrowia niż ludzie, siedziały w bezpiecznej odległości, uprzejmie czekając na resztki.
W takim otoczeniu Andźum najczęściej byłaby w jakimś niebezpieczeństwie. Chroniło ją jej odosobnienie. Fort, uwolniony wreszcie od protokołu społecznego, w całym swoim majestacie wznosił się wokół niej ze swoimi szańcami, wieżyczkami, ukrytymi w lochach celami oraz murami, które mruczały niczym nadciągający tłum. Szperała w jego pozłacanych pokojach jak uciekinierka uchodząca przed samą sobą. Próbowała odegnać żałobny kondukt szafranowych mężczyzn z szafranowymi uśmiechami, którzy podążali za nią z niemowlętami nadzianymi na ich szafranowe trójzęby, ci jednak nie dawali się odprawić. Próbowała zamknąć drzwi przed Zakirem Mianem, elegancko ułożonym pośród ulicy niczym jeden z jego szeleszczących ptaków pieniężnych. On jednak podążał za nią skulony, pokonując zamknięte drzwi na swym latającym dywanie. Próbowała zapomnieć to, jak na nią spojrzał na chwilę przed tym, gdy światło uciekło z jego oczu. Za nic jednak na to nie pozwalał.
Usiłowała mu powiedzieć, że dzielnie walczyła, kiedy odciągali ją od jego martwego ciała.
Wiedziała jednak, że wcale tego nie robiła.
Starała się wyzbyć wiedzy o tym, co czynili innym: jak składali mężczyzn i jak rozkładali kobiety. Jak na koniec rozdzielali ich kawałek po kawałku i rzucali w ogień.
Dobrze jednak wiedziała, że ona tak czy owak wie.
Oni.
Oni, czyli kto?
Newtonowska armia wypuszczona po to, aby dostarczyć reakcji równie silnej, lecz o przeciwnym zwrocie. Trzydzieści tysięcy szafranowych papug ze stalowymi szponami i zakrwawionymi dziobami, wszystkie razem skrzeczące: Mussalman ka ek hi sthan! Qabristan ja Pakistan! To miejsce tylko dla muzułmanów! Cmentarz albo Pakistan!
Andźum, udając martwą, leżała rozciągnięta na Zakirze Mianie. Nieprawdziwe zwłoki na nieprawdziwej kobiecie. Jednak papugi, chociaż były - albo przynajmniej to udawały - czystymi wegetariankami (co stanowiło jedyne kryterium przy zaciągu), badały bryzę z pilnością i skrupulatnością detektywów i oczywiście ją znalazły. Trzydzieści tysięcy głosów powtarzało razem, naśladując papugę Ustad Kulsum Bi: "Aj Haj! Saali Randi Hidźra!". Dymająca siostrę dziwka hidźra. Dymająca siostrę muzułmańska dziwka hidźra.
Ponad resztę wzniósł się inny głos, wysoki i niespokojny, inny ptak: "Nahi jaar, mat maro, Hidźron ka marna apśagun hota he". Nie zabijaj jej, bracie, zabijanie hidźr przynosi pecha.
Pech!
Nic bardziej nie mogło wystraszyć tych morderców niż perspektywa pecha. Ostatecznie to w celu odstraszenia pecha palce zaplatające się wokół morderczych mieczy i migających sztyletów były obłożone szczęśliwymi kamieniami, oprawionymi w grube, złote pierścienie. To w celu odstraszenia pecha przeguby wywijające żelaznymi prętami, które śmiertelnie masakrowały ludzi, były upiększone czerwonymi nićmi pudźa, z miłością obwiązywanymi przez zachwycone matki. Czy przy wszystkich tych zabezpieczeniach mogło być rozsądne świadome prowokowanie pecha?
Stanęli więc nad nią i nakazali śpiewać swe hasła. "Bharat Mata Ki Dźej! Wande Mataram!"
Tak zrobiła. Płacząc, dygocząc, upokorzona bardziej, niż była w stanie sobie wyobrazić.
Niech zwycięży matka Indie! Ukłoń się matce!
Zostawili ją żywą. Nie-zabitą. Nie-skrzywdzoną. Ani złożoną, ani rozłożoną. Tylko ją. Po to, by do nich uśmiechnął się los.
Rzeźnicze szczęście.
Oto kim była. A im dłużej żyła, tym więcej szczęścia im przynosiła.
Starała się usunąć z siebie wiedzę o tym małym detalu, gdy przeszukiwała swój prywatny fort, ale na próżno. Wiedziała bardzo dobrze, że wie bardzo dobrze, że wie bardzo dobrze.
Premier stanu z zimnymi oczami i cynobrowym czołem mógł stanąć do następnych wyborów, aby je wygrać. Nawet po tym, jak rząd Poety-Premiera padł w stolicy, wygrał kolejne wybory w Gudźaracie. Byli ludzie, którzy sądzili, iż powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności za masowe morderstwa, ale jego wyborcy nazwali go Gudźarat ka Lalla. Kochany przez Gudźarat45.
-
Miesiącami Andźum żyła na cmentarzu, rozwścieczony i zdziczały duch, wyganiający precz każdego zasiedziałego tutaj dżina i widmo, napadający na zbolałe rodziny, które przychodziły tu pochować swoich zmarłych z bólem tak szalonym i tak niepowstrzymanym, że górował nad ich cierpieniami. Przestała dbać o siebie, przestała farbować włosy. Były matowobiałe od cebulek, by potem, w połowie drogi od głowy, znienacka zamienić się w smoliście czarne, co sprawiało, że wyglądała, jak... jakby to ująć... pasiasta. Włosy na twarzy, których ongiś lękała się bardziej niż czegokolwiek innego, teraz pojawiły się na podbródku i policzkach niczym połysk mrozu (na szczęście przyjmowane przez całe życie hormony powstrzymały ich wzrost, nie pozwalając na to, aby przekształciły się w długą brodę). Jeden z jej przednich zębów, który mocno poczerwieniał od żucia panu, poluzował się w dziąsłach. Kiedy mówiła lub się uśmiechała, co zdarzało się rzadko, w okropny sposób poruszał się w górę i w dół niczym klawisz fisharmonii, który odgrywa własną melodię. To, że budziła przerażenie, miało też swoje dobre strony: odstraszało ludzi i trzymało na odległość wstrętnych, przeklinających, ciskających kamienie chłopców.
Pan D.D. Gupta, dawny klient Andźum, którego uwielbienie dla niej dawno już wykroczyło poza cielesne pożądanie, wytropił ją i odwiedził na cmentarzu. Był przedsiębiorcą budowlanym z Karol Bagh, który kupował i dostarczał materiały budowlane: stal, cement, kamień, cegły. Z budowy prowadzonej dla bogatego klienta zwinął niewielką liczbę cegieł i kilka płyt azbestu, dzięki czemu pomógł Andźum skonstruować małą, prowizoryczną komórkę - nic specjalnego, po prostu miejsce, w którym mogła zgromadzić potrzebne jej rzeczy. Pan Gupta odwiedzał ją od czasu do czasu, aby się upewnić, że niczego jej nie brakuje i że sama siebie nie krzywdzi. Kiedy przeniósł się do Bagdadu po amerykańskiej inwazji na Irak (aby skorzystać ze wzrastającego popytu na betonowe ściany przeciwwybuchowe), poprosił żonę, żeby przez kierowcę co najmniej trzy razy w tygodniu dostarczała Andźum ciepłe posiłki. Pani Gupta, która uważała się za gopi, adoratorkę pana Kryszny, wedle chiromanty żyła w siódmym i ostatnim cyklu odrodzeń. To pozwalało jej zachowywać się tak, jak chciała, bez obawy o to, że będzie musiała zapłacić za swoje grzechy w następnym życiu. Nawiązywała romantyczne związki, aczkolwiek twierdziła, że gdy osiąga szczytowanie, widzi tylko twarz Kryszny. Ogromnie kochała swego męża, ale z ulgą przyjęła to, że do zakresu jej obowiązków nie należało już obsługiwanie jego fizycznych pożądań, w związku z tym była bardzo rada, że może mu wyświadczyć tak drobną przysługę.
Przed wyjazdem pan Gupta kupił Andźum tani telefon komórkowy i nauczył ją, jak odbierać (przychodzące rozmowy były darmowe), a także jak wykonywać, wedle jego określenia, puste połączenia, gdyby chciała z nim porozmawiać. Wystarczył tydzień, aby Andźum zgubiła telefon, więc kiedy pan Gupta zadzwonił do niej z Bagdadu, odebrał pijak, który zapłakany domagał się rozmowy ze swoją matką.
Oprócz tej życzliwości Andźum przyjmowała też innych gości. Saida przyprowadziła kilka razy na pozór pozbawioną serca, ale naprawdę przerażoną Zejnab. (Kiedy dla Saidy stało się oczywiste, że te wizyty przyprawiały o ból i Andźum, i Zejnab, przestała ją przyprowadzać). Raz w tygodniu zjawiał się brat Andźum, Sakib. Zaglądała, przyjeżdżając rykszą, sama Ustad Kulsum Bi, której towarzyszyła jej koleżanka Haji Mian, a czasami też Bismillah. Zadbała o to, aby Andźum otrzymywała z Chłabgah mały zasiłek, który pierwszego dnia każdego miesiąca dostarczano jej gotówką w kopercie.
Jednak najbardziej regularnym gościem był Ustad Hamid. Przybywał codziennie z wyjątkiem śród i niedziel, albo o zmierzchu, albo o świcie. Przysiadał na czyimś grobie z akordeonem Andźum i zaczynał swoje przeraźliwe riaz. Raag Lalit z rana, Rag Śuddh Kaljan z wieczora - Tum bin kaun khabar mori lait... Kto jeszcze prócz ciebie pyta o wieści o mnie? Ostentacyjnie ignorował obraźliwe prośby ze strony słuchaczy o najnowsze hity Bollywoodu czy też popularne kawwali (dziewięć razy na dziesięć chodziło o Dum-a-Dum Mast Qalandar), wykrzykiwane przez włóczęgów i łazęgów, którzy gromadzili się za niewidzialną granicą tego, co za sprawą milczącej zgody wyznaczało terytorium Andźum. Niekiedy na skraju cmentarza powstawały w wódczanych czy heroinowych majakach tragiczne cienie i z wolna poruszały się do swego własnego rytmu. Gdy światło umierało (albo się rodziło), a spokojny głos Ustada Hamida sunął nad zrujnowanym krajobrazem i jego zrujnowanymi mieszkańcami, Andźum z założonymi nogami siedziała tyłem do Ustada Hamida na grobie Begam Renaty Mumtaz Madam. Nie odzywała się do niego ani na niego nie patrzyła. To mu nie przeszkadzało. Ze spokoju jej pleców potrafił odczytać, że go słucha. Tak bardzo ją przejrzał, iż wierzył, że jeśli nie on, to przynajmniej muzyka przeprowadzi ją przez to.
Ani jednak łagodność, ani okrucieństwo nie mogły zmusić Andźum do tego, aby powróciła do starego życia w Chłabgah. Lat było trzeba, aby fala bólu i trwogi opadła. Codzienne wizyty imama Ziauddina, ich małe (chociaż czasem bardzo istotne) kłótnie, a także jego prośba o to, aby Andźum codziennie rano czytała mu gazety - wszystko to na powrót lokowało ją w Duniji. Stopniowo Fort Samotności zmniejszył się do rozmiarów siedziby znośnej wielkości. Stał się domem, miejscem przewidywalnego, pokrzepiającego smutku - okropnego, ale niezawodnego. Szafranowi mężczyźni wsunęli do pochew swoje miecze, odłożyli trójzęby i posłusznie wrócili do swych pracowitych egzystencji, wykonując polecenia, przestrzegając rozkazów, bijąc żony i spędzając czas aż do następnego krwawego wypadu. Szafranowe papugi wciągnęły swoje szpony, powróciły do zieleni i zaszyły się w gałęziach figowców. Zniknęły sępy o białych grzbietach i wróble. Składani mężczyźni i rozkładane niewiasty pojawiali się rzadziej. Tylko Zakir Mian, schludnie złożony, nigdzie nie odchodził. Z czasem jednak, zamiast podążać za nią, wsunął się w nią i pozostał trwałym, choć niechcianym towarzyszem.
Po pewnym czasie Andźum znowu zaczęła o siebie dbać. Ufarbowała włosy na płomiennie pomarańczowo. Usunęła zarost z twarzy, dokonała ekstrakcji luźnego zęba i zastąpiła go protezą. Doskonały biały ząb lśnił teraz niczym kieł pomiędzy ciemnoczerwonymi pniakami, które uchodziły za zęby. Ogólnie tylko odrobinę mniej to straszyło niż poprzednio. Dalej nosiła stroje pathani, ale uszyła sobie też nowe, w delikatniejszych kolorach - blady lazur i róż - do których dobierała swe dawne, obwieszane cekinami i drukowane dupatty. Odrobinę przybrała na wadze i wypełniła swe nowe ubrania w atrakcyjny, wygodny sposób.
Nigdy jednak nie zapomniała o tym, że to tylko Rzeźnicze Szczęście. Już do końca życia, nawet jeśli mogło się wydawać inaczej, jej stosunek do Reszty Życia był zawsze niepewny i nieprzewidywalny.
Wraz z tym jak Fort Samotności się zmniejszał, rosła blaszana komórka Andźum; zrazu stała się chatką, która mogła pomieścić jedno łóżko, potem niewielkim domkiem z małą kuchnią. Aby nie ściągać niepotrzebnie uwagi, zewnętrzne ściany pozostawiła chropowate i nieukończone. Wewnętrzne otynkowała i pomalowała na niezwykły odcień fuksji. Położyła dach z piaskowca, oparty na żelaznych dźwigarach, dzięki czemu zyskała taras, na którym w zimie mogła ustawić plastikowe krzesło, suszyć włosy i wystawiać na słońce swe pokryte łuskami golenie, podczas gdy ona sama przeglądała dominium zmarłych. Na drzwi i okna wybrała bladą zieleń pistacji.
Bandikot, daleko już na drodze do tego, aby stać się młodą damą, znowu zaczęła ją częściej odwiedzać. Zawsze przychodziła z Saidą i nigdy nie zostawała na noc. Andźum nigdy o to nie prosiła ani na to nie nastawała, nigdy też nie przejawiała swoich uczuć. Ale ból płynący z tej rany nigdy nie zniknął i nigdy się nie zmniejszył. W tej kwestii jej serce nie zamierzało się ugiąć.
Co kilka miesięcy władze miasta umieszczały na frontowych drzwiach Andźum informację o tym, że squatersom surowo zabrania się mieszkać na cmentarzu i każda niezatwierdzona budowla zostanie zniszczona w ciągu tygodnia. Ona odpowiadała na to, że nie mieszka na cmentarzu, lecz na nim umiera, a na to nie musi mieć pozwolenia władz miejskich, albowiem pozwolenie miała od samej Wszechmocności.
Żaden z odwiedzających ją urzędników nie był na tyle mężczyzną, aby zrobić następny krok i ryzykować, że dotkną go jej słynne zdolności. Podobnie bowiem jak wszyscy inni, także i oni bali się przekleństwa rzuconego przez hidźrę. Dlatego wybrali drogę pojednawczości i delikatnych wymuszeń. Zgodzili się przyjąć niemałą sumę pieniędzy wraz z niewegetariańskim posiłkiem na święto Diwali, ale także w Id. Uzgodnili też, że jeśli dom by się powiększał, proporcjonalnie będzie również wzrastała suma.
Z czasem Andźum zaczęła zawłaszczać groby swoich krewnych i budować pomieszczenia wokół nich. W każdym pokoju były grób (albo dwa) i łóżko. Albo dwa. Budowała oddzielną łaźnię i toaletę z własnym zbiornikiem antyseptycznym. Jeśli chodzi o wodę, to korzystała z publicznej pompy ręcznej. Imam Ziauddin, który był nieuprzejmie traktowany przez swego syna i synową, szybko stał się u niej stałym gościem, a potem już coraz rzadziej wracał do domu. Andźum zaczęła też wynajmować pokoje przelotnym przybyszom (informację o tym rozpowszechniano tylko plotką, z ust do ust). Nie było aż tak wielu chętnych, ponieważ miejsce i otoczenie, by nie wspomnieć o samej gospodyni, nie odpowiadały gustom wszystkich. Zresztą trzeba przyznać, że również nie wszyscy chętni odpowiadali gustom gospodyni. Andźum była kapryśna i irracjonalna, jeśli chodzi o to, kogo przyjmowała, a kogo odprawiała - nierzadko z nieuzasadnioną i zupełnie bezsensowną gburowatością, która graniczyła z wulgarnością ("Kto cię tu przysłał? Wal się sam!"), czemu niekiedy nawet towarzyszył niesamowity, dziki wrzask.
Niebagatelną zaletę tego zajazdu na cmentarzu stanowiło to, że w przeciwieństwie do innych zakątków miasta, nawet najbardziej ekskluzywnych, tutaj nie było przerw w dostawie energii. Nawet latem. A to dlatego, że Andźum podkradała elektryczność z kostnicy, gdzie ciała musiały być chłodzone przez całą dobę na okrągło. Miejscy nędzarze, którzy spoczywali tutaj w klimatyzacyjnym splendorze, nigdy nie doświadczyli czegoś takiego za życia. Andźum nazwała swój zajazd Dźannat. Raj. Telewizor miała włączony w nocy i w dzień. Powiadała, że potrzebuje hałasu, aby uspokoić myśli. Informacje oglądała bacznie i stała się przenikliwą analityczką polityczną. Oglądała także hinduskie opery mydlane i angielskie kanały filmowe. Szczególnie upodobała sobie drugorzędne hollywoodzkie filmy z wampirami i oglądała je na okrągło. Nie mogła oczywiście zrozumieć dialogów, ale wampiry rozumiała bardzo dobrze.
Stopniowo zajazd Dźannat stał się miejscem, do którego lgnęły hidźry, które z tej czy innej przyczyny albo same porzuciły surowo zarządzany cech gharan46 hidźr, albo zostały z niego wyrzucone. Kiedy rozeszła się wieść o nowym zajeździe na cmentarzu, na nowo zaczęli pojawiać się przyjaciele z przeszłości i - co najbardziej nieprawdopodobne - Nimmo Gorakhpuri. Gdy po raz pierwszy się zobaczyły, padły sobie w ramiona i łkały niczym para kochanków urodzonych pod nieszczęśliwą gwiazdą, a połączonych po separacji. Nimmo stała się regularnym gościem, niekiedy spędzała z Andźum całe dwa lub trzy dni z rzędu. Była teraz olśniewającą postacią - zgrabna, lśniąca biżuterią, pachnąca perfumami i niesłychanie zadbana. Przyjechała swoim białym maruti 800 z odległego o dwie godziny jazdy od Delhi Mewat, gdzie była posiadaczką dwóch mieszkań i małej farmy. Stała się kozią magnatką: handlowała egzotycznymi kozami, które za spore pieniądze sprzedawała bogatym muzułmanom z Delhi i Bombaju na rzeź na Bakr-Id. Z chichotem opowiadała przyjaciółce o wszystkich sztuczkach, opisywała oszukańcze techniki sprawiające, że koza w jedną noc przybierała na wadze, a także politykę windowania cen na kozy w okresie przed Id. Powiedziała, że od następnego roku jej interes będzie się reklamował w Internecie. Wspólnie uzgodniły, że w imię dawnych czasów najbliższe Bakr-Id będą celebrować razem na cmentarzu, racząc się najlepszymi smakołykami z zasobów Nimmo. Na luksusowej nowej komórce prezentowała Andźum portrety kóz. Miała teraz taką obsesję na ich punkcie jak kiedyś na punkcie zachodniej mody kobiecej. Pokazała Andźum, jak kozy jamnapari odróżnić od barbari, a etawa - od sojat. A potem w multimediach pokazała jej koguta, który, zdawało się, piał "Ja Alla!"47, ilekroć zamachał skrzydłami. Andźum była olśniona: "Wie to nawet byle kogut!". Od tego dnia jej wiara jeszcze bardziej się pogłębiła.
Zgodnie z obietnicą Nimmo Gorakhpuri sprezentowała Andźum młodego czarnego barana z biblijnymi zakręconymi rogami; taki sam, powiedziała Nimmo, jak ten, którego Hazrat Ibrahim poświęcił zamiast swojego ukochanego syna Iśmaila na górze, tyle że tamten był biały. Andźum umieściła barana w jego własnym pokoju (z oddzielnym grobem) i z miłością go hodowała. Starała się go pokochać tak jak Ibrahim Iśmaila. To ostatecznie miłość jest tym składnikiem, który odróżnia ofiarę od normalnego codziennego rzeźnictwa. Uplotła mu lśniący kołnierz, a nogi zaopatrzyła w dzwonki. On także ją pokochał i podążał za nią wszędzie. (Pamiętała, aby zdjąć dzwonki z nóg barana i ukryć go przed Zejnab, gdy ta przychodziła, ponieważ wiedziała, do czego by to doprowadziło). Kiedy zbliżał się tego roku czas Id, stare miasto było pełne utrudzonych wielbłądów z wyblakłymi tatuażami, byków i kóz, wielkich niczym małe konie, czekających na zarżnięcie. Baran Andźum już bardzo urósł. Miał ponad metr wzrostu, był zwarty i muskularny, ze skośnymi żółtymi ślepiami. Ludzie ściągali na cmentarz tylko po to, aby go obejrzeć.
Andźum wynajęła Imrana Kurejśiego, wschodzącą gwiazdę nowego pokolenia młodych rzeźników w Śahdźahanabadzie, aby dokonał ofiary. Miał już kilka wcześniejszych rezerwacji i powiedział, że będzie mógł przyjść dopiero późnym popołudniem. Nastał świt dnia Bakr-Id, Andźum zaś była przekonana, że jeśli sama nie uda się do starego miasta i nie przyprowadzi Imrana, inni będą go porywać poza kolejką. Ubrana jak mężczyzna, w czystym, wyprasowanym stroju pathani, cały ranek spędziła na podążaniu za Imranem z jednego domu do drugiego, z jednej uliczki do drugiej, gdzie wiodły go zamówienia. Ostatniego z nich dokonał polityk, dawny członek Zgromadzenia Ustawodawczego, który przegrał poprzednie wybory kłopotliwie niewielką różnicą głosów. Aby zminimalizować tę porażkę i dowieść swoim wyborcom, że już szykuje się do następnej elekcji, postanowił dać hojny pokaz pobożności. Długiego tłustego wołu ze skórą naolejoną i lśniącą ciągnięto przez wąskie, ledwie go mieszczące ulice, aż do skrzyżowania, gdzie było trochę więcej miejsca na jakiekolwiek manewry. Ustawiony po przekątnej, podczas gdy przednie nogi wierzgały i utykały, ledwie pasował do ulicznego skrzyżowania. Podnieceni ludzie, odziani w nowe szaty, tłoczyli się w drzwiach, oknach, na małych balkonach i tarasach, aby oglądać ofiarę w wydaniu Imrana. Szczupły, spokojny, bezpretensjonalny - przepychał się przez tłum. Kiedy pomruk stał się głośniejszy, skóra wołu zadrgała, a oczy zaczęły się przewracać. Wielki łeb z rogami, które długim łukiem sięgały wstecz, poruszał się do przodu i do tyłu. Jakby zwierzę znalazło się w transie na koncercie klasycznej muzyki indyjskiej. Zręcznym chwytem judo Imran i jego pomocnik przewrócili byka na bok. W jednej chwili Imran otworzył tętnicę szyjną i odskoczył przed fontanną krwi, która tryskała w powietrze w rytmie słabnących uderzeń serca. Prysnęła na spuszczone żaluzje sklepów i na twarze polityków uśmiechające się z postrzępionych starych plakatów na ścianach. Popłynęła w dół ulicy, mijając zaparkowane motocykle, skutery, ryksze i rowery. Małe dziewczynki w zdobionych świecidełkami trzewikach piszczały i uskakiwały na bok, natomiast mali chłopcy udawali, że niczym się nie przejmują, a najgorsi z nich lekko zanurzali stopy w czerwonych kałużach, zachwycając się później swoimi czerwonymi śladami. Potrwało to chwilę, zanim wół wykrwawił się na śmierć. Kiedy to się już stało, Imran otworzył ciało i pozwolił wypłynąć na ulicę wewnętrznym organom, sercu, śledzionie, żołądkowi, wątrobie, jelitom. Ponieważ ulica była stroma, wnętrzności zaczęły spływać niczym łódki o dziwnych kształtach sunące po rzece krwi. Uratował je pomocnik Imrana i ułożył na nieco równiejszym miejscu. Obdzieranie ze skóry i dzielenie zostały dokonane przez odpowiednią ekipę. Gwiazdor otarł nóż o kawałek materiału, rozejrzał się po zgromadzonych, pochwycił spojrzenie Andźum i niezauważalnie skinął głową. Przecisnął się przez tłum i odszedł, Andźum zaś dogoniła go przy następnym ćauku. Ulice pełne były ruchu. Kozie skóry, rogi, czaszki, mózgi i wnętrzności zbierano, rozdzielano i układano w stosy. Z jelit usuwano treść, aby potem można je było odpowiednio oczyścić, a po wygotowaniu robić z nich zupę lub klej. Koty paradowały smakowicie obłowione. Nic nie przepadnie.
Imran i Andźum podążyli do Bramy Turkmeńskiej, skąd motorykszą udali się na cmentarz.
Andźum, w tym momencie Głowa Domu, trzymała nóż nad swym pięknym baranem i wypowiedziała modlitwę. Imran przeciął tętnicę, trzymając zwierzę, to zaś drżało, podczas gdy krew wypływała z niego. Po dwudziestu minutach baran był pozbawiony skóry, pocięty na mniejsze kawałki, Imran zaś już się oddalił. Andźum tak podzieliła kawałki baraniny, aby można je było ofiarować w taki sposób, jak jest Zapisane: jedna trzecia dla rodziny, jedna trzecia dla sąsiadów i bliskich, jedna trzecia dla ubogich. Rośanowi Lalowi, który przyjechał tego ranka, aby pozdrowić ją z okazji Id, wręczyła plastikową torbę zawierającą jęzor i kawałek uda. Najlepsze cząstki zachowała dla Zejnab, która właśnie skończyła dwanaście lat, i dla Ustada Hamida.
Uzależnieni nieźle się tego wieczoru najedli. Andźum, Nimmo Gorakhpuri oraz Imam Ziauddin siedzieli na tarasie i smakowali trzy rodzaje potraw z baraniny, a także całe wzgórza biriani. Nimmo podarowała Andźum telefon komórkowy z wgraną już wiadomością multimedialną z kogutem. Andźum przytuliła ją i powiedziała, że teraz czuje prostą linię prowadzącą do Boga. Kilka razy obejrzały wiadomość. Opisały ją szczegółowo imamowi Ziauddinowi, który słuchał oczyma, ale nie tak entuzjastycznie, jak one zachwycały się wartością filmiku jako niewątpliwego znaku. Nowy telefon Andźum umieściła na piersi. Tego już nie zgubi. W ciągu kilku tygodni, za sprawą kierowcy D.D. Gupty, który ciągle przynosił wiadomości Andźum od szefa, ten otrzymał jej nowy numer, dzięki czemu znowu mógł się kontaktować z nią w Iraku, gdzie najprawdopodobniej chciał już mieszkać.
Rano, nazajutrz po Bakr-Id, zajazd Dźannat odwiedził drugi z jego stałych gości: młody mężczyzna, który zwykł siebie nazywać Saddam Husajn. Andźum znała go trochę, a lubiła tak bardzo, że zaoferowała mu pokój za psie pieniądze, co kosztowało go mniej, niż zapłaciłby w starym mieście.
Saddam, kiedy Andźum go poznała, pracował w kostnicy. Był jednym z dziesięciu młodych mężczyzn, którzy musieli troszczyć się o zwłoki. Hinduscy lekarze, którzy mieli przeprowadzić sekcję, uważali się za wyższą kastę i nie chcieli dotykać ciał, bojąc się, że zostaną zbrukani. Ci, którzy bezpośrednio zajmowali się zwłokami i dokonywali sekcji, byli zatrudnieni jako czyściciele i należeli do kasty sprzątaczy i rymarzy, którą nazywano ćamar. Lekarze, jak większość hindusów, patrzyli na nich z wyższością i uważali za nietykalnych. Lekarze stali w pewnej odległości, z chusteczkami przytkniętymi do twarzy, i wykrzykiwali polecenia na temat tego, gdzie i jak należy naciąć oraz co zrobić z odsłaniającymi się wnętrznościami. Saddam był jedynym muzułmaninem pośród pracujących w kostnicy czyścicieli. Podobnie jak oni, stał się kimś w rodzaju chirurga amatora.
Saddam miał skwapliwy uśmiech i rzęsy, które sprawiały wrażenie, jakby ćwiczyły gimnastykę. Witał zawsze Andźum z szacunkiem i często przynosił drobne podarunki: kupował jej jajka i papierosy (nikomu nie pozwalała nabywać zamiast niej warzyw) albo przynosił wiaderko wody z pompy, jeśli czuła bóle pleców. Czasami, gdy praca w kostnicy była mniej mordercza, zwykle między październikiem a listopadem (kiedy ludzie na ulicy nie marli jak muchy od skwaru, zimna czy dengi), Saddam zaglądał do Andźum, która robiła mu herbatę i razem palili wtedy papierosa. Pewnego dnia zniknął, bez słowa. Kiedy rozpytywała się o niego, jego koledzy mówili, że pokłócił się z jednym z lekarzy i został wyrzucony. Gdy znowu pojawił się owego ranka po Id, cały rok później, wydawał się odrobinę wychudzony, odrobinę podniszczony, a towarzyszyła mu równie wychudzona i podniszczona biała klacz, którą nazywał Pajal. Ubrany był modnie: w dżinsy i czerwony podkoszulek z napisem: "U ciebie czy u mnie?". Nawet w domu nosił okulary przeciwsłoneczne. Uśmiechał się, kiedy Andźum pokpiwała sobie z niego, ale powiedział, że nie ma to nic wspólnego z modą. Uraczył ją dziwną historią o tym, jak to oczy wypaliło mu drzewo.
Kiedy wyrzucono go z kostnicy, mówił Saddam, pracował to tu, to tam: pomagał w sklepie, był konduktorem w autobusie, sprzedawał gazety na dworcu kolejowym w Nowym Delhi, aż wreszcie w desperacji został murarzem na budowie. Jeden ze strażników zaprzyjaźnił się z nim i zaprowadził Saddama do swojej zwierzchniczki, Sangity Madam, w nadziei, że ta może dać mu jakieś inne zajęcie. Sangita Madam była pulchną, wesołą wdową. Na przekór swej pogodnej osobowości i umiłowaniu piosenek Bollywoodu, była nieugięta przy zawieraniu kontraktów, a jej firma, Bezpieczna i Rzetelna Służba Opieki (BRSO), zatrudniała jakichś pięciuset ochroniarzy. Gabinet miała w suterenie fabryki butelek, w nowym pasie przemysłowym, który oplatał przedmieścia Delhi. Zatrudniani przez nią ludzie pracowali po dwanaście godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu. Sangita Madam pobierała sześćdziesiąt procent ich pensji, więc starczało im ledwie na jedzenie i dach nad głową. Mimo to cisnęli się do niej tysiącami: emerytowani żołnierze, zwolnieni robotnicy, zrozpaczeni wieśniacy, którzy pociągami zjeżdżali do stolicy, ludzie wykształceni, analfabeci, dobrze wyżywieni i głodujący. "Jest mnóstwo firm ochroniarskich, które mają biura jedno obok drugiego", Saddam mówił Andźum. "Cóż to za widok pierwszego dnia każdego miesiąca, kiedy zbieramy... a jest nas tysiące... nasze należności. Nabiera się uczucia, że w mieście są tylko trzy rodzaje ludzi: ochroniarze, osoby, które potrzebują ochrony, oraz złodzieje.
Sangita Madam należała do lepiej płacących pracodawców. Dlatego mogła sobie wybierać ludzi. Zatrudniała tych, którzy wydawali się mniej wygłodzeni, i dawała im półdniowe wyszkolenie - zasadniczo polegało ono na nauce tego, jak stać prosto, jak oddawać honory, jak mówić "tak, sir", "nie, sir", "dzień dobry, sir" i "dobranoc, sir". Następnie dostawali czapkę, krawat na gumce z zawiązanym już węzłem i dwa komplety uniformów z wyhaftowanymi na epoletach literami "BRSO". (Musieli zapłacić depozyt wart więcej niż sam mundur, na wypadek gdyby przyszło im do głowy uciec, nie zwracając go). Ta jej mała prywatna armia objęła swym działaniem całe miasto. Jej żołnierze strzegli domów, szkół, gospodarstw, banków, bankomatów, magazynów, centrów handlowych, kin, ogrodzonych wspólnot mieszkaniowych, hoteli, restauracji, ambasad oraz biur wysokich komisarzy biednych krajów. Saddam powiedział Sangicie Madam, że nazywa się Dajaćand (ponieważ każdy idiota wiedział, że w obecnej sytuacji ochroniarz z muzułmańskim imieniem był terminem wewnętrznie sprzecznym). Będąc wykształconym, dobrze wyglądającym i zdrowym mężczyzną, łatwo otrzymał pracę. "Będę mieć cię na oku", powiedziała pierwszego dnia Sangita Madam, z uznaniem mu się przyglądając. "Jeśli okaże się, że jesteś rzeczywiście dobrym pracownikiem, w trzy miesiące zrobię cię nadzorcą". Wysłała go jako jednego z tuzina pracowników do Narodowej Galerii Sztuki Współczesnej, gdzie jeden z najsłynniejszych współczesnych artystów Indii, mężczyzna z małej mieściny, który osiągnął międzynarodowe wyżyny, miał indywidualną wystawę. Do jego zabezpieczenia wynajęto BRSO.
Eksponaty, codzienne przedmioty wykonane ze stali nierdzewnej: stalowe cysterny, stalowe motocykle, stalowe wagi ze stalowymi owocami z jednej strony i stalowymi odważnikami z drugiej, stalowe szafki pełne stalowych ubrań, stalowy stół jadalny ze stalowymi talerzami i stalowym jedzeniem, stalowe taksówki ze stalowym bagażem na ich stalowych bagażnikach - wszystko to niezwykłe z racji wierności odwzorowania, a jednocześnie przepięknie oświetlone i wyeksponowane w licznych salach galerii, z których każda była chroniona przez dwóch pracowników BRSO. Nawet najtańszy eksponat, mówił Saddam, miał cenę dwuosobowego mieszkania dla ubogich, LIG48. Toteż wedle jego wyliczeń wszystko kosztowało tyle, co całe osiedle mieszkalne. Głównym sponsorem był przodujący magazyn sztuki współczesnej "Art First", którego właścicielem był magnat stalowy.
Saddam (Dajaćand) miał za zadanie chronić pojedynczy eksponat wystawy: znakomicie wykonany, z absolutną wiernością, chociaż w skali jeden do dwóch, figowiec ze stali nierdzewnej, z powietrznymi korzeniami ze stali nierdzewnej, które zwisały nad podłożem niczym zagajnik ze stali nierdzewnej. Drzewo banyanowe przybyło z galerii nowojorskiej, wysłane statkiem w wielkiej drewnianej skrzyni. Saddam przyglądał się, jak je wypakowywano i umieszczano na trawniku galerii narodowej, zabezpieczając podziemnymi sworzniami. Z gałęzi zwieszały się wiaderka ze stali nierdzewnej, menażki obiadowe ze stali nierdzewnej, garnki i rondle ze stali nierdzewnej (zupełnie jakby robotnicy ze stali nierdzewnej powiesili swoje posiłki ze stali nierdzewnej, a potem zabrali się do orania pól ze stali nierdzewnej, aby posiać w nich nasiona ze stali nierdzewnej).
- Tej części już nie zrozumiałem - powiedział Saddam Andźum.
- A resztę zrozumiałeś? - spytała ze śmiechem Andźum.
Artysta, który mieszkał w Berlinie, wysłał surowe instrukcje, że nie życzy sobie żadnego płotu ochronnego czy innego zabezpieczenia wokół drzewa. Zależało mu na tym, aby widzowie mieli bezpośredni kontakt z jego dziełem, bez żadnych barier. Jeśli chcieli, wolno im było dotykać dzieła i wędrować w zagajniku jego korzeni. Większość tak robiła, powiedział Saddam, z wyjątkiem chwil, gdy słońce stało zbyt wysoko i stal była zbyt rozgrzana, aby jej dotknąć. Zadaniem Saddama było pilnowanie tego, aby nikt nie wyskrobywał swojego imienia na stalowym drzewie czy nie niszczył go w jakikolwiek inny sposób. Do jego obowiązków należało też utrzymywanie drzewa w czystości i pilnowanie, aby dokładnie ścierano ślady setek dotykających je dłoni. W tym celu otrzymał specjalnie zaprojektowaną drabinę, zapas oliwki dla dzieci Johnson & Johnson oraz kawałki starych miękkich sari. Nie była to metoda obiecująca, ale działała. Czyszczenie drzewa nie stanowiło problemu, mówił Saddam, natomiast niełatwo było w nie patrzeć, gdy odbijało się na nim słońce. Przypominało to gapienie się prosto w jego promienie. Po pierwszych dwóch dniach Saddam poprosił Sangitę Madam, aby pozwoliła mu nosić okulary przeciwsłoneczne. Nie zgodziła się, mówiąc, że nie będzie to wyglądało dobrze, a kierownictwo muzeum może się poczuć znieważone. Dlatego Saddam rozwinął technikę patrzenia na drzewo przez kilka minut, a potem odwracania wzroku. Minęło siedem tygodni, drzewo na powrót zostało zapakowane do skrzyni i wyprawione statkiem do Amsterdamu na następną wystawę artysty, ale oczy Saddama były poparzone. Nieustannie piekły go i łzawiły, za dnia nie mógł ich otwierać, jeśli nie nałożył okularów przeciwsłonecznych. Został zwolniony z pracy w BRSO, nikt bowiem nie chciał zatrudnić zwykłego pracownika ochrony, który ubierał się niczym goryl strzegący gwiazdy filmowej. Sangita Madam powiedziała mu, że jest jej wielkim rozczarowaniem, gdyż całkowicie zawiódł oczekiwania. Odpowiedział na to, obrzucając ją okropnymi wyzwiskami. Został siłą wyrzucony z jej biura.
Andźum chichotała z aprobatą, kiedy Saddam zacytował, jakie to były wyzwiska. Dała mu pokój, który zbudowała wokół grobu swojej siostry, Bibi Aiszy.
Saddam zbudował tymczasową stajnię dla Pajal i dołączył do niej łaźnię. Klacz stała tam całą noc, prychając i rżąc, blada nocna zmora na cmentarzu. Za dnia była wspólniczką Saddama, który objeżdżał na niej największe miejskie szpitale. Przystawał pod bramą obiektu i zajmował się jednym z kopyt klaczy, postukując w nie małym młotkiem i udając, że zakłada nową podkowę. Pajal chętnie przystała na tę grę. Kiedy zjawiali się zaniepokojeni krewni osób poważnie chorych, Saddam z ociąganiem zgadzał się rozstać ze starą podkową, aby przyniosła im szczęście. Odpłatnie. Miał także zasób leków: trochę popularnie przepisywanych antybiotyków, crocin, syrop na kaszel, a także całą mnogość leków ziołowych. Sprzedawał je ludziom, którzy ściągali do wielkich państwowych szpitali z wiosek wokół Delhi. Większość z nich obozowała na terenie szpitala albo na ulicach, gdyż byli za biedni na to, aby wynająć sobie jakiekolwiek pomieszczenie w mieście. W nocy Saddam jechał na Pajal do domu pustymi ulicami, niczym książę. W pokoju miał całą torbę podków. Jedną dał Andźum, ta zaś powiesiła ją na ścianie obok starej procy. Saddam prowadził także inne interesy. Sprzedawał karmę dla gołębi w pewnych miejscach miasta, w których kierowcy zatrzymywali się, aby wielkodusznie nakarmić boże stworzenia. Podczas swych nieszpitalnych dni Saddam zawsze tam był z małymi pakiecikami karmy i gotową resztą. Kiedy kierowcy odjeżdżali, często ku oburzeniu gołębi zmiatał karmę i pakował ją do torebki, aby była gotowa dla następnego klienta. Wszystko to - nabieranie przy gołębiach i wykorzystywanie krewnych chorych ludzi - było męczącą, szczególnie w lecie, pracą, przynoszącą niepewny zarobek. Ale przy tych zajęciach Saddam nie miał żadnego zwierzchnika - i to było najważniejsze.
Wkrótce po wprowadzeniu się Saddama Andźum, on i imam Ziauddin podjęli jeszcze inną inicjatywę. Zaczęło się to przypadkowo, a potem rozwijało samo. Pewnego popołudnia Anwar Bhai, który prowadził burdel przy GB Road49, zjawił się na cmentarzu z ciałem Rubiny, jednej z jego dziewczyn, która nagle umarła z powodu pęknięcia wyrostka robaczkowego. Towarzyszyło mu osiem młodych kobiet w burkach oraz trzyletni chłopiec, syn Anwara Bhai, poczęty z jedną z nich. Wszyscy byli bardzo poruszeni - nie tyle z powodu śmierci Rubiny, ile z racji tego, że szpital wydał jej ciało pozbawione oczu. Pracownicy oznajmili, że do zwłok w kostnicy dobrały się szczury. Jednak Anwar Bhai i koleżanki Rubiny uważali, że oczy zostały ukradzione przez kogoś przekonanego o tym, iż gromada dziwek i ich alfons nie poskarżą się policji. Jakby tego było mało, ponieważ na świadectwie śmierci jako adres podano GB Road, Anwar Bhai nie mógł znaleźć łaźni, aby obmyć ciało Rubiny, cmentarza, aby ją pochować, ani imama, aby odmówił modły.
Saddam oznajmił im, że znaleźli się we właściwym miejscu. Kazał im usiąść, poczęstował ich czymś zimnym do picia, podczas gdy sam szybko tuż obok zajazdu ogrodził teren starymi dupattami Andźum, owiniętymi wokół czterech bambusowych drągów. Wewnątrz ogrodzenia umieścił kawałek dykty, ustawiony na kilku cegłach, pokrył go płachtami plastiku i powiedział kobietom, aby położyły na nim ciało Rubiny. Razem z Anwarem Bhai w wiadrach przynieśli wodę z ręcznej pompy oraz trochę starych puszek po farbie i wszystkich zaprosił do zaimprowizowanej łaźni. Ciało było już sztywne, więc szaty Rubiny musiano rozciąć (czego Saddam dokonał brzytwą). Z miłością, niczym machające nad nią skrzydłami stado kruków, kobiety umyły ją, namydliły szyję, uszy, palce u nóg. Z równą miłością, ale i czujnym okiem pilnowały, by któraś z nich nie skusiła się i nie schowała do kieszeni bransoletki, obrączki z palca u nogi czy pięknego naszyjnika (cała biżuteria, i sztuczna, i prawdziwa, miała być przekazana Anwarowi Bhai). Mehrunissa martwiła się o to, że woda może być za zimna. Sulekha upierała się, że Rubina otworzyła powieki, a potem znowu je zamknęła (i że promienie boskiego światła tryskają z miejsc, w których wcześniej były oczy). Zinat poszła kupić całun. Podczas kiedy Rubina była przygotowywana do swej ostatniej podróży, mały syn Anwara Bhai, ubrany w dżinsowe ogrodniczki i czapeczkę modlitewną, chodził tam i z powrotem, stawiając kroki jak wartownicy na Kremlu, aby zademonstrować swoje nowe (podrabiane) bladofioletowe crocsy zdobione kwiatami. Popisywał się, głośno chrupiąc kurkure, których paczkę dostał od Andźum. Od czasu do czasu usiłował zajrzeć do namiotu, gdzie jego matka i ciotki (których nigdy przez całe swoje krótkie życie nie widział w burkach) coś robiły.
Zanim ciało zostało umyte, wytarte, wyperfumowane i otulone w całun, Saddam z pomocą dwóch heroinistów wykopał dostatecznie głęboki grób. Imam Ziauddin zmówił modlitwy i ciało Rubiny zostało pochowane. Anwar Bhai, pełen ulgi i wdzięczności, chciał wcisnąć Andźum pięćset rupii. Nie zgodziła się przyjąć. Odmówił także Saddam. Nie był jednak kimś, kto przepuściłby nadarzającą się okazję do zarobienia.
W ciągu tygodnia zajazd Dźannat zaczął funkcjonować jako dom pogrzebowy. Miał odpowiednią łaźnię z dachem azbestowym, a także cementowe platformy, aby można było na nich ułożyć ciała. Zapewniono stałą dostawę nagrobków, całunów, aromatyzowanej gliny Multani (którą większość ludzi wolała od mydła) oraz wiader na wodę. Był też rezydujący całą dobę imam. Reguły dla umarłych (podobnie jak dla żyjących w zajeździe) były tajemnicze: ciepłe, przyjazne uśmiechy powitalne albo irracjonalne wrzaski sprzeciwu, a wszystko zależało nie wiadomo od czego. Jedynym jasnym kryterium było to, że Dom Pogrzebowy Dźannat pochowa tylko tych, których odrzuciły cmentarze i imamowie z Duniji. Bywały dni bez żadnego pogrzebu, a czasami ledwie dało się z nimi uporać. Rekordem było pięć pochówków w jeden dzień. Niekiedy nawet sama policja, której zasady były równie irracjonalne jak Andźum, przynosiła im ciała.
Kiedy we śnie odeszła Ustad Kulsum Bi, z wielką pompą została pochowana na Hidźron Ka Khanka w Mehrauli. Ale Bombay Silk złożono na cmentarzu Andźum. Podobnie było z wieloma innymi hidźrami z całego Delhi.
(W ten sposób imam Ziauddin ostatecznie otrzymał odpowiedź na swoje dawno postawione pytanie: "Powiedz mi, kiedy umieracie, gdzie się grzebie waszych ludzi? Kto obmywa ich ciała? Kto się modli?").
Stopniowo zajazd Dźannat i Dom Pogrzebowy stały się nieodłączną częścią krajobrazu, tak że nikt nie kwestionował ich pochodzenia czy prawa do tego, aby istnieć. Istniały. I tyle. Kiedy Dźahanara Begam umarła w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat, modły odmówił imam Ziauddin. Pochowano ją obok Mulakata Alego. Na cmentarzu Andźum została też pochowana Bismillah, gdy już umarła.
Kozioł Zejnab mógłby znaleźć się w Księdze rekordów Guinnessa za osiągnięcie niezwykłego (jak dla kozy) wyniku: zdechł z naturalnej przyczyny (kolki) po przeżyciu rekordowych szesnastu Bakr-Id w Śahdźahanabadzie. Oczywiście, nie była to jego zasługa, lecz jego zawziętej małej pani. Oczywiście, w Księdze rekordów Guinnessa nie było takiej kategorii.
Chociaż Andźum i Saddam dzielili ten sam dom (i ten sam cmentarz), rzadko razem spędzali czas. Andźum uwielbiała leniuchowanie, natomiast Saddam, rozdarty między swe różne przedsięwzięcia (sprzedał interes z karmieniem gołębi, gdyż był najmniej zyskowny), nie miał wolnego czasu i nienawidził telewizji. Pewnego niezwykłego poranka wymuszonego lenistwa siedział wraz z Andźum na starym czerwonym fotelu z taksówki, którego używali jako sofy, pili herbatę i oglądali telewizję. Był piętnasty sierpnia, Dzień Niepodległości. Wylękniony mały premier, który zastąpił sepleniącego Poetę-Premiera (partia, do której należał, nie sądziła, że Indie są narodem Indusów), zwracał się do narodu z bastionów Czerwonego Fortu. Był to jeden z tych dni, kiedy wyspowa izolacja grodzonego miasta została naruszona przez resztę Delhi. Wielkie tłumy zorganizowane przez partię rządzącą wypełniły plac Ramlili. Pięć tysięcy uczniów ubranych w barwy flagi narodowej prezentowało kwiatową musztrę. Drobni kombinatorzy i lawiranci pragnęli, aby w telewizji zobaczono ich siedzących w pierwszych rzędach, wierzyli bowiem, że widoczną bliskość z władzą da się później wykorzystać w interesach. Kilka lat wcześniej, kiedy sepleniący Poeta-Premier i jego partia bigotów zostali pozbawieni urzędów, Andźum bardzo się ucieszyła i poczuła coś bliskiego uwielbienia do wylęknionego, odzianego w niebieski turban sikha ekonomisty, który zajął miejsce na szczycie. Uczucie to pogłębiał jeszcze fakt, że przedmiot jej adoracji miał polityczną charyzmę złapanego w pułapkę królika. Później jednak doszła do wniosku, że rację mieli ludzie sądzący, iż był w istocie jedynie marionetką i kto inny pociągał za sznurki. Jego nieskuteczność wzmacniała jeszcze siły ciemności, które zaczęły się gromadzić na horyzoncie i znowu rozpełzały po ulicach. Gudźarat ka Lalla był ciągle premierem Gudźaratu. Znowu stał się buńczuczny i mówił o konieczności pomszczenia całych stuleci rządów muzułmańskich. W każdej mowie publicznej znalazł sposób na to, aby wspomnieć o objętości swojej klatki piersiowej (metr czterdzieści). Z jakiegoś przedziwnego powodu to chyba imponowało ludziom. Krążyły plotki, że powoli zbiera się do "marszu na Delhi". W kwestii Gudźarat ka Lalli Saddam i Andźum doskonale się ze sobą zgadzali50.
Andźum przypatrywała się temu Królikowi w Potrzasku, który ledwie miał jakąkolwiek klatkę piersiową. Stał za kuloodporną tarczą, podczas gdy Czerwony Fort wznosił się nad nim, on zaś rozwodził się nad danymi statystycznymi dotyczącymi importu i eksportu, podczas gdy wzburzony tłum nie miał pojęcia, o czym on mówi. Robił to jak marionetka. Poruszała się tylko jego dolna szczęka. Nic więcej. Jego krzaczaste siwe brwi sprawiały wrażenie, że przymocowane są do okularów, a nie do twarzy. Jej wyraz nigdy się nie zmieniał. Na koniec przemówienia podniósł rękę w wątłym geście i znikł, wykrzyknąwszy piskliwie: "Dźej Hind!" (Niech żyją Indie!). Żołnierz, który miał ponad dwa metry wzrostu i błyszczące wąsy, tak szerokie jak rozłożone skrzydła malutkiego albatrosa, wyrwał szablę z pochwy i zasalutował małemu premierowi, który, jak się zdało, cały zadrżał z trwogi. Kiedy się oddalał, poruszały się tylko jego nogi. Nic więcej.
Andźum zdegustowana wyłączyła telewizor.
- Chodźmy na dach - zaproponował pospiesznie Saddam, wyczuwając zbliżanie się jednego z tych jej nastrojów, które najczęściej oznaczały kłopoty dla każdego, kto znalazł się w zasięgu pół kilometra.
Poszedł przodem i rozłożył stary dywan oraz kilka twardych poduszek w kwiecistych poszewkach, które pachniały stęchłym olejkiem do włosów. Odrobinę wiało i latawce na Dzień Niepodległości już wypuszczono. Było też ich kilka na cmentarzu i sprawiały się całkiem dobrze. Andźum zjawiła się z dzbankiem świeżej gorącej herbaty i tranzystorem. Ułożyli się razem z Saddamem (ten w swoich okularach przeciwsłonecznych) i wpatrywali w niebo upstrzone jaskrawymi papierowymi latawcami. Obok nich, jakby i on postanowił wziąć sobie wolne po tygodniu ciężkiej pracy, leżał Biru (niekiedy nazywany Roobi), pies, którego - ślepego i zdezorientowanego - Saddam znalazł wlokącego się chodnikiem przy ruchliwej ulicy, podczas gdy sterczała z niego wiązka przezroczystych tub. Był to beagle, który albo uciekł z laboratorium chemicznego Ranbaxy51, albo przetrwał wykonywaną na nim próbę. Był podniszczony i niewyraźny niczym rysunek, który ktoś starał się wymazać. Zwykle wyraźne czarne, białe i brązowe kolory beagle'a pokryła jakaś dymna, szara patyna - oczywiście mogła ona nie mieć nic wspólnego z substancjami, które na nim testowano. Kiedy Biru po raz pierwszy pojawił się w zajeździe Dźannat, często męczyły go ataki epilepsji, a także chrapliwe zmiany rytmu oddechu. Za każdym razem, gdy podnosił się z kolejnego ataku, przejawiał inny charakter: czasami przyjacielski, czasami wrogi, niekiedy senny, niekiedy warkliwy albo też rozleniwiony, co było tak niezrozumiałe i trudne do przewidzenia jak jego zaadoptowana pani. Z czasem napady zdarzały się rzadziej i w końcu stał się mniej lub bardziej trwałym awatarem Leniwego Psa. Natomiast utrzymywały się zmiany rytmu oddechu.
Andźum nalała odrobinę herbaty na talerzyk i podmuchała na nią, aby ochłodzić dla psa. Głośno ją wychłeptał. Pił wszystko, co piła Andźum, jadł wszystko, co jadła ona: biriani, korma, samosa, halwa, faluda, phirni, zamzam52, mango w lecie, a pomarańcze w zimie. Było to okropne dla jego ciała, ale znakomite dla duszy.
Przez jakąś chwilę wiatr się wzmagał i latawce poszybowały wzwyż, ale potem rozpoczął się nieodzowny przy Dniu Niepodległości deszcz. Andźum zahuczała, jak gdyby chodziło o nieproszonego gościa: "Aj Haj!". Deszcz, matkojebna kurwa! Saddam roześmiał się, ale żadne z nich się nie poruszyło, chcąc zobaczyć, czy chodzi o dużą ulewę, czy o kapuśniaczek. Chodziło o deszczyk, który wkrótce ustał. Andźum w roztargnieniu zaczęła ścierać z sierści Biru delikatny płaszczyk wodnych kropli. Deszczowa wilgoć przypomniała jej o Zejnab, a wtedy uśmiechnęła się sama do siebie. W sposób dla niej niezwykły zaczęła opowiadać Saddamowi historię o wiadukcie (w wersji ocenzurowanej), a także o tym, jak bardzo Bandikot ją kochała, kiedy była małą dziewczynką. Potem zaś radośnie o dowcipach Zejnab, miłości do zwierząt i o tym, jak szybko podchwyciła w szkole angielski. I nagle, kiedy wspomnienia były najbardziej pogodne, głos Andźum załamał się, a oczy napełniły łzami.
- Urodziłam się, aby być matką - załkała. - Spójrz tylko, pewnego dnia Allah Mian53 da mi moje dziecko. Tyle wiem, i to na pewno.
- A jak to możliwe? - zapytał Saddam rozsądnie, kompletnie nie wiedząc, że wkracza na niebezpieczny teren. - Hakikat bhi koi ćiz hoti he. - Koniec końców, jest coś takiego jak rzeczywistość.
- A czemu nie? Czemu, do diabła, nie? - rzuciła gniewnie Andźum, siadając i patrząc mu w oczy.
- Chcę tylko powiedzieć... Chodziło mi o to, że w rzeczywistości...
- Jeśli ty możesz być Saddamem Husajnem, ja mogę być matką. - Andźum nie powiedziała tego napastliwie, lecz z uśmiechem, kokieteryjnie, ssąc wargi na białym kle i ciemnoczerwonych zębach. Ale w tej kokieterii było coś zimnego.
Zaalarmowany, choć nie przestraszony Saddam spojrzał na nią, nie zastanawiając się, co takiego ona może wiedzieć.
- Kiedy już przekroczysz krawędź, zaczynasz spadać, jak dzieje się z większością z nas, włączając naszego Biru - mówiła Andźum - i już nigdy nie przestajesz. Starasz się trzymać z innymi spadającymi ludźmi. Im wcześniej to zrozumiesz, tym lepiej. To miejsce, w którym żyjemy, które uczyniliśmy swoim domem, jest miejscem spadających ludzi. Nie ma tutaj żadnej hakikat. Are, nawet my nie jesteśmy realni. Nie żyjemy naprawdę.
Saddam nic nie odpowiedział. Pokochał Andźum bardziej niż kogokolwiek innego na świecie. Uwielbiał sposób, w jaki mówiła, słowa, które dobierała, sposób, w jaki poruszała ustami, sposób, w jaki czerwone, poplamione panem wargi poruszały się nad zepsutymi zębami. Uwielbiał jej zabawny przedni ząb i to, jak potrafiła recytować całe wiersze z poezji urdu, chociaż większości - a może i wszystkiego - nie rozumiał. Saddam nie znał się na poezji, a urdu władał w bardzo małym stopniu. Natomiast wiedział wiele innych rzeczy. Znał najszybszy sposób na oprawienie krowy czy byka bez zniszczenia skóry. Wiedział, jak zmoczyć soloną wodą skórę i marynować ją z użyciem limonki oraz taniny, aż zacznie się rozciągać i sztywnieć, by potem stać się skórą tapicerską. Wiedział, jak ustalić kwaśność marynaty, kosztując ją, jak oprawić skóry, pozbawiając je włosów i tłuszczu, jak je mydlić, wybielać, pucować, natłuszczać i woskować tak, aby błyszczały. Wiedział też, że przeciętne ludzkie ciało zawiera od czterech do pięciu litrów krwi. Patrzył, jak wycieka i rozlewa się wolno po ulicy na zewnątrz posterunku policji w Dulinie, tuż obok szosy Delhi-Gurgaon. O dziwo, rzeczami, które zapamiętał najlepiej, były długa kolejka drogich samochodów oraz owady migające w światłach ich reflektorów. I fakt, że nie zjawił się nikt, aby pomóc.
Wiedział, że tym, co sprowadziło go do Miejsca Spadających Ludzi, nie był ani żaden plan, ani przypadek. Po prostu fala przypływu.
- Kogo starasz się oszukać? - spytała Andźum.
- Tylko Boga. - Saddam uśmiechnął się w odpowiedzi. - Nie ciebie.
- Zmów Kalimę... - powiedziała Andźum tonem tak władczym, jak gdyby była cesarzem Aurangzebem.
- La ilaha... - zaczął Saddam, a potem, jak Hazrat Sarmad, się zatrzymał. - Nie znam reszty. Ciągle się jej uczę.
- Jesteś ćamarem, jak ci wszyscy inni, z którymi pracowałeś w kostnicy. Co do swego imienia nie skłamałeś tej Sangicie Madam Haramzadi. Dziwce. Natomiast okłamałeś mnie, a ja nie wiem czemu, skoro nie przejmuję się tym, kim jesteś: muzułmaninem, hinduistą, kobietą, mężczyzną, z tej kasty, z innej kasty, z dupy wielbłąda. Ale czemu nazwałeś się Saddamem Husajnem? Wiesz, że to był kawał sukinsyna.
Andźum użyła słowa "ćamar", nie zaś "dalit", bardziej współczesnego i akceptowanego określenia na tych, których hindusi uważali za niedotykalnych54. A zrobiła to z tego samego powodu, dla którego nie pozwalała na to, aby określać ją inaczej niż hidźra. Dla niej nie było problemu: hidźra czy ćamar.
Przez chwilę siedzieli obok siebie w milczeniu. A potem Saddam postanowił powierzyć Andźum historię, której nie opowiedział przedtem nikomu. Historię szafranowych papużek i zdechłej krowy. Była to też historia szczęścia - może nie rzeźniczego, ale czegoś bardzo podobnego.
- Masz rację - Saddam przyznał Andźum.
Jej skłamał, a prawdę powiedział Sangicie Madam Haramzadi. Dziwce. Saddam Husajn było jego mianem przybranym, a nie prawdziwym. Naprawdę nazywał się Dajaćand. Urodził się w rodzinie ćamarów - garbarzy, w odległej o kilka godzin autobusem od Delhi wiosce Badśahpur w stanie Harijana.
Pewnego dnia, odebrawszy wezwanie telefoniczne, on, ojciec i jeszcze trzech innych mężczyzn wynajęli tempo, aby udać się do sąsiedniej wioski i zabrać stamtąd truchło krowy, która zdechła na czyjejś farmie.
- To właśnie robili nasi ludzie - mówił Saddam. - Kiedy krowa zdychała, farmerzy z wyższej kasty wzywali nas, aby zabrać trupa, gdyż sami nie mogli się skazić dotknięciem go.
- Tak, tak, wiem - powiedziała Andźum tonem, który podejrzanie brzmiał jak zachwyt. - Niektórzy z nich są bardzo schludni i czyści. Nie jedzą cebuli, czosnku, mięsa...
Saddam zignorował to wtrącenie.
- Pojechaliśmy więc i wzięliśmy trupa, zdjęliśmy z niego skórę, a potem ją oporządziliśmy, aby nadawała się do późniejszego użycia przez tapicerów. Było to w roku 2002. Ciągle chodziłem do szkoły. Wiesz lepiej niż ja, co się wtedy działo... Jak tu wszystko wyglądało. Ty przeżyłaś swoje w lutym, ja swoje w listopadzie. Był to dzień Deśehry. W drodze po krowę minęliśmy plac Ramlili, gdzie zbudowali wielkie kukły demonów... Rawana, Meghanada i Kumbhakaran, wysokie jak trzypiętrowe budowle, a wszystkie miały być wieczorem zdetonowane.
Żadnemu muzułmaninowi ze Starego Delhi nie trzeba było tłumaczyć, czym jest dla hindusów święto Deśehra. Było ono co roku celebrowane na placu Ramlili, tuż za Bramą Turkmeńską. Każdego roku kukły Rawany, dziesięciogłowego, demonicznego króla Lanki, jego brata Kumbhakarana i jego syna Meghanady były wznoszone coraz wyższe i napełniano je coraz większą liczbą ładunków wybuchowych. Co roku Ramlila, opowieść o tym, jak Rama, król Ajodhji, pokonał Rawanę w bitwie na Lance - dla hindusów opowieść o triumfie Dobra nad Złem - była odgrywana z rosnącą agresją, a fundowana przez coraz hojniejsze datki. Pojawili się zuchwali uczeni, którzy coraz śmielej sugerowali, że Ramlila to w istocie historia przekształcona w mitologię i że złe demony to ciemnoskórzy Drawidowie - tubylczy władcy; hinduscy bogowie zaś, którzy ich pokonali (i przekształcili w niedotykalnych oraz inne uciemiężone kasty, które miały całe życie poświęcić służeniu nowym władcom), byli tak naprawdę aryjskimi najeźdźcami. Uczeni ci wskazywali na wiejskie rytuały, w których ludzie czcili bóstwa takie jak Rawana, przez hindusów uważane za demony. W nowej sytuacji jednak zwykłym ludziom niepotrzebna była uczoność, aby wiedzieli - nawet jeśli nie mogli tego powiedzieć otwarcie - że wraz ze wzrastaniem Rzeszy Papug, niezależnie od tego, co można znaleźć lub czego nie można znaleźć w pismach, w papużkowej mądrości, za złe demony uważano nie tylko miejscowych, lecz także każdego, kto nie był hindusem. A to, oczywiście, obejmowało mieszkańców Śahdźahanabadu.
Kiedy wielkie kukły zostały wysadzone w powietrze, odgłos eksplozji przetoczył się wąskimi uliczkami starego miasta. I tylko niewielu mogło mieć wątpliwości, co to może znaczyć.
Każdego roku, o poranku po zwycięstwie Dobra nad Złem, Ahlam Badźi, akuszerka zamieniona w wędrowną królową z brudnymi włosami, szła na tereny Ramlili, by przeszukując resztki i odpadki, powracać z łukami i strzałami, a czasami z całym, zupełnie użytecznym wąsem, patrzącym okiem, ramieniem czy też mieczem - który sterczał potem z jej torby na nawozy.
Kiedy więc teraz Saddam mówił o Deśehrze, Andźum rozumiała to we wszystkich rozległych i zróżnicowanych znaczeniach.
- Łatwo znaleźliśmy zdechłą krowę - ciągnął Saddam. - To zawsze jest łatwe, trzeba tylko wiedzieć, by iść prosto w kierunku smrodu. Załadowaliśmy ścierwo na tempo i ruszyliśmy do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się przy posterunku policji w Dulinie, aby wypłacić działkę oficerowi dyżurnemu, który nazywał się Sehrawat. Była to wcześniej uzgodniona suma. Stawka za każdą krowę. Tego jednak dnia zażądał więcej. Nie po prostu więcej, ale trzy razy więcej. A to znaczyło, że na oprawieniu tej krowy tylko stracimy. Znaliśmy go dobrze, tego Sehrawata. Nie wiem, co go napadło tego dnia. Być może potrzebował pieniędzy, aby kupić alkohol na wieczorne obchody Deśehry, a może musiał spłacić jakiś dług. Nie wiem. Może starał się wykorzystać panujący klimat polityczny. Ojciec i jego przyjaciele próbowali go ubłagać, ale nie chciał słuchać. Wściekł się, kiedy powiedzieli, że nawet nie mają przy sobie tyle pieniędzy. Zatrzymał ich pod zarzutem "krowobójstwa" i zamknął w policyjnym areszcie. Ja zostałem na zewnątrz. Ojciec nie wydawał się specjalnie zmartwiony, gdy wchodził tam, więc i ja się nie trapiłem. Czekałem, przypuszczając, że muszą się trochę potargować i wkrótce dojdą do jakiegoś porozumienia. Minęły dwie godziny. Obok przeciągały tłumy ludzi podążających na wieczorne ogniska. Niektórzy byli przebrani za bogów, Ramę, Lakszmana i Hanumana, małe dzieci miały łuki i strzały, niektóre - mysie ogonki i twarze pomalowane na czerwono. Niektóre były demonami z czarnymi twarzami, a wszyscy chcieli wziąć udział w Ramlili. Kiedy mijali naszą ciężarówkę, chwytali się za nosy z powodu fetoru. O zachodzie słońca usłyszałem eksplozję, kiedy wysadzono w powietrze kukły, a także radosne okrzyki widzów. Byłem zły, że ominęła mnie zabawa. Po jakiejś chwili ludzie zaczęli wracać do domu. Ciągle nie było śladu po ojcu i jego przyjaciołach. A potem, sam nie wiem, jak to się stało, może policja rozpuściła plotkę, a może tylko wykonała kilka telefonów, w każdym razie tłum zaczął się gromadzić wokół posterunku, domagając się, aby wydano im "krowobójców". Wystarczającym dowodem była dla nich zdechła krowa leżąca na pace tempo i zasmradzająca całą okolicę. Ludzie zaczęli blokować ruch. Nie wiedziałem, co zrobić, gdzie się schować, więc wmieszałem się w tłum. Niektórzy zaczęli krzyczeć: Dźaj Śri Ram! i Wande Mataram! Przyłączali się coraz to nowi i powoli ogarniało ich szaleństwo. Kilku wdarło się na posterunek i wyciągnęło ojca oraz pięciu jego przyjaciół. Zaczęli ich bić, zrazu pięściami i butami. Ale potem ktoś przyniósł łom, ktoś inny - lewar samochodowy. Nie mogłem zobaczyć wiele, ale kiedy pierwsze ciosy zaczęły padać, słyszałem ich krzyki...
Saddam wpatrywał się w Andźum.
- Nigdy jeszcze nie słyszałem takiego dźwięku... Dziwnego, wysokiego, nieludzkiego. Szybko jednak górę wzięły skowyty tłumu. Nie muszę ci o tym opowiadać, sama wiesz... - Głos Saddama stał się szeptem. - Wszyscy się przyglądali. Nikt nie zamierzał ich powstrzymać.
Opisał, jak skończywszy swą robotę, ludzie powsiadali do samochodów i wszyscy włączyli reflektory, tak że wydawało się, iż to wojskowy konwój. Jak rozpryskiwali kałuże z krwią ojca, jakby to była woda deszczowa. Jak droga wyglądała niczym ulica w starym mieście w dniu Bakr-Id.
- Ja byłem cząstką tłumu, który zabił mego ojca - powiedział Saddam.
Andźum poczuła, że jeszcze chwila, a jej osamotniony fort z mruczącymi ścianami i sekretnymi lochami raz jeszcze wzniesie się wokół niej. Siedzieli, Saddam i ona, niemal nie słysząc uderzeń swych serc. Nie potrafiła się zmusić do powiedzenia czegokolwiek. Nawet do wyrażenia sympatii. Saddam wiedział jednak, że ona słucha. Potrwało to chwilę, zanim znów przemówił.
- Kilka miesięcy później moja matka, z którą już wcześniej było niedobrze, umarła. Zostałem pod opieką wuja i babki. Rzuciłem szkołę, ukradłem trochę pieniędzy wujowi i wyjechałem do Delhi. Dotarłem do miasta z niewielką ilością pieniędzy i tylko tym ubraniem, które miałem na sobie. Żyła we mnie wyłącznie jedna ambicja: chciałem zabić tego sukinsyna Sehrawata. Kiedyś to zrobię. Spałem na ulicy, myłem samochody, przez kilka miesięcy pracowałem nawet przy ściekach miejskich. A potem mój przyjaciel Niradź, który jest z tej samej wioski co ja, a teraz pracuje w Miejskim Przedsiębiorstwie i którego znasz...
- Tak - odpowiedziała Andźum. - Wysoki, ładnie wyglądający chłopak...
- Tak, to on. Próbował zostać modelem, ale się nie udało... Nawet za to trzeba zapłacić alfonsom. Teraz prowadzi ciężarówkę dla Przedsiębiorstwa... Tak czy owak, Niradź pomógł mi znaleźć pracę tutaj, w kostnicy, gdzie po raz pierwszy się spotkaliśmy... Kilka lat po przyjeździe do Delhi mijałem salę telewizyjną, a telewizor ustawiony w oknie podawał wiadomości. To wtedy po raz pierwszy zobaczyłem nagranie wideo z powieszenia Saddama Husajna. Nic o nim nie wiedziałem, ale byłem pod wrażeniem odwagi i godności, z jaką ten człowiek stanął w obliczu śmierci. Kiedy kupiłem pierwszy telefon komórkowy, poprosiłem sprzedawcę, aby znalazł ten filmik i mi go wgrał. Oglądam go nieustannie. Chciałem być taki jak Husajn, postanowiłem więc zostać muzułmaninem i przyjąć jego imię. Czułem, że doda mi to odwagi do tego, co musiałem zrobić, i do poniesienia tego konsekwencji, tak jak on.
- Saddam Husajn był łajdakiem - powiedziała Andźum. - Zabił tylu ludzi...
- Może, ale był odważny... Widzisz... Spójrz.
Saddam wyjął swój odjazdowy smartfon z odjazdowo wielkim ekranem i wyświetlił filmik. Z dłoni zrobił daszek nad ekranem, aby dało się coś widzieć. To był filmik nagrany z telewizji, zaczynający się od reklamy Vaseline Intensive Moisturizing Cream, w której piękna dziewczyna smarowała sobie łokcie oraz łydki, a z rezultatów była niezwykle zadowolona. Następnie leciała reklama Departamentu Turystyki Dżammu i Kaszmiru - śnieżne krajobrazy i siedzący na sankach szczęśliwi ludzie w ciepłych odzieniach. Głos z tyłu mówił: "Dżammu i Kaszmir - tak biało, tak pięknie, tak ekscytująco". Potem spiker powiedział coś po angielsku i pojawił się Saddam Husajn, dawny prezydent Iraku, elegancki, ze szpakowatą brodą, w czarnym płaszczu i białej koszuli. Górował nad grupą mruczących mężczyzn, którzy - w spiczastych czarnych kapturach katów - otoczyli go i przyglądali się mu przez wycięcia na oczy. Ręce miał związane z tyłu. Stał nieruchomo do chwili, gdy jeden z mężczyzn obwiązał mu szyję czarnym szalem, gestami sugerując, iż materiał nie pozwoli stryczkowi przeciąć mu skóry. Zawiązana szarfa sprawiła, iż Saddam Husajn wyglądał jeszcze bardziej elegancko. Otoczony przez szwargoczących, zakapturzonych mężczyzn, wszedł na ruchomą klapę. Zawiązano mu na szyi kołyszącą się nad głową pętlę. Zmówił modlitwy. Ostatnim wyrazem na jego twarzy, zanim poleciał w głąb zapadni, była absolutna pogarda wobec katów.
- Chcę być takim rodzajem sukinsyna - powiedział Saddam. - Chcę zrobić to, co muszę zrobić, a potem chcę zapłacić cenę. A zapłacić chcę właśnie tak.
- Mam przyjaciela, który mieszka w Iraku - powiedziała Andźum, na której większe wrażenie zrobił chyba telefon Saddama niż wideo z egzekucji. - Guptadźi. Przysyła mi zdjęcia z Iraku. - Wydobyła swój telefon i pokazała Saddamowi zdjęcia, które D.D. Gupta przesyłał jej regularnie. - Guptadźi w swoim mieszkaniu w Bagdadzie, Guptadźi i jego iracka kochanka na pikniku, seria zdjęć ścian antywybuchowych, które Guptadźi budował w całym Iraku dla US Army. Niektóre były nowe, niektóre już poszczerbione dziurami od pocisków i pokryte graffiti. Na jednym ktoś napisał słynne słowa pewnego amerykańskiego generała: "Bądź profesjonalny, bądź uprzejmy, ale zawsze miej plan, jak zabić każdego, kogo spotkasz".
Andźum nie potrafiła czytać po angielsku; Saddam potrafił, jeśli robił to z odpowiednią starannością. Ale w tym przypadku nie chciał.
Andźum skończyła herbatę, a potem położyła się na wznak, ręce skrzyżowawszy nad oczami. Zdawało się, że zasnęła, ale nie - była tylko strapiona.
- A gdybyś nie wiedział... - powiedziała po jakimś czasie, jak gdyby kontynuowała rozmowę, i rzeczywiście tak było, tyle że wcześniej toczyła ją w swojej głowie. - Muszę ci powiedzieć, że my, muzułmanie, także jesteśmy jebańcami jak każdy inny. Myślę jednak, że jeszcze jeden morderca nie zaszkodzi reputacji naszej badnam kaum55, nasze imię i tak jest już zszargane. Tak czy owak, powoli, nie rób niczego w pośpiechu.
- Nie zrobię. Ale Sehrawat musi umrzeć.
Saddam zdjął okulary i zamknął oczy, zasłaniając je przed światłem. Puścił na telefonie starą hinduską piosenkę filmową i także zaczął ją podśpiewywać, fałszywie, ale z dużą pewnością siebie.
Biru wychłeptał zimną herbatę, która pozostała jeszcze na spodku, i odmaszerował z listkami herbaty na pysku.
Kiedy słońce stało się nieznośne, powrócili do środka, gdzie dalej płynęli przez swoje życia niczym para astronautów, zaprzeczających grawitacji i ograniczonych tylko przez zewnętrzne ściany ich kosmicznego statku w kolorze fuksji, o drzwiach barwy bladej pistacji.
To nie tak, że nie mieli planów.
Andźum czekała, aż umrze.
Saddam czekał, aż zabije.
A mile od nich we wzburzonym lesie dziecko czekało na narodziny...
W jakim języku spada deszcz na udręczone miasta?
Pablo Neruda
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Hidźra - mężczyzna uważający się za kobietę lub z innych powodów funkcjonujący pomiędzy płciami.
2 Darga - grobowiec sufickiego świętego.
3 Kadi / kazi - w tradycji muzułmańskiej sędzia w sprawach religijnych. Maulana - duchowny muzułmański.
4 Ittar - perfumy, pachnące olejki.
5 Raga - melodia, sposób śpiewania w muzyce hindustani. Bara chajal, ćejti, thumri - gatunki muzyczne.
6 Hakim - lekarz muzułmański.
8 Odwołanie do podziału na Indie i Pakistan, do którego doszło w 1947 r. i któremu towarzyszyły wzajemne pogromy hindusów i muzułmanów. Wydarzenie to nazywane jest często "Partition" ("Podział").
9 Odwołanie do protestów przeciw dominacji Pakistanu Zachodniego nad Pakistanem Wschodnim, które zostały w 1971 r. krwawo stłumione przez siły Pakistanu Zachodniego. Doprowadziło to do interwencji wojskowej Indii i wojny indyjsko-pakistańskiej, w wyniku której Pakistan Wschodni oddzielił się od Pakistanu i stał się państwem Bangladesz.
10 Samosa - trójkątny pierożek smażony w głębokim oleju.
12 Pathani - pasztuński; tu: rodzaj ubioru składającego się z tuniki i luźnych spodni.
14 Tanga / tonga - dwukołowy wóz.
15 Fitrat - natura, instynkt.
17 Nan khatai - rodzaj suchych ciastek z kardamonem.
18 Biriani - danie z ryżu i mięsa.
19 Śalwar - element tradycyjnego stroju kobiecego, workowate, zwężane na dole spodnie; nosi się do nich luźną koszulę kamiz, dlatego nazwa całego stroju brzmi śalwar kamiz.
20 Haweli - kamienica, rodzaj zabytkowego budynku.
21 Ustad (urdu), guru (sanskryt / hindi) - oba te słowa znaczą "nauczyciel". Użyte są tu w rodzaju męskim, choć opisują nauczycielkę hidźr.
22 Dao-peć - manewr, sztuczka.
23 Are jar - "Ech, stary!", "Ejże!", "O rany!"
24 Ind-o-Pak - dosłownie "Indie i Pakistan", tu w znaczeniu stałego konfliktu Indii z Pakistanem.
25 Dupatta - długa chusta okrywająca ramiona, stanowiąca element tradycyjnego stroju kobiecego.
26 Szpital Ptasi - potoczna nazwa szpitala dla zwierząt prowadzonego przez dźinistów; Phoolan Devi - słynna indyjska bandytka zmarła w 2001 r.; Begam Awadh - chodzi o legendę o królowej zlikwidowanego przez Brytyjczyków państw Awadh; Grzbiet (The Ridge) to łańcuch wzgórz przecinający Delhi i po części porośnięty lasami. Chodzi o faktyczne bądź legendarne miejsca i postaci, którymi fascynowali się zagraniczni dziennikarze w ramach stereotypowego postrzegania Indii.
27 Kurta - część tradycyjnego stroju męskiego; długa, rozcięta z boku tunika. Śarara, gharara - rodzaje sukien.
29 Gali, kuća - wąska uliczka, alejka.
31 Ćarpai - niskie łóżko, z plecionką zamiast materaca.
32 Hazrat Nizamuddin Olija był sufickim świętym, którego grobowiec znajduje się w Delhi. Jego czciciele raz do roku na święto wiosny zakładają żółte stroje lub elementy odzienia.
33 Pan - używka przygotowywana m.in. z liści betelu i orzechów palmy arekowej, często z dodatkiem tytoniu.
34 Sifli dźadu - czarna magia.
35 W Indiach premierem był wówczas Atal Bihari Vajpayee, który był i politykiem, i poetą, stąd określony jest jako "poeta-premier". Vajpayee jest członkiem nacjonalistycznej organizacji Rashtriya Swayamsevak Sangh, określonej jako "stara organizacja".
36 Khadim - opiekun grobowców świętych.
37 Hazrat Garib Nawaz (Moinuddin Ćiśti) - suficki święty, który pod koniec XII w. stworzył jedną z tradycji sufickich w Indiach. Jego grobowiec znajduje się w Adźmer w stanie Radźasthan.
38 Adźmer Śarif to potoczna nazwa dargi Ghariba Nawaza.
39 Ćadar - materiał składany w darze na grobie sufickiego świętego.
41 Ganeśa - hinduski bóg o ciele człowieka i głowie słonia.
43 Dźumki - kolczyki w formie dzwoneczków.
44 Kathak - rodzaj tańca indyjskiego.
45 Tak jak wcześniej "premier stanu" to Narendra Modi, ówczesny premier Gudźaratu, a Poeta-Premier to Atal Bihari Vajpayee, ówczesny premier Indii. Partia obu polityków, BJP, przegrała następne wybory ogólnoindyjskie (2004), ale wygrała wybory w Gudźaracie (2007), Modi pozostał więc premierem stanu.
46 Gharana - tradycja, a także miejsce i wspólnota, która tę tradycję kultywuje.
48 Lower Income Group (grupa niskodochodowa) - używana przez Ministerstwo Mieszkalnictwa i Walki z Miejskim Ubóstwem kategoria gospodarstw domowych z rocznym dochodem w granicach 3-6 lakhów. Lakh to w językach Indii określenie na 100 tysięcy rupii.
49 Garstin Bastion Road - wielka ulica w Delhi, słynąca z domów publicznych i sex-shopów. Teren wokół niej to największa w Delhi "dzielnica czerwonych latarni".
50 W 2004 r. koalicja pod wodzą partii Bharatiya Janata Party przegrała wybory i utraciła władzę. Atal Bihari Vajpayee przestał być premierem Indii. Władzę przejęła koalicja pod przewodnictwem Indyjskiego Kongresu Narodowego, a premierem został Manmohan Singh, który był z wyznania sikhem, a z wykształcenia ekomonistą, odtąd w tekście powieści nazywany "Królikiem w Potrzasku". Bharatiya Janata Party pozostała jednak u władzy w stanie Gudźarat, gdzie premierem pozostawał Narendra Modi (określany tu jako "Gudźarat ka Lalla"). 15 sierpnia, w dniu Święta Niepodległości, premier Indii tradycyjnie przemawia do narodu z zabytkowego Czerwonego Fortu w Delhi. Powyższy opis jest odwołaniem do przemowy nowego premiera, Manmohana Singha, z 15 sierpnia 2004 r.
51 Ranbaxy Laboratories Limited - indyjska firma farmaceutyczna. Kiedy w 1998 r. przekazała ośrodkowi opieki nad zwierzętami 32 psy rasy beagle, po raz kolejny wywołało to dyskusję nad granicami eksperymentów medycznych na zwierzętach, aczkolwiek firma twierdziła, że psy były przez nią nietknięte.
52 Korma - kawałki mięsa lub warzyw duszone w sosie, halwa - różnego rodzaju słodkie desery w formie słodkiej masy (np. z kaszy lub marchewek) z bakaliami, powstającej w wyniku gotowania w mleku, phirni - powstaje tak jak halwa, tyle że jednym z głównych składników jest ryż, faluda - rodzaj deseru: małe kawałki makaronu w słodkim syropie, zamzam - zapewne chodzi o zamzal halwę, składającą się z trzech rodzajów halw.
54 Dalit - politycznie poprawne określenie niedotykalnych. Ćamar - obraźliwe określenie jednej z kast niedotykalnych.
55 Badnam kaum - zniesławiona / niesławna wspólnota.