Ministerstwo czasu - Kaliane Bradley

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (34,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Pro­wa­dząca roz­mowę zwró­ciła się do mnie po imie­niu, co na­tych­miast prze­rwało moje roz­my­śla­nia. Na­wet ja nie uży­wam swo­jego imie­nia, choćby we wła­snej gło­wie. W do­datku po­praw­nie je wy­mó­wiła, co rzadko się zda­rza.

- Na­zy­wam się Adela - po­wie­działa. Miała opa­skę na oku i ja­sne włosy o bar­wie i fak­tu­rze siana. - Je­stem pod­se­kre­ta­rzem.

- Pod­se­kre­ta­rzem do spraw...

- Sia­daj.

To była moja szó­sta tura re­kru­ta­cji. Sta­no­wi­sko, o które się ubie­ga­łam, było otwarte wy­łącz­nie dla ak­tu­al­nych pra­cow­ni­ków rzą­do­wych. Ozna­czono je zwro­tem "wy­maga świa­dec­twa bez­pie­czeń­stwa", bo uży­cie pie­czątki "ści­śle tajne" na do­ku­men­tach za­wie­ra­ją­cych wi­dełki za­rob­ków by­łoby nie na miej­scu. Ni­gdy nie mia­łam do­stępu do in­for­ma­cji nie­jaw­nych na ta­kim po­zio­mie, więc nikt mi nie po­wie­dział, na czym w ogóle ma po­le­gać ta praca. Pen­sja wy­no­si­łaby jed­nak bli­sko trzy­krot­ność tego, co obec­nie za­ra­bia­łam, to­też chęt­nie po­go­dzi­łam się z nie­wie­dzą. Żeby do­trzeć do tego etapu, mu­sia­łam śpie­wa­jąco za­li­czyć eg­za­miny z pierw­szej po­mocy i me­tod za­pew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa oso­bom szcze­gól­nej tro­ski, a także test Mi­ni­ster­stwa Spraw We­wnętrz­nych na te­mat ży­cia w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Wie­dzia­łam je­dy­nie, że mia­ła­bym pra­co­wać w ści­słym kon­tak­cie z ja­kimś uchodźcą lub uchodź­cami o prio­ry­te­to­wym sta­tu­sie i nie­ty­po­wych po­trze­bach, jed­nak nie mia­łam po­ję­cia, skąd oni mieli po­cho­dzić. Zga­dy­wa­łam, że cho­dziło o ja­kichś waż­nych zbie­gów po­li­tycz­nych z Ro­sji albo Chin.

Adela, pod­se­kre­tarz bóg wie czego, od­gar­nęła za ucho pa­semko ja­snych wło­sów i roz­legł się przy tym wy­raźny chrzęst.

- Twoja matka też była uchodź­czy­nią, prawda? - za­gad­nęła; chyba jej od­biło, je­śli w ten spo­sób za­czy­nała roz­mowę o pracę.

- Zga­dza się, pro­szę pani.

- Z Kam­bo­dży - do­dała.

- Ow­szem.

Już kilka osób za­dało mi to py­ta­nie w trak­cie re­kru­ta­cji. Zwy­kle ro­bili to z py­ta­jącą in­to­na­cją, jakby ocze­ki­wali, że ich po­pra­wię, bo prze­cież nikt nie po­cho­dzi z Kam­bo­dży. Ale pani nie wy­gląda na Kam­bo­dżankę, pal­nął ja­kiś pa­jac w trak­cie jed­nego z po­cząt­ko­wych eta­pów, a po­tem spło­nił się jak lampka sy­gna­li­za­cyjna, bo roz­mowę na­gry­wano dla ce­lów mo­ni­to­ringu i szko­le­nia per­so­nelu. Do­sta­nie mu się za to po ła­pach. Jed­nak czę­sto sły­szę ta­kie ko­men­ta­rze, a oto, co one mają zna­czyć: wy­glą­dasz jak ktoś z naj­now­szej fali bia­łej imi­gra­cji - może z Hisz­pa­nii - i w ogóle nie spra­wiasz wra­że­nia, jak­byś tasz­czyła ze sobą cię­żar lu­do­bój­stwa, a to bar­dzo do­brze, bo ta­kie rze­czy po­tra­fią lu­dzi skon­ster­no­wać.

Po tych py­ta­niach nie na­stą­pił ża­den ciąg dal­szy z alu­zjami do ma­so­wych mor­dów. (Masz tam jesz­cze ja­kąś ro­dzinę gry­mas zro­zu­mie­nia? Jeź­dzisz cza­sami w od­wie­dziny współ­czu­jący uśmiech? By­łam tam raz ciem­nie­jący od łez i jacy tam są wi­szą­cych na dol­nej po­wiece sym­pa­tyczni lu­dzie...) Adela tylko ski­nęła głową. Za­sta­na­wia­łam się, czy sko­rzy­sta z rzadko wy­bie­ra­nej opcji nu­mer cztery i oświad­czy, że strasz­nie tam brudno.

- Tylko że ona ni­gdy nie po­wie­dzia­łaby o so­bie, że jest uchodź­czy­nią, czy na­wet byłą uchodź­czy­nią - wtrą­ci­łam. - Więc dziw­nie się czuję, gdy lu­dzie tak mó­wią.

- Osoby, z któ­rymi bę­dziesz współ­pra­co­wała, rów­nież rzadko uży­wają tego po­ję­cia. Wo­limy słowo "eks­paci". Od­po­wia­da­jąc na twoje po­cząt­kowe py­ta­nie: je­stem pod­se­kre­ta­rzem do spraw eks­pa­tria­cji.

- A cho­dzi o eks­pa­tów z...?

- Z prze­szło­ści.

- Słu­cham?

Adela wzru­szyła ra­mio­nami.

- Umiemy po­dró­żo­wać w cza­sie - oświad­czyła ta­kim to­nem, ja­kim można by opo­wia­dać o eks­pre­sie do kawy. - Wi­tamy w mi­ni­ster­stwie.

-

Każdy, kto oglą­dał do­wolny film o po­dró­żach w cza­sie albo czy­tał ja­kąś książkę na ten te­mat, albo tkwiąc kie­dyś w opóź­nio­nym środku trans­portu pu­blicz­nego, od­pły­nął my­ślami i za­czął kon­tem­plo­wać tę ideę, wie do­sko­nale, że wy­star­czy jedno py­ta­nie o fi­zyczne uza­sad­nie­nie tej kon­cep­cji i od razu bro­dzisz po kostki w gów­nie. Bo jak to niby ma dzia­łać? Jak w ogóle mo­głoby dzia­łać? Ist­nieję jed­no­cze­śnie na po­czątku i na końcu tej opo­wie­ści, co też jest swego ro­dzaju po­dróżą w cza­sie, więc mogę na to od­po­wie­dzieć: spo­kojna głowa. Wy­star­czy ci wie­dza, że w nie­da­le­kiej przy­szło­ści bry­tyj­ski rząd wy­na­lazł tech­no­lo­gię umoż­li­wia­jącą prze­no­sze­nie się w cza­sie, lecz jesz­cze nie spraw­dził jej eks­pe­ry­men­tal­nie.

Aby unik­nąć cha­osu, który z pew­no­ścią wy­nik­nąłby z wpro­wa­dze­nia ja­kich­kol­wiek zmian w bieg hi­sto­rii - o ile "hi­sto­rię" można po­strze­gać w ka­te­go­riach spój­nej, jed­no­to­ko­wej nar­ra­cji chro­no­lo­gicz­nej, co po­now­nie na­leży uznać za straszną pier­dołę - uzgod­niono, że do eks­trak­cji ko­niecz­nie na­leży wy­brać osoby z hi­sto­rycz­nych stref dzia­łań wo­jen­nych, ka­ta­strof na­tu­ral­nych i epi­de­mii. Bo prze­cież ina­czej i tak by zgi­nęły. Wy­do­by­cie ich z prze­szło­ści nie po­winno mieć za­tem wpływu na przy­szłość.

Nikt nie był w sta­nie prze­wi­dzieć, w jaki spo­sób po­dróż w cza­sie może się od­bić na ludz­kim or­ga­ni­zmie. Tak więc dru­gim waż­nym po­wo­dem, aby wy­bie­rać osoby, które w ich wła­snych cza­sach cze­kała śmierć, był fakt, że u nas też mo­gły być na nią na­ra­żone - to tro­chę jak zła­pać rybę głę­bi­nową i prze­nieść ją na plażę. Być może ludzki układ ner­wowy nie jest w sta­nie znieść od­dzia­ły­wa­nia tylu epok. Je­śli za­tem ci eks­paci w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku mie­liby do­stać tem­po­ral­nego od­po­wied­nika cho­roby de­kom­pre­syj­nej i wy­lą­do­wać w la­bo­ra­to­rium mi­ni­ster­stwa je­dy­nie po to, by roz­pły­nąć się w sza­ro­ró­żową ga­la­retę, to przy­naj­mniej - sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc - nie bę­dzie się to li­czyło jako mor­der­stwo.

Z ko­lei przyj­mu­jąc, że prze­żyją, na­le­ża­łoby ich trak­to­wać jak przy­stało na jed­nostki ludz­kie, co sta­no­wiło czyn­nik kom­pli­ku­jący sprawę. Gdy ma się do czy­nie­nia z uchodź­cami, zwłasz­cza en masse, le­piej nie my­śleć o nich jako o lu­dziach. To tylko robi ba­ła­gan w pa­pier­kach. Nie­mniej je­śli spoj­rzeć na tych eks­pa­tów z punktu wi­dze­nia praw czło­wieka, speł­nia­liby rzą­dowe kry­te­ria dla osób ubie­ga­ją­cych się o azyl po­li­tyczny. Za­tem ba­da­nie ich wy­łącz­nie pod ką­tem fi­zjo­lo­gicz­nych skut­ków po­dróży w cza­sie by­łoby etycz­nym nie­do­pa­trze­niem. Je­śli chcie­li­śmy wie­dzieć, czy rze­czy­wi­ście przy­sto­so­wali się do przy­szło­ści, eks­paci mu­sieli w niej za­miesz­kać, i to pod stałą ob­ser­wa­cją osób to­wa­rzy­szą­cych, na czym wła­śnie - jak się oka­zało - miała po­le­gać praca, którą udało mi się zdo­być. Na­zy­wano nas po­mo­stami - moim zda­niem dla­tego, że okre­śle­nie "asy­stent" ko­ja­rzy­łoby się z go­rzej płat­nym sta­no­wi­skiem.

Ję­zyk prze­szedł na prze­strzeni wie­ków długą drogę. Na przy­kład słowo "cie­kawy" ozna­czało kie­dyś "prędki". "List" ozna­czało "liść". "Uchodźcę" zaś na­zy­wało się daw­niej "za­bie­gl­cem" - oba po­ję­cia mają jed­nak po­dobną se­man­tykę: cho­dzi w nich o osobę, która opusz­cza w po­śpie­chu swój dom, aby szu­kać bez­piecz­nego schro­nie­nia.

I tak wła­śnie nam mó­wiono: że spro­wa­dzamy eks­pa­tów do miej­sca, gdzie będą bez­pieczni. Tego, że może to nie być prawdą, sta­ra­li­śmy się nie wi­dzieć.

-

Kiedy do­sta­łam tę pracę, ska­ka­łam z ra­do­ści. Na po­przed­nim sta­no­wi­sku - w sek­cji lin­gwi­stycz­nej Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej - wy­żej już bym nie za­szła. Pra­co­wa­łam tam jako tłu­maczka i kon­sul­tantka spe­cja­li­zu­jąca się w Azji Po­łu­dniowo-Wschod­niej, a do­kład­nie w Kam­bo­dży. Ję­zy­ków, z któ­rych prze­kła­da­łam, na­uczy­łam się na stu­diach. Ow­szem, w domu matka mó­wiła do nas po khmer­sku, jed­nak w okre­sie do­ra­sta­nia wszystko za­po­mnia­łam. Swoje dzie­dzic­two kul­tu­rowe przy­ję­łam jak osoba z ze­wnątrz.

Praca w sek­cji lin­gwi­stycz­nej cał­kiem mi się po­do­bała, pra­gnę­łam jed­nak zo­stać tajną agentką i po dwu­krot­nym ob­la­niu eg­za­minu wstęp­nego nie bar­dzo wie­dzia­łam, jak mam po­kie­ro­wać ka­rierą. Nie to ma­rzyło się moim ro­dzi­com. Gdy by­łam jesz­cze ma­lutka, matka otwar­cie po­wie­działa mi o swo­ich am­bi­cjach. Chciała, że­bym zo­stała pre­mierką. Jako pre­mierka mo­gła­bym "zro­bić coś" z bry­tyj­ską po­li­tyką za­gra­niczną, a do tego za­pra­szać ją i tatę na ele­ganc­kie ofi­cjalne rauty. Mia­ła­bym też szo­fera (matka ni­gdy nie na­uczyła się pro­wa­dzić sa­mo­chodu, więc szo­fer miał duże zna­cze­nie). Lecz na nie­szczę­ście wpo­iła mi rów­nież lęk przed kar­micz­nymi skut­kami plot­kar­stwa i kłam­stwa - czwarta za­sada bud­dy­zmu nie po­zo­sta­wia tu miej­sca na wąt­pli­wo­ści - tak więc moja ka­riera w po­li­tyce za­koń­czyła się, kiedy mia­łam osiem lat, czyli nim jesz­cze zdą­żyła się za­cząć.

Moja sio­stra wy­ka­zy­wała znacz­nie więk­szy dryg do ob­łudy. Ja pod­cho­dzi­łam do ję­zyka prze­pi­sowo - ona ro­biła uniki, ma­ni­pu­lo­wała nim za­dzie­rzy­ście. Wła­śnie dla­tego ja skoń­czy­łam jako tłu­maczka, ona zaś - jako pi­sarka. No, w każ­dym ra­zie usi­ło­wała stać się pi­sarką, ale osta­tecz­nie zo­stała re­dak­torką. Moja pen­sja była znacz­nie wyż­sza, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że ro­dzice ro­zu­mieli, na czym po­lega moja praca - po­wie­dzia­ła­bym więc, że karma po­trak­to­wała mnie życz­li­wie. Sio­stra sko­men­to­wa­łaby to czymś w stylu: weź idź się pier­dol. Wiem jed­nak, że zro­bi­łaby to z pełną sym­pa­tią. Chyba.

-

Aż do dnia, kiedy mie­li­śmy po­znać eks­pa­tów, nie za­prze­sta­li­śmy kłótni o samo po­ję­cie "eks­paci".

- Skoro to uchodźcy - upie­rała się Si­mel­lia, jedna z po­zo­sta­łych po­mo­stów - to po­win­ni­śmy ich na­zy­wać uchodź­cami. Prze­cież oni nie za­miesz­kają w let­nim domku w Pro­wan­sji.

- Tylko że oni nie­ko­niecz­nie sami będą się uwa­żali za uchodź­ców - od­parła pod­se­kre­tarz Adela.

- A ktoś już ich py­tał o zda­nie?

- Prze­waż­nie uwa­żają się za ofiary po­rwa­nia. Dzie­więt­na­ście-szes­na­ście my­śli, że tra­fił za li­nię wroga. Szes­na­ście-sześć­dzie­siąt-pięć uważa, że umarła.

- I prze­ka­zują ich nam już dzi­siaj?

- Sek­cja do­bro­stanu uważa, że dal­sze prze­trzy­my­wa­nie na od­dziale ne­ga­tyw­nie wpły­nie na ich akli­ma­ty­za­cję - wy­tłu­ma­czyła Adela, obo­jętna jak sys­tem ar­chi­wi­za­cji do­ku­men­tów.

Na­sza kłót­nia - czy ra­czej kłót­nia Si­mel­lii z Adelą - od­by­wała się w jed­nym z nie­zli­czo­nych po­miesz­czeń mi­ni­ster­stwa. Wszyst­kie miały ko­lor żwiru, świa­tła wpusz­czone w su­fit i ogól­nie mo­du­larny wy­gląd su­ge­ru­jący, że każde drzwi pro­wa­dzą do ko­lej­nej iden­tycz­nej prze­strzeni, a po­tem ko­lej­nej i jesz­cze ko­lej­nej. Ta­kie po­miesz­cze­nia pro­jek­tuje się po to, aby sprzy­jały biu­ro­kra­cji.

To miała być ostat­nia wspólna od­prawa dla pię­ciu po­mo­stów: Si­me­lii, Ral­pha, Ivana, Eda i mnie. Wszy­scy mie­li­śmy za sobą sze­ścio­eta­pową re­kru­ta­cję, która sta­no­wiła me­ta­fo­ryczny od­po­wied­nik bo­ro­wa­nia trzo­now­ców. "Czy kie­dy­kol­wiek otrzy­ma­łaś wy­rok lub by­łaś w inny spo­sób uwi­kłana w ja­kie­kol­wiek dzia­ła­nia mo­gące pod­wa­żyć twój sta­tus bez­pie­czeń­stwa?" Po­tem na­stą­piło dzie­więć mie­sięcy przy­go­to­wań. Nie­skoń­czo­nych grup ro­bo­czych i we­ry­fi­ka­cji in­for­ma­cji. Kon­stru­owa­nia sta­no­wisk-przy­kry­wek w na­szych po­przed­nich re­sor­tach (Obrona, Dy­plo­ma­cja, MSW). Aż wresz­cie zna­leź­li­śmy się tu­taj, w po­koju, gdzie sły­szało się prąd w ża­rów­kach, go­towi two­rzyć hi­sto­rię.

- I nie wy­daje wam się - za­py­tała Si­mel­lia - że jak pu­ści­cie ich w świat w prze­ko­na­niu, że to ży­cie po­śmiertne albo Front Za­chodni, to to też może wpły­nąć na ich ad­ap­ta­cję? Py­tam i jako psy­cho­lożka, i jako czło­wiek ob­da­rzony nor­mal­nym po­zio­mem em­pa­tii.

Adela wzru­szyła ra­mio­nami.

- Może. Ale w tym kraju jesz­cze ni­gdy nie mie­li­śmy eks­pa­tów z prze­szło­ści. Kto wie, może nie mi­nie rok, a wy­koń­czą ich ge­ne­tyczne mu­ta­cje.

- Mamy się tego spo­dzie­wać? - za­py­ta­łam z nie­po­ko­jem.

- Nie wiemy, czego się spo­dzie­wać. Wła­śnie dla­tego do­sta­li­śmy tę ro­botę.

-

W kom­na­cie, którą mi­ni­ster­stwo przy­go­to­wało w celu prze­ka­za­nia nam eks­pa­tów, pa­no­wała at­mos­fera daw­nego ce­re­mo­niału: drew­niane bo­aze­rie, olejne ma­lo­wi­dła, wy­so­kie skle­pie­nie. Zde­cy­do­wa­nie była bar­dziej re­pre­zen­ta­cyjna niż po­zo­stałe mo­du­łowe po­miesz­cze­nia. Pew­nie za jej wy­bór od­po­wia­dał ktoś z ad­mi­ni­stra­cji, komu na­tura nie szczę­dziła dra­ma­tycz­nej żyłki. Są­dząc po wy­stroju, a zwłasz­cza po tym, jak szyby spłasz­czały świa­tło sło­neczne, ten po­kój za­pewne nie zmie­nił się od dzie­więt­na­stego wieku. Mój opie­kun Qu­en­tin cze­kał już na miej­scu. Miał kwa­śną minę, lecz u nie­któ­rych lu­dzi w ten spo­sób prze­ja­wia się pod­nie­ce­nie.

Za­nim zdą­ży­łam się przy­go­to­wać, zza drzwi na dru­gim końcu po­miesz­cze­nia wy­ło­nił się mój eks­pat w ob­sta­wie dwóch agen­tów.

Był blady, miał ścią­gniętą twarz. Ostrzy­gli go tak krótko, że loki mu się spłasz­czyły. Ob­ró­cił głowę, aby ro­zej­rzeć się po po­koju, a ja do­strze­głam w jego pro­filu im­po­nu­jący nos, przy­po­mi­na­jący szklar­niowy kwiat wy­ra­sta­jący twa­rzy. Był ude­rza­jąco atrak­cyjny i ude­rza­jąco duży. Gore w ogóle miał w so­bie ja­kąś roz­bu­chaną ob­fi­tość cech, co nada­wało mu wy­gląd po­staci z hi­per­re­ali­stycz­nego ob­razu.

Sta­nął wy­pro­sto­wany jak struna i zmie­rzył wzro­kiem mo­jego opie­kuna. Na mnie tylko zer­k­nął i z ja­kie­goś po­wodu za­raz od­wró­cił głowę.

Wy­stą­pi­łam do przodu i jego spoj­rze­nie znowu do mnie wró­ciło.

- Po­rucz­nik Gore?

- Tak.

- Je­stem pana po­mo­stem.

-

Gra­ham Gore (ko­man­dor po­rucz­nik, Kró­lew­ska Ma­ry­narka Wo­jenna, ok. 1809 - ok. 1847) prze­by­wał w dwu­dzie­stym pierw­szym stu­le­ciu już od pię­ciu ty­go­dni, choć, jak po­zo­stali eks­paci, tylko przez nie­wielką część tego okresu był w pełni przy­tomny. Pro­ces eks­trak­cji za­koń­czył się dla niego dwu­ty­go­dniową ho­spi­ta­li­za­cją - w jego na­stęp­stwie dwoje z pier­wot­nych sied­miorga eks­pa­tów zmarło i po­zo­stała tylko piątka. Wy­le­czono mu za­pa­le­nie płuc, po­ważne od­mro­że­nia, wcze­sne sta­dium szkor­butu i dwa zła­mane palce u stóp, na któ­rych bez­tro­sko cho­dził. Miał też rany po pa­ra­li­za­to­rze, bo strze­lał do dwóch człon­ków ekipy eks­trak­cyj­nej, więc ten trzeci zmu­szony zo­stał do otwar­cia ognia.

Trzy­krot­nie usi­ło­wał zbiec z mi­ni­ste­rial­nego od­działu szpi­tal­nego i trzeba mu było po­da­wać środki uspo­ka­ja­jące. Gdy już prze­stał się szar­pać, po­słali go na pod­sta­wową orien­ta­cję z udzia­łem psy­cho­lo­gów i wik­to­ria­ni­stów. Ce­lem ła­twiej­szej ad­ap­ta­cji po­cząt­kowo prze­ka­zano eks­pa­tom je­dy­nie taką wie­dzę, którą dało się bez­po­śred­nio za­sto­so­wać. Gore przy­szedł więc do mnie uzbro­jony w pod­sta­wowe in­for­ma­cje o sieci elek­trycz­nej, sil­niku o spa­la­niu we­wnętrz­nym i sys­te­mie hy­drau­licz­nym. Nie miał na­to­miast po­ję­cia o obu woj­nach świa­to­wych ani zim­nej woj­nie, o re­wo­lu­cji sek­su­al­nej lat sześć­dzie­sią­tych ani woj­nie z ter­ro­ry­zmem. Na wstę­pie po­wie­dzieli mu o roz­pa­dzie Im­pe­rium Bry­tyj­skiego i źle to zniósł.

Mi­ni­ster­stwo za­ła­twiło auto, które za­wio­zło nas do domu. Gore wie­dział, przy­naj­mniej w teo­rii, co to są sa­mo­chody, jed­nak ni­gdy jesz­cze żad­nym nie je­chał. Ga­pił się przez szybę, po­bla­dły z (jak przy­pusz­cza­łam) oszo­ło­mie­nia.

- Je­śli ma pan ja­kie­kol­wiek py­ta­nia - ode­zwa­łam się - pro­szę się nie krę­po­wać. Ro­zu­miem, że to dla pana spora zmiana.

- Rad je­stem, wi­dząc, że na­wet w przy­szło­ści nie zgi­nęła w An­gli­kach sztuka iro­nicz­nego nie­do­po­wie­dze­nia - od­parł, nie pa­trząc na mnie.

Miał pie­przyk na szyi, pod mał­żo­winą uszną. Na je­dy­nym za­cho­wa­nym da­ge­ro­ty­pie ubrany był na mo­dłę lat czter­dzie­stych dzie­więt­na­stego wieku, z kra­wa­tem na wy­so­kim koł­nie­rzyku. Ten pie­przyk przy­cią­gał mój wzrok.

- To jest Lon­dyn? - za­py­tał wresz­cie.

- Zga­dza się.

- Ilu lu­dzi tu obec­nie żyje?

- Bli­sko dzie­więć mi­lio­nów.

Od­chy­lił się na opar­cie i za­mknął oczy.

- Zbyt ogromna to liczba, by mo­gła być praw­dziwą - wy­mam­ro­tał. - Za­mie­rzam za­po­mnieć, że mi to pani po­wie­działa.

-

Dom, który za­pew­niło mi­ni­ster­stwo, był póź­no­wik­to­riań­skim bu­dyn­kiem z czer­wo­nej ce­gły, pier­wot­nie prze­zna­czo­nym dla oko­licz­nych ro­bot­ni­ków. Gdyby Gore do­żył w swych cza­sach osiem­dzie­siątki, wi­działby, jak go bu­dują. A tak - miał trzy­dzie­ści sie­dem lat i nie za­ła­pał się ani na kry­no­liny, ani na Opo­wieść o dwóch mia­stach, ani na nada­nie praw kla­sie ro­bot­ni­czej.

Wy­siadł z sa­mo­chodu i ro­zej­rzał się po ulicy w jedną i w drugą stronę ze znu­że­niem ko­goś, kto wła­śnie prze­je­chał cały kon­ty­nent i te­raz nie może zna­leźć swo­jego ho­telu. Wy­sko­czy­łam za nim. Usi­ło­wa­łam zo­ba­czyć to, co on. Może bę­dzie mnie wy­py­ty­wał o auta za­par­ko­wane wzdłuż ulicy albo la­tar­nie.

- Ma pani klu­cze? - za­czął. - Czy też drzwi otwie­rają się obec­nie na ma­giczne ha­sło?

- Nie, mam...

- Se­za­mie, otwórz się - zwró­cił się po­sęp­nym to­nem do skrzynki na li­sty.

Po wej­ściu do środka za­pro­po­no­wa­łam, że za­pa­rzę her­batę. Od­parł, że - za moim po­zwo­le­niem - chciałby obej­rzeć dom. Zgo­dzi­łam się. Wy­cieczka była krótka. Po­ru­szał się sta­now­czym kro­kiem, jakby spo­dzie­wał się na­po­tkać opór. Gdy wró­cił do kuchni po­łą­czo­nej z ja­dal­nią i sta­nął oparty o fra­mugę drzwi, spię­łam się aż do bólu. To była trema, ale też spóź­niony szok wy­ni­ka­jący z jego nie­moż­li­wej obec­no­ści. Im bar­dziej tam był - a był cały czas - tym bar­dziej mia­łam wra­że­nie, jak­bym wy­py­chała się łok­ciami z wła­snego ciała. Prze­ży­wa­łam wła­śnie coś, co cał­ko­wi­cie prze­pi­sy­wało nar­ra­cję, i do­świad­cza­łam tego całą sobą. Usi­ło­wa­łam spoj­rzeć na sie­bie z ze­wnątrz, żeby zna­leźć w tym ja­kiś sens. Za­go­ni­łam to­rebkę z her­batą do kra­wę­dzi kubka.

- Czy my bę­dziemy ze sobą... ko­ha­bi­to­wać? - za­py­tał.

- Zga­dza się. Każ­demu eks­pa­towi przy­dzie­lono na rok wła­sny po­most. Mamy wam po­móc w przy­sto­so­wa­niu się do no­wego ży­cia.

Skrzy­żo­wał ręce na piersi i przyj­rzał mi się uważ­nie. Oczy miał w ko­lo­rze orze­chów la­sko­wych, z ni­kłymi plam­kami zie­leni i oto­czone gę­stymi rzę­sami. Były jed­no­cze­śnie ude­rza­jące i nie­ko­mu­ni­ka­tywne.

- Ale pani jest ko­bietą nie­za­mężną? - do­cie­kał.

- Ow­szem. W tym stu­le­ciu nie jest to ni­czym nie­wła­ści­wym. Gdy już uznają, że może pan zin­te­gro­wać się ze spo­łe­czeń­stwem, poza mi­ni­ster­stwem lub w obec­no­ści osób spoza pro­jektu, po­wi­nien pan na­zy­wać mnie współ­lo­ka­torką.

- Współ­lo­ka­torka - po­wtó­rzył wzgar­dli­wie. - Ja­kież są ko­no­ta­cje tego po­ję­cia?

- Że je­ste­śmy dwoj­giem osób nie­po­zo­sta­ją­cych z ni­kim w związku mał­żeń­skim, że dzie­limy się kosz­tami wy­najmu domu i nie łą­czy nas re­la­cja ro­man­tyczna.

Chyba mu ulżyło.

- Cóż, oby­czaj oby­cza­jem, lecz nie wiem, czy można to na­zwać przy­zwo­itą umową - stwier­dził. - Skoro jed­nak do­pu­ści­li­ście tu aż dzie­więć mi­lio­nów osób, być może jest to nie­unik­nione.

- Mhm. Ta biała skrzynka z uchwy­tem przy pana łok­ciu... Na­zy­wamy to lo­dówką. Czy mogę pro­sić, żeby otwo­rzył pan drzwi i wy­jął mleko?

Otwo­rzył lo­dówkę i przyj­rzał się wnę­trzu.

- Lo­dow­nia - sko­men­to­wał z za­cie­ka­wie­niem.

- Mniej wię­cej. Za­si­lana jest na prąd. Zdaje mi się, że ob­ja­śniano już panu, co to jest elek­trycz­ność...

- Ow­szem. Je­stem także świa­dom, iż Zie­mia ob­raca się wo­kół Słońca. Może za­osz­czę­dzi to pani nieco czasu. - Wy­su­nął szu­fladę na wa­rzywa. - A za­tem wciąż ist­nieją mar­chewki. I ka­pu­sta. A jakże mam roz­po­znać mleko? Ufam, iż upewni mnie pani, że na­dal po­cho­dzi ono od krów.

- Jak naj­bar­dziej. Jest na gór­nej półce w ma­łej bu­telce z błę­kitną na­krętką.

Za­ha­czył pal­cem o uchwyt opa­ko­wa­nia i po­dał mi je.

- Czyżby słu­żąca miała dziś wy­chodne?

- Nie mamy słu­żą­cej. Ani ku­charki. Więk­szość rze­czy ro­bimy sami.

- Ach tak - sko­men­to­wał. I po­bladł.

-

Za­po­zna­łam go z pralką, ku­chenką ga­zową, ra­diem i od­ku­rza­czem.

- Oto więc wa­sze słu­żące - stwier­dził.

- Tu się pan nie myli.

- A gdzie sied­mio­mi­lowe buty?

- Tych jesz­cze nie mamy.

- Czapka nie­widka? Skrzy­dła Ikara mo­gące wy­trzy­mać żar Słońca?

- Też nie.

Uśmiech­nął się.

- Okieł­zna­li­ście siłę gromu - sko­men­to­wał - i po­słu­żyła wam ona do unik­nię­cia nu­żą­cych po­szu­ki­wań po­mocy do­mo­wej.

- No... - za­czę­łam, po czym za­ser­wo­wa­łam mu przy­go­to­waną za­wczasu prze­mowę o mo­bil­no­ści spo­łecz­nej i obo­wiąz­kach do­mo­wych, po­ru­sza­jąc przy tym kwe­stie płacy mi­ni­mal­nej, wiel­ko­ści prze­cięt­nego do­mo­stwa oraz ko­biet na rynku pracy. Za­jęło mi to pełne pięć mi­nut i pod ko­niec zmie­ni­łam re­jestr na ten sam drżący i płynny ton, ja­kim daw­niej za­kli­na­łam ro­dzi­ców, aby po­zwo­lili mi wró­cić do domu póź­niej niż zwy­kle.

Gdy wresz­cie skoń­czy­łam, rzekł tylko:

- Dra­ma­tyczny spa­dek za­trud­nie­nia w na­stęp­stwie "pierw­szej" wojny świa­to­wej?

- Ee...

- Może ob­ja­śni mi to pani ju­tro.

To wszystko, co pa­mię­tam z tych naj­wcze­śniej­szych go­dzin w jego to­wa­rzy­stwie. Po­tem się roz­dzie­li­li­śmy i resztę ga­sną­cego dnia spę­dzi­li­śmy, wy­mi­ja­jąc się na­wza­jem nie­śmiało jak pę­che­rzyki w lam­pie la­wo­wej. Spo­dzie­wa­łam się, że po po­dróży w cza­sie może prze­żyć ja­kiś epi­zod psy­cho­tyczny i na­wet za­sy­pać mnie wy­zwi­skami lub rzu­cić się na mnie w mor­der­czym szale. Ale tylko do­ty­kał róż­nych przed­mio­tów kom­pul­syw­nym, głasz­czą­cym ge­stem, co - jak się póź­niej do­wie­dzia­łam - wy­ni­kało z per­ma­nent­nego uszko­dze­nia za­koń­czeń ner­wo­wych na sku­tek od­mro­żeń. Pięt­na­ście razy z rzędu spłu­kał to­a­letę i wpa­try­wał się bez­gło­śnie jak pu­stułka, gdy zbior­nik od nowa na­peł­niał się wodą - nie wiem, czy był tym za­chwy­cony, czy ra­czej skon­ster­no­wany. W dru­giej go­dzi­nie pod­ję­li­śmy próbę po­sie­dze­nia w tym sa­mym po­koju. Pod­nio­słam głowę, gdy usły­sza­łam, jak ostro wciąga po­wie­trze przez nos, i zdą­ży­łam zo­ba­czyć, że od­suwa palce od ża­rówki w lam­pie. Na pe­wien czas wy­co­fał się do swo­jej sy­pialni, ja zaś wy­szłam na ga­nek na ty­łach domu. Był ła­godny wio­senny wie­czór. Po ogro­dzie drep­tały go­łę­bie grzy­wa­cze, wy­trzesz­czone jak idioci i po brzuch nu­rza­jące się w ko­ni­czy­nie.

Na­gle z góry do­le­ciał mnie ostrożny po­lo­nez od­gry­wany na in­stru­men­cie dę­tym drew­nia­nym. Po chwili dźwięk za­czął drżeć i ucichł, a po kilku mi­nu­tach w kuchni roz­le­gły się kroki. Go­łę­bie od­le­ciały spło­szone, fur­kot ich skrzy­deł brzmiał jak prze­łknięty śmiech.

- Czy to mi­ni­ster­stwo za­pew­niło ten flet? - za­py­tał Gore, zwra­ca­jąc się do tyłu mo­jej głowy.

- Zga­dza się. Po­wie­dzia­łam im, że to może pana uspo­koić.

- Aha. Dzię­kuję. Czyli pani... wie­działa, że gram na fle­cie?

- Jest o tym mowa w kilku za­cho­wa­nych li­stach albo od pana, albo o panu wspo­mi­na­ją­cych.

- A czy czy­tała pani rów­nież te li­sty, w któ­rych roz­wo­dzę się nad swą ma­nią pod­pa­la­nia i ma­ka­bryczną skłon­no­ścią do udziału w nie­le­gal­nych za­pa­sach gęsi?

Od­wró­ci­łam się i wle­pi­łam w niego zszo­ko­wane spoj­rze­nie.

- Taka kro­to­chwila - wy­ja­śnił wresz­cie.

- Aha. Mam się ich czę­sto spo­dzie­wać?

- To za­leży od tego, jak czę­sto bę­dzie pani za­ska­ki­wać mnie stwier­dze­niami w ro­dzaju: "Czy­ta­łam pana pry­watną ko­re­spon­den­cję". Po­zwoli pani, że się do niej przy­łą­czę?

- Pro­szę bar­dzo.

Usiadł przy mnie, po­zo­sta­wia­jąc mię­dzy nami mniej wię­cej trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trową prze­rwę. Z oko­licy na­pły­wały od­głosy co­dzien­no­ści, choć wszyst­kie zda­wały się na­śla­do­wać coś in­nego. Wiatr w drze­wach brzmiał jak szum wody. Wie­wiórki traj­ko­tały jak dzieci. Od­le­głe roz­mowy przy­po­mi­nały chrzęst ka­my­ków pod no­gami. Mia­łam wra­że­nie, że po­win­nam mu to wszystko ob­ja­śniać, jakby nie wie­dział, co to są drzewa.

Za­bęb­nił pal­cami o ga­nek.

- Spo­dzie­wam się - za­gad­nął ostroż­nie - że w wa­szych cza­sach wy­zwo­li­li­ście się już od nie­smacz­nych wy­stęp­ków w ro­dzaju pa­le­nia ty­to­niu.

- Spóź­nił się pan o ja­kieś pięt­na­ście lat. Pa­le­nie wła­śnie wy­cho­dzi z mody. Ale mam dla pana do­bre wie­ści.

Wsta­łam - Gore od­wró­cił głowę, żeby nie pa­trzeć na moje gołe łydki - i po­szłam do kuchni po paczkę pa­pie­ro­sów oraz za­pal­niczkę, po czym wró­ci­łam.

- Pro­szę. Ko­lejna rzecz, o którą po­pro­si­łam mi­ni­ster­stwo. W dwu­dzie­stym wieku cy­gara zo­stały w za­sa­dzie wy­parte przez pa­pie­rosy.

- Dzię­kuję. Na pewno się przy­zwy­czaję.

Za­jął się roz­gry­za­niem, jak usu­nąć z paczki pla­sti­kową fo­lię - którą ostroż­nie scho­wał do kie­szeni - i po­słu­żyć się za­pal­niczką. Skrzy­wił się na wi­dok ety­kietki z ostrze­że­niem. Ja tym­cza­sem wle­pi­łam wzrok w traw­nik, czu­jąc się tak, jak­bym mu­siała ob­słu­gi­wać swoje płuca ma­nu­al­nie.

Po kilku se­kun­dach Gore ode­tchnął głę­boko z wy­raźną ulgą.

- Le­piej?

- Aż wstyd mi przy­znać, o ile. Hmm. W mo­ich cza­sach do­brze wy­cho­wane młode pa­nienki nie po­zwa­lały so­bie na ty­toń. Wi­dzę jed­nak, że za­szły wiel­kie zmiany. Choćby w dłu­go­ści su­kien. Pani pali?

- Nie...

Po raz pierw­szy uśmiech­nął się, pa­trząc mi pro­sto w twarz. Do­łeczki na­zna­czyły jego po­liczki jak cu­dzy­słowy.

- Cóż za cie­kawy ton. A może daw­niej zwy­kła pani po­pa­lać?

- Ow­szem.

- Czyżby za­rzu­ciła to pani z po­wodu owego ra­żą­cego ostrze­że­nia na pacz­kach?

- Po­nie­kąd. Jak wspo­mi­na­łam, pa­le­nie stało się te­raz nie­modne, bo od­kry­li­śmy, jak bar­dzo szko­dzi zdro­wiu. A, do cho­lery. Po­czę­stuje mnie pan?

Jego do­łeczki, wraz z uśmie­chem, znik­nęły na dźwięk słowa "cho­lera". Pew­nie z jego punktu wi­dze­nia rów­nie do­brze mo­głam po­wie­dzieć "kurwa mać". Za­sta­na­wia­łam się, co to bę­dzie, gdy wresz­cie rze­czy­wi­ście to po­wiem, bo rzu­ca­łam "kurwą" co naj­mniej pięć razy dzien­nie. Nie­mniej wy­cią­gnął do mnie paczkę, a po­tem z ana­chro­niczną ga­lan­te­rią po­dał mi ogień.

Przez pe­wien czas pa­li­li­śmy w mil­cze­niu. W któ­rymś mo­men­cie pod­niósł pa­lec i po­ka­zał na niebo.

- Cóż to ta­kiego?

- To sa­mo­lot. Ae­ro­plan, jak je daw­niej na­zy­wano. To taki... hmm. Taki sta­tek, tylko na nie­bie.

- Więc w nim są lu­dzie?

- Pew­nie około setki.

- W ta­kiej ma­lut­kiej strza­łeczce? - Śle­dził sa­mo­lot wzro­kiem, mru­żąc oczy nad pa­pie­ro­sem. - Jak wy­soko się znaj­duje?

- Około dzie­się­ciu ki­lo­me­trów.

- Tak jak przy­pusz­cza­łem. No, no. Więc jed­nak ten okieł­znany grom przy­dał się wam do cze­goś cie­ka­wego. Ten "sa­mo­lot" chyba bar­dzo szybko leci.

- Ow­szem. Lot z Lon­dynu do No­wego Jorku zaj­muje osiem go­dzin.

Gore za­kasz­lał gwał­tow­nie, wy­pusz­cza­jąc z ust kłąb dymu.

- Hmm... pro­sił­bym, aby chwi­lowo za­prze­stała pani udzie­la­nia mi in­for­ma­cji - po­wie­dział. - Jak na dziś to... to w zu­peł­no­ści wy­star­czy. - Roz­gniótł pa­pie­ros o ga­nek. - Osiem go­dzin - mruk­nął. - No, ale prze­cież na nie­bie za­pewne nie ma pły­wów.

-

Tam­tej nocy spa­łam nie­przy­jem­nie lekko, mój mózg ba­lan­so­wał na kra­wę­dzi nie­świa­do­mo­ści jak nóżka owada na me­ni­sku stawu. Wresz­cie nie tyle się obu­dzi­łam, ile da­łam so­bie spo­kój.

Na wy­kła­dzi­nie w ko­ry­ta­rzu uj­rza­łam wielki ję­zo­ro­waty cień, który cią­gnął się od za­mknię­tych drzwi ła­zienki aż do mo­jej sy­pialni. Gdy na niego na­stą­pi­łam, zro­bił chlup.

- Po­rucz­niku Gore?

- O - do­biegł mnie stłu­miony głos z ła­zienki. - Dzień do­bry.

Drzwi otwo­rzyły się, za­wsty­dzone.

Gore był już w pełni ubrany i sie­dział na kra­wę­dzi wanny, pa­ląc pa­pie­rosa. Dno wanny po­kry­wała war­stewka pa­pie­ro­so­wego po­piołu i my­dlin, jak po cof­nię­tym przy­pły­wie. W my­del­niczce le­żały dwa zga­szone nie­do­pałki.

Jak się prze­ko­na­łam, wszystko to miało mu wejść w na­wyk: wcze­sna po­budka, ką­piel i strzą­sa­nie po­piołu do wanny. Ni­gdy nie dał się na­mó­wić na wy­le­gi­wa­nie się w łóżku oraz bra­nie prysz­nica - któ­rego nie lu­bił i który jego zda­niem był "nie­hi­gie­niczny" - a także na ko­rzy­sta­nie z po­piel­niczki, którą osten­ta­cyj­nie sta­wia­łam na brzegu wanny. Krę­po­wał się też na wi­dok mo­jej go­larki, sam uży­wał do go­le­nia brzy­twy, a także na­le­gał, by­śmy uży­wali osob­nych ko­stek my­dła.

Ale wszystko to cze­kało jesz­cze w przy­szło­ści. Tam­tego pierw­szego ranka był je­dy­nie Gore, który od­pa­lał pa­pie­rosa za pa­pie­ro­sem, i rura z wodą, wy­krwa­wia­jąca się na śmierć. Zbior­nik WC le­żał na pod­ło­dze i po­ły­ski­wał jak za­bity wie­lo­ryb. Z pod­łogi za­czy­nał się uno­sić ohydny fe­tor.

- Chcia­łem tylko spraw­dzić, jak to działa - wy­ja­śnił Gore skru­szo­nym to­nem.

- Aha.

- Oba­wiam się, że tro­chę mnie po­nio­sło.

Był ofi­ce­rem ze schyłku Wieku Ża­gli, nie in­ży­nie­rem. Na pewno do­sko­nale znał się na ta­kie­lunku, ale przy­pusz­cza­łam, że ni­gdy nie miał do czy­nie­nia z bar­dziej zło­żo­nym tech­no­lo­gicz­nie na­rzę­dziem niż sek­stans. Lecz prze­cież lu­dzie przy zdro­wych zmy­słach zwy­kle nie ule­gają ma­nia­kal­nej chęci roz­nie­sie­nia ubi­ka­cji. Za­su­ge­ro­wa­łam, że - być może - ze­chciałby umyć ręce w zle­wie na dole, ja zaś tym­cza­sem - na przy­kład - za­dzwo­nię po hy­drau­lika, a po­tem - po­ten­cjal­nie - mo­gli­by­śmy przejść się na spa­cer do po­bli­skiego parku.

Prze­my­ślał to wszystko z na­le­żytą uwagą, do­pa­la­jąc pa­pie­rosa.

- Tak, bar­dzo chęt­nie - oświad­czył na ko­niec.

- To naj­pierw chodźmy na dół umyć ręce.

- Prze­cież to była czy­sta woda - od­parł, ga­sząc nie­do­pa­łek. Twarz miał od­wró­coną, lecz wi­dzia­łam, że skóra do­okoła pie­przyka na jego szyi po­ró­żo­wiała.

- No... Ale za­razki.

- "Za­razki"?

- Hmm. Bak­te­rie. Ta­kie ty­cie, ty­cie stwo­rzonka, które żyją w... no, we wszyst­kim. Ale wi­dać je tylko pod mi­kro­sko­pem. Nie­które z nich są złe i roz­no­szą różne cho­roby. Cho­lerę, ty­fus, dy­zen­te­rię.

Są­dząc po nie­po­koju i zdu­mie­niu, które od­ma­lo­wały się na twa­rzy Gore'a, chyba rów­nie do­brze mo­gła­bym po­wie­dzieć, że to sprawka Ojca i Syna, i Du­cha Świę­tego. Spoj­rzał na swoje dło­nie, a po­tem po­woli wy­pro­sto­wał ręce i trzy­mał je z dala od sie­bie jak parę szczu­rów z wście­kli­zną.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki