MiniHistorie - Paweł Mi

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mamihlapinatapai

Mamihlapinatapai

W języku jagańskim, którym posługuje się nomadyczne plemię z Ziemi Ognistej, oznacza ugrzęzłe Spojrzenie między osobami, które czekają, aż inni zainicjują działanie, którego wszyscy pragną, lecz żadna nie ma śmiałości zacząć. Dlatego... Rzucam!

Za oknem pogoda pod psem, a nowy rok za pasem.

Znów rzucanie palenia (to bardzo łatwe, znam takich co robili to tysiące razy!).

Zrzucanie nadmiarowych centymetrów (prościzna, może i za gruby grosz w wyspecjalizowanych centrach, ale za to przystosowanych do Specjalnej Klienteli gdzie mają Miesięczne Karnety Noworoczne - do wykupienia na tydzień, dwa, lub trzy dni, zależnie od postanowień i zapału).

Rzucanie się na zaległe książki ze Stosu Wstydu (ale Super Kupa wyszła, tyle się tego uskładało, że ładowarka do smartfonu idealnie na podorędziu stoi. No dobra, szkoda psuć, zacznę od tej nowej co ją jutro kupię!), oraz rzucanie się na inne.

Corocznie Nowe Takie Same Postanowienia.

Rzucanie mięsa i mięsem zaprzestanie rzucania...

Pieprzyć to wszystko!

"Zerwijmy z tym chwiejnym balansowaniem na krawędzi egzystencjalizmu i wegetarianizmu".

Może zwyczajnie zrobić to o czym wszyscy marzą, ale nie ma kto zacząć: "Rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady"?

E tam... takie Bieszczado-Bzdury. Co to za "rzucanie"?

Nawet dobrze oleju w silniku nie rozgrzejesz, dwa zakręty weźmiesz, jedna prosta, zdjęcie za prędkość i już, po trasie.

Niby "rzuciłeś" wszystko, dojeżdżasz, a tam, gdzie okiem nie rzucisz: pełno ludzi, pełen zasięg 3G i można płacić blikiem!

Czyż stukrotnie nie lepiej wziąć swoje wierne auto, naprawdę "rzucić" wszystko, do telefonu "adieu" rzucić, przez okno go potem wyrzucić, do torby ciuch byle jaki wrzucić, i na ząb coś "na szybko" zarzucić?

Nawet się nie wzruszyć, w rzyci mieć, i ruszyć!

Przed siebie, w dal wyruszyć. Pojechać, gumę żuć, buty zzuć, i jechać, jechać aż po kres czasu, przestrzeni, grawitacji, lądu.

Zostawiając to wszystko za sobą. Bocznymi drogami, nieśpiesznie. Zagubić się, zatrzymywać od niechcenia lub chcenia - jak chcesz, gdzie chcesz.

W małych miasteczkach na kawę, czy w przydrożnym lesie na trawę.

Nocować u dobrych ludzi, dysputy z nimi, w językach doskonale nieznanych prowadzić. Pojechać poznawać świat, te krainy cudzoziemskie, ich kultury zażywać, a potraw smakować!

I w Tuniebyciu się rozsmakować.

Rzucić się w ten świat rozległy, nam równoległy i nie zajmować więcej się przyziemnym po ziemi do pracy chodzeniem co rozczłapuje nam życie na bruku.

Przecież dano nam jeno jedno!

Jak błyskawica błyskawicznie przemyka i miedzy palcami niczym ten piach przesypany znika.

Tak! Zdecydowałem! Nie mam na co czekać!

Teraz, natychmiast, już RZUCAM, wyrzucam, wrzucam, zarzucam i nic mnie już nie rusza, gdyż ruszam!

- Żono, postanowiłem! Bez zbędnych uniesień i wzruszeń. Rzucam wszystko i w świat wyruszam. Wiedz, że będę podróżował aż Mi się pieniądze skończą!

- Acha, czyli na kolację będziesz z powrotem. Kup mleko jak będziesz wracał.

Wyspa, wsypa, wtopa

Wyspa. "Martwa fala" to zjawisko w przyrodzie, występujące przeważnie nad morzem, polegające na tym, że dawno utonięci piraci, nudząc się zaczynają pić. Po jakimś czasie bierze ich na wspominki, dają sobie po pysku, następuje ogólnie zmasowana wymiana opinii przy pomocy ciosów, potem się godzą, sobie popłaczą, ktoś zaczyna nucić "o mój rozmarynie", reszta podłapuje, bujają się do rytmu, i wtedy powstaje fala która zwiększa ilość śpiewających o sypiące się z pokładów zarzygane, prawie gotowe bo na wpół martwe, ciała. Tak było kiedy płynąłem na Bornholm, który mimo, że duński to powinien być nasz, zPolski!No tak, tak, a co? Grenlandia która wcale nie leży w Danii też jest zDuńska (jak i Wola oraz piece), a Bornholm czai się tak blisko naszych brzegów, że spokojnie można by go uznać za nasz. Trzeba tylko tam się udać, wbić flagę i sobie go zaanektować. Taki miałem plan, a wodolot który tam pływa, nawet płynąc tyłem, w bok i na około "wodo leci" max z 1,5 godzinki, więc cała akcja obliczona została na jedną dniówkę. Jeszcze dobrze dziewczynki nie zmówią sobie drinki, a już dopłynięte i uprasza się o wysiadanie. I Wyspa będzie nasza, aż dziwne, że nikomu to do głowy wcześniej nie wpadło!Oczywiście, pod warunkiem, że nie ma martwej fali. Kiedy jest i wodolot nie może unieść się na swych wodolotach nad wodę, płynie niczym zwykła, do połowy zanurzona w morze, śledziobeczka, bujana, powolna i zdana na laskę Neptuna. A jaka jest laska Neptuna to każdy wie. Trójzębata, ostra i bezlitosna. Wtedy właśnie, ludzkość zgromadzona w tej beczce niczym śledzie, siedzi, ostatnim posiłkiem ostro jedzie, a o litości błaga w swej biedzie. Stewardzi w nieskazitelnie białych mundurkach, plastikowych płaszczach perzyg i maskach pepoż, zamiast drinków roznoszą foliowe torebki, uprzątają szlauchem to co do torebek nie trafiło, bosakami wyciąga tych co się rzucili o odmęty, by skrócić swe męki, lub próbować w pław przyspieszyć przeprawę, i mętnie coś tłumaczą "że już niedługo dopłyniemy, o to już tu, o tam, za tamtym zakrętem". Przesuwają na zgrabny stosik zwłoki zaległe w zenzach i w końcu wiedzą za co mają płacone "szkodliwe". Po dopłynięciu - 4 do 5 godzin - zarzygany jak święty turecki, wycieńczony niczym po udanej weekendowej barowej wędrówce ludów, i ogólnie chętny do życia jak saper co się już raz pomylił, zwalam się na bornholmski beton. Już nie pamiętam, że to jest inwazja, aneksja, przejęcie. Chcę sobie po prostu umrzeć pod płotem, a co dalej, to się potem zobaczy. No ale co? Jakie są opcje, wracać, na te wody?Nigdy! Dlatego po kilku chwilach, kiedy niebo i ziemia zajmują jakoś swoje prawidłowe pozycje, gdy już wiem, że na odległej płaszczyźnie, metr pięćdziesiąt, metr osiemdziesiąt nad betonem, gdzie plasuje się większość ludzkich głów i odbywa większość interakcji społecznych, trwa jakieś zamieszanie, bo ośrodki rozpoznawania mowy w mózgu które dostały jakiegoś zwarcia zaczynają działać...Ale dobra, te bajery zostawmy na później, teraz skupmy się na podstawowej filogenezie; nieźle byłoby, na przykład, znowu stać się kręgowcem. A potem przydałaby się umiejętność poruszania na czterech nogach. ...Wstaję, rześka bryza od morza, słaba pamięć, słońce i cena biletu szybko przywracają do życia i można zacząć zajmować tę wyspę.

Wsypa. Ale, ale, przybyłem tu łodzią, flagę trzeba zatknąć z godnością, na czubku i w środku tej Wyspy. To jak, z buta będę szedł? Nie wypada, dlatego pierwsze swe kroki, by czasu więcej nie mitrężyć, kieruję do wypożyczalni rowerów, gdyż każdy wie, że obce terytoria zajmuje się rowerowo. Tylko gdzie tu rowerownia? Zaczepiam więc przechodzącego obok przechodniego-przechodnia: -Exkiuzmła, gdzie tu... słuchaj facet i ucz się polskiego bo niedługo ci się przyda... rent a bajk gdzie jest, panimajesz szto ja tu gawrit, rozumisz, co nie? -Yes off course, я говорю на русском языке. Tam pan pójdzie, o tam w lewo, 500 metrów prosto - odparł w językach których nie rozumiem, ale z mowy ciała zrozumiałem o co chodzi, gdyż pokazał palcem. Jest i Rowerownia. Rowery stoją, pięknie w słońcu błyszcząc przerzutkami, dzwoniąc z cicha dzwonkami, wabiąc wdziękami, ustawione w szeregu. Wchodzę do środka - ale w środku poza tym, że jest wszystko to nikogo nie ma. Możesz bez przeszkód grzebać w sprzętach, sprawdzić stan kasy, spokojnie przymierzyć się do sejfu i nikt ci nie przeszkodzi, ale też i nie pomoże. Hmm, dziwne, doznałem chyba jakiegoś uszkodzenia mózgu na morzu. Wychodzę, wejdę jeszcze raz i sprawdzę. Wychodzę: rowery nadal stoją. W dodatku wszystkie luzem. O mamo, mam omamy!Jest ze mną gorzej niż myślałem. Wchodzę: a tu... bez zmian!W konsternacji staję na przedsklepiu i dumając drapię się po potylicy, a kaszkiet przesunąłem na przód. Kiedy tak dumam, przechodzi kolejny niewygodny świadek tych zderzeń... cywilizacji. Teraz i ja przechodzę na wyższy poziom komunikacji werbalnej, gdyż dokładam trochę gestykulacji czyli mimiki całociałowej i zasuwam: -Endszuldigung zi bite, Ja zu fus nie chcieć, rowery chcieć ja tu rentować, prosić szanowny Pan! Więc gdzie jest, pacz Pan mnie na usta: wy po ży czacz? -A nie! Dzisiaj, niestety, się nie da, nie ma go! Dzisiaj zamknięte. -Panie, jak zamknięte, jak otwarte? -Właściciel nieobecny, coś ma do załatwienia, więc obecny ale gdzie indziej. Wszędzie jest, ale nie tu. Otwarte bo nie zamknięte, ale nieczynne. Trawiąc te wiadomości, w lot tłumacząc ze zduńskiego na nasze, patrzę na niego wzrokiem "Tak, tak, no, no, już, już. Dobrze, dobrze, lekarz kazał przytakiwać" i gdybam - jak to tak? Kto, kiedy i gdzie widział, żeby sklep był otwarty, jak jest zamknięty, a w dodatku z rowerami na zewnątrz przypiętymi ładnie niczym do niczego? Przecież to jest żywa obelga dla przedsiębiorczego człowieka czynu! Jak tu nie czynić złoczyństwa, gdy przecież jest taka okazja i to ona przecież czyni?Czyni czy nie czyni?Czyni!

Wtopa. To było wiele lat temu, ale chyba się nic nie zmieniło bo Bornholm nadal nie nasz. I tu podpowiem, że bardzo dobrze!Potem, głębiej w tej Wyspie kiedy zaniechałem podboju, okazało się, aż drżę kiedy o tym piszę, że tam... no nie mogę... Można sobie zjeść owoce (nie mylić z owocami) co schludnie stoją w koszyczkach usypane, uzbierane i niepilnowane przy drodze, a uprzednio zapłacić za nie - ja piernicze - samodzielnie i jeszcze wziąć sobie resztę!Uff... Bosz... jak to dobrze, że zaniechałem aneksji. Jeszcze by się to nam rozniosło na cały kraj i byłoby na mnie!

Titanic

Przychodzi do sklepu facet. Klasa gościu, garnitur nie od Tomka z Forda tylko od samego Forda, but Oxford Nieadidas, "jedzie" od niego Dolcze a nawet i Gabaną, i nawet krawat zawiązany jak trzeba - do półpaska, gdyż brzuch nie wadzi.

Wchodzi i grzecznie mówi do pani Sprzedawczyni:

- Do you speak English?

- Nie... - odpowiada mu ona - a to i tak duży krok, mogła przecież zwyczajnie zagadnąć: he?

- Du sprichst Deutsch?

- Nie!

- Parles-tu Français?

- Nie!

Facet jest gentlemen typu Kamienna Twarz - grzecznie przeprosił w kilkunastu innych językach za perturbacje i równie elegancko jak wszedł - wyszedł, bo "kiedy nie wiesz jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie".

Kiedy sobie poszedł, emocje opadły, dezodoranty znów zaczęły działać, a zapach jego wód się rozwiał, koleżanka Niebardzopoliglotki mówi:

- No, Rysiu, mogłaś się uczyć języków, to byś sobie pogadała!

- No, on się uczył i co, pogadał sobie?

Teraz, w czasach internetu nawet w lodówce, czyhających czatująco czujnie chatówGPT i smartphonów wbudowanych w układ nerwowy użytkownika, znajomość czegokolwiek, wiedza jakakolwiek oraz umiejętność objętniejaka, nie jest już konieczna by przeżyć, ale kiedyś bywało różnie.

Dobrze było coś umieć, w głowie coś mieć, inaczej mogłeś, z powodu nieznajomości lokalnego języka którym zgrabnymi kulfonami wypisany był rozkład jazdy, np. po grecku, pojechać sobie pociągiem nocnym.

Wyjeżdzał ci on wieczorem, a na miejsce przyjeżdżał rano.

Cóż za idealna miejscówka i nocleg!

Dopiero pózniej... wiele, wiele, wiele godzin później, okazywało się, że: - tak mister, przyjeżdża rano, ofkors, czemu nie?, klient nasz pan, ale dwie noce i cały dzień później.

A to nie był jakiś kolejowy arcywygodny hrabia TGV czy inny Orient Expres z restauracyjnym z Zachodu, tylko jego ubogi kuzyn z Rumuni, w Rumuni.

I owszem miał on w sobie duży "orient", ale raczej na oszczędności, taki prekursor minimalizmu, Profiwersja Bruda-Biedy.

A, że mister językami świata nie włada i sobie nie doczytał. Nie zabrał wody i kanapki, cóż, trzeba się było uczyć języków.

Na zdjęciu poniżej, co dobrze widać, gdyż uwidoczniono to tak żeby było widać doskonale, widoczny jest cudny klejnot secesji: Dworzec kolejowy Canfranc.

Stoi w hiszpańskich Pirenejach i kiedyś był największym, najbardziej imponującym dworcem w Europie.

Stacją przygraniczną sobie był, łącząc linie kolejowe Francji i Hiszpanii.

Fajny był bardzo, ale wiadomo, człowiek ma ten dar - potrafi zjebać wszystko, i zaledwie osiem lat po jego otwarciu, z powodu hiszpańskiej wojny domowej zamknięto ten "Górski Titanic".

Po wojnie (II światowej) otwarto go ponownie, ale nie na długo.

Kurde, jak ktoś ma pecha, to całe życie.

W marcu 1970 roku gigantyczny parowóz, który wypadł z szyn, zburzył most Estanguet po francuskiej stronie Pirenejów.

Oszacowano koszta naprawy, podrapano się pod zafrasowanymi beretami i zdecydowano: nie naprawiamy.

Już w starożytnym Egipcie było wiadomo że:

"Bez kamieni nie ma budulca. A bez budulca nie ma pałacu. A bez pałacu... (chwila ciszy) Nie ma pałacu!"

Bez mostu, nie ma pociągów, a bez pociągów... Na co komu pusty dworzec? To nie jest jakieś warszawskie lotnisko w Radomiu.

Lecz Canfranc nie był zwykłym dworcem.

Ze względu na wspaniałą architekturę nazwano go "Lśniącym klejnotem secesji", czy "Eleganckim gniazdkiem Pirenejów".

Może jednak ma szczęście bo teraz zrobili z niego hotel i każdy może tam mógł wbić i za drobne setki euro przekimać.

Czytając o tej przygraniczne przepięknej stacji, przypomniałem sobie, że kiedyś (a nic się nie zmieniło do teraz - jaka karma takie całe to życie do rzyci) nie miałem setki czy dwóch w euro za noc, a jeździć trzeba było.

Kasy się nie miało, ale się miało pociąg, do pociągów.

I przemysł w głowie i spryt ten cygański się miało.

Przemysł i spryt jak nie płacić bajońskich sum - a człowiek nie miał fundacji w celu otrzymania dotacji - za bilety kolejowe międzykrajowe.

I sposób zawsze się znalazł. Ot wysiadało się z Pociągu Byle Jakiego na ostatniej stacji przed granicą, z butą się ją, tę granicę, przekraczało i na pierwszej stacji kolejowej kolejnego kraju, kolejnym kolejowym klekot pociągiem klasy ostatniej jechało się dalej, i to wszystko na najtańszych biletach lokalnych, za grosze.

Ech... ileż to się zwiedziło właśnie takich przygranicznych stacji!

Takich właśnie jak ten piękny Canfranc, przygranicznych, może i przytulanych ale brzydszych bo komunistycznych.

"Wylądowałem" (jak w Radomiu) dawno temu, na takiej jednej.

Przy granicy Rumuni i Węgier, tylko, że po stronie Węgięrsko-Ugrofińskiej.

Cóż za cudowny język, no UFO się rozbiło w środku Wschodniej Europy. Normalnie jak jesteś w Budapeszcie to nie rozumiesz nic, a tu, na takiej wschodniej stacji totalnego zadupia niegdyś komunistycznego wschodu?

Nie zrozumiałeś nic, poczwórnie.

JPRDL, tu nawet kury gdaczą po węgiersku!

No i proszę, jest tu jakiś cwaniak?

To idź do kasy, bez Internetu i smartphona! i poproś o: Najtańszy bilet drugiej klasy, na drugi koniec kraju, osobowym do granicy z Austrią. Może być z przesiadkami, bez zniżek, nie, nie na kuszetkę. Plisz?

Podaję, może się komuś przyda: A legolcsóbb másodosztályú jegy az ország másik végébe személygépkocsival az osztrák határig. Lehet átszállással, kedvezmények nélkül, nem, nem heverőre. Plisz?

Ale idę bo wiem - to będą masakryczne jaja. Ciekawe czym i w co dostanę.

I gdy tak stoję przy okienku, drapię się po głowie mrucząc do siebie "no kurwa, od czego tu zacząć".

Pani w kasie zaczyn się śmiać i w doskonałej polszczyźnie mówi: w czym panu pomóc?

Zanim do Mi_ dotarło, że to po polsku chwilę myślałem, że spłynęła na mnie Łaska Manńska i, że zacząłem nie dość że rozumieć to i mówić językami świata.

To przecież Mann z Materną dowodzili, iż nauka języków jest łatwa, a węgierskiego to już w ogóle proszcizna.

Ot, dodajesz wszędzie "sz", np. zamiast "autobus" mówisz "autobusz" i jusz!

Ale po chwili euforii okazało sze, że jednak nie...

Bo to Polka była, z Polszki.

ABBA

- Tyle chodzisz do tego kina, ty to musisz to lubić.

- Hmm, no tak, muszę!

Tak, życie z Filmoznawcą przez duże zawodowe "Fy" niesie ze sobą pewne niedogodności.

Ale też i ciut przyjemności, na którą człowiek sam by nie wpadł, i nie poszedł.

Np. film o ABBA.

No bo kto ostatnio słyszał, że można zobaczyć film o tym szwedzkim bandzie, który i cóż, że ze Szwecji, skoro go lubię?

I to niedawno, w kinie.

Tak, film o ich trasie koncertowej po Australii wniósł nutę tak potrzebnego teraz optymizmu.

Wjechała, całą furgonetką nut, i przez tę 2 godziną chwilę mogłem nie pić z nerwów choć przez chwilę.

Film z ABBĄ w tych antypodowych krajach południowych, przypomniał mi jak kiedyś też byłem na południu.

W Grecji, krainie po drugiej niż Szwecja, stronie Europy.

Kolebce filozofów, nauk, demokracji i dodatków za szkodliwe warunki w pracy, czyli za wchodzenie do biura po schodach.

Wjechałem do Grecji niczym ABBA do Australii - z przytupem.

I od razu, autem zapadłem w nią, w poszukiwaniu demokracji, filozofii, antyków i kuchni rodzimej produkcji.

Chciałem, skoro już tu jestem, poczuć cały ten autentyczny klimat antyczny, tego ducha starożytności zobaczyć, być niczym Achilles czy platoński Sokrates o nihilistycznych zapatrywaniach sofisty.

I raz nie z Lidla (tydzień Grecki) popróbować słynnych na świat kulinarnych specjałów.

Ale co poczniesz, kiedy jedziesz a wszędzie turyści - arabscy, drogi - autostradowe, pizzerie - włoskie, turyści - amerykańscy, kawiarnie - z kawą, kebaby - tureckie, turyści - niemieccy, bankomaty - z banknotami, wi-fi - z free zone, i turyści - japońscy.

Panie, tu wszędzie 21 wiek, a ja chcę trochu antyku, cofnąć się - najlepiej do tyłu!

"Niestety, wszystkie antyki wyprzedane, najbliższy autentyczny antyk znajduje się w muzeum starożytności w Londynie!"

I wtedy przypomniałem sobie. No tak, ale przecież jest A?BA!

Akcja musicalu z ich muzyką, słynnego "Mamma Mia" dzieje się przecież gdzieś tu.

Na wyspie made in Grecja, odludnej oryginalnej i ustronnej!

Zmiana planów, kierunek na Greka Zorbę, niezniszczalny optymizm, radości życia, słońce, morze i jakieś owoce morza może, bo się głodnym robię!

Dobra, poszukam więc tej odludnej, klimatycznej, wypatrzonej w "Mamma Mia" Grecji sielskiej, "wsi spokojnej".

Tej z białymi domkami, niebieskimi dachami i sałatką z serem feta.

Tak, owej, co się ją widuje na miliardowych zdjęciach na Insta z powszechnych wczasów all inclusive.

I tam, w lokalnej restauracyjce dla utrudzonych rybaków, pokrytej centowymi obrusami w kratę.... Mniam Mia.

SIlnik włączam, nawigację wyłączam, zdając się na intuicję, czujem się kierując, zamierzam zmierzać na najdalej wysunięty w morze Egejskie odludny cypel.

Tam, w ten interior, gdzie prawdziwa bezturystyczna jest Grecja.

Ech, zagubić się, zapomnieć o świecie, cofnąć i zapaść w tę krainę przedunijną i niezunifikowaną, od zatwierdzonego kąta wygięcia banana jakże odległą.

Jechało się długo, a im dłużej się jechało, tym nadzieje rosły.

I apetyty.

Na te moussaki, dolmadesy, taramosalaty, horiatki, spanakopity, fasolathy, loukoumadesy i sałtaki greckie.

Ouzo, tsipouro i metaxą popite.

No i Baklava!

Dobry znak pojawił się w końcu - ułamany i podrdzewiały był. Droga stale się pogarszała, przeorana strumykami wody spływającej z gór.

Ciągle kręta skręcała w dół, nad samo morze wiodła lasami bujnymi.

Domostw ubywało, asfalty słabły jak zasięg komórki, a przyroda pokazywała kto tu rządzi!

Osiołek przewinął się pomiędzy wieloma tambylcami w zdezelowanych swych pojazdach marki pick-up.

Aż, no nareszcie, droga się kończy, zaczyna morze, a auto me dalej chyba już nie może.

Jest upragniona, zaginiona, odcięta od 21 wieku Grecja przez duże Mamma Mia.

Doskonale się składa, bo solidnie, przedzierając się przez głuszę, zgłodniałem. A Polak od tego nie łagodnieje!

Zacieram ręce, zostawiam pojazd swój niepotrzebny...

Czas iść, dojść i zjeść, po drodze chłonąc lazury wody, blaski słońca, zielenie przyrody!

Ech, tu jest Grecja, tu się oddycha!

Nagle, niespodziewanie, tak jak sobie wymarzyłem, wyrasta upragniony typowy prowincjonalny grecki bar uniwersalny.

A przed nim napis "Najlepsze ruskie pierogi! Poleca Magda Gessler. Zapraszamy!"

W dodatku... po polsku bezbłędnie wypisany!

Atlanterhavsvegen

W NTTD Land Cruiser (z Bondem na pokładzie) uciekając przed Land Roverami (ze złoczyńcami), przemierza przez chwilę to niezwykłe dzieło drogowe.

System mostów i grobli nad Zatoką Hustadvika tworzy jedną z najwspanialszych tras drogowych ever.

Jadąc nią masz wrażenie przemieszczania się po otwartym oceanie. Najlepiej podróżować podczas letnich, białych nocy, kiedy słońce sunie nisko nad horyzontem.

Droga Atlantycka (Atlanterhavsvegen) jest usytuowana w ciągu trasy nr 64 pomiędzy Kristiansund a Molde i przebija się przez archipelag kilku małych wysp oraz szkierów w Zatoce Hustadvika, w odsłoniętej część Morza Norweskiego.

Całość opiera się na systemie grobli, wiaduktów i ośmiu mostów, spośród których najbardziej widoczny to most Storseisundet.

Zatoka Hustadvika była postrachem żeglarzy i, nawet nieznających lęku (kto czytał Asterixa, ten wie) Wikingów.

Sztormy chętnie pośredniczyły w przyjmowaniu darowizn (rozbitych o tutejsze skały) dla bezlitosnego Neptuna, składających się z drakkarów i innych obiektów pływających.

Teraz ich szczątki prześwitują pod powierzchnią wody i można je podziwiać, więc są chętnie oglądane przez grupy nurków (od wewnątrz) i zmotoryzowanych (od zewnątrz).

Woda raczej chłodnawa (to nie Chorwacja, mimo że sierpień) więc pianka, sucha, obowiązkowa.

Statki teraz są już solidniej budowane, nawigacja bardziej dokładna, więc i katastrof jest mniej, można skupić się na drodze i podziwianiu spektakularnych widoków.

Poza tym... Zawsze uważałem, że Land Cruiser to auto solidniejsze od Land Rovera, no i potwierdziło się. Dlatego taka mała rada dla Złoczyńców - jak chcecie igrać i wygrać z Bondem, to uważniej dobierajcie sprzęt.

Bierzcie nie taki, żeby był ładny, tylko taki, żeby był skuteczny.

No naprawdę, partacze... nie wiecie, z kim tańczycie?

Dla całej reszty - jeśli lubicie podziwić świat, wybierzcie się, najlepiej po prostu przed siebie - Drogą Atlantycką.

Jeśli nie lubicie, również.

Cudo!

Wiało

O tym, że jestem poliglotą dowiedziałem się przypadkiem.

Byliśmy już zamustrowani... ale że co? No, dostaliśmy pozwolenie wejścia na pokłada oraz kamizelki ratunkowe, czyli nadmuchiwane przyrządy jak na basenie, które utrzymują rozbitka przebywającego za burtą tak długo na powierzchni, dopóki nie zostanie on przejechany przez własny jacht lub spieszącą na pomoc inną łódź ratunkową.

Ależ wtedy Wiało! Jak teraz.

Była "cofka" - cofka występuje też jako cofanie wód z morza do rzeki, a nie tylko to co ci przyszło do głowy, chociaż, w świetle dalszych wydarzeń..., na Bałtyku sztorm.

My, zaparci na Żeglarstwo przez duże Ży (wielką sztukę, przeważnie z metalu, której sens polega na tym, aby posuwać się powoli i donikąd, chorując przy tym z zimna i ponosząc olbrzymie koszty), siedzieliśmy przybici do kei oraz koi, i znudzeni oglądaliśmy obiekty dryfujące czyli wszystko, co unosi się na powierzchni i nie przyjmuje zaproszenia na coś mocniejszego.

No i na cud przyrodniczo-fizyczny patrzyliśmy, bo z powodu "cofki" te dryfujące obiekty to płynęły od morza w górę rzeki (taki paradoks, jak sraczka - rzadko a często, tu podobnie, niby w górę a w dół, na mapie).

Siedzieliśmy tak i śpiewając szanty - taki horrendalny... nie, wróć - chóralny śpiew. Z założenia w każdym kraju śpiewa się tradycyjne dla obszaru językowego piosenki, i dlatego w Polsce przeważnie takie, jak "Sacramento" i "Whisky John" czekaliśmy aż będzie można wypłynąć z portu.

Tym razem szliśmy na Szwecję!

Sztorm nie ustępował, czekanie się przedłużało, śpiewanie również, aż okoliczna ludzkość, lud spokojny i cierpliwy, przyszła z petycją, widłami i prośbą "Zakończcie już kurwa te ryki".

Co było robić(?) zostało nam picie.

Gdy się okazało, że sztorm w końcu przycichł, fale są już tylko 4 metrowe, a to co pijemy to nalewka na mazucie ze 120 procentowego spirytu, z Mi_ nie było już co zbierać.

W końcu popłynęliśmy!

Oficerowie siedzili rozwój wypadków pod pokładem, przy radarze - takiej niezwykle realistycznej odmianie gry komputerowej, spotykanej często na większych sztukach pływających.

Przy pomocy "radar" gracze (oficerowie wachtowi) starają się uniknąć kolizji z innymi jednostkami pływającymi widocznymi na monitorze. Śmieszne, bo refleks czasami ich zawodzi, ale są wyluzowani, przecież to gra, ma się kilka rzyci, c'nie?

Reszta załogi uwijała się przy żaglach oraz obieraniu ziemniaków, a moje zwłoki przykitrano gdzieś schludnie w kubryku.

Zdaje się, że na chwilę umarłem. No ale kapitanowi urodziło się dziecko! Trzy lata temu, ale dziecko jest dziecko!

I tak płynąc po niezupełnie płaskim morzu, nieliczni złoganci zabawiali się używając do tego bomu czyli poziomo przymocowanej żerdzi, do której przyczepiony jest żagiel i którą doświadczony żeglarz potrafi opróżnić cały pokład z nie wiadomo po co stojących i gapiących się głupio innych członków załogi.

Pozostała większość, z powodu lokalnej niepłaskości morza, po oddaniu wodzie tego co z mozołem udało im się wcześniej ugotować i zjeść, śledziła kilwater - taką poziomo biegnącą po wodzie kreskę, ślad po żaglowcu, przeważnie się wijącą pozostałość po jego przepłynięciu.

Uwaga na boku:

"Poziomość" kierunku ma tu bardzo istotne znaczenie, gdyż kiedy zauważysz, że ten cały kilwater nagle zaczyna biec pionowo, to oznacza, że nie jest dobrze... Masz przeebane, dno przeważnie jest dość głęboko, ale za to niezbyt daleko.

Ja spoko, dalej sobie nie żyłem, to już chyba drugi dzień, ale pewności nie miałem. Z poziomu podłogi w kubryku słabo widać, szczególnie jak się jest martwym.

Po trzech dniach - taki standard umarcia i płynięcia - nagle ukazała się nam Szwecja, to znaczy im się ukazała, ja już żyłem, ale jeszcze nie umiałem chodzić.

Jaki piękny to musiał być widok! Nie powiem, nie wiem.

W każdym razie udało się, mimo przeciwności losu, przechytrzyliśmy śmierć i dopłynęliśmy.

Tak, teraz tylko pozwolenie na wejście do portu i pijemy!

Pozwolenie niestety jest wymagane przez urzędników, a wiadomo jaka tam w Szwecji biurokracja.

Kiedy statek wpływa na obce wody, a Szwecji to chyba jeszcze obce wody, trzeba się wylegitymować i takie tam dyrdymały.

Jako ciekawostkę dodam, bo skoro tu doczytałeś to wkręciłeś się w opowieść jak liny i inne dziadostwo w część podwodną statku czyli śrubę, że w krajach tropikalnych istnieje zwyczaj okazywania przez marynarzy zamiast dokumentu pewnej kwoty w walucie i wręczania jej oficerowi lokalnej służby w momencie podawania sobie rąk. Miło jest dodać przy tym parę przyjacielskich słów w rodzaju: "Proszę, Maj Frend, to dla ciebie. Kup sobie za to coś ładnego".

Zaczynałem drugie życie, już chodziłem, zaczynałem mówić, i z radością rozglądałem się w koło. Byłem cholernie ciekaw jakie nieodwracalne zmiany zaszły w moim mózgu po wypiciu trucizny i cudownym przywróceniu do życia.

I to wtedy okazało się, że zostałem poliglotą.

Nigdy wcześniej nie znałem szwedzkiego. To pewne, a tu proszę, doskonale rozumie ludzi w koło. Dodam, że nie tych z którymi tu przybyłem! Rozumiem wszystko, bezbłędnie i z rozmachem!

"O ja cię, jednak taki mały zgon to jest niezła sprawa" pomyślałem i wbiłem do pierwszej z brzegu, zaraz na brzegu kawiarni, po czym, w idealnej szwedczyźnie (bo okazało się, że także mówię tym językiem!) zamówiłem kawę.

Czekam, rozglądam się bardzo uważnie i widzę kartki pocztowe, na stojaku, a na każdej z nich:

"Pozdrowienia z Ustki"

Światowy Dzień Pizzy!

Kkamagwi-ga nal ttae bae-ga tteoreojigo to po koreańsku: kiedy wrona zrywa się do lotu, spada gruszka.

Ciągle powtarzam - czytanie to teatr wyobraźni... hmm... a może to o radio chodziło?

Nieważne! Czytanie rozwija wyobraźnię, zwiększa wiedzę, wyrabia wyrobienie i wygładza ogładę, powiększa słownictwo, pozwala łatwiej odnaleźć się w świecie i szybciej porozumieć z ludźmi którzy, nie tak jak my, czytają mniej i nie władają językami świata.

Ech... Jadało się pizzę garściami, i jak chleb - z niejednego pieca. W wielu miejscach świata się ją jadło, Hawajską na Islandii, Pepperoni w Portugalii, Neapolitanę w Mediolanum, Quattroformaggi w Quattroporte czy Margaritę... mrożoną.

Która najbardziej zapadła mi w pamięć, którą będę wspominał już po wieki, tak weszła Mi_ pod powieki?

Cóż, jest taka jedna.

Ta pierwsza, niezapomniana.

Kiedyś podstawowym środkiem transportu młodego człowieka, w krajach demokracji ludowej co z mozołem i w trudzie rozwiązują problemu które gdzie indziej nie występują, była Książeczka Autostopowicza. Dla usprawnienia tego popularnego sposobu docierania do szkoły i na wagary przeprowadzono badania, wysłano wiele specekip w teren, poświęcono dużo czasu i zasobów żeby ustalić, zbadać, rozpoznać bardzo trudne do zdiagnozowania zagadnienie - dlaczego wszędzie to działa, a w Czecho i Słowacji nie.

Nie biorą tam na stopa, możesz sobie stać godzinami, błagać, tańczyć, klękać i fajki fajczyć, i nie da to nic. Jesteś niewidoczną drobiną, leptonem lub kwarkiem, na czarnej patelni spalonym skwarkiem, Bozon Higgsa elementarnie niewidocznym elementem.

Bądź sobie czym tam chcesz a i tak Je-Steś-Kur-Wa-Nie-Wi-Do-Czny! Pewnie jeździły tam nawet specjalne Czarne Wołgi i zbierały przydrożne trupy umartych autostopowiczów.

Dlaczego? Do dzisiaj nie wiadomo, ekipy wysłane na zbadanie tego zagadnienia nie wróciły... jeśli ich CzaWołga nie zabrała to pewnie jeszcze łapią tam stopa.

Dlatego, kiedy podróżujesz autostopem z Bratysławy do Wiednia, najłatwiej do celu dostaniesz się pociągiem.

Ale, jeśli przeżyjesz, uda ci się i dotrzesz - Pałac Schonbrunn, Katedra św. Szczepana, Belweder, Hofburg, Kanał Dunajski, Prater, Kościół Wotywny, Burggarten, tort Sachera, Apfelstrudel, Tafelspitz czy Sznycel po Wiedeńsku stają przed tobą otworem!

Pod warunkiem, że po morderczej przeprawie przez Czecho i Słowację najpierw coś zjesz. A co przeważnie zjada ledwie żywy po nocy przespanej w przytulnym rowie, posiadacz wielu (a w dwóch słowach?) nie wielu szylingów austriackich (niegdyś taki zamiennik euro) Młody Podróżnik za Jeden półUśmiech?

Teraz żywi się hot-dogami, kiedyś mlekiem i bułkami, ale jest pora obiadowa, pierwsza taka pora od 3 dni, więc pora na jakiś obiad.

Czas zaszaleć, człowiek czekał na to całe życie.

Czas na Pizze! Szczególnie, że w czasach niesłusznie minionych (czasach kolejki na Gubałówkę i po papier toaletowy, czy się stoi czy się leży 5 tysięcy się należy, i tylko octu w całym sklepie, "tato, nie przesadzaj tylko ocet w całym Auchan?!") pizzy, tego kontrrewolucyjnego, szatańskiego wytworu zgniłego zachodu, nie było.

Starannie, precyzyjnie, z pietyzmem, koronkowo w tym celu wybrana Restauracja była wizualnie i asortymentowo dopasowana do wizualnego i asortymentowo wyposażonych Podróżników Pierwszy raz Przybyłych za Żelazową, przeżartą rdzą, Kurtynę.

Nie ma wstydu, nie ma lipy, jest pizza! Nie ma też i strachu, skoro w Wiedniu made in Austria władają niemieckim, skoro w Budapeszcie made in Węgry władają ugrofińskim, a w Brazylii gwarzą po portugalsku. Chociaż większość ludzi w Meksyku mówi po hiszpańsku, a język ten nie został oficjalnie uznany za urzędowy i uznaje się tam, oprócz hiszpańskiego, 68 języków narodowych, używanych przez rdzenną ludność, to my, z doskonałym 4 klasy kształconym rosyjskimi poradzimy sobie wszędzie!

Spoko luz, dobrze będzie. Wchodzimy, siadamy przy stoliku przyozdobionym w gustowną ceratę. Pani kelnerka przyodziana w białe obszyte koronką fartuszki i koronę przynosi kartę z Speisekarte, a my po przeliczeniu funduszy, po otrzymaniu informacji że "kredytu nie udziela się i nie można płacić blikiem", odrzucamy każdą po kolei pozycję z menua jak niedostosowaną do funduszy.

Po odrzuceniu Margaritany, Sycyliany, Neaopolitany, Peperooniany, QuatroFormadzijany, Wegetariany,... w końcu, na końcu, trafiamy na pozycję która odpowiada naszym budżetom. W zgodny rytmie kiwając głowami kelnerkę przyzywamy i - o to tu, gawarisz ty pa ruski? to mówię że chcę - zamawiamy!

Pani uniesieniem brwi się upewnia (ar ju siur?), tak wynika z jej mimika. Potakujemy grzecznie gdyż kiedy nie wiesz jak się zachować zachowuj się po prostu grzecznie kurwa c'nie?!

Pani znika, my czekamy, atmosfera senną jest, pora obiadowa ale dzień nietargowy, na miasta obrzeżach leży ta oberża, ale jakby gęstnieje? Aż nadciąga ten moment upragniony, ten wyczekany moment degustacji.

Tyle lat!

Tyle czasu!

Tyle rewolucji i wojen o pokój!

I Już, stało się, pani stawia przed nami Gorące Talerze (Ostatnia najtańsza pozycja w menu z pizzami - heiße platte - 5 österreichische schilling), a cała kuchnia przychodzi nas oglądać jak je ("gorące talerze") jemy.

Ech... Kkamagwi-ga nal ttae bae-ga tteoreojigo!

Kolonia karna

Była sobie para. On z Marsa, Ona z Wenus. Po sprzeczce i intensywnej wymianie zdań postanowili pomilczeć jakiś czas do siebie. Rozejm taki, tchu brakło. Okopać się na pozycjach i łypać na przeciwnika ukradkiem, zbierając siły? To często się ludziom zdarza, kto się czubi... ale mimo wszystko, jakoś żyć dalej trzeba.

W kuchni na lodówce Mars wieczorem zostawił karteczkę: "Kochanie, mam pociąg o 7, obudź mnie o 6, jak będziesz wychodziła do pracy. Dzięki!"

Budzi się rano o 9... o fak! Spóźniony na pociąg, spóźniony na życie, spóźniony na wszystko... Idzie do kuchni wqrwiony na maksa, a na lodówce karteczka: "Kochanie, wstawaj, już 6! Nie ma za co."

Za budzik, zamiast tej pani z Wenus, dzisiaj robi Marsowi komórka. Nie ta szara, jeszcze pijana po wczorajszej kolacji zamienionej w "after party", zamienione w "dobijcie mnie" gdzieś nad ranem. To ta smartfonowa komórka, która już powoli zastępuje nam wszystko inne:

- zmysł orientacji? po co? mamy Google Maps,

- pogoda? już się jej nie sprawdza, patrząc przez okno, tylko w aplikacji. Choćbyś widział przez okno piękne, bezchmurne niebo, to i tak ubierzesz gumiaki, jak ci smart-apka powie, że leje,

- wiedza elementarna w głowie? Jest ciotka Wiki z wujkiem Googlem, nie ma co przegrzewać zwojów.

Kiedyś się pamiętało wszystkie numery telefonów, teraz się nie pamięta nawet swojego... Na koniec zegarek, no i budzik.

Będąc w podróży i w "stanie", nie byłem w stanie podłączyć telefonu do prądu, się rozładował i mnie nie obudził. Czy to jest moja wina?

Dworzec Haupt w Berlinie to nie jest zabawa dla dzieci, to nie jest peron dla jednego Pendolino we Włoszczowej.

Ja nie wiedziałem, że takie coś można wymyślić, a zaprojektować, wybudować i sprawić, że to działa? Na linii napowietrznej zbudowano trzy perony, z czego jeden przeznaczony jest dla S-Bahn (to takie wahadłowce latające w kosmos), dwa pozostałe przystosowane do ruchu ICE (te to się chyba w czasie przenoszą, tak są szybkie), podziemna linia ma cztery perony i wszystkie dostępne dla ICE. Ponadto w podziemiu zlokalizowano, równolegle do peronów kolejowych, stację linii metra. O ja cierpiędole!

Nie bez powodu podaję te nieistotne i przydługie szczegóły.

Jesteś "wczorajszy", spóźniony, zziajany po joggingu z walizką na trasie Hotel - Hauptbahnhof, wkurwiony i weź, znajdź peron, który masz na myśli...

W końcu jednak każdy labirynt da się pokonać, wpadam na MÓJ peron. Stoi piękny, biały wąż z czerwonym paskiem. Wygląda jak pocisk międzykontynentalny skrzyżowany z rakietą nośną na Marsa. Nie mieści się w całości przy kilometrowej długości peronie, bo sam ma chyba z 1,5 km.

Piękne, w DB (koleje niemieckie) poza tym, że jeżdżą punktualnie, szybko, CICHO (co w moim stanie jest kluczowe) i czysto, jest jeszcze to, że jak masz bilet, to nie musisz mieć miejscówki. Wpadasz do pociągu, siadasz byle gdzie i kima. Tak zrobiłem i ja. Wbijam w pociąg, w miejsce pierwsze wolne i jeszcze nie usiadłem, a już spałem...

Mój plan jest prosty, do Kolonii śpię 3 godziny, potem 10 minut na przesiadkę, kawa i dalsze 4 godziny śpię w kolejnym, do Paryża pociągu.

Cudowny, prosty, piękny plan na kaca. Będziesz żył chłopaku!

Long, long time ago... gdzieś na krawędzi jawy i snu:

- Bilecik do kontroli (tiket pliz lub kotlety bite)!

- Proszę bardzo, szanowny panie konduktorze, oto mój bilet, a o której będę w Kolonii? -zagajam mało przytomnie, nie wiadomo po co. Pociągi te przecież punktualne są tak, że zegarki szwajcarskie się od nich ustawia.

- Chwileczkę, już sprawdzam! Yhm... Jak się uda, to myślę, że jutro rano o 7, szanowny panie.

- A, ok, Dane Szyn i Franke Sztain... co? Co?? CO??? Jak? JAK to JUTRO!!!

- Proszę Pana, to jest pociąg do Monachium, gdzie będziemy punktualnie. Niestety, już się po drodze nigdzie nie zatrzymuje, więc dopiero tam złapie pan pociąg powrotny do Berlina. A z Berlina to już prosto do Kolonii - 3 godziny. Może wybrać pan też inne opcje. A tu o, jest opłata za podróż bez ważnego biletu. Kartą czy gotówką?

I za to właśnie najbardziej lubię te nowoczesne pociągi - można płacić kartą!

Selekcjoneiro

Do piłki, tej co to ona jest okrągła a bramki są dwie, ja nie mam nic. Może tylko tyle, że póki, najlepszy nawet, piłkarz zarabia więcej niż naukowiec, to jesteśmy, jako cywilizacja, na równi pochyłej, a karaluchy już stoją w blokach startowych żeby nas zastąpić.

Mimo to, gdyby PZPN, zamiast stroić fochy, siać niepewność i żenadę, przyszedł do mnie i zapytał: Ty, Szosa, bo ty byłeś raz w Portugalii, c'nie? I co myślisz, można brać ichniego selekcjonera czy nie? Mów Mi_ tu zaraz - brać Portugalczyka?

Powiedziałbym, że byłem i dokładnie wiem jak to się skończy.

Gdyby tylko zapytali...

To było lato, Lizbona i mecz o półfinał. Portugalia gra z Francją, gra w piłkę nożną, we Francji - mecz trwa.

Lepki upał zalał ulice, ale popołudniowe słońce nadal gorące nie obchodzi teraz zupełnie nikogo. Ludzie poutykani w barach, knajpach, u sąsiadów i gdzie się da, zapadają w microletargi przerywane wybuchami powszechnej euforii lub furii.

Ile już razy porra sędzia tego meczu umarł w męczarniach po złorzeczeniach, ileż razy przepadł w odmętach piekielnych, a foda Francuzi i ich gra to Isso me irrita pra caralho!!!

Poza tym Portugalia to kraj miły i spokojny, póki co wygrywa w rankingach na najbezpieczniejszy kraj świata, pod warunkiem oczywiście, że aktualnie nie gra w piłkę nożną.

Bo jak gra to Portugalia do boju i powszechne szaleństwo!

Już nigdy chyba nie będzie lepszego momentu na ucieczkę z więzienia, obrabowanie banku narodowego czy pokojowe obalenie prezydenta w przedpokoju i przejęcie władzy "Cichosza".

Dosłownie - teraz nie obchodzi to nikogo.

Siedzę sobie w Lizbonie, słucham ciszy przerywanej trzęsieniami ziemi kiedy Francja niesłusznie dostała wolnego i z tego gorąca, i ogólnie atmosfery bardziej napiętej niż guma od majtek chciałbym napić się piwa. O, takiego małego, o!

Czy to tak wiele chcieć, do cholery, w ten letni, gorący wieczór mimo że popołudnie - PIWO? Jedno jedynie!

Ale jest mecz - zapomnij więc.

Ludzie kupami siedzą w sieniach swych ubogich kamienic, oglądają, słuchają, milczą lub drą się do siebie i włosy z głów.

Jak w Polsce - 10 milionów fachowców od futbolu.

Ulicami samochody stadami się ganiają, radio w każdym na maksa żeby było coś słychać, gdyż nic nie słychać, bo w każdym radio na maksa.

Z okien wystają im flagi i kończyny.

Zmęczony już jestem całym tym dniem, upałem, obłędem w koło, i zwyczajnie - spragniony, bo nikt nie był w stanie podać mi tego jebnego piwa.

Podejmuję desperacką, ostateczną i nieodwracalną, decyzję: wracam do hotelu. Dokładnie: na kemping, dokładniej: na ławkę na kempingu.

Jedyny kemping spełniający moje kryteria (może być zerogwiazdkowy, byle był odpowiednio cenowy, w lidze super light papierowa lub darmowa) jest na przedmieściu, a konkretnie, dość daleko poza miastem. Ale luz, jeździ tam tramwaj!

Tramwaj - Wspaniały środek transportu.

Jakich ludzi można tu poznać!

Ile się dzieje za oknem!

A ile w środku!

Jakie przyjaźnie zawiązuje się w tramwaju!

Jakie się przeżywa (czasami nie) przygody!

Konglomerat aromatów i doktryn!

Z niczego Cię, znaczy mię, tak nie wyjebią jak z tramwaju. Wystarczy że masz/mam/ma zły akcent, zły kolor skóry lub po prostu mówisz po niemiecku. Lecz zostawmy politykę, gdyż to sport łączy ludzi, a to co dla mnie najważniejsze w tramwaju jest - to on tani jest! Kurczę, jakby się dało, na koniec świata można by pojechać tramwajem i jeszcze kasy zostanie na powrót. Gdyby tylko było po co wracać... ech.

Jade na kemping, to ostatni zdaje się kurs, a skoro trasa za miasto to jestem już poza miastem. Jak to w południowych krajach, ciemno zrobiło się szybko i wcześnie, a my sobie jedziemy.

My czyli tramwaj, tramwajarz, ja i radio. Rozkręcone na maksa.

No kto poważny teraz, kiedy Portugalia gra o Wszystko, jechałby tramwajem? Chyba ino Gringo tylko. Mimo, że nie znam portugalskiego i tak dokładnie wiem co się dzieje na boisku, jaki wynik, która minuta, i dlaczego rywale to curva.

I gdy tak jedziemy - ja, radio i tramwajarz, gdy emocje sięgają zenitu, a komentator zaraz eksploduje razem z radiem - mecz się kończy i okazuje się, że Portugalia jednak... nie wygrała.

Nasz tramwajarz, z wyglądu urodzony Portugalczyk, miotając kalumniami i machając rękami, jak jechał, tak zatrzymuje się tym tramwajem. Po czym zrywa się z miejsca i wybiega znikając w ciemnościach...

Wziął, nie uniósł, zostawił wszystko i jak wstał tak sobie gdzieś poszedł!

...Cóż, nie zapytali.

GoliatoGot

Schengen to miasteczko w południowo-wschodnim Luksemburgu.

Leży ono sobie fajnie na styku granic trzech państw - Luksemburga, Niemiec i Francji.

Stała się sławna w 1985 roku, kiedy to na statku Princesse Marie Astrid na rzece Mozeli napisano pewien traktat.

Traktat pod tytułem "Układ z Schengen" traktuje o tym, że Obywatel jednego z aktualnie 27 (ale na pewno już niedługo, bo kto by chciał w tym siedzieć) krajów Unii Europejskiej - instytucji diabolicznej, wymiocie Szatna i Stalina, przedłużeniu Związku Zdradzieckiego, Emanacji Wszystkiego co Złe i Idź Pan W cHuj z Taką Robotą - może swobodnie podróżować po całym tym związku.

Nie wie jakie to błogosławieństwo, ten kto nie stał zimową górską nocą na granicy z Czechosłowacją, czekając 6 godzin w nieogrzewanym autobusie, aż wielmożny WOPISTA się pofatyguje.

I nie mogłeś mu wtedy powiedzieć "Są jakieś granice!"

Przeżyłem takie długie i nerwowe oczekiwanie nie raz i teraz, kiedy o przekroczeniu granicy informuje jedynie operator telefonu komórkowej, nieodmiennie wzbudza to we mnie fascynację, ekscytację oraz kreatywną improwizację naprędce skleconych inwektyw w kierunku kretyńskich kreatur które chcą to zniszczyć...

...Gdzieś w środku tej upadłej i przegranej instutucji, z którą jedno państwo pod postacią szydła potrafiło wygrać aż 1 do 27, jest Droga.

Wiedzie ona z Austrii do... Austrii, i tu taki mały myk: zamiast bujać się na około, nadkładać kilometrów, zasmradzać Alpy swym przeklętym dieslem, można nią, dzięki UzS (Układ z Schengen) ciąć sprawnie i szybko na przeprostki, z tej Austrii do tamtej Austrii przez... znowu trzeba poprzeklinać... przez Germanię!

Na szczęście, przeważnie to nie jest żaden problem. Często nie ma tam tłoku i stoi ona cała opustoszała.

A to dlatego, że wszyscy Niemcy (sam widziałem w Wiadomościach) spiskując i knując atakują opływająca w dostatki i Lidle Polskę.

Tak tam, w okolicach Monachium, jest: pusto, siermiężnie, skromnie i hercliś wilkomen.

Do tego stopnia jest hercliś i wilkomen, że całe grypy terrorystów, jak kiedyś Hunów (tylko na odwrót i bez słoni) atakują tamtędy biedne te Niemcy od południa. Całą dobę.

Właśnie tam, po przekroczeniu Alp wbijają oszalałe ich tabunu na bezbronne tereny, by zająć co lepsze miejscówki pod dworcami i wypełniając wnioski o przydział sutych zapomóg za nicnierobienie, doprowadzać UnioEuropejczyków do upadku.

Niemcom to, od czasu do czasu (poza Kebebami), bardzo nie w smak. Robią więc co jakiś czas lotne blokady tamswych granic.

Stawiają wtedy czołgi i słupki w poprzek autostrady i wyrywkowo zapraszają kierowców do kontroli.

O nie, nie, żadnej chamówy i wywlekania szoferów i szoferek z szoferek. Pełna kulturka, jesteśmy w Środkowej Europie, to nie jest Dziki Zachód czy Barbarzyński Wschód.

Jechałem właśnie tamtędy razem z kolegą, kiedy tym całym "Niemcy" zachciało się urządzić blokadę.

Na prawym pasie ze sto tysięcy tirów, powoli sunąc przed siebie, niczym stado mastodontów na wypasie.

Na lewym, po horyzont, suną pozostałe krnąbrne jednostki które nie mają nic do roboty tylko się bujać po Europie.

A na środku drogi stoją Policaj z grypy Już Ja Cię Terrorysto Wytropię wspomagani GSG 9 der Bundespolizei - Grenzschutzgruppe 9 i wyrywkowo, według klucza znanego tylko wybitnym kryptologom, teoretykom matematykom od poziomu Zdobywca Nobla w górę, lub Fibonacciemu (którego dzisiaj dzień obchodzimy!).

Co jakiś czas jedno z aut poproszone do wyrywkowej kontroli zjeżdża na bok i nie ma, że boli.

Podjeżdżam i... dziwne, przepraszamy ale na boczek zapraszamy.

Zjechałem, a przed maską z miną uprzejmie obojętna stanął mi Człowiek Góra.

Kurde, ten facet co to go łatwiej przeskoczyć (pod warunkiem, że masz tyczkę) niż obejść, przyprawiłby o kompleksy graczy NBA, i to tych największych.

Stoi i mega wyluzowany trzyma palec w okolicach spustu czegoś działopodobnego typu Gatling.

W czasie sprawdzania nam (bo jest nas tu dwóch) dokumentów, mam czas żeby się przyjrzeć temu potomkowi Wikinga skrzyżowanego z Goliatem i domieszką Gota.

Zauważam że: GoliatoGot i jego kumple uzbrojeni są, kurwa, po zęby. Jakby mieli zabić kilkadziesiąt osób na tej drodze i tylko po drodze do wychodka, i z powrotem.

Spotkałem już kilku takich paranoików podczas swych podróży i niespecjalnie za nimi przepadam. Takie nastawienie trochę za mało przypomina mi chęć do ugodowych negocjacji. Patrzę na tego Człowieka Czomolungma i sobie dumam: pewnie wypieszczony Heckler & Koch który ma ukryty z tyłu w pasie uwiera go w plecy, zaraz go wyciągnie i wetknie do kieszeni. Ale wtedy uczucie dyskomfortu przeniesie mu się na sztylet Marina Raider, między łopatkami. Do jednego boku ma przypięty standardowy wojskowy pistolet samopowtarzalny Colt, któremu nie dowierza, ale na drugim wzięte z domu wierne Uzi, któremu ufa. Musi więc gdzieś upchnąć to wszystko i jeszcze rozmaite magazynki, ładownice i inne ustrojstwa. Do łydki przytroczył nóż V-44 Gung-ho do karczowania dżungli, dekapitacji wrogów i rozbijania kokosów, oraz krótkolufowego derringera, przyczepionego do drugiej nogi, dla równowagi.

To co widać z przodu u dołu, to chyba tylko granaty w przednich kieszeniach, upchnięte tam jako że pewnie nie planuje kłaść się na brzuchu.

Szybka kontrola, z powodu przepuszczenia naszych dokumentów przez bazy danych Pentagonu i NATO, pobraniu DNA i kilku innych próbek z kilku innych ciekawych miejscówek, odpytaniu w 5 językach i na migi ze znajomości genealogii do 4 pokolenia, przeglądnięciu skoroszytów wydruków listów gończych z ostatnich 30 lat i porównaniu twarzy z bazą danych ostatnich znanych i niezłapanych terrorystów oraz mistrzów miecza, począwszy od Hasana-i Sabbaha, przeciągnęła się do długiej.

No naprawdę, kto to widział tak traktować, przecież na pierwszy rzut oka i od razu widać, że rodowitych Polaków z dziada pradziada Unijczyków Europejczyków!

Kiedy okazało się, że jednak jesteśmy spoko i mogliśmy już oddychać, żyć, jechać i Bon Voyage, zdziwieni i oburzeni w końcu spojrzeliśmy po sobie.

Ja na zarośniętego aż po piwne oczy czarną gęstą brodą i modnie na brązowo (po wakacjach na Malediwach) opalonego kolegę, a on na mnie - nie z lekka skośno i dzikookiego, suto okraszonego siwizną i czarnosiwą brodą smagłego po nartach na lodowcu typa o trudnej do sprecyzowania a wyraźnie widocznej aurze "lepiej mnie nie wkurwiaj."

No naprawdę... "Ale głupi ci Rzymianie!"*

*Asterix i Obeliks

Strumyk

Badania przeprowadzone na Antarktydzie pokazują, że nie ma już żadnych szans na przetrwanie niektórych lodowców.

A lodowiec Thwaites, uroczo nazwany "lodowcem zagłady" "trzyma się już ino paznokciami".

Ten skromnej wielkości połowy Polski lodowiec, znajduje się na Antarktydzie Zachodniej i niezależnie od tego, jakie działania podejmie ludzkość, będzie trzeba się liczyć z konsekwencjami jego rychłego rozpadu.

Bez paniki! To, póki co, odległa południowa strona globu, który, jak sama nazwa wskazuje - jest płaski, więc nie ma się co martwić - cała nadmiarowa woda spadnie sobie w dół, na słonie.

Nas bardziej interesuje część północna, gdzie ludzkość, w ramach pomocy arktycznym zwierzakom postanowiła gremialnie i solidarnie "morsować".

Polega to na tym, że udając morsy które przeważnie siedzą sobie na krach - siedzi się w wodzie.

Spoko, siedzenie w wodzie zawsze jest dobre, ale... dlaczego ludzie "mordu..." tfu "morsują" się w zimie?

Sprawa przecież jest poważna, w słusznym celu robiona, dlaczego więc na łatwiznę idą i taplają się zimą?

Nawet przedszkolak wie, że woda wrze w 90 stopniach, a lodowacieje zmrożona zimnem w okolicach 0.

A skoro to tak, jest zima, na zewnątrz z -10, i "morsownik" pakuje się do wody która ma ze 2 stopnie NA PLUSIE i przedstawia w necie swej mężności i odwagi dowody, to ja się pytam: co to za hardość, jak się z zimnego wchodzi w ciepłe?

Żadna sztuka! Zimno i piździ na powietrzu więc bach w ciepłą, spokojną wodę. Ależ wyczyn!

W dodatku, żeby nie było za zimno temu wystającemu co na świeżym zostało, bo w wodzie przyjemne ciepełko i to bez sikania, to jeszcze czapka i rękawiczki?

Nie no pliz, ależ mi to wyczyn!

Ale pomoc uciśnionym gatunkom!

Jeśli naprawdę się chce "morsować" przez duże MORS (Marznięcie Okrutnie Rozbójniczo Straszliwe) to proszę bardzo, róbmy to w lecie!

Kiedy na zewnątrz przyjemne 35, w ręku drink, opalenizna ładnie układa się z przodu na "hadronie", i wtedy do wody +2 wchodźmy, bo w zimie... Phi... żadna sztuka!

Jak to zrobić?

1. Przygotowania: Zdajesz butelki do skupu - w celu pozyskania środków na ten szczytny cel, zjadasz obiad - trzeba myśleć strategicznie, nie wiadomo kiedy będzie następna okazja. Bierzesz wór, a do niego śpiWór, pod pachę namiot, kilka kanapek z serkiem topionym (topiony, to ważne - jest już wstępnie przygotowany na trudy wyprawy) no i - dla rozrywki -"Potop" Sienkiego.

2. Trasa: Ruszasz, dla zmyłki przeciwnika, pod wieczór..., i już niebawem, gdzieś w okolicach Cieszyna łapie cię noc, a każdy wie, że po ciemku się nie jeździ, nocujesz więc gdzieś w zrujnowanym budynku przy granicy.

A od rana, już pełna profeska. Po otrzepaniu się z gruzu, kurzu, i tego czym gołębiom udało się w ciebie trafić, ruszasz z przytupem. Strategicznie i dla zatarcia tropów przekraczasz granicę z buta, potem z 15 km piechotą wzdłuż drogi, w końcu do Brna jakimś wybłaganym "Moskwiczem", potem kilka godzin opalanka oparami w słońcu przy obwodnicy, krótki przelot Peugeotem 204 z tenisistą co się ulitował, jeszcze kilka szybkich zmian pojazdów w celu zmylenia przeciwnika, i w końcu - na koniec, gdzieś o 3 rano, po 36, 52 czy 176 bo już sam nie wiesz, godzinach jazdy - jesteś na miejscu - przytulany park w Salzburgu czeka zamknięty, by przedrzeć się do niego przez płot. Krzaki staranie wypielęgnowane oczekują. Miłych snów.

3. Wstępne przygotowania: Teraz trzeba znaleźć odpowiednie miejsce do akcji - Sejf der di das Planet (to z niemieckiego - jesteśmy w Austrii a sejf bo blisko Szwajcaria). W tym celu udajesz się w okoliczne, przepięknej urody dolinki alpejskie i taktycznie rozbijasz tam Bazę - namiot chiński dwuosobowy beztropikowy, obok jeziorka tak lapis-lazuliowego (spokojnie to nie ultramaryna, ani nie tak mocno nasycony jak błękit paryski) mieniącego się w słońcu, że okoliczne stoki traw jak grynszpan, mknące w górę ku modremu niebu - zielenieją butelkowo z zazdrości. Hmm, a może to był zwykły wody lazur? A, nieważne bo...

Baza już rozbita. Przytulnie, w głębi lasku, obok bieżącej prosto z gór wody typu "strumyk płynie z wolna", i osłonięta przed mściwym okiem rządnych twej porażki ZiMorsów, no i fukcjonariuszy służb bezpieczeństwa zwanych: Policaj.

Po założeniu Bazy, oglądnięciu okolicznych stoków, wyznaczeniu "w pamięci" tras podjeść i poręczowania, czas na najtrudniejszą część: aklimatyzacja.

4. Aklimatyzacja: Tak, tu jest najciężej. Nie zapominajmy: to są Alpy, czas letni, wakacje, tu się oddycha! Cholera, najtrudniejsza do przeprowadzania akcji pora roku - ale my nie idziemy na łatwiznę, nie dla nas średnio trudna wiosna czy przyjemna zima! Ceny w knajpach - Kosmos! A zdanych butelek niestety nie było zbyt wiele, no i nie mieszajmy ze sobą różnych systemów walutowych. Mimo wszystko, i skromnych środków, udaje się aklimatyzować do popołudnia, szczególnie, że pogoda, która w górach jak kobieta - z lekka zmienną jest, i w tym czasie zaczęło padać dość mocno, sprzyja klimatyzowaniu.

Po wstępnej aklimatyzacji czas wracać na Bazę, przeczekać do rana, i wtedy mozolnie zacząć tę akcję specjalnej troski.

Wracasz na bazę, na szczęście już po deszczyku, przestał napierdalać huraganowo i już tylko siąpi, więc masz dobry widok na te 5 centymetrów namiotu co to wystaje z wody, z wylanego "strumyczka" przy którym się rozbiłeś, a który zrobił się, jak dziadek w sanatorium, dziwnie wartki, i wcale już nie z wolna, bo idzie na tańce.

Robi się wieczór, wody w koło coraz więcej, w namiocie "potop" i inne "szpeja" - cóż, czas to wyłowić.

I kiedy idziesz pływać w krystalicznie czystych, za to cudownie rześkich, bo lodowatych, chyba -400, wodach spływających bezpośrednio z alpejskiego lodowca, kiedy po całej akcji nawet pobliska huta swoim martenowskim piecem nie jest wstanie cię rozgrzać, a przy twoich 8 stopniach temperatury wewnętrznej Hi... hi....hhhhhhiiiiiippppppooooootttteeeerrrrrmmmmiiiiiaaaa to tylko zabawna nazwa dla konia marki klacz, i siły szybkiego reagowania NATO - szybko reagują na ogłuszające staccato twoich miażdżonych zębów...

Wtedy dowiadujesz się co to jest prawdziwe "Morsowanie".

Via Egnatia

Dużo się mówi o ociepleniu, ale bynajmniej nie "stosunków", lecz przy okazji rekordów i stawania na krawędzi - przynajmniej w meteorologii. Ogólnie, że niby ostatnio ciepło dość.

E, takie tam gadanie. Sokoro była zima i musiało być zimno (sam słyszałem), to jak jest lato, to musi być ciepło.

Wniosek ten niebezpodstawnym jest.

Kiedyś, ponad dwie dekady temu (niemal średniowiecze), kiedy klasą drugą niższą turystyczną, bez przesiadek "wylądowałem" w Salonikach (miasto w Grecji) to dopiero było ciepło(!).

Chyba nawet prawie tak samo jak teraz, a nawet bardziej.

Przy okazji - zawsze dumałem skąd taka nazwa "Saloniki"?

Tędy przebiegała super ważna, strategiczna niegdyś trasa Via Egnatia! Droga ta, ciągnąc się od Dyrrachium nad Adriatykiem, przez Egnatię zasuwała gdzie? No gdzie? Do Bizancjum i stanowiła przedłużenie Via Appia.

Via Appia! Każdy chyba wie z czym to się je: najstarszy, główny szlak komunikacyjny Rzymu i jego posiadłości.

Może ma to jakiś związek z nazwą? Pójdziemy, zobaczymy.

Kiedy wiedziony naukową chęcią rozwikłania intrygującej nazwy, wysiadłem w "Saloniki" z klimatyzowanego otwartymi oknami wagonu, od razu dostałem strzał w ryj. Pociąg który tylko impetem swej masy, jakoś klinem wbił się w ten upał, zaraz i tak zatrzymał się ze zgrzytem, a ja, wysiadając - odbiłem się od atmosfery. W nieruchomym powietrzu wisiało chyba ze 160 stopni, a wilgotność była ujemna... albo ze 300% na plusie (całą wilgoć wypiło pobliskie morze, a może wręcz przeciwnie?). Całkowicie zmącony wewnętrznie już miałem zawrócić do przytulnych, zbliżonych do naturalnych wewnątrzwagonowych 37 stopni, kiedy drzwi, wcześniej wyjściowo-wejściowe, zatrzasnęły się przezornie i sajonara frajerzy - pociąg zakończył swój bieg.

Cóż było robić? Poczłapałem w - jeszcze dwóch - klapakach do tablicy z rozkładem jazdy, a tam na odręcznie wypisanej kartce ze skreślaniami jak na moim dyktandzie z podstawówki, dowiedziałem się, że kolejny pociąg mam o 21:36 ale żebym się nie martwił, bo za to do Budapesztu przyjeżdża się o rozsądnej i rześkiej porze 7:05.

Rano? Cudownie, będziesz żył chłopaku, jak dożyjesz.

Narazie jest południe i 144 stopnie w cieniu - rześko dość - mam więc, podczas łażenia, do zabicia (się) jakieś 9 godzin.

W sam raz żeby tu umrzeć od przegrzania, potem dostać udaru, następnie dołożyć ciut odwodnienia i na koniec paść na zawał.

Wbijam "na miasto", jeszcze tylko chwila nieuwagi - stanąłem jedną nogą na pustej, ulepionej z płynnego asfaltu - Via Egnati, i poszło... Z jednym klapkiem na zawsze utopionym w starożytnej drodze, już półboso poszedłem poszukać obuwia zastępczego i odpowiedniej iloci płynów do 9 godzinnego ich wypacania.

Tak, zawsze mówię: niektóre drogi nie wybaczają błędów!

Co już po chwili się okazuje? Idziesz tzn. ja idę sobie przez miasto, jest południe, dzień powszedni, a wszędzie, gdzie nie spojrzysz(ę) knajpy, kawiarnie, piwiarnie, winiarnie, restauracje i puby.

I wszystkie pełne.

MiastoTo jeden wielki TheSaloon!

Ja się pytam: jak ta cywilizacja ma przetrwać?

I natychmiast też zrozumiałem - już wiem skąd nazwa, całe "Thesaloniki".

Naprawdę, mózgowcom, myślicielom mojego poziomu dużo nie trzeba by dodać dwa do dwóch, gdyż:

- Gdzie kręcono najlepsze westerny?

- Kto pisał do nich najlepszą muzę?

- Z jaką drogą łączy się via Egnatia i kto tu się kręcił po terenie przez setki lat?

Odpowiedz jest prosta: to Romianie, Włosi! W preriowych The Saloonach!

Zawsze to Rzym zrzynał od Greków, ten jeden raz było odwrotnie, i od Włochów udzieliło się Grekom, chociaż teraz, jak się ich zapytasz czy to prawda, to udają Greka!

Dobra, załatwione, z głowy, zostawmy to, pociąg już czeka, a ja, przepiwszy w ciagu 9 godzin 2 pensje i wygraną w totka, dociągnąłem się ostatkiem siły i jednego klapka, do dworca.

Zestaw transportowy "PRL - Pamiętamy!" ściągnięty cuglami pneumatycznych hamulców, aż chętny do zgłębienia się w mrok, do kolejnej Wielkiej Bałkańskiej Przygody posykiwał raźno przewodami, zrzucał śmiało ciśnienia, szczękał odbojami i ogólnie szykował się jak Duplantis do bicia kolejnego rekordu.

A ja, nie patrząc już na nic - ani na dziwnie znajome z PRL obskurne przedziały, ni na powyłamywane gdzieniegdzie drzwi pustych toalet, na okno mało uchylne, czy poprzecieraną i poczerniałą z lekka wy(po)tworną dzianinę pokrywającą krzywe fotele - uwaliłem się na siedzenie.

To wszystko nic, furda, byle na północ, byle do chłodu! Tylko 10 godzin! W nocy! Damy radę, i darmowy nocleg!

Teraz zasnąć tylko, a obudzić się w Budzie i w Peszcie gdzie swojskie gulasze tokajem popijane.

Nic to, to już nie ważne, że o suchym pysku, że z kawałkiem niedojedzonej kanapki - jeno... no, jedźmy już.

I pojechaliśmy, a potem ta tępa akcja nabrała... y... tempa.

Kiedy zanurzyliśmy się w noc, w kierunku na północnym mrok, przeszedł słyszany już z dala amerykański współpasażer, i wyraził swoje małe niezadowolenie "I fucking hate this train, I hate it so much!"

W wolnym tłumaczeniu to będzie: kurka wodna, nie lubię się troszkę z tym pociągiem.

Zaciekawiło mnie, co tu można nienawidzieć. Ok, ja wiem, amerykańskie dupsko może nie jest zwyczajne pokomunistycznych bałkańskich, jeszcze nie do końca zmodernizowanych standardów, ale... Bez przesady, idź spać i wstań rano, w Austro-Węgrach, gdzie cywilizacja, kawy, serniki i opery!

- Co panie Amerykanin tak utyskujesz, co tak złorzeczysz? Przecież 10 godzin przez chłód nocy minie ci płynnie jak sezon Stranger Things w Netflixsie.

- Jakie 10 godzin?

- No, te 10 godzin! 21:36 - 7:05, to nawet i mniej!

- Jakie 10 godzin?

- debil czy co - myślę i dumam - ale nie zdążam...

- Panie Polak, ja jechałem już tym pociągiem, tak, on wyjeżdża o 21:36, owszem, on nawet i przyjeżdża o 7:05, ale nie jutro rano, tylko 2 dni pózniej...

...A po drodze przytulna Bułgaria, urocza Rumunia, przedziałowy przewóz więźniów, dziesiątki godzin postoju na przedSchengeniskich granicach, woda z hydrantu, toalety "na narciarza", brak lokalnych walut i "nie można płacić blikiem".

Dolce Vita

W życiu liczą się detale. Obraz, droga, szafka z Ikei, osiągnięcie szczytnego celu, na szczycie szczytowanie, kodów sczytywanie czy Szosy czytanie, składa się z małych elementów które trzeba mozolnie ze sobą połączyć aby stworzyły całość.

Oczywiście - zbyt szczegółowe skupianie się na detalach może zaburzyć ogląd całości, ale z drugiej strony, patrzenie z odległości na całość, może przygnieść ogromem, a smakowite detale mogą nam umknąć. Dlatego, w tym wszystkim, trzeba zachować jakiś balans, z jednej strony dystans, a z drugiej... ech... w życiu liczą się detale.

Tak jak kiedyś ja, w Italii, gdzie:

1. Nie ma nieobitych aut.

2. Jeśli jednak są, to jest to zagubiony niemiecki emeryt, którego nawigacja wywiodła na manowce w jego funkiel nowym mercu, i patrz na 1.

Jest tak, gdyż Włosi traktują swoje środki transportu z typową dla siebie nonszalancją i radością ich bi... bycia.

Klasyczne Dolce vita! - w dobrowolnym tłumaczeniu - Masz Dolce? Witaj!

To jest trochę dziwne, bo najpiękniejsze, najdroższe, najkultowniejsze, najdizajniejsze i najfajniejsze auta robi się właśnie tam. Ferrari, Lambo, Maserati, Fiat 500...

Z jednej strony są to pojazdy o ponadczasowym designie, tak piękne, że szkoda wsiadać, a z drugiej strony... no weź i zobacz z drugiej strony... widzisz jaka wgniota?

Ciężko to zrozumieć, ale też trudno się dziwić. Italia ma długie tradycje w budowaniu miast.

Wtedy, kiedy je budowli, stawiano na ponadczasową solidność, tak by to czego nie załatwił Wezuwiusz, się ostało i stało.

No i do dzisiaj stoi.

Byli bystrzy, mieli Senekę, Marka Aureliusza, formację żółwia, kohorty, czynszówki i igrzyska, ale jednego nie przewidzieli.

Nie przewidzieli transportu czterokołowego wielokonnego (poza wołowym), a na tym co zbudowali rydwany mijały się bez im problemu, wiec -Panie, to nie Ameryka, po co szerzej i prościej, jak tak jest łatwiej i prościej?

W dodatku, w Rzymie w ciągu dnia, był zakaz jazdy konno, więc budowano w układzie: niech będzie tajemniczo i zagadkowo w stylu "gdzie ja, kurwa, jestem?!" dla przyszłych, przybyłych tu, turystów.

W takich warunkach obcierka, wgniotka, ryśnięcie, błotnikiem muśnięcie, jest oznaką zwykłych codziennych zmagań z przestrzenią.

Drobna jak u dzieciaka na podwórku czy piłkarzy na boisku oznaka zajęć praktycznych na powietrzu.

Przemyć, pocałować, plasterek i do przodu.

Więcej przy tym gry aktorskiej i udawania, niż boleści i poważnych urazów, lapidarnie rzecz ujmując - stłuczka nie wypadek, jeździć - obserwować.

Nikogo więc nie zdziwiło, ba, nikt nawet nie zauważył, gdy na miniaturowej Italiańskiej uliczce miejskiej, z jednej strony zastawionej stolikami i okupowanej przez degustatorów espresso, a z drugiej błotnik w błotnik ustawionymi pojazdami, jakaś bellissima z włosami czarnymi, starannie, godzinami układanymi w niestaranny, artystyczny nieład, wsiadła do swojego naparstka w formie Fiata 500.

Oczywiście, miejsca wkoło tyle, co w tokijskim metrze w godzinach szczytu, gdy zapaśnicy sumo dorabiają sobie dopychaniem masy ludzi swą masą.

Nikt nie wie, jak ona tam wparkowała, zapewne tak samo jak próbuje wyparkować, zresztą, i tak nikogo to nie obchodzi.

Gdy czarna przepiękność wsiadła, odpaliła i zaczęła opuszczać miejsce parkingowe, nikt z rozdyskutowanych i rozgestykulowanych, wypoczywających po 2 godzinach harówki Włochów, nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

Nikt, poza mną. Bo ja, mimo, że z daleka, patrzę, widzę i zwracam uwagę na szczegóły.

Kiedy Pani Przepiękna zaczęła swoim autem przybijać piątki przodem w tył i tyłem z pojazdami stojącymi grzecznie przed i za nią - zdziwiłem się - Ej... No, miejsca jest mało, ale nie aż tak! Szkoda przecież tej pięknej 500-setki!

Co ona myśli, że jak tak sie poodbija to jej zrobią miejsce?

Pewnie tak i wychodzi na to, że 30 cm z przodu, podobnie z tyłu to sprawa z góry przegrana, nie ma najmniejszych szans, żeby z tej dziury wyjechać inaczej, niż poszerzając lukę poprzez presję mechaniczną z dodatkiem kinetyki na sąsiednie pojazdy.

A, że się blacha wygnie? To są szczegóły i nie ma co na nie zwracać uwagi.

Ale ja zwracam, i widzę iż ta presja nic nie da. Pojazdy z nieznanych powodów nie chcą współpracować, mimo, że pani uparcie, zawzięcie i bezskutecznie nie powiększa luki w przestrzeni.

Taka piękna stara 500! Może ma swoje niedoskonałości wynikłe z życia w trudnym środowisku, ale z jaką gracją dojrzewa!

Nie! Nie mogę na to patrzeć!

Fiat 500 wyszedł Włochom doskonale. Cudowny pojazd, no i, z daleka widać, przepiękna właścicielka - wymagają pomocy jakiegoś dżentelmena.

Spokojnie acz zamaszyście wstałem od stolika, nagłym tym ruchem zmieniając równowagę sił i energii na kwartale. Kinestetycznie rozmawiający rękami, kłócących się o wszystko i o nic werbalnie, clienti abituali lekko zastygli i... jakby przycichli?

Kiedy skierowałem się w stronę Namiętnej i 500, powoli, jak łany zbóż pokładzione wiatrem, rozmowy ucichły zupełnie, a uwaga zogniskowała się tylko w jednym punkcie. W punkcie Mi.

Podszedłem i grzecznie, strzelając po oficersku "obcachami" moich tenisówków zaproponowałem pomoc, a Bellisima ją przyjęła.

Wysiadła, ustępując miejsca w naparstkowozie.

Uwaga tego mikroświata, jego energia, doping i fascynacja skumulowane były już tylko na fiaciku.

Jedni zapomnieli o oddychaniu, drudzy nerwowo przypalali papierosy, inni histerycznie się śmiali: "Co on zrobi w tej sytuacji, w której wiadomo, że nic nie zrobi, gdyż sytuacja jest równie jasna i beznadziejna jak reprezentacji Polski w walce z Potwornymi Wyspami Owczymi?"

Lecz, jak to powiedział kiedyś Asterix "Ale głupi Ci Rzymianie!" - 30 cm z przodu i z tyłu to aż za wiele, żeby takim autem wyjechać, łamiąc się kilka razy w miejscu.

Ręce mam silne, doświadczenie również niesłabe, więc bez problemu wyprowadziłem naparstkoautko z klinczu, w dodatku zgrabnie i bez niepotrzebnego obijania jego pięknego przodu i uroczego tyłu.

Z wrażenia, część co słabszych nerwowo obecnych tu istot padła bez przytomności, reszta oklaskowymi owacjami na stojąco nagrodziła me mistrzostwo.

Z okolicznych domów zaczęli się zbiegać miejscowi, myśląc, że Azzurri wygrali Mistrzostwa Europy! A jeśli nie to nic, i tak jest okazja żeby świętować.

Dolce Vita!

Kiedy opuściłem naparstkowóz Bellissima odrzekła - Grazie! - wdzięcznym, męskim barytonem, i puściła mi oko, a ja zobaczyłem, bo mam oko do szczegółów, że ma oko w rajtuzie i sobie nóg nie... nóg nie...

Nóg nie ogolił, ten cholerny Bellissim.

SzusaMi

Dosypało.... Czym się różni "szosowanie" na letnich 18-kach od "szusowania" na zimowych carvingach w zimie?

Poza literką jedną, w moim wypadku - curwen, niczym.

A propos zimy i szusowania.

Dla młodzieży zima trwa pół roku i wyjść z pomieszczenia na tak nieludzkie, eksternistyczne warunki można, owszem, ale są "oboszczenia":

- Przemknąć do auta można jeśli jest gdzieś niedaleko, max 10 m od wejścia.

- Podejść do galerii handlowej czy do żabki, owszem, jeśli to jest góra 5 minut z buta albo przystanek autobusowy w zasięgu wzroku i pełny zimowy rynsztunek bojowy.

- Podejście zimowe pod szkołę zawsze wiąże się z najwyższymi stopniami... zagrożenia i jest relacjonowane live w sieci.

Jest jednak taka jedna jedyna sytuacja, kiedy młodzież w zimie wytrzyma 3 godziny a nawet i 3,5 na świeżym powietrzu bez smartfona, marudzenia i przede wszystkim - w ogóle.

Słyszało się też o hardcorowych, nieludzko twardych wyjątkach, co wytrzymują i cały dzień.

Ale ja nie spotkałem. Pewnie są w stanie tyle znieść, bo ze znajomymi i dziewczyny patrzą.

Ta ekstremistyczne wyjątkowa zimowa sytuacja to: Szusowanie.

Narty czy deska to jedyna opcja w czasach beztrzepakowych podwórek, bezprzewodowych komórek i bezlimitowych internetów, kiedy nastolatki wylezą ze swych gawr na straszliwie, nieludzkie, morderczo trudne warunki zimowe: słonecznie, plus 2 stopnie, idealny śnieg, wiatru brak, bezchmurnie.

Najgorsze w tej akcji "ruch to zdrowie" jest to, że trzeba też samemu umieć jeździć na tym cholerstwie. A żeby umieć, to trzeba się nauczyć.

Postanowiłem zostać nauczonym.

- Nauczymy cię Mi_, jedź z nami, a będziesz jeździł, jak My!

Pojechałem, gdyż skoro tak radzą znawcy i specjaliści, to chyba wiedzą o czym sobie tam radzą.

Nawet do głowy Mi_ nie przyszło, że po prostu potrzebowali kierowcy i żeby się dorzucić do hotelu.

Na miejscu, po moim profesjonalnym Szosowaniu, a przed Szusowaniem, pojawiła się też ekipa Chojraków-Strażaków.

Najlepszych narciarzy wśród straży i najlepszej straży wśród narciarzy.

Przyplątali się skądś, na kielicha przyszli po sąsiedzku, czy coś.

Starzy narciarscy wyjadacze, pasjonaci, mocni zawodnicy.

Kiedy wieczorem przy wódce dowiedzieli się, że to moje pierwsze szusy..."ale ten, że TU?"

Cóż, dość powiedzieć, że już dawno nie widziałem, żeby stare, twarde chłopy płakały.

Tak się popłakali ze śmiechu, że inaugurację sezonu trzeba było przesunąć.

Nie było takiej ilości alkoholu, która by ich uspokoiła. Zostałem ich idolem, bożyszczem tłumu, maskotką tych igrzysk, ale jeszcze wtedy nie wiedziałem, dlaczego.

Ok, jesteśmy na miejscu. Góry lubię, gór się nie boję, więc bez jeszcze żadnej zwłoki stajemy w pełnym rynsztunku do kolejki - do kolejki. Widoki bajeczne, i już po 40 minutach jesteśmy na szczycie.

Cały szczęśliwy myślę:

- Tu, kolego, zaczyna się początek końca pewnego etapu twego nędznego żywota, nic już nie będzie jak dawniej. Już nie będzie Człowieka_co_na_nartach_nie_jeździł.

A potem Mi_ pokazali gdzie mam jechać.

A Mi_ w śmiech - Ale, że co? To tam w przepaść mam spaść? Patrzę w dół i widzę, no wyraźnie widzę, że nic nie widzę. Kurwakąt prosty!

"Przepraszam, pożyczy mi ktoś czekan? Gdzie są liny wspinaczkowe? To jest trudność 16+? To zawody wspinaczki ekstremalnej? Po co wam tu narty, ktoś ma spadochron? To my tu nie przyszli się aklimatyzować przed Himalajami?"

Każdy śmiech się kiedyś kończy, otarłem łzy, patrzę wkoło półprzytomny, a ci ludzie, ciągle bez żenady i nadal żadnej zmrożonej zwłoki w dół się rzucają i jadą!

E nie, to chyba wycieczka szaleńców jest, duża część samobójców wymieszanych z desperatami, a reszta to raczej słabuje na umyśle. Nie nie, na pewno nikogo normalnego tu nie widzę, słabo widać przez te ich hełmofony, ale na pewno tak jest! Dobra, to ja może podziękuję, gdzie jest wyjście...?

Nagle słyszę zza pleców:

- No Jedź Mi_ stąd tam! Jedź Mi_ już w dół! Mi_giem leć i Jedź!

Wszyscy wkoło dopingują i, powiedzmy sobie szczerze, to nie troska przez nich przemawia, to nie czuła pomoc bliźniemu czy altruistyczne zrozumienie człowieka ustawionego pod.. tfu, nad ścianą pionową.

To zwykła chęć pośmiania się nie pozwala im zostawić mnie tu samemu sobie, żebym sobie spokojnie umarł.

Dobra, "ciąć będziem równo z trawą, by z byle chmyziem na polu karnym się nie pospolitować". Jadę!

Znaczy się: spadam, toczę się, ślizgam, padam, turlam, ryję ryjem.

Cały wachlarz póz, płóz, rozgwiazd i nie wiedziałem, że jestem tak rozciągnięty! Ała, nie... nie jestem, robię to wszytko, ale wiem jedno: na pewno nie jadę.

Jest walka o życie ale jest też czas na pogawędki i szlifowanie, w przelocie, doskonale Mi_ nieznanych języków:

- Ar ju ok?

- Alles gut?

- Łot ar ju duing?

- Ar ju krejzi?

- Ju ar krejzi!

Wieki później, jakieś 10 minut chyba, dotarłem na dół, a na czas tego pokazu wszyscy się zatrzymali, żeby zobaczyć pierwszy w tych stronach zjazd "na pingwina"

Owszem, były takie próby wcześniej: na brzuchu i twarzą do przodu, ale nigdy tak długie i z nartami na nogach.

Po tej nieudanej próbie samobójczej do mainstreamu przeszły slogany ukute na moją cześć:

- Widzimy się żywi w knajpce U-marty?

- Przelatujesz Mi_mochodem nad stokiem?

- Nie jedziesz za szybko tylko lecisz za nisko!

- Widziałeś orła cień?

Ech, cóż by tu dodać na koniec...

Nie jeździsz? Zacznij!

Ale jak zaczynasz to może nie tak jak Mi_, od razu czerwonym szlakiem na samej górze góry jakiegoś cholernego Alpejskiego lodowca, z 8 kilosów czy inne 3400 m. nad poziomem morza, gdzie się nawet zapalić na uspokojenie nie da, bo nie ma tlenu!

Serce z kamienia

Od wielu lat trzymamy na stanie pojazd. Jest już pełnoletni, doświadczony, wart pewnie mniej niż niejeden rower damka. Ale jest, niezawodny i niezwyciężony. Kiedyś robiono pojazdy solidnie, w wysokich standardach i bez turbin.

Jednak ten konkretny egzemplarz jest bezcenny także z innych powodów...

Kiedy moje dzieci były małe... o - takie małe! (Tak, to było dawno temu), bawiły się na podwórku i rysowały kamykami po asfalcie (a może chodniku?), jak to dzieci. A dlaczego nie kredą? Nie wiem! W każdym razie, siedzę, piję kawę ... (tu każdy wstawia kawę, jaką lubi pić), jak człowiek cywilizowany przybyły po pracy do domu. Nagle przychodzi do mnie córka i mówi, że zgłasza reklamację, że rysunek nie chce się zetrzeć, że na chodniku to się ściera jak coś się nie uda, a na aucie to nie...

- Aha, na aucie, no tak...

Zaraz, zaraz, na aucie?! Na jakim aucie?!

No i ślak trafił kawę! Połowa na mnie, połowa na podłodze...

- Oj, tato! No jak, na jakim? -przewróciła oczami, jacy ci dorośli są niedomyślni -Na mamy aucie, przecież twoje jest srebrne, nic nie widać, jak się rysuje...

Tu nastąpiło kiwanie głową w niemym rozczarowaniu do brata, który rozkładał ręce w równie niemej bezradności.

Na drzwiach pojazdu marki nieważnej w kolorze ciemnym narysowała serce, którego nie dało się zmazać, a z chodnika zwykle tak i reklamacja, bo krzywo i tak nie może być... i dlaczego się nie ściera?

Idę i faktycznie, na drzwiach auta serce jak malowanie. Ino, że nie malowane, a do gołej blachy wyryte kamulcem dla lepszej widoczności i kontrastu (pewnie ciężko szła robota)...

I co tu zrobić? Co zrobiłyby każdy duży, szanujący się ojciec? Mam w dupie, co by zrobił, ja poszedłem za róg, żeby mnie nie było widać...

Jak już się przestałem turlać ze śmiechu i doszedłem do siebie jako tako, po wydmuchaniu gilów z nosa i otrzepaniu ciuchów wróciłem, próbując przybrać minę poważną. Powiedziałem:

- Faktycznie, kiepskie te kamyki, nie da się zmazać... Nie rysujcie już więcej nimi po aucie, bo jak się nie uda rysunek, to się nie zmaże i zostanie takie brzydkie.

I więcej po aucie nie rysowali...

No, bo co innego zrobisz?

Można się wściekać, bo to przecież auto, najwspanialszy ludzki wynalazek i obiekt westchnień (zaraz po kutym ogrodzeniu), i w ogóle chyba dużo pieniędzy kosztuje, i takie tam... pierdoły.

Ale tak naprawdę to tylko powyginana blacha pociągnięta farbą.

Za to taka afirmacja uczuć w postaci serca! Taka sztuka jednorazowa, cudownie niepowtarzalna!

To jest dopiero Banksy! Trzeba się cieszyć, że jej nie przyszło do głowy malować "wyjazdu nad morze" razem z bratem. No, weź i sprzedaj teraz takie dzieło!

Przepis na danie "do myślenia"

Ponoć tak piszę o motoryzacji, że lepiej, abym nie budził apetytów w ramach pisania o kulinariach, bo przyczynię się do przeciążenia planety i wzrostu wagi statystycznego obywatela.

Zaciekawiła Mi_ ta koncepcja, więc w kompromisie coś napiszę o przepisie.

Nastąpiły ostatnio zmiany w przepisach, wynaleziono jakieś stare receptury na nowo.

Stwierdzono, że po ich zastosowaniu to dopiero będzie nam w smak. Koniec ułańskiej fantazji w gotowaniu, z lekceważącym, byle jakim stosowaniem przepisów.

Będą już wszędzie i wszystkie gwiazdki Michelin.

Nie może być tak, że jak krajanie jadą "zagranicę" Polski, to potrafią się zachować w ichnich restauracjach, przestrzegać i stosować ich przepisy. A u nas to nie... Fakt, maniery są ważne przy stole, ale o to się nie martwię, my przecież uczyli Francuzów jeść widelcem już w średniowieczu, więc tak, jak "zagraniacą", tu też szybko sobie przypomnimy, co i jak.

Ok, to zmieniamy książkę kucharską z przepisami i w końcu będzie dobrze smakowało.

Ale tak myślę, przepis na udane danie to podstawa, ale i składniki muszą być dobre, i to wszystkie, aby wyszło... na dobre.

Jadę więc kiedyś przez nasz umiłowany kraj ogórka kiszonego, a na pokładzie mam 12-latka... zbyt bystrego.

Szosuję stylem "kompromis", czyli tak, żeby było bezpiecznie, ale sprawnie, żeby nie przegiąć, ale żeby dojechać jeszcze w tym tygodniu.

I ten 12stek nagle Mi_ mówi:

- Ale tu było ograniczenie, a pan nie zwolnił! I ja obserwuję, i to nie pierwszy raz!

Osz Ty... uczył mnie będziesz? - myślę, lecz milczę - bo co mu powiem? Przecież nie będę tu wchodził w zawiłości, w meandry, w filozofie. Przepisy to przepisy, trzeba przestrzegać, żeby danie było udane. Nie można też demoralizować młodzieży, od której przyszłość zależy, a której, jak się powie co i jak, to i tak nie uwierzy.

Mówię więc:

- Dobra, masz rację, przepraszam, to teraz pojedziemy zgodnie z przepisami.

I pojechaliśmy, a przed nami było jeszcze 60 km dróg przez miasteczka oraz wsie, borami, lasami i łąkami z zakrętami.

Z długimi prostymi, rondami, przejściami dla pieszych i drogowymi robotami...

Jazda... tu można 90, ale już hamowanie, bo nagle 50. Ledwo co się skończyło i można 70, to pasy i znowu... po hamulcu. Długa prosta - tniemy 90, to kurier po lustrach Mi_ daje, żebym jechał szybciej i co tu dziadka udaję. Zakręt z górki z koniecznym 40, by po chwili 90, więc gaz, ale już do 30, bo drogowcy znaku zapomnieli zabrać po robocie, co zupełnie nie przeszkadza, by POLICJA (Poszukiwacze Okoliczności Licznych Inkasacji Cennych Jednostek i Aktywów) się tam ustawił za krzakiem w celach tylko i wyłącznie troski o bezpieczeństwo. "Stop" na torach - obowiązkowo i start, bo 90, ale już las, zwierzyna, więc przezornie zwolnię. Miasteczko przecięte krajówką przez pół, światła, teren zabudowany, ale można 70 i już 50, a tu szkoła to 40... I w końcu, po przejściu ze stylu "kompromis" w ten "szybki/szybki, wolny/ wolny" styl i na sposób ultraprzepisowy dojechaliśmy do mety. Zatrzymuję się dumny i pytam:

- No i jak mały, tak dobrze?

- Niedobrze!

- Ale jak to, tak też niedobrze?

- Niedobrze, będę rzygać!

Ok Boomer

Mój ulubiony suchar: "Dzieci, jak są małe, to są takie słodkie, że chciałoby się je zjeść. A potem się żałuje, że się tego nie zrobiło!"

Moja młodzież jest już duża i nie, nie żałuję, że pomimo iż w dzieciństwie była słodka, to jej nie zjadłem. Moje dzieci były super, są super i nie zamieniłbym ich na żadne inne...

Mimo wszystko, gdzieś tam, w przeszłości chyba popełniono błąd, nastąpił wstrząs. Mają jakąś "traumę" z dzieciństwa, a ja ciągle dumam, kiedy i gdzie nastąpił przełom.

Bo gdy tylko nadchodzi kilka dni wolnego, nie są wybredne, może być weekend, pada pytanie/przynęta/zarzucenie haczyka:

- Pojedziemy gdzieś?

Kiedy i gdzie popełniłem błąd? Co tak odcisnęło piętno, że nastąpiły nieodwracalne zmiany w ich mózgach... i w ciągu kilku minut są gotowe i chętne na każdy wyjazd, mimo, że w ich aktualnym wieku to już nie jest takie proste...

Ok Boomer, może wtedy?

To był zwykły, piękny, wakacyjny dzień, kiedy po 3 tygodniach bez szkoły i lekcji, za to z nielimitowanym czasowo zasłużonym dzieci odpoczynkiem, człowiek robi, co tylko może, żeby pójść do pracy. Pierwszy tydzień wakacji - kreatywnie działa babcia nr 1, drugi tydzień - wychodzi z siebie babcia nr 2, trzeci tydzień - ty. I nie dajcie się zwieść, czwarty wytrzymują tylko komandosi Gromu i Chuck Norris. Tak, są takie momenty w życiu, szczególnie jak dzieci są małe, ale już w wieku szkolnym, że żeby już dłużej nie siedzieć w domu i nie brać udziału w znudzonej dziatwy pomysłach, poszedłbyś kopać rowy tylko po to, żeby je (rowy, nie dzieci!) potem zasypywać.

Dobra, jak to mówią WOPiści - są granice! Dość tego -jedziecie ze mną! Do pracy, kierunek Nowy Sącz. Przejdziemy się, załatwimy co trzeba, spotkamy się z Kim Kolwiek, a potem zjemy lody, czas zleci, szczęśliwy i cały będzie tata... i dzieci.

W Sączu byliśmy planowo, wczesnym rankiem. Trasa dobra na jeden hot-dogowy Pitstop, we Włodawie przybyło, wilgotność niska, temperatura oleju w normie.

Kim Kolwiek nie miał zbyt wiele czasu, więc akcja była szybka i już... 10 trzydzieści i popracowane. Parafrazując Pingwiny z Madagaskaru, kiedy zdziwione wylądowały na Antarktydzie - Szybko (biało) dość!

I co tu dalej z NIMI robić? Lody zjedzone...

Po dłużej chwili namysłu, kilku kalkulacjach i nad mapą deliberacjach, zapytaniach skierowanych do wujka Google,

Kto za? Kto przeciw? Nie widzę!

Po niezarządzeniu reasumpcji zapadły te, jak się okazuje teraz, ważące na całym życiu i brzemienne w skutki decyzje... Kilka godzin później poprzez super szybkie łącze GSM wywiązał się ciekawy dialog pomiędzy niestrudzonymi podróżnikami, a stęsknioną M.-bazą (Kobieta, Żona, Władca tych Ziem i Podwaładnych):

- Tu M.-baza, tu M.-baza. Jak mnie słyszycie i jak się bawicie?

- Nie wygłupiaj się, M. Dobrze Cię słyszymy i dobrze się bawimy, jesteśmy w ZOO!

- O, to jest ZOO w Nowym Sączu?

- Z tego, co wiemy, to nie...

- To gdzie to ZOO?

- W Wiedniu...

- ...

- M.-baza?

- No dlaczego mnie to nie dziwi... To kiedy wracacie?

- W nocy, to znaczy... jutro w nocy, a dokładniej to chyba pojutrze, gdyż w celach naukowo-poznawczo-okazjonalnych jedziemy też do drugiego ZOO.

- W Wiedniu?

- M., nie ma drugiego ZOO w Wiedniu, jedziemy do Pragi...

Oszczędnie!

Młodzież zakończyła to coś nazywane "edukacja".

Po odrzuceniu słabych ofert z jakichś Cambige, Oxfrot, Collegium Humanum oraz innych wiodących na rynku uczelni, a będąc przed błyskotliwą karierą na MiT poprzedzoną praktykami w okienku MacDrive, Młodzież bezwzględnie zasłużyła sobie na wypoczynek. Czas regeneracji, relaksu, wakacji, czyli kiedyś - malowania płotu, a teraz leżenia bykiem w pokoju, w alternatywnej wersji porządku (z francuskiego zwanej "le burdel") i chatowniu (czatowaniu... nie wiem na co).

Lecz po paru dniach, basta! W celu uchronienia ich przed odleżynami, a globu przed efektem cieplnym od nadmiaru przesyłanych terabajtów danych, zapada decyzja: "Mówicie, gdzie chcecie jechać, obiecałem, wykonam, pojedzieMi!" - powiedział do nich ojciec.

A Młodzież po licznych dyskusjach, rozkminach, deliberacjach oraz zwykłych kłótniach popartych trzaskaniem obrotowymi drzwiami, zadecydowała - nach Berlin!

Dlaczego nie nach Dubaj, Rzemień, Korea Północna czy Pieniny? Nie wiadomo, to jest młodzież, oni funkcjonują w innej rzeczywistości.

Mają tam pewnie jakieś tabele przeliczeniowe oraz inne wykreso-rankingi, w których ujęty jest poziom "siarowości" oraz "coolowości"zależnie od wyjazdu. Jak jedziesz w ich wieku nad morze z rodzicami, to jest "siarowość" 100, ale jak dokładnie w to samo miejsce robić dokładnie to samo tylko z kumplami, to 100 jest "coolowość". Dlaczego? Bo rówieśnicy i ich opinie są w tym wieku najważniejsze, decydują o życiu i szczęściu.

Trzeba to uszanować.

Ok, widocznie z kartą kredytową w postaci rodzica (skoro już musi) Berlin dobrze wygląda w relacjach, ma duże przebicie na snapach i dostaje wiele "pozytyworeakcji" tam, gdzie się reaguje "reakcjami".

Na szczęście i ich ojciec nie ma nic do tego kosmopolitycznego miasta. Pełnego atrakcji, piwa, kiełbasy i super samochodów, które gdzie indziej służą do podziwiania (takie są super) w przerwach na masaże maski pianą oraz nabłyszczanie, a w Berlinie służą po prostu do tego, do czego je zrobiono - do jeżdżenia. Spoko, miasto to jest Ok na szybki wypad. Niech będzie Berlin, jakoś się przetrwa.

Lecieć tam nie ma sensu. Jest na tyle blisko, że za tę kasę się nie opłaca. Jeszcze się samolot dobrze nie rozpędzi, a już trzeba lądować.

Przy tych zabójczych cenach za bilety człowiek się wykosztuje, a młodzież nic nie zobaczy po drodze, no i ślad węglowy.

Jechać autem też nie ma sensu. Jest na tyle daleko, a paliwo kosztuje teraz tyle, że jedziesz, jedziesz, jedziesz, lejesz i płaczesz, no i wychodzi Mi_, że Polska jest krajem rodzinnym samych wygranych w totka i mnie jednego przegranego - tylko tyle mogę stwierdzić po cenach autostrad zaproponowanych narodowi.

W dodatku jedziesz, jedziesz i nic nie widać, tylko tiry i ekrany dźwiękochłonne, Młodzież przegapi całą drogę w smartphony i całą drogę przegapi. No i ślad węglowy.

Co zostaje? Po Niemiecku - zu fus lub zu zug.

Zu fus odpada - nie mamy tyle czasu na pielgrzymki.

Ale zu Zug... Tak, tu już można powalczyć.

Każdy głupi może oddać nerkę czy zaciągnąć 30 letni kredyt i kupić jeden bezpośredni bilet międzynordowy z darmową kawą rozpuszczalną.

Nie, my profesjonaliści na podróż patrzymy po gospodarsku i wyciśniemy z niej, co się tylko da.

Zaopatrzyłem się w zapas energii na tydzień, zaciemniłem pokój (siadając w piwnicy), dostarczyłem sobie skrzynki różnych napojów oraz wykupiłem godziny obliczeniowe na najszybszym komputerze świata. Tak przygotowany, po 3 godzinach jogi i medytacji, metodycznie zacząłem przeczesywać sieć w poszukiwaniu optymalnego i taniego połączenia kolejowego Polska-Berlin.

Po wielu roboczo-godzinach pracy, litro-hektach napojów energetycznych, terabajto-megaramów i przegrzaniu się oraz superkomputera nadeszły wyniki prac. Były one tak dziwne, że myślałem, iż sztuczna inteligencja nabawiła się cynicznego poczucia humoru, no bo tak:

Słuchaj Mi_ mnie. Jak jedziesz pociągiem z młodzieżą to mają dziesiątki procent zniżki za ten naukowy trud, a do tego jak jest was więcej niż jeden to dochodzą kolejne dziesiątki procent zniżek (hurt). Dosłownie tyle jest tych zniżek i last minut, że jakby nie granica, to by wyszło, że jeszcze chwila i PKP będą dopłacać do tego biletu!

Ach tak... Granica! Okazuje się, że przez granicę kursuje pociąg łącznikowy, który jest za darmo! To chyba taka przemytnicza inicjatywa "Ponad Granicami". Po co zasuwać z paczkami przez rzekę skoro jest most z szynami?

Ale, skup się Mi_tu! I tak nikt nie przebije tych tam "Niemcy". Można tam (u tych "Niemcy") kupić teraz bilet miesięczny, który wychodzi taniej niż jednodniowy na komunikację miejską w samy tylko Berlinie... I to na CAŁE Niemcy ten miesięczny! Tylko intercity nie jedź i będzie git.

O ja cię! Jak tak się podchodzi do biznesu, to ja już się wcale nie dziwię, że przegrali wojnę.

A więc mamy TO! Podróż nie dość, że ciekawa, z przesiadkami w różnych interesujących miejscach, to w dodatku tak tania, że urząd skarbowy na bank będzie sprawdzał, czy to nie jest jakiś międzynarodowy przekręt.

Wszystko dopięte do ostatniej minuty, każdy transfer przewidziany i opisany na mapie, każdy krok bezbłędnie rozpracowany, każdy numer pociągu, siedzenia, peronu i toru zapisany i zapamiętany.

Kurde... no, jestem dobry w te klocki.

To co? Zostaje wyszukać przytulny, w sam raz na naszą kieszeń, dopasowany do standardów podróży młodzieżowej nocleg spośród tysięcy oferowanych turystom w Berlinie i się pakować.

Ponieważ na bookingu jestem stary wyjadacz i znany, mam już nawet platynową odznakę z napisem "Gieniuś" za zasługi, to luzacko wrzucam miejsce i daty przybycia w wyszukiwarkę, a w oczekiwaniu na stos wyników siorbię sobie kawę oraz wołam młodzież, aby razem z nimi wybrać przytulne noclegi i przy okazji objawić im tę radosną nowinę!

Jest, Booking zapiszczał radośnie wynikami swych poszukiwań: "Cześć, Mi_, Berlin w tym czasie ma 99,9% zajętych miejsc noclegowych, ale jest spoko i z radością możemy zaproponować Ci 8 doskonałych ofert w cenach zaczynających się od 3 tysięcy za dobę"

- E... no tak, to ten... Młodzież, słuchajcie, mam świetne wieści! W sportowym są na przecenie fantastyczne buty górskie i dlatego zamiast do Berlina jedziemy połazić po górach, w Beskid Niski, z namiotem! Ale super, co nie?!?