W uszach moich trwa szum
twój, lesie dzieciństwa i młodości, - choć tyle już lat nie dano mi
go słyszeć na jawie! Przebiegam w marzeniu wyniosłe góry - Łysicę,
Łysiec, Strawczaną, Bukową, Klonową, Stróżnę, - góry moje domowe -
Radostową i Kamień, - oraz wszystkie dalekie siostrzyce. Nie ja to
już, człowiek dzisiejszy, wciągam zdrowemi płucami tameczne
powietrze, kryształ niewidzialny, niezmierzone, nieskazitelne,
przeczyste dobro, - zimne, nieskalane oddechem, zgnilizną, brudem,
pyłem, - lecz ktoś inny, kogo już dawno niema, młodzieniec, który
niegdyś w mem jestestwie przebywał. Nieraz mi się wydaje, że go
wcale nie było, że to poprostu jedna ze zmyślonych figur, które
wynajdywać w nicości, tworzyć, kształtować i pokazywać ludziom
zapomocą pisaniny było moją manią od dzieciństwa, - że to Rafał,
albo inny jaki, bujał niegdy tamoj po górach. Tamten ja, miniony i
nieistniejący, z bronią na ramieniu, nachyla się nad burzliwą,
kipiącą wieczyście wodą źródła świętego Franciszka i przegląda się
w jego czystej powierzchni, czystej, jak łza, ażeby ze swego
odbicia czynić wnet przedmiot baśni, bohatera, postać nieistniejącą
a najbardziej bliźnią,
quidam
tajemnicze, byt dwunogi,
godny wieloaktowego dramatu, albo godny epopei w dziesięciu
pieśniach. Tamten siaduje nad brzegiem wartkiego strumienia, co ze
źródła świętego Franciszka wybiega, co śmiga wdół i snuje się po
kamieniach. Tamten wysłuchał, jaki to puszcza szeroka wydaje głos
za wiatrem przypadającym i odchodzącym, a mnie o tem przez całe
moje nędzne życie podaje wieść.
Znawcy dziejów ziemi, co jak niedosięgłe krety bobrują po
warstwicach skorupy, latają, niczem ptaki, po lądach i morzach
przeddziejów, a skaczą po tysiącoleciach chyżo i pewnie, wmawiają
we mnie, że zburzyszcze na szczycie Łysicy, osędziałe od mchów,
utkane paprocią i kwieciem, że kwarzec, świetlisty od miki i
połyskliwy od górskiego kryształu, co w szczycie pasma zalega, -
tai w sobie odgnioty wielkookich raków morskich, zagrzęzłych ongi w
piachach tego przed wiekami wybrzeża oceanu północy. Tak jest, czy
inaczej, - niechże oni zajmują się temi pośmiertnemi raków
dziejami. Ja śmierci nienawidzę. Uwielbiam nowe życie tej krainy,
choćby ta jego nowość sięgała pierwszego porostu trawy morskiej na
tym raczym cmentarzu. Widzę jeszcze dziecięcemi oczami wielkie raki
żywe, stwory czarne o formie dziwacznej, straszącej wyobraźnię
dziecięcą, jak suną po jasnem, gliniastem dnie potoku, co z mej
góry rodzinnej spada w rozpędach, zakrętach, półkolistych obiegach
i nagłych wdół popławach. Soczyste nad nim trawy, kaliny, tarki,
wilcze łyko i bujne łodygi, wewnątrz puste, wielkimi liśćmi
nakryte, których pień, łyczkiem cienkiem obciągnięty, tak się
świetnie nadaje do wciągania w usta lodowatej wody ze źródła, wody,
co łupie w zębach. Zarośla, z brzegu na brzeg przerzucone, splatają
się między sobą. Chmiel je obwija, a przetykają leśne maliny.
Srokosze w ich gęstwinie kują swe dzwonne pieśni, a zatajona kędyś
kukułka bawi się w chowanego z rozbawioną, z rozigraną dziecięcą
duszą. Czarne cienie jodeł kołyszą się rytmicznym tanem na
wiosennej murawie, bezmiarem kwiatów zasłanej. Wielorakobarwne,
nakrapiane i pisane motyle latają z miejsca na miejsce, jakby
szukały tego tajnego schowania, gdzie się kukułka ukryła. Dzwonny
szmer ponika wyrywa się z łożyska, chcąc się do zabawy przyłączyć,
lecz żywe jego wody, porozdzierane przez głazy na liczne
strumienie, muszą uciekać, uciekać w dolinę. Migocą tam w słońcu,
mienią się, połyskują, błyszczą, - obraz wieczny jedynego
prawdziwego szczęścia, istotnej, niepodzielnej i skończonej radości
życia. O, potoku, potoku, gdzieżeś to poniósł, gdzieżeś to podział
tamte wody!...
Zaznajomiłem się był dobrze w ciągu wielu młodości lat z
wodami żywemi tej leśnej Nidy, co się z czystych potoków w bujną
rzekę rozrasta. Obejmowała mię niegdyś przychylnem, lodowatem
ogarnięciem, gdym się w jej czarne głębie ufnie rzucał po twardym,
po kamiennym śnie, skoro tylko świt za szczytem Łysicy niebo
zarumienił. Nosiła mię na łonie swem, jak dobra matka, gdym pływał
stojąc, nawznak, na piersiach i na bokach. Wyrzucała mię z wnętrza
swego na powierzchnię siłą potężną głębiny niezgruntowanej,
najeżonej rosochatemi kłodami drzew puszczy, ongi zwalonych, w dno
wrosłych, - gdym zbyt długo nurkiem po jej tajnikach chodził.
Znałem się wówczas na obyczajach i naturze ryb, na chytrości,
mądrości i instynkcie dzikich kaczek, cyranek, bekasów, kurek
wodnych, grzywaczy i jastrzębi. Przeszpiegami i chytrością ludzką
odpowiadałem na przeszpiegi i obronne sposoby rogaczy, lisów i
zajęcy. Byłem myśliwcem i rybakiem, - z nazwy zresztą bardziej, niż
ze skutecznego efektu łowieckich zabiegów. Byłem bowiem
największym, (bo jedynym), na całe świętokrzyskie góry poetą,
udającym myśliwca i rybaka. Miałem w sobie lekkość lisa, nogi
jelenie i jakgdyby skrzydła bekasa u ramion. Pisałem swe marne
wiersze w lasach i wertepach, - w ciągu długich letnich deszczów
pod cieniem olchy obwisłej w nadnidziańskim smugu, - pod daszkiem
brogu na wilkowskim ugorze, - oraz w leśnych kapliczkach, obok
klasztoru świętej Katarzyny.
Układałem dramaty, już wówczas niesceniczne i chybione, z
powstańczych legend tego zapadłego kraju, gdzie jeszcze był nie
wytchnął ślad stopy skrwawionej pokonanych bojowników, - gdzie
jeszcze ściany przydrożnej austeryi czarne były od kul i
podziurawione, jak rzeszoto, a każdy człowiek dojrzały, co krwawe
czasy przeżył, tylko o nich mówił, kładł je w moje uszy, jak do
składu, - a czasem tym dzielił na części swe życie przed i
popowstaniowe. Układałem nieskończone i, oczywiście, źle zbudowane
powieści, o chłopie Marku z Krajna, co w powstaniu własną swoją,
chłopską partyą dowodził i wyciągałem epos o przeklętym i wyklętym
zdrajcy z tejże wsi, - Janicu, - co za wydanie spisku Ściegiennego,
- chwały naszych czarnych lasów, - ordery, pięć kolonij w nagrodę
otrzymał, a sam rozpił się, na dziada zeszedł i w przydrożnym
sypiał rowie.
Widzę cię we wspomnieniu, świątyńko mała, dawnego eremity
domku, kołysko moich, - żal się Boże! - poezyj...
Otoczona zewszechstron płotem z żerdzi jodłowych, stoisz
pośrodku łąki pachnącej. Drzwi twe dawno spróchniały, zamek ich
zardzewiał i już nie spaja połowic. Wiatr, nieznoszący tajemnicy i
zamknięcia, rozwalił je we dwie strony, przyparł do ścian i raz na
zawsze otworzył. Zgniły i zapadły się drzwi w podłodze, prowadzące
do sklepu - pod ziemią. Oglądaj każdy, ktoś ciekaw, co tam jest w
głębi! Leżą na dnie wyschłe, suche, w zbutwiałej trumnie zwłoki
niewiadomego polskiego rycerza. Jest to może tensam rycerz, co, na
żelaznej pięści podparty, a przyłbicę zamczystą mając u wezgłowia,
śpi na marmurowym pomniku w starym klasztornym kościele świętej
Katarzyny. Tensam to może, którego życie, łacińskim wysławione
opisem, siostry zakonne, w chwalebnej gorliwości o czystość
świątyni, rok rocznie na godne święta malują wapnem od góry do
dołu, tak porządnie i skutecznie, iż z peanu sławy rycerskiej widać
jedynie liczne, lecz nieczytelne wgłębienia, a i sam rycerz wraz ze
swą epopeją w wapienną bryłę się zmienił i stał niejako, podwaliną
niemej ściany. W kapliczce leśnej można pewno i dziś jeszcze czytać
napisy po ścianach ostatni raz bielonych, - na szczęście! - przed
powstaniem. Jeden z nich, wyryty jakiemś ostrzem, głosił słowo mało
zrozumiałe: - "
Szczyt moich cierpień zrównał się z tą górą 1863". Nie
było imienia i nie było nazwiska. To jakby ów rok wszystek - 1863 -
ostrzem strzaskanego pałasza, czy złamanego bagneta na niemym
murze, dla nikogo, te słowa wypisał. Obok tego oświadczenia, które
się stało osnową pewnej krwawej tragedyi, co całkowity brulion za
całe czterdzieści groszy wypełniła sobą od deski do deski, -
widniały wydrapane na murze nazwiska: "Stefan Żeromski, uczeń klasy
drugiej" - a niżej tuż pod tamtem: "Jan Strożecki, uczeń klasy
drugiej". O ile ów, z roku 1863, zanadto pilnie swe nazwisko
zataił, o tyle my dwaj, uczniowie klasy drugiej, czyniliśmy wówczas
dla uwiecznienia naszych, co się tylko dało, co było w naszej mocy.
Jan Strożecki i później czynił, co się tylko dało, co było w jego
mocy: w najsroższy Sybir, na wytrwaną z moskiewskim caratem chodził
bez trwogi, a potem, po latach walki, we Francyi, godnie, jak
przystało na towarzysza naszej ławy w kieleckiej szkole, zginął,
ratując tonącego człowieka. Ale - o Janku! - jeśli siostry zakonne
na któreś godne święta odmalują kapliczkę bożą u podnóża Łysicy, na
leśnym skraju, i twoje jedyne epitaphium i ślad mej gloryi,
największego poety między Łysicą i Radostową górą, wniwecz pójdzie,
w nieme i martwe wapno się zamieni, tak samo, jako chwała rycerza w
dole. Tylko konwalie i poziomki nie zapomną o wolnych duszach
rycerzy. Dookoła starej kaplicy, w trawach bujnych woniejąc, pchać
się będą, jak zawsze na wiosnę, ku drzwiom roztworzonym, przechylać
owoc rubinowy i kwiaty białe poza próg spróchniały, jakby w zbożnym
zamiarze, by bojownikom, zapomnianym przez ludzi, oddać zapach
swój, tymian pozgonny.
Zdobywanie przestrzeni za dni młodości za pośrednictwem mocy
mięśniowej, która tak bez wysiłku dawała sobie radę z
odległościami, wycisnęło swój obraz niezatarty na pojmowaniu, a
raczej na uprzytomnianiu sobie wszelkich wymiarów. Miarą
przestrzeni była i jest dla mnie odległość różnych miejsc w tamtych
stronach. Dwie wiorsty - to polna droga z Ciekot do Wilkowa, trzy
wiorsty - to gościniec z Krajna do Górna, trzy mile - to linia
prosta z Kielc do świętej Katarzyny. Każda trudna, duża i ciężka
praca jakiejkolwiek natury, literacka, biblioteczna, czy inna,
obrazowo i porównawczo mierzy się w mej wyobraźni, w mej sile
mięśniowej i nerwowej na wysokość góry Radostowej. Jestem oto u jej
podnóża, w Leszczynach, w Mąchocicach, w Bęczkowie, - jestem na
pierwszym garbie, na drugim, na trzecim, - jestem niedaleko
wierzchołka, - jestem na szczycie! Widzę już mój kres i mój cel:
rodzinny dom! Schodzę z rozmachem wdół. Otom już w granicy naszych
pól. Widzę drzwi, przekraczam próg... Upadam po trudzie na cichy i
radosny spoczynek...
Jak ja, taksamo wszyscy dawni ludzie, którzy niegdyś
wdzierali się na te góry i przemierzali wielkie lasy, poili się
tymsamym jedlanym szumem, tensam zapach wciągali nozdrzami i
temsamem czystem powietrzem napełniali płuca. Pierwszy, co wtargnął
z oszczepem-li, czy z siekierą bronzową w dłoni, z południa, od
strony Wiślan, czy z północy, od strony Mazowszan, przyszedł przed
czasami, które ima i swoimi sposoby utrwala dla potomnych plotka
człowiecza, - drżał pewnie w sobie, patrząc struchlałemi oczyma w
puszczę Łysicy. Widział bowiem wokół siebie drzewa srogie, zwartym
ostępem stojące, wyniosłe, borem niedosięgłym dla szybkolotnego
spojrzenia wyległe w dal milami. Lękliwa cześć napełniała jego
duszę, gdy mierzył nieznane i niewidziane, grube, obłe, potężne
pnie podarte od przepęknięć i okapane obarami żywicy, na sto łokci
wybiegające pod niebo. Krzywymi pazurami korzeni wszczepione między
omszałe, sterczące i nawalone skrzyżale, między rumowie, które
zwietrzały kwarzec górski wytwarza, - spłaszczonemi koronami
chwiejące się za wiatrem tam i sam, - obwieszone ciemnozielonymi
wieńcami igieł ulistwienia, - obarczone licznemi ramionami spławów
potężnych, - pachnące balsamicznym olejem, w nasionach zawartym -
śpiewały przed nim własny poszum swój, puszczańskie wzdychanie,
niemowny śpiew, który wszystko ludzkie zna i wspomina. Z ciemnej
lasu gęstwiny szedł na jego duszę, nastawał i napastował głos
dawien-dawny, nieodmienny, głęboki - wysoki, ostrzeżenie i
napomnienie, śmiech i płacz, duma, zamierająca w pustce głuchej. A
skoro zamierała nuta lasowa, wyrywało się z puszczy wycie wilka,
albo hukanie pohutliwe puhacza i przejmowało serce człowieka
straszną bojaźnią. Przychodzień ów tajnią czucia korzył się przed
niememi wielkodrzewami. Chciał zrozumieć wygłos ich, jakoby
zagmatwany i zamazany bełkot niemowy, - ażeby w nim znaleźć
odpowiedź na niepewność, tajemniczość i kruchość żywota. Lecz w
brzmieniu tem, podnoszącem się z milczenia i odchodzącem w
milczenie, wiała nań tylko wiadomość o śmierci nagłej, a
niespodziewanej. To też w trwodze swej wierzył, że w boru tym tai
się, kryje i oddycha wiatrem śpiewnym duch wszystkomogący,
Świst-Poświst, bożyszcze śmierci. Przyjacielem mi był za dni
młodości tamten pierwszy przychodzień. Lubiłem marzyć, jako się
skrada temisamemi, co ja, zaroślami, wądołami, w których tesame
biegną potoki, łaskawością pagórków i niziną mokrych smugów, ażeby
polować na bobry brunatne, co na brzegach naszej czarnej rzeki
kuliste swe chaty, żeromiona, budowały, - na puszyste,
kasztanowate, wysmukłe i gibkie leśne kuny, których cenne skórki
były rodzajem pieniądza, - dziesięć na grzywnę, - środkiem
wymiennym, - na niedźwiedzia i wilka, na jelenia i srogiego dzika,
co dziesiątkowi kundlów dawał radę, gdy go stanowiły w oparzelisku,
- na chytrego lisa, na krępego leniwca, czyściocha i ospalca
borsuka i na sępa, siadującego w widłach największego drzewa w
Łysicy. Lubiłem marzyć, jak z kopami skór kunich na ramieniu
przemyka się leśnemi ścieżkami, które sam jeden zna, ku Tarżkowi u
brzegu rzeczki Świśliny, na skraju lasów, gdzie już do puszczy
docierają zdawna karczowane, jednolite pola sandomierskiej
urodzajnej gliny. Tam to na targowisku starodawnem, jak pamięć
ludzka zasięgnie, myśliwce i kłusowniki, ludzie leśni, ludzie
dzicy, ludzie waleczni spotykali się z ludźmi z polan i równin
polskich, z pól i niw, którzy siali żytnie i pszenne ziarno, mełli
mąkę i umieli szczepić na dziczkach owoc smakowity. Wzamian za
skóry kunie, borsucze i niedźwiedzie, za wilczury i bobrowe
kołnierze dostawali kowane żelazo i rzemień wyprawny, mąkę i sól,
słodki owoc i wypalone naczynie. Tam także słuchali wieści o innych
światach, niż świat czarny. Słuchali wieści o mężach dziwnych, co w
Żmigrodzie wznoszą kamienną bożnicę, wodą naród pracowity polewają
i uczą miękkich zabobonów. Ludzie puszczy chętnie opuszczali
targowisko na Tarżku i szli nazad ku górom. Witali las radośnie,
gdy się z góry najwyższej spadem nagłym osuwa w zimnej doliny
otchlisko, niczem chmura gradowa. A gdy po jego błękitnych
przegubach we wnętrzu ciemnem, dla oczu niedosięgłem, obłok biały
piął się ku szczytowi wzniosłemu, radowało się bezsłownie serce
ich, - serce nasze, zawżdy tosamo serce ludzi puszczańskich.
Kędyś daleko, za Radostową i Kamieniem w stronie południa
było inne targowisko, na wzgórzach, gdzie gródek polskiego króla
ludzie wojenni zbudowali. Tam to, w podgrodziu, goście z obcej
strony, kupcy przebiegli, mieli na sprzedaż za skóry kunie broń
sieczystą i zmyślne naczynia z żelaza. Z tegoż gródka, na Kielcach
wzniesionego, wyszedł węgierski książę Emeryk i poniósł w ręku
święty krzyż na Łysiec, gdzie już król polski, imieniem Mieczysław,
a może Bolesław, przezwiskiem Chrobry, a może Krzywousty, -
zbudował był kościół niewysoki, gruby, sztuką dawną grecką z
kamienia postawiony. Tenże król sprowadził dwunastu braci
benedyktynów, pochodzeniem i językiem Włochów z góry Kassynu i w
klasztorze na Łyścu osadził. Długo szedł korzenistą i piaszczystą
drogą książę węgierski Emeryk, w towarzystwie biskupa krakowskiego
Lamberta, niosąc ze czcią pięć ułamków Krzyża Świętego, wprawionych
w złoty krzyż o pięciu ramionach. Srogi lud leśny nie ważył się
napastować tych bezbronnych pątników. Ciążyła już nad jego samowolą
mocna ręka królewska, a ślady władzy tej zostały w nazwach gór: -
góra Królewska, góra Książęca. Dopiero teraz, po ośmiu wiekach,
podłość zbójów wróciła do swej samowoli. Gdy kule wojny zburzyły
wieżę kościoła na Świętym Krzyżu, ręka złodzieja wyłamała święte
schronienie i zdarła złote blachy ze szczątków Krzyża, a samo
święte drzewo cisnęła kędyś między brud ziemi.
Nadszedł był czas, iż książę, panujący w Krakowie, darował
łańcuch gór i błamy lasów krakowskiej biskupiej stolicy.
Kasztelanie pobrzeżne w Kielcach i w Tarżku stały się ostojami i
siedzibami władzy nowych panów tego przestworu. Powstał w Tarżku, -
z czasem Tarczkiem przezwanym, - dworzec myśliwski biskupi. Tam
władcy, którzy niejednokrotnie spychali z tronu królów, zażywali
puszczeńskich wywczasów. Z gminu nieraz wyrośli, a dzięki cnotom,
wiedzy, ogładzie, przebiegłości i znawstwu rzeczy ziemskich, w
auzońskich podpatrzonemu krajach, na tak wyniosłe podniesieni
siedzisko, stali się dobroczyńcami leśnej ziemi. Tworzyli nowe
miasta, jak Kielce i Bodzentyn, - wśród dziczy nietrzebionej
dźwigali podniebne kolegiaty, wznosili zamki, wzorem włoskim
zdobione, - jakoby wstęgi wysnuwali z potężnych dłoni mury obronne,
- napełniali miasta rzeszami sztukmistrzów. Z górnego i środkowego
Ponidzia sprowadzali osadników z siekierą i sochą do trzebienia i
karczowania skrajów lasu wpobliżu grodu kieleckiego. Dawali wolę
ludowi rolnemu w Woli Kopcowej, Radlinie, Górnie, Leszczynach, Woli
Jachowej, Napieńkowie. Trzon wyższy długo jeszcze trwał postaremu.
Kiedyś dopiero rolnicy podejdą bliżej, wyrąbią polany, gdzie bielą
się Bieliny, ciągną się Porąbki i wgryzą się w samą Łysicę i
Krajno, wiszące na skłonie wysokim. Jak niegdyś niezwyciężeni
królowie i potężni krakowscy książęta, tak później polowali tutaj
rycerscy biskupi - Lambert, Gedko, Prandota, Bodzanta, Floryan
Jelitczyk z Mokrzka, Paweł z Przemańkowa, Zbigniew z Oleśnicy,
Gamrat, Zadzik i inni. Otoczeni zdrowym, wyniosłym, zahartowanym w
srogim klimacie, potężnym fizycznie, dzielnym i walecznym narodem
górskim gminem szczwaczów, przebiegłych i czujnych ślakowników
zwierza, chytrych, jakoby cuchem psim obdarzonych kłusowników,
wśród chartów, ogarów, kundlów na dziki, jamników na lisy i
borsuki, oraz wszelakiej innej psiarni, roznoszącej po szczytach i
dolinach echa wrzaskliwe, - przebiegali puszczę, odziani w pancerz,
z oszczepem i łukiem w dłoni. Walczyli pierś w pierś z włochatym
niedźwiedziem, rozjuszonym wilkiem, i srogim odyńcem, który,
ciapiąc groźnie w stanowisku, szarpał kielcami psy i martwe miotał
na strony.
Tam to spoczywał onego dnia, jak głosiła jedna z powieści,
potężny Bodzanta na pochyłości matki-góry. Miękki nasuwień, szatę
tkaną, wzorzystą miał powierzch napierśnych blach. Zsiadł z konia,
runął na ziemię. Skinieniem dłoni odegnał zgraję pochlebców,
wesołków, błaznów i wszelakich służalców. Precz kazał zabrać psy na
smycze. Z rękoma założonemi pod głową, z nogami w skórzniach po
pachwiny rozwalonemi szeroko, z oczyma zatopionemi w niebie, gdzie
białe chmurki sunęły ponad przypłaszczonemi głowicami, leżał
nawznak. Słuchał, jak jedle niezmierne pieśń mu wywodzą jedyną,
której słuchać warto, albowiem nigdy nie wygasa i na sile nie
traci, - pieśń o przepotędze i zuchwałych żądzach młodości i o
zgniłej rozpaczy starości, - o pasyach i furyach ducha
rozszalałego. Wołały go ku modlitwie, lecącej w niebo, gdyż
przesmutnem wzdychaniem swojem trwogę poznania wszechrzeczy rzucały
w jego sumienie. Wspominały mu lata minione - odpłynione, których
nie wróci nikt, nigdy. Wspominały mu tajnice grzechów, w których
był skowany, jako kłodnik w ciemnicy. Nikt o nich nie wiedział nic,
jeno te drzewa. Pobudzały go, ponęcały i powabiały ku czemuści
inszemu, nieznanemu. Przyciskał do serca swego pienie ich biskup
Bodzanta, poprzysięgając je najmocniejszem zaklęciem, ażeby jeszcze
śpiewały...
W ten to leśny kraj, jeszcze bezludny i niezabudowany,
dziedzinę biskupich łowów, gdzie synowie boru snuli się na wzór
zwierząt, tropiąc i zabijając zwierzęta, oraz śmiałków, którzyby z
jakimkolwiek towarem ośmielili się ciągnąć korzenistym,
piaszczystym i mokrym szlakiem z podgrodzia w Kielcach ku
podgrodziu Bodzantyna, - przybyli jednak nieustraszeni ludzie i
między świętokrzyskimi zbójcami, właśnie obok starej drogi, na
dobre zasiedli. Byli to anachoreci, benedyktyńscy eremici.
Pobudowali sobie małe domki z pniów jodłowych, które wicher z ziemi
wyrwał i na trawę obalił. Wyszukiwali miejsca przy wodzie, - ten ci
przy źródle burzliwem i kipiącem wieczyście, tamten przy
strumieniu, co migoce w słońcu, mieni się, połyskuje i błyszczy, a
trzeci jeszcze niżej, nad potokiem zarośniętym tarniną, kalinami i
gąszczem leśnych malin, gdzie srokosze kują swe dzwonne pieśni, a
zatajona kędyś kukułka zabawia się w chowanego. Domki ich do dnia
dzisiejszego przetrwały, zamienione na przydrożne kapliczki, gdy
eremitów nie stało, pamięć o nich wygasła, i gdy już nikt nie wie,
nie pamięta, nie rozumie, czemu to tutaj właśnie stoją te puste
chatki boże. Owocześni przybysze nie lękali się niczyjej napaści,
gdyż nie posiadali nic zgoła, coby się dało zrabować. Pustelnicy ci
prowadzili życie ostre, wstrzymując się po lat kilka, w największe
nawet święta od pokarmów mięsnych, niełatwo przyjmując, i to czasem
tylko, - jałmużnę. Służyli ludziom, ciągnącym temi stronami poprzez
Kamień Kraiński, czy brzegiem rzeki, - za przewodników i udzielali
noclegu zabłąkanym we wielkich lasach. Pierwsi też pewnie
rozmawiali z myśliwcami i osadnikami o tajemnicy bytu i śmierci.
Gdy pierwszy anachoreta, pono Włoch rodem, przybył w tę puszczę
ciemnozieloną, szum jedlany wspominał mu pewnie niebo południa,
widok kampanii neapolitańskiej, błękitne wyspy w błękitnem morzu,
widzialne jako skupienia mgły z góry Cassina, - albo zachylenie
ziemskie, najwdzięczniejsze na ziemi, gdzie morze w ląd się wlewa,
obok Santa Margheritha Ligure, - ul mnichów. Wspominał mu
srebrzystość drzewa oliwy, spływającą ku szkarłatom róż w dole,
róż, co wydają ze siebie
Santa Rosa Mistica, - ku drzewom czereśni i migdału,
różowiejącym i bielejącym za dni marcowych. Posępnica i żal
ogarniały duszę człowieka z tamtych kwietnych i wonnych krain, a
dziki urok lasu północy obcy mu był i wrogi. Lecz siła ducha i
niezłomna wola kazała w umartwieniu i modlitwie szukać lekarstwa na
posępnicę i żal. Nad chatą ciemnozielona puszcza szatański
zawodziła świst-poświst i wypędzała stela. To też, gdy nie było już
dlań powrotu, przychodzień uciekał wgórę, wyżej, coraz wyżej ponad
żądze cielesne, ponad naturę ludzką, ponad naturę anielską, do
wyciągniętych objęć Człowieka-Boga.
Być może, iż jeden z tych to anachoretów, co polskiej był
krwi i mowy, a szedł z rodu ludzi dostojnych, mówił do zgromadzenia
ludzkiego zrozumiałym polskim językiem owo kazanie o świętej
Katarzynie, które jest najdawniejszym zabytkiem pisanym tej starej
mowy. Istniał-li już wtedy kościołek ku czci tej świętej,
wzniesiony między eremami? Darowany najprzód zakonowi bernardynów,
a później zakonowi sióstr bernardynek, przetrwał stulecia. Siostry
zakonne nauczyły lud okolicznych wsi czytać i pisać, robót ręcznych
i rzemiosł. Zasadziły za klasztorem swym ogród ozdobny, gdzie lilie
najcudowniejsze na ziemi zakwitają w czerwcowe niedziele, ażeby
zdobić ołtarz wielkiej męczennicy Katarzyny, - i gdzie wychylały
się ponad mur kwitnące drzewa jabłoni. Potok, w łożysko ujęty, ze
szmerem przelewał swe wody wskróś ogrodu, a wielki, ciemny las
trzymał w swem łonie ten rozkwitły wirydarz.
Lecz stare bóstwa domowe, leśne i polne nie pomarły. Strzygi
i zmory, kostusie i morzyska siedzą u progów, w węgłach i na
poddaszach. Zły hasa drogami, czatuje na krzyżowych i wałęsa się
wokoło domostw. Mór w złe czasy wlecze się kolejami dróg, choć mu
je zagradzają osinowe krzyże. Wiara nie do wytrzebienia, głucha,
ciemnonocna, leśna, swoja, skrycie ciągnie się wsiami, kolenijami,
co teraz wdarły się aż pod szczyt Radostowej i na samą przełęcz
Kamienia, co rozsiadły się, jak Klonów, lub Psary, na wyrąbanych
polanach boru. Grasują wciąż jeszcze czarownice, cioty i widmy
latają na szczyt Łysicy po tajemnicze zioła, rzucają urok i
sprowadzają nieszczęście. Odczyniają wszelkie choroby i uroki
nieomylni, rodowici wróże, lecząc starymi sposoby, - zamawianiem
według formuł dawnych, niezrozumiałych, na podstawie splotów
włosów, kawałków odzieży z wisielca, widełek nietoperza, mchu z
krzyża na rozstajnej drodze, wody wrzącej, węgli lub chleba.
Przyrosły czary nowe. Gdy stary zakonnik kapelan u świętej
Katarzyny, w czasie podniesienia dźwigał na wysokość oczu ciężką
złotą monstrancyę i wśród błękitnych dymów kadzidła patrzał w
ciżbę, ciasno w kościółku stłoczoną, - chowali się jeden za
drugiego i kryli twarze w dłoniach starzy "chłopcy" świętokrzyskich
wiosek, co ta na sumieniu mieli przecie niejedno. Mówili bowiem
szeptem najstarsi, że wtedy stary brat Kazimierz przez
Przenajświętszy Sakrament widzi każdą zbrodnię ludzką, jak na
dłoni. Strach wielkooki szedł między chłopy.
A któż ciebie wypowie, co moc twoją uprzytomni, pieśni
potęgo - "Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny - zmiłuj się nad
nami!" - gdy ją ze siebie wyrzucali tłumem, gromadą, wsiami,
wtłoczonemi w odwieczny, grubomury, niski, mały kościół świętej
Katarzyny! Prosili się po chłopsku, nisko, u kolan Boga - "Od
powietrza, głodu, ognia i wojny - Zachowaj nas, Panie! - My
grzeszni Ciebie Boga prosimy..." Nie wyprosili się od wojny!
Przyszła sroga i straszna. Sroższa i czterykroć dłuższa, niż samo
Powstanie. Jakoby gradowa burza przelatywała z kołatem i łoskotem
ponad górami wysokiemi i nad niskością chałup. Przychodziły z
siekierami podłe Austryaki, żeby ciąć głuche lasy, których nawet
bury Moskal nie ważył się tykać. Lecz obroniła się dzika strona
swemi wyrwami, kamienistością dróg, wąwozikami górskimi z pieca na
łeb, po których nawałnica swego czasu wody puszcza. Nie dosięgły
Łysicy! Przyszła znowu na swe miejsce Polska. Nie zamienili Moskale
klasztoru świętej Katarzyny na koszary konnicy, jako to było w ich
planie, i nie przyłożył Austryak siekiery do korzenia lasów. Stoi
oto wciąż dom boży. Widać zewszechstron białą jego wieżę w dolinie,
fiołkowej od lasów, co zdala i zbliska ciągną ku niemu wielkiemi
pasmami. Jest jakoby zwornikiem, w jedność ujmującym wielorakie
pustkowie. Oko przybiega z obszarów i spoczywa na jego białym
kształcie, a, wyrzeźbiony w źrenicy, zachowuje w sercu na zawsze.
Żyj wiecznie, świątnico, ogrodzie lilij, serce lasów!
Przeminęły nad tobą czasy złe, zlane ludzką krwią. Ciągną inne,
inne. Lecz któż może wiedzieć, czy z plemienia ludzi, gdzie
wszystko jest zmienne i niewiadome, nie wyjdą znowu drwale z
siekierami, ażeby ściąć do korzenia macierz jodłową na podstawie
nowego prawa, w interesie jakiegoś handlu, lub czyjegoś niezbędnego
zysku. Jakiebądź byłoby prawo, czyjekolwiekby było, do tych
przyszłych barbarzyńców, poprzez wszystkie czasy wołam z krzykiem:
- nie pozwalam! Puszcza królewska, książęca, biskupia,
świętokrzyska, chłopska ma zostać na wieki wieków, jako las
nietykalny, siedlisko bożyszcz starych, po którem święty jeleń
chodzi, - jako ucieczka anachoretów, wielki oddech ziemi i pieśń
wieczności! Puszcza jest niczyja, nie moja, ani twoja, ani nasza,
jeno boża, święta!