SCENA 1: NOWE OTWARCIE
MIEJSCE: świetlica wiejska w Łochowie.
CZAS: popołudnie, wczesna jesień.
OPIS ŚWIETLICY: Ściany wyłożone boazerią, ozdobione tarczami z dożynek i wyblakłymi zdjęciami z przeszłości. Na jednej ze ścian - telewizor plazmowy (pozostałość po unijnej dotacji), obok - regał z porcelanowymi kotami i wycinankami. Centralnie - kilka stolików, na nich: termosy, kubki, talerzyki z domowym sernikiem i szarlotką. Zapach kawy i wanilii. Atmosfera jest gwarliwa, ciepła, nieco senna. Na honorowym miejscu stoi POJEDYNCZY, NIEZWYKŁY FOTEL: stary, drewniany, ale odrestaurowany, pomalowany na złoto, z aksamitną, bordową poduszką. Wygląda jak mały tron.
1. UJĘCIE: SZEROKIE - ŚWIETLICA
Kamera pokazuje całe pomieszczenie. Gospodynie w półświetle popołudniowego słońca, które wpada przez wysokie okna. Marek stoi przy fortepianie, od niechcenia pociąga smyczkiem po strunach - wygrywa cichą, nostalgiczną melodię (może "Łowiczankę" w molowym arr.).
PANIA ZOSIA (do Pani Geni, głosem pełnym podziwienia i lekkiej zawiści) Patrz, Geniu, na ten fotel. Wygląda jak z "Gra o Tron", tylko mniej śmierdzący.
PANI GENIA (ssąc landrynkę) A ja myślałam, że to z "Tańca z Gwiazdami". Marek, a ty nie będziesz grał "Mazurka Dąbrowskiego" jak będzie wchodziła?
MAREK (przestaje grać, uśmiecha się niepewnie) Kamila prosiła o "Marsz Radeckiego", ale... zapomniałem nut. Zagram coś radosnego.
Odgrywa kilka żywszych taktów, które niezgrabnie przechodzą w "Sto lat".
2. UJĘCIE: ŚREDNIE - DRZWI
Drzwi do świetlicy otwierają się z rozmachem. W progu staje KAMILANDA. Nie wchodzi - pojawia się. Stoi przez chwilę, jakby pozwalając światu ją dostrzec. W dłoni trzyma skórzaną teczkę z monogramem "K.D.".
Cisza zapada natychmiast. Przerywa ją tylko dźwięk łyżeczki upadającej na podłogę.
KAMILANDA (głos donośny, dykcja idealna) Drogie Koleżanki! Dziękuję, że przyszłyście. Punktualnie. To cenna cecha.
Przechodzi przez świetlicę jak po wyznaczonej ścieżce. Kobiety cofają się o pół kroku, tworząc dla niej korytarz. Marek przestaje grać, chrząka.
3. UJĘCIE: ZBLIŻENIE - FOTEL
Kamilanda podchodzi do złoconego fotela. Nie siada od razu. Obchodzi go, ocierając palcem oparcie (sprawdza kurz - nie ma). Wreszcie siada z godnością. Układa sukienkę. Kładzie teczkę na kolanach. Jej spojrzenie powoli, jak snajperski celownik, przesuwa się po twarzach zebranych kobiet. Uśmiecha się. Uśmiech jest szeroki, ale wąski, jak pasek światła pod zamkniętymi drzwiami.
KAMILANDA Zakończyłyśmy epokę pierogów i pierdzeń. (Pauza. Słyszy się, jak Pani Genia krztusi się landrynką). Przepraszam - pierdzeń przy ploteczkach. Czas na nową jakość. Czas na markę. "Łochowo - tradycja z wizją".
PANIA ZOSIA (szeptem do Geni) A ja myślałam, że to spotkanie Koła, a nie konferencja PR-owa.
KAMILANDA (jakby usłyszała, jej wzrok pada na Zosię) Pani Zofio! Widzę niedowierzanie. To dobrze. Zdrowy sceptycyzm to podatny grunt pod innowację.
Otwiera teczkę. Wyjmuje plik wydrukowanych prezentacji w kosztownych, plastikowych koszulkach.
KAMILANDA Przeanalizowałam naszą działalność. Jarmarki, festyny, "poczciwe" ciasta... Nisza. Rynkowa nisza bez potencjału skalowania.
(nieśmiało) A... a smakowało ludziom, Kamilko.
KAMILANDA (uśmiechając się pobłażliwie) Smak, droga Geniu, to kwestia odpowiedniej narracji. A my stworzymy nową narrację. (Podnosi pierwszy slajd - widać schemat organizacyjny). Punkt pierwszy: militaryzacja czasu. Punkt drugi: dywersyfikacja przychodów.
Marek w tle nieśmiało próbuje zagrać jakąś kojącą melodię. Kamilanda odwraca głowę w jego stronę, nie zmieniając wyrazu twarzy.
KAMILANDA Marku, kochanie. Cisza jest też muzyką. Proszę.
Marek natychmiast milknie, kładąc skrzypce. Cięcie na jego zmartwioną twarz.
4. UJĘCIE: ŚREDNIE - GRUPA KOBIET
Twarz Pani Zosi staje się kamienna. Genia wygląda na zagubioną. Młodsze kobiety wymieniają niepewne spojrzenia. Nikt nie wie, jak zareagować.
KAMILANDA (kontynuuje, jak wykładowca) Widzę potencjał w rękodziele. Nie w szydełkowych serwetkach, które kupi tylko ciocia na emeryturze. W produktach premium. Na przykład... skarpetki.
PANIA ZOSIA (nie mogąc się powstrzymać) Skarpetki? Kamilando, my robimy na drutach od dzieciństwa, to nie jest żadna nowość.
KAMILANDA (jej oczy błyszczą) Nie robimy "skarpetek". Wytwarzamy "łochowskie skarpety do jogi z ekologicznej wełny owiec zagrodowych". Target: świadomi, bogaci miejscy. Cena: nie mniej niż osiemdziesiąt złotych za parę. Zaczynamy jutro. Szkolenie z kontroli jakości o szóstej rano.
Zebranym opadają szczęki.
KAMILANDA (zamyka teczkę z głośnym klik) Musimy działać wspólnie! Ciężką pracą osiągniemy sukces! Nasze hasło? (Wstaje z fotela, wyprostowana). "Łochowo - nie śpimy, dziergamy!"
Wstaje i zaczyna bić brawo - miarowym, głośnym, samotnym aplauzem. To akt przymuszenia.
5. UJĘCIE: SZEROKIE - REAKCJA
Przez sekundę panuje martwa cisza. Kobiety patrzą na siebie. Pani Genia, poddana presji tego spojrzenia, nieśmiało uderza dłońmi o siebie raz. To pęka tama. Inne, z poczucia obowiązku i dezorientacji, dołączają. Powstaje słaby, niepewny, ale jednak aplauz.
Kamilanda stoi przed nimi, w świetle zachodzącego słońca, które teraz wydaje się ją oświetlać jak reflektory. Jej cień, wydłużony i ostry, sięga po twarze klaskających kobiet. Na jej twarzy gości wyraz czystego, nieskalanego triumfu.
Marek patrzy na żonę, a potem na przerażone, ale posłuszne gospodynie. Powoli podnosi skrzypce do brody. Zamiast grać, przygląda się smyczkowi, jakby widział w nim coś niepokojącego. Jego dłoń lekko drży.
KAMILANDA (głos triumfalny, przekrzywiając słaby aplauz) Świetnie! Pierwsze zebranie strategiczne uważam za zamknięte! Jutro, 4:00, zbiórka. Proszę zabrać druty i... (uśmiecha się enigmatycznie) odpowiednie nastawienie.
6. UJĘCIE: ZBLIŻENIE - RĘCE KAMILANDY
Jej dłoń spoczywa na aksamitnej poduszce fotela. Palce lekko, niemal pożądliwie, gładzą materiał. W tle słychać zamierający, niezgrabny aplauz i szmer niepewnych głosów.
FADE OUT.
DŹWIĘK: Aplauz przechodzi w jednostajny, natrętny dźwięk - który w naszej świadomości łączy się z GWIZDKIEM z następnej sceny. Muzyka Marka całkowicie zamiera.