U wybrzeży Sycylii
Codziennie rankiem dwaj starzy przyjaciele, Angus MacCullogh i Duncan
MacKenzie, bez względu na pogodę i porę roku udawali się łodzią na połów
ryb do wąskiej zatoczki dzielącą stały ląd Szkocji i wyspę Arran, na
której mieszkali. Jak przystało na rodowitych Szkotów, rzadko rozmawiali
ze sobą, musiało zdarzyć się coś naprawdę wyjątkowego, aby skłonić
któregoś z nich do otworzenia ust. W zatoczce, między piętrzącymi się
skałami wysepki i wybrzeża, bywało cicho i spokojnie. Dawniej, ale nie
teraz...
Obaj rybacy spoglądali, jak po zatoczce ścigają się zdrowi, opaleni
młodzieńcy na kajakach i indiańskich kanu. Część z nich wspinała się
zręcznie po skałach wysepki.
- Duncan!
- Co, Angusie?
- Nie czas dziś na takie sporty...
- Dlaczego? Że jesień i zimno?
- Nie... Dlatego, że wojna. Oni są młodzi, zdrowi...
- Przygotowują się do wojny.
- Na kajakach?
- Pewnie i na kajakach też. Mówił mi oficer, co łapał ze mną łososie, że
będą z nich angielscy komandosi.
- Znowu jakiś angielski wymysł. Wojny wygrywała zawsze szkocka piechota,
a nie jakieś tam na niemiecki wzór wysztafirowane komandosy.
- Well, komandosy nie są pochodzenia niemieckiego tylko boerskiego.
- To jeszcze gorzej.
- O nie, przyjacielu Angusie. Brałem udział w kampanii boerskiej.
Służyłem oczywiście w Kameronach.1 Boerzy tworzyli wówczas
małe konne oddziałki, które nazywali commandos. Każdy z komandosów
jeździł konno jak szatan, a strzelał... No, zawsze bez pudła. Oj, nieraz
zalali nam oni sadła za skórę.
- I my chcemy coś takiego stworzyć?
- Zgadłeś.
- Ale na kajakach?
- A cóż w tym dziwnego? Powiem ci zresztą, że właśnie na kajakach.
Kapitan Courtney, którego poznałem, przepłynął swego czasu Nil na
indiańskim canoe i podobno jest jednym z najlepszych naszych myśliwych
na grubą zwierzynę. Mówił mi on, że kajak, zwłaszcza składany, może
oddać na wojnie niesłychane usługi. Courtney jest właśnie dowódcą grupy,
która tam ćwiczy.
Duncan MacKenzie włożył z powrotem fajkę do ust i z nowym jakimś
uczuciem spojrzał na kajakowców. Najwyższy czas - pomyślał - żeby Wielka
Brytania zaczęła porządnie dokuczać tym jerries. Wojna teraz jakoś
marnie wygląda.
Rzeczywiście, wojna toczyła się w zaskakujący sposób. Po upadku Norwegii
i Francji, po zajęciu przez niemieckie wojska neutralnych państw: Belgii
i Holandii, po niespodziewanym wyratowaniu 335 000 brytyjskich
żołnierzy, przypartych przez hitlerowskie dywizje pancerne do morza pod
Dunkierką, świat cały oczekiwał, że Anglia pójdzie śladem Francji i złoży broń. Codzienne naloty lotnictwa hitlerowskiego na Londyn
dokonywały zniszczeń i dezorganizacji. Anglia jednak nie poddawała się,
lecz przygotowywała do obrony, wypracowywała nowe metody walki z niemieckimi okrętami podwodnymi, usuwała z armii i floty
niekompetentnych, nieudolnych dowódców, myślała o atakowaniu wybrzeży
nieprzyjacielskich.
Czerwcowa noc była ciemna i bezksiężycowa. Morze robiło wrażenie
bezkresnego, spokojnego jeziora, nad którym snuły się lekkie mgły. Nagle
wśród panującej ciszy na powierzchnię morza wypłynął czarny, wydłużony
kształt. Otworzyła się klapa kiosku, a z jego wnętrza wysunęła się
głowa. Nieznany przybysz zaczął obserwować pogrążone w ciemnościach
wybrzeże. Tam też było cicho i spokojnie. Gdzieniegdzie tylko
przebłyskiwały światełka.
W mesie łodzi podwodnej siedziało dwóch ludzi w wojskowych
battle-dressach bez odznak i zajadało kanapki z szynką.
- Jedzcie, jedzcie - zapraszał ich młodziutki, prawie gołowąsy
porucznik. - Jak złapią was Włosi, to szynki wam nie dadzą.
- Złapią się za własne pokancerowane zadki - odparł jeden z gości - bo
im tam taki ładunek prochu wsadzimy, że nie będą mogli siedzieć.
- No cóż, myśl niezła - rzekł młody porucznik. - My co najwyżej możemy
podpłynąć do brzegu na odległość strzału naszego działa i trochę ich
postraszyć. I to wszystko. Wy zaś, jeśli wam się to uda, możecie
zniszczyć tunel albo most, a to już duża dla nich strata. Jak się
właściwie ta wasza formacja nazywa? - zapytał po chwili.
- SBS, Special Boat Service.2
- Więc właściwie służycie w marynarce...
- Tak. Co prawda w miniaturowej, ale w marynarce.
- Czytałem kiedyś opowieść Kingsleya o hiszpańskiej armadzie, która
atakowała nasze wybrzeża. Może by was tak nazwać "Miniaturową Armadą"?
- Niezła myśl. Tylko żeby się lepiej nam udawało atakowanie wybrzeży niż
Hiszpanom...3
Rozkaz dowódcy, podany przez głośnik z kiosku: Gotowe! Wychodzić! -
przerwał rozmowę.
Obaj mężczyźni chwycili paczki leżące u ich nóg, i stalowymi schodkami
wyszli na pokład łodzi.
- Montujcie szybko wasz okręt - mruknął dowódca - a ja was podwiozę
jeszcze bliżej. Szczęśliwie żadnego statku w pobliżu nie stwierdziliśmy.
Gdy łódź płynęła cichutko w stronę brzegu, mężczyźni szybko zmontowali
składak, włożyli do niego swe paczki i sami zajęli w nim miejsce.
Wodowanie odbyło się całkiem prosto. Łódź podpłynąwszy na odległość
kilometra od brzegu zanurzyła się, a składak popłynął w stronę lądu.
Dobił do plaży niedaleko miejsca, gdzie biegnąca wśród wzgórz i skał
linia kolejowa wpadała w tunel.
Mężczyźni wyszli na brzeg, wyciągnęli kajak na żwir plaży, zamaskowali
go i wziąwszy paczki na plecy - zaczęli wspinać się na skały. Było
gorąco, nogi ślizgały się po skałach, paczki ciążyły. W ciemnościach
wpadali na kolące agawy i opuncje. W najgłębszym milczeniu dotarli
wreszcie do linii kolejowej i udali się torem w kierunku tunelu.
Szczęściem dla nich ani tor, ani tunel nie były strzeżone. Gdzieś w oddali jaśniało białe światełko, prawdopodobnie sygnał nadchodzącego
pociągu.
Trudno byłoby znaleźć bardziej dogodne miejsce na umieszczenie ładunku
wybuchowego niż wejście do tunelu. Przybysze uklękli więc i rozpoczęli
pracę. Mieli ze sobą łom, ale narzędzie to robiło zbyt wiele hałasu na
torze zbudowanym z kamieni, zaczęli więc wydobywać je gołymi rękami.
Kalecząc sobie dłonie wygrzebali wreszcie spory dołek między dwoma
podkładami, włożyli weń ładunek i podłączyli go do detonatora,
umieszczonego na szynie. W ten sposób parowóz wysadzał się sam w powietrze.
Tymczasem uprzednio już zauważone światełko zmieniło kolor z białego na
zielony. Pociąg zbliżał się...
Sabotażyści zaczęli wycofywać się w kierunku kajaka, cicho jak duchy. Od
strony wybrzeża dały się słyszeć naraz jakieś głosy. Trzeba było
zachować jak najdalej idącą ostrożność. Mężczyźni przycupnęli pod skałą,
czekając, kiedy przybyli ludzie się oddalą. Głosy jednak nie milkły. To
rybacy przygotowywali się do nocnego połowu. Trudno, trzeba było
ryzykować. Dłuższe siedzenie było i niebezpieczne, i bardzo dokuczliwe,
moskity bowiem i komary przypuściły na nich koncentryczny atak.
Bezszelestnie przekradali się więc jak cienie do kajaka i odpłynęli
niezauważeni przez nikogo.
Znalazłszy się o kilometr od brzegu dali umówiony sygnał latarką. Prawie
natychmiast, niby olbrzymia ryba głębinowa, pojawił się obok nich okręt
podwodny. Wskoczyli na jego pokład, złożyli kajak i zeszli do mesy.
Dowódca patrolu schwyciwszy kanapkę z szynką pobiegł do kiosku, by
zaobserwować skutek swej akcji. Oświetlony pociąg wjeżdżał właśnie do
tunelu. W pięćdziesiąt sekund później na drugim końcu tunelu ukazał się
jaskrawy blask, a do uszu ludzi znajdujących się w łodzi podwodnej
dobiegł huk eksplozji.
Zdarzyło się to w nocy 22 czerwca 1941 roku na zachodnim wybrzeżu
Sycylii. Była to pierwsza w owej wojnie udana akcja na terytorium
włoskim. Dokonał jej porucznik Wilson, zwany powszechnie "Holownikiem" i żołnierz morskiej piechoty, Hughes.
We Włoszech i w Afryce
Wiosną 1941 roku "Miniaturowa Armada" liczyła zaledwie 30 ludzi i 8
oficerów. Każdy oficer zazwyczaj dowodził oddziałem bojowym w składzie... jednego żołnierza i w czasie pobytu na tyłach opiekował się
nim jak niańka, pojąc go piwem i karmiąc ciastkami przy lada okazji.
Po zaniechaniu planów zdobycia Rodos o "Armadzie" prawie zupełnie
zapomniano. Wprawdzie proponowano połączenie się jej z komandosami
lądowymi, którzy dokonywali czynów bohaterskich, zapuszczając się
głęboko na tyły nieprzyjacielskie niszczyli lotniska i składy amunicji,
zgoda na to byłaby jednak równoznaczna z rezygnacją z pracy na morzu, do
której "Armada" była przygotowana.
Ale dowódca jednostki, kapitan Courtney, umiał sobie radzić we
wszystkich sytuacjach. Tak stało się i teraz. Nawiązał stosunki z admirałem Maundem, kierownikiem kombinowanych operacji przy naczelnym
dowództwie Bliskiego Wschodu. Okręty podwodne Maunda pływały na patrole
na wody nieprzyjacielskie. Admirał nie miał nic przeciw temu, by te
dziwaczne chłopaki we włóczkowych czapkach, dźwigające z nonszalancją
worki pełne materiałów wybuchowych, skorzystały z jego okrętów w celu
złożenia nieproszonej wizyty na nieprzyjacielskim brzegu. Zgoda admirała
Maunda umożliwiła akcję ,,Holownika" Wilsona, opisaną już poprzednio.
Oczywiście Wilson pałał żądzą złożenia nowej wizyty na nieprzyjacielskim
brzegu. Nieprędko jednak nadarzyła się po temu okazja. Dopiero we
wrześniu 1941 roku okręt podwodny "Utmost" udając się na patrol pod
wybrzeża sycylijskie, zabrał "Holownika" z nieodstępnym Hughesem i z 200
kilogramami gelignitu. Tym razem cios był dokładnie obmyślony. Wybrano
na ten cel pewien określony tunel i postanowiono go całkowicie
zniszczyć.
Operacja była o wiele bardziej skomplikowana, choćby z tego względu, że
dwustu kilogramów ładunku nie można przewieźć na wątłej łódeczce za
jednym razem.
- Mają we łbach plewy zamiast mózgu - mruczał "Holownik" przepakowując
swój ładunek w mniejsze paczki. Gniew jego wzbudzili dostojnicy ze
sztabu generalnego, którzy kazali mu zabrać pakę ulotek w języku włoskim
i rozrzucić w jak największym promieniu na wybrzeżu. - Nie zapomnieli
dobrych czasów chamberlainowskich, kiedy się takie "confetti" rzucało na
Niemcy zamiast bomb. Dużo to pomogło.
- Tylko więcej dźwigania - dodał małomówny zazwyczaj Hughes.
- Może to wyrzucić do wody? - zapytał marynarz, który im pomagał przy
ładowaniu.
- Rozkaz jest rozkazem, miły przyjacielu - pouczył go Wilson. - Zresztą,
gdyby to był rozkaz szkodliwy, to co innego, ale rozrzucenie tych bzdur
nikomu nie zaszkodzi, ani nam, ani tym, co to będą czytać. A może nawet
jakiś kacyk faszystowski dostanie po ich odczytaniu ataku serca?
Tym razem lądowanie musiało się odbywać na raty - składak przewoził
materiały siedmiokrotnie. Wilson przenosił je do tunelu, a Hughes
dostarczał z łodzi podwodnej na brzeg.
- Tej paczki nie ma co dźwigać na skały - zarządził dowódca, gdy
przyjechały nieszczęsne ulotki. - Rozsypiemy je tu wśród krzaków.
Po wykonaniu akcji "propagandowej" sabotażyści udali się do tunelu i zaczęli gorączkowo kopać otwory na ładunek. Gdy założyli najważniejszy z nich, nagle w dalszym końcu tunelu rozległ się odgłos kroków. Nie
ulegało wątpliwości - tunelem zbliżał się ku nim włoski patrol.
- O, bloody bastards4 - mruknął przez zęby "Holownik" i skinął na swój "oddział" wskazując kierunek - krzaki. Szczęściem były
tuż. Schowali się w nie pełni niepokoju, by Włosi nie zauważyli paczek.
Jednakże tym razem szczęście im nie dopisało. Włosi sumiennie oświetlali
tunel latarkami i nagle jeden z nich skierował strumień światła na
paczki. Jego pełen zdumienia okrzyk zmieszał się z okrzykiem Wilsona,
który natychmiast zerwał się na równe nogi i wymierzywszy automat w stronę patrolu, zawołał:
- Ręce do góry!
Jednakże Włosi, którzy tak łatwo poddawali się w biały dzień na froncie,
nie lubili widocznie iść do niewoli po ciemku. Zaczęli więc uciekać i ostrzeliwać się. Wilson odpowiedział serią. Huk strzelaniny zbudził
okolicznych mieszkańców. Światła zabłysły w pobliskich domach, a na
pomoc uciekającemu patrolowi zaczął biec jakiś oddział, patrolujący
prawdopodobnie linię kolejową. Widocznie lekcja czerwcowa nie została
jeszcze zapomniana. Wilson zaspokoił żądzę boju przybyłych na odsiecz
drugą serią z automatu, po czym wrócił na pokład okrętu podwodnego z tak
ponurą miną, że kapitan, chcąc go pocieszyć, wydobył butelkę whisky,
trzymaną na uroczyste okazje. Wilson pił, ale ponury nastrój go nie
opuszczał.
Tyle porządnego materiału wybuchowego przepadło - mruczał - bo jakiś
idiota tak się przestraszył, że wolał uciec, niż podnieść ręce do góry.
Tak... - uśmiechnął się kapitan. - Jakby ich była cała dywizja, to by
się poddali.
Ale to nic - pocieszył się wreszcie "Holownik" - następnym razem
spróbujemy na innym terenie. Nie podejrzewam Włochów, żeby pilnowali
linii kolejowych na wszystkich wybrzeżach.
Spróbował więc szczęścia na Adriatyku. Ponieważ okręt podwodny "Truant"
udawał się w tamte strony na patrol, Wilson z Hughesem skorzystali z okazji i wylądowali zwykłym swym sposobem między Ankoną a Senigalią, na
głównej linii między Brindisi a Mediolanem. Było to w nocy 26
października 1941 roku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki