Minecraft. Zombi w natarciu - Nick Eliopulos

Kup ebooka

31.90 zł
25.52 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Gdy w Nadziemiu zachodziło słońce, na świat wyłaziły potworne moby. Wypełzały z jaskiń i wyłaniały się z mrocznych lasów. W blasku księżyca zwinnie przemykały i niezgrabnie człapały, swobodnie przemierzając góry i pustynię, bagna i równiny. Ich intencje były niepojęte, ich szeregi - nieprzeliczone.

Logan miał strategię na pokonanie każdego z nich.

Szkielety zasypują ofiarę strzałami z daleka, ale dobrze ustawiona tarcza nie pozwoli tym strzałom dosięgnąć celu. Przechwycenie strzały, kontratak, a następnie przygotowanie się na kolejną strzałę wymagało ogromnych umiejętności.

Na szczęście umiejętności Logan miał w bród.

Creepery atakowały z zaskoczenia. Jeśli udało im się podkraść do niespodziewającej się niczego ofiary - wybuchały, powodując olbrzymie szkody. Jedynie utalentowany poszukiwacz przygód potrafił takiego wypatrzyć i powalić z daleka, zanim potwór zdążył skrócić dystans.

Na szczęście Loganowi nie brakowało talentu.

A zombi? Zombi to łatwizna. Kaszka z mleczkiem. Miecz, kusza albo trójząb - wybierz sobie, co chcesz. Każdy uzbrojony podróżnik umiał sobie poradzić z zombi.

Ale z dziesięcioma zombi? Z setką zombi albo i więcej? No, to już było wyzwanie.

Logan o tym wiedział. Kiedyś dowodził całą hordą zombi. Za ich pomocą terroryzował wioski i dziesiątkował wrogów. Ależ to była zabawa.

O wiele mniej przyjemnie było po drugiej stronie - znanej również jako strona przegrywająca.

- Spóźniliśmy się - oznajmiła Bobbie. - Znowu.

W jej głosie nie było zaskoczenia, jedynie smutek i żal. Bobbie zwykle była optymistką w stopniu, który Logan uważał za wysoce irytujący, ale nawet ona wiedziała, czego się spodziewać, kiedy zobaczyli dym wzbijający się w pociemniałe niebo: kolejnej zrujnowanej wioski. Kolejnej zrównanej z ziemią, dymiącej okolicy.

Zniszczenie było jedynym, co pozostawiał po sobie ich nieprzyjaciel. Zniszczenie... i dziwne czarne kwiaty. Porastały całe ruiny wioski, dziwnie piękne wśród zgliszcz. Jednak prócz tego, że były śliczne, były też zabójcze.

- Niech nikt nie dotyka tych kwiatów - polecił towarzyszom Logan.

Jeden z dwóch Benów - ten młodszy - skrzywił się na te słowa.

- Nie jesteśmy zupełnie głupi, wiesz?

Logan bardzo się starał tego nie skomentować. Jego towarzysze podróży w istocie byli bandą głupków. Wędrowała z nim Bobbie, wychowana przez osadników wieczna optymistka, która wcale nie chciała zostać podróżniczką. A także dwóch Benów, którzy kiedyś wielbili Logana, lecz teraz przeważnie gapili się na niego ze złością. I na dokładkę Johnny, mały osadnik zombi, który łaził za Bobbie jak oswojony wilk. Logan nigdy w życiu czegoś takiego nie widział - a spędził wśród zombi sporo czasu.

Logan był piątym i ostatnim członkiem tej grupki i obawiał się, że sam jest największym głupkiem ze wszystkich. Królem głupków! Bo przecież zgodził się dołączyć do pozostałych i zająć tym, co można było określić jedynie jako robotę głupiego.

Polowali na Withera - nieumarłego mocarza o trzech głowach, obdarzonego umiejętnością latania i wyposażonego w niewyczerpany zapas wybuchających czaszek, którymi strzelał.

Logan nie miał strategii walki z nim. A przynajmniej jeszcze nie.

W pobliżu rozbrzmiał niski, złowieszczy warkot. W pierwszej chwili Logan pomyślał, że to Johnny. Ale zaraz pojawił się dorosły zombi: wylazł zza wyważonych drzwi w najbliższym budynku.

Jeden z dwóch Benów - tym razem starszy - spojrzał na Logana, marszcząc brwi.

- To twój? - zapytał.

- A skąd mam wiedzieć? - prychnął Logan. - Nie dawałem im identyfikatorów. - Wyciągnął z ekwipunku swój ulubiony diamentowy miecz.

- Co ty wyprawiasz? - obruszyła się Bobbie. - Schowaj ten miecz!

- Chyba nie mówisz poważnie - zaprotestował Logan.

Johnny spiorunował go wzrokiem i zawarczał.

No właśnie. Nawet ten nieumarły dzieciak mu się stawiał. Jak do tego doszło?

I jakby w odpowiedzi na owo niewypowiedziane pytanie Loganowi przypomniały się wydarzenia, które doprowadziły go do tej chwili.

Pomysł był niezwykle prosty - jak większość genialnych pomysłów. Logan cieszył się długą i pełną sukcesów karierą podróżnika, ale sukcesom towarzyszyły liczne urazy. Żywił urazę do wiekowej emerytowanej podróżniczki, która odmówiła przyjęcia go do terminu; żywił urazę do drużyny bohaterów, którzy odrzucili jego zgłoszenie do ich małego klubiku; no i oczywiście żywił urazę do całej wioski, z której pochodziła Bobbie - nie chcieli mu oddać cennych surowców, które - jako podróżnik - powinien mieć prawo sobie wziąć.

Więc Logan skierował myśli w stronę zemsty - i tego, jak ją przeprowadzić, nie narażając się bezpośrednio na niebezpieczeństwo. Odpowiedzią były zombi. Łatwo je znaleźć. Łatwo zastąpić. Było ich nieskończenie wiele. I w przeciwieństwie do innych podróżników, na których czasem Logan polegał - na przykład Starszego Bena, Młodszego Bena i dwójki kombinatorów znanych jako Żyleta i Pstryk - zombi się nie zmieniały. Ich zachowanie dawało się łatwo przewidzieć - a zatem łatwo było je kontrolować. Logan musiał je tylko zgromadzić, skierować w stronę swoich wrogów - i wypuścić, żeby robiły swoje.

Poszło nawet lepiej, niż się spodziewał. Cała wioska Bobbie została zniszczona w jedną noc. A gdy jej przyjaciele i sąsiedzi padali ofiarą ataków zombi, sami zmieniali się w zombi i wstępowali w szeregi rozrastającej się armii Logana.

Inne wioski upadły równie łatwo. Diaboliczny plan Logana miał tylko jeden słaby punkt: światło słońca.

W ciągu dnia zombi płonęły. Wystarczyłby jeden błąd w określaniu czasu i w mgnieniu oka cała jego armia mogła się obrócić w popiół i zgniłe mięso.

Logan nie mógł się narażać na takie ryzyko. Wstyd byłby nie do zniesienia! A sama myśl, że musiałby jeszcze raz zaczynać od zera, przyprawiała go o depresję.

Więc zaczął doposażać swoją armię. Zombi, chronione żelaznymi hełmami, już nie musiały kryć się pod ziemią w ciągu dnia i atakować wyłącznie nocą. Logan nie musiał się już ograniczać do korzystania z podziemnych tuneli. Mógł zaskoczyć Władców Nadziemia i przeprowadzić inwazję w biały dzień!

Lecz gdy chciał dopaść legendarną Pigstepującą Peggy, jego plany się posypały i rozpętał się chaos. Peggy wystawiła przeciwko nieumarłej armii Logana własne nieumarłe wojsko - oddział zzombifikowanych piglinów, przetransportowanych do Nadziemia z przerażających czeluści Netheru.

A to był zaledwie początek kontrataku Peggy. To właśnie ona umieściła trzy czarne jak obsydian czaszki na kupce piasku dusz. To ona stworzyła Withera.

Lecz okazało się to fatalnym w skutkach błędem. Withera nie da się kontrolować. Peggy wyleciała w powietrze. A Logan, mimo swoich umiejętności i talentu, ledwie przeżył to spotkanie.

Co gorsza, stracił armię. W zamieszaniu, które rozpętało się po bitwie, Wither uciekł do Nadziemia, a horda należących do Logana zombi podążyła za nim.

Wyjaśniało to, dlaczego Logan pokusił się o dołączenie do Bobbie i obu Benów. Ale nie było gwarancji, że długo z nimi wytrzyma. Na pewno nie, jeśli nie przestaną go traktować, jakby to on był ciężarem. I wtrącać się w jego starcia z potworami.

Miecz, kusza albo trójząb. Logan dysponował tuzinem strategii pokonywania zombi.

Ale co z tego, skoro nie było mu wolno z nimi walczyć? Nawet w obronie własnej? Cóż, to stanowiło dla niego zupełnie nowe wyzwanie.

I nie mógł odegnać przeczucia, że przez swoich nowych towarzyszy i ich absurdalne zasady w końcu zginie.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji