Rozdział I
W wąskim przesmyku między pozbawionym szyb budynkiem a ślepą, okopconą
ścianą jakiejś hali zwolnili kroku. Ten wyższy, blondyn o chłopięcej
twarzy, w nasuniętej nisko na czoło okrągłej, marynarskiej czapce,
trzasnął zamkiem pepeszy:
-?"Warszawiak", tędy?
-?Chyba tędy...
W martwej ciszy zaułka nieprzyjemnie zazgrzytało pod butami szkło. Szli
ostrożnie, spoglądając ku górze w czarne oczodoły okien, aż nagle
otwarła się przed nimi szeroka, wolna przestrzeń portowego nabrzeża.
Przystanęli obaj, jakby zaskoczeni tym widokiem. Dopiero po dłuższej
chwili blondyn przesunął czapkę na tył głowy i wykrztusił z tłumioną
radością:
-?O rany! To my już wreszcie naprawdę nad morzem...
Ale obraz, jaki roztaczał się przed nimi, wcale nie napawał otuchą.
Poskręcane żelastwo, które nie tak dawno jeszcze było stoczniowymi
dźwigami, walało się na betonie pośród rozmaitych blach, skrzynek po
amunicji i wszelkiego śmiecia. Frontowa ściana długiej, warsztatowej
hali leżała w gruzach, odsłaniając w swym wnętrzu szczątki porozbijanych
maszyn. Z oleistej wody basenu wystawały nadbudówki i komin zatopionego
statku, dalej jakieś maszty i strzępy poszarpanych blach, a nad całym
tym martwym i bezludnym cmentarzyskiem wisiała ciężka woń spalenizny.
Ten drugi, starszy, nazywany "Warszawiakiem", trzeźwo ocenił sytuację:
-?I z czego ty się cieszysz, chłopie? Widzisz? Jedna ruina. Właściwie to
nie bardzo wiem, czego my tutaj mamy pilnować...
Rosły blondyn nie słuchał. Jak zahipnotyzowany ruszył ku nabrzeżom.
Tamten przytrzymał go za pas:
-?No i dokąd leziesz? Życie ci niemiłe?
-?Puść! Był przecież rozkaz: "Patrolować rejon stoczni".
-?To idź. Rosjanie parę dni temu popędzili stąd Niemców, oczyszczają
miasto z resztek, jakie pozostały, a ten zgrywa chojraka... A wiesz ty,
ile oni tu, w tym rumowisku, mogli rozmaitego świństwa zostawić? Ja tam
na patrol pójdę dopiero, jak się tędy przespacerują saperzy...
A widząc wahanie na twarzy chłopaka, dorzucił:
-?Nie bój się, rozkaz wykonamy! Tu się zamelinujemy, za tym murem. Stąd
wszystko widać jak na dłoni.
Punkt był rzeczywiście dobry. Mieli w zasięgu wzroku spory szmat
zrujnowanych stoczniowych nabrzeży i basenu. Od strony miasta, nad
którym wisiały bure dymy pożarów, niósł się jeszcze od czasu do czasu
grzechot broni maszynowej.
-?Słyszysz? A podobno szkopy siedzą jeszcze twardo na Westerplatte...
Oczy blondyna zaiskrzyły się:
-?Na Westerplatte? Ty, to może jeszcze i my zdążymy z nimi powojować? Tu
się wojna z Polską zaczęła i tu by ich Polacy dobili! Żeby tylko tak
jeszcze mieć okręty...
"Warszawiak" przyglądał się chłopakowi przez chwilę spod przymrużonych
powiek, a potem westchnął:
-?Oj, Cielepa, Cielepa... Szczawik ty jeszcze jesteś. Jak w ogóle
dostałeś się do batalionu?
Tamten nastroszył się:
-?A na ochotnika! I sam wiesz, że to wcale nie było łatwe, bo brali
tylko specjalistów. Ale dopiąłem swego. Wyrobiłem sobie chody przez
jednego oficera, co kwaterował u nas w Lublinie, i przyjęli...
Zamilkł, jakby odbiegł myślami od tamtych grudniowych dni 1944 roku i baraków na Majdanku, gdzie formował się z wielkim trudem 1 Samodzielny
Morski Batalion Zapasowy. Morski! Nawet nie dla wszystkich starczyło
zwyczajnych, zielonych mundurów, sam biegał na pierwsze zajęcia we
własnym, cywilnym ubraniu. Niewiele lepiej było później, kiedy
przenieśli się do lubelskich koszar dawnego 14 pułku piechoty, chociaż
tam rozpoczęło się już szkolenie w morskich specjalnościach. Co prawda
ich kompania techniczna uczyła się z początku na rysunkach i szkicach,
czasem oglądała jakieś urządzenia w lubelskiej elektrowni, fabryce
drożdży czy cegielni, ale zawsze... Zazdrościł trochę chłopakom z kompanii pokładowej bardziej "morskich" zajęć -?semafora i robót
linowych, ale wystarczyło przejść w szyku przez miasto z piosenką "Pod
żaglami Zawiszy", żeby w ciepłych, pełnych uznania spojrzeniach
przechodniów zapomnieć o przeraźliwym zimnie koszarowych izb i pustawym
żołądku. Zresztą na prawym skrzydle chodził zawsze pewien bosmanmat,
który jakimś cudem przechował przez te wszystkie lata wojny mundur, i każdy wiedział już, że to idą marynarze...
-?Bo wiesz -?tu Cielepa uśmiechnął się do swoich myśli -?mnie od małego
ciągnęło na morze. Ćwiczyłem, bracie, żeby nabrać krzepy, a ile ja
książek o morzu przeczytałem! I popatrz, spełniło się...
"Warszawiak" milczał. Drażnił go trochę ten wyrostek, który z ciepłego
rodzinnego domu uciekł do swoich marzeń, ale jednocześnie na swój sposób
lubił go właśnie za ten jego upór i zapał. Znali się jeszcze z Lublina,
nie było lekko, ale chłopak nigdy się nie uskarżał. Zawsze i wszędzie
pchał się pierwszy, podobnie jak teraz, kiedy gotów był poleźć w to
portowe rumowisko, byle bliżej morza...
Tymczasem na pustych nabrzeżach nie działo się nic, zerwał się tylko
wiatr, chłodny i rześki. Pod jego wilgotnym powiewem ustąpił nieco swąd
spalenizny.
-?Od morza -?stwierdził ze znawstwem Cielepa, ale zaraz zmienił ton.
Zabrzmiała w nim jakaś rozbrajająca szczerość, kiedy zapytał:
-?A powiedz mi ty, "Warszawiak", jak to naprawdę jest na tym morzu?
Przecież ty spec. Pływałeś...
Tamten dopalił kunsztownie zwiniętego skręta i rozgniótł niedopałek
obcasem. Rozważał coś, bo odpowiedział dopiero po dłuższej chwili:
-?Nic z tego, chłopie, nie do mnie po te wiadomości. Ja, widzisz,
pływałem, ale po Wiśle. Teraz ci to mogę powiedzieć. Zahaczyłem się w warszawskiej Żegludze Wiślanej, bo tam dawali mocne papiery. Takie,
kapujesz, że Arbeitsamt nie ciągnął na roboty do Niemiec. Ale co ja się
naszuflowałem tego węgla!
Cielepa patrzył na kolegę szeroko rozwartymi oczyma.
-?Więc wszystko, co opowiadałeś o minowcach w trzydziestym dziewiątym
roku i ucieczce z jenieckiego transportu, to lipa?
-?A lipa -?spokojnie zgodził się "Warszawiak". -?Nie chciałem uchodzić w batalionie za frajera, to i mówiło się to i owo. Sam się zresztą
zdziwiłem, jak dostałem z RKU ten przydział do marynarki. Widocznie
pisarczyk zobaczył w dokumentach stempel z Żeglugi. Miałem mu robić
wykład, że się pomylił?
Cielepa wybuchnął śmiechem:
-?Ty to masz łeb! A skąd się nagle wziąłeś w Lublinie?
-?Rodzinka ma pod Lublinem gospodarkę i tam mnie wolność zastała. -
Teraz już "Warszawiak" rozluźnił się, jakby do końca chciał zrzucić
jakieś ciążące mu wspomnienie. -?Próbowałem z powrotem do domu, ale
front stanął na Wiśle, a w Warszawie powstanie. I tak zostałem. Nie było
źle, póki była robota w polu, a później wujo, pazerny kmiot, zaczął
marudzić, że to niby darmozjada żywi. Powiedziałem mu, co o nim myślę, i poszedłem do armii. Liczyłem na to, że się prędzej do Warszawy dostanę,
a tu ta marynarka...
Zasępił się. Powracającą falą napłynęło wspomnienie zaśnieżonej, lutowej
drogi, którą wlekli się z Lublina ku Warszawie. Psuły się wozy.
Kierowcy, którzy często dopiero uczyli się jeździć, potrzebowali aż 36
godzin, żeby dotrzeć na Pragę. Zakwaterowali w szkole na Kępnej. Po
jakimś czasie wyprosił przepustkę. Kiedy wędrował w zwartym tłumie
"pontoniakiem" obok skutych lodem rumowisk mostu Poniatowskiego, nie
mógł w morzu ruin zalegających tamten brzeg Wisły rozpoznać ani jednego
znajomego zarysu. Dławiła go wściekłość i żal. Roztrącał objuczonych
tobołami ludzi, byle prędzej...
Ogrom zniszczeń poraził go dopiero wtedy, kiedy wyrwał się z żywego,
ludzkiego potoku i wkroczył w zaśnieżoną pustynię Powiśla. Domu nie
było. Mizerna, czynszowa kamienica rozsypała się w niepokaźną stertę
gruzu. Zaduch spalenizny, taki sam jak tutaj, na tym portowym nabrzeżu,
wciąż jeszcze wisiał w mroźnym powietrzu. Wokół nikogo. Dopiero za
chwilę na potrzaskanej bramie zobaczył kilka kartek. Cieporowie
zawiadamiali Gienka, że żyją i są we Włochach, maglarka z oficyny
prosiła tych, którzy wiedzą coś o jej córce, żeby dali znać. Dopisał na
tej kartce ogryzkiem ołówka: "Mamo, żyję..." i podał numer poczty
polowej, ale do tej pory nie przyszedł żaden list.
Wysoko nad portem pojawiły się trzy klucze szturmowców. Leciały na
zachód. Dobiegły potem stamtąd, stłumione odległością, echa wybuchów i dudnienie artyleryjskiej palby.
-?To pewno w Gdyni -?ożywił się znów Cielepa. -?Słyszałem, że na Oksywiu
Niemcy siedzą jeszcze mocno. Jak myślisz, "Warszawiak", może w Gdyni
szkopy zostawią jakieś okręty?
-?A zostawią, zostawią! Od razu będziesz mógł wleźć na kapitański
mostek... Chociaż kto wie? Jak otworzą później jakieś szkoły, to może i zostaniesz oficerem? Tylko wtedy -?zaśmiał się -?pamiętaj o mnie! A na
razie, żebyś o tym, co ci tu mówiłem, nie puścił pary z gęby...
-?No, co ty! -?Cielepa zaperzył się, ale zaraz zmiękł. -?Bo wiesz, o tej
szkole to i ja myślałem. Tylko, widzisz, matury nie mam, zaledwie dwie
klasy gimnazjum na tajnych kompletach...
"Warszawiak" gwizdnął:
-?Toś ty, chłopie, i tak uczony! A zresztą wiesz przecież, że dziś "nie
matura, lecz chęć szczera..."
Przerwał, bo nagle od strony zabudowań zatupotały szybkie kroki. Cielepa
wytknął zza muru lufę pepeszy:
-?Stój, kto idzie?!
-?Swój, swój... Zmiana, chłopaki! Wy z kompanii technicznej, prawda? No
to wyrywajcie szybko pod sztab batalionu, bo podobno wasza kompania ma
dzisiaj jeszcze pojechać do Gdyni...
Komandor porucznik Karol Kopiec obrzucił pokój uważnym spojrzeniem i stwierdził z zadowoleniem, że od rana zmieniło się tu wiele: nawet szyby
w oknach były całe, a w wyszabrowanym skądś piecyku płonął ogień. Nie
zdejmując płaszcza, siadł za stołem i dopiero wtedy poczuł, jak bardzo
jest zmęczony.
Od dłuższego już czasu żył w ciągłym napięciu. Szczególnie trudne były
ostatnie dni, od 31 marca, kiedy to, w związku z oswobodzeniem Gdańska,
przyszedł rozkaz, aby morski batalion zapasowy wyruszył natychmiast ze
swego miejsca postoju we Włocławku na Wybrzeże. Przysłana w tym celu
kolumna samochodowa okazała się zbyt skąpa dla ponad 400 ludzi. Trzeba
się było rozdzielić. Pozostawił sporą grupę, by uporządkowała sprawy
gospodarcze, a sam z trzema niemal pełnymi kompaniami ruszył w drogę.
Wyjechali samochodami rankiem 2 kwietnia i przez Toruń, Chełmżę,
Grudziądz i Tczew przybyli do płonącego jeszcze Gdańska 3 kwietnia 1945
roku o godzinie piątej rano, czyli znajdowali się tu zaledwie kilka
godzin.
Komandor czuł jeszcze w kościach tę drogę, ale od rana nie miał ani
chwili wytchnienia. Wojenny komendant Gdańska, generał lejtnant
Mikulski, któremu zameldował się zaraz po przyjeździe, zdziwił się nieco
na widok polskich marynarskich mundurów, ale wyznaczył natychmiast
batalionowi kwatery w stoczni z zadaniem ochrony tego obiektu, jak i przylegającej doń fabryki wagonów. Zapoznał też dowódcę batalionu z sytuacją: w rejonie Gdańska Niemcy trzymali jeszcze Westerplatte i Ostrów, duże zgrupowanie tkwiło na wschód od Gdańska, wzdłuż Zalewu
Wiślanego, a i w samym mieście trwały wciąż jeszcze walki z niewielkimi
grupami ukrywających się niedobitków; w okolicach Gdyni spore siły wroga
zajmowały Oksywie i Hel.
Trzeba więc było natychmiast wystawić posterunki i rozesłać patrole, a także doprowadzić do stanu używalności zdewastowane budynki stoczniowych
biur i kreślarni, gdzie kwaterowali. Mieli w tym zakresie doświadczenie.
W krótkiej, bo zaczynającej się zaledwie od listopada roku ubiegłego,
historii batalionu było to już, po Majdanku, koszarach lubelskich,
krótkim postoju w Warszawie i po Włocławku, piąte miejsce postoju. O ich
zaradności najlepiej świadczył ogień wesoło buzujący w piecyku.
Komandor Kopiec wrócił właśnie z obchodu powierzonych batalionowi
obiektów. Znał zresztą świetnie tę część Stoczni Gdańskiej, a i cały
port, jeszcze z czasów przedwojennych, kiedy pierwsze okręty polskiej
Marynarki Wojennej, nie mając własnych przystani, zimowały w Wolnym
Mieście Gdańsku i dokonywały tu napraw i remontów. Z owego, pobieżnego z konieczności, przeglądu wyniósł dość krzepiące odczucia: zniszczenia w porcie i stoczni nie były tak wielkie, jak wydawało się to na pierwszy
rzut oka. Niemcy, zaskoczeni widać szybkimi postępami radzieckiej
ofensywy, nie zdążyli dokonać całkowitej dewastacji w swój metodyczny i planowy sposób. Nie ulegało jednak wątpliwości, że niektóre obiekty i urządzenia są na pewno zaminowane...
Te jego rozważania przerwało energiczne pukanie i w drzwiach ukazała się
wysoka, tyczkowata postać zastępcy dowódcy batalionu do spraw
politycznych, porucznika Henryka Malinowskiego. I po nim widać było
zmęczenie.
-?Melduję, obywatelu komandorze, że kwatery już przygotowano. Gorzej z aprowizacją...
Dowódca pokiwał głową. Nic nowego, tak było od samych lubelskich
początków: zdobywanie kwater, mundurów, butów, sprzętu, nawet ludzi,
walka o każdego specjalistę. Wiadomo -?wojna, kraj zniszczony, marynarze
zaś albo trafili do obozów jenieckich, albo do Anglii. Batalion jednak
trzeba było stworzyć. Był nawet rozkaz, żeby wszystkich odnalezionych
marynarzy odsyłać z jednostek liniowych do batalionu, ale... najtrudniej
było z kadrą. Przyjmowano więc każdego, kto tylko miał kiedykolwiek do
czynienia z morzem. W ten sposób trafił tu radziecki oficer handlowej
Floty Oceanu Spokojnego, porucznik Robert Mietielica, i drugi, Polak z pochodzenia, także marynarz tamtej floty, major Tadeusz Klimczak.
Później, w grudniu, dołączył kapitan Władysław Trzciński i objął funkcję
zastępcy dowódcy do spraw morskich, ale oficerów specjalistów wciąż było
za mało.
Z oficerami polityczno-wychowawczymi też było nie lepiej. Malinowski,
Polak urodzony w Rosji i marynarz czarnomorski, był pierwszy. Zdążył
poznać batalion na wskroś, umiał przemówić do każdego, co wcale nie było
łatwe, bo trafili tu bardzo rozmaici, często trudni, ludzie. Później
przyszli inni: podporucznik Skorek i obaj bracia Doroszewscy, ale
porucznik Malinowski wiódł prym nie tylko z racji stanowiska. Teraz
przyszedł z konkretnym problemem:
-?Trzeba będzie, obywatelu komandorze, porozmawiać z ludźmi, póki czas.
Będziemy stali tu, w Gdańsku. Trzeba, żeby marynarze umieli odróżnić,
kto z tutejszych dobry, a kto nie... To jest bardzo ważne...
Dowódca milczał. Sprawa, którą poruszył Malinowski, była rzeczywiście
istotna, ale na razie widział mnóstwo ważniejszych. Ten pierwszy dzień,
a właściwie pierwsze godziny służby, do której przygotowywali się z takim trudem, dowiodły, jak nikłe są ich siły w stosunku do potrzeb i ogromu zadań, jakie tu przed nimi wyrosły. Uprzytomnił sobie teraz, że
owo poczucie pewności, którego nabrali w spokojnym i przyjaznym
Włocławku, było złudne. To prawda, organizacja bardzo się poprawiła,
zdołali ludzi ubrać nawet w marynarskie mundury, ale nadal była ich
tylko garstka. Zauważył to, kiedy wystawili pierwsze posterunki i rozesłali patrole. Batalion znikł prawie, a przecież zaciągnęli jedynie
służbę wartowniczą w pierwszym odzyskanym porcie... Co by zaś było,
gdyby zastali tu jakieś okręty? I co będzie dalej, bo front dotarł już
niemal do Odry... Choćby Gdynia: posłał tam zaledwie jedną kompanię -?56
ludzi -?bo skąd miał wziąć więcej? I jeszcze ta poranna rozmowa z generałem Mikulskim, wojennym komendantem miasta. Przecież postawił mu
do dyspozycji swój batalion, gdyby zaistniała potrzeba szturmu
Westerplatte. Jakie mógłby zebrać siły? Dwie kompanie i to wtedy, gdyby
zdjął wszystkie posterunki... O ściągnięciu z Gdyni wysłanej tam przed
kilku godzinami kompanii technicznej nie ma mowy, bo, po pierwsze,
będzie ona tam miała mnóstwo roboty, a po drugie, nie ma z nią jeszcze
nawet łączności...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki