Mimo wszystko wierzę - Katarzyna Monika

Kup ebooka

32.31 zł
26.82 zł (32,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Dziewczynka od piłki

Nie pamiętam większości zabawek z dzieciństwa.

Nie pamiętam, jakie miałam lalki, jakie bajki oglądałam ani które ubrania były moimi ulubionymi. Pamiętam za to zapach mokrej trawy, zdarte kolana i piłkę, która niemal zawsze znajdowała się gdzieś w pobliżu.

Kiedy inne dziewczynki bawiły się w dom, ja najczęściej biegałam po boisku.

Nie oznaczało to, że nie miałam koleżanek. Miałam ich całkiem sporo. Były wspólne sekrety, śmiech, pierwsze kłótnie i pojednania. Jednak równie dobrze czułam się wśród chłopaków. Nie przeszkadzało mi, że czasem byłam jedyną dziewczyną w grupie. Nigdy nie miałam poczucia, że czegoś mi nie wolno tylko dlatego, że urodziłam się dziewczynką.

Byłam odważna.

Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Lubiłam rywalizację. Lubiłam sprawdzać, jak daleko mogę dojść. Kiedy coś sobie postanowiłam, trudno było mnie zatrzymać. Nie brakowało mi charakteru. Niektórzy powiedzieliby nawet, że miałam go za dużo.

Bywałam pyskata.

Dzisiaj potrafię się do tego przyznać bez obrażania na własną przeszłość.

Potrafiłam wejść w konflikt. Potrafiłam powiedzieć o jedno słowo za dużo. Czasem chciałam zwrócić na siebie uwagę. Czasem walczyłam o rację nawet wtedy, gdy nie miałam racji.

Ale byłam też dzieckiem, które bardzo mocno przeżywało świat.

Znacznie mocniej, niż pokazywało na zewnątrz.

Dorastając, nie zastanawiałam się nad tym, skąd biorą się ludzkie zachowania. Nie analizowałam emocji. Nie zadawałam pytań o psychikę. Człowiek po prostu żył.

Rano szkoła.

Po południu znajomi.

Wieczorem dom.

Dopiero wiele lat później zrozumiałam, że dzieciństwo zostawia ślady. Niektóre są piękne. Inne przypominają pęknięcia pod warstwą farby. Na pierwszy rzut oka ich nie widać, ale z czasem zaczynają wychodzić na powierzchnię.

W naszym domu nie zawsze było łatwo.

Nie pamiętam głodu w dosłownym znaczeniu. Pamiętam natomiast napięcie.

To uczucie, które unosi się w powietrzu, kiedy dorośli martwią się o pieniądze.

Jako dziecko nie rozumiesz rachunków.

Nie rozumiesz kredytów.

Nie rozumiesz kosztów życia.

Widzisz tylko, że mama jest zmęczona, a tata milczy częściej niż zwykle.

I nie rozumiesz, dlaczego słyszysz "nie".

W tamtym czasie wydawało mi się, że świat kręci się wokół moich potrzeb.

Jeżeli czegoś chciałam, uważałam, że powinnam to dostać.

Dzisiaj, kiedy sama jestem matką, często wracam myślami do jednej sytuacji.

Był miesiąc, w którym rodzicom naprawdę brakowało pieniędzy.

Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo.

Pamiętam jedynie własną złość. Pamiętam pretensje o rzecz, której pragnęłam.

Nie pamiętam nawet, co to było.

Pamiętam za to twarz mamy.

Dopiero po latach dotarło do mnie, jak bardzo musiała ją boleć tamta rozmowa.

Jak ciężko musi być rodzicowi, który nie może dać dziecku czegoś, czego ono chce.

Jeszcze trudniej jest wtedy, gdy dziecko nie rozumie dlaczego.

Byłam najmłodsza z rodzeństwa.

Moja siostra do dziś śmieje się czasem, że miałam najlepiej.

Może ma rację.

Na pierwsze dziecko rodzice dmuchają i chuchają.

Na drugie nadal bardzo się starają.

Przy trzecim są już bardziej doświadczeni.

A może po prostu bardziej zmęczeni.

Nie wiem.

Wiem natomiast, że każde dziecko zapamiętuje własną wersję tej samej historii.

Ja zapamiętałam dom jako miejsce, do którego zawsze chciałam wracać.

Nawet jeśli nie był idealny.

Nawet jeśli czasem brakowało pieniędzy.

Nawet jeśli zdarzały się łzy.

Było w nim coś, czego przez całe życie będę szukać także poza nim.

Poczucie, że należę.

Że jestem częścią czegoś większego.

Że jestem czyjaś.

Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że za kilka lat będę chciała jak najszybciej opuścić rodzinne mieszkanie.

Nie wiedziałam też, że pewnego dnia stanę przed wyborem, który zmieni całe moje życie.

Ani że mój największy przeciwnik nie będzie człowiekiem.

Będzie nim własna głowa.

Ale do tego czasu zostało jeszcze kilka lat.

Na razie byłam tylko dziewczynką od piłki.

Dziewczynką, która wierzyła, że jest niezniszczalna.

Rozdział 2

Pierwszy strach

W dzieciństwie człowiek często myli odwagę z brakiem świadomości.

Biegnie, bo nie wie jeszcze, że można upaść tak, że boli długo. Mówi, co myśli, bo nie zna jeszcze ceny słów. Wchodzi w konflikty, bo wierzy, że świat jest prosty: ktoś ma rację, ktoś jej nie ma.

Ja też tak wierzyłam.

A potem przyszło technikum.

Nie stało się nic wielkiego jednego dnia. Nie było jednej sceny, po której mogłabym powiedzieć: "wtedy wszystko się zaczęło". Strach nie wszedł do mojego życia z hukiem. On raczej wsunął się po cichu. Najpierw usiadł gdzieś w kącie, a potem każdego dnia przesuwał się coraz bliżej.

Zaczęłam zauważać, że moje ciało reaguje inaczej niż wcześniej.

Serce potrafiło bić zbyt szybko.

Dłonie robiły się niespokojne.

Mięśnie napinały się tak, jakbym przez cały czas była gotowa do ucieczki.

Tylko przed czym?

Przecież nic się nie działo.

Szłam do szkoły jak inni. Siadałam w ławce. Otwierałam zeszyt. Słuchałam nauczycieli. Śmiałam się ze znajomymi. Z zewnątrz wszystko wyglądało zwyczajnie.

W środku coraz częściej czułam jednak, że coś jest ze mną nie tak.

Najgorsze były sytuacje, w których mogłam zostać zauważona.

Wyjście na środek klasy.

Czytanie na głos.

Odpowiadanie przy tablicy.

Dla kogoś innego to mogły być zwykłe szkolne obowiązki. Dla mnie czasem wyglądały jak wejście do klatki z lwem. Niby wiedziałam, że nikt mnie nie zje, a jednak ciało nie wierzyło w żadne rozsądne tłumaczenia.

Bałam się.

I jeszcze bardziej bałam się tego, że ktoś ten strach zobaczy.

W tamtych czasach nie mówiło się łatwo: "mam lęk", "nie radzę sobie", "potrzebuję pomocy". Takie słowa brzmiały jak coś wstydliwego. Człowiek miał być silny. Miał zacisnąć zęby. Miał dawać radę.

Zwłaszcza ktoś taki jak ja.

Przecież byłam tą odważną.

Tą, która pyskowała.

Tą, która lubiła sport.

Tą, która umiała walczyć.

Więc jak miałam powiedzieć komuś, że boję się rzeczy, których inni nawet nie zauważają?

Jak wytłumaczyć, że czasem najtrudniejsze jest po prostu przejść przez korytarz?

Nie mówiłam.

Udawałam.

Czasem udawanie wychodziło mi tak dobrze, że sama prawie wierzyłam, że wszystko jest w porządku.

Ale ciało pamiętało prawdę.

Była w szkole nauczycielka, przy której ten strach rósł szczególnie mocno. Nie wiem, czy naprawdę wybrała mnie sobie za cel, czy ja tak to odbierałam przez własny lęk. Wiem tylko, że na jej lekcjach czułam się mała.

Zbyt widoczna.

Zbyt łatwa do wywołania.

Zbyt gotowa do zawstydzenia.

Bywały dni, kiedy nie szłam na jej zajęcia. Wymyślałam powody. Uciekałam. Chowałam się przed sytuacją, która dla innych była tylko lekcją, a dla mnie próbą przetrwania.

Dzisiaj wiem, że lęk nie zawsze wygląda jak panika.

Czasem wygląda jak nieobecność.

Jak milczenie.

Jak ból brzucha przed szkołą.

Jak udawany spokój.

Jak dziewczyna, która śmieje się z innymi, a w środku liczy minuty do końca dnia.

Wtedy tego nie rozumiałam.

Myślałam, że jestem słaba.

Że przesadzam.

Że coś ze mną jest nie tak.

Nie wiedziałam jeszcze, że człowiek może być jednocześnie silny i chory. Odważny i przerażony. Zdeterminowany i kompletnie zagubiony.

Nie wiedziałam, że głowa potrafi stać się miejscem, z którego nie ma łatwej ucieczki.

Dobrnęłam do końca technikum.

Nie elegancko.

Nie z lekkością.

Nie tak, jak w filmach, gdzie młodość jest kolorowa, beztroska i pełna planów.

Dobrnęłam, bo trzeba było.

Czasem tylko tyle człowiek potrafi: dotrwać.

I to też jest forma siły.

Kiedy dziś wracam do tamtej dziewczyny, nie mam do niej żalu. Chciałabym raczej podejść, usiąść obok i powiedzieć jej coś, czego wtedy nikt jej nie powiedział:

"Nie jesteś dziwna. Nie jesteś słaba. Potrzebujesz pomocy, a pomoc nie jest wstydem".

Ale wtedy nie było przy mnie takiego głosu.

Byłam ja.

Mój lęk.

I przekonanie, że muszę sobie poradzić sama.

A potem pojawiła się myśl, że może najlepiej będzie zacząć życie od nowa. Gdzie indziej. Po swojemu. Z dala od rodzinnego domu, szkolnych korytarzy i tamtej wersji siebie, która coraz częściej nie dawała już rady.

Miałam dziewiętnaście lat.

I wydawało mi się, że dorosłość będzie ucieczką.

Nie wiedziałam jeszcze, że człowiek może zmienić adres, meble, widok z okna i całe otoczenie, ale siebie zabiera zawsze ze sobą.

Rozdział 7

Pierwszy krok na siłownię

Czasami największe zmiany w życiu zaczynają się od rzeczy, które wydają się zupełnie nieistotne.

Jedna decyzja.

Jedno wyjście z domu.

Jedno "spróbuję".

Nie wiedziałam wtedy, że właśnie taki dzień przede mną.

Po przeprowadzce życie zaczęło przypominać coś pomiędzy walką a odpoczynkiem.

Leki działały.

Powoli.

Nie spektakularnie.

Nie było fajerwerków.

Nie było poranka, w którym obudziłam się szczęśliwa i powiedziałam:

- Już jestem zdrowa.

To tak nie działa.

Depresja nie wychodzi drzwiami tylko dlatego, że człowiek bardzo tego chce.

Ale pojawiło się coś, czego wcześniej nie było.

Oddech.

Odrobina przestrzeni pomiędzy mną a moimi myślami.

Lekarz wspominał o aktywności fizycznej.

Przytakiwałam wtedy głową.

Jak większość pacjentów.

Słyszałam, ale nie słuchałam.

Bo jak znaleźć motywację do ćwiczeń, kiedy czasem trudno znaleźć motywację do życia?

A jednak pewnego dnia moje nogi zaprowadziły mnie do siłowni.

Dosłownie.

Znajdowała się niedaleko naszego bloku.

Nowa.

Niedroga.

Popularna.

Mijałam ją wiele razy.

Aż w końcu weszłam do środka.

Pamiętam ten moment bardzo dobrze.

Zapach gumowych mat.

Dźwięk bieżni.

Metaliczne stukanie ciężarów.

Ludzi.

Dużo ludzi.

Dla większości osób to zwykła siłownia.

Dla mnie pole minowe.

Każde spojrzenie wydawało się oceną.

Każdy uśmiech podejrzeniem.

Każdy człowiek potencjalnym zagrożeniem.

Tak działa fobia społeczna.

Nie pyta, czy ktoś chce cię skrzywdzić.

Ona zakłada, że wszyscy właśnie to robią.

Kupiłam karnet.

Sama nie wiem jak.