TELEFON
Pewnego lutowego ranka w sobotę obudziłam się z samego rana, chociaż mogłam pospać dłużej. Przecież był weekend, wymarzone wolne. Zegara biologicznego nie da się jednak oszukać, tyka sobie systematycznie i nie pytając o zgodę, w odpowiednim momencie włącza budzik.
Nie mogę tylko zrozumieć jednego: dlaczego budząc się według tego samego zegara, jak trzeba wstawać do pracy, człowiek ledwie zwleka się z łóżka, a kiedy może pospać, wyskakuje z pościeli rześki jak skowronek?
Tak chyba musi być.
Otóż tego ranka wzięłam do ręki kolejną książkę i zagłębiłam się w jej treść. Czytałam ją już kilka dni w tak zwanym międzyczasie: po przyjściu z pracy w ramach poobiedniej sjesty, czasami zamiast latania z odkurzaczem lub tuż przed snem. W końcu udało mi się ją skończyć.
Było, o ile dobrze pamiętam, chyba około jedenastej.
Zamknęłam tę książkę, odłożyłam ją na półkę i chwyciłam za telefon.
- Witaj! - powiedziałam, usłyszawszy w słuchawce głos Ewy.
- A witaj, witaj, dobra kobieto - odpowiedziała. - Co tam słychać u ciebie, rybko? - zapytała.
- W zasadzie nic specjalnego. Cały czas się kuruję i nie mogę dojść do siebie. To przeziębienie dało mi się ostro we znaki. Najpierw trzymałam się dzielnie, kiedy wszyscy w domu po kolei chorowali, a teraz przyszła kryska na Matyska. Dzisiaj postanowiłam chwycić się typowych "babcinych" sposobów, bo lekarstwa nie pomagają.
- Co ty powiesz? Naprawdę?
- Kaszel i łaskotanie w gardle, szumy w oskrzelach - ot, taki standard. Jak co roku zresztą. Ale co tam? dam radę. Zaraz poproszę Darka, żeby postawił mi bańki.
- A potrafi? - zapytała.
- Nie wiem, ale jak nie potrafi, to się nauczy - zaśmiałam się. - Zdolny jest i wierzę w niego - powiedziałam i przeszłam do meritum: - Wiesz co, Ewo? Nie dzwonię po to, aby narzekać na zdrowie, tylko w zupełnie innej sprawie. W życiu nie zgadniesz jakiej.
- No dawaj - ponaglała. - O co chodzi?
- Pamiętasz, jak byłam u ciebie ostatnio w ubiegłym roku? Dużo rozmawiałyśmy, opowiadałaś mi te swoje życiowe przygody...
- No, pamiętam, rozmawiałyśmy wtedy bardzo dużo, ale co to ma wspólnego z dzisiejszym telefonem, bo nie rozumiem...
- Pamiętasz, jak w którymś momencie powiedziałam ci, że masz tak barwne życie i tak sobie świetnie dajesz radę z tym wszystkim, co cię spotyka, że o tobie to trzeba by książkę napisać?
- Aaaa, no tak, pamiętam ten moment, zresztą nie ty jedna mi to mówisz - dodała ze śmiechem.
- Ja natomiast pamiętam, co wtedy odpowiedziałaś. Przypomnieć ci?
- Nie trzeba. Pamiętam, co powiedziałam, chyba coś w stylu: "Tylko gdzie znaleźć osobę, która zechce to wszystko połączyć i sklecić coś z tego mojego chaotycznego opowiadania?".
- Otóż to - potwierdziłam i dodałam: - Znalazła się taka osoba!
- Kto to taki?
- Ja - odpowiedziałam krótko. - Zgadzasz się? Chcesz podzielić się swoimi losami z innymi?
Chwila ciszy. Czekam, aż się odezwie, ale w głowie mam już tytuł i zakończenie.
Jej odpowiedź to tylko formalność.
- Tak, chcę - zdecydowała po chwili.