Milusha - Marek Kozubal

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Był 1 lu­tego 1946 roku. Cię­ża­rowy opel blitz z za­ma­lo­wa­nym na zie­lono nie­miec­kim krzy­żem na bocz­nych drzwiach i z oliw­kową plan­deką stał na wą­skiej dro­dze, ukryty za kil­koma kar­ło­wa­tymi drze­wami bez li­ści. Świa­tła były wy­ga­szone, w oko­licy pa­no­wała ciem­ność. Na­wet księ­życ ukrył się za cięż­kimi śnież­nymi chmu­rami. Przy­mro­zek stop­niowo ści­nał cienką ta­flą lodu wszech­obecne błoto.

Edek Cy­dejko za­pa­lił pa­pie­rosa, ben­zy­nową za­pal­niczkę po­dał sie­dzą­cemu za kie­row­nicą Jo­ha­nowi, który wy­ga­szony nie­do­pa­łek trzy­mał w zę­bach. Okna były za­pa­ro­wane od we­wnątrz, to dla­tego, że przed wy­jaz­dem wy­pili bu­telkę ru­skiego sa­mo­gonu. W szo­ferce zro­biło się siwo od dymu. Edek uchy­lił luf­cik bocz­nego okna.

W ciem­no­ści ma­ja­czył bu­dy­nek ko­ścioła w Ka­menz, obok znaj­do­wały się zruj­no­wane bu­dynki go­spo­dar­cze, które, co wi­dzieli w dzień, to­nęły w głę­bo­kiej na pół me­tra czar­nej mazi. Wtem uchy­liły się drzwi ko­ścioła. Przez szparę na po­dwó­rze wpa­dła po­ma­rań­czowa łuna świa­tła, za nią po­dą­żały jakby roz­cią­ga­jące się i peł­za­jące po ziemi cie­nie dwóch osób.

Edek zdu­sił pa­pie­rosa w puszce po tu­szonce.

- Wy­leźli, mam na­dzieję, że nasz sa­mo­gon tak ich roz­grzeje, że za­raz za­sną - ode­zwał się ci­cho. Spoj­rzał na swoją cymę. Na cy­fer­bla­cie wska­zówki po­ka­zy­wały go­dzinę szó­stą po po­łu­dniu.

Dwaj so­wieccy żoł­nie­rze ubrani w wa­lonki, cięż­kie brą­zowe spodnie i pi­ko­wane kurtki, z prze­wie­szo­nymi przez ra­mię au­to­ma­tami, ru­szyli wzdłuż bu­dynku. Po chwili znik­nęli za ro­giem. Edek wy­sko­czył z auta, po­biegł w ich kie­runku. Po mi­nu­cie wy­chy­nął i dał znak la­tarką.

Jo­han od­pa­lił sil­nik, przez mo­ment si­ło­wał się z drąż­kiem skrzyni bie­gów, aż roz­legł się zgrzyt i sa­mo­chód po­woli ru­szył. Wto­czył się na nie­wiel­kie po­dwórko i sta­nął bo­kiem do drzwi ko­ścioła. Kie­rowca spraw­nie wy­sko­czył z po­jazdu, otwo­rzył tylną klapę. W tym cza­sie Edek ostro się na­piął i ło­mem ro­ze­rwał sko­bel, na któ­rym wi­siała pół­okrą­gła kłódka, bro­niąca wej­ścia do świą­tyni. Ka­wa­łek że­la­stwa upadł metr od furty.

Edek uchy­lił drzwi, za­pa­lił la­tarkę, wszedł do środka. Za pa­skiem skó­rza­nej, po­pę­ka­nej od dłu­giego no­sze­nia kurtki miał wci­śniętą pa­ra­belkę. Omiótł wnę­trze ko­ścioła wą­skim stru­mie­niem świa­tła. Inny by się prze­stra­szył, ale nie on, wpra­wiony w po­dob­nych wej­ściach.

Cie­nie wy­rzeź­bio­nych świę­tych tań­czyły na ścia­nach, a mon­stran­cje mie­niły się w sła­bym świe­tle zło­tem i bursz­ty­nem. Pod­szedł do wiel­kiej szafy gdań­skiej, uchy­lił jej drzwi i spoj­rzał na sto­jące w rów­nych rzę­dach stare księgi, rę­ko­pisy, któ­rych grzbiety lśniły czer­wie­nią, zie­le­nią i sre­brem. Pod­niósł wieko pierw­szej z brzegu drew­nia­nej skrzyni i spoj­rzał do środka. Stały w niej za­wi­nięte w szary pa­pier, ob­sy­pane wió­rami ob­razy. Się­gnął po je­den, spo­rych roz­mia­rów, na­ma­lo­wany przez Ja­coba Jor­da­ensa ze Świę­tym Iwo, który wspo­maga bied­nych - od­sta­wił go pod ścianę, po­tem wy­jął pej­zaż Jana van Goy­ena przed­sta­wia­jący brzeg rzeki, aż na­tknął się na Opła­ki­wa­nie Chry­stusa Lu­casa Cra­na­cha.

Cy­dejko wie­dział, gdzie ma szu­kać, i co jest naj­cen­niej­sze w tym skarbcu, który przy­po­mi­nał mu Se­zam z dzie­cię­cych ksią­żek o Ali Ba­bie. Ku­pił tę wie­dzę od urzęd­nika sta­ro­stwa, nie­ja­kiego Trze­śniew­skiego.

- Jo­han. - Wy­chy­lił się za drzwi. - Spo­koj­nie?

- Ja.

- A ten nie­miecki ksiądz, jak mu tam Schul­the­iss...

- Tyż, nic nie sły­sza. Spo­koj­nie, jak na woj­nie. - Ślą­zak za­re­cho­tał.

- Ła­du­jemy!

Za­ła­do­wa­nie cię­ża­rówki za­jęło im go­dzinę, na pakę we­pchnęli, wy­ko­rzy­stu­jąc uło­żone de­ski, kilka skrzyń z ob­ra­zami, worki wy­peł­nione cen­nymi rę­ko­pi­sami, śre­dnio­wieczne rzeźby świąt­ków, które przez setki lat stały w ślą­skich ko­ścio­łach. Edek wie­dział od ru­skich soł­da­tów, że na­stęp­nego dnia to oni wpa­kują wszystko na cię­ża­rówki i wy­wiozą ca­łość tego po­nie­miec­kiego ma­ga­zynu do So­wie­tów, gdzieś do Mo­skwy, a może da­lej. Dla­tego mu­siał się spie­szyć, aby sza­ber po­szedł na konto tro­fiejsz­czy­ków.

Droga po­wrotna za­jęła im pra­wie dwie go­dziny. Opel piął się po­woli po gór­skiej, wy­sy­pa­nej ka­mie­niami dro­dze, koła śli­zgały się na lo­dzie, ale Jo­han, mru­żąc oczy, da­wał radę. Z jego ust cią­gle zwi­sał po­pla­miony tłusz­czem nie­do­pa­łek.

W pew­nym mo­men­cie zje­chali z głów­nej drogi na le­śną ścieżkę. Po prze­je­cha­niu ki­lo­me­tra wje­chali na nie­wielki par­king, szczel­nie osło­nięty ska­łami z trzech stron. Znaj­do­wali się jakby w ryn­nie. Jo­han wy­siadł i w ścia­nie skały zna­lazł ukryte so­lidne że­la­zne drzwi, po­cią­gnął je do sie­bie, a one, umiesz­czone na na­sma­ro­wa­nych rol­kach, wy­jąt­kowo ła­two się od­su­nęły, po­ka­zu­jąc ciemną cze­luść. Sa­mo­chód wje­chał do środka. To był je­den z se­tek tu­neli wy­drą­żo­nych przez nie­wol­ni­ków pra­cu­ją­cych dla na­zi­stów w Gó­rach So­wich.

- Zo­sta­wiamy go - za­or­dy­no­wał Cy­dejko.

Obok stały dzie­siątki in­nych skrzyń i le­żały paczki, dy­wany, a na­wet me­ble. Edek z wy­sił­kiem pod­niósł i prze­su­nął w bok ju­towy wór, od­chy­lił go i spoj­rzał do wnę­trza.

- To lu­bię - burk­nął pod no­sem. Za­to­pił na chwilę rękę w ko­pie zło­tych i srebr­nych nu­mi­zma­tów. To był jego naj­cen­niej­szy łup. Rok wcze­śniej, za­raz po za­ję­ciu tych te­re­nów przez Ar­mię Czer­woną, w Se­ichau od­na­lazł pierw­szy ma­ga­zyn z nie­miec­kimi skar­bami, a w nim, w roz­bi­tych skrzy­niach i cyn­ko­wych ka­se­tach, ty­siące mo­net po­cho­dzące z kra­kow­skiej ko­lek­cji An­drzeja hra­biego Po­toc­kiego. Nie­które z nich miały bo­wiem wy­ci­śnięty herb Pi­lawa.

- Wsia­damy do forda. - Wsko­czył za kie­row­nicę i uru­cho­mił sa­mo­chód, który stał obok. Wy­je­chał z tu­nelu. Jo­han za­trza­snął drzwi jeż­dżące na rol­kach, a wej­ście za­bez­pie­czył ga­łę­ziami oraz ka­mie­niami tak, aby przy­pad­kowa osoba nie mo­gła od­na­leźć wej­ścia do skarbca.

Ru­szyli. Prze­je­chali kilka ki­lo­me­trów. Tym ra­zem księ­życ wy­szedł zza chmur i po­ma­gał im zna­leźć drogę w le­sie. Kie­ro­wali się na Bre­slau.

- Stań tam, mu­szę się od­lać - ode­zwał się Edek. Wy­szedł z forda i krzyk­nął: - Chodź no, Jo­han, spójrz, ja­kie cudo!

Na jego dłoni le­żał złoty du­kat gdań­ski z głową Zyg­munta I.

Ślą­zak pod­szedł do niego i w tym mo­men­cie do­stał w bok cios no­żem. Nie­dłu­gie, ale cien­kie ostrze bły­ska­wicz­nie prze­biło kurtkę i swe­ter. Edek jesz­cze je prze­krę­cił, na­stęp­nie na­ci­snął spust nie­wiel­kiego re­wol­weru, który po­łą­czony był z ostrzem, ale miał też uchwyt w kształ­cie ka­stetu. W tym sa­mym mo­men­cie usły­szał jęk Jo­hana i ci­che kla­śnię­cie, kula nie­wiel­kiego ka­li­bru prze­biła mu płuco. Męż­czy­zna za­chły­snął się i upadł. Char­czał, łap­czy­wie pró­bo­wał ła­pać po­wie­trze. Edek pod­szedł bli­żej i przy­sta­wił mu do oka nóż z re­wol­weru Apa­che. Po raz drugi po­cią­gnął za ję­zyk spu­stowy. A po­tem już spo­koj­nie zło­żył ostrze, a fran­cu­ski pi­sto­le­cik scho­wał do kie­szeni kurtki. So­lid­nym kop­nia­kiem ze­pchnął ciało kie­rowcy z drogi w ciemną prze­paść. Usły­szał tylko ła­mane w od­dali su­che ga­łę­zie.

Do­piero wtedy jego zmy­sły, otu­ma­nione ude­rze­niem ad­re­na­liny, wy­ła­pały war­cze­nie, które się zbli­żało. Obej­rzał się. W ciem­ność skie­ro­wał świa­tło la­tarki. Kil­ka­dzie­siąt me­trów od niego na dro­dze stała wa­taha zdzi­cza­łych psów. Bły­ska­wicz­nie wy­rwał zza pa­ska pa­ra­belkę i strze­lił przed sie­bie. Huk od­bił się echem od gór­skich ścian. Edek usły­szał ci­chy sko­wyt i gar­dłowe uja­da­nie. Do­sko­czył do forda, od­pa­lił go i ru­szył przed sie­bie.

ROZ­DZIAŁ 1

wio­sna 2022 r.Irak/ Iran

Po­woli ro­biło się ciemno. Za­ku­rzony jeep pa­mię­ta­jący jesz­cze po­przedni wiek, wy­po­ży­czony w Su­lej­ma­niji, mo­zol­nie piął się szu­trową ścieżką pod górę. Kie­rowca i jed­no­cze­śnie prze­wod­nik Mo­ham­mad Wadi co chwilę prze­cie­rał ręcz­ni­kiem ogo­rzałą twarz po­krytą wszech­obec­nym ku­rzem. Pa­lił pa­pie­rosa i słu­chał pusz­czo­nej na cały re­gu­la­tor mu­zyki lu­do­wej.

Dr Mi­chał Ko­siń­ski, pol­ski geo­log, który zbie­rał ma­te­riał do pracy na­uko­wej na te­mat bu­dowy gór kur­dy­stań­skich, miał już dość. Głowa mu pę­kała, do tego po­wie­trze sta­wało się co­raz bar­dziej roz­rze­dzone. Skrę­cili w ścieżkę wio­dącą na pół­noc na wy­so­ko­ści Ban­dżwin, prze­je­chali przez Ha­la­lawę i ru­szyli wzdłuż gra­nicy Iraku z Ira­nem. Byli da­leko od ludz­kich osie­dli, dla­tego na­uko­wiec za­rzą­dził po­stój. Wadi zje­chał z drogi, sta­nął pod nie­wielką półką skalną. Kie­rowca spraw­nie wy­sko­czył z sa­mo­chodu, wy­jął z ba­gaż­nika na­miot, ka­ri­matę i śpi­wór, krze­sełka i sto­lik tu­ry­styczny, a na­stęp­nie ka­ni­ster z wodą i nie­wielką ku­chenkę ga­zową.

- Wiesz, po­szu­kam ga­łęzi, można tu roz­pa­lić ogni­sko - po­wie­dział dok­tor, ru­sza­jąc na po­szu­ki­wa­nie chru­stu. - Bę­dzie nam raź­niej w nocy.

Te góry zbu­do­wane były głów­nie z łup­ków kry­sta­licz­nych i me­ta­mor­ficz­nych oraz z mar­mu­rów i pia­skow­ców. Po­prze­ci­nane były głę­bo­kimi do­li­nami, i po­ro­śnięte na za­cho­dzie la­sami dę­bo­wymi i ma­kią, na­to­miast na wscho­dzie su­chą ro­ślin­no­ścią ste­pową. Geo­loga przy­cią­gało ich po­do­bień­stwo do eu­ro­pej­skich Alp, dla­tego aku­rat te po­fał­do­wa­nia go fa­scy­no­wały. Li­czył na to, że pro­wa­dzone wła­śnie ba­da­nia po­zwolą mu na na­pi­sa­nie pracy ha­bi­li­ta­cyj­nej.

Ko­siń­ski wy­jął umo­co­wany na pa­sku nie­wielki mło­tek i odłu­pał ka­wa­łek skały znaj­du­ją­cej się pod półką. Scho­wał go do skó­rza­nej torby. Ze­brał tro­chę ga­łęzi, su­chych krze­wów i wró­cił do sa­mo­chodu. Zrzu­cił chrust na jedno miej­sce, obok po­ło­żył kilka więk­szych ka­mieni, aby wiatr nie roz­dmu­chał pło­mieni na su­chą ściółkę. W tym cza­sie Wadi przy­go­to­wy­wał po­si­łek. Z ple­caka wy­jął tra­dy­cyjne arab­skie placki wy­pie­kane w piecu, otwo­rzył też dwie puszki z fa­solą i so­sem po­mi­do­ro­wym, wrzu­cił je do ron­delka i po­sta­wił na ku­chence, a po­tem z sa­mo­chodu wy­cią­gnął opa­ko­wa­nie z zio­łami i za­czął nimi do­pra­wiać po­si­łek.

Po pół go­dzi­nie było już zu­peł­nie ciemno. Obok je­epa pa­liło się ogni­sko. Tylko nad ich gło­wami set­kami świa­teł skrzyło się niebo, od szczy­tów gór od­dzie­lała je po­ma­rań­czowa po­świata. Je­dli w mil­cze­niu.

- Te twoje przy­prawy, Mo­ham­mad, mają cie­kawy po­smak, na­dają zu­peł­nie inny smak tej zwy­kłej fa­soli - za­gad­nął Po­lak.

- To ta­jem­nica mo­jej mamy, która je zbiera, su­szy, mieli i łą­czy w od­po­wied­nich pro­por­cjach - od­po­wie­dział pre­cy­zyj­nie prze­wod­nik.

Po kil­ku­dzie­się­ciu mi­nu­tach na­uko­wiec le­żał w na­mio­cie, a kie­rowca spał na roz­ło­żo­nym sie­dze­niu w je­epie.

Ko­siń­ski na­gle się obu­dził, usły­szał bo­wiem ja­kiś ruch przed na­mio­tem. Po­cząt­kowo my­ślał, że jego to­wa­rzysz wy­szedł z po­jazdu na stronę, jed­nak gdy usły­szał czyjś głos, się­gnął po la­tarkę. Wy­gra­mo­lił się ze śpi­wora, od­su­nął za­mek i wy­szedł na ze­wnątrz. Po­czuł chłód, ogni­sko jesz­cze nie zga­sło, żar po­zwa­lał roz­róż­nić za­rysy kształ­tów w pro­mie­niu me­tra. Pod­niósł wzrok i za­marł. Obok na­miotu stali trzej za­ma­sko­wani męż­czyźni. Twa­rze za­sła­niały im ara­fatki, na gło­wach mieli zwy­kłe weł­niane, jed­na­kowe czarne czapki. W rę­kach trzy­mali ka­ra­binki Ka­łasz­ni­kowa. Je­den z nich pod­szedł do Ko­siń­skiego i z ca­łej siły ude­rzył go kolbą w głowę. Po­lak upadł, na mo­ment stra­cił przy­tom­ność.

Nie wie­dział, jak długo le­żał. Ock­nął się jed­nak już na pace ja­kie­goś sa­mo­chodu, wci­śnięty mię­dzy dy­wany. Ręce miał skute kaj­dan­kami. Wo­kół pa­no­wała ciem­ność, bo w luku ba­ga­żo­wym nie było okien, pa­no­wał też nie­mi­ło­sierny za­duch.

Ko­siń­ski stra­cił ra­chubę czasu, ale było już widno, gdy trzej męż­czyźni wy­wle­kli go z po­jazdu, po­sta­wili na nogi i za­pro­wa­dzili do ja­skini. Ka­zali usiąść na dy­wa­nie na tle flagi z arab­skim na­pi­sem. Zdjęli mu kaj­danki i po­dali kartkę.

- Prze­czy­taj. - Usły­szał tylko gar­dłowe słowa od straż­nika ze skie­ro­wa­nym w jego głowę ka­ra­bi­nem. Drugi usta­wił na sta­ty­wie ka­merę i ją włą­czył. Na­uko­wiec, oszo­ło­miony, zmę­czony i za­gu­biony, zro­bił to, co mu ka­zali. Na­stęp­nie po­now­nie we­pchnęli go do auta, tym ra­zem po­zwo­lili mu usiąść na roz­grza­nym od słońca sie­dze­niu. Je­den z nich po­dał mu bu­telkę wody. To­wa­rzy­sza po­dróży nie było w po­bliżu, Ko­siń­ski nie wie­dział, co się z nim stało.

To było 4 kwiet­nia. W Iraku prze­by­wał od mie­siąca na stażu na­uko­wym z Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Nie miał po­ję­cia, w czy­ich jest rę­kach, jaka bo­jówka go uwię­ziła. Wszystko wska­zy­wało na to, że byli ob­ser­wo­wani od dawna.

Po wielu go­dzi­nach jazdy w pie­kiel­nym upale na­past­nicy przy­wieźli go do Te­he­ranu, do wię­zie­nia Evin. Gdy się do­wie­dział od za­ma­sko­wa­nego kie­rowcy, do­kąd jadą, uświa­do­mił so­bie, że to miej­sce owiane jest czarną le­gendą. Sły­szał, że w tym wię­zie­niu jest biz­nes­men Sia­mak Na­mazi, ma­jący oby­wa­tel­stwo USA i oskar­żany przez irań­skie wła­dze o szpie­go­stwo. To było główne wię­zie­nie po­li­tyczne, które dzia­łało jesz­cze przed re­wo­lu­cją is­lam­ską. W nim prze­trzy­my­wano dzien­ni­ka­rzy, ak­ty­wi­stów praw czło­wieka, prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych, in­te­lek­tu­ali­stów. Or­ga­ni­za­cja Hu­man Ri­ghts Watch oskar­żyła wła­dze wię­zie­nia o sto­so­wa­nie tor­tur, a także prze­dłu­ża­jące się prze­słu­cha­nia i od­mowę za­pew­nie­nia opieki me­dycz­nej dla osa­dzo­nych. W 2018 roku jed­nostka ta zo­stała ob­jęta sank­cjami USA za na­ru­sze­nia praw czło­wieka. Ofi­cjal­nie cho­dziło o na­wra­ca­nie ich na is­lam po­przez zmu­sze­nie do stu­dio­wa­nia świę­tych tek­stów i po­kutę za swoje czyny z prze­szło­ści.

Męż­czy­zna ude­rzył go w szyję gu­mową pałką. Dr Mi­chał Ko­siń­ski spadł z krze­sła na pod­łogę. Le­żał na niej chwilę i pró­bo­wał ła­pać po­wie­trze.

- My i tak wszystko wiemy, ni­gdy stąd nie wy­je­dziesz, ty agen­cie Izra­ela! - wy­krzy­czał, zbli­ża­jąc twarz do głowy na­ukowca, ubrany w zie­lony mun­dur straż­nik wię­zienny. - Śmier­dzisz? - do­dał ła­ma­nym an­giel­skim.

Tak, śmier­dział, ale już sam nie wy­czu­wał tego za­pa­chu, uod­por­nił się, bo się do niego przy­zwy­czaił. Mie­szanka odo­rów mo­czu, kału, wy­mio­cin, któ­rymi prze­siąk­nięte były mury celi, na­kła­dała się na smród obrzy­dli­wego je­dze­nia - papki ryżu ze zbu­twia­łymi wa­rzy­wami. Ko­siń­ski prze­łknął ślinę, wy­czuł w ustach me­ta­liczny smak krwi. Już nie pierw­szy raz w ciągu tych dni, a może ty­go­dni, stra­cił bo­wiem zu­peł­nie ra­chubę czasu. Pod­niósł się, po­tarł dło­nią o bo­lącą szyję, się­gnął po krze­sło i po­słusz­nie usiadł na nim. Oba­wiał się ko­lej­nego ciosu.

W trak­cie prze­słu­cha­nia pró­bo­wano mu wmó­wić, że skały, które miał w sa­mo­cho­dzie, po­cho­dziły z po­li­gonu, na któ­rym irań­ska Gwar­dia Re­wo­lu­cyjna ćwi­czyła ob­sługę po­ci­sków prze­ciw­lot­ni­czych. Ktoś po­wie­dział, że zo­stał zła­pany na szpie­go­stwie i prze­kro­czył gra­nicę z Ira­nem. Nie wie­rzył w to, bo co ja­kiś czas w trak­cie po­dróży po gó­rach spraw­dzał lo­ka­li­za­cję w GPS-ie, aby przez przy­pa­dek nie po­peł­nić ja­kie­goś błędu. Był prze­ko­nany, że zo­stał po­rwany i pró­bo­wano pre­pa­ro­wać prze­ciwko niemu ja­kieś ab­sur­dalne do­wody.

Te­raz na znisz­czo­nym biurku w po­koju prze­słu­chań le­żała tylko pałka i pry­mi­tywne urzą­dze­nie z ka­bel­kami pod­łą­czo­nymi do gniazdka. Wie­dział, że służy ono do ra­że­nia prą­dem. W wy­obraźni wi­dział je w dzień i w nocy, cho­ciaż jego oprawcy jesz­cze nie pod­łą­czyli go do tej ma­szyny tor­tur.

Miał na so­bie po­rwane ubra­nie dre­li­chowe, zu­żyte przez in­nego więź­nia, i dziu­rawe buty. Straż­nik na­ka­zał mu ru­chem pałki, aby wstał. Pod­niósł się. Otwo­rzył me­ta­lowe drzwi i po­pro­wa­dził go do jego celi - izo­latki o wy­mia­rach metr na pół­tora me­tra. Szum w wię­zie­niu na­si­lił się w dzień, z każ­dej strony do­cho­dziły krzyki, po­je­dyn­cze głosy, a na­wet śpiewy. Na­kła­dał się na ude­rze­nia w drzwi, szczęk na­czyń, i kle­kot wóz­ków z ga­rami.

Świa­tło w ciem­nym ko­ry­ta­rzu na mo­ment przy­ga­sło, to mo­gła być oznaka, że ko­goś wła­śnie pod­łą­czono do prądu. Krzyk do­biegł z po­koju prze­słu­chań, który aku­rat mi­nęli.

Je­żeli było pie­kło, to wła­śnie tak mo­gło wy­glą­dać - Ko­siń­ski nie miał wąt­pli­wo­ści. Nie spał od ja­kichś dwóch ty­go­dni, ból ucha, do któ­rego pierw­szego dnia straż­nik wło­żył mu drut, roz­ry­wał jego głowę na ka­wałki. Świa­do­mość, że może być jesz­cze go­rzej, gdy pod­łą­czą go do prądu, ze­rwą pa­znok­cie albo wbiją gwóźdź w ko­lano, to­wa­rzy­szyła mu od po­czątku. Wi­dział w ko­ry­ta­rzu tych, któ­rzy prze­szli ta­kie za­biegi, gdy ich zmar­no­wane ciała - ni­czym tru­chła zwie­rząt, war­tow­nicy cią­gnęli po wy­śli­zga­nej sza­rej po­sadzce.

Naj­gor­szy był jed­nak brak na­dziei. Geo­log nie wie­dział, czy ktoś o nim wie i stara się go wy­cią­gnąć z tego pie­kiel­nego ko­tła. Z każ­dym dniem co­raz bar­dziej tra­cił orien­ta­cję w cza­so­prze­strzeni, ale też siły i na­dzieję na uwol­nie­nie. Do tego ta cią­gła ciem­ność, która go ota­czała w izo­latce...

Cho­ciaż miał trzy­dzie­ści pięć lat, już osi­wiał.

War­tow­nik otwo­rzył drzwi be­to­no­wej klitki i wię­zień po­woli wszedł do środka, a pa­da­jące przez chwilę świa­tło z ko­ry­ta­rza po­zwo­liło mu za­uwa­żyć, że ktoś po­sta­wił we­wnątrz mi­skę z wodą. Gdy trzask drzwi wy­brzmiał, a kroki war­tow­nika się od­da­liły, wy­ma­cał ją dło­nią. Pod­niósł do ust i łap­czy­wie pił, reszt­kami wody prze­mył zbo­lałe ucho.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki