Ona jest taka śliczna
Było tak, jak napisał w opowiadaniu
Pamiętasz Wanda:
"- Wanda!
Podniosła na niego oczy.
- Co?
- Nie, nic - powiedział i zaśmiał się krótko.
Śmiech zabrzmiał nieszczerze jak zgrzyt metalu po szkle. Wanda
zrozumiała go. To było jak spowiedź. Odsłaniał przed nią całą zgryzotę
swego życia - życia, o którym nigdy nikomu nie mówił. To wiedziała.
Przeszłość jego była niejasna, pogmatwana. Był zawsze skryty, milczący,
zamknięty w sobie i pił na umór, po szewsku, z dnia na dzień, do
ostatniego grosza. (...) Oczy ich spotkały się na jeden krótki moment,
przebiegły po sobie spojrzeniem. Całowali się wśród ulewnego deszczu,
wśród gruzów".
Wanda, kilka lat od niego starsza, była we Wrocławiu jego szkolną
koleżanką. Zanim spotkali się ponownie w 1951 roku w Warszawie, zdążyła
wyjść za mąż, urodzić dziecko i rozwieść się, a potem mieszkała przy
rodzicach w Zielonce pod Warszawą.
Marek także przeniósł się z matką i ojczymem do stolicy. Jakiekolwiek
były przyczyny przeprowadzki, oznaczały drastyczne pogorszenie warunków
mieszkaniowych. Wygodny dom we Wrocławiu zamienili bowiem na pokój z kuchnią i łazienką o łącznej powierzchni 34,9 metra kwadratowego. Marek
musiał spać w przedpokoju na składanym łóżku. Już rok wcześniej
zrezygnował z nauki i - jak tylko skończył szesnaście lat - musiał,
zgodnie z odgórnym nakazem, podjąć pracę. Miał już za sobą doświadczenia
terminatora w zakładzie ślusarskim i kierowcy przy zwózce drewna w Sudetach. W Warszawie zatrudnił się w Zarządzie Gospodarki i Eksploatacji Sprzętu i Transportu "Metrobudowa" jako kierowca i starszy
referent zaopatrzenia transportu. Któregoś dnia kierownik bazy wezwał
Marka na rozmowę z "jakąś straszną babą":
"- Do partii należysz? - zapytała.
- Nie.
- Do TPPR?
- Nie.
- Do związków zawodowych?
- Nie.
- To będziesz korespondentem robotniczym".
Ta "straszna baba", jak ją określił w Pięknych
dwudziestoletnich1, była z "Trybuny Ludu". Za rzetelne pisanie o "bolączkach i osiągnięciach" w zakładach pracy otrzymał w nagrodę
powieść Anatola Rybakowa Kierowcy. "Muszę przyznać, że wpadłem w osłupienie. Tak głupio i ja potrafię, powiedziałem sobie. I zacząłem".
Napisał Sonatę marymoncką. Powieść przeczytał przyjaciel domu, literat
z Wrocławia, Stefan Łoś i wysłał ze swoją rekomendacją do Związku
Literatów Polskich w Warszawie.
W tym czasie Marek często przesiadywał u ciotki, Jadwigi Oraczewskiej,
bo w rodzinnym domu, z matką i ojczymem, Kazimierzem Gryczkiewiczem, nie
czuł się dobrze. Siadał na kanapie i śpiewał wujostwu ruskie pieśni.
"Może to śmieszne i dziecinne (dziwak straszny ze mnie) - przyznał się w jednym z listów - ale jak mi jest źle, to wyciągnę sobie jakąś
"czastuszkę", pośpiewam, pośpiewam i przechodzi". Któregoś dnia
powiedział:
- Wiesz, ciotka, opowiedziałbym ci o swojej wielkiej miłości, ale ja ci
ją chcę najpierw pokazać.
- To przyjdź z nią w niedzielę. Pojedziemy razem na majówkę, po
mieszczańsku - zachęciła ciotka.
Było lato.
Marek przyszedł pierwszy.
- No, gdzież ona? Ta twoja ukochana - zaciekawiła się ciotka.
- Zaraz przyjdzie.
Po chwili dzwonek do drzwi. Marek popędził do przedpokoju. Kątem oka
ciotka zauważyła, jak poprawia dziewczynie włosy i strój. Wyraźnie
zależało mu, żeby Wanda się spodobała. Jadwiga Oraczewska zapamiętała
jedynie ładne zęby i delikatną cerę. Ogólne wrażenie - przyjemne. Poszła
do kuchni pakować prowiant, Marek wszedł za nią.
- No i co, ciotka, i co? - Nie mógł się doczekać jej opinii.
- Nie mam nic do powiedzenia - odrzekła. - Niebrzydka dziewczyna. Ale
teraz idź się nią zajmij. Nie wypada, żebyśmy ją tu obgadywali.
Przed wyjściem Wanda chwyciła koszyk z jedzeniem.
- To Marek będzie niósł - sprzeciwiła się ciotka.
A on na to:
- Dlaczego? Jeśli chce, to może nieść.
Ciotka jednak orzekła stanowczo:
- Przy mnie będziesz niósł ty.
Rozmowa się nie kleiła, bo na wszystkie pytania ciotki Wanda odpowiadała
"Tak" lub "Nie". Zjedli więc gotowane jajka, kanapki z szynką i pomidory. Potem wujostwo odpoczywali na kocu, a młodzi spacerowali po
lesie i co chwila się sprzeczali. Wanda popłakiwała.
Wieczorem Oraczewscy zaprosili ich do restauracji. Po kolacji wrócili do
domu, a Marek z Wandą gdzieś jeszcze poszli.
Następnego dnia Marek przyszedł do ciotki niespokojny.
- No i co, ciotka, powiedz wreszcie.
Ciotka była szczera.
- Ładna dziewczyna, ale mimo że ty nie masz matury, a ona ma, wydaje się
o wiele od ciebie głupsza.
- Wiesz co, ciotka - nie zrażał się siostrzeniec - takie najlepiej
nadają się na żony. Krzykniesz, a ona uszy po sobie.
I bez końca mówił, że się żeni, bo Wandzia jest śliczna.
- Marek, przysięgam ci, jeszcze tysiąc takich ślicznych spotkasz -
tłumaczyła Oraczewska.
A wuj go zniechęcał:
- Co zrobisz, jeśli ona zacznie się zastanawiać, czy kolor kupki dziecka
jest prawidłowy?
Marek trochę się skrzywił, ale nadal trwał w postanowieniu. Żeni się i już. Natychmiast. Przerażona ciotka, nie widząc innej rady, powiedziała:
- Jak jesteś taki zakochany, trudno, żeń się. Ale musisz najpierw
skontaktować się z matką. Nie możesz ożenić się bez jej wiedzy.
Maria Hłasko przebywała w sanatorium dla nerwowo chorych w Wonieściu,
ojczym był w podróży służbowej.
3 lipca 1952 roku Marek wystosował do matki list:
"Kochanie!
Nie gniewaj się na mnie, że nie piszę. Ale, Mamo, gdybyś wiedziała, co
się ze mną dzieje, nie miałabyś mi tego za złe. Naprawdę, Mamusiu, jest
mi tak strasznie i nie mam w Warszawie nikogo bliskiego, do kogo mógłbym
pójść. Ty chyba wiesz, ile mnie to kosztuje. Musisz mi wierzyć. A tymczasem nie wiem, co mam robić. Wanda ma dziecko i Ty wiesz, jak to
jest z mieszkaniem.
Piszę Ci całą prawdę. Ty wiesz, że mniej więcej od pół roku żyjemy ze
sobą. Jednak ona mieszka z bratem, matką i dzieckiem w takiej norze, że
nawet sobie nie wyobrażasz. I nie ma gdzie indziej mieszkania. Starała
się jak mogła, ale to jest strasznie ciężko. Myśleliśmy, że nam się
inaczej życie ułoży, a tymczasem wiesz, jak to jest. Ja myślałem, że
będę się uczyć i za rok, dwa pobierzemy się. Mamo! Tymczasem stało się
inaczej. Do niej zalecał się jakiś magister, czy ktoś taki, w każdym
razie bardzo zamożny. Chce ich wszystkich zabrać do siebie, ma
mieszkanie, doskonale zarabia i jest, jak na obecne warunki, bardzo
zamożny. A ja, to wiesz. Mamo! Ja chodzę jak błędny. Ona chce tak
zrobić, bo dziecko nie może tam dłużej mieszkać. Dla mnie to jest jasne,
że ona to zrobi. Matka jej każe. Ale ja, Mamo? Ja naprawdę nie mogę
sobie miejsca znaleźć. I nie mam komu tego wszystkiego powiedzieć.
Mamusiu. Ja nigdy w życiu nie przeżywałem tego, co teraz. Wiem, że byłem
złym dzieckiem i tak dalej. Ale to by się wszystko dało naprawić. Mam
teraz możność dostać jedną, drugą i nawet trzecią pracę, a naprawdę nic
nie mogę robić. Ręce mi się trzęsą, w ogóle coś się ze mną dzieje. Nie
mogę spać, nie wiem, co mam robić. Ta dziewczyna też płacze i nie wiem,
jak to się w ogóle skończy. Tu ja, a tu znowu matka i dziecko, a przecież to wszystko moja wina. Ja ją bardzo kocham, Mamo, i dlaczego,
kiedy chciałem naprawdę żyć jak człowiek, to mi się tak strasznie
wszystko skomplikowało? Nie mam takiej sekundy wolnej, w której bym nie
myślał o niej. Nie mogę w sobie zatrzeć tego wspomnienia i wiem, że to
będzie mnie prześladować. A ja nie mogę sobie dać rady. I to, że jestem
sam, Mamo, że nie mam do kogo iść. To jest straszne, Mamo. Nie mogę
naprawdę iść w tej chwili do pracy - nie mam siły. I wiem, że mi nikt
nie może pomóc. To mnie zabija.
Tak chciałbym wierzyć w to, że na świecie jest jeszcze coś pięknego i czystego, że pieniądze nie stanowią o wszystkim, a tutaj, Mamusiu... Już
nie chodziłoby mi o nic, ale ona jednak była inna, a dzisiaj, Mamo, jak
się patrzy wokół siebie, to naprawdę same straszne brudy. Nie wiem, jak
będzie za 5 lat. Wtedy człowiek stanie się takim samym bydlęciem jak
inni, i po co to wszystko, w ogóle. To jest straszne, Mamo.
Mamo!
Jeżeli możesz mi jakoś pomóc, to zrób to. Naprawdę stoję nad przepaścią
i boję się, że po tym wszystkim to już chyba będzie koniec. To jest taka
dobra i miła dziewczyna, naprawdę szlachetna. Niech ci Kazimierz powie.
Mamusiu, ja Ci nic nie piszę, jak mi masz pomóc i w jaki sposób, ale
niech Twoje serce powie Ci najlepiej. Tylko postaraj się mnie zrozumieć.
Wiem, że w życiu wiele zawiniłem wobec Ciebie, ale musisz mi wierzyć,
nawet jak się nie zgodzisz i nie pomożesz, to też będę się uczył i pracował dla Ciebie. Ale jestem naprawdę półobłąkany. Więc jeśli możesz
coś zrobić, to zrób. Odpisz mi koniecznie, natychmiast, albo nawet
zatelefonuj o swojej decyzji, bo nie mogę wytrzymać. Tylko, Mamo, proszę
Cię, naprawdę zastanów się dobrze i rozważ to wszystko".
Matka go uspokajała: "Boli mnie serce na Twoje cierpienie i zawody, ale
wierzaj mi, Syneczku, przyjdą nowe przeżycia, lepsze i piękniejsze, a te
zbledną i znikną. Młodość nie będzie długo na to czekała. Większość
zawodów życiowych wypływa z nieumiejętnego doboru ludzi. (...) Wybór Twego
serca też okazał się bardzo nieszczególny i znowu cierpisz. Bądź
ostrożniejszy, nie kieruj się wyłącznie sercem, rozum w sprawach uczucia
też ma coś do powiedzenia".
Ale nie gdy ma się osiemnaście lat. Wówczas myśli się, że serce jest
zdolne odwrócić sens starych prawd, uznając je za zwykłe porzekadła. Tak
samo Marek wierzył w jego siłę i nie ustępował. A wtedy matka mu
powiedziała: "Jesteś dorosły, żeń się. Ale pamiętaj, u nas mieszkać nie
możesz. Nie pomieścimy się wszyscy. I musisz utrzymać swoją rodzinę,
ponieważ mnie na to nie stać".
Po rozmowie z matką nigdy więcej nie przyprowadził narzeczonej do ciotki
Jadzi i o ślubie nie mówił, chociaż nadal stanowili z Wandą parę.
Tego samego lata Jadwiga Oraczewska umówiła się w kawiarni z dwoma
siostrzeńcami: Andrzejem Czyżewskim, który przyjechał z Wrocławia, i Markiem. Na spotkanie nie przyszedł żaden. Andrzej usprawiedliwił swoją
nieobecność, Marek zaś nawet nie zjawił się na kolacji. Następnego dnia
zaczepił Oraczewską woźny z Zakładu Osiedli Robotniczych, gdzie
pracowała. Woźny, o którym wszyscy pracownicy wiedzieli, że jest
kapusiem, powiadomił ją, iż w nieczynnej bramie od strony
Marszałkowskiej siedzi jej siostrzeniec. W zakładzie znano Marka, gdyż
często odwiedzał ciotkę. Nazywano ją tam "ciotka Kanada", co też miało
związek z siostrzeńcem. Kiedyś bowiem powiedziała mu, że kupiła na
popołudnie bilety do kina, a Marek z radości krzyknął na cały głos:
"Ciotka, Kanada!!!". I od tego czasu miała ów przydomek.
Gdy poszła pod bramę i ujrzała Marka, nie kryła rozczarowania:
- Jak ty tak mogłeś postąpić?! Nie przyszedłeś do kawiarni i nawet mnie
nie powiadomiłeś?!
- Byłem na ślubie Wandy - wyznał ze smutkiem.
- Jak to na ślubie? Przecież jeszcze parę dni temu miała wychodzić za
ciebie. Ale złóż ręce do Boga i podziękuj, jeśli wybrała innego.
Marek był jednak zrozpaczony, a ciotka poważnie zaniepokojona. Maria
nadal bowiem przebywała w sanatorium, ojczym Marka w podróży, a ona
miała wykupione bilety na wczasy w Iwoniczu-Zdroju. Wychodziło na to, że
Marek miałby zostać sam w Warszawie. I to w takim stanie. A ciotka
wiedziała, że zawsze był narwany. Poprosiła więc Andrzeja Czyżewskiego,
żeby został z kuzynem kilka dni. Markowi zaś zaproponowała, dając
kieszonkowe: "Weź urlop i przyjedź do nas do Iwonicza".
Marek wziął radę zbyt dosłownie. Zwolnił się z pracy, jednak do Iwonicza
nie pojechał. Ciotka miała zmarnowany urlop. Martwiła się, co też
siostrzeńcowi strzeli jeszcze do młodej głowy. Po raz pierwszy ucieszyła
się, kiedy mąż otrzymał w czasie urlopu wezwanie do biura. Nakazała mu:
"Dowiedz się koniecznie, co się dzieje z Markiem". Po powrocie wuj
oznajmił: "Nic się nie dzieje, siedzą sobie z Wandzią jak dwa gołąbki".
Nie było żadnego ślubu. Wanda chciała tylko Marka postraszyć.
Jesienią Jadwiga Oraczewska znowu usłyszała w pracy o swoim siostrzeńcu.
Tym razem koleżanki donosiły, że widują Marka w Ogrodzie Saskim, jak
spaceruje zmarznięty z jakąś dziewczyną. To była ta sama Wanda.
Wszystkim zrobiło się żal bezdomnej pary.
Matka Marka wprawdzie nie chciała, by syn się żenił, ale nie miała
zamiaru wyrzucać jego dziewczyny za drzwi. Powiedziała więc: "Nie masz
pieniędzy, ale masz mieszkanie. Dlaczego nie zaprosisz jej do domu?
Zrobię wam kawę, a na karku siedzieć nie będę".
I Wanda zaczęła przychodzić na Mickiewicza. Wiele lat później Maria
Hłasko opowiadała: "Nie była to odpowiednia partnerka dla niego. Marek
dopiero rozpoczynał, dopiero wchodził w pisanie. Owszem, była ładna. Ale
to wszystko. Na szczęście szybko mu przeszło".
W grudniu 1952 roku Hłasko otrzymał list od Bohdana Czeszki, w owym
czasie uznanego pisarza, któremu Stefan Łoś przesłał do oceny
debiutancką powieść swego podopiecznego - Sonatę marymoncką. Marek z niepokojem czekał na ten list. Codziennie pytał: "Matka, nic dla mnie
nie było? Nic nie było?". Marię Hłasko zmęczyło już to wyczekiwanie. Aż
wreszcie przyszedł gruby pakiet.
Czeszko pisał: "Kolego Hłasko! (...) Zdolności pisarskie macie - inaczej
nie pisałbym do Was, nienawidzę bowiem natrętnych grafomanów (...). To, że
macie zdolności, o niczym nie świadczy - pisarzem jeszcze nie jesteście,
i jeszcze długo nie będziecie. Jak długo nie będziecie - od Was zależy".
Po czym Czeszko wyłożył, na czym polega pisanie. Co pisać i jak pisać,
co i jak czytać. Na koniec zachęcił: "Kontaktujcie się ze mną. Piszcie i przesyłajcie (w małych ilościach) rzeczy Wasze na adres: B. Czeszko,
Warszawa, Iwicka 8a m. 5. W następnej korespondencji przekażę Wam numer
telefonu. Może się wtedy umówimy. Piszcie bez lipy Wasz list".
Uradowani, czytali słowa Czeszki kilkanaście razy, a kiedy przyszła
Wanda, Marek pokazał jej list, licząc, że podzieli jego radość. Wanda
przeczytała obojętnie i bez słowa komentarza zmieniła temat: "A wiesz,
Marek, mamie udało się kupić sześciokilogramową szynkę na święta". Marek
na chwilę zaniemówił. To jedno zdanie wystarczyło, żeby się wstydził, iż
kiedykolwiek wspominał, że ją kocha. Natomiast list Czeszki przechowywał
do końca życia.
Kilka miesięcy później, już w 1953 roku, otrzymał ze Związku Literatów
Polskich trzymiesięczne stypendium twórcze, przedłużone o następne kilka
miesięcy. W maju wyjechał do Wrocławia, gdzie miał się zająć wyłącznie
pisaniem. I stracił zainteresowanie Wandą. Ona zaś nachodziła jego
matkę, mając nadzieję, że dowie się od niej, gdzie jest narzeczony.
Maria Hłasko wspomniała o tym w liście do syna, a on odpowiedział:
"Jeżeli chodzi o Wandę, to niech Mamusia poda jej mój adres. Ja nawet
bardzo proszę. Mam do niej jedną prośbę i nie wiem, jak jej szukać. A co
do rad, to niech Mama jej żadnych rad nie udziela. Niech idzie do
wróżki. Po co ma mieć potem do Mamy pretensje? Ale adres niech jej Mama
poda. A jak będzie chciała rad, to niech Mama jej powie, żeby poszła pod
latarnię. To dla tego rodzaju kobiet najwłaściwsze miejsce".
Wanda rzeczywiście odwiedziła go we Wrocławiu na początku czerwca 1953
roku. Po jej wizycie Marek zwierzał się matce: "Oczywiście sceny, płacz,
łzy. Chciała jeszcze raz zaczynać od początku, ale ja już miałem dosyć.
Pojechała więc, tylko nie wiem dokąd".
Następnym razem Wanda wysłała do Wrocławia znajomego, aby ustalił nowy
adres Marka, który zdążył się przenieść od ciotki, Teresy Czyżewskiej,
do Stefana Łosia. Sama więcej do Wrocławia nie przyjechała, tylko
wysyłała listy. A Marek pytał matkę: "Czy Wanda przychodzi do Ciebie?
Pisze mi, że krzywo jej się palą papierosy, co oznacza, że ją zdradzam
(!). To mnie jeszcze bardziej utwierdza w przekonaniu, że należy wierzyć
we wszystkie przesądy, bo robię to z całą przyjemnością, czekając tylko
tragicznych konsekwencji. (Mówić jej o tym nie potrzebujesz!)".
Miał wówczas romans z Hanką Kruszewską-Kudelską, sekretarką z wrocławskiego oddziału Związku Literatów Polskich.
Kiedy zaś Wanda odwiedziła kolejny raz Marię Hłasko, usłyszała, co
trzeba, i więcej się nie odezwała ani do Marii, ani do jej syna. A rodzina Hłaski zapomniała nawet, jakie Wanda nosiła nazwisko.
Jesień dla dwojga
O wrocławskim oddziale Związku Literatów
Polskich lat pięćdziesiątych Zbigniew Kubikowski2 napisał,
że "(...) był to mechanizm martwy. Jedynym bez zastrzeżeń sympatycznym
elementem struktury organizacyjnej Związku pozostała jego urocza
sekretarka, Hanka Kruszewska".
Anna, nazywana Hanką, była niewątpliwie dziewczyną ładną - wysoką,
zgrabną, o figlarnych oczach i zalotnym uśmiechu, który wiele obiecywał.
W upalny dzień sierpnia 1953 roku wystukiwała na maszynie jakiś protokół
ze spotkania literackiego - papieros dopalał się obok w popielniczce - i cieszyła się na myśl, że za kilka dni będzie pływać w chłodnej wodzie
Bałtyku. Prezes wrocławskiego oddziału Związku Literatów Polskich,
Stefan Łoś, obiecał jej załatwić zastępstwo. Powiedział: "Jest tu taki
młody, początkujący literat, Marek Hłasko się nazywa, on cię zastąpi".
Pewnego dnia wszedł wysoki blondyn w bateldresie. Miał duże zielone oczy
i wykrzywioną na wzór Bogarta twarz.
- Czy jest pan Łoś? - zapytał.
- Nie, nie ma - oznajmiła zgodnie z prawdą.
Hanna Kruszewska-Kudelska na molo w Sopocie w 1953 roku. Tego lata przed wyjazdem poznała Marka Hłaskę
Odrzekł, że w takim razie poczeka. Usiadł obok i zaczął przeglądać
leżącą na biurku pracę magisterską Kruszewskiej. Hanka była właśnie w trakcie jej pisania, pracując bowiem, studiowała. Powiedział, że praca
jest bardzo interesująca, a jej w tym momencie zacięła się maszyna.
"Naprawię" - zaproponował, Hanka zaś zobaczyła, jak strasznie trzęsą mu
się ręce. Długie, smukłe, działające na wyobraźnię; ręce erotyczne. "To
hektolitry wódki, które wypiłem za kierownicą" - wyjaśnił jak starzec
wspominający długie, ciężkie życie.
Hanka wyjechała na wczasy, a kiedy wróciła, Marek odprowadził ją z placu
Nankiera, gdzie mieściła się siedziba związku, okrężną drogą przez park
pod jej dom przy ulicy Ołtaszyńskiej. Do środka jednak nie wszedł, aby
nie spotkać się z mężem Hanki, Aleksandrem Kudelskim, i ich roczną
córeczką Marzenką.
Zofia Kruszewska z Józefem Piłsudskim w czasie wjazdu pierwszego patrolu beliniaków do Lublina, 30 lipca 1915
Małżeństwo Hanki to był mezalians i nieporozumienie. Pochodziła ze
starych rodów ziemiańsko-inteligenckich: Kruszewskich po mieczu i Naramowskich po kądzieli. Według przekazów rodzinnych ojciec był
spokrewniony z generałem Ignacym Kruszewskim, jednym z wielkich dowódców
powstania listopadowego. Hanka przechowuje jego opublikowany w 1890 roku
pamiętnik z tamtego okresu. Brat matki, doktor Mieczysław Naramowski,
był znanym przed wojną psychiatrą i neurologiem wojskowym. Rodzice Hanki
również pokończyli wyższe studia i pracowali jako nauczyciele
gimnazjalni. W Lublinie, gdzie się osiedlili, należeli do ścisłej elity.
Nic więc dziwnego, że to właśnie matka Hanki, Zofia, razem ze swą
przyjaciółką, pisarką Ewą Szelburg-Zarembiną, witały Józefa
Piłsudskiego, kiedy 30 lipca 1915 roku wjechał do Lublina.
Hanka Kruszewska, gdy miała kilkanaście lat
Hanna Kruszewska-Kudelska przed gmachem uniwersytetu
Hanna Kruszewska jak zwykle w otoczeniu mężczyzn, Lublin 1946
We wrześniu 1939 roku ojciec cudem uniknął losu oficerów wywiezionych do
Kozielska, Ostaszkowa, Katynia... Kiedy usłyszał od kolejarza, dokąd jadą,
zaryzykował ucieczkę. Wraz z czterema kolegami wyrwał deski w podłodze
wagonu i wyskoczył z pędzącego pociągu. Po wojnie poczuł się
kolonizatorem Ziem Zachodnich. Przyjechał z rodziną do Wrocławia i tam
dalej pracował jako pedagog na stanowisku dyrektora technikum
dentystycznego. A Hanka i Renia zdały na polonistykę.
To właśnie na studiach Hanka poznała przyszłego męża. Redagował dodatek
do "Słowa Polskiego", a ona chciała zostać dziennikarką. Elegancki Sasza
vel Olek Kudelski kłaniał się jej regularnie. Pod koniec studiów
spotkała go przypadkiem w restauracji "Pod Siódemką". Jadł zupę
pomidorową i flaki, Hanka zamówiła to samo. Tydzień później poszli na
spacer z jego psem Rolfem, potem do kawiarni na truskawki z bitą
śmietaną i wtedy Sasza jej się oświadczył. Z perspektywy czasu,
zastanawiając się, dlaczego z zastępu adoratorów wybrała właśnie jego,
powiedziała: "Z głupoty". Była rozpuszczoną, beztroską panienką z dobrego domu, przyzwyczajoną do wygód i dostatniego życia. Obydwie z siostrą wychowywane były na damy, w atmosferze literackiego salonu
(matka była polonistką) i w towarzystwie bon. Młodsza - brzydsza i nieśmiała Renusia - kryła się pod stół, kiedy przychodzili goście. Za to
Hania, od dziecka pewna swego uroku, zalotna i kokieteryjna, brylowała z wdziękiem.
Hanna Kruszewska-Kudelska na plaży, Sopot 1954
Hanna Kruszewska-Kudelska na spacerze z Rolfem, Wrocław 1957
A na czwartym roku studiów profesor historii, wierna córa stalinizmu,
powiedziała: "Nie myślcie sobie, że będziecie pracować we Wrocławiu.
Pójdziecie tam, gdzie partia was pośle. A partia pośle was na wieś". Dla
wytwornej Hanki oznaczało to tyle samo, co zsyłka na Sybir. Wolała
małżeństwo z Kudelskim.
Marek Hłasko, Wrocław 1953
Hanna Kruszewska-Kudelska na plaży, Ustka 1951
Jej rodzice wpadli w rozpacz; zbojkotowali ślub, znajomi bowiem
powiedzieli im: "Co wy robicie, przecież to ubek, który trzęsie Wyższą
Szkołą Handlową". Oficjalnie był tam dyrektorem biblioteki. O przynależności do tajnych służb Hance nie wspomniał, tak jak nie
przyznał się, że ma zaawansowaną gruźlicę. Dowiedziała się wszystkiego,
kiedy była jego żoną. Że szantażował donosami studentki, w związku z czym mało która nie przeszła przez jego łóżko. Że osobiście zrywał i deptał krzyże w siedzibie Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Aż partia
uznała, że przesadza, i udzieliła mu nagany. Przed ślubem Sasza mówił,
że za walkę w wileńskiej AK siedział w 1944 roku na Łubiance. I rzeczywiście, przechowywał na pamiątkę pasiak więzienny. Nie
dopowiedział tylko, że został stamtąd oddelegowany do Białegostoku, już
jako komunista. I że w łagrach nabawił się gruźlicy. Zamiast miodowego
miesiąca były więc szpitale i sanatoria.
Hanna Kruszewska-Kudelska na przyjęciu, Wrocław, lata pięćdziesiąte
Kiedy Marzenka skończyła roczek, Hanka wróciła na studia i rozpoczęła
pracę w Związku Literatów Polskich. Wtedy, pod koniec lata, zjawił się
tam Marek. A pewnego dnia po wakacjach odprowadził ją do domu. I odprowadzał tak codziennie przez kilka miesięcy. To była ich jesień,
piękna, ciepła, złota. Lasek, wzgórze, łąka nad Odrą. Pasowali do siebie
o tyle, że obydwoje chcieli kształtować swe życie na wzór literatury.
Marek miał dopiero dziewiętnaście lat, Hanka dwadzieścia pięć, ale to
nie miało znaczenia.
Jak Agnieszka i Pietrek z Ósmego dnia tygodnia szukali miejsca, gdzie
mogliby być tylko we dwoje. Z tą jednak różnicą, że Hanka - w przeciwieństwie do czystej, nietkniętej Agnieszki - miała już dwóch
narzeczonych, męża i przeżyła romans z Janem Kottem, który "wyszlifował
ją intelektualnie". Była bliższa postaci Weroniki z Sowy, córki
piekarza. Do niej pasowałyby słowa: "Teraz ty połóż się na mnie. (...)
Jeśli to już wszystko ma się stać, to niech to stanie się teraz i tak.
Chcę widzieć gwiazdy i te drzewa po drugiej stronie rzeki, kiedy odwrócę
głowę. I czuć ziemię pod sobą, a nie jakiś skrzeczący tapczan czy łóżko.
Twardą i ciepłą ziemię.
Wzięła liść, który zerwała uprzednio, i trzymała go w ustach, a potem
leżałem koło niej i całowałem jej usta gorzkie od zieleni, i paląc
papierosa, patrzyłem na chwiejące się po drugiej stronie rzeki srebrne
teraz trzciny".
To, co przeżywała z Markiem, to był szał, całkowite zapomnienie.
Najpiękniejsza jesień jej życia. Wystarczyło, że Marek trzymał ją za
rękę - i już była szczęśliwa. Kudelski wyjechał kolejny raz do
sanatorium, a wtedy Hłasko wszedł z nią do mieszkania i pozostał tam do
powrotu jej męża. Klął dosadnie, nosił dziurawe skarpetki, że pięty
wychodziły, był bez grosza.
Przy niej nie pił. Tylko raz widziała go nietrzeźwego.
Hanna Kruszewska-Kudelska, Zakopane 1997
Hanna Kruszewska-Kudelska, Wrocław 1998
Krótko się jednak na niego złościła, był taki uroczy; czuły kochanek,
romantyk, marzyciel. Chciał się z nią żenić. Przyrzekał, że jak rodzony
ojciec zaopiekuje się Marzenką. Ale Hanka wiedziała, że do małżeństwa
Marek się nie nadaje. Wtedy on pytał: "I co, zostaniesz z tym Kudelskim?
Przecież wasze małżeństwo jest już spieprzone". Nie chciała zostać z mężem. Po tym, co przeżyła z Markiem, wydawało się jej, że nie będzie w stanie. Wzięła więc Marzenkę i przeprowadziła się do rodziców. A Hłasko
podpisał umowę z Wydawnictwem Iskry na druk Sonaty marymonckiej i udał
się do Warszawy. Hanka też tam po jakimś czasie pojechała, na szkolenie
dla sekretarek. Marek zaprosił ją do rodzinnego domu. Przyszedł po nią
do hotelu ubrany w długi brązowy płaszcz niepasujący do jego stylu.
Zwykle nosił wojskowe ciuchy z demobilu albo kanadyjki i swetry.
Zazdrościł Markowi Porębowiczowi, siostrzeńcowi ojczyma, oryginalnych
dżinsów, na jakie go nie było stać. Musiał się zadowolić podróbkami, ale
za pierwszą pensję w "Po prostu" kupił sobie na ciuchach najprawdziwsze
wranglery. Tymczasem w hotelu "wyglądał jak ostatnia oferma". Widocznie
odczytał to z wyrazu twarzy Hanki, bo zmieszał się i stracił humor.
Powiedział, że to matka kazała mu włożyć płaszcz Kazimierza. Na
Mickiewicza odzyskał dobry nastrój. Radośnie dokonał prezentacji:
"Haneczko. Mamo". Ta kolejność uraziła matkę i rozmowa przy kawie była
dość sztywna. O wiele milej Hanka wspomina późniejsze chwile, kiedy
włóczyli się we dwoje po mieście. Znowu szukali miejsca, gdzie mogliby
być sami, i rozmawiali jak Weronika z Rackmanem w Sowie, córce
piekarza:
"- Powiedz coś, na litość boską - powiedziała.
- Przecież mówię przez cały czas.
- Powiedz coś, czego nie mogłabym zapomnieć.
- Nie znam takich słów. (...)
Marek Hłasko, Wrocław 1953
- Żebyś był przynajmniej szalonym człowiekiem - powiedziała. - Może
byłoby potem łatwiej. Ale powiedz mi, co mam właściwie pamiętać? Twoją
twarz? Twoje słowa? Chcę pamiętać. Jestem tak samo marna jak i ty. Więc
co zostanie? I jak to właściwie będzie?
- Z początku będziesz płakać - powiedział. - Potem przez jakiś czas
będziesz mieć miłosne afery. Potem spotkasz takiego samego idiotę jak ja
i zmusisz go, aby się ożenił z tobą, aby po jakimś czasie zacząć dręczyć
go opowieściami o tym, jak wspaniałym człowiekiem byłem ja, i będziesz
wypominać mu jego marność. Koniec.
- To nie będzie tak.
- Będzie zupełnie inaczej. Po prostu nic się nie stanie. Po prostu mnie
zapomnisz i to wszystko. Dlaczego miałbym prawo myśleć, że będzie
inaczej?".
Hanka wróciła do męża ze względu na córkę, ale nie zapomniała. Ani ona,
ani jej mąż. Dwoje najbardziej niepasujących do siebie ludzi dzieliło
dach, łoże i wspomnienie tego samego zdarzenia, które dla niej było
niezapomnianą przygodą, dla niego upokorzeniem.
Hanka kilka lat siedziała w domu, bo dziecko gruźlika wymagało opieki,
lecz gdy tylko mogła, wróciła do pracy. Przez pewien czas była
urzędniczką "Społem". Któregoś dnia do biura niespodziewanie wszedł
Marek.
- Co ty tu robisz? - zdziwili się jednocześnie.
Hłasko nie nosił już dziurawych skarpetek, nie liczył, że ktoś postawi
mu obiad. Jego książki wychodziły w dużych nakładach, według jego
scenariuszy realizowane były filmy. Miał pieniądze i hojnie je wydawał -
stawiał kolegom, kelnerom przyklejał do czoła stuzłotówki i rozdawał
banknoty sierotom pod domem dziecka. Przeżyli krótką powtórkę jesiennej
miłości z 1953 roku.
Z Kruszewską spotkał się jeszcze raz, ostatni, kiedy przyjechał do
Wrocławia na plan filmu według swego opowiadania Ósmy dzień tygodnia.
Na spotkanie przyszedł w towarzystwie Soni Ziemann, która grała rolę
Agnieszki. Powiedział: "Haneczko, to jest Sonia. Ale ty zostaniesz
najpiękniejszą kartą mojego życia".
Rackmanowi w Sowie, córce piekarza na zakończenie włożył w usta inne
słowa: "O Weronice i jej mężu nie słyszałem niczego i postanowiłem o nich nigdy nie mówić, i nigdy nie myśleć. Nie było zresztą po co, tak
czy inaczej, czekało ich jeszcze jakieś dwadzieścia lat nudy".
Nie dwadzieścia, tylko trzy, licząc od ich ostatniego spotkania. I nie
nudy, ale zgryzoty. Kudelski skupował starodruki, obrazy, jeździł po
świecie, handlował i zarabiał, a jej wmawiał, że jest niczym. Zaczynała
prawie w to wierzyć. Tak jak chciał, wstąpiła do PZPR-u i otrzymała
legitymację nr 2440198. Została pierwszym sekretarzem POP przy szkole
podstawowej, potem przy studium nauczycielskim. A kiedy nastał czas
odwrotu, najpierw odeszła od Kudelskiego, a dopiero dziewiętnaście lat
później zerwała z partią.
Na dobre wróciła do rodzinnego domu z ogrodem. Minął czas świetności
salonu na Krzyckiej, w którym zaraz po wojnie gromadziła się stara i nowa inteligencja wrocławska. Parweniusze zdobywali tam kulturalne
ostrogi, a gospodarze, zamiast wdzięczności, zapewnili sobie ich
niechęć. Jak to niezręczni świadkowie. Kiedy dawni salonowi bywalcy
objęli uniwersyteckie stanowiska, nie chcieli widzieć sióstr
Kruszewskich jako swoich podwładnych. Młodsza, Renia, uciekła więc do
Warszawy, gdzie została profesorem językoznawstwa. A Hanka zrobiła
doktorat i znalazła sobie miejsce w liceum ogólnokształcącym jako
nauczycielka języka polskiego. Z byłymi uczniami przyjaźni się o wiele
bardziej niż z córką, bo ta odziedziczyła urodę i charakter po ojcu i jakoś trudno jest im się porozumieć. Hanna sprzedała dom przy Krzyckiej.
Rodzinne meble i pamiątki upchnęła w małym mieszkaniu w mrówkowcu. Teraz
ma czas, by wspominać te wszystkie lata, w których szukała Marka w innych mężczyznach, ale znajdowała jedynie gorsze podobizny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki