Miriam
Miriam
Wyjść czy nie wyjść?
Ujawnić się czy udawać, że mnie tu nie ma?
Może nikt się nie domyśli, kim jestem.
Biję się z myślami od dobrych kilku dni, zupełnie nie potrafiąc
zdecydować, co będzie dla nas lepsze. Bezpieczniejsze. Czy w ogóle
istnieje gdzieś niegroźny, oswojony, normalny świat? Czy w oku wojennego
cyklonu można gdzieś się zaszyć i spokojnie przeczekać nawałnicę?
I wreszcie, czy jednak nosić tę cholerną piętnującą opaskę z gwiazdą
Dawida1 na ramieniu, czy nadal udawać, że mnie to nie dotyczy?
Od miesięcy w coraz większym napięciu i strachu ukrywamy nasze
pochodzenie. Jest zimna jesień 1942 roku, więc skoro tyle przetrwaliśmy,
może nam się uda? Czy możemy jeszcze bardziej ogłuchnąć na nakazy,
lekceważyć rozsądek, zdać się tylko na to, co dyktuje serce? Tylko
dlaczego rodzice stale się upierają, że powinni dołączyć do swoich?
Łup. Łup. Łup.
Jestem jak ogłuszona niemożnością podjęcia decyzji. Stoję przed ścianą
nieznanego, nad przepaścią, której dna nie widać.
Łup. Łup. Łup.
Rozdygotane serce gwałtownie pompuje krew, tak że czuję bolesne
pulsowanie w uszach. Głębokim wdechem i powolnym wydechem usiłuję
stłumić efekt kolejnego wyrzutu adrenaliny.
Strach. Walka. Ucieczka.
Tak powinnam się zachować. Tylko że strach paraliżuje. Walczyć nie
warto, bo z nimi nikt nie zwycięży, nikt nie wygra w pojedynkę z systemem, nikt sam nie pokona Hitlera. A uciec nie mam dokąd. Jak, do
cholery, mam stawić czoło napierającemu niebezpieczeństwu?
Tyle razy stawałam, na szczęście po aryjskiej stronie, nieopodal kładki
na Chłodnej2, przyglądając się tym biedakom i zastanawiając,
jak to jest po tej drugiej stronie. W getcie. I zawsze dziękowałam
losowi, że jednak mnie tam nie ma.
Nie znajduję żadnych rozwiązań. Za to pytania "czy", "jak" i "dlaczego",
na które nie znajduję odpowiedzi, obłażą mnie jak stado kąsających
mrówek.
Od kilku minut stoję przed lustrem, uważnie przypatrując się odbiciu
młodej, bladej kobiety, która wygląda na przerażoną. Jej zbyt ciemnym
wyrazistym oczom w falbankach długich czarnych rzęs, pełnym ustom i rozsianym po policzkach piegom, które nadają twarzy radosny, łobuzerski
wygląd. Gdybym się uśmiechnęła, w lewym policzku pojawiłby się uroczy
dołeczek, który tyle razy komplementowali koledzy i którego zawsze
zazdrościły mi przyjaciółki. Odwracam się bokiem, by obejrzeć profil,
upewnić się, że nos nie jest nazbyt długi. Gdybym odziedziczyła go po
ojcu, dziadku czy pradziadku, z pewnością zdradziłby, kim jestem.
Poprawiam niesforne włosy, które jak zwykle zwinęły się w nierówne loki.
Zbieram je i zwijam na karku w niedbały kok, by po chwili ponownie
pozwolić im opaść kaskadą na ramiona. I znowu przekładam je to na prawą,
to na lewą stronę, próbując sobie wyobrazić, jak wyglądałabym w krótkiej
fryzurze. Ale przede wszystkim oglądam odrost, zastanawiając się, czy
znowu powinnam je rozjaśnić. Czy może jednak nieśmiały rudy blask,
którym połyskują, jest mniej zdradliwy niż nienaturalny blond. Judyta,
moja starsza siostra, przekonuje, że możemy skutecznie ukryć swoją
tożsamość pod platynowym blondem. A ja myślę inaczej. Tlenienie włosów
nas nie uratuje. Wiele elementów musi się złożyć na to, by ktoś
pomyślał, że nie jesteśmy tymi osobami, którymi się urodziłyśmy.
- Przecież zaraz zdradzi cię czarny odrost - protestuję kolejny raz. -
Poza tym to nie wygląda naturalnie i za bardzo rzuca się w oczy.
- No to trzeba o nie regularnie dbać. - Wzrusza ramionami, patrząc na
mnie z politowaniem. - Zresztą jak o wszystko.
- A oczy? Rzadko się zdarza, żeby blondynki miały tak czarną oprawę...
- A ty jak zawsze swoje. - Judyta wydyma usta i ponownie przegląda się w lustrze umieszczonym pośrodku staroświeckiej trzydrzwiowej szafy.
- Wyobraź sobie, że pamiętam, co się stało z Rachelą. Z tą, co mieszkała
przy Marszałkowskiej. - Wzdycham zasmucona.
- W ogóle nie kojarzę. - Judyta popatruje na mnie podejrzliwie.
- Judi, no jak to? Nie wiesz, o kim mówię? - irytuję się. - Zawsze stała
obok nas w babińcu3, taka wysoka...
- Aa! - Doznaje olśnienia i klepie się dłonią w czoło. - Ta! Cóż, ona
nigdy nie była szczególnie rozgarnięta. - W jej głosie pobrzmiewa
ironia.
- Moim zdaniem nie o rozum tu chodzi. - Wpatruję się w siostrę
uporczywie, nie pojmując, jak to się dzieje, że ktoś tak bystry i,
zdawałoby się, rozsądny nie daje się przekonać i jak osioł trwa przy
swoim.
- A niby o co?
- Miała pecha i zdradziły ją właśnie jasne włosy. Tatko mówił, że
wywieźli ją do obozu, tylko nie wiedział do którego. Rabin...
- Tak, oczywiście tatko wie wszystko!
- Nie mów tak! - Zaczynam się złościć. - Jak możesz? Szacunek mu się na...
Zauważyłam, że odkąd Judyta zakochała się bez pamięci w Józku, zachowuje
się, jakby pozjadała wszystkie rozumy. W dodatku zaczęła ironizować na
temat pobożności rodziców i trzymania się przez nich tradycji.
W jej przekonaniu świat idzie do przodu i nie wolno pozostawać w tyle.
Trzeba iść z duchem czasu, a wojna i sytuacja, w której się znaleźliśmy,
najdobitniej świadczą o tym, że Jahwe niekoniecznie przejmuje się naszym
losem4.
- Ależ ja go szanuję, tylko nie rozumiem, że z takim zaangażowaniem,
owinięty w tałes, całymi godzinami modli się o poranku, a potem gdzieś
znik...
- Jak możesz być taka niesprawiedliwa? Wiesz doskonale, co się stało w listopadzie5! - krzyczę.
- Oczywiście! Niemcy zablokowali Żydom konta w bankach i depozyty, tylko
że...
- Tatko stracił wszystko! Więc z łaski swojej...
- Sama musisz przyznać, że to nie czas na pogłębianie duchowości, tylko
na działanie. Modlitwami niczego nie osiągniemy. - Judyta zdaje się
kompletnie mnie nie słuchać.
- Modlitwa jest ważna - upieram się.
- Ale nie najważniejsza. Zamknęli synagogi, przypomnij mi łaskawie,
kiedy to było? Na początku 1940 roku? Ile to już minęło miesięcy? No
ile?!
- Nie pamiętam.
Tyle było tych zakazów, nakazów, obowiązków i ograniczeń dotyczących
nas, Żydów, że zupełnie się w tym wszystkim pogubiłam. Wiem jedno: być
Żydówką to wielkie nieszczęście.
- A mimo to jakoś sobie radzimy. Można modlić się po cichu i jednocześnie robić coś pożytecznego.
- Jak możesz? Tatko przechodzi załamanie. Tylko...
Judyta niespodziewanie się wścieka.
- A ty zawsze to samo! Oczywiście, módl się, jeśli to dodaje ci otuchy i nadziei, ale też zacznij myśleć racjonalnie. Jeśli się załamiesz, to za
chwilę przegrasz wszystko! Trzeba działać! Jeśli nic nie zrobimy, wyrżną
nas jak barany.
- Czyli?
- Bo ja wiem. - Wzrusza ramionami. - Rób, co ci każą, i się nie wychylaj
albo... uciekaj.
- Niby dokąd?
- Tego to już nie wiem.
- A ty co zamierzasz?
Coraz częściej niepokoję się stanem jej ducha. Obawiam się, że tak
niepoprawne poglądy podsuwa jej Józek. Starsza o pięć lat, zachowuje się
pod nieobecność rodziców tak, jakby była moją matką. Nie wiadomo na
jakiej podstawie daje sobie prawo do pouczania, krytykowania i zlecania
zadań, czego szczerze nie znoszę. Zmyj naczynia, zamieć podłogę, nie rób
tego, zrób tak, jak mówię, bo jeśli nie, to poskarżę się mamie... Chyba
nie chcesz martwić ojca...
Jesteśmy tylko we dwie, choć starsze ciotki czasami przebąkują w sekrecie, że miałyśmy starszego brata, który w dzieciństwie "tak
tragicznie" zmarł. Mimo naszych dociekań nigdy nie chcą zdradzić, na
czym owo "tak tragicznie" polegało, upominając nas przy okazji, byśmy
nie zadawały zbędnych pytań mamie, która już swoje przeżyła i nie trzeba
jej przysparzać bólu, zrywając strupy z dawnych ran.
Mama, Anna, jest bardzo wrażliwą osobą. Jest zamknięta w sobie, rzadko
się uśmiecha, lecz w przeciwieństwie do innych matek przytula nas bardzo
często, całuje w czubek głowy i zapewnia, że kocha nas najbardziej na
świecie. Pochodzi ze Lwowa i przeprowadziła się do Warszawy, podążając
za swoją wielką miłością, Jakubem, który był cenionym lekarzem, a po
latach stał się naszym ojcem. W zasadzie nie jestem pewna, czy czas
przeszły jest tu właściwy. Bo przecież lekarzem nie przestaje się być i tatko nadal, gdy tylko ktoś prosi go o pomoc, wykorzystuje swoją wiedzę
i doświadczenie, udzielając bezpłatnych porad. Tylko co to za lekarz,
któremu zakazano praktykować? Który nie ma możliwości zaordynowania
pacjentowi leków i napisania mu recept?
Sama nie wiem, czym się teraz zajmuje i jak zdobywa pieniądze, żeby
niczego nam nie brakowało. Wiem tylko, że zgodnie z nakazem okupanta
gdzieś pracuje6. Pewnie w jakiejś fabryce albo innym mało
prestiżowym zakładzie, co z jego perspektywy musi być wielką życiową
porażką. Kiedy pytam, zawsze odpowiada, że im mniej wiemy, tym jesteśmy
bezpieczniejsze. Dla odmiany mamuś, która nigdy nie pracowała, teraz
usiłuje dorobić przeszywaniem starej odzieży, haftowaniem serwetek i innych cudów. Nie mogę pojąć, komu w czasie wojny potrzebne są wyszywane
fatałaszki czy obrusy. Do głowy przychodzą mi tylko okupanci, ale nawet
do siebie nie dopuszczam takich myśli, że to im mama sprzedaje swoje
piękne wyroby.
- Sądzę, że czas dołączyć do swoich. - Judyta prostuje się niczym
żołnierz na warcie i poważnieje, a na jej czole pojawia się głęboka
pionowa bruzda.
- Oszalałaś? Chyba słyszałaś, że szwaby chcą odgrodzić od miasta
dzielnicę żydowską. Moim zdaniem to czas n... - Urywam w pół słowa.
- No, na co? Taka mądra jesteś, to powiedz.
- Sama nie wiem. - Serce wali mi tak, że za chwilę przedrze się przez
zaciśnięte gardło i wyskoczy na zewnątrz.
- Józek mówi, że tu, na miejscu, z naszymi braćmi, będziemy bardziej
użyteczni. Może też to przemyślisz.
- Kompletnie ci odbiło! Chcesz zaprzepaścić wysiłki rodziców, by nikt
nie odgadł, kim jesteśmy?
- Jeśli sądzisz, że siedząc miesiącami w tym ponurym mieszkaniu,
stałyśmy się przezroczyste, to się mylisz. Wszyscy o nas wiedzą.
- Niby kto?
- Sąsiedzi, sklepikarka z piekarni. Mam wymieniać dalej?
- Ale póki co nikt nas nie wydał.
- To kwestia czasu, a w zasadzie stopnia zastraszenia. Nikt nie będzie
się narażał na śmierć za dwie obce Żydóweczki.
- Może masz rację. - Przytłacza mnie to, co słyszę, ale nie wyobrażam
sobie zmiany stanu rzeczy, a tym bardziej afiszowania się i dobrowolnego
wspięcia po stromych schodkach na szafot.
- Jeśli nie zaczniemy walczyć, nikt za nas tego nie zrobi. Wiesz, co się
mówi: jeśli sama o siebie nie zadbasz, to...
- Wiem, wiem.
Jestem w szoku. Podczas gdy ja ciągle jeszcze rozważam noszenie opaski z gwiazdą Dawida i w miarę swobodnego przemieszczania się po mieście, moja
siostra, po tylu miesiącach ukrywania swojego pochodzenia, chce
niespodziewanie dobrowolnie wyjść naprzeciw przeznaczeniu!
Nie potrafię żyć w takiej niepewności, w chaosie i plątaninie strasznych
myśli, gdy na horyzoncie widać tylko śmierć. Chyba faktycznie trzeba
wreszcie coś postanowić. Nie mogę odżałować, że rodzice nie przyjęli
przed wrześniem 1939 roku, gdy wojna ciężką czarną chmurą wisiała nad
nami, zaproszenia ciotki Sary, kuzynki matki, do Ameryki.
Bylibyśmy w innej czasoprzestrzeni. Bezpieczni, z dala od tego
wszystkiego, co każdego dnia coraz mocniej chwyta nas za szyję.
Miriam
Miriam
Rodzice, za namową krewnych i ulegając naciskom Judyty, podejmują
koszmarną decyzję i postanawiają porzucić dotychczasowe duże, wygodne
mieszkanie w centrum miasta, by przeprowadzić się do dzielnicy
żydowskiej. Choć "przeprowadzić" to w tym wypadku eufemizm. Mamy w tym
wszystkim sporo szczęścia, bo Niemcy dochodzą do tych samych wniosków co
my i o poranku zmuszają wszystkich mieszkańców do opuszczenia lokali.
W ciągu piętnastu minut mamy zgarnąć i zapakować do walizek
najważniejsze, najbardziej przydatne rzeczy i stawić się z nimi na
ulicy. I choć nasze walizki od kilku godzin są przygotowane, to i tak
wpadamy w popłoch - biegamy po mieszkaniu, żegnając się z nim i jednocześnie zastanawiając, co jeszcze da się ocalić. Zabrać kolejne
zdjęcie czy może bardziej przydatna okaże się druga para ciepłych
skarpet? Przezorna mama zapakowała kilka talerzy i noży, przy okazji
zmuszając nas do podzielenia się zapasami z sąsiadami i upchnięcia ich
do pospiesznie uszytych ze starych zasłon nieforemnych plecaków, które
bardziej przypominają żebracze toboły niż torby.
Objuczeni jak osły ustawiamy się posłusznie w szeregu. Zatopieni we
własnym strachu, nie przyglądamy się towarzyszom, rozmyślamy, jaki czeka
nas los. Kulka na miejscu, transport do obozu, a może katorżnicza praca
w głębi Niemiec? Każda z tych możliwości jest przerażająca i żadna z nich nie powinna się stać naszym udziałem.
Okazuje się, że prowadzą nas do dzielnicy żydowskiej, przy okazji
niemiłosiernie bijąc i wyzywając.
- Jak to możliwe, że się nie zgłosiliście, nie rozumiecie, co się do was
mówi?
- Właśnie mieliśmy iść, my ze... - Tatko się plącze i zarazem usiłuje
wyprostować, jakby nie czuł ciężaru plecaka.
- Żydzie parszywy! Świnio jedna!
I chlast pejczem po nogach.
- J...
- Cicho! - wypluwa z siebie Niemiec, tak że kropelki śliny osiadają ojcu
na puszystej brodzie.
Sparaliżowani strachem, wpatrujemy się w czubki butów i tylko kątem oka
dostrzegam, jak Judycie bieleją kłykcie zaciśniętych pięści. Delikatnie
dotykam jej dłoni, próbując dać do zrozumienia, że ze względu na nas
wszystkich nie wolno jej wykonać żadnego fałszywego ruchu.
Ale nikt z nas nie spodziewa się tego, co się stanie za chwilę.
Do tatki dopada rosły blondyn w sztywnym, pachnącym nowością mundurze.
Nim się zorientujemy, co się dzieje, wyciąga z pochwy długi wojskowy
nóż, chwyta tatkę za brodę i kilkoma cięciami odcina ją tuż pod żuchwą.
Ojciec stoi bez ruchu. Skamieniały. Dumny, wyprostowany, za wszelką cenę
nie chce dać po sobie poznać, jak zabolała go ta sytuacja. Tym gestem
szwab pozbawił tatkę tego, z czego był taki dumny. Babcia mówiła, że to
Bóg nakazał naszym mężczyznom nosić brody i pejsy, które miały nasz
naród wybrany odróżniać od innych nacji. A teraz ten parszywy niemiecki
byczek dopuścił się takiego zbezczeszczenia.
Mam świadomość, jak tatko, mimo zaciśniętych zębów, cierpi, jak to
przeżywa. To musi być dla niego dramatyczne - publiczne odarcie z godności, odebranie honoru, pozbawienie autorytetu. Dlaczego on, nasz
mentor, nasza ostoja, musi przeżywać taki wstyd, takie upokorzenie?!
Niemiecka ulotka propagandowa.
Przysięgam w duchu, że zrobię wszystko, by się zemścić. By nie odpuścić
im tego grzechu. Upokorzyć ich tak samo. Wzbiera we mnie fala nienawiści
i buntu, i już wiem, że nie cofnę się przed niczym. Że nie będę siedzieć
jak potulna owca, wypatrując śmierci. Że coś zmienię, do czegoś się
przyczynię. Będę ziarenkiem piasku w trybach ich dobrze naoliwionej
maszyny.
- Ruszać się!
Powoli, trzęsąc się ze strachu, ale i nienawiści, idziemy przed siebie.
- Gdzie chodnikiem leziesz? - Niemiec chwyta ojca za łokieć. - Żydzie
jeden! Nie wiesz, że chodnik nie jest dla was? I ukłoń się, jak do
ciebie mówię!
Sama nie wiem, czy się cieszyć, że nie zastrzelili nas na miejscu. Może
byłby to akt łaski? A tak gnają nas w nieznane. W miejsce, które napawa
paraliżującym lękiem.
Getto7. To jedno z najbardziej przeklętych słów jest odmieniane
przez wszystkie przypadki i przekazywane drżącymi ustami. Dla nas,
Żydów, oznacza katastrofę.
To jak zamknięcie w obozie, w przedsionku piekła, z którego ocaleją
tylko nieliczni. Jak oni sobie wyobrażają stłoczenie na tak niewielkiej
przestrzeni dziesiątek tysięcy ludzi, i to nie tylko warszawiaków, lecz
również tych z pobliskich miejscowości? Przecież tak się nie da żyć! Jak
znajdziemy pracę, jak się wyżywimy? Zaczną się szerzyć choroby, nie daj
Boże pchły, wszy i całe to dziadostwo, które zawsze podąża za biedą i nieszczęściem.
To tragiczne nieporozumienie, ów straszny błąd, którego ja, nawet
puszczając wodze fantazji, nie jestem w stanie sobie wyobrazić, dla
nazistów jest zwykłą, oczywistą sprawą. Mają jeden cel: zniszczyć,
wyeliminować, pozbyć się nas, bo Żydzi dla nich nie są ludźmi.
Cała ta sytuacja sprawia, że nasze niedawne dywagacje, czy mamy się
ujawnić, czy jednak nie, okazują się bezprzedmiotowe, bo oto i tak
decyzja nie należy do nas. Nasza piękna kamienica zostaje przymusowo
wyludniona i zwyczajnie nie mamy gdzie się podziać.
Na razie jednak otaczanie dzielnicy żydowskiej murem, drutem kolczastym
i czym tylko się da, żeby odizolować nas od "normalnych" ludzi, przypada
na zimowe tygodnie, które spędzam u przyjaciół pod Warszawą, Jadźki i Jana Roguskich, a w zasadzie u ich dobrych znajomych. Wczoraj wieczorem
z Jadzią i dwojgiem jej dzieci przyjechałyśmy na tak zwane letnisko
(prawie zimą) i od razu zdziwiłyśmy się, jak bardzo nasze życie różni
się od tego na prowincji. Na wsi jest tak cudownie spokojnie, czas
biegnie jakby wolniej i nie czuje się tak wielkiej presji. Nie sposób
tego porównać do panującego w Warszawie napięcia spowodowanego
różnorodnymi prześladowaniami: łapankami, kontrolami dokumentów na
ulicy, egzekucjami, strzelaninami. Tu, zaszyte na odludziu, mogłybyśmy
nawet ulec złudzeniu, że wojny nie ma.
To odkrycie porusza mnie do żywego.
Wystarczyło przemieścić się kilka kilometrów, a świat jakby zastygł,
zahibernowany w bezpiecznych, z takim sentymentem wspominanych
przedokupacyjnych czasach. Mam z tego powodu potworne wyrzuty sumienia.
Jak by na to nie patrzeć, odpoczywam na łonie natury, podczas gdy
rodzice zmagają się z regułami nowego, podyktowanego przez Niemców ładu.
Tkwią w skromnym mieszkanku pośrodku dzielnicy żydowskiej, odcięci od
wszystkiego, co kochali, lubili i cenili.
Nie wspominam o tym Jadzi, ale siedzę jak na rozżarzonych węglach, a moje myśli nieustannie błądzą wokół Warszawy. Muszę zrobić wszystko, by
namówić ją na wcześniejszy powrót. Rozważałam nawet zostawienie tutaj
przyjaciółki, ale z jednej strony powstrzymuje mnie dane jej słowo, a z drugiej konieczność zmierzenia się z nową rzeczywistością. Wstydzę się
tego, ale nie potrafię przełamać strachu. Chciałabym odsunąć na święty
nigdy konfrontację z tym, co zafundowały nam szwaby.
Jadwiga z Miriam na werandzie w podwarszawskim domu przyjaciół, zima
1943 roku.
Jest mroźno, wietrznie, wiatr szarpie płaszczami, złośliwie szczypiąc w uszy i nosy. Przemarznięte po długim spacerze w lesie skrzącym się od
śniegu, który chrzęścił pod naszymi stopami, wyciągamy zgrabiałe ręce
przy starej żeliwnej kozie w kuchni, żeby się ogrzać.
Gruba, rumiana, wiecznie uśmiechnięta gosposia, która, gdy wydaje jej
się, że jest poza zasięgiem naszych uszu, klnie jak szewc, właśnie
dołożyła drew do pieca i postawiła na nim wielki, wysłużony i powgniatany garnek z wywarem warzywnym, w którym pływa kilka kawałków
mięsa.
- Boże, ale się zmęczyłam.
- Policzki masz różowe jak klaun. - Jadźka uśmiecha się promiennie, a jej oczy błyszczą radośnie.
- A ty nie? Obie wyglądamy jak cyrkówki. - Poprawiam rozczochrane włosy.
- Fryzury w nieładzie, czerwone jak u matrioszki policzki, dobrze, że
choć nie jesteśmy obdarte.
- Poczekaj trochę, a przez tę cholerną wojnę będziemy latami nosić stare
łachy. Nawet nie wiesz, jak tęsknię za zakupami.
Jadźka, która zawsze ceniła sobie odzież dobrej jakości i podążała za
modą i światowymi trendami, mruży z rozmarzeniem oczy.
- Daj spokój, nawet mi o tym nie przypominaj. Kiedy to było? - mówię bez
cienia optymizmu. Co jak co, ale zakupy, zwłaszcza modnych fatałaszków,
są na ostatnim miejscu mojej listy potrzeb.
Wspomnienie biegania z ekscytacją po sklepach i składach wydaje się
takie nierealne i odległe, że można by się zastanawiać, czy było jawą,
czy tylko wytworem wybujałej wyobraźni.
- No cóż, jak pomyśleć, to nie tak dawno temu. Pamiętasz, jak piłyśmy
czekoladę u Wedla, a potem pobiegłyśmy do...
- Jejku! Ależ to były cudowne czasy! - przerywam jej w pół słowa. - Nie,
nie, do Wedla chodziłyśmy zimą - z zakamarków pamięci wydobywam
wspomnienie - latem piłyśmy kefiry na dachu u Jabłkowskich8.
- I soki owocowe. - Jadźka się rozmarza.
- Ciekawe, czy po wojnie będzie jeszcze ten dom towarowy. Wiesz, żałuję,
że nie zdążyli zamontować tych ruchomych schodów, o których się tyle
mówiło.
- Wielu rzeczy szkoda. - Przyjaciółka spogląda na mnie smutno. - Obawiam
się, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Kiedy widzę te zniszczenia,
przejęcia biznesów, to nie mam wątpliwości, że nie wrócimy do tego, co
było.
- Raczej nie można na to liczyć.
- Nie myśl o mnie źle, ale najchętniej rzuciłabym to wszystko w diabły i zaczęła gdzieś życie od nowa, bez stresu, bez bólu.
- Rozumiem cię doskonale, też wolałabym nie doświadczać tego, co teraz
zafundował nam złośliwy los. Tylko jaki mamy wybór? Żaden!
Jadwiga zdaje się mnie nie słyszeć, bo jak gdyby nigdy nic kontynuuje:
- Ale po pierwsze, pozbyć się tego nie sposób, a po drugie, Janek by
oszalał, gdyby zabrać mu pacjentów. Jest jak misjonarz - dla niego praca
dla ludzi i z ludźmi, ich ratowanie to najważniejszy cel w życiu.
- Nie przesadzaj. - Śmieję się głośno. - Nie udawaj, że nie widzisz,
jaki jest w ciebie wpatrzony. Bez dwóch zdań ty jesteś w jego życiu
najważniejsza. Kocha cię jak wariat i gdybyś tylko zażyczy...
- No coś ty! W sprawach zawodowych nie można z nim negocjować! Jest
uparty, wręcz zawzięty. Jeśli coś sobie postanowi, to dopnie swego. A mnie pozostanie tylko posłuszne pakowanie walizek i podążanie za nim w ciemno.
- Żartujesz? - Spoglądam na nią z niedowierzaniem, bo sądziłam, że na
wszystkich polach jest szyją, która zgrabnie kręci mężowską głową.
- Myślisz, że nie próbowałam tego czy owego zasugerować? Jan zawsze
uważa, że jest nieomylny i wszystko wie lepiej.
Jadźka, najwyraźniej niewiele sobie robiąc z mężowskich opinii, wzrusza
ramionami i odsuwa się od kozy, po czym z zadowoleniem mości się w skórzanym fotelu i otula wełnianym kocem. Podkulając nogi, owija się nim
jak szalem.
- Panii, a może tak mleka przynieść? - Czesia, gosposia właścicielki
domku, spogląda na nas z wyraźnym pobłażaniem. - Jak by panii chciała,
to mogę zagrzać z miodem, masłem i czosnkiem. Nic nie robi lepiej na
rozgrzanie. Jak Pawian kciny miał i chorował tak strasznie, tośmy go
takim mlekiem na nogi postawili.
Wpatrujemy się w nią z osłupieniem. Naprawdę chrzcili małpę?
- Jaki pawian, o czym Czesia mówi? Co to za małpa?
- Panii, jaka małpa?! No Pawianek, nasz Pawianek, co to mąż, to znaczy
pan Jan, go doglądał.
- Słucham?
- No ten od Kaśki od piekarza.
- Aa! - Jadzia śmieje się w głos. - Fabian!
- Panii, żeby tak dziecko nazwać, to ja nie wiem. - Kręci głową z dezaprobatą. - Co też tym ludziom po głowach chodzi.
- Cha, cha, cha!
Pokładamy się ze śmiechu tak, że za chwilę będę musiała biec do wygódki
na tyłach domu. Czesia, która nie pojmuje, w czym rzecz, na wszelki
wypadek się obraża i cedzi przez zęby:
- Panii, to co z tym mlekiem?
- Nie, nie! - wołamy jednocześnie. - Tylko nie mleko!
Na myśl o pływającym na jego powierzchni kożuchu, o zapachu, zwłaszcza z tymi proponowanymi przez Czesię dodatkami, robi mi się słabo. Nawet kawy
nie pijam z mlekiem, a co dopiero z własnej woli sięgać po kubek tego
aktualnie deficytowego paskudztwa. Już wolę się napić zwykłej wody.
- Niech Czesia z łaski swojej zaparzy nam ziółek.
- Panii, ziółek o tej porze? - oburza się kobiecina, poprawiając
zapaskę. - A na co? Czy co komu dolega?
Uśmiecham się dyskretnie, słuchając tego jej przeciągłego "panii" i żonglowania formą, bo najwyraźniej nie jest pewna, jak się do nas
zwracać - per "pani", czy może sobie pozwolić na "ty".
- A zioła to się pije tylko w chorobie? - Maria, nasza gospodyni,
niespodziewanie pojawia się w drzwiach i włącza do rozmowy.
- A bo ja wiem? Panii powie. - Gosposia wyciera dłonie w fartuch, co
robi zawsze wtedy, gdy jest zdenerwowana, i przestępuje z nogi na nogę.
- Latem zebrałyśmy tyle mięty, niech Czesia nam jej zaparzy w imbryku.
Może być ten w różowe kwiatki z serwisu.
- Panii, a nie szkoda go? - Służąca się krzywi. - Nie może być ten biały
dzbanek, co w kuchni na kredensie stoi?
- Nie, nie może - upiera się Maria. - I nie ma co oszczędzać. Nie
wiadomo, ile jeszcze pożyjemy, to przynajmniej napijmy się herbatki -
przy ostatnim słowie w jej głos wkrada się ironiczna nuta - jak
prawdziwe damy. - Opada na kanapę.
- Jak tam sobie panii chce, ale żeby potem na mnie nie było, jak się
zbije - gdera niezadowolona Czesia, posłusznie wychodząc. Po chwili z głębi korytarza dobiega przedrzeźniające: - Lofrowały9 się
cholery jedne cały dzień, a teraz ziółek się zachciewa! Może jeszcze te
filiżanki od serwisu przynieść? W dupach im się poprzewracało! A może do
pywnicy iść po marmelade? Kierdy10 z miasta przyjechały i się
rządzą!
- A przynieś, przynieś! - woła z chichotem Jadzia. - Oczywiście.
Jadźka i ja śmiejemy się jak głupie i nie możemy się uspokoić. Maria
przez chwilę siedzi sztywno, najwyraźniej nie wiedząc, jak się zachować.
Tłumi w sobie wesołość, do oczu napływają jej łzy, a ciało podryguje i wreszcie wybucha chichotem, który przeradza się w głośny rechot.
- Czesia jest paradna - mówię, ocierając łzy. - Skądżeś ją wytrzasnęła?
- Znikąd, sama przyszła i o pracę prosiła. - Maria też ociera oczy. - A powiedzonka ma takie, że boki zrywać. W dodatku albo jest przekonana, że
jesteśmy głusi i nic nie słyszymy, albo uważa, że jest niezwykle
dyskretna i cicha. Tymczasem jej skrzekliwy głos, nawet gdy szepcze,
przenika przez ściany.
- Przynajmniej wiecie, co o was myśli.
- A to prawda. Choć czasem wolałabym nie wiedzieć.
- Pociesznie z nią macie.
- Lepiej powiedzcie, o czym tak rozprawiałyście.
- Ach - Jadźka macha lekceważąco dłonią - o niczym ważnym.
Wspominałyśmy, jak to było kiedyś, gdy chodziłyśmy na zakupy...
- Raczej mówiłyśmy o tym, jak bardzo kocha cię twój mąż.
- Kocha, nie kocha, co ma robić? Ma to, co chciał. - Jadźka uśmiecha się
niczym Kleopatra po kąpieli w oślim mleku, masażu i wklepaniu w aksamitną skórę cennego kremu. - Widziały gały, co brały. Co jak co, ale
skromna to nigdy nie byłam. Wiedział doskonale, że przywykłam do życia
na pewnym poziomie, więc niech się stara. - Chichocze, a ja wpatruję się
w nią z osłupieniem.
Jakże ja bym chciała być taka jak ona! Pewna siebie, piękna, zabawna,
dowcipna, przekonana, że świat do mnie należy, a ja w tym świecie coś
znaczę. I to "coś" przez bardzo duże C. Jadzia jest świadoma swoich
atutów i z gracją potrafi je eksponować. Nie ma faceta, który by się za
nią nie obejrzał!
- Czyli cię rozpieszcza? - dopytuje zaciekawiona Maria, choć po latach
znajomości musiała zauważyć, jak Jan wodzi oczami za żoną.
- No, na to akurat narzekać nie mogę. - Uśmiecha się promiennie i skupia
wzrok na paznokciach lewej dłoni. - W każdym razie spełnia moje
zachcianki, troszczy się i dba o mnie.
- To czego jeszcze chcesz?
- W sumie niczego, byle tylko był spokój i nie latały nad nami pociski.
To ciągłe życie w napięciu, strachu... nie da się do tego przyzwyczaić.
- Panii, a gdzie to dać? - Czesia pojawia się z ciężką, przechyloną na
jedną stronę tacą, na której usiłuje utrzymać w równowadze pękaty
staroświecki dzbanek i kilka filiżanek.
- Tu na stoliczku będzie najlepiej, tylko niech Czesia go przysunie.
Nie, nie tak - protestuje gwałtownie Maria. - Z tej strony.
- Jak tam panii chce. I ciastek jeszcze przyniosłam.
- Dziękujemy.
- A niech panii skosztuje, pyszne takie, że sam biskup by zjadł. -
Podsuwa pełen ciastek talerzyk i czeka na komplementy.
Prezentując przesadny zachwyt, bierzemy po smacznym, słodkim herbatniku
i obsypujemy gosposię pochwałami, na które rzeczywiście zasłużyła.
Kobiecina na chwilę się rozpromienia i dumnie wypina pierś.
Maria, z ciastkiem w ustach, wyręcza ją, rozkładając naczynia i ostrożnie nalewając parujący napar z mięty.
- A może Czesia też się napije? - proponuję.
- A na co?
- Dla zdrowia, relaksu, miło będzie.
- Panii! - wzdryga się naburmuszona. - Jak się rozchoruję i ruszać się
nie będę mogła, to mnie oddacie do domu, tego, no, jak mu tam,
publicznego, ale ziół pić nie będę!
Ze śmiechu filiżanki drżą nam w dłoniach tak, że się oblewamy, gderająca
gosposia zaś zmierza z pustą tacą do swojego królestwa.
- Czesia to, Czesia tamto... Ziółek się babskom zachciało - dobiega z korytarza wraz z szuraniem stóp. - Cholery jedne, co one se myślom, że
ja niebywała jaka jestem? Że one jakieś lepsze państwo? Tfu! Człowiek to
w Poznaniu mieszkał, u Panienki Świętej w Częstochowie był, w Niemyjach
i Sopkocie nad morzem. I niby w czym takie lepsze? Te całe, pożal się
Boże, Paryże, Berliny, czym to się niby różni? Niczym!
Grzejemy dłonie o fikuśne filiżanki i z sentymentem wspominamy dawne,
zdawałoby się nierealne, chwile, gdy było tak bezpiecznie, tak
normalnie.
Gdyby nie choroba synka Roguskich, Grzesia, pewnie siedziałybyśmy teraz
w zapełnionej Niemcami, niosącej rozmaite zagrożenia Warszawie. Pośród
łapanek, strachu, prześladowań. Malec, jak wiele osób, zachorował na
gruźlicę11, w dodatku jej podłą odmianę, która zaatakowała
kości. A skoro w opinii ortopedów i jego ojca, wziętego lekarza, jedynym
remedium na tę chorobę jest zimne powietrze, trudno się dziwić, że
przyjaciółka uznała, iż wyjazd za miasto dobrze zrobi nam wszystkim.
Janek Roguski został w mieście ze swoimi pacjentami, których nie chce
odstąpić na krok. Rozumiem go. Tu siedziałby z założonymi rękami, a tam
przynajmniej może się na coś przydać.
Znamy Jadwigę od lat szkolnych. W zasadzie nasza matka się z nią
przyjaźniła, a choć teraz z powodu nawału obowiązków spotykają się
sporadycznie, są sobie bardzo bliskie. Wzajemnie podtrzymują się na
duchu i przekonują, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że się ułoży i wkrótce wojna będzie tylko złym wspomnieniem. Z czasem, gdy Judyta i ja
dorosłyśmy, Jadwiga nalegała, żebyśmy zwracały się do niej po imieniu i w końcu dla nas również stała się dobrą koleżanką. Myślę, że mnie też
połączyła z nią ciepła, przyjacielska więź, z czego ogromnie się cieszę.
Łatwiej nam otworzyć serce przed nią, zwierzyć się jej z problemów i swobodniej rozmawiać o pierwszych zakochaniach, niż przed mamą, która
najpierw się o wszystko zamartwia, a potem przed wszystkim ostrzega.
Poza tym to takie krępujące wynurzać się przed rodzicami. Mimo że kocham
ich najbardziej na świecie, nie byłabym w stanie się przełamać. A Judyta
nigdy nie zostanie moją bratnią duszą. Zbyt wiele nas dzieli. Zbyt wiele
różni. I choć się nie kłócimy, to raczej się mijamy i wolimy nie
wchodzić sobie w drogę, a nasze odmienne, zwłaszcza w tych
okolicznościach, postrzeganie świata i poglądy kompletnie do siebie nie
przystają.