PAŹDZIERNIK
W przytulnej, niedawno wyremontowanej i urządzonej w stylu prowansalskim kuchni unosił się zapach świeżo upieczonego chleba na zakwasie. Za oknem zapadła ciemność, tylko przejeżdżające od czasu do czasu samochody omiatały ulicę snopem światła z reflektorów.
- Wiesz, że to już prawie dwa lata? - zapytał Andrzej, wtulając nos w ucho Ewy.
- Co takiego? - nie zrozumiała.
Robiła właśnie pastę z cieciorki do pieczywa. Blender zagłuszał słowa, więc wyłączyła na chwilę urządzenie.
- Niedługo miną dwa lata, odkąd się poznaliśmy.
Andrzej objął ją ciaśniej, przesunął dłonie na piersi. Ewa zamknęła oczy i pozwoliła, żeby jeszcze przez chwilę całował ją i szeptał do ucha, na co miałby ochotę zamiast kolacji. Wreszcie westchnęła i stanowczym ruchem zdjęła jego ręce ze swojego biustu.
- Nawet o tym nie myśl. Klaudia powinna już być z powrotem - powiedziała. - Nie lubię, kiedy tak się spóźnia.
- Ewuś, twoja córka to prawie dorosła kobieta.
- Jasne. Gdybyś ją widział podczas zabawy z Igorem, powiedziałbyś, że jest małą dziewczynką zamkniętą w prawie dorosłym ciele.
Andrzej uśmiechnął się i delikatnie odwrócił Ewę twarzą w swoją stronę. Ucałował rysujące się w kącikach oczu kurze łapki.
- Ty też niekiedy bywasz małą dziewczynką. A ja bywam chłopcem w krótkich spodenkach. I może to dobrze, że każde z nas ma w sobie wieczne dziecko. Chcesz, żebym po nią pojechał?
- Nie, obraziłaby się. Przerwałbyś jej randkę.
- Rozumiem. Czyli już jesteś pewna, że kogoś ma?
- Ma to za dużo powiedziane. Powiedzmy, że się zaleca.
- Zaleca. Jakie to romantyczne i staroświeckie.
- No, nie wiem. - Ewa roześmiała się, ale w tym śmiechu dało się słyszeć gorzką nutę. - Nasze prababki powiedziałyby pewnie coś zupełnie przeciwnego. Nastoletnie dziewczęta przechadzające się po parku, jedna drugą usiłuje przytulić, pocałować... To jest według ciebie staroświeckie?
- Kochanie?
- Słucham.
- Ty wcale się z tym nie pogodziłaś, prawda?
Ewa rozpłakała się tak nagle, jakby te łzy przez cały czas zbierały się pod powierzchnią, tylko czekając na ujście.
- Nie - szlochała mu w sweter na ramieniu. - W każdym razie nie do końca. Udaję, żeby Klaudii było łatwiej, przecież widzę, jakie to dla niej ważne. Ale czy w ogóle można zaakceptować fakt, że twoje dziecko jest kimś, kim samo nie chciałoby być? Przecież homoseksualizm to nie wybór, tylko coś... Jakby wyrok. Tak bardzo się o nią boję.
Andrzej nie odpowiedział. Tulił i delikatnie kołysał Ewę, pozwolił się wypłakać i uspokoić oddech, jednocześnie myśląc o tym, że - mimo swojego braku uprzedzeń - chyba nie zniósłby widoku własnego syna całującego innego chłopca.
- Zostaniesz dzisiaj? - zapytała Ewa, jeszcze przez łzy.
- Co takiego?
- Zostań na noc. Jeszcze nigdy nie obudziłam się obok ciebie.
Pocałował ją i otarł kciukami nadal mokre policzki.
- Nie mogę - zdecydował się na kłamstwo. - Sławek może wrócić w każdej chwili. Umówiliśmy się, że jakby coś nie grało, to po prostu mama Oskara go odwiezie. Muszę być w domu.
Po kolacji wracał do siebie z ciężkim sercem. Czuł się sfrustrowany i zagubiony. Nie wysiadł od razu z samochodu, pozostał w ciemności na parkingu przed domem, patrząc na sylwetki jałowców kołyszących się na wietrze. Pamiętał dzień, w którym jako młody żonkoś sadził je wraz z matką - sięgały wówczas do kolan. Teraz wprawdzie urosły, ale straciły urodę, zrobiły się rzadkie i łyse od dołu, a on nie miał pojęcia, czego im brakuje; pewnie jakiegoś nawozu. Mama by wiedziała.
Oparł ręce na kierownicy i pochylił głowę; usiłował się uspokoić. Sławka rzeczywiście nie było w domu, nocował u kolegi. A Andrzej poczuł nagle, że nie czuje się na siłach iść do domu i spędzić nocy w towarzystwie żony.
Nie powiedział Ewie, że przed dwoma dniami Żaneta wróciła. Nie miał odwagi. Układał sobie w wyobraźni tę rozmowę, starannie dobierał słowa. "Kochanie, posłuchaj, sytuacja się skomplikowała. Nie jestem już sam, żona zdecydowała się jednak wrócić z Irlandii i wiesz, taki drobiazg, nie zgadza się na rozwód. Twierdzi, że chce spróbować terapii małżeńskiej, że kocha mnie i syna. Dobrze wiem, o co chodzi - odkryła, że nie zarobi na siebie tyle, aby żyć na poziomie, do jakiego przywykła. A mężczyzn gotowych ją utrzymywać nie ma znowu tak wielu..."
Odkąd dzięki Ewie zrozumiał, jak powinna wyglądać bliskość między ludźmi, znosił obecność Żanety coraz gorzej. Od dawna nie umiał normalnie z nią rozmawiać - przechodzili od cichych dni do krzyku, ale nigdy nie było nic pośrodku. Najpierw wiosną ubiegłego roku, kiedy wróciła po swojej ucieczce z kochankiem i nie raczyła niczego wyjaśnić, tylko po prostu wprowadziła się z powrotem. Później, gdy uparła się, żeby jechać z mężem i synem do Irlandii i zacząć wszystko od nowa. Tamtego koszmarnego lata Andrzej umierał z tęsknoty za Ewą, ale dla dobra dziecka wytrzymywał, usiłował stworzyć fikcję małżeństwa, które jeszcze da się uratować.
Żanecie do tego stopnia spodobało się za granicą, że nawet gdy już stało się jasne, jak bardzo nic z ich wspólnego życia nie będzie - postanowiła zostać na Zielonej Wyspie. Znalazła pracę, wprawdzie znacznie poniżej swoich aspiracji (składała kartonowe pudełka), ale dało się z tego wyżyć. Powiedziała, że nie wróci, przynajmniej póki jeszcze jakoś sobie radzi. Radziła sobie przez ponad rok.
Ojciec i syn pożegnali się z Irlandią bez żalu. Przyjechali do Polski i wszystko zaczęło się układać. Wciąż mieszkali w dużym domu, który Wójcikowie kupili przed laty, zaraz po wyjeździe Andrzeja za chlebem. Dawniej wydawał się w sam raz, zwłaszcza że sprowadziła się do nich mama Andrzeja - ale teraz zrobiło się trochę pusto w tym nadmiarze przestrzeni. Mimo to Sławek nie narzekał, a jego ojciec chyba po cichu liczył na to, że pewnego dnia do tych murów wróci kobiece ciepło - że Ewa zgodzi się z nimi zamieszkać.
Żaneta przyjechała w nocy z czwartku na piątek. Andrzej obudził się wtedy nad ranem i od razu poczuł, że coś jest nie tak. Odruchowo zajrzał do pokoju syna, ale przypomniał sobie, że go nie ma, przecież poprzedniego dnia po szkole wybrał się do kolegi, by spędzić u niego długi weekend.
A jednak Wójcik miał nieznośne uczucie, że nie jest w domu sam. Zszedł do salonu i już wiedział. Nie, nie rzuciła na sofę żadnej kiecki, nie zostawiła toreb w holu. Na pozór nic się nie zmieniło. Ale on wyczuł waniliowy zapach jej perfum i natychmiast ścisnęło go w gardle. Jeszcze tylko sprawdził w szafie w wiatrołapie - nie mylił się, płaszcz Żanety wisiał na wieszaku, jakby nigdy go tam nie brakowało.
Czym prędzej zrobił sobie kanapki, wypił kawę i wyszedł do pracy. Wprawdzie robotę zaczynał o ósmej, ale wolał błąkać się po jakimś supermarkecie niż spotkać swoją żonę. Dobrze, że piątkowe lekcje odwołano z okazji Dnia Nauczyciela - dzięki temu Sławek w czwartek po szkole poszedł od razu do kolegi i miał wrócić do domu dopiero w niedzielę.
Andrzej nie narzekał na brak zleceń w swojej jednoosobowej firmie budowlanej. W tej chwili remontował kuchnię pewnej staruszce mieszkającej na Jeżycach. Starsza pani okazała się przesympatyczna, za to jej syn - który "płacił i wymagał" - to był kawał cwanego gnojka. Andrzej widywał takich dość często: upodobania matki się nie liczyły, najwyraźniej synalek skreślał tylko dni do jej śmierci, a mieszkanie szykował dla siebie albo może na sprzedaż. Kiedy babcia nieśmiało zasugerowała, że nie rozumie, jak działa kuchenka indukcyjna, i wolałaby zwykłą gazową, syn odwarknął, że jak jej się nie podoba, to zawsze może jadać w barze. Starsza pani przełknęła łzy i z uśmiechem na pomarszczonej twarzy zaproponowała Andrzejowi herbatę z pigwą.
Wtedy, w piątek, prosto z pracy pojechał do Ewy, żeby odwlec moment, w którym spotka się z Żanetą. Wieczorem jednak należało wreszcie stanąć twarzą w twarz z wiarołomną żoną. Wysłuchał jej spokojnie: nie przerywał, kiedy perorowała, że to małżeństwo jeszcze można uratować, a w ogóle to wszystkiemu winien był on, ze swoją zimną obojętnością, wiecznie nieobecny, bo przecież łatwiej czmychnąć za granicę i pławić się w wygodnym życiu, kiedy ona tu użerała się z teściową i dzieckiem. "Wygodne" i łatwe życie, podobnie jak "pławienie się", jakoś zniósł, choć natychmiast przypomniał mu się ból karku i pozdzierany do krwi naskórek na palcach, kiedy pokrywał gładzią i szlifował sufity bogatym Irlandczykom. Nie wytrzymał dopiero przy "użeraniu się z teściową", czyli jego nieżyjącą już mamą. Po prostu wyszedł z kuchni, z impetem trzasnąwszy drzwiami, żeby sobie choć trochę ulżyć. Zamknął się w łazience i siedział tam, dopóki Żaneta nie przestała się kręcić po domu.
A teraz był sobotni wieczór. Andrzej wiedział, że dziś czeka go ciąg dalszy. Westchnął, na wszelki wypadek wyciszył komórkę, żeby nic nie przeszkodziło mu w tej rozmowie, i wcisnął guzik pilota, by otworzyć bramę garażu.