Miłość w stylu retro - Sophie Kinsella

-
Proszę czekać

3

Jak się okazuje, policja traktuje morderstwo bardzo poważnie. Czego zapewne powinnam się była spodziewać. Zaprowadzono mnie do małego pokoju, w którym stoi stół i plastikowe krzesła. Dostałam filiżankę herbaty i formularz do wypełnienia, a policjantka powiedziała mi, że za chwilę przyjdzie detektyw, który ze mną porozmawia.

Chce mi się śmiać histerycznie. I mam ochotę zwiać przez okno.

- Co mam powiedzieć temu detektywowi?! - wołam, gdy tylko drzwi się zamykają. - Nic o tobie nie wiem! Jak niby zostałaś zamordowana? Świecznikiem w świetlicy?

Sadie jakby w ogóle mnie nie słyszała. Siedzi na parapecie i macha nogami. Choć gdy się lepiej przyglądam, widzę, że nie tyle siedzi, ile unosi się tuż nad nim. Podąża za moim wzrokiem, zauważa tę pustą przestrzeń i z irytacją wzrusza ramionami. Starannie zmienia pozycję, żeby wyglądało to tak, jakby rzeczywiście siedziała na parapecie, a potem znowu beztrosko zaczyna machać nogami.

To tylko wytwór mojej wyobraźni - mówię sobie z przekonaniem. Zachowajmy zdrowy rozum. Jeśli ją sobie stworzyłam, to mogę również ją unicestwić.

Odejdź - myślę intensywnie, wstrzymując oddech i zaciskając pięści. Odejdź, odejdź, odejdź.

- Dziwnie wyglądasz - zauważa. - Boli cię brzuch?

Już mam rzucić jakąś ripostę, gdy otwierają się drzwi, a wtedy naprawdę czuję ból brzucha. To detektyw, jest w cywilnych ciuchach, co sprawia, że wygląda jeszcze groźniej, niż gdyby był w mundurze. O rany kota! Wpadłam jak śliwka w kompot.

- Pani Laro. - Detektyw wyciąga rękę. Jest wysoki i szeroki w ramionach, ma ciemne włosy i zachowuje się rzeczowo. - Detektyw inspektor James - przedstawia się.

- Dzień dobry. - Ze zdenerwowania łamie mi się głos. - Miło mi pana poznać.

- A więc... - Energicznie siada na krześle i wyjmuje długopis. - Jeśli dobrze zrozumiałem, przerwała pani pogrzeb swojej ciotecznej babki.

- Tak, zgadza się. - Kiwam głową z takim przekonaniem, na jakie tylko mnie stać. - Jej śmierć wydaje mi się podejrzana.

Detektyw inspektor James coś notuje, a potem unosi głowę.

- Dlaczego?

Patrzę na niego pustym wzrokiem, serce wali mi w piersi. Nie mam na to odpowiedzi. Muszę coś wymyślić, i to szybko. Straszna ze mnie idiotka.

- Hmm... a panu nie wydaje się to podejrzane? - improwizuję w końcu. - Że umarła tak po prostu? Przecież ludzie nie umierają ot tak, znienacka.

Detektyw inspektor James patrzy na mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

- Zdaje się, że miała już sto pięć lat.

- No i co z tego? - rzucam, odzyskując pewność siebie. - Czy ludzie w wieku stu pięciu lat nie mogą paść ofiarą morderstwa? Nie wiedziałam, że policja dyskryminuje starszych.

Twarz detektywa inspektora Jamesa drga, czy to z rozbawienia, czy irytacji, nie potrafię powiedzieć.

- Kto według pani zamordował pani cioteczną babkę? -pyta.

- To... - Pocieram nos, grając na zwłokę. - To... dość... skomplikowane... - Spoglądam bezradnie na Sadie.

- Jesteś beznadziejna! - wykrzykuje. - Musisz wymyślić coś przekonującego, bo inaczej ci nie uwierzą! Nie odłożą pogrzebu! Powiedz, że podejrzewasz personel domu opieki! Że słyszałaś, jak się naradzają.

- Nie! - wołam zgorszona, zanim udaje mi się opanować.

Detektyw inspektor James patrzy na mnie dziwnie i chrząka.

- Pani Laro, naprawdę ma pani powód, aby sądzić, że w śmierci pani ciotecznej babki jest coś podejrzanego?

- Powiedz, że zrobił to personel domu opieki! - Głos Sadie brzmi w moim uchu jak pisk hamulców. - No, mów! Powiedz to! Powiedz!

- To personel domu opieki - wyrzucam z siebie w desperacji. - Tak mi się wydaje.

- Co panią skłania do takiego przypuszczenia?

Detektyw inspektor James mówi spokojnie, ale bacznie mnie obserwuje. Sadie unosi się przed nim, patrzy na mnie i macha rękami, jakby chciała wyciągnąć ze mnie następne słowa. Ten widok mnie wkurza.

- Ja... eee... przypadkiem usłyszałam w pubie, jak rozmawiają przyciszonymi głosami. Mówili coś o truciźnie i ubezpieczeniu. Wtedy nie zwróciłam na to szczególnej uwagi. - Nerwowo przełykam ślinę. - Ale zaraz potem... przyszła wiadomość o śmierci cioci babci...

Nagle dociera do mnie, że zaczerpnęłam ten pomysł z mydlanej opery, którą oglądałam w zeszłym miesiącu, gdy byłam chora.

Detektyw inspektor James patrzy na mnie badawczo.

- Zezna to pani oficjalnie?

O matko. "Zeznać oficjalnie" to jedno z tych przerażających wyrażeń, jak "inspektor podatkowy" czy "nakłucie lędźwiowe". Krzyżuję palce pod stołem i odpowiadam z wysiłkiem:

- Taaak.

- Widziała pani tych ludzi?

- Nie.

- Jak się nazywa ten dom opieki? Gdzie się znajduje?

Spokojnie odpowiadam spojrzeniem na jego spojrzenie. Nie mam bladego pojęcia. Zerkam na Sadie, która przymknęła oczy, jakby usiłowała przypomnieć sobie coś z bardzo dalekiej przeszłości.

- Fairside - mówi powoli. - W Potters Bar.

- Fairside, Potters Bar - powtarzam szybko.

Chwila ciszy. Detektyw inspektor James kończy notować i raz po raz pstryka długopisem.

- Muszę skonsultować się z kolegami. Za chwilę wrócę.

Gdy tylko wychodzi z pokoju, Sadie rzuca mi pogardliwe spojrzenie.

- Tylko na tyle cię stać? W życiu ci nie uwierzy! A miałaś mi pomóc.

- Oskarżając przypadkowych ludzi o morderstwo?

- Nie bądź głupia - kwituje lekceważąco. - Nie wymieniłaś nikogo z nazwiska. Twoja historyjka notabene jest beznadziejna. Trucizna? Podsłuchana w pubie rozmowa?

- Sama spróbuj wymyślić coś na poczekaniu! - bronię się. - Nie o to zresztą chodzi! Chodzi o to, że...

- Chodzi o to, że musimy jak najbardziej opóźnić mój pogrzeb. - Nagle pojawia się tuż przede mną i patrzy na mnie błagalnie. - Nie może do niego dojść. Nie możesz na to pozwolić. Jeszcze nie teraz.

- Ale... - Mrugam ze zdziwieniem, gdy znika mi sprzed oczu. O rany, ależ to irytujące. Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. Za chwilę pojawi się z flamingiem pod pachą, krzycząc: "Ściąć ją!".

Odchylam się na oparcie fotela, niemal przygotowana na to, że on także zniknie, i mrugam kilka razy powiekami, próbując ogarnąć sytuację. Ale jest zbyt surrealistyczna. Siedzę na posterunku policji i wymyślam historię o morderstwie, pouczana przez nieistniejącą dziewczynę, zjawę. A nawet nie zjadłam lunchu, uzmysławiam sobie. Może to wszystko z powodu niskiego poziomu cukru. Może mam cukrzycę i to są właśnie pierwsze jej objawy. Plączę się w tym wszystkim. Nic nie ma sensu. Ale po co łamać sobie głowę? Muszę po prostu płynąć z prądem.

- Zbadają tę sprawę! - Sadie nagle pojawia się znowu, mówi tak szybko, że ledwie ją rozumiem. - Myślą, że masz urojenia, ale zamierzają przeprowadzić dochodzenie, na wszelki wypadek...

- Naprawdę? - pytam z niedowierzaniem.

- Ten policjant rozmawia z kolegą - relacjonuje bez tchu. - Poszłam za nim. Pokazał mu swoje notatki i powiedział: "Mam tu coś".

- "Mam tu coś"? - powtarzam mimo woli z oburzeniem.

Sadie nie zważa na moje pytanie.

- A potem zaczęli rozmawiać o jakimś innym domu opieki, w którym naprawdę doszło do morderstwa. To brzmi niesamowicie. I ten pierwszy policjant powiedział, że chyba powinni tam pojechać, a ten drugi zgodził się z nim. Więc jesteśmy kryte.

Kryte?

- Może ty jesteś kryta, ale nie ja!

Gdy drzwi się otwierają, Sadie dodaje szybko:

- Zapytaj tego policjanta, co z pogrzebem. Zapytaj go. No, pytaj!

- To nie mój problem... - zaczynam, ale gwałtownie urywam, bo zza drzwi wyłania się detektyw inspektor James.

- Pani Laro, poproszę posterunkowego, żeby spisał pani zeznanie. Potem zdecydujemy, co zrobić z tą sprawą.

- Och. Eeee... dzięki. - Widzę, że Sadie patrzy na mnie znacząco. - A co się stanie z... - Waham się. - Co stanie się z... ciałem?

- Zostanie zabrane do kostnicy. Jeśli uznamy, że należy wszcząć śledztwo, pozostanie tam do czasu, gdy prześlemy wniosek do koronera, a ten zleci dochodzenie przyczyny zgonu.

Kiwa głową energicznie, potem wychodzi, a ja osuwam się na krześle. Czuję, że cała się trzęsę. Wymyśliłam morderstwo i wcisnęłam tę historię prawdziwemu policjantowi. To najgorsza rzecz, jaką zrobiłam w życiu. Gorsza nawet niż tamto, gdy mając osiem lat, zjadłam pół paczki herbatników i zamiast się przyznać, zakopałam resztę w ogrodzie, za skalniakiem, i patrzyłam, jak mama szuka ich w całej kuchni.

- Zdajesz sobie sprawę, że właśnie dopuściłam się krzywoprzysięstwa? - pytam Sadie. - I że mogą mnie za to aresztować?

- "Mogą mnie za to aresztować" - przedrzeźnia mnie szyderczo, usadowiona znowu na parapecie. - Nigdy wcześniej cię nie aresztowano?

- Oczywiście, że nie! - Patrzę na nią. - A ciebie?

- Siedem razy! - odpowiada niedbale. - Pierwszy raz za to, że tańczyłam po nocy w wioskowej fontannie. Ale było zabawnie! - Chichocze. - Miałyśmy takie niby-kajdanki, no wiesz, jako element kostiumu, i gdy policjant wyciągał mnie z fontanny, moja przyjaciółka Bunty dla hecy przypięła się nimi do niego. Był wściekły!

Zaśmiewa się do rozpuku. O rany, ależ ona mnie wkurza!

- Jestem pewna, że to było bardzo zabawne. - Rzucam jej ciężkie spojrzenie. - Ale jeśli o mnie chodzi, wolałabym nie pójść do pudła i nie złapać tam jakiegoś paskudnego choróbska, dziękuję ci bardzo.

- Cóż, nie groziłoby ci to, gdybyś wymyśliła bardziej wiarygodną historyjkę. - Przestaje się śmiać. - Jeszcze nie widziałam takiej sieroty jak ty. To, co mówiłaś, zupełnie nie trzymało się kupy. Zobaczysz, przez ciebie nie zarządzą żadnego śledztwa. I nie zyskamy na czasie.

- Po co nam ten czas?

- Żeby odnaleźć mój naszyjnik.

Opuszczam głowę i walę nią o blat stołu. Ta baba łatwo się nie poddaje, co?

- Posłuchaj - mówię w końcu, unosząc odrobinę głowę. - Dlaczego tak strasznie zależy ci na odzyskaniu tego naszyjnika? Nie może być jakiś inny? To był prezent czy co?

Przez chwilę milczy, wydając się nieobecna. Porusza tylko nogami, rytmicznie macha nimi w tył i w przód.

- Dostałam go od rodziców na dwudzieste pierwsze urodziny - odpowiada w końcu. - I byłam szczęśliwa, gdy go nosiłam.

- Hmm, to miłe - kwituję. - Ale...

- Towarzyszył mi przez całe życie. Nosiłam go stale. - Nagle wydaje się poruszona. - Straciłam wiele, ale on zawsze był ze mną. To najcenniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałam. Muszę go odzyskać.

Porusza nerwowo palcami, ma opuszczoną głowę, tak że widzę tylko linię jej brody. Jest taka szczupła i blada, wygląda jak więdnący kwiat. Czuję, że nagle ogarnia mnie współczucie i już mam powiedzieć: "Dobra, znajdę ten twój naszyjnik", gdy ziewa przeciągle, wyciągając swoje szczupłe ramiona nad głowę, i mówi:

- Strasznie tutaj nudno. Szkoda, że nie możemy pójść do nightclubu.

Patrzę na nią i całe moje współczucie znika. To ma być wdzięczność za podejmowane przeze mnie wysiłki?

- Jeśli się nudzisz - odpowiadam - to może jednak cię pochowamy.

Przykłada rękę do ust i z przerażeniem wciąga powietrze.

- Nie zrobisz tego.

- Dlaczego?

Przerywa nam pukanie do drzwi. Do pokoju zagląda sympatycznie wyglądająca kobieta w ciemnej bluzce i spodniach.

- Lara Lington?

Po godzinie kończę składanie tak zwanych zeznań. Nigdy jeszcze nie przeżyłam czegoś równie traumatycznego. Ale się narobiło.

Po pierwsze, zapomniałam, jak nazywa się ten dom opieki. Po drugie, pogubiłam się w czasie i musiałam przekonać policjantkę, że w pięć minut przeszłam pół mili. Próbowałam z tego wybrnąć, mówiąc, że uprawiam chód sportowy. Na samo wspomnienie tej chwili robi mi się gorąco i nieprzyjemnie. Na pewno mi nie uwierzyła, nie ma szans. Bo czy ja wyglądam na kogoś, kto uprawia chód sportowy?

Potem powiedziałam, że przed pójściem do pubu byłam u przyjaciółki, Lindy. Nie mam przyjaciółki o takim imieniu, ale nie chciałam wymieniać nikogo z prawdziwych znajomych. Policjantka zapytała, jak Linda ma na nazwisko, więc zanim zdążyłam pomyśleć, rzuciłam "Davies".

Oczywiście, wzięłam to z formularza. Bo ta policjantka miała na nazwisko Davies.

Dobrze, że nie powiedziałam "Keyser Soze".

Ona jednak nawet nie mrugnęła okiem, trzeba to przyznać. Ale też nie wspomniała o wszczęciu śledztwa. Podziękowała mi tylko i podała numer korporacji taksówkowej.

Teraz pewnie pójdę do paki. Świetnie. Tylko tego mi brakowało.

Spoglądam na Sadie, która wyciągnęła się na biurku i patrzy w sufit. Sprawy nie poprawiło to, że bez przerwy nadawała mi do ucha, poprawiała mnie i podsuwała sugestie, opowiadając jednocześnie, jak to dwaj policjanci próbowali zatrzymać ją i Bunty, "gdy pędziły na motocyklach przez pola", ale nie mogli ich dogonić, co było "takie śmieszne, że hej".

- Nie ma za co - mówię. - Jak zwykle jestem do usług.

- Dziękuję ci - rzuca mechanicznie Sadie.

- No, dobra. - Biorę torebkę. - Jadę do domu.

Wtedy szybko siada.

- Ale nie zapomnisz o naszyjniku, prawda?

- Wątpię, żeby mi się to udało, będę go pamiętać do końca życia. - Przewracam oczami.

Sadie staje przede mną, zagradzając mi drogę do drzwi.

- Nikt oprócz ciebie mnie nie widzi. Nikt więc nie może mi pomóc. Proszę.

- Posłuchaj, nie możesz tak po prostu zażądać: "Znajdź mój naszyjnik"! - wołam ze zniecierpliwieniem. - Nic o nim nie wiem. Nie mam pojęcia, jak wygląda i w ogóle...

- To sznur szklanych korali, ze strasami - wyjaśnia czym prędzej. - Sięga aż dotąd... - Wskazuje talię. - Ma zapięcie z macicy perłowej...

- Dobrze. - Przerywam jej. - Niczego takiego nie widziałam. Jeśli zobaczę, dam ci znać.

Omijam ją, pcham drzwi i wychodzę. Wyjmuję telefon. Korytarz jest jasno oświetlony, na podłodze leży brudnawe linoleum, na nim stoi biurko, przy którym w tej chwili nikt nie siedzi. Dwaj potężni faceci w puchowych bezrękawnikach kłócą się głośno, policjant próbuje ich uspokoić, więc wycofuję się w kąt. Wyjmuję kartkę z numerem korporacji taksówkowej, który dała mi detektyw Davies, i zaczynam wystukiwać go na klawiaturze. Widzę, że dostałam trzy esemesy, ale ignoruję je wszystkie. To pewnie od rodziców, którzy chcą wiedzieć...

- Hej! - przerywa mi czyjś głos, więc unoszę głowę. - Laro? To ty?

Macha do mnie facet z piaskowymi włosami, w koszulce polo i dżinsach.

- To ja! Mark Phillipson. Szósta klasa, pamiętasz?

- Mark! - Rozpoznaję go. - O rany! Jak się masz?

Jedyne, co pamiętam w związku z nim, to to, że grał na gitarze basowej w zespole szkolnym.

- Bardzo dobrze! Świetnie. - Podchodzi do mnie z zaniepokojoną miną. - Co robisz na posterunku? Wszystko w porządku?

- Och, tak! Wszystko w porządku. Znalazłam się tu, w związku... No wiesz. - Macham niedbale ręką. - W związku z morderstwem.

- Morderstwem? - Wpada w osłupienie.

- Uhm. Drobiazg, nic takiego. To znaczy poważna sprawa, ale... - Poprawiam się pospiesznie, widząc jego wzrok: - Właściwie nie powinnam o tym mówić... A co u ciebie?

- Super! Ożeniłem się z Anną... Pamiętasz ją? - Błyska mi przed oczami srebrną obrączką. - Próbuję swoich sił jako malarz. Tu dorabiam sobie na boku.

- Jesteś policjantem? - pytam z niedowierzaniem.

On się śmieje.

- Grafikiem policyjnym. Sporządzam portrety pamięciowe; zarabiam w ten sposób na czynsz... A co u ciebie, Laro? Wyszłaś za mąż? Jesteś z kimś?

Przez chwilę patrzę na niego z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem.

2

Zająć miejsca. Wolne żarty. Nigdy nie byłam na tak smutnej imprezie, w całym moim życiu.

Dobra, wiem, że to pogrzeb, nie żadna zabawa. Ale na pogrzeb Berta przynajmniej przyszło mnóstwo ludzi, przysłano kwiaty, była muzyka i w ogóle atmosfera. W tamtej sali przynajmniej coś się działo.

W tej sali nie ma nic. Jest pusto i chłodno, z przodu stoi zamknięta trumna z tandetnymi plastikowymi literami na tabliczce. Żadnych kwiatów, miłego zapachu, śpiewu, z głośników płynie tylko muzyka żałobna. I praktycznie nikogo. Jedynie mama, tata i ja z jednej strony; z drugiej stryj Bill, ciocia Trudy i moja kuzynka Diamante.

Ukradkiem przesuwam wzrokiem po tamtej części rodziny. Choć jesteśmy spokrewnieni, wciąż mam wrażenie, że widzę przed sobą żywe strony z magazynu poświęconego celebrytom. Stryj Bill rozsiadł się na plastikowym krześle, jakby to miejsce należało do niego, i przebiera palcami po klawiaturze swojego BlackBerry. Ciocia Trudy przerzuca "Hello!", pewnie czyta o swoich znajomych. Ma na sobie obcisłą czarną sukienkę, blond włosy ułożone artystycznie wokół twarzy i rowek między piersiami jeszcze bardziej opalony, niż kiedy ją ostatnio widziałam. Wyszła za mąż za stryja Billa dwadzieścia lat temu i przysięgam, że wygląda dziś młodziej niż na fotografii ślubnej.

Diamante rozpuściła platynowe włosy, które sięgają jej do tyłka, i włożyła na siebie minispódniczkę w trupie czaszki. Naprawdę stosowny strój na pogrzeb. Najwyraźniej słucha iPoda, bo w uszach ma słuchawki, i jednocześnie esemesuje z komórki, od czasu do czasu z nadąsaną miną zerkając na zegarek. Diamante ma siedemnaście lat, dwa samochody i własną markę odzieżową o nazwie Tutus and Pearls, którą założył dla niej stryj Bill. (Kiedyś zajrzałam na jej stronę internetową. Sukienki kosztują po czterysta funtów i każdy, kto je kupuje, zostaje wpisany na specjalną listę "Najlepszych przyjaciół Diamante", a połowa ich to dzieciaki celebrytów. To jak Facebook, tylko z ciuchami).

- Hej mamo - mówię szeptem. - Dlaczego nie ma tu żadnych kwiatów?

- Och! - Mama natychmiast zaczyna się martwić. - Mówiłam Trudy o kwiatach i powiedziała, że się tym zajmie. - Trudy! - woła cicho. - Co z kwiatami?

- Hmm! - Trudy składa "Hello!" i odwraca się w naszą stronę, jakby gotowa do pogawędki. - Tak, rzeczywiście, rozmawiałyśmy o tym. Ale wiesz, ile to wszystko kosztuje? - Wskazuje ręką wokoło. - A będziemy tu siedzieć... ile?... dwadzieścia minut? Musisz być realistką, Pippo. Szkoda pieniędzy na kwiaty.

- Może masz rację - odpowiada mama pospiesznie.

- Nie żałuję starszej pani na pogrzeb. - Ciocia Trudy pochyla się ku nam, ściszając głos. - Ale trzeba zadać sobie pytanie: co ona dla nas zrobiła? Nawet jej nie znałam. A wy?

- Cóż, to trudna sprawa. - Mama robi zbolałą minę. - Miała wylew, długi czas była pozbawiona świadomości...

- No, właśnie! - Trudy kiwa głową. - Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Więc po co zawracać sobie głowę? Jesteśmy tu tylko ze względu na Billa. - Spogląda z czułością na stryja Billa. - On ma za miękkie serce, co zwykle obraca się przeciwko niemu. Często mówię wszystkim...

- Gówno prawda! - Diamante ściąga słuchawki z uszu i patrzy na matkę z pogardą. - Jesteśmy tu po to, żeby tata mógł się pokazać. Nie zamierzał tu w ogóle przyjść, dopóki producent mu nie powiedział, że udział w pogrzebie dobrze wpłynie na jego wizerunek publiczny. Słyszałam, jak o tym rozmawiali.

- Diamante! - karci ją ciocia Trudy ze złością.

- Mówię prawdę! To największy hipokryta na ziemi, tak jak ty. A mogłabym być teraz u Hannah. - Wydyma policzki. - Jej tata wydaje przyjęcie z okazji premiery swojego nowego filmu, a mnie tam nie ma. Tylko dlatego, że tata zgrywa "oddanego rodzinie". To nie fair.

- Diamante! - Trudy cierpko przywołuje ją do porządku. - To twój ojciec, zapłacił za to, żebyście, ty i Hannah, mogły polecieć na Barbados, pamiętasz? A to robienie hiszpana, o czym wciąż mówisz? Jak myślisz, kto za to płaci?

Diamante gwałtownie wciąga powietrze, jakby została śmiertelnie obrażona.

- To już cios poniżej pasa. Robię hiszpana na cele dobroczynne.

Mimowolnie pochylam się do przodu, żeby dokładnie wszystko słyszeć.

- Jak można robić hiszpana na cele dobroczynne?

- Później opowiem o tym w prasie, a zyski pójdą na dobroczynność - wyjaśnia z dumą Diamante. - Nawet połowa wpływów czy coś takiego.

Spoglądam na mamę, która osłupiała ze zgorszenia. Niemal parskam śmiechem.

- Proszę państwa...?

Unosimy głowy i widzimy kobietę w szarych spodniach, z koloratką na szyi, która zbliża się do nas przejściem między ławkami.

- Bardzo przepraszam. - Rozkłada ręce. - Mam nadzieję, że nie czekają państwo długo. - Ma krótkie szpakowate włosy, okulary w ciemnych oprawkach i niski, niemal męski głos. - Moje kondolencje z powodu straty. - Spogląda na nagą trumnę. - Nie wiem, czy państwa poinformowano, ale na trumnie można stawiać zdjęcia ukochanego zmarłego...

Wymieniamy między sobą zakłopotane spojrzenia. Potem ciocia Trudy nagle cmoka.

- Mam jedno zdjęcie. Przysłano je z domu opieki.

Grzebie w torebce i wyjmuje brązową kopertę, z której z kolei wyciąga pomiętą fotografię z polaroidu. Przekazuje ją dalej. Na zdjęciu widnieje maleńka, skulona staruszka w bezkształtnym kardiganie różowofioletowego koloru. Twarz ma pociętą siecią zmarszczek. Jej białe włosy przypominają watę cukrową. Mętne oczy jakby w ogóle już nie widziały świata.

Tak więc wyglądała moja ciocia babcia Sadie. Której nie znałam.

Pani pastor z powątpiewaniem patrzy na zdjęcie, a potem przypina je do trumny, gdzie wygląda strasznie smutno, wręcz żenująco, takie samotne.

- Czy ktoś z państwa chciałby coś powiedzieć o zmarłej?

Wszyscy w milczeniu kręcimy przecząco głowami.

- Rozumiem. To często zbyt bolesne dla bliskiej rodziny. - Kobieta wyjmuje z kieszeni notes i ołówek. - Chętnie powiem parę słów w państwa imieniu. Mogą mi państwo podać kilka informacji, faktów z jej życia? Opowiedzcie mi coś niecoś o Sadie, a potem przystąpimy do uroczystości.

Cisza.

- Tak naprawdę nie znaliśmy jej - wyjaśnia tata przepraszająco. - Była już bardzo stara.

- Miała sto pięć lat - dorzuca mama. - Sto pięć lat!

- Czy była zamężna? - podsuwa pani pastor.

- Eee... - Tata marszczy brwi. - Miała jakiegoś męża, Bill?

- Czy ja wiem? Chyba tak. Ale nie pamiętam, jak miał na imię. - Stryj Bill nawet nie podnosi wzroku znad BlackBerry. - Możemy już zacząć?

- Oczywiście. - Współczujący uśmiech zastyga na twarzy pani pastor. - Cóż, to może chociaż jakaś anegdota z czasu, gdy ostatnio ją państwo odwiedzali... coś o hobby...

Znowu zapada krępująca cisza.

- Ma na zdjęciu sweter. - Mama w końcu zbiera się na odwagę. - Może sama go wydziergała... Może lubiła robić na drutach.

- Nigdy jej państwo nie odwiedzali? - Pani pastor wyraźnie się zmusza, żeby zachować uprzejmość.

- Ależ oczywiście, że tak! - wola mama ze zmieszaniem. - Wpadliśmy do niej w. - Zastanawia się przez chwilę. - Chyba to było w osiemdziesiątym drugim. Krótko po narodzinach Lary.

- W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku? - Pani pastor jest zgorszona.

- Nie poznała nas - włącza się szybko tata. - Zupełnie nie kojarzyła...

- A jej wcześniejsze życie? - Pani pastor jest coraz bardziej oburzona. - Wiedzą coś państwo o jej dokonaniach, osiągnięciach? Na przykład z czasów młodości?

- Jezu, nie zamierza pani odpuścić, co? - Diamante wyrywa słuchawki iPoda z uszu. - Nie może pani powiedzieć, że tu jesteśmy, bo musimy? Nie dokonała niczego szczególnego. Niczego nie osiągnęła. Była nikim! Nic nieznaczącą stuletnią staruszką.

- Diamante! - rzuca ciocia Trudy z łagodną reprymendą. - Nieładnie.

- To prawda, no nie? Rozejrzyjcie się wokół! - Pogardliwym gestem wskazuje niemal pustą salę. - Gdyby na mój pogrzeb miało przyjść tylko sześć osób, strzeliłabym sobie w łeb.

- Młoda damo. - Pani pastor robi kilka kroków w jej stronę, twarz ma zarumienioną z gniewu. - Żaden człowiek żyjący na ziemi Boga nie jest nikim.

- Dobra, dobra - mówi Diamante niegrzecznie.

Widzę, że pani pastor otwiera usta, żeby skarcić ją ponownie.

- Diamante! - Stryj Bill ponosi szybko rękę. - Dość tego. Bardzo żałuję, że nie odwiedzałem Sadie, która na pewno była wyjątkową osobą, i niewątpliwie mówię to w imieniu nas wszystkich. - Jest tak czarujący, że pani pastor od razu przestaje się jeżyć. - Teraz jednak chcielibyśmy pożegnać się z nią. Myślę, że tak jak my mają państwo napięty grafik. - Stuka palcem w tarczę zegarka.

- Owszem - odpowiada pani pastor po chwili. - Tylko się przygotuję. Proszę, żeby państwo w tym czasie wyłączyli telefony komórkowe. - Rzuciwszy nam ostatnie, pełne dezaprobaty spojrzenie, wychodzi z sali, a ciocia Trudy natychmiast odwraca się do nas.

- Co za bezczelność, chciała wzbudzić w nas poczucie winy! A przecież w ogóle nie musimy tu być.

Drzwi się otwierają i wszyscy spoglądamy w ich stronę. Staje w nich jednak nie pani pastor, lecz Tonya. Nie wiedziałam, że ma przyjechać. Gorzej już być nie może.

- Coś mnie ominęło? - Gdy idzie przejściem pomiędzy ławkami, jej głos, przypominający dźwięk młota pneumatycznego, wypełnia salę. - Udało mi się wyrwać z gimnastyki dla dzieci, zanim bliźniaki znowu coś narozrabiały. Naprawdę ta au pair jest jeszcze gorsza od poprzedniej, a to wiele mówi...

Ma na sobie czarne spodnie i czarny kardigan z lamówką w panterę, a grube, błyszczące włosy spięła w kucyk. Tonya była kiedyś kierownikiem biura u Shella i przez całe dnie musztrowała ludzi. Obecnie jest pełnoetatową mamą bliźniaków, Lorcana i Declana, i musztruje nieszczęsne au pair.

- Jak tam chłopcy? - pyta mama, ale Tonya nie zwraca na nią uwagi. Istnieje dla niej tylko stryj Bill.

- Stryju, czytałam twoją książkę! Fantastyczna! Odmieniła moje życie. Opowiadam o niej wszystkim. A zdjęcie na okładce jest po prostu świetne, choć nie oddaje twojego uroku.

- Dzięki, kotku. - Bill rzuca jej standardowy uśmiech w stylu "Tak, wiem, że jestem wspaniały", ale ona jakby tego nie zauważyła.

- Czy to nie cudowna książka? - zwraca się do nas. - Czyż stryj Bill nie jest geniuszem? Żeby tak zacząć od niczego! Tylko od dwóch monet i wizji? To takie inspirujące!

Taki z niej lizus, że aż kulę się ze wstydu. Mama i tata chyba czują to samo, bo żadne z nich się nie odzywa. Stryj zresztą też już jej nie słucha, więc Tonya niechętnie okręca się na pięcie.

- Jak się masz, Laro? Ostatnio w ogóle cię nie widuję! Ukrywasz się czy co? - Podchodząc do nas, skupia na mnie spojrzenie, a ja aż się wzdrygam. Oho! Znam ten wzrok.

Moja siostra Tonya zasadniczo ma trzy rodzaje ekspresji:

1. puste, martwe spojrzenie

2. głośny pozerski śmiech, jak wtedy gdy mówi: "Stryju, zabijesz mnie!"

3. fałszywe współczucie, maskujące triumfalną radość, gdy komuś coś się nie powiodło. Jest uzależniona od kanału telewizyjnego Real Life i książek z zaniedbanymi, cierpiącymi dziećmi na okładkach, o takich tytułach ]dk Proszę, babciu, nie bij mnie kijem.

- Nie widziałam cię od czasu, gdy rozstałaś się z Joshem. Jaka szkoda. Byliście wręcz dla siebie stworzeni! - Tonya ze smutkiem opuszcza głowę. - Czy świetnie do siebie nie pasowali, mamo?

- Cóż, nie wyszło. - Staram się, żeby zabrzmiało to rzeczowo. - W każdym razie...

- Co było nie tak? - Patrzy na mnie ze współczuciem szeroko otwartymi sarnimi oczami jak wtedy, gdy komuś dzieje się coś złego i to sprawia jej dziką satysfakcję.

- Nic. Tak bywa i już. - Wzruszam ramionami.

- Ależ skąd. Zawsze jest jakiś powód. - Tonya nie daje za wygraną. - Powiedział coś?

- Tonyu - delikatnie wkracza tata. - Czy to dobry moment?

- Tato, po prostu wspieram Larę - odpowiada Tonya z urazą. - Trzeba przegadać takie sprawy! Więc co? Była jakaś inna? - Zwraca spojrzenie na mnie.

- Chyba nie.

- Dobrze wam było z sobą?

- Tak.

- To o co poszło? - Splata ramiona przed sobą i przybiera zdziwioną, oskarżycielską minę. - No, o co?

"Nie mam pojęcia, o co!" - mam ochotę zawołać. "Myślisz, że nie zadawałam sobie tego pytania biliony razy?".

- Och, o jakiś drobiazg! - Zmuszam się do uśmiechu. - Ale już się nie przejmuję. Zrozumiałam, że tak miało być, otrząsnęłam się i wyszłam na prostą. Jestem szczęśliwa.

- Nie wyglądasz na szczęśliwą - zauważa Diamante z drugiej strony przejścia. - Prawda, mamo?

Ciocia Trudy przygląda mi się przez dłuższą chwilę.

- Nie - potwierdza w końcu z przekonaniem. - Wcale nie wygląda na szczęśliwą.

- Ależ tak! - Czuję, że do oczu napływają mi łzy. - Tylko nie obnoszę się z tym! Jestem naprawdę, naprawdę, naprawdę szczęśliwa!

Boże, nie cierpię tych moich krewnych!

- Tonyu, kochanie, usiądź - mówi znacząco mama. - Jak poszła wizyta w szkole?

Mrugając powiekami, wyjmuję telefon komórkowy i żeby wszyscy dali mi spokój, udaję, że sprawdzam wiadomości. A potem odruchowo przechodzę do zdjęć.

Nie patrz - mówię sobie stanowczo. Nie patrz.

Ale palce nie chcą mnie słuchać. To przymus, któremu nie mogę się oprzeć. Tylko zerknę, jeden jedyny raz... Moje palce poruszają się szybko po klawiaturze, aż na wyświetlaczu ukazuje się moje ulubione zdjęcie. Josh i ja. Stoimy razem na stoku góry, objęci ramionami, oboje opaleni, na nartach. Włosy Josha wiją się nad goglami, które odsunął na czoło. Uśmiecha się do mnie, tak że na policzku robi mu się dołeczek; wkładałam w ten dołeczek palec jak dziecko w ciasto.

Poznaliśmy się na imprezie z okazji 5 listopada1; staliśmy przy ognisku w ogrodzie w Clapham, u dziewczyny, którą znałam z uczelni. Josh wręczał wszystkim zimne ognie. Zapalił jeden dla mnie, zapytał, jak mam na imię, i swoim zimnym ogniem napisał w powietrzu "Lara", a ja zaśmiałam się i zapytałam, jakie jest jego imię. Pisaliśmy nawzajem swoje imiona w powietrzu, aż zimne ognie zgasły, potem podeszliśmy do ogniska, piliśmy grzane wino i wspominaliśmy przyjęcia z fajerwerkami z dzieciństwa. Rozumieliśmy się świetnie. Śmialiśmy z tych samych rzeczy. Z nikim nie czułam się tak swobodnie, naturalnie. I nikt nie uśmiechał się tak cudownie. Nie mogę go sobie wyobrazić z inną. Po prostu nie mogę...

- Wszystko w porządku, Laro? - Tata patrzy na mnie z niepokojem.

- Tak! - odpowiadam pogodnie i wyłączam telefon, zanim spojrzy na ekran.

Gdy z głośników rozlega się muzyka organowa, kulę się na krześle, nieszczęśliwa. Po co tu przyszłam? Trzeba było wymyślić jakąś wymówkę. Nienawidzę mojej rodziny, nienawidzę pogrzebów, nie ma nawet porządnej kawy i...

- Gdzie mój naszyjnik? - Jakiś daleki dziewczęcy głos wcina się w moje myśli.

Rozglądam się dookoła, żeby zobaczyć, kto to, ale za mną nie ma nikogo. Kto to powiedział?

- Gdzie mój naszyjnik? - znowu słyszę niewyraźny głos. Jest dość wysoki i władczy, brzmi wytwornie. Dochodzi z mojego telefonu? Czyżbym go nie wyłączyła? Wyjmuję aparat z torebki - ekran jest zgaszony.

Dziwne.

- Gdzie mój naszyjnik? - Teraz mam wrażenie, że głos rozbrzmiewa w moim uchu. Wzdrygam się i patrzę ze zdumieniem we wszystkie strony.

Co jeszcze dziwniejsze, chyba nikt z pozostałych nie słyszy tego, co ja.

- Mamo. - Pochylam się do niej. - Słyszysz coś? Jakiś... głos?

- Glos? - Mama wygląda na zdziwioną. - Nie, kochanie. Jaki glos?

- Dziewczęcy, mówił coś przed chwilą... - Urywam, bo widzę na twarzy mamy znajomy niepokój. Niemal czytam w jej myślach: "Dobry Boże, moja córka słyszy głosy".

- Musiało mi się zdawać - mówię pospiesznie i wrzucam telefon do torebki, bo pojawia się pani pastor.

- Proszę, wstańmy - intonuje - i pochylmy głowy. Panie nasz, powierzamy ci duszę naszej siostry Sadie...

Nie to, żebym była źle nastawiona, ale pani pastor ma najbardziej monotonny głos w dziejach ludzkości. Zaczęła zaledwie przed pięcioma minutami, a ja już przestałam jej słuchać. To jak podczas uroczystości szkolnej; człowiek odlatuje. Odchylam się na oparcie krzesła i patrzę w sufit, a potem się wyłączam. Już mam zamknąć powieki, gdy znowu słyszę ten głos, konkretnie w prawym uchu.

- Gdzie mój naszyjnik?

Aż podskakuję. Odwracam głowę w jedną stronę, potem w drugą - ale i tym razem nic. Co się ze mną dzieje?

- Laro! - szepcze mama z przerażeniem. - Dobrze się czujesz?

- Trochę boli mnie głowa - syczę w odpowiedzi. - Może przeniosę się pod okno... Zaczerpnę świeżego powietrza.

Wstaję z przepraszającym uśmiechem i podchodzę do krzesła na końcu sali. Pani pastor ledwie to zauważa, jest zbyt skupiona na tym, co mówi:

- Koniec życia to początek życia, pochodzimy z ziemi i do niej wracamy...

- Gdzie mój naszyjnik? Muszę go mieć.

Szybko obracam głowę z boku na bok, w nadziei, że tym razem uda mi się przyłapać tę pytającą osobę. I nagle dostrzegam ją. Czy raczej jej rękę.

Szczupłą, wymanikiurowaną rękę, która spoczywa na oparciu krzesła przede mną.

Z niedowierzaniem patrzę w tamtą stronę. Dłoń należy do bladego smukłego ramienia. Które z kolei należy do dziewczyny mniej więcej w moim wieku. Która siedzi na krześle przede mną, przebierając niecierpliwie palcami. Ma ciemne włosy ostrzyżone na boba i jedwabną jasnozieloną sukienkę bez rękawów. Widzę zarys bladego podbródka.

Jestem zbyt zdumiona, żeby zrobić cokolwiek, więc tylko się gapię.

Kim, do licha, ona jest?

Gdy na nią patrzę, z rozmachem wstaje z krzesła, jakby dosyć już miała siedzenia, i zaczyna chodzić tam i z powrotem. Sukienka osuwa się do kolan, okazuje się, że ma na dole plisy, które kołyszą się w rytm kroków.

- Muszę go odzyskać - mruczy poruszona dziewczyna. - Tylko gdzie on jest? Gdzie on jest?

Mówi wysokim, śpiewnym głosem, jak na starych czarno-białych filmach. Szybko zerkam na pozostałych członków rodziny, ale poza mną nikt jej nie widzi. Nikt jej nie słyszy. Wszyscy siedzą spokojnie.

Nagle, jakby wyczuła, że na nią patrzę, dziewczyna obraca się na pięcie i wbija we mnie wzrok. Oczy ma tak ciemne i błyszczące, że nie potrafię powiedzieć, jakiego są koloru, ale rozszerzają się z niedowierzaniem, gdy odpowiadam spojrzeniem.

Dobra. Chyba wpadam w panikę. Mam halucynacje. Widzę zjawę. Naturalnych rozmiarów, która chodzi i mówi. Zbliża się do mnie.

- Widzisz mnie. - Wymierza we mnie biały palec i odruchowo cofam się na krześle. - Ty mnie widzisz!

Szybko kręcę głową.

- Nie widzę.

- I słyszysz!

- Nie, nie słyszę.

Mam świadomość, że mama, siedząc z przodu sali, zwraca ku mnie głowę, marszcząc czoło. Pokasłuję więc czym prędzej i wskazuję swoją pierś. Kiedy odwracam się z powrotem, dziewczyny nie ma. Zniknęła.

Dzięki Bogu. Już myślałam, że wariuję. Wprawdzie żyłam ostatnio w stresie, ale żeby od tego mieć omamy...

- Kim jesteś? - Prawie dostaję zawału serca, gdy myśli znowu przerywa mi znajomy już głos. Dziewczyna idzie do mnie przejściem. - Kim jesteś? - pyta ostro. - Gdzie jesteśmy? Co to za ludzie?

Nie będę odpowiadać zjawie - nakazuję sobie stanowczo. To by ją tylko zachęciło. Odwracam głowę i usiłuję skupić się na tym, co mówi pani pastor.

- Kim jesteś? - Dziewczyna nagle pojawia się przede mną. - Jesteś prawdziwa? - Podnosi rękę, jakby chciała dźgnąć mnie w ramię, więc się uchylam, ale jej dłoń przechodzi przeze mnie i wyłania się po drugiej stronie.

Zatyka mnie z wrażenia. Dziewczyna patrzy z konsternacją na swoją dłoń, a potem na mnie.

- Kim ty jesteś? - pyta znowu. - Zjawą?

- Ja?! - Nie mogę się powstrzymać i odpowiadam z oburzeniem. - Oczywiście, że nie jestem zjawą! Ty nią jesteś!

- Nieprawda! - Wydaje się równie oburzona jak ja.

- No to kim? - pytam odruchowo.

Natychmiast tego żałuję, bo mama z tatą odwracają się jednocześnie i patrzą na mnie. Gdybym im powiedziała, że rozmawiam ze zjawą, chybaby się wściekli. Jutro zamknęliby mnie w klasztorze.

Dziewczyna unosi podbródek.

- Jestem Sadie. Sadie Lancaster.

Sadie...?

Nie. Niemożliwe.

Nieruchomieję. Mój wzrok wędruje od stojącej przede mną dziewczyny do pomarszczonej siwowłosej kobiety na zdjęciu i z powrotem. Czyżby ukazała mi się nieżyjąca stupięcioletnia cioteczna babka?

Zjawa w postaci dziewczyny też wydaje się przestraszona. Odwraca się i rozgląda po sali, jakby widziała ją pierwszy raz. Przez dłuższą chwilę, przyprawiającą o zawrót głowy, pojawia się tu i tam, zagląda w każdy kąt, we wszystkie okna, jak owad krążący wokół szklanego abażuru.

Nigdy nie miałam wyimaginowanej przyjaciółki. Nie brałam prochów. Co się ze mną dzieje? Postanawiam ignorować tę dziewczynę, wymazać ją ze świadomości, skupić się na pani pastor. Ale daremnie; jak zahipnotyzowana śledzę jej ruchy.

- Co to za miejsce? - Zbliża się do mnie i zwęża podejrzliwie oczy. Skupia wzrok na trumnie, która stoi z przodu. - Co to jest?

O Boże.

- Nic - odpowiadam pospiesznie. - Nic takiego! To tylko... Eee... Na twoim miejscu nie przyglądałabym się zbyt uważnie...

Za późno. Dziewczyna pojawia się przy trumnie i patrzy na nią. Czyta imię i nazwisko widniejące na plastikowej tabliczce: "Sadie Lancaster". Widzę, że otwiera szeroko oczy w przerażeniu. Po chwili odwraca się ku pani pastor, która ciągnie monotonnie:

- Sadie znalazła szczęście w małżeństwie, które może być inspiracją dla nas wszystkich...

Dziewczyna zbliża się do niej i patrzy na nią z pogardą.

- Ty idiotko - mówi szyderczo.

- Dożyła sędziwego wieku - ciągnie pani pastor, najwyraźniej nieświadoma tego. - Patrzę na jej zdjęcie... - Wskazuje fotografię, z wyrozumiałym uśmiechem. - I widzę kobietę, która mimo choroby przeżyła wspaniałe życie. Która znajdowała pociechę w drobnych przyjemnościach. Na przykład robótkach ręcznych.

- Robótkach ręcznych? - powtarza dziewczyna z niedowierzaniem.

- A zatem... - Pani pastor chyba kończy mowę. - Pochylmy wszyscy czoła w ostatniej chwili ciszy, zanim się z nią pożegnamy. - Schodzi z podwyższenia i znowu rozlega się muzyka organowa.

- Co będzie dalej? - Dziewczyna rozgląda się wokół, nagle czujna. Chwilę później staje przy mnie. - Co będzie dalej? Powiedz mi! No, powiedz!

- Hmm, trumna odjedzie za zasłonę - mamroczę półgłosem. - A potem... eee... - Urywam, zmieszana. Jak to taktownie powiedzieć? - Jesteśmy w krematorium, wiesz... Co oznacza, że... - Bezradnie rozkładam ręce.

Wstrząśnięta dziewczyna blednie i z przerażeniem widzę, że zaczyna niknąć, staje się przezroczysta. Mam wrażenie, jakby mdlała, albo gorzej. Przez chwilę mogę przeniknąć ją wzrokiem. Potem, jakby podjęła nagłe postanowienie, odzyskuje poprzednią postać.

- Nie. - Kręci głową. - Nie może do tego dojść. Potrzebny mi mój naszyjnik. Bardzo potrzebny.

- Przykro mi - odpowiadam bezradnie. - Nic nie mogę w tej sprawie zrobić.

- Musisz przerwać pogrzeb. - Nagle podnosi głowę i patrzy na mnie swoimi ciemnymi błyszczącymi oczami.

- Co takiego?! - Patrzę na nią baranim wzrokiem. - Nie mogę!

- Możesz! Powiedz im, żeby przerwali! - Gdy się odwracam, żeby jej nie widzieć, zjawia się po drugiej stronie. - No, wstawaj! Powiedz coś!

Mówi natarczywym, piskliwym głosem, jak małe dziecko. Odwracam głowę we wszystkie strony, żeby na nią nie patrzeć.

- Przerwij pogrzeb! Przerwij go! Muszę odzyskać naszyjnik! - Odsuwa się ode mnie trochę i zaczyna walić mnie piąstkami po piersi. Nie czuję tego, ale mimowolnie się wzdrygam. Z desperacją wstaję i robię krok do tylu, wywracając z hałasem stojące za mną krzesło.

- Laro, naprawdę wszystko w porządku? - Mama patrzy na mnie ze strachem.

- Tak - syczę. Ignorując krzyki zjawy, opadam na inne krzesło.

- Wezwę samochód - mówi stryj Bill do cioci Trudy. - Za pięć minut będzie po wszystkim.

- Przerwij to! Przerwij, przerwij, przerwij! - Głos dziewczyny zamienia się w świdrujący wrzask, od którego pękają mi bębenki w uszach. Dostaję schizofrenii. Już rozumiem, jak to się dzieje, że niektórzy rzucają się z bronią na prezydentów. Nie mogę dłużej jej ignorować. Jest jak kobieta widmo, zwiastująca śmierć. Nie wytrzymam tego. Łapię się za głowę, próbując odciąć się od jej głosu, ale bez skutku. - Przerwij to! Przerwij! Musisz to przerwać...

- Dobrze! Już dobrze! Tylko przestań się drzeć! - Zdesperowana, zrywam się na równe nogi. - Poczekajcie! - wołam. - Musimy przerwać pogrzeb! Przerwać pogrzeb!

Ku mojej wielkiej uldze dziewczyna milknie.

Cała moja rodzina odwraca się po drugiej stronie przejścia i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami jak na wariatkę. Pani pastor naciska guzik w drewnianym panelu na ścianie i muzyka organowa nagle się urywa.

- Mamy przerwać pogrzeb? - pyta w końcu mama.

W milczeniu kiwam głową. Szczerze mówiąc, nie całkiem panuję nad sobą i własnym zachowaniem.

- Ale dlaczego?

- Ja... eee... - Chrząkam. - Wydaje mi się, że jeszcze nie pora... aby odeszła.

- Laro. - Tata wzdycha. - Wiem, że ostatnio żyjesz w stresie, ale naprawdę... - Odwraca się do pani pastor. - Bardzo przepraszam. Córka nie jest sobą w ostatnim czasie. Problemy sercowe - wyjaśnia, bezgłośnie poruszając ustami.

- To nie ma z nimi nic wspólnego! - protestuję z oburzeniem, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi.

- Ach. Rozumiem. - Pani pastor skłania głowę ze współczuciem. - Laro, musimy doprowadzić ceremonię do końca - tłumaczy mi, jakbym miała trzy latka. - A potem może napijemy się razem herbaty i utniemy sobie pogawędkę. Co ty na to?

Znowu naciska guzik i znowu daje się słyszeć muzyka organowa. Chwilę później trumna rusza z lekkim trzeszczeniem i sunie w stronę kurtyny. Słyszę, że ktoś za mną gwałtownie wciąga powietrze i...

- Nieeeeee! - rozlega się rozpaczliwy okrzyk. - Nieeee! Przerwij to! Musisz coś zrobić!

Ku mojemu przerażeniu dziewczyna podbiega do trumny i usiłuje ją zatrzymać. Ale to na nic; jej ręce przechodzą przez drewno na wylot.

- Proszę! - Odwraca się do mnie i błaga: - Nie pozwól im na to!

Teraz już naprawdę wpadam w panikę. Nie wiem, skąd te halucynacje i co oznaczają, ale sprawiają wrażenie prawdziwych. Cierpienie dziewczyny wydaje się autentyczne. Nie mogę tak po prostu siedzieć i patrzeć na to.

- Nie! - krzyczę. - Stop!

- Laro... - zaczyna mama.

- Mówię poważnie! Jest uzasadniony powód, dla którego ta trumna nie może... się upiec. Trzeba to przerwać! Natychmiast! - Biegnę przejściem między ławkami. - Niech pani wciśnie ten guzik, bo inaczej ja to zrobię!

Pani pastor, wytrącona z równowagi, ponownie przyciska guzik i trumna się zatrzymuje.

- Moja droga, chyba powinnaś zaczekać na zewnątrz.

- Jak zwykle robi z siebie widowisko! - mówi Tonya ze zniecierpliwieniem. - "Uzasadniony powód"! Też coś! Jaki niby, do diabla? Kończmy to! - zwraca się władczo do pani pastor, która zżyma się lekko.

- Laro. - Nie zważając na Tonyę, kobieta zwraca się do mnie: - Naprawdę masz powód, żeby przerwać pogrzeb swojej ciotecznej babki?

- Tak!

- Jakiż to...? - Zawiesza pytająco glos.

O Boże. Co mam powiedzieć? Bo tak mi każe zjawa?

- Bo... eee...

- Powiedz, że zostałam zamordowana! - Unoszę głowę w zdumieniu i widzę dziewczynę tuż przed sobą. - No, powiedz! Wtedy będą musieli odłożyć pogrzeb. No, mów! - Stoi koło mnie i znowu wrzeszczy mi do ucha. - Mów! Mów, mów, mów!

- Podejrzewam, że ciocia babcia została zamordowana! - wyrzucam z siebie ponuro.

Cała rodzina nieruchomieje i gapi się na mnie, co już zdarzyło się parę razy. Ale jeszcze nigdy ich tak kompletnie nie zatkało. Wszyscy odwrócili się i zastygli w bezruchu z otwartymi ustami, jak na żywym obrazie. Prawie chce mi się śmiać.

- Zamordowana?! - pyta w końcu pani pastor.

- Tak - mówię stanowczo. - Mam powód przypuszczać, że doszło do przestępstwa. Musimy więc zachować ciało, żeby przeprowadzić dochodzenie.

Pani pastor powoli odwraca się w moją stronę i mruży oczy, jakby próbowała ocenić, czy mówię poważnie. Nie wie, że zawsze wygrywałam, gdy bawiłyśmy się z Tonyą w to, która z nas dłużej wytrzyma spojrzenie drugiej. Patrzę więc na nią wzrokiem, który mówi: "To wcale nie żarty".

- Zamordowana... w jaki sposób? - pyta.

- Wolałabym porozmawiać na ten temat z władzami - wypalam, jakbym występowała w którymś z odcinków Kryminalnych zagadek domu pogrzebowego.

- Chcesz, żebym zawiadomiła policję? - Patrzy na mnie z prawdziwym zdumieniem.

0 rany. Jasne, że nie chcę. Jeszcze policji mi tu trzeba! Ale nie mogę się już wycofać. Muszę odpowiedzieć coś wiarygodnego.

- Tak - rzucam po chwili. - Sądzę, że tak będzie najlepiej.

- Chyba nie mówisz serio! - wybucha Tonya. - Ona usiłuje wywołać sensację, to oczywiste!

Widzę, że pani pastor ma już Tonyi po dziurki w nosie, co jest dla mnie nawet korzystne.

- Moja droga - mówi krótko - ta decyzja nie należy do ciebie. Takie oskarżenie należy zbadać. I twoja siostra ma rację. Ciało trzeba zachować, żeby poddać je sekcji.

Chyba panią pastor poniosło. Pewnie co niedziela ogląda w telewizji kryminały. I rzeczywiście, podchodzi do mnie i pyta ściszonym głosem:

- Kto według ciebie zamordował twoją cioteczną babkę?

- Wolałabym wstrzymać się na razie od wyjaśnień - odpowiadam tajemniczo. - To bardzo skomplikowana sprawa. - Patrzę znacząco na Tonyę. - Jeśli rozumie pani, co mam na myśli.

- Słucham?! - Twarz Tonyi różowieje z gniewu. - Oskarżasz mnie?

- Nic nie powiem. - Przybieram nieprzeniknioną minę. - Chyba że policji.

- Co to za bzdury? Kończymy czy nie? - Stryj Bill chowa do kieszeni BlackBerry. - Bo mój samochód jest już w drodze, a i tak poświęciliśmy starszej pani dość czasu.

- Więcej niż dość! - włącza się ciocia Trudy. - Chodź, Diamante, to jakaś farsa! - Gniewnie, niecierpliwymi ruchami zaczyna zbierać czasopisma poświęcone celebrytom.

- Laro, nie wiem, co ty, u licha, kombinujesz. - Stryj Bill w drodze do drzwi patrzy na tatę z niezadowoleniem. - Twoja córka potrzebuje pomocy. Przeklęta wariatka.

- Laro, kochanie. - Mama wstaje z miejsca i podchodzi do mnie, ściągając z troską brwi. - Przecież nawet nie znałaś cioci Sadie.

- Może nie, a może tak. - Zakładam ręce na piersi. - Wielu rzeczy wam nie mówię.

Niemal sama zaczynam wierzyć w to morderstwo.

Pani pastor jest już wyraźnie zdenerwowana, jakby wszystko wymykało jej się spod kontroli.

- Chyba rzeczywiście będzie lepiej, jeśli zadzwonimy po policję. Laro, gdybyś mogła tu zaczekać... Pozostali chyba mogą iść.

- Laro. - Podchodzi tata i bierze mnie za rękę. - Kochanie.

- Tato... idź już. - Udaję urażoną niewinność. - Muszę zrobić, co do mnie należy. Nie martw się o mnie.

Rzucając mi różne spojrzenia: wściekłe, współczujące i pełne przerażenia, moi krewni powoli opuszczają salę, a za nimi podąża pani pastor.

Zostaję sama w ciszy. I nagle jakby przytomnieję. Co ja, do cholery, zrobiłam? Czyżbym oszalała?

To wiele wyjaśnia. Może powinnam pójść do jakiegoś miłego, spokojnego domu wariatów, w którym człowiek chodzi w koszuli nocnej, zamiast martwić się o plajtujący biznes, byłego faceta i niezapłacone mandaty za złe parkowanie.

Osuwam się na krzesło i oddycham głęboko. W przodzie sali pojawia się dziewczyna z moich halucynacji; staje przed trumną i patrzy na zdjęcie małej, zgarbionej staruszki.

- To zostałaś zamordowana czy nie? - pytam wbrew woli.

- Och, nie sądzę. - Ledwie zwraca na mnie uwagę, nie mówiąc już o jakimkolwiek podziękowaniu. Zjawa pozbawiona manier.

- Daj spokój, nie ma za co - rzucam więc nadąsana. - Zawsze do usług.

Ona jednak mnie nie słyszy. Rozgląda się po sali, jakby czegoś nie rozumiała.

- Gdzie kwiaty? Jeśli to ma być mój pogrzeb, to gdzie są kwiaty?

- Och! - Czuję wyrzuty sumienia. - Kwiaty wstawiono gdzieś indziej, przez pomyłkę. Było ich mnóstwo, naprawdę. Wyglądały fantastycznie.

Ona nie istnieje - mówię sobie żarliwie. To tylko odzywa się moje sumienie.

- A ludzie? - W jej głosie brzmi zdziwienie. - Gdzie się podziali wszyscy ludzie?

- Niektórzy nie mogli przyjść. - Krzyżuję palce za plecami, mając nadzieję, że moje słowa brzmią przekonująco. - Bardzo wielu miało zamiar, naprawdę chciało, ale...

Urywam, bo dziewczyna rozpływa się w powietrzu, gdy do niej mówię.

- I gdzie mój naszyjnik? - Podskakuję ze strachu, bo jej natarczywy głos mówi wprost do mojego ucha.

- Nie wiem, gdzie jest ten twój przeklęty naszyjnik! - wykrzykuję. - Przestań mnie dręczyć! Masz świadomość, że teraz się z tego nie wykaraskam? A ty nawet nie powiedziałaś "dziękuję"!

Zapada cisza. Dziewczyna opuszcza głowę jak zawstydzone dziecko.

- Dziękuję ci - mówi w końcu.

- Nie ma sprawy.

Bawi się metalową bransoletką w kształcie węża, który oplata jej nadgarstek, i mimowolnie przyglądam się biedaczce. Jak już mówiłam, ma ciemne, błyszczące włosy, które opadają jej na twarz, gdy pochyla głowę. Ma też długą białą szyję i teraz widzę, że jej duże przejrzyste oczy są zielonego koloru. Jej stopy tkwią w maleńkich kremowych pantofelkach ze skórki - numer cztery, jeśli się nie mylę - z takimi guziczkami, na kubańskich obcasach. Powiedziałabym, że jest w moim wieku. Może młodsza.

- Stryj Bill - mówi w końcu, wciąż obracając bransoletkę. - William. Jeden z synów Virginii.

- Tak. Virginia była moją babką. Jestem córką Michaela. Co czyni cię moją cioteczną babką... - Nie kończę, tylko chwytam się za głowę. - To jakieś szaleństwo. Skąd wiem, jak wyglądałaś? Skąd to przywidzenie?

- Nie jestem przywidzeniem! - Obrażona, unosi brodę. - Jestem rzeczywista!

- Nie możesz być rzeczywista - odpowiadam ze zniecierpliwieniem. - Ty nie żyjesz! To kim jesteś, duchem?

Zapada niezręczna cisza. Potem dziewczyna umyka wzrokiem w bok.

- Nie wierzę w duchy - mówi lekceważąco.

- Ja też - rzucam takim samym tonem. - Nie i już.

Drzwi się otwierają, a ja wzdrygam się ze strachu.

- Laro. - Pani pastor wchodzi do środka z rumieńcem na twarzy. - Rozmawiałam z policją. Masz przyjechać na posterunek.

1

Jeśli się okłamuje rodziców, to przeważnie dlatego, żeby ich chronić. Dla ich własnego dobra. Weźmy choćby moich rodziców. Gdyby znali całą prawdę o moich finansach/życiu miłosnym/instalacjach wodno-kanalizacyjnych/wysokości podatków lokalnych, natychmiast dostaliby ataku serca, i gdyby lekarz zapytał: "Czy ktoś naraził ich na szok?", byłaby to moja wina. Dlatego w ciągu dziesięciu minut, jakie spędzili w moim mieszkaniu, powiedziałam im następujące kłamstwa:

1. L&N Executive Recruitment już wkrótce zacznie przynosić zyski. Jestem tego pewna.

2. Natalie jest fantastyczną wspólniczką, to był naprawdę genialny pomysł, żeby razem z nią założyć firmę headhunterską.

3. Oczywiście, nie żywię się wyłącznie pizzą, jogurtami z czeremchą i wódką.

4. Tak, wiedziałam o naliczaniu odsetek od mandatów za nieprzepisowe parkowanie.

5. Tak, obejrzałam ten film na podstawie Dickensa na DVD, który podarowali mi na Gwiazdkę, był świetny, zwłaszcza ta dama w czepku. Peggotty, otóż to. Ją właśnie miałam na myśli.

6. Ojej, zamierzałam w weekend kupić wykrywacz dymu, co za zbieg okoliczności, że o tym wspomnieli.

7. O tak, byłoby miło spotkać się znowu z całą rodziną.

Siedem kłamstw. Nie licząc tych wszystkich o stroju mamy A jeszcze nawet nie poruszyliśmy Tematu.

Wychodzę z sypialni w czarnej sukience, pospiesznie pociągnąwszy rzęsy tuszem, i widzę, że mama ogląda zaległy rachunek telefoniczny, który leży na kominku.

- Nie martw się - mówię szybko. - Ureguluję go.

- Bo jeśli tego nie zrobisz - zauważa mama - zablokują ci linię, odblokowanie trwa potem wieki, a kiepsko tu z zasięgiem telefonii komórkowej. Co będzie w razie jakiejś sytuacji awaryjnej? Co wtedy? - Zmarszczyła brwi w niepokoju. Ma taką minę, jakby to wszystko było nieuniknione, jakby była tu rodząca kobieta, która wrzeszczy i której odchodzą wody płodowe, przelewają się przez okno... I jak teraz wezwiemy helikopter? No jak, na miłość boską?!

- Eee... nie pomyślałam o tym. Mamo, zapłacę ten rachunek. Obiecuję.

Mama zawsze się o wszystko martwi. Uśmiecha się wymuszenie, z lekkim lękiem w oczach, i już wiem, że w jej głowie przewija się jakiś apokaliptyczny scenariusz. Właśnie tak wyglądała w dniu wręczania nagród, gdy kończyłam szkołę, bo - jak się później od niej dowiedziałam - nagle zauważyła, że wielki żyrandol u sufitu wisi na naderwanym łańcuchu, i zaczęła sobie obsesyjnie wyobrażać, co by się stało, gdyby spadł na głowy dziewcząt, rozbijając się w drobny mak.

Teraz obciąga swój czarny kostium, z poduszkami na ramionach i dziwacznymi metalowymi guzikami, w którym wręcz tonie. Pamiętam go mgliście sprzed jakichś dziesięciu lat, gdy przechodziła fazę szukania pracy i musiałam uczyć jej podstaw obsługi komputera, na przykład posługiwania się myszką. W końcu podjęła pracę w organizacji charytatywnej na rzecz dzieci, a tam - na szczęście - nie obowiązuje formalny strój.

Nikomu z mojej rodziny nie jest dobrze w czerni. Tata ma na sobie garnitur z nieciekawego czarnego materiału, w którym wygląda nijako. A jest całkiem przystojny ten mój tata, w taki rasowy, nienachalny sposób. Ma ciemne cienkie włosy, podczas gdy mama jasne cienkie, jak ja. Oboje wyglądają świetnie, gdy są odprężeni i znajdują się na własnym terytorium, powiedzmy: jak wtedy, gdy byliśmy wszyscy w Kornwalii na starej lodzi taty, chodziliśmy w bluzach z polaru i obżeraliśmy się ciastkami. Albo kiedy oboje grają w miejscowej orkiestrze amatorskiej, dzięki której zresztą się poznali. Dziś jednak nikt z nas nie jest odprężony.

- To co? Gotowa? - Mama zerka na moje stopy w rajstopach. - A gdzie masz buty, kochanie?

Osuwam się na kanapę.

- Naprawdę muszę z wami jechać?

- Laro! - beszta mnie mama. - To była twoja ciocia babcia. Miała sto pięć lat.

Mówiła mi to już sto pięćdziesiąt razy. Jestem pewna, że tylko to wie o mojej cioci babci.

- No i co z tego? Nawet jej nie znałam. Nikt z nas jej nie znał. To takie głupie. Mamy wlec się aż do Potters Bar dla jakiejś starszej pani, której nie widzieliśmy na oczy?

Garbię się jak jakaś marudna trzylatka, a nie dwudziestosiedmioletnia kobieta, prowadząca własny biznes.

- Jedzie stryj Bill i inni - włącza się tata. - A jeśli oni mogą podjąć ten wysiłek...

- To uroczystość rodzinna! - dodaje mama pogodnie.

Kulę się. Mam alergię na uroczystości rodzinne. Czasami myślę, że lepiej by nam było jako dmuchawcom - nie mielibyśmy rodziny, historii, unosilibyśmy się w powietrzu, każdy leciałby w swoją stronę.

- To nie potrwa długo - perswaduje mama.

- Potrwa. - Wbijam wzrok w dywan. - I wszyscy będą mnie wypytywać o... No wiecie.

- Nie będą! - zaprzecza pospiesznie, spoglądając na tatę w oczekiwaniu wsparcia. - Nikt nawet nie wspomni o... No, wiecie.

Zapada cisza. "Temat" wisi w powietrzu. Mam wrażenie, jakbyśmy wszyscy omijali go wzrokiem. W końcu tata mówi:

- Skoro więc mowa o... No, wiecie. - Waha się przez moment. - Tak ogólnie to wszystko... w porządku?

Widzę, że mama słucha z napiętą uwagą, chociaż udaje, że jest zajęta poprawianiem włosów.

- Och - odpowiadam po chwili. - Tak, wszystko dobrze. Ale nie możecie oczekiwać, że od razu wrócę do...

- Nie, oczywiście, że nie! - Tata czym prędzej się wycofuje. Zaraz jednak próbuje znowu. - Ale... jesteś dobrej myśli?

Kiwam głową na potwierdzenie.

- Świetnie! - mówi mama z ulgą na twarzy. - Wiedziałam, że dojdziesz do siebie po... No, wiesz.

Rodzice nie wymawiają przy mnie imienia "Josh", bo dawniej, gdy je słyszałam, zaczynałam ryczeć. Przez jakiś czas mama mówiła więc o nim "ten, którego imienia lepiej nie wymieniać", a teraz stał się tym "no, wiesz".

- Ale nie jesteś... z nim w kontakcie? - Tata patrzy wszędzie, byle nie na mnie, a mama sprawia wrażenie bardzo skupionej na swojej torebce.

To kolejny eufemizm. Który znaczy: "Nie wysyłałaś do niego więcej rozpaczliwych esemesów?".

- Nie - odpowiadam, oblewając się rumieńcem. - Nie jestem z nim w kontakcie, okej?

To nie fair z jego strony, że o to pyta. Cała ta sprawa zresztą niepotrzebnie urosła do takich rozmiarów. Wysłałam do Josha tylko kilka esemesów. Najwyżej trzy dziennie. To tyle, co nic. I wcale nie były rozpaczliwe. Starałam się po prostu być szczera, otwarta, przecież tak powinien wyglądać związek.

Bo nie można nagle stłumić uczuć, tylko dlatego że tak zrobiła druga osoba, no nie? Nie można powiedzieć: "Dobra! Chcesz więc, żebyśmy przestali się widywać, przestali chodzić z sobą do łóżka, przestali odzywać się do siebie. Doskonały pomysł, Josh. Dlaczego wcześniej na to nie wpadliśmy?".

W takiej sytuacji dajesz wyraz swoim uczuciom w esemesie, bo zwyczajnie chcesz się nimi podzielić, a twój były natychmiast zmienia numer telefonu i donosi o wszystkim twoim rodzicom. Nędzny tchórz.

- Laro, wiem, że zostałaś głęboko zraniona i że to dla ciebie trudny okres. - Tata chrząka. - Ale minęły już prawie dwa miesiące. Musisz iść dalej, kochanie. Spotykać się z innymi młodymi mężczyznami... wychodzić z domu, korzystać z życia...

O Boże! Nie zniosę kolejnego wykładu taty o tym, jak to mnóstwo mężczyzn padnie do stóp takiej piękności jak ja. Bo, po pierwsze, na świecie nie ma już prawdziwych mężczyzn, i wszyscy to wiedzą. A po drugie, licząca sto pięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu dziewczyna z zadartym nosem i bladą cerą nie jest żadną pięknością.

Dobra, wiem, że czasami wyglądam nie najgorzej. Mam twarz w kształcie serca, szeroko rozstawione zielone oczy i kilka piegów na nosie. A do tego małe, pełne usta, jak nikt w rodzinie. Ale wierzcie mi, żadna ze mnie laska.

- Ty tak zrobiłeś, gdy zerwaliście z mamą wtedy w Polzeath? Zacząłeś wychodzić z domu, spotykać się z innymi kobietami? - Nie mogę się powstrzymać od tej uwagi, mimo że wchodzę na grząski grunt.

Tata tylko wzdycha i wymienia z mamą spojrzenia.

- Niepotrzebnie jej o tym mówiliśmy - mruczy mama, pocierając czoło. - Zupełnie niepotrzebnie...

- Bo gdyby tak było - ciągnę nieubłaganie - to na pewno byście się już nie zeszli, mam rację? Tata by nie powiedział, że jest smyczkiem od twoich skrzypiec, i nigdy byście się nie pobrali.

Ten tekst o smyczku i skrzypcach przeszedł już do legendy. Słyszałam tę historię miliony razy. Tata zjawił się u mamy, zlany potem, bo przyjechał na rowerze, a ona płakała, ale udawała, że ma katar, potem się rozmówili i babcia podała im herbatę z kruchymi ciasteczkami. (Nie wiem, po co ta wzmianka o ciastkach, ale faktem jest, że występuje za każdym razem).

- Laro, kochanie. - Mama wzdycha. - To było co innego, spotykaliśmy się przez trzy lata, byliśmy zaręczeni...

- Wiem! - próbuję się bronić. - Wiem, że to było co innego. Chcę tylko powiedzieć, że ludzie czasami wracają do siebie. To się zdarza.

Cisza.

- Laro, zawsze byłaś romantyczką... - zaczyna tata.

- Nie jestem romantyczką! - wołam, jakby słowo "romantyczka" było straszną obelgą. Patrzę na dywan, wygładzam go palcami stóp, ale kątem oka widzę rodziców, którzy bezgłośnie próbują się nawzajem skłonić do zabrania głosu. Mama kręci głową i wskazuje na ojca, jakby chciała powiedzieć: "Ty mów!".

- Po bolesnym rozstaniu z kimś - z niezręcznym pośpiechem zaczyna znowu tata - zawsze się myśli, że mogłoby być cudownie, gdyby... Ale...

Zaraz mi powie, że życie to nie schody ruchome. Muszę temu zapobiec, i to szybko.

- Tato, posłuchaj. Proszę. - Jakimś cudem udaje mi się mówić zupełnie spokojnie. - Nic nie rozumiesz. Wcale nie chcę wrócić do Josha. - Staram się, żeby to zabrzmiało jak absurdalny pomysł. - Nie dlatego do niego esemesowałam. Zależało mi tylko na tym, żebyśmy to wszystko jakoś zamknęli. Zerwał ze mną nagle, bez zapowiedzi, bez rozmowy, bez dyskusji. To jak... jakaś niedokończona sprawa. Jakby się czytało kryminał Agathy Christie i nie dowiedziało, kto zabił!

No. Teraz na pewno zrozumieją.

- Hmm - mruczy tata. - Rozumiem, że jesteś sfrustrowana...

- Tylko o to mi chodziło - ciągnę z przekonaniem. - Żeby poznać stanowisko Josha. Porozmawiać z nim. Porozumieć się, jak przystało na dwoje cywilizowanych ludzi.

"I wrócić do niego" - dodaje dobija jąco mój wewnętrzny głos. "Bo wiem, że Josh wciąż mnie kocha, nawet jeśli nikt w to nie wierzy".

Ale nie ma sensu mówić tego rodzicom. Nie zrozumieją. Jak mają zrozumieć? Nie mają pojęcia, jaką cudowną parą byliśmy Josh i ja; jak idealnie do siebie pasowaliśmy. Nie wiedzą, że on podjął pochopną decyzję, postąpił jak mały chłopiec, pewnie pod wpływem paniki z jakiegoś zupełnie nieistotnego powodu, i gdybym tylko mogła z nim porozmawiać, wyjaśnilibyśmy sobie wszystko i znowu bylibyśmy razem.

Czasami mam wrażenie, że wyprzedzam rodziców o lata świetlne; tak musiał czuć się Einstein, kiedy przyjaciele mu powtarzali: "Albert, wszechświat jest prosty, możesz nam wierzyć", a on myślał w duchu: "Wiem, że jest zakrzywiony. Udowodnię wam to któregoś dnia".

Mama i tata znowu bezgłośnie się porozumiewają. Powinnam uspokoić ich obawy.

- W każdym razie nie musicie się o mnie martwić - kończę pospiesznie. - Bo już z tego wyszłam. No, dobra, może jeszcze nie całkiem - poprawiam się, widząc powątpienie na ich twarzach - ale pogodziłam się z tym, że Josh nie chce ze mną rozmawiać. Zrozumiałam, że tak musiało być. Wiele się o sobie dowiedziałam i... jestem już na dobrej drodze. Naprawdę.

Uśmiecham się sztucznie. Mam wrażenie, że recytuję mantrę jakiejś porąbanej sekty. Powinnam mieć na sobie szatę do ziemi i uderzać w tamburyn.

"Hare hare... już z tego wychodzę... hare hare... jestem już na dobrej drodze...".

Tata i mama znowu spoglądają na siebie. Nie mogę się zorientować, czy mi uwierzyli, w każdym razie możemy wybrnąć z tej niezręcznej rozmowy.

- To mi się podoba! - mówi tata z wyrazem ulgi na twarzy. - Jesteś dzielna, Laro, wiedziałem, że sobie poradzisz. Powinnaś skupić się teraz na tym swoim biznesie z Natalie, który idzie tak świetnie...

Mój uśmiech staje się jeszcze bardziej sekciarski.

- No właśnie!

"Hare hare... mój biznes idzie świetnie... hare hare... Nie jest wcale katastrofą...".

- Tak się cieszę, że masz to już za sobą. - Mama podchodzi i całuje mnie w czubek głowy. - A teraz lepiej się zbierajmy. Włóż jakieś czarne pantofle, szybciutko!

Wstaję z pełnym niechęci westchnieniem i człapię do sypialni. Jest piękny, słoneczny dzień. A ja mam go spędzić na tej koszmarnej rodzinnej imprezie, poświęconej zmarłej stupięcioletniej staruszce.

* * *

Gdy zajeżdżamy na mały parking przy Domu Pogrzebowym Potters Bar, zauważam grupkę ludzi przed wejściem do budynku. Potem dostrzegam kamerę telewizyjną i mechate mikrofony nad głowami zgromadzonych.

- Co się dzieje? - Wyglądam przez okno samochodu. - To ma coś wspólnego ze stryjem Billem?

- Pewnie tak. - Tata kiwa głową.

- Chyba ktoś kręci o nim film dokumentalny - dodaje mama. - Trudy mi o tym wspominała. W związku z jego książką.

Tak to jest, gdy ma się wśród krewnych celebrytę. Trzeba się przyzwyczaić do stałej obecności kamer telewizyjnych. I do tego, że kiedy się przedstawiasz, ludzie pytają: "Chyba nie z tych

Lingtonów? Od Lingtons Coffee, he, he?", a gdy potwierdzasz, odbiera im mowę.

Stryj Bill jest tym Billem Lingtonem, który w wieku dwudziestu sześciu lat, zaczynając od zera, założył Lingtons Coffee, a następnie przekształcił je w prawdziwe imperium, światową sieć barów kawowych. Jego twarz widnieje na firmowych kubkach do kawy, przez co stał się sławny jak Beatlesi. Gdybyście go zobaczyli, natychmiast byście go poznali. A teraz stał się jeszcze sławniejszy, bo wydał autobiografię pod tytułem Dwie monety, która wyszła w zeszłym miesiącu i od razu stała się bestsellerem. W jej ekranizacji pewnie zagra go Pierce Brosnan.

Oczywiście, przeczytałam tę książkę od deski do deski. Opowiada o tym, jak to stryjowi zostało tylko dwadzieścia pensów i kupił za nie kawę, która miała tak ohydny smak, że wpadł na pomysł, aby założyć sieć kawiarni. Otworzył jedną, potem drugą i tak dalej, aż zawojował świat. Ma ksywkę Alchemik i jak pisano w jakimś zeszłorocznym artykule, wszyscy biznesmeni na tej planecie chcieliby poznać tajemnicę jego sukcesu.

Dlatego zaczął prowadzić te swoje wykłady pod hasłem Dwie monety. Potajemnie poszłam kilka miesięcy temu na jeden z nich. Żeby ewentualnie uzyskać wskazówki, jak poprowadzić świeżo otwarty biznes. Przyszło ze dwieście osób, które chłonęły każde słowo mówcy. Na zakończenie mieliśmy podrzucić dwie monety i powiedzieć: "To mój początek". Cała sprawa była żenująca, ale wszyscy wokół mnie byli naprawdę zbudowani. Jeśli o mnie chodzi, słuchałam uważnie przez cały czas, ale wciąż nie wiem, jak on to zrobił.

Miał dwadzieścia sześć lat, kiedy zarobił pierwszy milion. Dwadzieścia sześć! Założył biznes i natychmiast odniósł sukces. Podczas gdy ja założyłam biznes pół roku temu i tylko świruję.

- Może ty i Natalie też pewnego dnia napiszecie książkę! -mówi mama, jakby czytała w moich myślach.

- Globalna dominacja jest tuż-tuż! - włącza się z entuzjazmem tata.

- Patrzcie, wiewiórka! - Pospiesznie wskazuję za okno.

Rodzice bardzo mi pomogli przy zakładaniu firmy, nie mogę powiedzieć im prawdy. Zmieniam więc temat, gdy tylko wspominają o tej sprawie.

Ściśle rzecz biorąc, mama nie od razu zaczęła mnie wspierać. Na początku, kiedy oznajmiłam, że rzucam pracę w marketingu, podejmuję wszystkie oszczędności i zakładam firmę headhunterską, choć nigdy nie byłam headhunterką i zupełnie się na tym nie znałam, okropnie się zdenerwowała.

Uspokoiła się, gdy jej wyjaśniłam, że wchodzę w spółkę z moją najlepszą przyjaciółką, Natalie. I że Natalie, która była szefową headhunterów, stanie na czele firmy, a ja zajmę się robotą papierkową i marketingiem, jednocześnie ucząc się fachu. I że mamy już kilka kontraktów, więc szybko spłacimy pożyczkę z banku.

Plan wydawał się świetny. Bo to był świetny plan. Ale miesiąc temu Natalie wyjechała na urlop na Goa, tam zakochała się w jakimś dupku z plaży i po tygodniu przysłała mi esemes z wiadomością, że nie wie, kiedy wróci, ale wszystko jest w komputerze, na pewno sobie poradzę, a tam surfuje się cudownie, naprawdę powinnam przyjechać, ucałowania, Natalie xxxxxxxx.

Nigdy już nie wejdę w spółkę z Natalie. Nie ma mowy.

- Czy jest już wyłączony? - Mama stuka niepewnie w klawiaturę swojego telefonu komórkowego. - Wolałabym, żeby nie zadzwonił w czasie ceremonii.

- Pokaż, zobaczę. - Tata parkuje samochód, gasi silnik i bierze od mamy aparat. - Przełączyłaś go na tryb przyciszony.

- Nie! - woła z przerażeniem mama. - Chcę go wyłączyć! Bo jeśli tryb przyciszony okaże się nieprzyciszony, to...

- Zrobione. - Tata wciska guzik z boku. - Proszę. - Oddaje telefon mamie, która obraca go podejrzliwie w rękach.

- A co będzie, jeśli włączy mi się w torebce? - Patrzy błagalnie na nas oboje. - Mary zdarzyło się coś takiego w klubie jachtowym, pamiętacie. To świństwo ożyło w jej torebce i zaczęło dzwonić, gdy zasiadała w jury. Podobno uderzyła nim w coś czy go dotknęła...

Mówi coraz wyższym tonem i brakuje jej tchu. Moja siostra Tonya straciłaby w tym momencie cierpliwość i warknęłaby: "Nie bądź głupia, mamo, telefon sam się nie włączy!".

- Mamo. - Delikatnie wyjmuję z jej dłoni aparat. - A może po prostu zostawimy go w samochodzie?

- Dobrze. - Uspokaja się trochę. - Tak, to dobry pomysł. Wsadzę go do schowka na rękawiczki.

Zerkam na tatę, który uśmiecha się do mnie nieznacznie. Biedna mama. Ma tyle niepotrzebnych problemów. Powinna widzieć je we właściwych proporcjach.

Gdy zbliżamy się do domu pogrzebowego, słyszę charakterystyczny głos stryja Billa i rzeczywiście, przedzierając się przez tłumek, widzimy go, jak zwykle w skórzanej kurtce, opalonego, z szopą włosów. Wszyscy wiedzą, że stryj Bill ma obsesję na punkcie swoich włosów. Są grube, błyszczące i czarne, a jeśli jakaś gazeta sugeruje, że farbuje je, grozi, że pozwie ją do sądu.

- Rodzina jest najważniejsza - mówi do dziennikarki w dżinsach. - Rodzina to opoka, która daje oparcie. Jeśli muszę zmienić plany z powodu pogrzebu w rodzinie, to trudno.

Widzę, że zebrani przyjmują to z podziwem. Dziewczyna, która trzyma w dłoni kubek Lingtons Coffee, wychodzi niemal z siebie i raz po raz szepcze do przyjaciółki:

- To naprawdę on!

- Jeśli możemy na tym skończyć... - Jeden z asystentów stryja Billa podchodzi do operatora. - Bill musi już iść do domu pogrzebowego. Dziękujemy państwu. Jeszcze tylko kilka autografów. - dodaje, zwracając się do tłumu.

Czekamy cierpliwie z boku, aż wszyscy chętni uzyskają autograf stryja Billa, nagryzmolony wiecznym piórem na kubkach do kawy albo na programach pogrzebowych. W końcu się rozchodzą, a stryj odwraca głowę w naszą stronę.

- Cześć, Michael. Miło cię widzieć. - Ściska tacie rękę i zaraz znowu zwraca się do asystenta: - Masz już Steve'a na linii?

- Proszę. - Ten pospiesznie podaje stryjowi telefon.

- Cześć, Bill! - Tata jest nieodmiennie uprzejmy dla brata. - Dawno się nie widzieliśmy. Co u ciebie? Gratulacje z powodu książki.

- Dzięki za podpisany egzemplarz! - włącza się mama z ożywieniem.

Stryj Bill krótko kiwa nam wszystkim głową, a potem mówi do telefonu:

- Steve, właśnie dostałem twój e-mail. - Rodzice patrzą na siebie porozumiewawczo. Najwyraźniej to koniec audiencji.

- Dowiedzmy się, dokąd mamy iść - mamrocze mama do taty. - Idziesz, Laro?

- Zostanę tu jeszcze chwilę - odpowiadam pod wpływem impulsu. - Zobaczymy się w środku!

Czekam, aż rodzice znikną za drzwiami, i podchodzę do stryja Billa. Nagle bowiem przyszedł mi do głowy szatański plan. Na swoim seminarium stryj mówił, że aby odnieść sukces w dziedzinie przedsiębiorczości, należy korzystać z każdej okazji, jaka się nadarzy. Cóż, zajmuję się przedsiębiorczością, no nie? A to jest właśnie okazja, czyż nie?

Gdy stryj wreszcie kończy rozmowę telefoniczną, mówię niepewnie:

- Cześć, stryju. Mogę zająć ci chwilę?

- Poczekaj. - Unosi dłoń i znowu przytyka swojego Black-Berry do ucha. - Witaj, Paulo. Co tam? - Rzuca na mnie spojrzenie i kiwa głową, czym, jak się domyślam, daje mi znak, żebym mówiła dalej.

- Wiesz, że jestem teraz headhunterką? - Uśmiecham się nerwowo. - Założyłam z przyjaciółką firmę. Nazywa się L&N Executive Recruitment. Mogę opowiedzieć ci o naszej działalności?

Stryj Bill marszczy w zamyśleniu czoło, po czym mówi:

- Poczekaj moment, Paulo.

O rany! Odrywa się od telefonu! Dla mnie!

- Specjalizujemy się w poszukiwaniu wysoko kwalifikowanych, umotywowanych specjalistów na wyższe stanowiska kierownicze - ciągnę, starając się nie mówić pospiesznie. - Pomyślałam, że mógłbyś porozmawiać z kimś z twojego działu rekrutacji, wyjaśnić, jakie świadczymy usługi, skontaktować nas z sobą...

- Laro. - Stryj Bill podnosi rękę, żeby mi przerwać. - Co byś powiedziała, gdybym skontaktował cię z szefową mojego działu rekrutacji i powiedział jej: "To moja bratanica, daj jej szansę"?

Ogarnia mnie szalona radość. Mam ochotę zaśpiewać Hallelu jah. Opłaciła mi się śmiałość!

- Podziękowałabym ci z całego serca, stryju! - odpowiadam, z trudem starając się zachować spokój. - Dam z siebie wszystko, będę tyrać dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, odwdzięczę się...

- Nie. - Wchodzi mi w słowo. - Nic z tego. Nie miałabyś szacunku dla samej siebie.

- S-s-słucham? - Odbiera mi mowę ze zdumienia.

- Mówię: nie. - Uśmiecha się do mnie, odsłaniając lśniące białe zęby. - Wyświadczam ci przysługę, Laro. Jeśli sama sobie poradzisz, będziesz miała większą satysfakcję. Poczucie, że osiągnęłaś coś samodzielnie.

- Dobrze. - Przełykam ślinę. Twarz pali mnie z upokorzenia. - Eee... chcę osiągnąć coś samodzielnie. Chcę ciężko pracować. Przyszło mi tylko do głowy, że...

- Jeśli ja mogłem do czegoś dojść, mając tylko dwie monety, to ty też możesz, Laro. - Patrzy mi w oczy przez moment. - Uwierz w siebie. Uwierz w swoje marzenia. Proszę.

O nie, tylko nie to! Błagam. Sięga do kieszeni i wręcza mi dwie dwupensówki.

- To twoje dwie monety. - Rzuca mi poważne, głębokie spojrzenie, jedno z tych, które prezentuje w reklamie telewizyjnej. - Laro, zamknij oczy. Wczuj się. Uwierz w to. Powiedz sobie: "Od tego zaczynam".

- "Od tego zaczynam" - mamroczę, kuląc się cała.

Stryj Bill kiwa głową, a potem wraca do rozmowy telefonicznej.

- Paulo, przepraszam, że kazałem ci czekać.

Umykam, spocona ze wstydu. To tyle, jeśli chodzi o korzystanie z okazji. Tyle, jeśli chodzi o kontrakty. Pragnę już tylko przebrnąć przez ten pogrzeb i wrócić do domu.

Okrążam budynek i wchodzę przez główne, przeszklone drzwi domu pogrzebowego, aby znaleźć się w holu z tapicerowanymi krzesłami, plakatami przedstawiającymi gołębie i atmosferą skupienia. Nie ma tu nikogo, nawet w recepcji.

Nagle słyszę śpiew dochodzący zza drzwi z jasnego drewna. Niech to szlag trafi! Już się zaczęło. Beze mnie. Pospiesznie pcham drzwi, i oczywiście widzę rzędy ławek pełnych ludzi. W sali panuje taki tłok, że z trudem wciskam się do środka. Stojący z tyłu muszą usunąć się na bok. Znajduję sobie miejsce, starając się robić jak najmniej zamieszania.

Odwracam się, usiłując odszukać wzrokiem mamę z tatą, i zdumiewa mnie liczba zgromadzonych. I ilość kwiatów. Po obu stronach sali znajdują się wspaniałe aranżacje kwiatowe w odcieniach bieli i kremu. Kobieta stojąca z przodu śpiewa Pieje-su, ale przede mną tłoczy się tyle osób, że niewiele widzę. Obok mnie para ludzi pociąga nosem, jakiejś dziewczynie łzy spływają po twarzy, nawet ich nie ociera. Czuję się trochę nie w porządku. Ci wszyscy ludzie przyszli tu dla mojej cioci babci, a ja jej nawet nie znałam.

Nie przysłałam też kwiatów, co nagle uzmysławiam sobie ze wstydem. Może powinnam była napisać jakąś kartkę czy coś takiego? Boże, mam nadzieję, że mama i tata załatwili wszystko, co trzeba.

Muzyka jest naprawdę piękna, a nastrój tak uroczysty, że nagle - nic nie mogę na to poradzić - czuję pieczenie w oczach. Obok mnie stoi starsza pani w czarnym aksamitnym kapeluszu, która zauważa to i cmoka ze współczuciem.

- Masz chusteczkę, moja droga? - pyta szeptem.

- Nie - przyznaję, więc natychmiast otwiera dużą staroświecką torebkę z lakierowanej skóry. Ze środka wydobywa się zapach kamfory i dostrzegam kilka par okularów, opakowanie miętówek, kartonik z wsuwkami do włosów, pudełeczko z napisem "sznurek" i pół paczki herbatników pełnoziarnistych.

- Na pogrzeb zawsze powinno się zabierać chusteczkę. - Podaje mi paczkę chusteczek jednorazowych.

- Dziękuję. - Przełykam łzy i wyciągam jedną z nich. - To bardzo miłe z pani strony. A przy okazji, jestem wnuczką siostry.

Ze zrozumieniem kiwa głową.

- To muszą być dla ciebie trudne chwile. Jak radzi sobie rodzina?

- Eee... dobrze... - Składam chusteczkę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie mogę przecież wyznać: "Nikt się specjalnie nie przejął, a stryj Bill na zewnątrz rozmawia przez telefon". - Cóż, musimy wspierać się nawzajem - improwizuję w ostatniej chwili.

- Właśnie. - Starsza pani z powagą kiwa głową, jakbym powiedziała coś naprawdę mądrego, w przeciwieństwie do oklepanych frazesów z kartek pocztowych. - Musimy się wspierać. - Bierze mnie za rękę. - Gdybyś miała ochotę porozmawiać, to jestem do twojej dyspozycji. To dla mnie zaszczyt poznać krewną Berta.

- Dziękuję pani... - zaczynam odruchowo, a potem milknę.

Berta?

Ciocia babcia nie nazywała się Bert, jeśli dobrze pamiętam. Nawet jestem pewna. Miała na imię Sadie.

- Wiesz, jesteś nawet do niego podobna. - Kobieta przygląda mi się uważnie.

Cholera. To nie ten pogrzeb.

- Coś z czołem. I masz jego nos. Mówił ci to już ktoś, moja droga?

- Uhm... Nieraz! - odpowiadam w panice. - Właściwie to już muszę... eee... Dziękuję bardzo za chusteczkę... - Pospiesznie zaczynam wycofywać się w stronę drzwi.

- To wnuczka siostry Berta. - Słyszę za sobą głos starszej pani. - Jest bardzo przybita, biedactwo.

Praktycznie rzucam się do drzwi z jasnego drewna i wypadam do holu, niemal tratując mamę i tatę. Stoją z kobietą w czarnym kostiumie, o puszystych siwych włosach, która trzyma w dłoni plik ulotek.

- Laro! Gdzie byłaś? - Mama ze zdziwieniem patrzy na drzwi. - Co tam robiłaś?

- Była pani na pogrzebie pana Coxa? - Siwowłosa kobieta wydaje się zgorszona.

- Zgubiłam się! - mówię obronnym tonem. - Nie wiedziałam, dokąd mam iść! Trzeba było wywiesić informację na drzwiach!

Kobieta w milczeniu podnosi rękę i wskazuje napis z plastikowych liter na drzwiach: "Bertram Cox - 13.30". Jasna cholera! Jak to się stało, że tego nie zauważyłam?

- Hmm, wszystko jedno. - Próbuję zachować godność. - Idźmy już. Musimy zająć miejsca.