Rozdział 1. Apokalipsa '44
Rozdział 1
Apokalipsa '44
Godzina "W"
Powstanie Warszawskie wybuchło kilka tygodni za wcześnie, a może
kilkanaście dni za późno. W połowie lipca wśród Niemców panowała bowiem
panika, a przez miasto przetaczały się transporty z rozbitymi przez
Sowietów oddziałami Wehrmachtu. Dworce kolejowe były blokowane przez
pociągi z rannymi, ewakuowano urzędy i zakłady przemysłowe. W popłochu
opuszczały stolicę rodziny niemieckich oficerów i urzędników, a zamęt
powiększały jeszcze informacje o nieudanym zamachu na Hitlera. Wydawało
się, że lada chwila miasto będzie wolne.
"Ulice Warszawy były jakby odmienione - wspominał oficer wywiadu AK
Kazimierz Leski. - Młodzież polska zachowywała się swobodnie. Patrole
niemieckie jakby nie zwracały uwagi i nie widziały grup Polaków, które w poprzednich okresach na pewno by zatrzymały. Nie honorowano już napisów
Nur für Deutsche. W ostatnich tygodniach lipca 1944 roku jechałem
tramwajem z Pragi aleją Trzeciego Maja, a więc przez dzielnicę
zamieszkaną przez Niemców. Czekali na przystankach, zamierzając zająć
miejsce w przeznaczonej dla nich części tramwaju. Motorniczy jednak
tramwaju nie zatrzymał, wołając do czekających, wspólnie zresztą z pasażerami, że tramwaj jest tylko dla Polaków"1.
Niestety, właściwy moment minął, hitlerowcy opanowali sytuację, a w pobliżu miasta pojawiły się dwa doborowe niemieckie korpusy pancerne.
Pod Radzyminem doszło do bitwy, w wyniku której sowiecka ofensywa
została powstrzymana.
Tymczasem w stolicy panowały bojowe nastroje - członkowie Armii Krajowej
przez pięć lat czekali na wybuch powstania, gdy więc 27 lipca okupanci
polecili mieszkańcom stolicy stawić się do budowy umocnień, w konspiracyjnych oddziałach zarządzono mobilizację. Ale rozkaz niemiecki
został przez warszawiaków zignorowany i pogotowie bojowe odwołano.
Młodzież nie ukrywała zawodu, Warszawa chciała walczyć. Członkowie AK
byli jednak żołnierzami i rozumieli, czym jest dyscyplina wojskowa. Broń
leżała w magazynach i nawet największy entuzjazm nie mógł zastąpić jej
braku. Nie groził zatem spontaniczny wybuch powstania.
Większym problemem były nastroje w sztabie Armii Krajowej. Dowódcy
podziemia ignorowali upomnienia władz z Londynu, twierdząc, że "to oni
będą się bili, więc oni muszą decydować". I chociaż naczelny wódz,
generał Kazimierz Sosnkowski, uważał, że "powstanie zbrojne byłoby aktem
pozbawionym politycznego sensu, mogącym za sobą pociągnąć niepotrzebne
ofiary", to w Warszawie dojrzewało przekonanie o konieczności walki.
Zignorowano zalecenia Sosnkowskiego, mówiące o "zaoszczędzeniu
substancji biologicznej narodu w obliczu podwójnej groźby
eksterminacji", i zapadła decyzja o wybuchu powstania.
Dowództwo AK tylko w jednej kwestii zgadzało się z władzami w Londynie:
zdawano sobie sprawę, że sowiecka ofensywa oznacza nową okupację, a hitlerowców zastąpią komuniści. Ale gdy sztab AK chciał wywołać
powstanie zbrojne, naczelny wódz zalecał przejście do "nowej
konspiracji, nielicznej i starannie dobranej". Niestety, w stolicy
dominowała na ten temat inna opinia i praktycznie wypowiedziano
posłuszeństwo "starym sklerotykom" z Londynu.
Generał Leopold Okulicki ("Niedźwiadek"), zastępca dowódcy Armii
Krajowej, twierdził, że "potrzebny jest czyn" i że "tylko przez walkę
można wykazać dążenie narodu do wolności i niepodległości". Uważał, iż
mury stolicy muszą się walić, a krew lać strumieniami, "aż opinia
publiczna wymusi na rządach zmianę decyzji z Teheranu". Presji
Okulickiego uległ komendant główny AK, generał Tadeusz Komorowski
("Bór"), człowiek o słabym charakterze, którego kompetencje "ograniczały
się do umiejętności dowodzenia pułkiem kawalerii". Mimo iż w połowie
lipca Komorowski uważał, że "powstanie nie ma szans powodzenia", to
jednak ostatecznie zgodził się z Okulickim.
Zwolennikiem walki zbrojnej był również pułkownik Antoni Chruściel
("Monter") - komendant Okręgu Warszawskiego AK. Podobne zdanie miał szef
sztabu Komendy Głównej, generał Tadeusz Pełczyński ("Grzegorz").
Przejawiał on zresztą zadziwiającą beztroskę i zapytany, co się stanie,
jeżeli Sowieci się zatrzymają, odparł: "No to Niemcy nas wyrżną". Nikt
nie chciał słuchać pułkownika Janusza Bokszczanina ("Sęk"), który
przekonywał, że Rosjanie zapewne wstrzymają ofensywę, gdy w Warszawie
wybuchnie powstanie. "Sęk" uważał, że nie można rozpocząć walki, dopóki
sowiecka artyleria nie zacznie ostrzeliwać pozycji niemieckich na lewym
brzegu Wisły.
Decydująca odprawa odbyła się 31 lipca po południu, w mieszkaniu przy
ulicy Pańskiej 16. Na zebraniu sztabu AK podjęto decyzję o rozpoczęciu
walki następnego dnia. Odpowiedni rozkaz podpisano o godzinie
dziewiętnastej i łączniczki ruszyły w miasto. Do wybuchu powstania
pozostały dwadzieścia dwie godziny.
Godzinę "W" wyznaczono na godzinę siedemnastą 1 sierpnia, wykluczając w ten sposób możliwość powiadomienia wszystkich podległych oddziałów.
Łączniczki miały bowiem zaledwie godzinę na przekazanie rozkazów
(godzina policyjna zaczynała się o dwudziestej), a cała akcja ruszyła
właściwie dopiero rano. Ale nawet wówczas przebiegała z dużymi
problemami, wielu członków podziemia przecież normalnie pracowało i należało ich dopiero odnaleźć. W efekcie znaczny procent bojowników nie
dotarł w terminie na wyznaczone miejsca koncentracji.
"Idąc ulicą Złotą do Marszałkowskiej - wspominał przedpołudnie 1
sierpnia Zbigniew Mróz ("Ed") - włączyłem się w rojny potok ludzki, w którym przeważała młodzież. Obserwowałem ich twarze pełne nerwowego
napięcia i powagi. Przeważnie każdy z młodych ludzi starał się upodobnić
do żołnierza jakimś bodaj szczegółem ubrania. Jedni nosili buty
oficerki, inni pasy wojskowe. Sylwetki wyprostowane, krok sprężysty.
[...] Idąc za nimi, obserwowałem ich sylwetki. Kilku z nich ukrywało
broń pod płaszczami; zdradzały ich nienaturalne wypukłości ich odzieży.
[...] Jezdnią mknęły pojedyncze samochody ciężarowe, załadowane
żołnierzami niemieckimi, którzy trzymali broń gotową do strzału.
Wskazówki zegara posuwały się nieubłaganie. Zbliżała się godzina
"W""2.
Poważne konsekwencje niosła również wyznaczona godzina powstania. Według
sztabu AK miała ona zapewnić bojownikom wtopienie się w tłum i spokojne
przemieszczanie oddziałów na miejsca zbiórek. W rzeczywistości jednak
spowodowała niepotrzebne straty wśród ludności cywilnej, były to bowiem
godziny popołudniowego szczytu. Na domiar złego wybuch powstania odciął
tysiące warszawiaków od miejsc zamieszkania.
"Tego dnia, 1 sierpnia - wspominał Czesław Miłosz - szliśmy z Janką na
poobiednią herbatę i rozmowę do Tygrysów [znajomych - S.K.], z którymi
chciałem omówić niesłychanie ważne sprawy, mianowicie nowy przekład
angielskiego wiersza. Nie należy nigdy być zbyt pewnym, wychodząc na
spacer, że wróci się do domu, nie tylko dlatego, że nam może się coś
zdarzyć, również dlatego, że dom może przestać istnieć. Spacer miał
trwać bardzo długo.
Dziesięć minut beztroski i pogodnego nieba. Potem niespodziewanie
wszystko uległo pęknięciu i zmieniłem kąt widzenia, ponieważ poruszałem
się na czworakach. [...] Karabiny maszynowe biły w cokolwiek, co się
poruszało. Niedaleko mieszkała pewna znajoma rodzina, ale kiedy nie
można iść ani biec, przebycie każdych stu metrów jest całą
podróżą"3.
Tragedia pierwszych dni
Najważniejszym problemem powstańców był brak uzbrojenia. Wiosną okupanci
odkryli wiele tajnych magazynów, poważnie uszczuplając konspiracyjne
zasoby, a na początku lipca część zapasów odesłano na wschód. Planowano
wówczas wyłączenie stolicy z akcji zbrojnej, a po zmianie decyzji nie
starczyło już czasu na ściągnięcie uzbrojenia z powrotem. W efekcie w chwili wybuchu walk w Warszawie zaledwie dziesięć procent powstańców
dysponowało bronią palną. Najczęściej była to zresztą broń krótka,
zupełnie nieprzydatna podczas atakowania umocnionych pozycji. Na domiar
złego, z powodu zbyt krótkiego odstępu czasu pomiędzy decyzją o wybuchu
powstania a rozpoczęciem walk, wielu oddziałom nie zdążono dostarczyć
broni ze stołecznych magazynów.
Niepokojąco przedstawiały się również zapasy amunicji. Przy umiejętnym
gospodarowaniu (zgodnie z zasadą "jeden strzał, jeden Niemiec") mogło
jej wystarczyć zaledwie na cztery-pięć dni.
W tej sytuacji "Monter" wydał polecenie, aby żołnierze AK uzbrajali się
w siekiery, kilofy i łomy! Tak wyposażeni mieli zdobywać broń w walce z doskonale uzbrojonym wrogiem. Nawet w początkowej fazie bitwy o Stalingrad rekrutom Armii Czerwonej przydzielano jeden karabin na dwóch.
"W żadnej armii, poza sowiecką, nie wydawano rozkazów zdobywania broni
na wrogu - oburzał się profesor Paweł Wieczorkiewicz. - I atakowania
nieprzyjacielskich pozycji gołymi rękoma. W przedwojennej armii polskiej
takie coś było nie do pomyślenia. Jest granica szafowania ludzkim
życiem. A poza tym bić się do końca może zawodowe wojsko, ale nie
cywile"4.
Po latach szokująco brzmią wydawane wówczas rozkazy. Dowodzący siłami
powstańczymi "Monter" twierdził, że podwładni "muszą zdobyć sobie broń,
idąc nawet z kijami i pałkami, a ci, którzy niezdolni są do tego, pójdą
pod sąd". Wtórowali mu dowódcy niższego szczebla, a pułkownik Mieczysław
Niedzielski oznajmił: "przystępujemy do walki z tym, co posiadamy".
Brakujące uzbrojenie należy "zdobyć w walce, a kto nie ma granatu, niech
bierze kamień". Wtrącał swoje generał Pełczyński, twierdząc, że "w wojsku każde zadanie jest wykonalne, jeżeli chce się je wykonać". Na
efekty nie trzeba było długo czekać.
"Na zewnątrz murów, na ścieżce - opisywała atak na uniwersytet Halina
Zakrzewska ("Beda"), oficer wywiadu AK - ukazał się nagle szereg
biegnących w jasnych prochowcach chłopaków, który wydłużał się, próbując
otoczyć uniwersytecki mur. Co któryś trzymał rękę w prawej kieszeni
płaszcza, przypuszczalnie obciążonej bronią. Co to może być za broń,
która mieści się spokojnie w kieszeni prochowca? O Boże, czym oni chcą
zdobywać Uniwersytet? "Berek" [porucznik Bernard Zakrzewski, mąż Haliny
- S.K.] przysunął się do mnie i również patrzył przez okno na atak
powstańców na Uniwersytet. Nagle jeden z prochowców upadł, następny
przeskoczył leżącego i biegł dalej z granatem. Widziałam wyraźnie
zaciśniętą pięść, gwałtownie wyszarpniętą z prawej kieszeni, wymach
ramieniem. I granat przelatujący przez uniwersytecki mur. Padł następny
prochowiec i następny, i następny. Ścieżką wciąż nadbiegali chłopcy w prochowcach. Czoło tego żywego łańcucha było już dawno za zakrętem,
zniknęło mi z pola widzenia. Prochowce padały coraz gęściej. Odeszłam od
okna"5.
Mając szczupłe i słabo uzbrojone siły, należało skoncentrować się na
najważniejszych punktach miasta, a nie atakować niemal wszystkie
placówki okupanta. W ten sposób nie opanowano żadnego (!) z podstawowych
celów: mostów, lotniska, urzędów czy nawet siedziby "Nowego Kuriera
Warszawskiego", ponosząc ogromne straty.
Masakrą zakończył się atak na tzw. dom Schichta (obecnie Mazowieckie
Centrum Stomatologii) w pobliżu mostu Kierbedzia. Budynek był otoczony
zasiekami i wyposażony w artylerię przeciwlotniczą, osłaniały go również
pobliskie baterie działek szybkostrzelnych. Wewnątrz stacjonowały dwie
kompanie wojska, gmach miał tylko jedno wejście prowadzące po wysokim
betonowym pomoście.
Do ataku wyznaczono 103 Kompanię zgrupowania "Bończa" i tuż przed akcją
jej członkowie zgłosili się po broń.
"Zacząłem szukać wzrokiem tej broni - wspominał Edward Łopatecki
("Młodzik"). - Na podłodze - nie było, na tapczanie - nie. Na stole
stały za to dwie puszki po ogórkach, które mnie zupełnie nie
zainteresowały.
- Gdzie ta broń?
Podporucznik "Wilk" wskazał palcem na puszki stojące na stole i stwierdził z zażenowaniem:
- To wszystko. Tylko 40 granatów"6.
Czterdzieści granatów na czterdziestu dziewięciu żołnierzy oraz trzy
pistolety (dwa zabrane granatowej policji i jeden będący własnością
prywatną). Nic zatem dziwnego, że atak zakończył się masakrą. 103
Kompania przestała istnieć, zginęło czterdziestu trzech ludzi. Straty
niemieckie wyniosły jednego zabitego.
Podobnie było w innych dzielnicach. Jan Sidorowicz, który w chwili
wybuchu powstania miał dziesięć lat, dobrze zapamiętał atak powstańców
na gmachy SS w alei Szucha. Przeciwko bunkrom, zasiekom i wozom
pancernym ruszyła setka młodych ludzi z rewolwerami i granatami domowej
produkcji. Po godzinie strzelanina ucichła, a Niemcy mieli okazję do
zemsty: "Po powstaniu dowiedziałem się, że z atakującego Szucha
dywizjonu "Jeleń" (przedwojenni Ułani Lubelscy) na 98 żołnierzy ocalało
siedmiu. Przed wycofaniem się w nocy na Mokotów zrobili jeszcze zasadzkę
na Niemców wchodzących do domu Flory 5, zabijając kilku. W efekcie
Niemcy rozstrzelali natychmiast wszystkich mieszkańców Flory 9 i Flory
5, w tym moich 9-letnich kolegów ze szkoły. Dobili bagnetami wszystkich
rannych i zastrzelili pozostałe z nimi sanitariuszki. Myśmy ocaleli
przez przypadek"7.
Warszawę ogarnął mimo to niebywały entuzjazm i do powstańczych oddziałów
zgłaszały się tłumy ochotników. Wprowadziło to Niemców w prawdziwe
osłupienie, stwierdzali ze zgrozą, że "szał walki" ogarnął "nawet
Polaków dotychczas uważanych za lojalnych". I tak miało być przez
następne tygodnie.
Tajemnica powstania na Pradze
Równocześnie z powstaniem w lewobrzeżnej Warszawie rozpoczęły się walki
na Pradze. Tam jednak wydarzenia przebiegały według innego scenariusza i do dzisiaj właściwie nie udało się w pełni odtworzyć kolejności
wypadków.
Prascy powstańcy uderzyli na kilkanaście umocnionych miejsc, niemal
wszędzie bezskutecznie. Mieczysław Floręcki, który mieszkał przy ulicy
Zakopiańskiej na Saskiej Kępie, wspominał po latach: "Koło szóstej 1
sierpnia 1944 roku usłyszałem, że w Warszawie coś się dzieje. Za Wisłą
była coraz większa strzelanina, z dachu widać było dymy. A tu naraz
zaczęła strzelać małokalibrowa artyleria przeciwlotnicza, którą Niemcy
ustawili na wlocie mostu Poniatowskiego. Tylko że żadnych samolotów nie
było. [...] Koło ronda Waszyngtona słychać było coraz większą
strzelaninę. Po godzinie, może dwóch, ucichła. Głośno też było przy
końcu ulicy Walecznych"8.
Pułkownik Antoni Żurowski ("Papież"), dowodzący miejscowymi oddziałami
AK, miał znacznie trudniejszą sytuację niż jego koledzy za rzeką. Praga
stanowiła bowiem bezpośrednie zaplecze frontu i stacjonowały tam
doświadczone oddziały liniowe. Wprawdzie osiągnięto pewne sukcesy
(zdobyto mennicę i stację telefonów przy Ząbkowskiej oraz Dyrekcję Kolei
na Targowej), nie udało się jednak opanować dworców kolejowych ani
przyczółków na mostach. Okupanci kompletnie rozbili odział oddelegowany
do przejęcia mostu na Kanale Żerańskim.
"Papież" wiedział, że zaskoczenie się nie powiodło, jego podwładni nie
mieli broni, a Sowieci nie nadchodzili. Tylko on z grona wyższych
oficerów AK potrafił zachować rozsądek. Wiele lat później wspominał:
"Zdawałem sobie sprawę, że jestem odpowiedzialny nie tylko za los
żołnierzy, ale i ludności cywilnej, [...] przewidywaliśmy, że Praga
zostanie wyzwolona w ciągu trzech dni. Po sześciu dniach [...]
zdecydowałem się na przerwanie walki"9.
Strzały ucichły właściwie już drugiego dnia. Zginęło pięciuset
powstańców, co wystarczyło do ostudzenia bitewnych emocji. Do akcji
przystąpili księża z parafii Najczystszego Serca Maryi na placu
Szembeka, biorąc na siebie rolę pośredników w rozmowach z Niemcami.
Hitlerowcy również nie byli zainteresowani dalszą walką na bezpośrednim
zapleczu frontu. Szybko zawarto porozumienie, powstańcy rozeszli się do
domów, w zamian obiecano nie stosować żadnych represji. Obie strony
dotrzymały słowa.
W połowie września na Pragę wkroczyły odziały Ludowego Wojska Polskiego
i Armii Czerwonej. Aresztowano ujawniających się członków AK, zatrzymano
również pułkownika Żurowskiego. Skazano go na karę śmierci, został
jednak odbity z więzienia. Pod fałszywym nazwiskiem ukrywał się aż do
1958 roku, wtedy dopiero uchylono wyrok na człowieka, który ocalił Pragę
od rzezi.
O pomoc z Zachodu
Sztab AK mimo wszystko trzeźwo analizował sytuację militarną w stolicy.
Drugiego dnia walk "Monter" zameldował, że "najważniejsze przedmioty nie
zostały zdobyte" i "nie ma nadziei na zdobycie przedmiotów dotychczas
nieopanowanych". Miał rację, od 5 sierpnia inicjatywa przeszła w ręce
Niemców, a takie wydarzenia, jakim było na przykład zdobycie dwa
tygodnie później gmachu PAST-y, nie zmieniały ogólnej sytuacji. Polacy
ograniczali się do obrony zajętego terenu.
Poszukując rozpaczliwie wzmocnienia sił, generał "Bór" 14 sierpnia wydał
rozkaz, aby wszystkie oddziały AK na terenie kraju ruszyły na pomoc
stolicy. Po raz kolejny zabrakło dowódcom wyobraźni, gdyż maszerujące w kierunku Warszawy jednostki zostały rozbite przez Niemców i wpadły w ręce NKWD.
Dowództwo powstania skompromitowało się również żądaniami wobec aliantów
zachodnich. Od Brytyjczyków oczekiwano natychmiastowego przysłania do
Warszawy Samodzielnej Brygady Spadochronowej i przebazowania do kraju
polskich dywizjonów myśliwskich. Były to żądania świadczące o nieznajomości realiów współczesnej wojny. Samoloty i szybowce używane do
akcji desantowych nie miały odpowiedniego zasięgu, a przebazowanie
myśliwców było absurdalnym pomysłem. Armia Krajowa nie zdobyła bowiem
żadnego lotniska i nie miała możliwości obsługi naziemnej samolotów
(mechanicy, paliwo, amunicja). W tej sytuacji jedyną formą pomocy z Zachodu pozostały zrzuty zaopatrzenia.
Było to poważne wyzwanie logistyczne. Warszawa znajdowała się na granicy
zasięgu samolotów operujących z bazy w Brindisi we Włoszech, a Sowieci
odmówili zgody na międzylądowania na swoich lotniskach. Maszyny musiały
pokonać nad terytorium wroga bez tankowania ponad dwa tysiące sześćset
kilometrów, a zdarzało się, że ostrzeliwała je także sowiecka artyleria
przeciwlotnicza. Nic dziwnego, że brytyjski dowódca lotnictwa John
Slessor pisał w swoich pamiętnikach: "[...] nie jestem z natury mściwy,
ale mam nadzieję, że istnieje specjalne piekło przeznaczone dla bydlaków
z Kremla, którzy zdradzili armię "Bora" i doprowadzili do daremnych
ofiar"10.
Loty nad Warszawę powszechnie uważano za samobójcze, a Brytyjczycy
ustąpili wyłącznie z powodu nacisku polskich polityków. Przybierał on
"niemal histeryczne natężenie" i obawiano się nawet wycofania polskich
formacji z frontu.
"Każdej nocy z tej strony wielkiej wyspy startuje nad kontynent tysiące
samolotów - pisali w telegramie wysłanym do pałacu Buckingham piloci
słynnego Dywizjonu 303 - Skromny ułamek z nich mógłby uratować Warszawę.
Proszę nam wierzyć, Wasza Wysokość, że kiedy w 1940 roku ważyły się losy
Wielkiej Brytanii, my, polscy lotnicy, nie myśleliśmy szczędzić krwi i życia. [...] Wtedy, nad płonącym Londynem, nie brakło polskich i angielskich lotników, czy ma ich teraz zabraknąć nad płonącą Warszawą?
Czy to miasto ma zginąć w przededniu zwycięstwa, po pięciu latach
tęsknoty za wolnością? [...] Czy wiarę w Wielką Brytanię zniszczą
płomienie trawiące naszą stolicę? Wasza Wysokość, proszę wybaczyć nam,
żołnierzom, szczerość i bezpośredniość. Nie możemy jednak dłużej
milczeć, gdy giną nasze kobiety i dzieci. Wierzymy mocno, że ich los nie
jest obojętny Waszej Wysokości"11.
Polityka jednak ma zawsze pierwszeństwo nad lojalnością, honorem czy
zwykłą ludzką przyzwoitością. Alianci nie chcieli drażnić Sowietów i nie
potrafili wymusić na Stalinie zgody na międzylądowania, o przyspieszeniu
rosyjskiej ofensywy nie wspominając. Związek Sowiecki miał dla nich
zresztą bez porównania większe znaczenie niż Polska i już dawno zgodzili
się na dominację Kremla we wschodniej Europie. Do polskich polityków
dopiero teraz dotarła prawda o zdradzie sojuszników, a zrzuty nad
Warszawą były jedynie działaniem pozornym na potrzeby opinii publicznej.
Nic zatem dziwnego, że po miesiącu walk w stolicy generał Sosnkowski
wydał rozkaz dla Armii Krajowej będący właściwie podsumowaniem sytuacji
politycznej narodu polskiego.
Przypomniał, że nasz kraj już pięć lat wcześniej został opuszczony przez
sojuszników i samotną walką dał Anglikom osiem miesięcy czasu na
przygotowania do wojny. A teraz po raz kolejny zdradzono Polaków, a dokładnie mieszkańców płonącej Warszawy.
"Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały ani na wyrazy uznania, nie
na zapewnienia litości i współczucia. Czeka ona na broń i amunicję. Nie
prosi ona, niby ubogi krewny, lecz żąda środków walki, znając
zobowiązania i umowy sojusznicze"12.
A całość zakończył cytatem z Wesela Wyspiańskiego:
"[...] podłość, kłam
Znam, zanadto dobrze znam"13.
Ostatnim polskim politykiem przemawiającym w podobny sposób był Józef
Piłsudski. Sosnkowski nie musiał długo czekać na dymisję, którą pod
naciskiem brytyjskim wręczył mu prezydent Władysław Raczkiewicz. Ale to
nie zmieniło położenia walczącej stolicy.
Alianckie zrzuty
Do lotów nad Warszawę wyznaczono polską 1586 Eskadrę do Zadań
Specjalnych i dwa dywizjony: brytyjski i południowoafrykański. Pierwszy
lot odbył się w nocy z 4 na 5 sierpnia, wystartowało łącznie czternaście
polskich i brytyjskich załóg. Zrzutów miały one dokonać nad Lasem
Kabackim i Puszczą Kampinoską, brytyjscy sztabowcy uznali bowiem, że
przelot na małej wysokości nad stolicą jest zbyt niebezpieczny.
"[...] zrzucanie dostaw w umówionych strefach zrzutu - uważał John
Slessor - w otwartym terenie poza linią frontu [...] to jedno. A zupełnie co innego zejście dużym samolotem na wysokość tysiąca stóp, z klapami i kołami spuszczonymi dla zredukowania prędkości, nad wielkim
miastem, gdzie toczy się rozpaczliwa walka, a więc płoną pożary, walą
działa i wybuchają pociski"14.
Brytyjskie rozkazy Polacy jednak zignorowali. Cztery załogi poleciały
wprost na Warszawę i, co najważniejsze, wróciły cało do Włoch, chociaż
jeden z polskich liberatorów dotarł na dwóch pracujących silnikach - z czterech. Niemcy zestrzelili natomiast aż pięć na siedem brytyjskich
samolotów biorących udział w operacji.
Z tego powodu loty zawieszono, ale polskie naciski zrobiły swoje i do
końca sierpnia zorganizowano jeszcze osiemnaście nocnych zrzutów.
Wprawdzie większość dostaw wpadła w ręce Niemców, ale nawet to, co udało
się przechwycić powstańcom, stanowiło poważną pomoc. Było to bowiem
dwieście pięćdziesiąt granatników przeciwpancernych PIAT (potrzebnych do
walki z niemieckimi czołgami), tysiąc pistoletów maszynowych (słynnych
stenów) i blisko dwadzieścia tysięcy granatów. A warto pamiętać, że w dniu wybuchu powstania AK miała sto czterdzieści pięć piatów, sześćset
pięćdziesiąt siedem pistoletów maszynowych i pięćdziesiąt tysięcy
granatów. Bez alianckich dostaw do walki z czołgami powstańcy mieli
tylko butelki z benzyną.
Straty podczas lotów były jednak duże, z pięciu załóg polskiej eskadry,
które dokonywały ochotniczo zrzutów w sierpniu, do końca miesiąca
przeżyła tylko jedna. Niemiecka obrona przeciwlotnicza była bardzo
skuteczna.
"Zeszliśmy na wysokość jakichś dwustu pięćdziesięciu metrów - wspominał
lot z 20 sierpnia kapitan Jerzy Głębocki - przedarliśmy się przez zaporę
bardzo gęstego ognia przeciwlotniczego w pobliżu Służewca i nad Wisłą.
Pożary szalały we wszystkich dzielnicach Warszawy. Ciemne miejsca
wskazywały na rejony zajęte przez Szwabów. Wszystko było spowite dymem,
przez który przebijały się rdzawopomarańczowe płomienie. Nigdy bym nie
pomyślał, że duże miasto może się tak palić. To było straszne - istne
piekło dla wszystkich tam na dole"15.
Hitlerowcy wyposażyli miasto w silną obronę przeciwlotniczą z mocnymi
stanowiskami reflektorów. Do nadlatujących samolotów otwierano gwałtowny
ogień, a podchodzące do zrzutów maszyny leciały nisko i stosunkowo
wolno. Oślepione reflektorami załogi najczęściej kierowały się wzdłuż
Wisły, niemal uderzając w mosty na rzece.
"Naszym rejonem docelowym był plac Krasińskich - opowiadał kapitan Roman
Chmiel - wobec tego, kiedyśmy znaleźli się nad mostem Kierbedzia,
wykonaliśmy ostry skręt i przygotowaliśmy się do zrzutu. Plac był dobrze
oświetlony. Cała jego południowa strona stała w płomieniach i wiatr
znosił dym na południe, ku naszemu wielkiemu zadowoleniu. Zrzuciliśmy
kontenery, wiedzieliśmy, że dobrze wywiązaliśmy się z naszego zadania.
Czas było się wynosić. Pilot zszedł odrobinę niżej, bacząc na wieże i wysokie budynki. W kabinie było pełno dymu, który właził nam do oczu i powodował dotkliwe pieczenie. Czuliśmy żar unoszący się z murów spalonej
dzielnicy"16.
Zrzuty nie zawsze jednak były celne. Gdy zasobniki lądowały na ziemi
niczyjej, Niemcy natychmiast interweniowali. Kierowali tam światła
reflektorów przeciwlotniczych i zaciekle ostrzeliwali teren. Powstańcy
aż czterokrotnie atakowali Dolinę Szwajcarską, gdzie spadł jeden z pojemników, trzech żołnierzy AK zginęło podczas prób zdjęcia zasobnika,
który wylądował na kopule kościoła Świętego Aleksandra na placu Trzech
Krzyży. Ogień niemiecki był wyjątkowo celny i kontener przejęto dopiero
po wybiciu od wewnątrz dziury w dachu.
Gdy Brytyjczycy ponownie zabronili zrzutów bezpośrednio na Warszawę,
polskie załogi znowu zignorowały polecenie. Rozkaz w wojsku jest
wprawdzie rzeczą świętą, ale żaden z lotników nie zapominał, że jest
Polakiem, a to miało większe znaczenie niż wszystkie rozkazy razem
wzięte.
Polskie załogi nie ograniczały się zresztą do zrzutów, lotnicy, nie
bacząc na niebezpieczeństwo, włączali się bezpośrednio do walki.
Ostrzeliwali niemieckie pozycje z broni pokładowej, co było już
prawdziwym samobójstwem, ale tylko w ten sposób można było powstańcom
dać coś więcej.
"[W nocy] z 13 na 14 sierpnia, przelatując nad Warszawą - wspominał
brytyjski nawigator Alan McIntosh - moja załoga wypatrzyła
czterosilnikowy samolot, który leciał niżej niż nasz i odcinał się
ciemną sylwetą od czerwieni płonącego miasta. Leciał dziobem w dół,
jakby szykując się do lądowania, bardzo nisko, prowadząc wymianę ognia z jakimś Niemcem. Lekkie działa przeciwlotnicze, niedalekie światła
reflektorów. Mógł to być tylko jeden z halifaksów polskiej 1586 Eskadry
do Zadań Specjalnych, który pięć i pół godziny wcześniej wystartował z Brindisi. Niemal na pewno zdążył już zrzucić ładunek broni i amunicji i teraz jego załoga włączyła się do walki - póki jeszcze zostało jej coś
do zaoferowania. Taka siła ducha ożywiała polskich lotników, którzy
lecieli z pomocą dla Powstania Warszawskiego"17.
Osiemnastego września do akcji przyłączyli się Amerykanie, korzystając z wymuszonej zgody Stalina na lądowanie na rosyjskich lotniskach. W południe nad Warszawę dotarło sto siedem latających fortec B-17 w osłonie sześćdziesięciu czterech myśliwców P-51 Mustang. Dokonano zrzutu
z dużej wysokości (ponad cztery tysiące metrów), a powstańcy początkowo
wzięli spadochrony za desant lotniczy.
"Nagle zaczęły wykwitać na niebie białe i ciemne punkciki - wspominał
porucznik Zbigniew Blichewicz ("Szczerba"). - Powoli rosły w oczach, aż
wreszcie zamieniły się w czasze, pod którymi kolebały się jakieś
przedmioty. Wszystkim dech zamarł w piersiach, a potem targnął
powietrzem radosny okrzyk całego plutonu. Odpowiedział mu echem jeszcze
potężniejszy krzyk z miasta. Miasto też już śledziło z uwagą
niepowszednie widowisko.
Drżącym głosem krzyknąłem "Wickowi":
- Daj mi lornetkę!
Przytknąłem ją do oczu. Te czasze - to spadochrony. A wiszące pod nimi
podłużne kształty...
Czułem, że mi w gardle zastyga, gdy szepnąłem do obecnych:
- Chłopaki! To wygląda na... desant! To chyba spadochroniarze.
Cisza zapadła wręcz śmiertelna. Słyszałem bicie własnego serca, jak w kanałach. Spadochrony zbliżały się do ziemi i wreszcie usłyszałem
świszczący głos "Karolaka":
- Zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe, to zasobniki"18.
Jak na zrzut dokonany z dużej wysokości, Amerykanie osiągnęli całkiem
przyzwoitą skuteczność. W ręce powstańców dostało się bowiem ponad
dwadzieścia procent zaopatrzenia (288 pojemników z 1284), inna sprawa,
że akcja była spóźniona co najmniej o miesiąc. Powstanie już dogorywało
i nic nie mogło tego odmienić.
Na pięć dni przed lotem Amerykanów nad stolicą zaczęły pojawiać się
sowieckie kukuruźniki. Była to akcja typowo propagandowa, która miała
pokazać światu, że Rosjanie wspomagają powstańców z AK. Nocne zrzuty
były niewielkie, dokonywane bez spadochronów, dlatego większość sprzętu
ulegała zniszczeniu. Na domiar złego sowiecka amunicja nie pasowała do
używanej przez powstańców. Rusznikarze starali się jednak naprawiać
uszkodzoną broń, a rozbite na bruku konserwy znalazły amatorów wśród
walczących. Nie było problemów ze zlokalizowaniem worków z sowieckim
zaopatrzeniem, powstańców bezbłędnie naprowadzał zapach słoniny z roztrzaskanych puszek.
Impas
Przez powstańcze oddziały przewinęło się około pięćdziesięciu tysięcy
ludzi, jednak przeciętny stan osobowy nie przekraczał trzydziestu
tysięcy. Z linii wypadali zabici i ranni, zdarzały się również przypadki
chorób i załamań nerwowych. Nie wszyscy wytrzymywali psychicznie
tragedię stolicy i jej mieszkańców.
W Warszawie walczyli nie tylko żołnierze AK. Do powstania przyłączyło
się ponad siedmiuset członków prawicowych Narodowych Sił Zbrojnych oraz
kilkuset żołnierzy Polskiej Armii Ludowej związanej z PPS. Po pewnych
wahaniach w walkach wzięli również udział członkowie komunistycznej
Armii Ludowej. Stosunki pomiędzy oddziałami o różnej proweniencji
politycznej układały się na ogół poprawnie, chociaż komunistów z reguły
traktowano z dużą rezerwą. A żołnierze AL również podkreślali swoją
odrębność.
"Postanowiłyśmy obie z "Baśką" udać się na poszukiwanie jedzenia dla
naszych chorych - relacjonowała sanitariuszka Hanna Nowińska ("Hanka",
"Zerwicz"). - Zabrałyśmy ze sobą dwa wiaderka. "Na nos" trafiłyśmy do
jakiejś kuchni przy ulicy Świętojerskiej. Była to siedziba "Czwartaków"
z Gwardii Ludowej. Nie wiedziałyśmy dotąd, że takie zgrupowanie w ogóle
istnieje. Kapitan bardzo uprzejmie nalał nam do wiadra wspaniale
pachnącego krupniku, ale właśnie w tym momencie wpadły ich łączniczki i ze złością czyniły mu wymówki, że obcym rozdaje jedzenie. Wrzask
niesamowity! Kapitan mrugnął do nas, dał nam jeszcze duże pudło
papierosów, dwa wiadra wina i obiecał, że za trzy godziny będzie miał
krupnik specjalnie dla nas. Dumnie przyniosłyśmy zdobycz. Chłopcy po
pewnym czasie zaczęli się wygłupiać i śmiać, ale żaden nie był w stanie
podnieść się z posłania. Byłyśmy przerażone: oni byli pijani! Na
szczęście kapitan dotrzymał obietnicy i po krupniku chłopcy odzyskali
formę"19.
Żywność w powstaniu była tak samo potrzebna jak broń i jej również
brakowało. Dlatego łączniczki z AL tak gwałtownie sprzeciwiały się, gdy
odlewano zupę (o winie i papierosach nie wspominając) dla "wrogów
klasowych".
Inna sprawa, że oddziały AL rządziły się swoimi prawami, a ich
członkowie nigdy nie zapominali o ideologii i wykorzystywali ją, kiedy
było im wygodnie.
"Po południu zostałem wezwany do "Bończy" - opowiadał Zbigniew
Blichewicz. - Nieliczne, ale za to dobrze wyposażone w broń oddziałki AL
zeszły z pozycji, tworząc niebezpieczne luki w systemie obronnym odcinka
batalionu. Jeden tylko kapitan "Szwed" [Jan Szaniawski - S.K.]
pozostał ze swoim plutonem gdzieś na Bugaju, nie solidaryzując się z członkami swej partii.
AL-owcy wyszli z prostego założenia. Skoro ich czerwoni bracia nie chcą
im przyjść z pomocą, to oni ten cały kram mają gdzieś i nic to ich nie
obchodzi. Ta postawa nie była pozbawiona pewnej logiki, zachowanie
jednak komunistów było dość kłopotliwe dla walczących oddziałów
AK"20.
W szeregach powstańców znaleźli się przedstawiciele aż szesnastu
narodowości, chociaż w większości były to pojedyncze przypadki. "Legię
cudzoziemską" AK tworzyli najczęściej uciekinierzy z niemieckich obozów
i dezerterzy, był jednak również żonaty z Polką Nigeryjczyk August
Agbola O'Brown. Osobny pluton stworzyli Słowacy (nominalnie
sprzymierzeńcy Niemiec), a uwolnieni z obozu na Gęsiówce Żydzi
uczestniczyli w pracach fortyfikacyjnych i pomocniczych. W powstańczych
oddziałach walczyli natomiast pozostali przy życiu członkowie Żydowskiej
Organizacji Bojowej (w tym Marek Edelman).
Hitlerowcy nie odważyli się użyć do tłumienia powstania oddziałów
węgierskich, obawiając się o ich lojalność. Mieli rację, ponieważ z Budapesztu nadchodziły rozkazy, aby nie mieszać się do powstania. Ale
zaznaczono także, że nie wolno przechodzić na polską stronę.
Hitlerowcy szybko otrząsnęli się z zaskoczenia i przystąpili do
metodycznej pacyfikacji miasta. W Warszawie stacjonowały duże siły
niemieckie (około szesnastu tysięcy żołnierzy i policjantów), dobrze
uzbrojone i mające oparcie w umocnionych stanowiskach. Oddziały te
stopniowo wzmacniano, aż do czterdziestu tysięcy ludzi, co uznano za
wystarczające do zdławienia powstania. Decydowała bowiem przewaga
techniczna, hitlerowcy dysponowali lotnictwem, artylerią i bronią
pancerną. Bezkarnie mogli bombardować polskie pozycje, gdyż powstańcy
nie mieli żadnej (!) obrony przeciwlotniczej. Podczas całego powstania
zestrzelono zaledwie jeden samolot wroga, a polscy dowódcy z reguły
zakazywali ostrzału atakujących maszyn. Dysponowano tylko karabinami
maszynowymi, dlatego walkę z samolotami uważano za marnowanie amunicji.
Powstańcze pozycje atakowały czołgi, rozbijając barykady. Do tego celu
hitlerowcy używali również zdalnie sterowanych min samobieżnych typu
Goliath. To właśnie podczas przecinania kabla sterującego takiego
pojazdu został postrzelony jeden z bohaterów filmu Kanał Andrzeja
Wajdy, podchorąży "Korab".
Największy popłoch wzbudzały jednak niemieckie sześciolufowe moździerze
rakietowe Nebelwerfer (kaliber 300 mm i 380 mm), nazywano je "krowami"
lub "szafami". Z powodu charakterystycznego dźwięku przy odpalaniu
wzbudzały powszechną panikę, były w stanie zburzyć cały dom. W prawie
każdej relacji z powstania są wzmianki o tej broni i jej przerażająco
skutecznym działaniu.
Do ostrzału Warszawy wykorzystywano również ciężki samobieżny moździerz
oblężniczy typu Karl kalibru 600 mm. Pocisk o wadze dwóch ton niszczył
wszystko, w co uderzył. Na jednym z bardziej znanych zdjęć z okresu
powstania uwieczniono moment trafienia takim pociskiem budynku
towarzystwa Prudential, najwyższego gmachu przedwojennej Warszawy.
Trzeba przyznać, że powstańcy szybko przystosowywali się do nowej
sytuacji i niewiele było ich w stanie zbulwersować. Nawet potężne
niemieckie niewypały.
"Otrzymujemy rozkaz urządzenia się po ciemku i odpoczywania - wspominał
Lech Hałko z batalionu "Bończa" - bo jutro rano mamy przejąć obronę tego
odcinka. Niektórzy mają latarki, ale używają ich bardzo ostrożnie, bo na
błysk światła z gruzów Poczty [Głównej - S.K.] Niemcy odpowiadają
kanonadą. Nie ma tu materacy, do których przyzwyczailiśmy się w naszym
ostatnim miejscu postoju. Po omacku znajduję na ziemi mały wzgórek, coś
akurat pod głowę, więc kładę się i zasypiam. Po przebudzeniu zamarłem ze
strachu. W nikłym świetle poranka widzę, że spałem oparty głową o pocisk
- niewypał z 600-milimetrowego moździerza "Thor" [właściwie Karl
6-"Ziu" - S.K.], do połowy wryty w gruzy. Spałem jak zabity i śniłem
chyba o Steńce! Z mojej przerażonej miny śmieją się chłopcy od
"Krybara". Oni z tym niewypałem są za pan brat już od dawna"21.
Piątego sierpnia do Warszawy przybył SS-Obergruppenführer Erich von dem
Bach-Zelewski mianowany dowódcą oddziałów SS. Niebawem otrzymał
zwierzchnictwo nad całością sił niemieckich w stolicy i to właśnie on
jest odpowiedzialny za krwawą pacyfikację powstania. To jego sumienie
obciążają wymordowanie dziesiątek tysięcy ludności cywilnej, gwałty i egzekucje.
Hitlerowcy od pierwszych dni działali bowiem ze skalkulowanym
okrucieństwem, chcąc zastraszyć miasto. Do tłumienia rewolty użyto obok
jednostek liniowych oddziałów specjalizujących się w krwawych
pacyfikacjach. Jej członków nazywano w Warszawie Kałmukami, ponieważ w ich składzie znalazły się dwa bataliony azerskie i brygada szturmowa SS
RONA (Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa) Bronisława Kamińskiego.
Jednostka ta złożona z renegatów rosyjskich i ukraińskich
charakteryzowała się prawdziwie wschodnim okrucieństwem, bardziej niż
walką zajmując się mordowaniem, gwałtami i rabunkiem.
Wbrew obiegowym opiniom w stolicy nie było natomiast własowców
(Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej - ROA), taką nazwą określano błędnie
podwładnych Kamińskiego.
Kałmukom dorównywała w bestialstwie brygada SS-Standartenführera Oskara
Dirlewangera. Złożona z kryminalistów wyciągniętych z obozów
koncentracyjnych (Niemców, Austriaków, Bałtów), stała się prawdziwym
postrachem stolicy. Oddział miał jednak niezwykle wysokie straty, bo
walki z powstańcami były bardziej niebezpiecznym zadaniem niż palenie
wsi na Białorusi. Sam Dirlewanger nie uszedł po wojnie polskiej
sprawiedliwości. Aresztowany w czerwcu 1945 roku przez Francuzów, został
w więzieniu zakatowany przez Polaków (byłych powstańców?), którzy woleli
nie czekać na oficjalny proces.
Śmierć Woli
Wybuch powstania zablokował niemieckie linie komunikacyjne, dlatego
najważniejszym celem okupantów stało się zapewnienie sprawnego
transportu przez walczące miasto.
Na pierwszy ogień poszła Wola, gdzie zgodnie z poleceniem Himmlera
mordowano każdego spotkanego Polaka. Otaczano kolejno domy, mieszkańców
wypędzano na zewnątrz i rozstrzeliwano, bez rozróżnienia płci i wieku.
Czasami ofiary spędzano do piwnic, do których wrzucano wiązki granatów
lub które podpalano. W jednym z sierocińców podwładni Dirlewangera
wymordowali dzieci, rozbijając im głowy kolbami karabinów. Wielu
mieszkańców Woli znalazło śmierć, gdy pędzono ich na powstańcze barykady
w charakterze żywych tarcz.
Nie oszczędzano szpitali, mordując chorych, rannych i personel medyczny.
Płonęły kościoły razem z wiernymi. Wola stała się sceną wydarzeń
niewidzianych w Europie od czasów Czyngis-chana. Przy takim natężeniu
zbrodni walka hitlerowców z oddziałami powstańczymi zeszła na drugi
plan.
"Tych nieszczęsnych i najwidoczniej całkiem niewinnych uciekinierów -
opisywał niemiecki oficer Hans Thieme - którzy ośmielili się schronić w domu Bożym, spędzono tu na cmentarz i rozstrzelano - mężczyzn, kobiety,
starców i dzieci - wszystkich. Wśród nich krążyły roje much, a oni
leżeli w kałuży krwi, czekając, aż ich spalą lub pogrzebią jacyś
siepacze czy pachołki. Wkrótce zobaczyliśmy jeszcze więcej śladów
niezwykłego okrucieństwa - leżące w stosach przy ścianach domów zwęglone
ciała, powykręcane, zastygłe w geście obrony członki. Inne ciała
kładziono na nosze i z obojętnym wyrazem twarzy przenoszono do grobu.
[...] Teraz zmieniono technikę [...] przywożono ich ciężarowymi
samochodami. Kazano im podejść do płotu. Każdy musiał wyrwać jedną
sztachetę i stanąć z nią w szeregu. Potem rozstrzeliwano cały szereg,
polewano benzyną i palono. Sztachety były potrzebne po to, by się lepiej
paliło"22.
Apogeum zbrodni nastąpiło w "czarną sobotę" 5 sierpnia. Jeszcze rano
ludność Woli mordowano w sposób chaotyczny, po południu zaś masakrę
ujęto w zorganizowane formy. Mieszkańców spędzano na place fabryczne i cmentarze, gdzie ich rozstrzeliwano z broni maszynowej. Czasami ofiarom
strzelano w tył głowy, a zwały trupów sięgały wysokości kilku metrów.
"Środkiem podwórka prowadzono nas w głąb - zeznawała Wanda Lurie - do
wąskiego przejścia na drugie podwórze. Tu Niemcy i Ukraińcy ustawili nas
czwórkami. [...] Trupy leżały na prawo i na lewo, w różnych pozycjach.
Naszą grupę skierowano w kierunku przejścia pomiędzy budynkami. Leżeli
tam już zabici. Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie leżały
ciała, oprawcy błyskawicznie podnosili broń i strzelali w kark od tyłu.
[...] Podeszłam więc w ostatniej czwórce, razem z trojgiem dzieci, do
miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci,
lewą starszego synka. Dzieci szły, płacząc i modląc się. Starszy, widząc
zabitych, wołał, że i nas zabiją. W tym momencie Ukrainiec stojący za
nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy. Następne strzały
ugodziły młodsze dzieci i mnie"23.
Kula nie była jednak śmiertelna, pocisk trafił kobietę z boku w kark i wyszedł przez policzek. Wanda upadła pomiędzy martwych i, nie tracąc
przytomności, obserwowała kolejne egzekucje. "Wprowadzono nową grupę
mężczyzn, których trupy po chwili upadły na mnie. Wprowadzono kolejną
partię, tym razem kobiet i dzieci. I tak czwórka za czwórką,
rozstrzeliwali do późnego wieczora"24.
Wanda Lurie była w ciąży i ruchy dziecka uświadomiły jej, że musi żyć.
Pod zwałami pomordowanych przeleżała trzy dni (!), po czym udało się jej
wydostać. Trafiła do kościoła Świętego Wojciecha przy ulicy Wolskiej, a następnie została przewieziona do Pruszkowa. W szpitalu w Podkowie
Leśnej urodziła syna, któremu nie bez powodu dała na imię Mścisław.
Rzeź Woli trwała jeszcze przez następne dwa dni, chociaż przybyły
właśnie do Warszawy von dem Bach-Zelewski ograniczył jej zasięg.
Zrezygnowano z mordowania kobiet i dzieci, ograniczając się do
rozstrzeliwania mężczyzn. Zelewski meldował przełożonym (niezgodnie z prawdą), że zaczyna mu brakować amunicji do egzekucji. Odrzucił także
sugerowane wieszanie Polaków zamiast rozstrzeliwania, tłumacząc to
czasem. Nie miał jednak na celu względów humanitarnych (jego sumienie
obciążały potworne mordy na Wschodzie), był pragmatykiem i uważał, że
zbrodnie na Woli utrudnią polityczne rozwiązanie konfliktu. Miał również
poważne obawy co do odporności psychicznej podwładnych, wśród wykonawców
i obserwatorów zbrodni notowano bowiem przypadki załamań nerwowych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki