8
Playlista Ariel: Rihanna, A Child Is Born
Czekam na ripostę Treya, więc jestem totalnie zaskoczona, gdy stwierdza:
- Może powinienem przeczytać ją jeszcze raz.
Przyglądam się jego twarzy, bo mam podejrzenia, że się nabija, ale wszystko wskazuje na to, że powiedział to zupełnie poważnie.
- Ej, czy Ariel właśnie zagięła księgarza w kwestii książki? - rzuca Santi.
Trey wybucha śmiechem i cała jego twarz ożywa.
Okej, przebywanie w towarzystwie szkolnych gwiazd nie jest takie straszne, jak mi się wydawało. Kiedy Annika zakomunikowała mi, że zamierza zjeść z nimi drugie śniadanie, próbowałam się wykręcić, tym bardziej że Jolie nie ma dziś w szkole. Przysłała nam rano esemesa, że dręczy ją kac gigant.
Rozglądam się wokół stołu i dostrzegam, że Blair szepcze coś do Bebe. Nie kumam ich. Przecież zaledwie wczoraj Blair totalnie skradła Bebe show, i to na jej własnej imprezie. Obie opuszczają wzrok na moje dłonie, po czym śmieją się cicho. Nagle ściska mnie w żołądku. Annika tak bardzo się śpieszyła na dzisiejszego kurczaka piri-piri, że nie zdążyłam porządnie umyć dłoni. Chowam je pośpiesznie pod stołem.
- Co to za laska, która nie dba nawet o dłonie? - mamrocze Bebe, gapiąc się wprost na mnie.
Serce wali mi coraz szybciej. Annika tego nie usłyszała, jest zbyt zajęta rozmową z Santi. Gdyby te słowa doleciały do jej uszu, zjechałaby dziewczyny z góry na dół, co do tego nie mam wątpliwości. Chcę się postawić, żeby dały mi święty spokój, tylko co mogłabym powiedzieć?
Trey odchrząkuje.
- Ludzie z natury uzdolnieni artystycznie są niesamowici - mówi. - Mój młodszy brat ciągle coś rysuje albo maluje. Wiecznie jest ubrudzony farbą. To znak prawdziwego artysty.
Po raz kolejny mnie zaskakuje, przychodząc mi z odsieczą. Dziękuję mu wzrokiem, a on daje mi skinieniem znak, że nie ma sprawy.
Tymczasem Blair przeciąga dłonią po jego szyi.
- Ja robię z rękami zupełnie inne rzeczy, ale Trey też je uwielbia - rzuca.
- Blair, błagam! - Santi krzywi się i wznosi oczy ku niebu, wzbudzając tym powszechną wesołość, a Trey kręci głową z uśmiechem.
Zmuszam się do tego, by śmiać się z resztą towarzystwa - a ponieważ rozmowy o książkach dobiegły końca, znów się zastanawiam, co tu właściwie robię.
- Trey, pytanko - odzywa się nagle Annika. - Macie w Krainie Czarów jakieś świąteczne wakaty? Ariel szuka dorywczej pracy.
- Serio? - Trey unosi idealnie ukształtowane brwi. Ciekawe, czy je wyskubuje.
Przełykam letniego kurczaka.
- Aha - przytakuję. - Gdzie jest wasza księgarnia?
- Nie znasz Krainy Czarów? Znajdujemy się przy Stokey High Street.
- Wkręcasz mnie! Zaglądałam tam parę razy, ale nigdy cię nie widziałam - odpowiadam, szczerze zaskoczona.
- Musieliśmy się mijać. Chwilowo nie brakuje nam rąk do pracy, ale wpadnij w wolnej chwili i pogadaj z moją starszą. Nie wiem, czy coś dla ciebie znajdzie, ale może znać kogoś, kto szuka sezonowych pracowników. - Uśmiecha się, a mnie przechodzi dreszcz, którego kompletnie się nie spodziewałam. Owszem, kiedyś się w nim bujałam, ale dawno temu mi przeszło... Prawda?
Blair opiera rękę o ramię Treya; idealnie wypielęgnowane palce dotykają swobodnie jego piersi, jakby chciała dać wszystkim do zrozumienia, do kogo należy ten przystojniak. Bebe nachyla się do mnie, a ja już oczekuję czegoś najgorszego. Mruży oczy długą chwilę, po czym pyta:
- Zawsze farbowałaś się na ten kolor?
Mam obecnie takie same włosy jak Rihanna na okładce albumu Loud. Trochę to trwało, zanim znalazłam właściwy odcień, i z miejsca się w nim zakochałam. Teraz jednak, przytłoczona spojrzeniem Bebe, żałuję, że nie są w naturalnym czarnym kolorze.
Dotykam ich z zażenowaniem.
- Od jakiegoś czasu - odpowiadam.
- Bardzo są takie... No wiesz, "Hej, patrzcie na mnie!" - stwierdza. - Tak jakby dało się ciebie przegapić. - Śmieje się, a Blair parska i zakrywa usta.
Wracają do mnie wspomnienia wszystkich sytuacji, gdy inne dzieciaki szydziły z mojej wagi. Ilekroć mnie to spotykało, wracałam do domu i objadałam się, żeby o tym zapomnieć - pożerałam wszystko, co znalazłam w lodówce i szafkach, aż miałam ochotę pęknąć. Z czasem udało mi się zapanować nad tym odruchem, ale to nie znaczy, że pozbyłam się kompleksów.
- Odpuść - rzuca Trey ostro.
- Ale co? - Blair zgrywa niewiniątko.
- Trzeba odwagi, by się zdecydować na tak wyrazistą czerwień. Najwyraźniej Małej Syrence jej nie brakuje - dodaje Boogs. "Z grzeczności", podpowiada cichy głosik w mojej głowie.
- Bebe, twoje włosy wyglądają tragicznie od sześciu miesięcy. Nie znudziła ci się ta peruka? - Annika podnosi się z krzesła, a Blair, dla której lojalność to zupełnie obce pojęcie, wybucha śmiechem. - Chodź, Ariel. - Annika chwyta mnie za dłoń i wyprowadza ze stołówki.
Idę za nią bez słowa, zostawiwszy na stole pełny talerz.
- Przepraszam za Bebe - rzuca, kiedy znajdujemy się na korytarzu.
- Spoko. Nie zamierzam się przejmować - kłamię, bo to przecież nie jej wina, że ma wredną kuzynkę, która najwyraźniej za mną nie przepada.
- Wcale nie spoko - odparowuje Annika. - Nikt nie powinien się tak do ciebie zwracać. Musisz się bronić. Następnym razem się jej postaw, słyszysz?
- Postawić to ja sobie mogę książkę na półce - odpowiadam.
Annika się śmieje, ale ja wcale nie żartuję. Nie umiem jeździć po ludziach, a najlepsze riposty przychodzą mi zwykle do głowy wiele godzin po fakcie.
Biorę ją pod ramię.
- Skończyłam już lekcje, więc wybieram się do księgarni Treya. Idziesz ze mną?
Annika stęka.
- Chciałabym, serio, tylko że muszę popracować nad filmem do projektu. Dobra rada: staruszkowie Treya są całkiem spoko, ale jeśli będzie tam jego ojciec, staraj się nie kręcić po księgarni bez celu. Kiedyś mnie za to opieprzył.
- Jasne. Nie kręcić się bez celu. Zanotowane.
- Zadzwoń do mnie później. - Ściska mnie i rusza do sali multimedialnej.
Biorę głęboki oddech. Czas znaleźć sobie pracę.
Wchodząc do Krainy Czarów, dostrzegam ciemnoskórą kobietę w okularach, która stoi za ozdobioną białą lametą kasą. Mężczyzna wyglądający niczym starsza wersja Treya niesie stertę książek. Zakładam, że ci państwo to jego rodzice.
Księgarnię rozświetlają kolorowe lampki, a w kącie stoi śliczna migocząca choinka. Rozglądam się wokół i szybko zauważam, że sprzedają tu głównie beletrystykę - dla dzieci, młodzieży i dorosłych - choć miłośnicy literatury faktu też coś by dla siebie znaleźli. Ofertę przegląda zaledwie garstka klientów, co trochę mnie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że zbliżają się święta, ale może ruch robi się większy po południu? Kręcę się między regałami, czekając, aż dwie osoby w kolejce zapłacą, po czym uświadamiam sobie, że robię dokładnie to, czego miałam nie robić. Łapię więc pierwszą pozycję z brzegu i staję przy kasie.
Jeśli mam być szczera, niewiele jest czaru w Krainie Czarów - nawet świąteczne dekoracje nie pomagają. Ząb czasu nie obszedł się z księgarnią zbyt litościwie. Przydałby się jej generalny remont i coś, co pozwoliłoby jej się wyróżnić: fajny, przyciągający uwagę mural czy instalacja. Gdyby przemalować tamtą ścianę na biało, całe pomieszczenie wydawałoby się większe, a tam można by umieścić cytaty ze słynnych dzieł...
- Dzień dobry!
Nawet nie zauważyłam, że stojący przede mną klient wyszedł.
Mama Treya uśmiecha się do mnie, kiedy nieśmiało podchodzę do kasy.
- Witamy w Krainie Czarów! Czy zapakować na prezent?
Patrzę w dół na książkę w swoich dłoniach. Nie mam pieniędzy, żeby za nią zapłacić.
- Och, ja... - Odkładam ją na ladę. - Tak naprawdę chciałam się dowiedzieć, czy nie potrzebują państwo pomocy w okresie świątecznym lub nie znają kogoś, kto szuka pracownika. Pani syn powiedział, że mogłaby mi pani pomóc.
- Chodzisz z Treyem do college'u? - pyta pani Anderson.
- Tak. - Uśmiecham się. - Mam na imię Ariel.
Patrzy na mnie przepraszająco.
- Miło cię poznać, Ariel. Przykro mi, ale chwilowo nie zatrudniamy...
- No jasne - staram się pociągnąć rozmowę, przełykając rozczarowanie. - Mają już państwo kogoś na święta?
Kobieta otwiera usta, ale się waha, a ja marszczę brwi. Czyżbym powiedziała coś niegrzecznego? Zerka ponad moim ramieniem. Odwracam się - pan Anderson stoi na drabinie i układa książki na najwyższej półce.
- Clive, błagam, ostrożnie! - krzyczy jego żona i przewraca oczami. - Nie wytrzymam z nim, jest taki niecierpliwy. Trzy razy mu mówiłam, że Trey to zrobi, kiedy wróci ze szkoły. Nieważne, przepraszam cię, Ariel. Zapytaj może w kwiaciarni obok...
Rozlega się głośny huk, aż obie podskakujemy. Pani Anderson wybałusza oczy i wybiega przerażona zza kasy, a nieliczni klienci gromadzą się wokół mężczyzny, który leży na podłodze pośród rozrzuconych książek. Na widok nogi wygiętej pod nienaturalnym kątem wstrzymuję oddech. Pan Anderson głośno stęka.
Wyciągam z kieszeni telefon.
- Zadzwonić po pogotowie? - pytam.
Pani Anderson kiwa głową. Trzyma męża za rękę, podczas gdy ja wybieram numer.
Na szczęście karetka przyjeżdża zaledwie po kwadransie. Robimy miejsce, gdy sanitariusze rozkładają nosze. Wszyscy przyglądają się jak sparaliżowani ich pracy, a ja cofam się we wspomnieniach do poprzedniego roku, gdy tato stracił przytomność i karetka stała przed naszym domem. Za każdym razem, gdy o nim myślę, ściska mnie w piersi. Muszę wziąć głęboki oddech, żeby się uspokoić. W takich sytuacjach najlepiej zająć się czymś innym, więc zbieram książki z podłogi i odnoszę je na ladę. Ucisk w końcu ustępuje. Co za ulga!
- Ariel? - Podchodzi do mnie pani Anderson. - Muszę jechać z Clive'em do szpitala, a Trey będzie tu dopiero za dwadzieścia minut. Czy mogłabyś zostać i popilnować księgarni?
- Oczywiście - odpowiadam zaskoczona, że jej po prostu nie zamykają.
- Trey później wszystkim się zajmie.
- Chętnie mu pomogę - mówię pośpiesznie. - Szybko się uczę i nie mam nic przeciwko bezpłatnemu okresowi próbnemu. Może ze względu na okoliczności przydam się na tych parę godzin w tygodniu? Oczywiście, jeśli się sprawdzę.
Zdaję sobie sprawę, że przeginam, trochę to słabe - w takiej sytuacji starać się o pracę, ale naprawdę jej potrzebuję. Ściskam za plecami kciuki, gdy pani Anderson rozgląda się po pomieszczeniu.
- Przyjaźnisz się z Treyem? Pracowałaś wcześniej w księgarni?
Kiwam głową. Okej, z tą przyjaźnią to przegięcie, ale jedliśmy dziś razem drugie śniadanie, a praca w księgarni polega głównie na gadaniu z ludźmi o literaturze. Co w tym trudnego?
- No dobrze - stwierdza po namyśle kobieta, a ja się powstrzymuję, żeby nie pisnąć ze szczęścia. - Zaraz zadzwonię do Treya i wszystko mu przekażę. Mów klientom, że kasa będzie działać za dwadzieścia minut, i za żadne skarby nie wspinaj się na najwyższe półki! Poczekaj z tym na mojego syna. Z tyłu jest biuro, jeśli chcesz gdzieś schować rzeczy.
- Dziękuję! Mam nadzieję, że pani mąż szybko dojdzie do siebie.
W odpowiedzi pan Anderson stęka, a jego żona rzuca mi przelotny uśmiech, po czym wychodzi za sanitariuszami na ulicę.
Zdejmuję płaszcz i szalik, rozglądając się po księgarni. Klienci powoli wracają do oglądania książek.
Spoko. Dam radę.