Miłość w czasie zagłady - Dominik W. Rettinger

-
Proszę czekać

Miłość w cza­sach zagłady

Nic nie jest wieczne, nic nie trwa tu i teraz, czas się cofa, napły­wają fale obra­zów i uczuć. Rebeka idzie znowu środ­kiem roz­świe­tlo­nej świe­cami Wyso­kiej Syna­gogi na Kazi­mie­rzu, pro­wa­dzona za rękę przez ojca Iza­aka i matkę Deborę. Przed zło­tym aron ha-kodesz pod chupą czeka jej wybra­niec, Aaron.

"Nie zapo­mi­naj, że świat pełen jest dobrych i złych sił. Dobre są anioły, które sta­rają się nam poma­gać, ale jeste­śmy za głupi, aby słu­chać i rozu­mieć, kiedy do nas mówią. Złe demony są zawistne o miej­sce czło­wieka w sercu Stwórcy i chęt­nie nam szko­dzą. Sły­szą nasze myśli i wciąż czy­hają, aby znisz­czyć wszystko, co nam spra­wia radość, a zwłasz­cza to, co kochamy. Jeśli będziesz ostrożna, oszu­kasz je, ukry­jesz miłość do ludzi i wszel­kich stwo­rzeń. To twój wyjąt­kowy dar i musisz być czujna, bo demony są podejrz­liwe".

Zbyt wiel­kie szczę­ście ją wypeł­nia. Dla­czego ma słu­chać rad dziadka, rabina Natana Mosko­wi­cza z Dukli? A może jed­nak jest winna, za wszystko co potem się zda­rzyło?

Przy­myka oczy, pod­daje się następ­nej fali. Aaron stoi na pod­wyż­sze­niu, z iskrzą­cymi oczami prze­ma­wia o rów­no­ści wszyst­kich ludzi i koniecz­no­ści zespo­le­nia Żydów. O odbu­do­wie ojczy­zny w prze­po­wie­dzia­nej przez pro­ro­ków Ziemi Izra­ela.

- Podo­bało mi się, co mówi­łeś. Chcę cię poznać - mówi Rebeka. - Zgoda?

Aaron bled­nie na widok jej sza­rych oczu, pocią­głej twa­rzy, spa­da­ją­cych na ramiona brą­zo­wych wło­sów i smu­kłej syl­wetki. Poku­tu­jąca Mag­da­lena z obrazu El Greco. Pod koniec spa­ceru po kra­kow­skich Plan­tach, kiedy o dachy Sta­rego Mia­sta zacze­pia księ­życ, całują się namięt­nie w cie­niu kasz­ta­now­ców. W małym poko­iku Aarona na pod­da­szu, tej samej nocy, z rado­ścią neo­fi­tów uczą się sztuki miło­ści.

Otwiera oczy. Aaron jest coraz bli­żej, na wycią­gnię­cie ręki.

- Nie jestem szczę­śliwa, nie miłuję! - powta­rza w myślach Rebeka, zgod­nie z ostrze­że­niem dziadka Natana. Pusz­cza ręce ojca i matki, chwyta spo­coną dłoń Aarona.

Jak przez mgłę sły­szy słowa rabina:

- Czy rozu­miesz Aaro­nie Aspis, co zna­czą słowa przy­sięgi, którą zło­żysz, zawie­ra­jąc zwią­zek mał­żeń­ski z Rebeką Ste­inert?

- Rozu­miem, będę ją kochał i ota­czał opieką aż do śmierci - pada odpo­wiedź uko­cha­nego. A potem, wkła­da­jąc na jej palec pier­ścio­nek, szep­cze z miło­ścią: - Oto jesteś mi poślu­biona zgod­nie z wiara? Moj­że­sza i Izra­ela.

Przy­ga­sają nagle świece, w syna­go­dze roz­lega się szum wylęk­nio­nych gło­sów. Zdzi­wiona Rebeka odwraca głowę, w zapa­da­ją­cej ciem­no­ści widzi tłum wynędz­nia­łych kobiet, męż­czyzn i dzieci, sie­dzą obok mizer­nych toboł­ków. Z lękiem spo­gląda na Aarona, szuka w nim wspar­cia, ale on oddala się i zapada pod posadzkę świą­tyni, z utkwio­nymi w dal oczami i cienką, czer­woną strużką krwi, wypły­wa­jącą z dziurki w czole, nad oku­la­rami. Rebeka zaci­ska z całej siły powieki, szybko wypo­wiada zaklę­cie dziadka Natana:

- Nie kocham! Prze­pad­nij zły duchu, wra­caj do Szoah!

Otwiera oczy, z ulgą widzi, że zaklę­cie podzia­łało. Roz­lega się skoczna muzyka, czas się cofa, przed wyj­ściem do syna­gogi dom wypeł­niony jest pięk­nie ubra­nymi, uśmiech­nię­tymi gośćmi. Nawet Izaak i Debora spra­wiają wra­że­nie zado­wo­lo­nych ze szczę­ścia córki, choć odma­wiali pobło­go­sła­wie­nia związku ze stu­den­tem filo­zo­fii i ate­istą. Muzyka przy­ci­cha, Debora i matka Aarona uno­szą wysoko nad gło­wami tale­rze, z roz­ma­chem ciskają je na pod­łogę.

Razem z hukiem roz­la­tu­ją­cej się por­ce­lany roz­le­gają się okrzyki Mazeł tow! I znowu pły­nie skoczna melo­dia w wyko­na­niu dwóch skrzyp­ków, pia­ni­sty i per­ku­si­sty, czte­rech kuzy­nów Rebeki, któ­rzy wystę­pują w kra­kow­skiej fil­har­mo­nii.

Czas przy­śpie­sza, są już po ślu­bie, w domu wesel­nym. Aaron odwraca się, przy­ci­ska usta do jej ust. Chwyta obie ręce żony, kła­dzie je sobie na ramio­nach, obej­muje ją w pasie i ruszają do tańca na środku sali, oto­czeni klasz­czą­cym tłu­mem. Kręcą się w szyb­kich obro­tach, patrzą na sie­bie roz­mi­ło­wa­nymi oczami, gotowi zapo­mnieć o całym świe­cie, kochać się do śmierci. Dołą­czają do nich następne pary, mło­dzi i starsi wirują w tańcu, ni­gdy nie spo­tka ich zły los. Ten, któ­rego imie­nia nie wolno wymie­nić, wresz­cie dotrzy­mał słowa danego Abra­ha­mowi, zapew­nia uko­cha­nemu ple­mie­niu wieczną wol­ność i szczę­ście.

Rebeka zamyka oczy, obraca się bez tchu w ramio­nach Aarona, sły­szy, że muzyka przy­śpie­sza, w dźwięki skrzy­piec wkra­dają się fał­szywe tony, pia­ni­sta myli takty i tylko bęben per­ku­si­sty coraz moc­niej dudni, jak mar­szowy krok pod­ku­tych butów. Nie może już utrzy­mać ramion męża, dło­nie w panice chwy­tają pustkę, przez pół­otwarte powieki widzi matkę Deborę i ojca Iza­aka upa­da­ją­cych pod murem kamie­nicy, razem z czte­rema kuzy­nami muzy­kami i ich rodzi­nami, w hała­sie szcze­ka­ją­cego i huczą­cego żelaza. Cała sala zapeł­nia się leżą­cymi bez­wład­nie cia­łami, czer­wona struga pły­nie szybko, zalewa jej stopy, ona cofa się zbyt wolno.

* * *

Rebeka z wysił­kiem otwo­rzyła oczy, patrzyła przez mgłę na popla­mioną ścianę, czę­ścią umy­słu na­dal trwała przy pada­ją­cych na ulicy cia­łach. Chwy­tała powie­trze jak wyrzu­cona na brzeg ryba, powoli przy­tom­niała. Obok sły­szała nie­równe, płyt­kie odde­chy małego Aarona i Sary. Wychu­dzone ciała gorącz­ko­wały, głodne, w cią­głym lęku, nawet we śnie nie znaj­du­jąc wytchnie­nia. Dotknęła obu głó­wek, ale nie umiała się prze­stra­szyć roz­pa­loną skórą, jak powinna matka cho­rych dzieci. Zbyt długo to trwało, drugi rok stra­chu i głodu, zni­kało współ­czu­cie, do mózgu i serca wkra­dał się cień odrę­twie­nia.

Wzdry­gnęła się od lęku, który budził się wraz z nią, wspi­nał od pod­brzu­sza do głowy, roz­le­wał po ciele, dusił i obez­wład­niał. Chwy­ciła róg postrzę­pio­nego koca i nacią­gnęła wyżej na Aarona.

Prze­mknęło jej po raz setny przez myśl, że źle zro­biła, nale­ga­jąc, aby dać synowi imię ojca. A jeśli to ozna­czało taki sam los? Nie pozwoli na to, prze­trzyma całe zło świata, wywie­zie dzieci tam, gdzie miały dotrzeć z ojcem, do Pale­styny. Teraz musi prze­stać myśleć, oswoić strach, zdo­być coś do jedze­nia, unik­nąć aresz­to­wa­nia, pobi­cia, zastrze­le­nia. Prze­żyć kolejny dzień, potem następny i następny. Nie ma innego spo­sobu, żydow­skiego czasu nie two­rzą już tygo­dnie, mie­siące i lata. Dzieli się na dni, a nawet godziny, minuty zma­gań o prze­trwa­nie.

Pod­nio­sła się z wysił­kiem, jak co dzień zdzi­wiona, że jej ciało staje się stare i nie­do­łężne. Mały, wąski pokój wypeł­niało szare świa­tło świtu. Nie docho­dziło tu ni­gdy słońce, tak jak do całej reszty oddzie­lo­nej od świata, zaka­za­nej dziel­nicy. Stwórca prze­cież sprzy­jał zwy­cięz­com.

Zdjęła po cichu długą koszulę męża, w któ­rej zawsze spała, wcią­gnęła spodnie, wło­żyła przez głowę bluzkę. Pode­szła do okna, ostroż­nie uchy­liła okien­nice, wcią­gnęła w płuca chłodne powie­trze. Nie przy­nio­sło ulgi, było rzad­kie, cuch­nęło bra­kiem nadziei. Roz­ka­zem wład­ców nowe powie­trze nie prze­do­sta­wało się poza mur, aby ofiary szyb­ciej prze­stały się męczyć. Cie­kawe, pomy­ślała, że prze­śla­dowcy też musieli wdy­chać tru­jącą mie­szankę stra­chu i nie­pra­wo­ści.

Coś dotarło do jej uszu, prze­do­stało się do mózgu. Sku­piła się, czujna jak zwie­rzę, zanim zro­zu­miała sens dale­kiego dźwięku w twar­dym języku. Zna­jo­mość tej mowy była powszechna u jej współ­ple­mień­ców i przy­no­siła dumę. Stwo­rzono w niej prze­cież naj­więk­sze dzieła ludz­kiej myśli, z miło­ścią i sza­cun­kiem dla życia.

- Wszy­scy miesz­kańcy getta mają w ciągu godziny sta­wić się na placu Zgody! - dud­nił meta­liczny głos mega­fonu. - Kto nie wykona zarzą­dze­nia komen­danta, zosta­nie surowo uka­rany!

Surowa kara nie była straszna, ozna­czała tylko nagły roz­błysk w gło­wie, wyprawę bez bólu w nicość. A może do świata, w któ­rym nikt nie znaj­duje powodu do zabi­ja­nia innych istot. Od pierw­szych chwil zamknię­cia w tym skrawku mia­sta, po strasz­nej prze­pra­wie przez Kazi­mierz, wypeł­nio­nej krzy­kiem pędzo­nych, bitych pię­ściami i kol­bami wygnań­ców, Rebeka myślała o takim końcu.

- Twój mąż w ogóle nie cier­piał - powie­dział Szy­mon Weizer, przy­ja­ciel Aarona, który też zacią­gnął się we wrze­śniu do pol­skiego woj­ska, potem uciekł z jeniec­kiego obozu.

Podobno kiedy Aaron upa­dał obok ran­nego w nogę Szy­mona, na jego twa­rzy malo­wało się tylko zdzi­wie­nie, a nawet cień uśmie­chu, jakby bie­gnąc, myślał o czymś zabaw­nym. Cią­gle się prze­cież śmiali z Rebeką, przy byle oka­zji.

Chciała odejść w taki sam spo­sób, gdyby nie Sara i mały Aaron. Odwró­ciła się od okna i spoj­rzała na małe ciałka na łóżku, z nagłą nie­chę­cią. Dwoje wino­waj­ców jej znie­wo­le­nia w złym cza­sie i miej­scu. Odgo­niła tę myśl, nie było chwili do stra­ce­nia. Każdy, kto nie posia­dał w ken­kar­cie dowodu pracy w postaci pie­czątki z dwoma lite­rami S w kształ­cie bły­ska­wic, miał dziś zostać wywie­ziony. Nie­długo poja­wią się samo­chody z męż­czy­znami w sza­rych i czar­nych mun­du­rach, poli­cjanci zwani ode­ma­nami wbie­gać będą do kamie­nic i wypę­dzać na ulicę wszyst­kich doro­słych bez pie­czą­tek, wraz z dziećmi. Potem zago­nią ich do cię­ża­ró­wek, które ruszą w nie­znane.

Ludzie spie­rali się na temat tej podróży, nie­któ­rzy twier­dzili, że celem jest spe­cjalne osie­dle przy fabryce broni, w któ­rym spo­koj­nie pra­cu­jąc docze­kają do końca wojny. Pano­wie życia i śmierci są mądrzy, nie zmar­nują wykształ­co­nego i pra­co­wi­tego ple­mie­nia. Inni powta­rzali opo­wie­ści świad­ków, któ­rzy ucie­kli z tej podróży, o zwło­kach wyrzu­ca­nych z wago­nów, seriach z kara­bi­nów maszy­no­wych w lasach i pło­ną­cych rowach peł­nych ciał. Jak zawsze nic nie było pewne, fakty tonęły w mgłach meta­fi­zycz­nych spo­rów o tajne plany Stwórcy dla wybra­nego narodu. O winę i karę za bał­wo­chwal­stwo, za chci­wość i brak wiary.

Rebeka nie miała pie­czątki w ken­kar­cie, ona, Sara i mały Aaron jedną nogą byli już w podróży pocią­giem. Od początku zamknię­cia w tej dziel­nicy sta­rała się o zatrud­nie­nie, ale jak mogła pogo­dzić opiekę nad wciąż cho­rymi dziećmi z dwu­na­stoma godzi­nami pracy?

Muszą teraz ucie­kać, scho­wać się, wto­pić w ściany kamie­nic, naj­le­piej zawi­snąć nad dachami w sza­rych chmu­rach, dopóki nie minie oddzie­la­nie żywych od ska­za­nych. Odga­niała roz­pacz na myśl o ukry­ciu ich trójki w zatło­czo­nym labi­ryn­cie kilku ulic, gdzie każdy kanał i piw­nica były prze­szu­ki­wane, ucie­ki­nie­rzy wycią­gani na świa­tło dnia wśród szy­derstw, bici i czę­sto zabi­jani na miej­scu. Bo ośmie­lili się pod­wa­żyć roz­wią­za­nie swo­jego losu.

Pode­szła do łóżka, deli­kat­nie potrzą­snęła wychu­dłymi ramion­kami sied­mio­let­niej Sary i pię­cio­let­niego Aarona.

- Budzimy się - powie­działa łagod­nie, cału­jąc kolejno dwa gorące czoła.

Dziew­czynka i chło­piec otwo­rzyli oczy. Nie tak, jak wszyst­kie dzieci na świe­cie, pół­przy­tomne, roze­spane, gotowe maru­dzić, że chcą dalej spać, żeby dać im spo­kój. Czujne, uważne spoj­rze­nia pytały matkę, czy zbliża się nie­bez­pie­czeń­stwo, czy trzeba ucie­kać albo się cho­wać.

Nie zapo­mniały dnia, kiedy do ich kamie­nicy przy­szli męż­czyźni w sza­rych i czar­nych mun­du­rach, krzy­kiem kazali spa­ko­wać się i wynieść z miesz­kań, w pięt­na­ście minut! A kiedy zmar­z­nięte i wylęk­nione przy­tu­lały się do matki na ulicy, roz­ba­wieni męż­czyźni krzy­czeli: Jetzt!, a następni, z naj­wyż­szych okien kamie­nicy wyrzu­cali nie­mow­laki w powi­ja­kach. Męż­czyźni w czar­nych mun­du­rach pró­bo­wali tra­fić do tych zrzut­ków z pisto­le­tów, krzy­kami i okla­skami nagra­dzali celne strzały, po któ­rych z fru­ną­cych pakun­ków try­skały czer­wone fon­tanny, śmie­chem zagłu­szali wycie matek w tłu­mie.

Sara roz­kasz­lała się, suchym, ostrym kasz­lem. Rebeka przy­tu­liła ją, dziew­czynka powoli się uspo­ko­iła. Mały Aaron usiadł na łóżku, patrzył na sio­strę z uwagę.

- Czy Sara umrze? - spy­tał, kiedy prze­stała kasz­leć.

- Nie opo­wia­daj głupstw! - skar­ciła go Rebeka, myśląc ze skur­czem w sercu, jak bar­dzo on jest oswo­jony ze śmier­cią. - Ubierz­cie się szybko, zjemy po dro­dze.

Podała im swe­terki, płasz­czyki i buty. Ubranka były stare, poce­ro­wane i poła­tane, ale wystar­cza­jąco cie­płe na podróż w złą pogodę.

- Mamo, będzie nam za gorąco! - zapro­te­sto­wała Sara.

- Nie wia­domo, czy tu zosta­niemy - wyja­śniła Rebeka, wcią­ga­jąc przez głowę naj­grub­szy swe­ter. - I jak daleko poje­dziemy.

- Tam będzie zimno? - spy­tał Aaron

- No wła­śnie - przy­tak­nęła. - I co wtedy? Nikt nam nie da cie­płych ubrań. No już, pośpiesz­cie się!

Sara i Aaron posłusz­nie wło­żyli swe­try, buty i płasz­czyki. Sara przy­kuc­nęła, żeby zawią­zać bratu sznu­ro­wa­dła. Rebeka wyjęła z szafki pod oknem przy­kryty pokrywką gar­nek, wycią­gnęła trzy zawi­nięte w gazetę, podwójne kromki z tłusz­czem. Spraw­dzony spo­sób, aby zapo­biec wysu­sze­niu i ple­śnie­niu sta­rego chleba. Wło­żyła po jed­nym pakunku do kie­szeni płasz­czy­ków dzieci, trzeci scho­wała w swo­ich spodniach.

- Idziemy - powie­działa, popy­cha­jąc dziew­czynkę i chłopca do drzwi.

Spoj­rzała jesz­cze na sto­jące na szafce zdję­cie w ramce. Zza popę­ka­nego szkła uśmie­chał się do niej Aaron w woj­sko­wej czapce i płasz­czu. Nie­na­wi­dziła tej foto­gra­fii, nie mogła się pogo­dzić, że wła­śnie ją chwy­ciła w ostat­niej chwili, pod lufą kara­binu mło­dego żoł­nie­rza, który patrzył na nią z fascy­na­cją i lękiem, że może będzie musiał strze­lić do tak pięk­nej kobiety. Nie wolno jej teraz zabrać prze­klę­tego zdję­cia, bo mogła ją cze­kać rewi­zja, pol­ski mun­dur Aarona ozna­czałby wyrok dla niej i dzieci.

Drzwi się otwo­rzyły, zanim zdą­żyła naci­snąć klamkę. W progu stał niski, pra­wie łysy, otyły męż­czy­zna w sze­ro­kich spodniach i brud­nym pod­ko­szulku pod roz­piętą twe­edową mary­narką. Bli­sko osa­dzone, małe oczka patrzyły na Rebekę z napię­ciem.

- No to się doigra­łaś, kobieto - powie­dział zachryp­nię­tym gło­sem. - I co teraz zro­bisz?

- To moja sprawa, panie Taub­man - odparła, po czym wyszła z pokoju odsu­wa­jąc go, żeby zro­bić przej­ście dla dzieci.

Ignacy Taub­man wykrzy­wił w uśmie­chu cien­kie usta, uka­zał rzad­kie, żółte zęby. Za nim widać było leżące na posła­niach sze­ścioro dzieci. Budziły się powoli, leni­wie prze­cią­gały. Nie musiały się ukry­wać, nie czuło się w nich lęku, myślała z zawi­ścią Rebeka.

Pod oknem pani Taub­man z obo­jętną miną mie­szała w garnku na kuchence paru­jącą zupę. Mąż i żona byli zaska­ku­jąco podobni, rów­nie dobrze ona mogłaby być bez­kształt­nym, gru­ba­wym męż­czy­zną, a on pięć­dzie­się­cio­let­nią kobietą.

- No chyba nie do końca twoja sprawa - powie­dział Taub­man, wska­zu­jąc na Sarę i małego Aarona. - Maleń­stwa mają prawo wie­dzieć, z czy­jej winy tra­fią do ziemi. Albo kto je może ura­to­wać.

- Pan? - spy­tała odru­chowo Rebeka i od razu poża­ło­wała, że daje się wcią­gnąć w roz­mowę.

Znała odpo­wiedź i nie miała ochoty znowu jej usły­szeć. Wzięła za ręce Sarę i Aarona, ale nie mogła przejść przez pokój, bo Taub­man nie zamie­rzał ustą­pić.

- Ano mogę - powie­dział z naci­skiem. - Mam u nich posłu­cha­nie. Powiem, co trzeba i gdzie trzeba, dadzą jej spo­kój.

- Ma pan znowu na kogo donieść? - zapy­tała z pogardą. - Gra­tu­luję, mogę już iść?

- Pro­szę bar­dzo - zgo­dził się Taub­man. - Spodoba jej się, co zro­bią z nią i bacho­rami.

Rebeka minęła go, trzy­ma­jąc dzieci za ręce. Taub­man ruszył za nią, zatrzy­mał chwy­tem za ramię.

- Prze­cież nic nie musi. Dzie­ciaki tu zostaną, zamkniemy się u niej, pół godzinki i będzie spać spo­koj­nie. Do następ­nego wysie­dle­nia. I jesz­cze dołożę coś do żar­cia. To jak będzie?

Poczuła z bli­ska płytki, zatę­chły oddech pod­nie­co­nego Taub­mana. Przez okno i drzwi bal­ko­nowe wdarł się dud­niący głos mega­fonu z prze­jeż­dża­ją­cej cię­ża­rówki.

- Punk­tu­al­nie o godzi­nie siód­mej miesz­kańcy getta mają się sta­wić na placu Zgody! Kto nie wykona zarzą­dze­nia komen­danta, zosta­nie surowo uka­rany!

Opa­no­wała nagłą falę mdło­ści i spoj­rzała na panią Taub­man, która nie prze­sta­wała mie­szać w garnku, zda­wała się drze­mać na sto­jąco. Leżący na posła­niach dziew­czynki i chłopcy przy­glą­dali się ojcu i sub­lo­ka­torce z obo­jętną cie­ka­wo­ścią.

- Jak pan może pro­po­no­wać coś takiego przy żonie i dzie­ciach?

Uwol­niła ramię i ruszyła do wyj­ścia. Zadała to samo bez­sen­sowne pyta­nie po raz setny od dnia, kiedy dostała przy­dział do dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia z rodziną Taub­ma­nów, rok temu.

Ignacy uśmiech­nął się poro­zu­mie­waw­czo.

- Jeśli pro­po­nuję, to mogę, co nie? Już o tym gada­li­śmy - przy­po­mniał, zado­wo­lony z logiki swego rozu­mo­wa­nia. - To jak? Bo za nie­całą godzinę będzie po was, z jej ken­kartą.

Ostat­nie zda­nie Rebeka usły­szała, zamy­ka­jąc drzwi na klatkę scho­dową. Trzy­ma­jąc mocno dło­nie Sary i Aarona, zeszła szybko wąskimi scho­dami z pię­tra na par­ter, wyszła z bramy kamie­nicy.

Ulica Kra­kusa zapeł­niona była zwy­kle tłu­mem prze­chod­niów. Jakby wszy­scy śpie­szyli zała­twić naj­waż­niej­szą sprawę w życiu, za rogiem mie­ściło się biuro podróży, w któ­rym można było dostać bilety do Ame­ryki, popły­nąć cze­ka­ją­cym w Gdyni trans­atlan­ty­kiem, w kaju­cie pierw­szej klasy. Tak lubił żar­to­wać Ignacy Taub­man, który ni­gdzie się nie wybie­rał i niczego mu nie bra­ko­wało.

Teraz ulica była pusta, jed­no­pię­trowe, szare kamie­nice uda­wały, że nikt tam ni­gdy nie miesz­kał. Bru­ko­wana jezd­nia i chod­niki z pokru­szo­nych kamien­nych płyt kur­czyły się w ocze­ki­wa­niu cięż­kich kół cię­ża­ró­wek i pod­ku­tych butów. Wszy­scy bez dwóch bły­ska­wic "S" w ken­kar­tach, któ­rym bra­ko­wało odwagi, aby się ukryć, podą­żyli już na plac Zgody. Pozo­stali, z pra­wem do życia w małym, tek­tu­ro­wym kar­to­niku ze zdję­ciem, zamknęli mocno drzwi i okna, prze­stali poru­szać się i oddy­chać. I z pew­no­ścią byli tu śmiał­ko­wie bez nadziei, wto­pieni w ściany, zagrze­bani w kamie­niach, nie do zna­le­zie­nia, zanim nie wypa­trzą ich bystre oczy ode­ma­nów, gra­na­to­wych poli­cjan­tów i funk­cjo­na­riusz Son­der­dien­stu.

Rebeka szła szybko, ści­ska­jąc ręce dzieci. Wciąż poty­kały się o nie­rów­no­ści chod­nika i z tru­dem za nią nadą­żały.

- Gdzie idziemy, mamo? - spy­tał zdy­szany Aaron.

- Do ulicy Józe­fiń­skiej, potem Tar­gową do placu Zgody - odparła, jakby cho­dziło tylko o mar­szrutę, a nie o życie.

- Tam się scho­wamy - domy­śliła się Sara i zaczęła znów kasz­leć.

Rebeka stała bez ruchu, cze­kała, aż minie atak kaszlu. Apteka "Pod Orłem" sku­tecz­nie udzie­lała schro­nie­nia zna­jo­mym apte­ka­rza. Kupo­wała tam lekar­stwa dla dzieci, kiedy miała jesz­cze pie­nią­dze. Far­ma­ceutki zani­żały dla niej ceny, doda­wały za darmo syropy i wita­miny. Ale nadzieja ukry­cia się w miej­scu, gdzie wła­śnie spę­dzani są wszy­scy nie­le­galni miesz­kańcy dziel­nicy, wydała jej się nagle absur­dalną. Nie miała jed­nak innego pomy­słu, cho­wa­nie się w jakiejś piw­nicy, albo na stry­chu, z kasz­lącą Sarą było samo­bój­stwem. Ode­mani i poli­cjanci przede wszyst­kim wła­śnie tam szu­kali. Muszą iść dalej, byle tylko unik­nąć po dro­dze oddzia­łów łapa­czy.

Sara uci­chła. Sze­ro­kie skrzy­żo­wa­nie z Józe­fiń­ską było coraz bli­żej, Rebeka widziała już zamkniętą kawia­renkę na rogu. Świeżą farbą odci­nała się od ciem­nej ściany tablica z napi­sem "Kra­kus" hebraj­skimi lite­rami, jak wszyst­kie nazwy w zamknię­tej dziel­nicy, zgod­nie z decy­zją wła­dzy. W innym cza­sie, na innej pla­ne­cie przy­cho­dzili tu na kawę i maślane bułeczki z Aaro­nem. O świ­cie, po dłu­giej nocy miło­ści, kiedy wypeł­nieni szczę­ściem nie umieli zasnąć i szli na spa­cer nad Wisłę.

Prze­cho­dziła tędy przy­pad­kiem pod koniec marca zeszłego roku, w chwili gdy pod kawia­renkę Jachi­mo­wit­zów pod­je­chały dwa samo­chody. Wysie­dli z nich męż­czyźni w mun­du­rach, wycią­gnęli na ulicę sta­rego Jachi­mo­witza z całą rodziną, żoną, dwoma synami, córką i wnu­kami. Dookoła od razu zro­biło się pusto, Rebeka też ucie­kła w głąb Józe­fiń­skiej i razem z mil­czą­cym tłu­mem patrzyła z oddali na bicie kol­bami, pię­ściami i kopa­nie.

Długo to trwało i odby­wało się w zupeł­nej ciszy, jakby Jachi­mo­wit­zo­wie zga­dzali się na wymie­rzaną im karę. Ludzie w mun­du­rach wresz­cie się zmę­czyli, albo znu­dzili biciem, wsie­dli do swo­ich samo­cho­dów i odje­chali. Tłum powoli oto­czył Jachi­mo­wit­zów, a oni odwa­żyli się już pła­kać i jęczeć z bólu. Pod­nie­siono ich i zapro­wa­dzono do kawia­renki, zostali opa­trzeni przez ścią­gniętą lekarkę, dok­tor Ame­lię Gold­man. Trzy dni póź­niej Rebeka usły­szała od Taub­mana, że stary Jachi­mo­witz umarł.

- Tak to bywa, kiedy nie sza­nuje się wła­dzy - sko­men­to­wał Ignacy. - A wystar­czy postę­po­wać, jak od nas ocze­kują i wszystko dobrze się skoń­czy. Albo źle.

Rebeka, Sara i Aaron skrę­cili w ulicę Józe­fiń­ską. Kil­ka­dzie­siąt metrów przed nimi z łomo­tem pod­ku­tych butów zbli­żał się oddział ode­ma­nów i gra­na­to­wych poli­cjan­tów, toczyła się cię­ża­rówka z bre­zen­tową budą. Rebeka zatrzy­mała się, rozej­rzała zagu­bio­nym wzro­kiem i powoli się cof­nęła, ści­ska­jąc mocno małe dło­nie. Jej ruchy miały spra­wić wra­że­nie osoby roz­tar­gnio­nej, umó­wiła się tu z kimś i szuka adresu. Prze­szła z dziećmi przez skrzy­żo­wa­nie, dalej w ulicę Kra­kusa. Dystans do skrzy­żo­wa­nia z Lima­now­skiego wydał się nie­skoń­czo­no­ścią. Zanim tam dotrą, dogoni ich krzyk w twar­dym języku albo trzy suche wystrzały.

Krok za kro­kiem, nie oddy­cha­jąc, nie odwa­ża­jąc się spoj­rzeć za sie­bie, mijała niskie kamie­nice oknami, z któ­rych wyzie­rał strach. Za nią roz­le­gały się wrza­ski roz­ka­zów, płacz i jęki, dud­nie­nie butów, war­kot sil­nika cię­ża­rówki. Nie patrząc, widziała męż­czyzn w mun­du­rach wycią­ga­ją­cych z bram sku­lone posta­cie w łach­ma­nach, wpy­chane potem pod bre­zen­tową budę. Trzask kilku strza­łów prze­to­czył się echem i pode­rwał stadko wró­bli przed Rebeką i dziećmi.

- Ćśś to nic, idziemy - wyszep­tała, czu­jąc, jak dło­nie Sary i Aarona drżą kon­wul­syj­nie po krzy­kach i wystrza­łach

Skrzy­żo­wa­nie z ulicą Lima­now­skiego zbli­żało się jak deko­ra­cja nud­nego spek­ta­klu. Rebeka uświa­do­miła sobie, że nikt ich nie zatrzy­muje. W oczach myśli­wych kobieta z dwójką dzieci posłusz­nie zmie­rzała tam, gdzie roz­ka­zał komen­dant dziel­nicy.

Gdyby im się udało prze­do­stać ulicą Józe­fiń­ską do Tar­go­wej, dotar­liby do naroż­nej kamie­nicy na placu Zgody, do apteki "Pod Orłem". Wycho­dząc z Lima­now­skiego będą musieli przejść wzdłuż boku placu, minąć stło­czone i oto­czone zbroj­nym kor­do­nem tysiące ludzi. Nie­moż­liwe, aby któ­ryś z męż­czyzn w mun­du­rach nie zatrzy­mał kobiety z dziećmi, nie zażą­dał ken­karty z pie­czątką, dwoma lite­rami 'S'. Schowa potem kar­to­nik do kie­szeni i wskaże im wolne miej­sce w tłu­mie. Albo naj­pierw ude­rzy pię­ścią w twarz, karząc za spa­cer wzdłuż placu.

Róg ulic Lima­now­skiego i Czar­niec­kiego. Rebeka skrę­ciła w sze­roki, wymarły wąwóz z kil­ku­na­stoma nie­ru­cho­mymi cia­łami na jezdni i chod­ni­kach. Stawka zabawy rosła im bli­żej było się celu, zakład wygry­wał ten, kto zabił ostat­nich ucie­ki­nie­rów. Polo­wa­nie dobie­gło tu końca i było bez­piecz­niej. Czuła w rękach pul­su­jące tęt­niczki małych dłoni. Przy­śpie­szyła, z zaciętą, nie­ru­chomą twa­rzą mijała leżące ciała. Spo­kojne, wto­pione już w czas prze­szły, cze­kały na konne plat­formy, które zabiorą je na spa­le­nie, w wyko­pa­nych w lesie rowach.

Dotarli wresz­cie do placu Zgody. Hałas tysięcy gło­sów, wrza­ski roz­ka­zów, krzyki bitych kobiet i męż­czyzn, jęki ran­nych i umie­ra­ją­cych, huk wystrza­łów, wszystko zlało się w ogromną osza­ła­mia­jącą rzekę. Zatrzy­mała się na moment, pochy­liła głowę, aby nie zła­mać zakazu spoj­rze­nia w oczy męż­czyznom w mun­du­rach, i pew­nym kro­kiem ruszyła wzdłuż boku placu. Czuła się zadzi­wia­jąco lekka, nie­wi­doczna, jak w jed­nym ze snów, w któ­rych było moż­liwe każde zło i każdy cud. Sara stłu­miła kaszel, ona i Aaron szli dro­biąc szybko, przy­cze­pieni do bio­der matki, z twa­rzami scho­wa­nymi w fał­dach jej krót­kiego płasz­cza.

* * *

Godzinę wcze­śniej nic jesz­cze nie zapo­wia­dało wiel­kiego spek­ta­klu na placu Zgody. Osiem­na­sto­wieczni budow­ni­czo­wie, któ­rzy z roz­ma­chem i wyobraź­nią roz­sta­wili sze­roko pię­trowe kamie­niczki, zosta­wili wolną prze­strzeń na tar­go­wi­sko, nie mogli nawet marzyć o takim roz­sła­wie­niu swego dzieła.

Na ciemny i uśpiony plac, oświe­tla­jąc bruk przy­sło­nię­tymi do połowy reflek­to­rami powoli wje­chał czarny, oso­bowy mer­ce­des. Zatrzy­mał się, kie­rowca wyłą­czył sil­nik, po obu stro­nach otwo­rzyły się drzwi. Z samo­chodu wysie­dli dwaj męż­czyźni, jeden w sza­rym mun­du­rze, drugi w czar­nym.

Byli rówie­śni­kami, mieli po trzy­dzie­ści pięć lat, obaj dość wysocy, szczu­pli, w pół­mroku mogli ucho­dzić za braci. Ten w czar­nym mun­du­rze wycią­gnął z kie­szeni złotą zapal­niczkę, prze­su­nął pal­cem po kółku, zapa­la­jąc papie­rosa, oświe­tlił pło­my­kiem ich twa­rze. Miał wysta­jące ostro kości policz­kowe, wąskie usta i blade oczy głę­boko osa­dzone pod wyso­kim czo­łem, nad któ­rym bły­snęła srebrna tru­pia główka, na otoku czapki.

Drugi męż­czy­zna, z mięk­kim pod­bród­kiem, peł­nymi ustami i policz­kami, z okrą­głymi nie­bie­skimi oczami, spra­wiał wra­że­nie wyro­śnię­tego dziecka, pomimo czar­nego wąsa, który miał mu dodać powagi. Pokrę­cił prze­cząco głową, kiedy towa­rzysz wycią­gnął w jego stronę pła­ską, meta­lową pier­siówkę.

- Znam cię, nie­długo sam popro­sisz - stwier­dził z kpiną SS-Hauptsturmführer Jakob Kunze, dowo­dzący sta­cjo­nu­ją­cym w get­cie oddzia­łem SS i wyło­nioną spo­śród miesz­kań­ców dziel­nicy for­ma­cją Ord­nung­dien­stu, zwaną ode­ma­nami. Odkrę­cił pier­siówkę, przy­tknął ją do ust, pocią­gnął kilka łyków. Po jego szyi prze­su­nęła się w górę i w dół wydatna grdyka. Pijąc, doj­rzał coś w pół­mroku, opu­ścił butelkę i powie­dział, poka­zu­jąc ręką:

- Patrz, złażą się paso­żyty.

Z wylotu ulicy, kil­ka­dzie­siąt metrów dalej, wysu­nęło się kil­ka­na­ście ciem­nych syl­we­tek. Ugięte pod tobo­łami powoli zmie­rzały na śro­dek placu. Zale­ga­jąca nad bru­kiem mgiełka odci­nała im nogi od kolan w dół. Wyglą­dały, jakby bro­dziły w bagnie albo uno­siły się lekko nad zie­mią, zjawy w dro­dze do innego świata.

- Wolą unik­nąć poga­nia­nia - powie­dział cicho Obe­rleut­nant Oswald Bousko, zastępca komen­danta Schutz­po­li­zei usa­do­wio­nej przy bra­mie getta.

Kunze spoj­rzał na niego z ukosa, uśmiech­nął się.

- Co za róż­nica, czy ich likwi­du­jemy pod­czas zgar­nia­nia z nor czy potem? Nie wolał­byś szyb­kiej kuli od dusze­nia się w spa­li­nach? Nie wspo­mi­na­jąc o innych meto­dach. - Zawie­sił głos i dokoń­czył, uda­jąc poważny ton: - Wciąż opi­su­jesz stan ich umy­słów. Masz kon­szachty z jasno­wi­dzą­cym rabi­nem? Uwa­żaj, oni nas zwo­dzą od tysiąca lat, bez­kar­nie.

Obe­rleut­nant nie odpo­wie­dział. Wstrzą­snął nim nagły dreszcz, ostat­nio poranki były chłod­niej­sze, niż można było ocze­ki­wać po początku czerwca. Zapo­mniał o tym, nie wło­żył płasz­cza na mun­dur. Ubrany w długi, skó­rzany płaszcz Kunze pokrę­cił głową z ostrze­gaw­czą miną.

- Wiesz, jak ostat­nio cię prze­zy­wają?

Oswald Bousko spoj­rzał na niego pyta­jąco.

- Jüdischer Gelieb­ter - cią­gnął eses­man i z gry­ma­sem roz­ba­wie­nia prze­ło­żył z twar­dym akcen­tem na język pol­ski: - kocha­nek Żydów. Jak ci się podoba? - dokoń­czył po nie­miecku.

Oswald wzru­szył ramio­nami.

- Niech gadają. Co robimy? - zapy­tał, spo­glą­da­jąc na flu­ory­zu­jące cyfry zegarka na prze­gu­bie.

Jakob Kunze pokrę­cił głową z dez­apro­batą.

- Zaczyna się od gada­nia, a koń­czy wiesz na czym?

- Na fron­cie - rzu­cił Oswald i po raz pierw­szy się uśmiech­nął.

- Bawi cię to? - wark­nął Jakob. - A pamię­tasz Hum­boldta? Zdy­chał dwa tygo­dnie w szpi­talu, wyjąc z bólu, po powro­cie z Rosji. Mor­fina już na niego nie dzia­łała.

Oswald spo­waż­niał. Źle ostat­nio sypiał, w cza­sie krót­kich drze­mek prze­śla­do­wał go widok zabi­ja­nych miesz­kań­ców getta. I przy­ja­ciela tra­fio­nego w brzuch odłam­kiem gra­natu. Kilka lat wcze­śniej skła­dali przy­sięgę z Hum­bold­tem, Jako­bem i całą grupą z gim­na­zjum, na zlo­cie nie­le­gal­nej orga­ni­za­cji SS, w lasach pod Wied­niem. Marzyli o połą­cze­niu ich ojczy­zny z wielką Rze­szą, z entu­zja­zmem uczyli się na pamięć całych stron Mein Kampf. Pod­nie­ceni swoją odwagą ata­ko­wali pał­kami i kaste­tami mani­fe­sta­cje czer­wo­nych robot­ni­ków i nisz­czyli sklepy syjo­ni­stów.

Kunze czy­tał w jego myślach.

- "Bóg wie, że ni­gdy nie zawie­dli­śmy w dzie­dzi­nie wie­dzy, ale zawie­dli­śmy jako naród naj­wię­cej, jeżeli cho­dzi o siłę woli i deter­mi­na­cję" - patrząc w oczy Oswalda, zacy­to­wał z powagą dzieło Führera. - Obie­caj, że cie­bie to nie doty­czy - popro­sił z naci­skiem.

- Wyko­nuję moje obo­wiązki - stwier­dził lako­nicz­nie zastępca komen­danta Schutz­po­li­zei i odwró­cił wzrok.

Na końcu placu ujrzeli wycho­dzące z ulicy Tar­go­wej cztery kolejne syl­wetki. Po cho­dzie widać było, że to męż­czyźni. Nie­ob­cią­żeni toboł­kami szli pośpiesz­nie, skrę­cili do naroż­nej kamie­nicy, ktoś otwo­rzył im drzwi, weszli do środka. Kunze poka­zał dło­nią z papie­ro­sem.

- No pro­szę, są i nasi klienci - powie­dział z zado­wo­le­niem. - Apteka "Pod Orłem" mistrza Pan­kie­wi­cza staje na wyso­ko­ści zada­nia. Chodź, przyj­rzymy się eli­cie spod znaku króla Dawida.

- Pocze­kajmy, aż wszy­scy się zejdą - zapro­po­no­wał Oswald.

Eses­man pokrę­cił prze­cząco głową.

- Na tym zim­nie? Dosta­niesz zapa­le­nia płuc, mój drogi. - Odrzu­cił nie­do­pa­łek, oto­czył ramiona Bousko opie­kuń­czym gestem. - No dobrze, znajdę dla cie­bie cie­pły płaszcz, zacze­kamy, aż zbie­rze się cały che­der. Potem zło­żymy wizytę panu apte­ka­rzowi. Poczę­stuje nas nalewką i łgar­stwami o izra­elic­kich przy­ja­cio­łach, to jego spe­cjal­ność.

- Ni­gdy nie mówisz o nich Żydzi - zauwa­żył Oswald.

- Bo to wielki naród Izra­eli­tów, z budzącą sza­cu­nek histo­rią. I tak wiele im zawdzię­czamy - odparł Kunze z udaną powagą.

Ze stu­kiem pod­ku­tych butów ruszyli obaj przez plac. Kunze wcią­gnął mocno powie­trze do płuc, z roz­sze­rzo­nymi noz­drzami i błysz­czą­cymi oczami przy­po­mi­nał konia przed star­tem w wyścigu.

- Uwiel­biam te akcje - powie­dział, pro­stu­jąc plecy. - Nadają sens wszyst­kiemu, o czym marzy­li­śmy. Stary świat uwal­niamy od zgni­li­zny. Sta­no­wimy nowy porzą­dek, zgodny z naturą. Pamię­tasz, jak bar­dzo się bali­śmy, że to są nie­re­alne sny? A stały się fak­tem. Które ger­mań­skie poko­le­nie prze­żyło coś porów­ny­wal­nego? Od cza­sów Ottona Wiel­kiego, gdy znisz­czył Hunów. Teraz my bru­dzimy sobie ręce, Oswal­dzie Bousko. Zasłu­żymy na sza­cu­nek potom­nych!

* * *

Miesz­cząca się na par­te­rze kamie­nicy, na rogu ulicy Tar­go­wej i placu Zgody apteka była oazą spo­koju, pew­no­ścią god­nego cho­ro­wa­nia i umie­ra­nia. Bez poni­ża­nia, bicia, strze­la­nia. Prze­szklone drzwi z wido­kiem na plac zapra­szały klien­tów. Sze­roki, dębowy kon­tuar z szaf­kami przy­kryty był bia­łym, mar­mu­ro­wym bla­tem. Wysoka szafa z pół­kami i prze­szklone szafki po bokach zasta­wione były budzą­cymi zaufa­nie sło­icz­kami z brą­zo­wego szkła i por­ce­la­no­wymi pojem­ni­kami z nazwami po pol­sku i łaci­nie. Pełne prosz­ków i pły­nów, w nie­ska­zi­tel­nych rzę­dach zapra­szały umysł i ciało do prze­dłu­ża­nia pobytu na naj­lep­szym ze świa­tów.

Duży zegar nad szafą spo­koj­nie odmie­rzał wiecz­ność. Nad nim, z roz­ło­żo­nymi opie­kuń­czo skrzy­dłami przy­glą­dał się klien­tom dębowy orzeł. Dwie lampy pod sufi­tem, z moc­nymi żarów­kami w mato­wych klo­szach, roz­ja­śniały wnę­trze ste­ryl­nym, bia­łym świa­tłem bez tajem­nic. Na końcu kon­tu­aru, obok wyj­ścia stała brą­zowa kasa marki Natio­nal, ame­ry­kań­ski cud tech­niki sumu­jący liczby i dru­ku­jący para­gony.

Dobry duch apteki i zamknię­tej dziel­nicy, magi­ster far­ma­cji Tade­usz Pan­kie­wicz, ubrany jak zawsze w ele­gancki biały kitel, z dużą czarną muszką zdo­biącą śnież­no­białą koszulę, czę­sto­wał gości her­batą, ciast­kami i uspo­ka­ja­jącą nalewką na zio­łach. Poma­gały mu trzy far­ma­ceutki: dwu­dzie­sto­let­nia, ciem­no­włosa Helena, poważ­nie wyglą­da­jąca pomimo dwu­dzie­stu sze­ściu lat Irena i młod­sza o cztery lata, wesoła Aure­lia. Far­ma­ceutki kur­so­wały tam i z powro­tem pomię­dzy kuchenką na zaple­czu apteki a główną salą. Tu, dookoła okrą­głego stołu zasia­dło cia­sno sied­miu męż­czyzn i kobieta. Po roz­la­niu nalewki do krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków dosiadł się do nich Pan­kie­wicz.

Poran­nymi gośćmi byli dok­tor prawa i filo­zo­fii Dawid Rap­pa­port, pro­ku­rent banku Filip Schor, kupiec i szli­fierz dia­men­tów Mosze Izra­eler, piękna dama z elity kra­kow­skiego miesz­czań­stwa Gizela Fen­dler, far­ma­ceuta Otto Her­man, adwo­kat Natan Obe­rlen­der i dwaj dok­torzy medy­cyny, Roman Glas­sner i Wła­dy­sław Szen­cel.

Tade­usz Pan­kie­wicz miał trzy­dzie­ści trzy lata, ale każdy rok oku­pa­cji liczył się potrój­nie, wyglą­dał więc dużo poważ­niej. Poprzed­niego dnia zde­cy­do­wał z trzema pra­cu­ją­cymi z nim far­ma­ceut­kami, że sta­wią się w aptece o szó­stej rano, kiedy minie godzina poli­cyjna. Jeśli poli­cjanci Schutz­po­li­zei przy bra­mie zezwolą na wej­ście do getta. Tam­tego popo­łu­dnia roz­le­pione na ścia­nach kamie­nic roz­po­rzą­dze­nie doma­gało się, aby zamknięci za murem miesz­kańcy, któ­rzy nie posia­dają zaświad­cze­nia o pracy, zja­wili się o godzi­nie siód­mej rano na placu Zgody, z całymi rodzi­nami i pod­ręcz­nym baga­żem.

W zaka­za­nej dziel­nicy wszy­scy pra­co­wali, żeby prze­żyć, kobiety, męż­czyźni i dzieci. W małych skle­pi­kach, pie­kar­niach, kafej­kach, szwal­niach. Szewcy, zegar­mi­strze, bla­cha­rze, szkla­rze i spe­cja­li­ści od wszyst­kiego. Rodzinne firmy rosły jak grzyby po desz­czu, kiedy rok wcze­śniej dwa­dzie­ścia tysięcy ludzi stło­czo­nych zostało w pro­sto­ką­cie kilku ulic. Nie na darmo to ple­mię prze­trwało dwa tysiące lat prze­śla­do­wań i wygnań, żadne inne tak szybko nie potra­fiło się przy­sto­so­wać do nie­moż­li­wego. Zarzą­dza­jący tym mini­świa­tem nad­lu­dzie dobrze o tym wie­dzieli. Ich roz­po­rzą­dze­nie sta­no­wiło, że odtąd prawo do życia należy się wyłącz­nie pra­cu­ją­cym ofi­cjal­nie dla Rze­szy.

Pan­kie­wicz był świad­kiem okrut­nego prze­sie­dle­nia ludzi z Kazi­mie­rza do dziel­nicy Pod­gó­rze w marcu 1941 roku. Oba­wiał się, że ogło­sze­nie na murach ozna­czało znów pędze­nie tłumu bitych, ranio­nych kol­bami, bagne­tami i kulami ludzi, tym razem na plac Zgody, przed jego aptekę. Jak pod­czas tam­tego prze­sie­dle­nia będą potrze­bo­wali wody, lekarstw, opa­trun­ków, środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych i uśmie­rza­ją­cych ból. Mini­mal­nej pomocy, na którą zezwolą oprawcy.

Od świtu do apteki ścią­gali zaprzy­jaź­nieni klienci, któ­rzy potra­cili już bli­skich, lękali się samot­no­ści w czas apo­ka­lipsy. Na ich zszar­pane nerwy i tłu­mioną depre­sję Pan­kie­wicz miał w pogo­to­wiu nalewkę na meli­sie, zapra­wioną kro­plami lau­da­num. Ważne też było wspar­cie, któ­rego mógł udzie­lić tole­ro­wany przez wła­dzę apte­karz i aryj­czyk, na wypa­dek zło­śli­wo­ści ludzi w mun­du­rach. Dla żartu odbie­rali cza­sem czło­wie­kowi ken­kartę z pie­czątką i trak­to­wali go jak paso­żyta do likwi­da­cji. Goście sie­dzieli w mil­cze­niu dookoła stołu, pili zio­łową nalewkę, z napię­ciem i lękiem wsłu­chi­wali się w odgłosy z placu, drgali po każ­dym strzale i dono­śniej­szych krzy­kach ofiar.

Akcja wysie­dle­nia roz­wi­jała się, plac Zgody napeł­niał się szybko ska­za­nymi na nie­byt. Do apteki przy­cho­dziły pie­lę­gniarki ze szpi­tala dok­tora Bie­ber­ste­ina, po jodynę, środki prze­ciw­bó­lowe, leki na nerwy, naser­cowe i opa­trunki. Prze­ra­żone, z tru­dem nad sobą panu­jące, były dro­bin­kami w morzu falu­ją­cego nie­szczę­ścia. Rów­nie wystra­szone Helena, Aure­lia i Irena wyda­wały medy­ka­menty bez zapłaty, jak zade­cy­do­wał Pan­kie­wicz.

Apteka udzie­lała wspar­cia potrze­bu­ją­cym i trwała nie­wzru­sze­nie, jak wypeł­niona współ­czu­ciem i lękiem kap­suła, zawie­szona wysoko ponad zaka­zaną dziel­nicą. Goście przy stole uni­kali swo­ich spoj­rzeń, z poczu­ciem winy, że nie dzielą losu współ­braci. Pan­kie­wicz rozu­miał ich ból, nie wie­dział, czy wolno mu było prze­rwać mil­cze­nie.

Od czasu zamknię­cia zaka­za­nej dziel­nicy czę­sto przy­cho­dzili do jego apteki, duże wra­że­nie robiły na nim ich mądre i zabawne dys­ku­sje. Poprzed­niego wie­czora poja­wili się po zacho­dzie słońca, po prze­czy­ta­niu roz­le­pio­nego na ścia­nach kamie­nic roz­po­rzą­dze­nia o wysie­dle­niu nie­za­trud­nio­nych. Nie­spo­kojni, co czeka miesz­kań­ców dziel­nicy następ­nego dnia, dzie­lili się pogło­skami na temat losu wywo­żo­nych. Prze­ko­nu­jącą myśl wygło­sił w końcu sędziwy dok­tor Glas­sner:

- Ogło­sze­nie nie mówi słowa, dokąd pojadą. Rozum jed­nak pod­po­wiada, że gorzej niż tu ni­gdzie być nie może.

Logika tego stwier­dze­nia tra­fiła do zebra­nych. Poki­wali gło­wami z uzna­niem, wychy­lili zawar­tość napeł­nio­nych przez Pan­kie­wi­cza kie­lisz­ków, z ulgą śle­dzili wędrówkę trunku przez wnętrz­no­ści.

- Jest pan cudo­twórcą, panie Tade­uszu - wes­tchnął Dawid Rap­pa­port. - Pana nek­tar spra­wia, że zwie­rzęce nerwy zamie­niają się w aniel­skie.

- Co też pan opo­wiada, dok­to­rze? - zapro­te­sto­wał łagod­nie szli­fierz dia­men­tów Mosze Izra­eler i posta­wił pusty kie­li­szek bli­sko apte­ka­rza. - Gdyby anio­ło­wie odczu­wali lęk, chaos by ogar­nął oba światy, wieczną monar­chię i nasz padół.

- A nie ogar­nął? - zapy­tał iro­nicz­nie adwo­kat Natan Obe­rlen­der. - To jak pan nazwie to, co się z nami wypra­wia?

- Ma pan na myśli monar­chię Jahwe w uję­ciu Filona z Alek­san­drii? - spy­tał pro­wo­ka­cyj­nie far­ma­ceuta Otto Her­man.

Pozo­stali goście skrzy­wili się, bowiem imie­nia Stwórcy nie wolno było wyma­wiać. Znana jed­nak była iry­ta­cja Her­mana, który stra­cił w Kra­ko­wie całą rodzinę, po prze­sie­dle­niu zamiesz­kał w jed­nym pokoju z sied­mioma współ­lo­ka­to­rami. Celowo uży­wał okre­śleń, które w nor­mal­nych cza­sach uznano by za obraź­liwe.

- Jak­kol­wiek pan woli, drogi Otto­nie - uśmiech­nął się pojed­naw­czo Izra­eler. - Może być boska monar­chia w wyda­niu Ary­sto­te­lesa. Jeśli akcep­tuje pan wpływ hel­le­ni­zmu na juda­izm. - Po czym zwró­cił się do Obe­rlen­dera, zgod­nie z nie­pi­saną w tym gro­nie zasadą, iż każde pyta­nie zasłu­gi­wało na odpo­wiedź: - Bez poko­na­nia cha­osu nie ma drogi do oświe­ce­nia i zba­wie­nia.

- Poko­najmy zatem chaos, oświe­ca­jąc naszych prze­śla­dow­ców nauką Iza­aka Isra­elego. Nie ma innej drogi dla czło­wieka, jak...? - dok­tor Roman Glas­sner zawie­sił efek­tow­nie głos.

- Jak upodob­nie­nie się do Stwórcy - dokoń­czyła Gizela Fen­dler.

Męż­czyźni zakla­skali i ukło­nili się pięk­nej Gizeli, a ona dodała z uśmie­chem:

- Eses­mani ogar­nięci boską ema­na­cją i sza­łem orto­dok­sów, to byłby widok!

Wszy­scy gło­śno się roze­śmiali, potem zawo­łał Filip Schor:

- Prze­szliby na juda­izm i sami sie­bie zli­kwi­do­wali, kar­nie wyko­nu­jąc roz­kazy Führera!

Śmie­chy przy­ci­chły, miny obec­nych świad­czyły, że wizja pro­ku­renta Schora była co naj­mniej nie­de­li­katna.

- Hamujmy, pro­szę, skłon­ność nazy­wa­nia tych homi­ni­dów ludźmi - zapro­po­no­wał pojed­naw­czo dok­tor Wła­dy­sław Szen­cel. - Kro­jąc ich, miał­bym pro­blem ze zna­le­zie­niem czę­ści mózgu odpo­wia­da­ją­cej za ludz­kie odru­chy.

Rap­pa­port poki­wał głową, uniósł w geście toa­stu kie­li­szek napeł­niony ponow­nie przez apte­ka­rza.

- Za jak naj­wię­cej tych pań­skich ana­to­mo­pa­to­lo­gii, dok­to­rze.

Wszy­scy wychy­lili z powagą nalewkę, odsta­wili kie­liszki, się­gnęli po cia­steczka i paru­jące her­batą fili­żanki.

Pan­kie­wicz z podzi­wem przy­słu­chi­wał się dys­ku­sjom swo­ich gości. Spie­rali się, nie kłó­cąc, ni­gdy nie pró­bo­wali poni­żyć adwer­sa­rza, nie chlu­bili się wie­dzą. Łagodni mędrcy wyło­nili się z mgieł prze­szło­ści, ze sta­ro­żyt­nej Jero­zo­limy lub Alek­san­drii, przy­jem­no­ścią roz­mowy i poczu­ciem humoru unie­waż­niali kosz­mar świata. Z wdzię­kiem i lek­ko­ścią podró­żo­wali przez odmęty czasu, do innej, szczę­śliw­szej galak­tyki.

Dziś miał wra­że­nie, że od wczo­raj­szego wie­czoru upły­nęła wiecz­ność. Za szkla­nymi drzwiami apteki prze­le­wała się ciemna fala nie­szczę­ścia, plac Zgody wypeł­niał się tłu­mem nędza­rzy, krzyki, płacz i jęki zle­wały się z twar­dymi wrza­skami, szcze­ka­niem psów, trza­skiem wystrza­łów.

Drzwi otwo­rzyły się nagle z weso­łym brzę­kiem dzwo­neczka, do środka weszły pośpiesz­nie dwie kobiety, za nimi pię­ciu męż­czyzn. Dawid Rap­pa­port spo­dzie­wał się ich, bo od razu nachy­lił się do Pan­kie­wi­cza, coś mu po cichu wyja­śnił. Apte­karz ski­nął głową, pod­niósł się i odpro­wa­dził sió­demkę przy­by­szy na zaple­cze apteki.

Dobrze ich znał. Dok­tor medy­cyny Freud z żoną, oboje po pięć­dzie­siątce, w tym samym wieku fabry­kant Edward Wachs, pięć­dzie­się­cio­pię­cio­letni dok­tor Wol­fgang Armer, trzy­dzie­sto­let­nia pięk­ność Maryla Schen­ke­równa, czter­dzie­sto­letni skrzy­pek Chaim Rosner, aktor oraz poeta Mor­de­chaj Gebir­tig, liczący sobie sześć­dzie­siąt pięć wio­sen.

Żadne z nich nie miało pie­czątki w ken­kar­cie, z pra­wem do życia. Jakimś cudem udało im się przejść obok nad­zor­ców i wejść do apteki, ale to było tylko odro­cze­nie. Ukry­cie tej sió­demki skoń­czyć się mogło aresz­to­wa­niem apte­ka­rza, oskar­że­niem o zła­ma­nie prawa, i egze­ku­cją wraz z kolejną grupą zakład­ni­ków w wię­zie­niu Mon­te­lu­pich, po aryj­skiej stro­nie Kra­kowa.

Pokój na zaple­czu był nie­wielki, na środku stał duży, przy­kryty ceratą stół, na któ­rym sor­to­wane były i roz­le­wane medy­ka­menty. Pan­kie­wicz wszedł do małego kory­ta­rza za zaple­czem, otwo­rzył meta­lowe drzwi. Ucie­ki­nie­rzy bez słowa wsu­nęli się do ciem­nego wnę­trza maga­zynku. Apte­karz zamknął za nimi drzwi, z tru­dem pano­wał nad roz­dy­go­ta­nymi ner­wami. Wró­cił do głów­nej sali, wyjął z szafy kolejną butelkę nalewki na meli­sie, z kro­plami lau­da­num. Sto­jące za kon­tu­arem Helena, Irena i Aure­lia patrzyły na niego z lękiem.

- Są panie wolne, zakoń­czy­li­śmy na dziś pracę - powie­dział Pan­kie­wicz sta­now­czym gło­sem.

Obo­wiąz­kiem każ­dego aryj­czyka było powia­do­mie­nie o pró­bie ucieczki i ukry­wa­nia się osob­ni­ków z gwiaz­dami Dawida. Nie­do­peł­nie­nie tego obo­wiązku karane było śmier­cią, doty­czyło to wszyst­kich obec­nych, bez wyjątku.

Helena, Irena i Aure­lia, pobla­dłe i poważne, pokrę­ciły prze­cząco gło­wami. Pan­kie­wicz znał swoje far­ma­ceutki, nie nale­żało nale­gać na ich posłu­szeń­stwo, nie w tym przy­padku. Wes­tchnął z wdzięcz­no­ścią, przy­siadł się znowu do swo­ich gości, roz­lał nalewkę z butelki i pierw­szy wychy­lił kie­li­szek.

Nastrój przy stole był poważny, obecni znali wagę następ­nych minut. Patrzyli na Pan­kie­wi­cza i far­ma­ceutki z sza­cun­kiem i miło­ścią. Teraz oni grali o naj­wyż­szą stawkę, goście mieli pie­czątki w ken­kar­tach i nie odpo­wia­dali za ukry­wa­nie nie­le­gal­nej sió­demki.

Dawid Rap­pa­port poło­żył pokrytą żył­kami i pla­mami dłoń na drżą­cej ręce apte­ka­rza.

- Sły­szał pan o filo­zo­fie Iza­aku Lurii? W szes­na­stym wieku, w Gali­lei.

Pan­kie­wicz pokrę­cił prze­cząco głową.

- Luria utrzy­my­wał, że w snach jego dusza wędruje do nieba - cią­gnął Rap­pa­port. - Spo­ty­kał tam pro­roka Elia­sza, który opo­wia­dał, jakie były i jakie będą losy ludz­ko­ści. Według Lurii każdy ma obo­wią­zek wziąć udział w ducho­wej napra­wie świata, która pro­wa­dzi do zba­wie­nia. Czy pan wie, drogi Tade­uszu, że jest pil­nym uczniem Iza­aka Lurii? I kochane panie też jeste­ście - Rap­pa­port zwró­cił się do trzech far­ma­ceu­tek.

Pozo­stali męż­czyźni i Gizela Fen­dler poki­wali z powagą gło­wami. Poru­szony apte­karz chciał odpo­wie­dzieć, ale prze­rwał mu ponow­nie dzwo­nek nad drzwiami. Wszy­scy obró­cili się z nie­po­ko­jem w stronę wej­ścia, zło musiało się wresz­cie poja­wić.

Zamiast ludzi w mun­du­rach ujrzeli młodą, wychu­dzoną kobietę w krót­kim płasz­czu, która ści­skała dło­nie za cie­pło ubra­nych dziew­czynki i chłop­czyka. Drzwi zamknęły się za nimi z weso­łym brzę­kiem, przy­by­sze zatrzy­mali się.

Rebeka rozej­rzała się bez­rad­nie, widok grupy ludzi z opa­skami z gwiazdą Dawida pogłę­bił jej lęk. Nie ukry­wali się, na pewno mieli pie­czątki w ken­kar­tach. Dla­tego mówiło się, że zna­jomi apte­ka­rza uni­kali prze­śla­do­wań. Nie może usiąść z nimi, źle zro­biła przy­cho­dząc tu. Z nagłą deter­mi­na­cją ruszyła z dziećmi przez salę, skrę­ciła za kon­tuar, weszła do pokoju na zaple­czu.

Stało się to tak szybko, że zebrani ledwo zdą­żyli dostrzec roz­pacz na twa­rzy matki i strach w roz­pa­lo­nych gorączką oczach dziew­czynki i chłopca. Zasko­czony Pan­kie­wicz pod­niósł się i udał za przy­by­szami. Wcho­dząc na zaple­cze ujrzał, że kobieta roz­gląda się bez­rad­nie po małym wnę­trzu. Potem z nagłą deter­mi­na­cją pod­nio­sła brzeg ceraty, weszła z dziećmi pod stół i opu­ściła jego nakry­cie. Roze­grało się to szybko, jakby matka, dziew­czynka i chło­piec wiele razy bawili się tu w cho­wa­nego.

Apte­karz stał z ser­cem ści­śnię­tym współ­czu­ciem, bez nadziei. Wystar­czy, że oprawcy wejdą do apteki z poli­cyj­nym psem. Miał wra­że­nie, że spo­tkał wcze­śniej tę kobietę, ale nie miał poję­cia, dla­czego wybrała jego aptekę. Prze­mknęło mu przez głowę, aby ją o to zapy­tać, ale odgo­nił tę myśl.

- Pro­szę się nie ruszać, zacho­wać pełną ciszę - powie­dział spo­koj­nym gło­sem. - Wszystko będzie dobrze.

Nad drzwiami apteki roz­tań­czył się znowu srebrny dźwięk. Pan­kie­wicz zdą­żył już go znie­na­wi­dzić, wra­ca­jąc na salę, obie­cał sobie, że pozbę­dzie się prze­klę­tego dzwonka, jeśli prze­trwa dzi­siej­szy dzień. Wyło­nił się z zaple­cza i zatrzy­mał przy kon­tu­arze na widok gości. Jego serce wstrzy­mało rytm, potem nad­mier­nie przy­śpie­szyło.

Na środku sali stali dwaj wysocy ofi­ce­ro­wie, jeden w czar­nym mun­du­rze SS, drugi w sza­rym Schutz­po­li­zei, nazy­wa­nej przez miesz­kań­ców zaka­za­nej dziel­nicy: Schupo. Towa­rzy­szyli im trzej sturm­manni SS z pisto­le­tami maszy­no­wymi, wymie­rzo­nymi w sie­dzą­cych przy stole. Obaj ofi­ce­ro­wie znani byli apte­ka­rzowi i jego gościom, a także wszyst­kim miesz­kań­com dziel­nicy. Byli to SS-Haupsturmführer Jakob Kunze i zastępca komen­danta Schupo Obe­rleut­nant Oswald Bousko. Prze­stra­szone Irena, Aure­lia i Helena odsu­nęły się pod ścianę. Ośmioro gości pod­nio­sło się powoli, zgod­nie z pra­wem zaka­zu­ją­cym sie­dze­nia w obec­no­ści panów życia.

Jakob Kunze pod­niósł rękę powstrzy­mu­ją­cym gestem.

- Nie trzeba, pro­szę zostać na swo­ich miej­scach. - Odcze­kał, aż wszy­scy usiądą, potem z przy­ja­znym uśmie­chem spoj­rzał na apte­ka­rza: - Jak zwy­kle podej­muje pan swo­ich przy­ja­ciół. Nas też poczę­stuje pan nalewką? Czy została już skon­su­mo­wana?

Pan­kie­wicz wszedł za kon­tuar, otwo­rzył boczną szafę, wycią­gnął dużą butelkę. Kunze i Bousko pode­szli do niego. Trzej sturm­manni na­dal celo­wali z pisto­le­tów maszy­no­wych w sied­miu męż­czyzn i kobietę przy stole. Kunze wycią­gnął port­fel z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza.

- Całą butelkę popro­simy. Ile to wynie­sie? - zapy­tał do apte­ka­rza.

- Na koszt firmy - odparł Pan­kie­wicz.

Kunze pokrę­cił głową z udaną powagą.

- Próba prze­kup­stwa?

- Trzy marki, dwa­dzie­ścia feni­gów.

Pan­kie­wicz pod­szedł do kasy, wci­snął kilka kla­wi­szy, zakrę­cił korbą. Maszyna zabrzę­czała i wypluła krótki para­gon. Poło­żył papier na ladzie, obok butelki. Kunze uśmiech­nął się.

- Pro­szę sobie daro­wać. Nie przed­sta­wimy Him­m­le­rowi kosztu tej akcji. - Odli­czył dwa bank­noty jed­no­mar­kowe i monetę, poło­żył je na kon­tu­arze i zwró­cił się do Bousko: - Zaj­miesz się butelką?

Pan­kie­wicz podał zastępcy komen­danta Schupo kor­ko­ciąg, wyjął z szu­flady pięć kie­lisz­ków, posta­wił je na ladzie. Oswald chwy­cił butelkę, wkrę­cił kor­ko­ciąg, wydo­stał korek z dźwię­kiem zassa­nego powie­trza, napeł­nił kie­liszki nalewką. Kunze pod­niósł swój kie­li­szek, przy­su­nął pod nos, pową­chał.

- Nie stwier­dzam gorz­kiego zapa­chu mig­da­łów, cyjanku potasu. Nie posu­nąłby się pan tak daleko w miło­ści do nas, prawda? - mru­gnął do Pan­kie­wi­cza.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, ski­nął głową do trzech sturm­man­nów. Eses­mani zawie­sili pisto­lety na ramio­nach, pode­szli do lady, chwy­cili trzy kie­liszki z nalewką. Kunze odwró­cił się do nie­ru­cho­mych gości przy stole.

- Napiją się pań­stwo ze mną? Za zdro­wie Führera. Za zwy­cię­stwo Rze­szy w woj­nie z bar­ba­rzyń­cami ze wschodu.

- I z zachodu - powie­dział Dawid Rap­pa­port, wstał i pod­niósł swój kie­li­szek.

Pan­kie­wicz, far­ma­ceutki i pozo­stali przy stole zmar­twieli. Kunze zmie­rzył wzro­kiem wyso­kiego, siwego filo­zofa, skrzy­wił się roz­ba­wiony.

- Sza­nowny panie Rap­pa­port, zma­ga­nia wojenne toczą się jesz­cze na połu­dniu, w Afryce. Na zacho­dzie Europy sytu­acja jest opa­no­wana. Pomimo że panu Chur­chil­lowi marzy się spółka z inwa­lidą Roose­vel­tem. Ame­ry­kań­scy ban­kie­rzy z pań­skiego ple­mie­nia nie kwa­pią się jed­nak do sfi­nan­so­wa­nia tej awan­tury, prawda? Wystar­czy im inte­res na woj­nie z samu­ra­jami. Jeśli ma pan inne wie­ści zza oce­anu, chęt­nie posłu­chamy.

Rap­pa­port mil­czał, z kie­lisz­kiem w ręku patrzył na błysz­czące buty Kun­zego. Eses­man spoj­rzał w dół, jakby chciał spraw­dzić, czy opo­nent zauwa­żył brud na jego obu­wiu. Pod­niósł znowu głowę.

- Pro­szę mi patrzeć w oczy. Dziś nie strzelę za to w pań­ską głowę - zapew­nił dobro­dusz­nym tonem.

Rap­pa­port pod­niósł głowę, spo­tkał się z zim­nym, badaw­czym wzro­kiem bla­do­nie­bie­skich oczu eses­mana.

- Nie­prze­nik­nione są wyroki Opatrz­no­ści - powie­dział, przy­sta­wił swój kie­li­szek od ust i opróż­nił go powoli.

- Filo­zo­fia! I jak zawsze w wyda­niu mistycz­nym! - zawo­łał Kunze. Jed­nym hau­stem opróż­nił swój kie­li­szek. - Niech panu będzie, nasz Nie­tz­sche prze­ciw waszemu Baru­chowi Spi­no­zie. Prze­ko­namy się, kto lepiej oddaje prawdę o życiu.

Oswald Bousko wypił swoją nalewkę, odsta­wił kie­li­szek na kon­tuar.

- Skoń­czy­łeś? - zapy­tał, patrząc w stronę przej­ścia na zaple­cze.

Kunze odsło­nił złoty zega­rek na prze­gu­bie.

- Masz rację, jeste­śmy tu całe cztery minuty. Zie­mia prze­była pięć milio­nów kilo­me­trów, a my tylko gadamy. Sprawdźmy, jak tam z zatrud­nie­niem obec­nych. Z roz­mow­nym panem Rap­pa­por­tem na czele.

Ski­nął głową krę­pemu sturm­man­nowi z sze­roką, pry­mi­tywną twa­rzą. Eses­man odło­żył pisto­let maszy­nowy, pod­szedł do siwego filo­zofa, wycią­gnął rękę. Rap­pa­port wydo­był z kie­szeni mary­narki ken­kartę, podał eses­ma­nowi, potem zdjął okrą­głe oku­lary w dru­cia­nej opra­wie.

Jakby odgry­wali wypró­bo­wane role - prze­mknęło przez głowę Pan­kie­wi­czowi.

Sturm­mann z roz­ma­chem ude­rzył Rap­pa­porta wielką pię­ścią w twarz. Roz­legł się trzask łama­nej kości policz­ko­wej i nosa, zakrwa­wiony filo­zof z jękiem bólu zwa­lił się na pod­łogę. Kunze ode­brał ken­kartę od eses­mana, ostrze­gaw­czym gestem zatrzy­mał apte­ka­rza, który chciał pomóc powa­lo­nemu. Otwo­rzył doku­ment i prze­czy­tał na głos:

- No tak, zatrud­niony w fabryce pana Schin­dlera. Dla­czego mnie to nie dziwi? - Pokrę­cił głową, pod­szedł do leżą­cego Rap­pa­porta, upu­ścił na niego ken­kartę. - Jest pan spe­cja­li­stą od ema­lio­wa­nia naczyń dla armii, jak się domy­ślam. Przy­kro mi z powodu nie­po­ro­zu­mie­nia. No, dość kome­dii!

Trą­cił Rap­pa­porta czub­kiem buta w twarz. Stary filo­zof poru­szył się, wcią­gnął ze świ­stem powie­trze w płuca, usiadł z wysił­kiem. Krew spły­wała z jego twa­rzy, zale­wała szyję i pierś.

- Twarda sztuka - stwier­dził z uzna­niem Kunze i jak nar­ra­tor spek­ta­klu poto­czył wzro­kiem po twa­rzach widzów. - Po takim cio­sie Hel­muta ja bym nie wstał. - Odwró­cił się do eses­mana, który ude­rzył Rap­pa­porta. - Zbyt mało uży­łeś ger­mań­skiego ducha.

Sturm­mann zro­zu­miał to jako zachętę, zro­bił krok w kie­runku filo­zofa. Kunze powstrzy­mał go gestem ręki.

- Następne doku­menty popro­szę - zwró­cił się do pozo­sta­łych przy stole, gestem wysłał sturm­man­nów do dzia­ła­nia. Przy­glą­dał się uważ­nie poka­zu­ją­cym ken­karty gościom, zapa­lił papie­rosa, ski­nął do Oswalda. - Do roboty, komen­dan­cie.

Oswald spoj­rzał zna­cząco na Pan­kie­wi­cza, wszedł za kon­tuar i skie­ro­wał się na zaple­cze apteki.

Prze­szło godzinę obaj z Kun­zem stali na placu Zgody w grupce eses­ma­nów, palili papie­rosy, roz­ma­wiali i dys­kret­nie obser­wo­wali aptekę "Pod Orłem". Liczyli wcho­dzą­cych klien­tów, począw­szy od czte­rech męż­czyzn, któ­rych ujrzeli o świ­cie. Dwaj męż­czyźni i kobieta pół godziny póź­niej, kiedy na placu zebrał się już spory tłum. Wresz­cie, korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, prze­mknęło nie­zau­wa­żo­nych przez poli­cjan­tów i ode­ma­nów pię­ciu męż­czyzn i dwie kobiety. Młod­sza z kobiet, ele­gancko ubrana, poru­szała się z gra­cją na wyso­kich obca­sach, spra­wiała nie­re­alne wra­że­nie na tle falu­ją­cego zbio­ro­wi­ska nędzy.

Ta sió­demka to było źró­dło pew­nego zarobku Kun­zego i Bousko, ruszyli obaj do apteki. W ostat­niej chwili wyprze­dziła ich kobieta z dwójką małych dzieci, bie­giem dotarła do prze­szklo­nych drzwi i znik­nęła we wnę­trzu. Mignęła im tylko, ale oni byli zawo­dow­cami w swoim fachu, dostrze­gli, że kobieta nie nale­żała do elity zaka­za­nej dziel­nicy. Na pewno nie miała pie­czątki w ken­kar­cie. Ani środ­ków, aby rato­wać sie­bie i dzieci.

Nie­pi­sa­nym zwy­cza­jem było to ich polo­wa­nie, SS-Hauptsturmfürhera i zastępcy komen­danta Schutz­po­li­zei. Na aptekę nie zwra­cali uwagi uwi­ja­jący się w tłu­mie męż­czyźni w czar­nych, sza­rych i gra­na­to­wych mun­du­rach. Dość mieli pracy z popę­dza­niem nowo przy­by­łych, kara­niem opor­nych, za wolno reagu­ją­cych albo przy­pad­ko­wych pechow­ców.

W noc poprze­dza­jącą akcję pili do świtu. Teraz, z czer­wo­nymi oczami i odde­chami prze­są­czo­nymi alko­ho­lem walili pię­ściami, kopali, strza­łami z pisto­le­tów uci­szali woła­nia o ratu­nek kie­ro­wane do leka­rzy i pie­lę­gnia­rek, do pra­cow­ni­ków Służby Pomocy. Pod odzieżą i w toboł­kach miesz­kańcy zaka­za­nej dziel­nicy ukry­wali kosz­tow­no­ści i pie­nią­dze, w nadziei, że ura­tują im kie­dyś życie. To były łupy eses­ma­nów, funk­cjo­na­riu­szy Son­der­dien­stu i Bau­dien­stu. Zmę­czeni po noc­nej liba­cji, pod­nie­ceni wła­dzą poty­kali się, prze­kli­nali, uwi­jali się w tłu­mie jak poszu­ki­wa­cze skar­bów. Wrza­skiem zmu­szali kobiety, męż­czyzn i dzieci do roz­bie­ra­nia się, biciem poga­niali powol­nych. Prze­trzą­sali walizki, tobołki i odzież, roz­ka­zy­wali ofia­rom pod­ska­ki­wać w samej bie­liź­nie, zaglą­dali im od ust.

Oswald Bousko patrzył na mal­tre­to­wany tłum i prze­pi­tych męż­czyzn w mun­du­rach, zasta­na­wiał się, czy alko­hol był koniecz­nym wstę­pem, czy uła­twiał opraw­com unieść potwor­no­ści, któ­rych się dopusz­czali. Może odwrot­nie, zale­ga­jąca w ich mózgach wódka doda­wała eks­cy­ta­cji, zwięk­szała przy­jem­ność w zada­wa­niu cier­pień.

Po wej­ściu do apteki Kunze i Bousko zorien­to­wali się, że dobrze liczyli przy­by­szy, zaro­bek będzie znaczny. Ośmioro gości sie­działo przy stole, poza nimi obecni byli apte­karz Pan­kie­wicz i trzy far­ma­ceutki. Gdzie się podziała następna sió­demka? I kobieta z dwójką dzieci.

Na zaple­czu było pusto. Zamknięte szafy pod ścia­nami nie były godne uwagi, ani przy­kryty ceratą stół. Oswald pocze­kał na apte­ka­rza, po czym poka­zał na wzmoc­nione meta­lową sztabą drzwi, w kory­ta­rzu za poko­jem.

Pan­kie­wicz nie pró­bo­wał dys­ku­to­wać. Wyjął z far­tu­cha klucz, wszedł do kory­ta­rza, otwo­rzył zamek drzwi maga­zynku. Mecha­niczne, pro­ste ruchy, które wyko­ny­wał tysiące razy, miały teraz wagę życia. Zastępca komen­danta Schupo mógł przy­jąć zapłatę lub zacho­wać się jak służ­bi­sta. Wów­czas Pan­kie­wicz i trzy far­ma­ceutki byli ska­zani, kobieta i dwójka dzieci pod sto­łem też. Nie było szansy, żeby myśliwi nie poli­czyli zwie­rzyny przed wej­ściem do apteki.

W cia­snym wnę­trzu maga­zynku Edward Wachs, Wol­fgang Armer, Maryla Szen­ke­równa, Chaim Rosner, Mor­de­chaj Gebir­tig i mał­żeń­stwo Freu­dów mru­żyli oczy przed rażą­cym świa­tłem. Pan­kie­wicz dopiero teraz uświa­do­mił sobie, że nie zja­wili się z dziećmi. Może zostały pacjen­tami szpi­tala dok­tora Bie­ber­ste­ina, albo udało się je prze­my­cić i ukryć po aryj­skiej stro­nie mia­sta. Brał udział w takich akcjach, ale nie mógł sobie przy­po­mnieć, czy były to dzieci męż­czyzn i kobiet w maga­zynku.

Oswald nie krzy­czał, nie wycią­gnął pisto­letu, nie wezwał eses­ma­nów z głów­nej sali, cze­kał w mil­cze­niu. Pan­kie­wicz ode­tchnął z ulgą. Sto­jący w maga­zynku się­gnęli do kie­szeni, pod ubra­nia, za paski spodni, za biu­sto­no­sze. W bia­łym świe­tle bły­snęły bry­lanty, złote pier­ścionki, bran­so­letki, kolo­rowe zwitki bank­no­tów, kolejno zni­kały w kie­szeniach mun­duru Oswalda.

- W porządku - powie­dział wresz­cie Bousko.

Pan­kie­wicz zamknął drzwi maga­zynku, w zapa­da­ją­cej ciem­no­ści zga­sły oczy sied­mioro ucie­ki­nie­rów. W tym momen­cie spod stołu dobiegł cichy, stłu­miony kaszel i zapa­dła znowu cisza.

Poli­cjant odwró­cił się, spoj­rzał na stół, potem prze­niósł wzrok na apte­ka­rza. Bez słów doma­gał się lojal­no­ści, jeśli na­dal mieli współ­pra­co­wać. Pan­kie­wicz mil­czał, nie poru­szył się. Bousko skrzy­wił się nie­cier­pli­wie, chwy­cił brzeg ceraty, uniósł ją i zaj­rzał pod blat. Jego spoj­rze­nie napo­tkało gorącz­ku­jące oczy dziew­czynki, potem prze­stra­szone oczy chłopca. Za nimi ujrzał kobietę ota­cza­jącą ramio­nami oboje dzieci. Pół­mrok zakry­wał jej rysy, ale można było wyczuć nie­ru­chomą roz­pacz.

- Wycho­dzić - powie­dział Oswald mięk­kim, wie­deń­skim akcen­tem. - Papiery.

Rebeka wypu­ściła z objęć Sarę i Aarona, powol­nym ruchem wypchnęła ich spod stołu. Poczuła opór, ciała dzieci były sztywne jak z drewna. Wyszła za nimi na czwo­ra­kach, wypro­sto­wała się, chwy­ciła małe dło­nie i spoj­rzała w oczy męż­czyź­nie w mun­du­rze, z dys­tynk­cjami Obe­rleut­nanta Schutz­po­li­zei. Widy­wała go przy bra­mie zaka­za­nej dziel­nicy, kiedy miała jesz­cze prawo wycho­dze­nia do pracy w Kra­ko­wie, w fabryce cze­ko­lady Pia­sec­kiego. Oswald Bousko był gwa­ran­cją, że nic złego nie spo­tka szmu­glu­ją­cych z aryj­skiej czę­ści mia­sta żyw­ność, pie­nią­dze i kosz­tow­no­ści. Pod warun­kiem, że czę­ścią prze­mytu podzielą się z wład­cami życia i śmierci.

Sara zanio­sła się kasz­lem, Rebeka objęła jej ramiona, drugą ręką wyjęła z mary­narki ken­kartę, podała ją poli­cjan­towi. Nie miała nic do zaofe­ro­wa­nia, stała nie­ru­choma, bez sił do walki. Posłusz­nie pój­dzie z dziećmi tam, gdzie dawno powinni tra­fić. Z pod­nie­sioną głową, wbrew prawu nie opu­ściła oczu, doma­gała się wyroku. Niech poli­cjant zacznie krzy­czeć: Komm! Los! Schnell!, niech to się wresz­cie skoń­czy. Po kilku sekun­dach ciszy instynk­tow­nie wyczuła, że on się waha. Chwy­ciła się kur­czowo ostat­niej szansy, magii lito­ści.

- Pro­szę - wyszep­tała po nie­miecku.

Oswald Bousko otwo­rzył ken­kartę.

- Rebeka Aspis, nie masz zatrud­nie­nia.

Chciał mówić dalej, for­mułę o roz­po­rzą­dze­niu, wysie­dle­niu jej i dzieci, ale mil­czał, z pustką w gło­wie. Miał wra­że­nie, że czas się zatrzy­mał, dla niego i wycze­ku­ją­cej w udręce matki. Zdał sobie nagle sprawę, że gdyby zdjąć z twa­rzy tej kobiety zmę­cze­nie, głód i lęk, nie byłby w sta­nie znieść jej urody. Za moment roz­każe jej przejść do głów­nej sali, eses­mani wypro­wa­dzą ją z dziećmi na plac, podzieli los zgro­ma­dzo­nych tam ludzi. A on zapo­mni, że ją spo­tkał.

Nie ode­zwał się i nie poru­szył, z bez­sen­sowną nadzieją, że kobieta i dzieci znikną, ni­gdy ich tu nie było. Co na to Jakob Kunze, z któ­rym liczyli zbie­gów? Mate­ma­tyka była bez­li­to­sna, apteka nie miała tyl­nego wyj­ścia, sie­dem­na­ście osób nie mogło się stać czter­na­stoma. Trzy pier­ścionki, dwa bry­lanty, bran­so­letki i dwa zwitki bank­no­tów w kie­sze­niach Oswalda Bousko to było za mało. Kunze wie­dział, jakiego dochodu nale­żało się spo­dzie­wać.

Sara na­dal kasz­lała. Pan­kie­wicz patrzył z nie­po­ko­jem na poli­cjanta i wychu­dzoną kobietę. Mil­cze­nie Obe­rleut­nanta mogło ozna­czać, że obmy­śla karę. W zaka­za­nej dziel­nicy nie sły­szano, żeby Bousko tor­tu­ro­wał lub zabi­jał ludzi osa­dzo­nych w aresz­cie Schutz­po­li­zei. Ale docho­dziło tam do znę­ca­nia się nad aresz­tan­tami, nocami zaba­wiali się w ten spo­sób pijani eses­mani.

Apte­karz przy­su­nął się do Bousko, szep­nął z napię­ciem:

- Zapłacę za kobietę i dzieci.

Oswald nie odpo­wie­dział, wycią­gnął pisto­let z kabury, ruchem głowy poka­zał przej­ście do głów­nej sali. Rebeka chwy­ciła dło­nie Sary i Aarona. Pan­kie­wicz powstrzy­mał ją.

- To nie jest konieczne, panie komen­dan­cie - powie­dział z naci­skiem. Się­gnął do kie­szeni mary­narki, wyjął port­fel. - Trzy­sta marek?

Wzrok i ton głosu Oswalda były spo­kojne.

- Gdzie ją pan ukryje? - spy­tał, poka­zał na maga­zy­nek. - Tam nie ma już miej­sca.

Apte­karz spoj­rzał na stół.

- Mogą tu zostać.

- Jak długo? Nikt poza mną nie zaj­rzy?

- Co pan zamie­rza z nimi zro­bić? - nie ustę­po­wał Pan­kie­wicz.

- Nie pań­ska sprawa.

Oswald odsu­nął apte­ka­rza ręką z pisto­le­tem, ponow­nie ski­nął głową w stronę wyj­ścia. Rebeka patrzyła na Pan­kie­wi­cza, jej wzrok pytał: To koniec, nic wię­cej pan nie może? Osta­teczny koniec? Odwró­ciła się, ści­snęła moc­niej dło­nie Sary i Aarona, wyszła z zaple­cza.

- No pro­szę, jakie zna­le­zi­sko! - zawo­łał Kunze na widok matki z dziećmi. Zwró­cił się do Bousko i Pan­kie­wi­cza: - Pan apte­karz ukry­wał zbie­gów?

- Sam ich wydał - zaprze­czył Oswald i popchnął lekko Rebekę do wyj­ścia z apteki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki