3
20 sierpnia 1937 roku,
Psary - województwo stanisławowskie
Słońce wznosiło się wysoko nad horyzontem, a jego promienie przedzierały się przez liście drzew, oświetlając twarz Stefanii Obieckiej. Po bladoniebieskim niebie powoli przesuwały się nieliczne pierzaste obłoki, ptaki ćwierkały wesoło, a znad bagien dobiegało cykanie świerszczy. Z oddali, przysłonięta gęstwiną wysokich, liściastych drzew i krzewów wyłaniała się wieża pałacu Obieckich, której dach pokryty srebrną blachą odbijał światło, jawiąc się jako latarnia wśród morza bezkresnych łąk i pól obsianych zbożem. Parne powietrze mąciły porywy ciepłego wiatru, który pieścił odkryte ramiona i nogi dziewczyny.
- Połóż się na kocu - oświadczyła Anna. - Nie wypada tak leżeć na trawie.
Stefania zdawała się nic sobie nie robić z przytyków siostry, choć czuła, jak w środku robi jej się coraz goręcej ze złości.
- Patrzą na nas, a ty swoim zachowaniem bardziej do nich niż do nas podobna. - Anna nie dawała za wygraną. Przetarła dłonie chusteczką, chwilę wcześniej zamoczoną w miseczce z wodą, i z niesmakiem przerzuciła wzrok ze służby na niepokorną siostrę.
- Kiedy ja tak lubię najbardziej. - Stefania popatrzyła na bladą, posępną twarz swojej siostry, na starannie upięty kok cienkich, jasnych włosów i na smukłą, lekko wysuniętą w przód szyję, którą Anna przecierała wilgotną bawełnianą chustką z własnoręcznie wyhaftowanymi irysami.
- Nie liczy się to, co lubisz, ale to, jakie dajesz świadectwo o swojej rodzinie. Zapominasz chyba, kim jesteśmy. Kim ty jesteś.
Wobec upominającego tonu ciepły, beztrosko zapowiadający się dzień stracił w oczach Stefanii cały swój urok.
- Hraaabiaaanką - zakpiła. - Myślisz, że papier, który i tak przeszło piętnaście lat temu zniosła konstytucja marcowa, czyni nas lepszymi od nich? - Skinęła głową przed siebie, gdzie poniżej pagórka służba i pracownicy pałacu trudzili się w polu.
Podział ról podczas pracy był jasny. Mężczyźni przedzierali się z kosami przez połacie wysoko wyrośniętego zboża, a kobiety szły za nimi i wiązały całe naręcza pszenicznych bukietów, które następnie przenosiły w wyznaczone miejsce, gdzie młodzi młócili zboże cepem.
Ogniste spojrzenie Anny zmyło zadziorny uśmiech z twarzy Stefanii. Przez chwilę trwała pod jego naporem, aż westchnęła głośno i przeturlała się na koc. W milczeniu, choć z nadąsaną miną, zrywała źdźbła trawy, co też doprowadzało Annę do szewskiej pasji, ale Stefania nic sobie nie robiła z uczuć siostry. Wyłącznie dla świętego spokoju dostosowała się kolejny raz do prośby starszej Obieckiej, a w myślach odliczała czas, kiedy zostanie w pałacu tylko z rodzicami i wreszcie będzie mogła cieszyć się samotnością.
Coraz częściej czuła się skrępowana zasadami obowiązującymi w jej rodzinie. Wydawało jej się, że te obyczaje nie pasują do czasów, w jakich przyszło im żyć, a świat zmierza ku równouprawnieniu, zostawiając za sobą różnice społeczne. Im była starsza, tym silniejsze rosło w niej przekonanie, że nie pasuje do otoczenia, w którym dorastała. Nakazy i zakazy od najmłodszych lat wyznaczały kierunek jej dni, a ona pragnęła tylko żyć tak, jak miała ochotę, a nie tak, jak wypadało.
Rodzice nigdy nie mówili jej tego, co pragnęła od nich usłyszeć. W ich słowniku próżno było szukać kombinacji słów typu: "Jak uważasz" czy "Jeżeli to cię uszczęśliwi, zrób to i tamto". Ojciec, choć kochał Stefanię nad życie, nie rozumiał jej nowoczesnego podejścia, narzucał staroświecki prym, a matka wraz z dwiema starszymi córkami wtórowała temu, co zadecydował. Kiedyś Stefania żaliła się Mariannie, że mama, Anna i Wanda są jak chórki, które tylko powielają ton ojcowskiego głosu.
Stefania leżała na wzgórzu i obserwowała okolicę, szukając w niej ukojenia, równowagi oraz spokoju, z którego wyprowadziła ją siostra. A kiedy zdawało się, że wraca na beztroskie tory myślowe, dostrzegła ojca i ten widok ponownie sprowadził nad jej lekkie myśli burzowe chmury.
Hrabia Mieczysław Obiecki gnał morrisem tak szybko, ile mocy było w silniku jego ulubionego samochodu ze składanym dachem. Zawsze bardzo dbał o bezpieczeństwo za kierownicą, więc tumany kurzu, które po sobie zostawiał na nieutwardzonej drodze, zwiastowały, że nie jest w najlepszym humorze.
- Coś złego musiało się wydarzyć - stwierdziła Anna z troską.
- Nie da się ukryć - rzuciła beznamiętnie Stefania. - Chodźmy do domu, to się dowiemy.
Wstała z koca i zaczęła na zmianę otrzepywać i wygładzać na sobie pomiętą, niebieską sukienkę z atłasu. Ciemne, splecione w warkocz włosy przerzuciła przez ramię, a następnie zwinęła w kok, który przepięła złotymi klamerkami. Sięgnęła jeszcze po kapelusz, ale Anna chwyciła go i odrzuciła na bok.
- Oj nie, moja droga, ty nigdzie nie idziesz - powiedziała tonem, jakiego zawsze używała ich matka, ostatecznie kończąc swoje wywody.
- Niby dlaczego? - oburzyła się Stefania.
- Jeszcze pytasz? Jeśli stało się coś złego, to ojca trzeba wesprzeć, udobruchać, a nie prawić moralne śpiewki o konstytucji marcowej i równouprawnieniu.
Stefania spięła się w sobie i zacisnęła mocno zęby. Zdenerwowana patrzyła na Annę, która w pośpiechu, a jednocześnie z gracją, jakiej oczekiwano od wszystkich panien Obieckich, wstała i nasunęła na głowę kapelusik, po czym kilkukrotnie poprawiała go, przeglądając się w małym lusterku, które zawsze nosiła w swojej torebce. Młodsza Obiecka była zmęczona przytykami, ograniczeniami i rozkazami, ale najbardziej przeszkadzało jej to, że Anna traktowała ją jak dziecko, a przecież Stefania lada moment miała ukończyć lwowską Akademię Handlu Zagranicznego. Może i wyglądała nadal niewinnie, ale wiedziała znacznie więcej, niż się innym wydawało. Patrzyła teraz, jak siostra zbiera się, a następnie zmierza w stronę pałacu. Nie chciała się z nią kłócić, więc rzuciła się na koc i sprawnie przeturlała na trawę, by znów się gapić na przesuwające się nad nią chmury, liście dębu poruszane wiatrem i na swoje dłonie, poprzecinane czerwonymi śladami po wbijanych ze złości paznokciach. Pierwszy raz pomyślała, że pora zboczyć z narzuconej przez los ścieżki i przestać angażować się w słowne batalie z rodziną, która należała do znienawidzonej ostatnimi czasy polskiej arystokracji. Odpuściła, ale nie czuła się z tym tak paskudnie, jak dotychczas. Dostała możliwość odpoczynku bez atakujących spojrzeń i rozkazów, więc postanowiła rozkoszować się tą chwilą. Kątem oka obserwowała, jak Anna idzie wydeptaną dróżką do pałacu i kilka razy obraca się, zerkając w stronę leżącej na plecach młodszej siostry, która z powodu dużej różnicy wieku między nimi mogłaby być jej córką. Przy każdym obróceniu marszczyła brwi i z niezadowoleniem kręciła głową, na co Stefania tylko przekornie uśmiechała się pod nosem.
Mimo szczerych chęci odpoczynku myśli Stefanii wciąż krążyły wokół ojca.
Mieczysław Obiecki znany był w okolicy nie tylko przez wzgląd na tytuł hrabiowski, olbrzymi majątek czy posiadanie największego zespołu pałacowo-parkowego, ale też z tego, że angażował się we wszystkie większe wydarzenia w województwie stanisławowskim. Gdy tylko w okolicy działo się coś ważnego, Obiecki był pierwszy, by dopilnować wszelkich spraw.
W rodzinie wciąż wspominano, jak przed 1918 rokiem do Stanisławowa przyjechał Józef Piłsudski, by w sali Kasyna Polskiego wygłosić odczyty na temat odzyskania niepodległości, a po nich z entuzjazmem chwalił dokonania Obieckich na Kresach Wschodnich. To właśnie podczas jednego z takich spotkań były Naczelnik Państwa ogłosił ojca Stefanii rycerzem wrót miasta i od tamtej pory Mieczysław zapisał sobie w sercu miłość oraz oddanie tym terenom. Gdy po stu czterdziestu sześciu latach Polska w końcu odzyskała niepodległość, Obiecki robił wszystko, by wzmocnić swoją pozycję. Dzięki działaniom jego oraz ludzi, z którymi współpracował, Stanisławów rósł w siłę i szybko stał się jednym z ważniejszych ośrodków gospodarczych Pokucia. Mówiono, że lada moment stanie się drugim po Lwowie największym miastem na wschodzie. Jednak Mieczysław udzielał się nie tylko w lokalnej społeczności, ale też jeździł w różne zakątki Polski, żeby - jak sam powiadał - być przedstawicielem Kresów Wschodnich na zachodzie.
Kiedy Piłsudski dwa lata temu zmarł, Mieczysław coraz bardziej obawiał się o losy kraju. W kółko powtarzał, że teraz Polska znów upadnie na kolana, a on razem z tymi, którzy pozostali, musi zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby utrzymać ją w ryzach ku pamięci dla Naczelnika. Jego motywację do działania napędzała sytuacja polityczna oraz niechęć do obecnego prezydenta Ignacego Mościckiego, którego znał od wielu lat. Uważał, że jest dobrym chemikiem i wynalazcą, ale do rządzenia krajem brakuje mu odwagi, a Polska nie może sobie pozwolić, żeby jej interesami zarządzał tchórz.
Odkąd Stefania pamiętała, ojca więcej nie było w domu, niż był, a w ostatnim czasie widywała się z nim wyjątkowo rzadko. Jak już się pojawiał, sprawdzał wiedzę, obycie i znajomość polityki nie mniej surowo niż profesor Sorowicz, który był szanowanym rektorem jej uczelni, a jednocześnie przyjacielem rodziny. Ojciec przez wiele lat jawił się w oczach Stefanii jako największy autorytet, lecz od kiedy zamieszkała na stancji we Lwowie, zaczęła postrzegać swoją rodzinę w nieco inny sposób. To, z czego do tej pory była dumna, we Lwowie było powodem do drwin; do tego okazało się, że ojciec, którego tak szanowała, miał zszarganą opinię nie tylko w swoim mieście, ale i w dalszych zakątkach kraju. Dopiero na uczelni dziewczyna zrozumiała, jakim tworem w rzeczywistości jest arystokracja, która konstytucję marcową traktowała jako pustosłowie, i że powszechne skrajne różnice społeczne stanowiły jasny przykład tego, że szlachta nadal zachowuje się tak, jakby nie widziała nic poza czubkiem własnego nosa, a już na pewno nie zależało jej na osławionym przez ich złote usta losie kraju.
Im bardziej Stefania zagłębiała się w historię i polityczne analizy, tym większa rosła w niej niechęć do własnego rodu.
Podniosła się do pozycji siedzącej i zauważyła, że na polu u podnóża wzgórza nie ma już nikogo, a kosy, ścięte, nieposkładane zboże oraz cepy zostały niechlujnie porzucone. Nie wiedziała, ile czasu upłynęło jej na rozmyślaniach o ojcu i wspominaniu tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie, ale czuła, że nie może dalej pozostawać bezczynna i musi się dowiedzieć, co tak wzburzyło ojca. Rozejrzała się w poszukiwaniu Marianny, która zawsze pomagała jej we wszystkim, a kiedy spostrzegła, że jest na wzgórzu zupełnie sama, wstała, pospiesznie ułożyła na kocu leżące wokół rzeczy, złapała za cztery rogi i zarzuciła prowizoryczny tobołek na plecy, uzmysławiając sobie, że kolejny raz nie zachowała się tak, jak by oczekiwała tego jej rodzina. Ruszyła w stronę pałacu, a w głowie dudniły jej słowa siostry: że bliżej jej do chłopów niż do arystokracji.
"Właściwie to gdzie się podziali chłopi?" - zastanawiała się w duchu, przemierzając znaną na pamięć drogę. Wokół panowała niczym niezakłócona cisza, a pokryta bujną roślinnością okolica wydawała się całkowicie opustoszała. Stefania poczuła, jak w jej myślach panoszy się lęk, a sytuacja, która tak wzburzyła ojca, z pewnością dotyczyła tego, co w ostatnim czasie stanowiło główny temat debat politycznych.
Przyspieszyła kroku, jednak strach o rodzinę wypełniający każdą komórkę jej ciała nakazał jej biec. Koc obijał się o plecy, a porcelanowa miseczka i tamborki do wyszywania stukały o siebie donośnie. Nie zważając na to, biegła coraz szybciej. Zwolniła dopiero, gdy zobaczyła z oddali ojca; stał na tarasie, wyciągnął z kieszeni papierosy egipskie i w zdenerwowaniu szybko zapalił jednego. Stefania zatrzymała się gwałtownie i schowała za rosłym drzewem. Nie chciała złościć ojca swoim nagannym wyglądem; wpierw musiała uspokoić oddech oraz serce, którego szybkie bicie sprawiało jej ból. Położyła tobołek przy ogromnych, wystających z ziemi korzeniach, tak by ojciec jej nie dostrzegł. Wyjęła niedokończoną chusteczkę z tamborka, przetarła nią twarz oraz kark, po czym rozejrzała się dookoła, obrzucając spojrzeniem park.
Widok bujnej, gęstej trawy, którą lada moment należało skosić, od dawna niestrzyżonych krzewów i okazałych, wysokich drzew napawał ją spokojem, a jednocześnie uzmysławiał jej, że pałacowy park został zaniedbany. Kilka razy poruszyła atłasową sukienką, żeby schłodzić spocone od biegu ciało, złożyła koc w równą kostkę, starannie poukładała na nim wszystkie rzeczy i spokojnym krokiem ruszyła przed siebie.
Mieczysław nadal stał na tarasie; miał na sobie szare spodnie i rozpiętą koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci. Stefania rzadko widziała ojca w takim stanie. Zazwyczaj ubrany był w ciemny garnitur, spod którego wyglądała zapięta za wszystkie guziki kamizelka i jasna, wykrochmalona koszula. Teraz patrzył w dal w zamyśleniu, paląc papierosa, który ginął między jego palcami a gęstym, pokaźnym wąsem. Choć wydawać by się mogło, że najzwyczajniej w świecie spędza miło czas, to z bliska widać było, że ręka mu drżała, a dym wydmuchiwał przed siebie z pewnym nerwem.
Stefania przeszła obok, kompletnie przezeń niezauważona. Cicho położyła rzeczy na ażurowym metalowym krześle i podeszła do ojca, po czym wtuliła się w jego pierś.
- Jak dobrze, że jesteś, córciu. Zaczynałem się martwić o ciebie - powiedział mocnym basem Mieczysław i pocałował Stefanię w czoło.
- Niepotrzebnie, tatku. Byłam na wzgórzu z Anną, ale z powodu gorąca wróciła wcześniej do domu.
Ugryzła się w język, a w myślach usprawiedliwiała przed Bogiem, że zgrzeszyła tylko z troski o ojca.
Mieczysław odsunął się od córki i spojrzał na nią przenikliwie. Wiedział, że kłamała. Zawsze wtedy zaczynała uciekać wzrokiem przed jego spojrzeniem i błądziła szybko gdzieś w przestrzeni, jak gdyby nie mogła się zdecydować, na co ma patrzeć.
Chrząknął głośno, a Stefania westchnęła i powiedziała:
- Tak naprawdę to Anna nie pozwoliła mi wracać, żeby ciebie nie denerwować, ale przecież nie jestem już dzieckiem i wiem, kiedy coś się dzieje - powiedziała na jednym wydechu. - I to na pewno coś złego, bo ta cisza doprowadza mnie do szału. Wyobraź sobie, tatku, że jak wracałam do domu, to wokół nie było żywej duszy! Jakby wszyscy pracownicy rozpłynęli się w powietrzu. Cóż, chyba że zostali przez ciebie zwolnieni? - Spojrzała na ojca, marszcząc brwi.
Mieczysław oddychał ciężko. Niemal do końca miał nadzieję, że cała ta afera ominie jego majątek szerokim łukiem. Przez chwilę zastanawiał się, czy opowiedzieć córce o wydarzeniu, które diametralnie zaogniło sytuację polityczną w kraju; doszedł do wniosku, że to już nie jest jego malutka córeczka, lecz niemal dorosła kobieta, więc ma prawo wiedzieć, co się dzieje wokół niej.
- Nikogo nie zwolniłem - zaczął. - Trwa strajk chłopski i nasi pracownicy również do niego dołączyli.
- Strajk chłopski? - spytała z niedowierzaniem.
- Cóż... Chcą swojej społecznej autonomii. - Mieczysław zgasił papierosa w leżącej na stoliku popielniczce.
- Nie wierzę, że strajkują. Przecież w większości nie potrafią się nawet podpisać. - Stefania uniosła brwi i w zadumie patrzyła na las na horyzoncie.
Obiecki chyba po raz pierwszy w życiu nie wiedział, jak ubrać w słowa to, czego dowiedział się w Stanisławowie, a raczej pod nim, ponieważ nie udało mu się wjechać do miasta, gdyż chłopi zabarykadowali wszystkie drogi dojazdowe. Z dnia na dzień rzucili pracę, przestali sprowadzać żywność i skrzyknęli się w proteście. Mieczysław wrócił myślami do przedpołudnia, gdy siedział w swoim samochodzie i patrzył, jak ludzie nieprzychylnymi władzy okrzykami domagali się przywrócenia w Polsce zasad demokracji, swobód obywatelskich, skasowania wyroków brzeskich oraz powrotu emigrantów politycznych. Kiedy widział tłum protestujących, którzy z pasją i determinacją wyrażali swoje poglądy, ogarnął go paniczny lęk o swoją rodzinę. Wszyscy zgromadzeni byli przeciwko rządom sanacji. Przeciwko niemu. Nazywali go antydemokratycznym, antychłopskim oraz antyrobotniczym faszystą, a przecież odkąd pamiętał, robił wszystko, by żyło im się lepiej. Zatrudniał na swoich terenach wielu pracowników, którym zawsze płacił na czas, a jego żona organizowała różne przyjęcia, podczas których zbierała datki na rzecz ubogich rodzin i sierot. Będąc w delegacjach na zachodzie, działał w imię dobra swojej społeczności, a teraz lud na jego terenach traktował go jak wroga publicznego. Mieczysław nie rozumiał strajku i poczuł się bezradny. Szybko wrócił do pałacu i zadzwonił do komendanta policji z prośbą o rozgromienie tego spędu. Ten z pełną lojalnością obiecał zrobić wszystko, co w jego mocy, by zaprowadzić porządek w Stanisławowie i okolicy.
- Pozwolicie im na tę autonomię? - Stefania wyrwała go z rozmyślań.
- Nie wiem, córciu. Nie zależy to ode mnie.
- A od kogo? Przecież nie ma wyższego włodarza na tych terenach niż ty, tatku.
- Tutaj nie ma, tyle że strajkują nie tylko u nas, ale w całej Polsce. Szesnastego sierpnia Stronnictwo Ludowe oficjalnie ogłosiło strajk, do którego masowo przyłączyli się chłopi. Przestali pracować w momencie, w którym nie ma już zapasów żywności, a tego, co wyrosło, nie ma kto zebrać, przerobić i zawieźć do miast. Poza tym i tak zabarykadowali większość dróg. Sparaliżowali pracę w dziesięciu, jak nie w dwunastu województwach - powiedział z wyczuwalnym niepokojem. - Myślą, że jak postraszą nas głodem, to się ugniemy.
- Och... - Stefania mocniej przytuliła się do ojca, by go wesprzeć.
Stali przytuleni na tarasie i patrzyli przed siebie. Ojciec palił kolejnego papierosa, dumając nad sytuacją, a Stefania myślami wędrowała do niepokornej, walczącej z systemem społeczności chłopskiej i była pełna podziwu dla tych ludzi. W większości niepiśmienni analfabeci skrzyknęli się w chwili, kiedy rzeczywiście mieli szansę cokolwiek zyskać. Nie mogła uwierzyć, z jaką precyzją realizowali plan. Wszystko mieli wykalkulowane. Zapasy jedzenia faktycznie się kończyły i już podczas ostatniego przyjęcia matka żaliła się, że mąka jeszcze niezmielona, a ziemniaków zostały resztki. Wszystko leżało na polach, tylko nie było komu zebrać, zemleć i obrobić. Stefanii przykro było patrzeć, jak ojciec się zamartwia; z drugiej strony przepełniała ją dzika satysfakcja, ponieważ wierzyła w to, że dzięki strajkowi jej rodzina zrozumie, jak ważna jest każda istota w społeczeństwie, nie tylko ta wykształcona, obyta i posiadająca majątek.