Bournemouth, Anglia
Sobota, 10 kwietnia 2010
Głos radiowej spikerki zacina się na nazwiskach zmarłych. Potyka się o obco brzmiące sylaby, jakby o ciała rozrzucone wśród szczątków samolotu.
Serce mi się ściska na dźwięk jednego z tych niemożliwych do wymówienia
nazwisk. Czy właśnie wspomniała o tobie? Jednak nie. Niemal całe życie
minęło, odkąd po raz ostatni słyszałam, jak ktoś wymienił twoje imię.
Potem prezenterka bez wahania wypowiada rosyjską nazwę "Katyń". Miejsce
w lesie. Narasta we mnie poczucie winy i pstrykam wyłącznikiem.
Na zewnątrz, za kuchennym oknem, wysokie chmury rozciągają się po niebie
jak miękkie dziewczęce włosy. Te lekkie cirrusy są tak daleko od nas, że
ich ruch wydaje się nieznaczny, ale gdy odwrócisz od nich oczy na dłużej
niż na chwilę, ich lodowe kształty odmienią się na zawsze.
Powiedziałeś mi o tym, kiedy staliśmy na rozległym trawiastym lądowisku
tego ranka, gdy po raz pierwszy zabrałeś mnie w powietrze.
- Spójrz! - powiedziałeś, a gdy wskazałeś na chmury, opadł ci podwinięty
rękaw koszuli. - Poruszają się po niebie szybciej niż cokolwiek innego.
Ubrana w skórzany lotniczy kask i męskie spodnie, sceptycznie
nastawiona, bębniłam palcami po ramieniu.
- Nie wierzę ci - odparłam - wcale się nie poruszają.
Miałeś chłopięcy uśmiech, gdy tak mrużyłeś oczy od słońca.
- W porządku. A więc zabiorę cię, byś przyjrzała się z bliska.
I zrobiłeś to. Stary dwupłatowiec wzbijał się pionowo w górę na tyle
szybko, że to nie mogło długo potrwać. Na wierzchołku pętli silnik
zwolnił, zakaszlał i zamilkł. Siedzieliśmy zawieszeni w powietrzu. Potem
zaczęliśmy spadać, najpierw powoli, potem coraz szybciej, aż do
przerażającego lotu nurkowego. Zmuszałam się, by trzymać oczy otwarte.
Poniżej wyłoniło się gospodarstwo, na sznurze powiewały białe
prześcieradła.
Trzymaj się - pomyślałam - to chyba jednak nie jest żart.
Białe płachty powiększały się, ich widok wypełniał mi całe gogle.
Wyobraziłam sobie, jak rozbijam się o pomarańczowy dach domu, zobaczyłam
białe lilie na własnej trumnie i łzy toczące się po wąsach mojego taty.
Ale wtedy, gdy niewiele brakowało do upadku, silnik zawarczał i samolot,
tak jak się tego spodziewałeś, wzleciał ponownie w czyste niebo.
Musiałeś pomóc mi wysiąść z otwartej kabiny. Nie mogłam chodzić.
- Nie podobało ci się? - spytałeś ze złośliwym uśmieszkiem.
- Dość przyjemne, można powiedzieć - odrzekłam z podobnym spokojem.
Uniosłeś brwi, mierząc mnie jasnobłękitnym spojrzeniem.
- Więc będę musiał wymyślić coś jeszcze bardziej ekscytującego.
Mój wzrok, zuchwały jak zawsze, nie cofnął się przed twoim. I pozwoliłam
sobie na dotknięcie czubkiem palca twojej opalonej skóry w trójkątnym
wycięciu rozpiętego kołnierzyka.
Na całym świecie nie ma żadnej twojej fotografii. Zawsze myślałam, że
nie zniosę dalszego życia, gdybym miała nigdy więcej nie zobaczyć twojej
twarzy, gdy przez zmrużone oczy wpatrujesz się w cirrusy.
Nieprawdopodobne, ale jednak nadal żyję. Mając jedyną zachowaną pamiątkę
po tobie.
Wyciągam krzesło spod kuchennego stołu i jakoś się na nie wdrapuję.
Jednak nawet stojąc na palcach, nie mogę sięgnąć w głąb górnej półki
kredensu. Palcami przebieram w niewidocznych szpargałach i zapomnianych
papierach; takich jak gruby plik rachunków za South Coast School of
English sprzed trzydziestu lat czy zgnieciony list lotniczy z zachodnioniemieckim znaczkiem. Mój pierścionek uderza o gładkie,
zaokrąglone szkło figurki latarni morskiej wypełnionej różnokolorowym
piaskiem. Ten pierścionek nie przypomina zaręczynowego: zwykła miedź
jest matowa i zniszczona, a noszę go na niewłaściwej ręce. Jednak jego
obecność upewnia mnie, nawet jeśli to nieprawda, że kochałeś mnie
bardziej niż tamtą cudzoziemską dziewczynę.
Grzebiąc w stosie papierów, wyławiam kciukiem i palcem wskazującym
książkę lotów i chwytam ją jakoś za ziarnistą okładkę. W środku twoje
pismo nadal wypełnia całą kartkę z czasami przelotów i typami samolotów.
Młodzieńcza elegancja tego pisma dobrze cię charakteryzuje.
Pociągam mocniej i dziennik lotów się wysuwa. I nagle wyskakuje. To
wywołuje lawinę spadających starych rachunków i niewysłanych listów,
wskutek czego chwieję się w tył. I w przód. Początkowo wolno, ale
nieuchronnie, tracę równowagę i zaczynam spadać. Staję się tak wolna i oderwana od ziemi jak tamta dziewczyna w dwupłatowcu, lecz tym razem
uderzam o ziemię, i to z taką siłą, jakbym spadała z wysokości tysiąca
stóp, a nie zaledwie z dwóch.
Czuję pod policzkiem chłód kafelków. Przed oczami tańczą mi czarne
plamy. Potem te kropki zaczynają rosnąć, łączą się i prawie przesłaniają
porozrzucane na kuchennej podłodze papiery. Jednak zanim zamknie się
nade mną ciemność, coś prześwieca przez potłuczone szkło i rozsypany
piasek. Na wyblakłej niebieskiej okładce dziennika lotów Royal Air Force
błyszczą złotem twoje inicjały: SB.
Essex, Anglia
Środa, 31 marca
Żółte skrzydła samolotu Tiger przesuwają się nad rozmokłymi polami. Vee
spogląda w dół, by ponownie sprawdzić mapę, ale wszystko zdaje się w porządku. Czerwone drogi na wydruku odpowiadają szarym szutrówkom
wijącym się na ziemi. Jeszcze dziesięć minut i w zasięgu wzroku powinna
znaleźć się baza RAF Birch.
Jednak na wschodzie powietrze jest nieprzeniknione; morze, niebo i wybrzeże zlewają się w jedno. Gdy Vee rzuca okiem na ślad śmigła, biel
zaczyna spowijać ziemię. Jej puls przyspiesza. Może powinna była
posłuchać rady oficera dyżurnego ze Stradishall, żeby zrezygnować z lotu
do Birch. Jednak jak by to wyglądało w jej rejestrze szkoleniowym?
Pomyśleliby, że jest leniwa lub tchórzliwa. Nie na poziomie.
Potem przez nagły prześwit w chmurach wśród rozległych zabudowań widać
kręte drogi, a Vee znowu zerka na mapę. Może to Halstead? Ale mgła, do
diabła, już zasłania wieś. Gęste chmury kłębią się wokół kokpitu, i Vee
wsuwa bezużyteczną mapę pod fotel. Teraz leci na ślepo, nie ma już czego
oglądać.
Pot sączy się jej do stanika, a jakaś cząstka jej mózgu odczuwa
przyjemny przypływ adrenaliny - zwiększającej koncentrację,
wyostrzającej zmysły. Przecież w końcu tego właśnie pragnęła w te nudne
popołudnia, gdy przez okna w dachu fabryki obserwowała krzyżujące się na
niebie smugi kondensacyjne. A uczucie gorąca wewnątrz jej kombinezonu
lotniczego pochodzi raczej z irytacji niż ze strachu; irytacji na
oficera dyżurnego, który nie ostrzegł jej przed niskim pułapem chmur na
wybrzeżu na tyle zdecydowanie, by zmieniła trasę, i irytacji na kapitana
Millsa, który z dezaprobatą przyjął jej zeszłotygodniowe pytanie, czy
będą się szkolić w lataniu według wskazań przyrządów.
- Och, nie - fuknął. - Nie będziemy zawracać sobie tym głowy. Będziesz
zbyt zajęta, by jednym okiem patrzeć na ziemię, a drugim na mapę na
kolanach.
Dzisiaj z trudem dostała nawet mapę samochodową, przypominającą raczej
coś w rodzaju przedwojennego darmowego dodatku do niedzielnej gazety.
Jednak teraz każda mapa stałaby się bezużyteczna.
Silnik warczy, nieczuły na niebezpieczeństwo. Twarz Vee, jej gogle i kołnierz z flauszu są całe mokre. Jedna dłoń w lepkiej od wewnątrz
rękawiczce ściska drążek sterowy, próbując utrzymać go w bezruchu i w odpowiednim położeniu, druga unosi okulary. Jednak to nie pomaga. Ziemia
może być wszędzie. Wilgotne powietrze pokrywa powieki Vee, ale jej usta
są suche.
Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz widziała ziemię? Minuta czy trzy?
Gdzieś czytała, że czas jest najważniejszym czynnikiem, gdy nie trzyma
się toru podczas lotu na ślepo, ale nie ma pojęcia, co teraz robić.
Sprawdza wysokościomierz. Pięćset stóp. Za nisko. Jednak wzbijanie się
jest niedozwolone. Kapitan Mills podkreślił, z poczuciem wyższości, w instrukcji napisanej drukowanymi literami w książce regulaminów ATA (Air
Transport Auxiliary): W ŻADNYCH OKOLICZNOŚCIACH NIE PRÓBUJCIE ODNALEŹĆ
WYJŚCIA Z MGŁY PRZEZ WZBICIE SIĘ PONAD NIĄ. Słońce może świecić tuż nad
warstwą tych kłębiastych chmur, ale Vee wie, że bez odpowiednich
przyrządów i przeszkolenia w ich użyciu kusząca perspektywa dotarcia do
czystego nieba jest śmiertelną pułapką. Paliwo może skończyć się
szybciej niż warstwa chmur przesłaniająca ziemię.
Ale czy ośmieli się zejść w dół? Na samą myśl serce bije jej dwa razy
szybciej. Przejrzyste powietrze może być zaledwie kilka stóp poniżej kół
Tigera. Albo mgła może zalegać aż do podmokłego gruntu. Vee spogląda na
niewielką drewnianą tablicę przyrządów, mimo że wie, że na tej wysokości
nie można ufać wskaźnikom samolotu. Wyrównuje oddech. Warto spróbować
zejść o pięćdziesiąt stóp.
Z oczami na wysokościomierzu Vee popycha lekko w przód drążek sterowy i czuje znajomy skurcz żołądka. Wskazówka opada. Pięćset stóp, czterysta
pięćdziesiąt. Mgła jest gęsta od wilgoci. Czarne plamy przesłaniają jej
pole widzenia, gdy się tak wpatruje. Czy coś ciemnego rusza się tam
nieco poniżej samolotu? Czy tam coś jest? Dobry Boże. Opary nagle
opadają i ukazują się czarne skiby. Samolot nie leci na wysokości
czterystu pięćdziesięciu stóp. Znacznie niżej. To chyba dwieście stóp, a może mniej. Vee odruchowo przyciąga drążek i Tiger wzbija się, a jego
górny płat przecina dywan chmur. Prostuje drążek i poziom przelotu.
Trzeba to zrobić tuż nad słupami telegraficznymi.
Jednak nie ma tu żadnych słupów telegraficznych i raczej niczego innego.
Orne pola ustępują miejsca grząskim mokradłom, a dalej, za pasem
jałowego gruntu, ziemia przechodzi w morze. Tiger krztusi się, jakby
chciał grzecznie spytać, czy to jest rzeczywiście trasa, którą Vee
zamierza lecieć. Pot zbiera się jej pod pachami i w zgięciach kolan.
Znowu pojawia się ziemia, szarozielona, poprzecinana błotnistymi rowami,
a za nią kolejny rozległy obszar wody. Wzrok Vee wędruje ku horyzontowi.
Woda. Moczary. Znowu woda. A w dali, za zasłoną oparów, dziwne zielone
światło. Dziewczyna mruży oczy. Blask staje się wyraźniejszy i bardziej
zielony. Odbija się lekko w coraz bliższej tafli wody. Coś na morzu musi
być oświetlone. Ale jaki statek wystawiłby się na łatwy cel dla
Luftwaffe? Wtedy zielone światło przyjmuje kształt prostokąta złożonego
z zielonych punktów. Światła lądowiska. A wewnątrz rozciąga się
prościutki pas betonu z przysadzistą wieżą kontrolną z boku.
Vee czuje głęboką ulgę. To nie baza Birch, za blisko brzegu jak na nią,
ale jakiekolwiek lądowisko jest lepsze od pola rzepy. Naciskając butem
pedał steru, zatacza niski krąg wokół lotniska. Zwiotczały żółty
lotniczy rękaw nadyma się, jakby witając ją z ociąganiem, gdy nalatuje
na pas. Vee ustawia maszynę dziobem do słabego przedniego wiatru. Koła
lekko dotykają gładkiego betonu. Czuje wstrząs przy zetknięciu się z płytą, ale dalsza droga hamowania jest wystarczająco gładka.
Vee zatrzymuje Tigera, ale nie wyłącza silnika. Na szczycie wieży
kontrolnej, wewnątrz oszklonej sali obserwacyjnej, błyszczy lornetka.
Nie mogą oczywiście zabronić jej lądowania. Każdego może zaskoczyć mgła.
Vee sięga po mapę i przebiega wzrokiem układankę zielonych i niebieskich
oznakowań lotniska.
Potem samolot przechyla się jak pijany na jedną stronę. To lotnik w nienapompowanej kamizelce ratunkowej stanął na dolnym płacie,
przechylając go. Dłonią przeciąga wzdłuż gardła, dając Vee do
zrozumienia, by odcięła silnik, ale się uśmiecha. Ona sięga do
wyłącznika obok szyby i gasi silnik. Kiedy warkot milknie, spogląda na
lotnika. Gdy chłodne spojrzenie jego jasnoniebieskich oczu napotyka jej
wzrok, jego uśmiech zamiera.
- Mein Gott!
Twarz mu blednie.
Vee przebiega dreszcz i czuje niemiłe ukłucie w kark. Ta ostatnia tafla
wody... przecież to nie może być Morze Północne, prawda? A ten bombowiec
na pasie startowym to z pewnością jest Bristol Blenheim, a nie Junkers
88... Jej oczy szukają znajomego czerwono-niebieskiego, kolistego
oznakowania. I oczywiście na kadłubie Blenheima widnieje symbol RAF.
Czyż mogłaby znajdować się gdziekolwiek poza Anglią?
Odwraca się do lotnika i zdaje sobie sprawę, jak długo wstrzymywała
oddech. Odzywa się ochrypłym i piskliwym głosem:
- Co to za miejsce?
Lotnik ponownie niepewnie się uśmiecha.
- Pani nie wie?
- Nie.
- Naprawdę?
- Po co zadajecie sobie trud oświetlania pasa startowego, jeśli nie
spodziewacie się kogoś, kto zgubił drogę?
- No tak. - Uśmiecha się szerzej. - Ma pani rację.
- A skoro kazał mi pan wyłączyć silnik, mógłby pan po prostu pokazać mi
właściwy kierunek i zeszłabym panu z drogi.
- Ale mgła nad morzem jest teraz zbyt gęsta, by odlecieć.
Nie ma zbyt wyraźnego obcego akcentu, ale jednak słychać jakiś ślad, a ona nie potrafi go jednoznacznie określić. Czy to rzeczywiście może być
niemiecki? Słyszy, że jej własny głos staje się drżący.
- Wydaje mi się, że raczej nie chce pan ujawnić naszego położenia.
- To tajna informacja.
- Słucham?
On się śmieje. Brzmi to uspokajająco, ale jednocześnie irytująco.
- Nie, nie, przepraszam, to żart. Bradwell. To baza RAF Bradwell Bay.
- Dziękuję.
Vee ponownie spogląda na mapę i czuje, że oblewa się rumieńcem, chociaż
on nie ma przecież pojęcia, że wyobraziła sobie miejsce w okupowanej
przez Niemców Belgii. Ma nadzieję, że mężczyzna odejdzie, ale on pochyla
się ku niej i wskazuje palcem. To musi być pilot; oni nigdy nie oprą się
mapie.
- Jesteśmy tutaj, proszę spojrzeć. Bradwell. Skąd pani przyleciała?
- Przykro mi, to tajna informacja.
On przechyla głowę zakłopotany, jakby dając do zrozumienia, że już
wyrównali rachunki. Jednak gdy Vee próbuje spojrzeć na mapę, jego wzrok
ją powstrzymuje. Ciemna otoczka wokół jego bladej twarzy nadaje mu
dziwny, obcy wygląd. Uśmiecha się teraz cieplej.
- Nie, przepraszam. I muszę jakoś zrehabilitować się za mój kiepski
żart. Może herbatki?
- Nie ma potrzeby.
- Proszę, niech pani przeczeka tutaj jakiś czas. Proszę mi wierzyć, że
za pół godziny może się wszystko zmienić.
- Chodzi panu o widoczność?
On przytakuje.
- Chmury wkrótce znikną.
Vee stuka palcem w klamerkę w talii. On prawdopodobnie ma rację. Nie
miałoby sensu, gdyby jeszcze bardziej zmarzła, siedząc na zewnątrz przez
pół godziny.
- W porządku.
Vee odpina rzemyki uprzęży pilota. Lotnik wyciąga rękę, by jej pomóc
wysiąść z kabiny, ale ona ją ignoruje, ciągnąc za sobą spadochron i torbę lotniczą. Nie będzie ryzykować, zostawiając je tutaj. Wszystko
może się zdarzyć z niestrzeżonym samolotem, szczególnie tak blisko
wrogiego wybrzeża.
Dopiero kiedy Vee staje na betonie, zdaje sobie sprawę, że ma zdrętwiałe
stopy. Lotnik unosi ramię, wskazując drogę, a ona usiłuje utrzymać się
na nogach, idąc za nim. Lepiej byłoby, gdyby zaproponował pomoc w niesieniu bagażu. Vee czuje się winna, że była zbyt ostra.
- Stradishall - mówi.
- Słucham?
- Stamtąd jestem, baza RAF Stradishall. A przynajmniej tam ostatnio
stałam na ziemi. Rano wyleciałam z Luton na oblot kraju.
Patrzy na nią z ukosa.
- Więc... więc kim pani jest?
- Pilotem.
On się lekko wstrząsa, a ona ponownie zdaje sobie sprawę, że zareagowała
zbyt ostro.
- Jestem Vee.
Lotnik mocno marszczy brwi.
- V jak "Victory"?
- Jak Valerie.
- Va-le-rie - miele w ustach sylaby.
- Vee - poprawia.
- Proszę mi wybaczyć. Powinienem był się przedstawić. - Strzela obcasami
i robi mocny skłon głową. - Sierżant pilot Stefan Bergel, Dywizjon 302.
Witam panią.
Vee próbuje się nie roześmiać.
- Miło mi pana poznać. Vee Katchatourian.
Idzie dalej i przygląda mu się przez ramię, gdy on ją dogania. Jest
wysoki, nawet jak na pilota. Jego ruchy w workowatym kombinezonie
sugerują tłumioną energię. Wygląda na przejętego.
- Jest pani Ormianką, Vee?
Nie traci rytmu.
- Nie, jestem Angielką.
Mówi trochę ostrzejszym tonem, ale właściwie jest pod wrażeniem. Nie
pamięta, kiedy ostatnio ktoś się nie pomylił. A jest to zupełnie
uzasadnione pytanie; wielu kadetów pochodzi z zagranicy. Jednak zawsze
jest przygotowana na najczęstszą reakcję na jej nazwisko: lekkie
zmarszczenie brwi oznaczające brak zrozumienia; grymas zakłopotania w związku z jej obcością, mimo że niezależnie od oliwkowej cery i orzechowych oczu Vee jest tak samo Angielką jak wszyscy, których zna.
Vee zerka w bok na Stefana Bergla.
- Ale pan nie. Nie jest pan Anglikiem.
- Nie, nie! - Chichocze i podstawia jej ramię, unosząc sztywny, żółty
skraj kamizelki ratunkowej. Na ramieniu kombinezonu ma wyszyte "Poland".
- Rozumiem.
Zatem to, co powiedział wcześniej, musiało być po polsku, a może było to
My God z tym jego dziwnym akcentem.
Szara mgła kłębi się wokół zielonych świateł. Na wieży kontrolnej jakieś
cienie przesuwają się za dużymi oknami, zaklejonymi taśmą na krzyż.
Stefan unosi kciuk w ich kierunku, a potem prowadzi ją do poczerniałego
drewnianego baraku, który nawet wewnątrz śmierdzi kreozotem.
W kącie byle jak umeblowanego pomieszczenia dym unosi się z popielniczki
stojącej na poplamionej ławce. Jakiś pilot chrapie wciśnięty w zapadnięty fotel. Vee rzuca spadochron na podłogę i siada przy
porysowanym stoliku do kart. Pije łyk z filiżanki, którą postawił przed
nią Stefan. Herbata nie jest zbyt gorąca, chociaż paruje.
Stefan wierci się na krześle.
- No tak. I co pani myśli o naszej kantynie?
- Niechlujna.
- Powinno nas odwiedzać więcej kobiet.
- Żeby posprzątały?
Reaguje śmiechem, a ciemne włosy, wilgotne od mgły, spadają mu na czoło.
Jednak niezależnie od tego jego jasne oczy są nieruchomo utkwione w Vee.
Ona czuje się zakłopotana, ale także lekko podniecona. Na szczęście w baraku jest zbyt zimno, by mogła rozpiąć kołnierz swego ocieplonego
kombinezonu czy nawet zdjąć skórzany lotniczy hełm. Nie wolno jej się
skusić na dłuższy pobyt tutaj. Biorąc pod uwagę, że nie wykonała
zaplanowanego lądowania w Birch, kapitan Mills już może się zastanawiać,
gdzie się podziali ona i jej Tiger.
Stefan pochyla się nad stolikiem i niemal szepcze:
- Okay. Poddaję się. Wiem, że nie jest pani z Women's Auxiliary Air
Force, więc proszę powiedzieć, kim pani jest? Z dowództwa ochrony
wybrzeża czy jakiegoś rodzaju lotnictwa cywilnego...?
- Tak, coś w tym rodzaju. Z Air Transport Auxiliary.
- Ach, tak. Pani dostarcza nam nowe samoloty i uprząta z drogi
zdezelowane.
Vee śmieje się. Jego angielski jest dobry, ale dziwaczny.
- Zgadza się.
- I Luton jest pani bazą?
Vee kręci głową.
- White Waltham.
- No tak, blisko Northolt.
Kiwa głową i pije łyk herbaty.
- A wyposażenie pilotek ATA w odbiorniki radiowe sprawiłoby, że latanie
stałoby się dla nich zbyt łatwe?
- Myślę, że raczej pozbawiłoby je przyjemności.
- Poważnie?
Vee śmieje się.
- Oczywiście, że nie.
Chyba go to trochę dotknęło i Vee znowu czuje się winna. Nie pamięta,
żeby jakiś facet tak poważnie traktował jej słowa. Jego reakcja sprawia,
że czuje się starsza od niego, chociaż z pewnością tak nie jest. Wypija
łyk zimnej herbaty i odstawia pozbawioną spodeczka filiżankę na stolik.
Wygląda na to, że stalowe ogniwa zegarka przycięły Stefanowi kilka
ciemnych włosków na nadgarstku. Wystarczyłoby złapać palcem za brzeg
paska, aby je uwolnić. Odrzuca tę myśl. Musiała stracić rozum od tej
mgły. Ściska filiżankę obiema rękami.
- Nie mamy radia z wielu powodów. ATA często lata nowymi modelami
samolotów z fabryki do warsztatów, w których są montowane odbiorniki.
Więc musimy uczyć się latać, obserwując teren pod nami, a nie polegając
na sygnałach radiowych. Poza tym kanały radiowe muszą być dostępne
głównie dla was.
- Więc nieważne, że kiedy przyjdzie mgła, mogą stracić samolot i pilotkę?
- Nie stracili mnie, prawda? Jestem tutaj.
- A ja się cieszę, że pani tu jest.
Przez zawstydzającą chwilę Vee myśli, że on chce złapać ją za rękę, tak
jak wcześniej w wyobraźni zrobiła to ona. Jednak on po prostu odgarnia
mokre włosy z czoła.
Po przeciwnej stronie pomieszczenia lotnik w fotelu donośnie puszcza
bąka, a głowa opada mu na ramię. Stefan podnosi płaską poduszkę i rzuca
w niego, warcząc jakieś szeleszczące słowa. Pilot chrząka, rusza się i otwiera oczy, widzi Vee i zrywa się na równe nogi. Bez słowa podchodzi,
chwyta jej dłoń i podnosi do ust, zanim Vee może zaoponować. Potem robi
ten sam niemiecki skłon głową i stuka obcasami jak Stefan, ale z większym rozmachem.
Mówi coś niezrozumiałego, a potem:
- Miło mi panią poznać.
Vee uwalnia rękę i uśmiecha się.
- Cześć.
Stefan unosi podbródek i głośno zwraca się do lotnika, który natychmiast
odpowiada tak samo i zaraz ich słowa krzyżują się w powietrzu. Vee
widzi, że nie miała racji: polski wcale nie brzmi jak niemiecki. Ten
język trzeszczy i zlewa się w nieznany, niezrozumiały strumień. Ani
jedno słowo w niczym nie przypomina angielskiego.
- On próbuje pani powiedzieć, że nazywa się Piotr Drzewiecki. Ale
wszyscy tutaj mówią na niego Double Whiskey i musiał się do tego
przyzwyczaić.
- Musiał? Dlaczego?
- Bo staramy się ułatwiać życie naszym angielskim gospodarzom.
- Nie każdy może mieć nieskomplikowane nazwisko.
Stefan odwraca się, by na nią spojrzeć, rozumiejąc, co ma na myśli.
Mruga pomału.
- Pani nazwisko...
- ...jest ormiańskie. Miał pan rację. Mój ojciec przyjechał do Anglii
jako bardzo młody człowiek i potem spotkał moją matkę. Katchatourian
może być trudne do wymówienia, ale ojciec zachował to nazwisko, bo tylko
tyle zostało mu z ojczyzny.
- Która teraz należy do... Związku Radzieckiego?
- Miasto, w którym się urodził, jest zdaje się w Turcji. Ale on dawno
temu zerwał z nim wszelkie związki. Osoby z takimi nazwiskami jak jego
były tam strasznie traktowane.
Vee dziwi się sama sobie, że tak dużo mówi. Zazwyczaj rzuca swym
nazwiskiem wyzywająco, bez wyjaśniania czy tłumaczeń, i jest gotowa do
ataku, kiedy ktoś źle na nie zareaguje.
Stefan intensywnie się w nią wpatruje, co ją zawstydza. Vee podnosi
filiżankę i kończy chłodną herbatę. Spogląda na zegarek, ale Stefan jest
szybszy.
- Za piętnaście druga.
- Tak.
- Jest pani tutaj dopiero dwadzieścia pięć minut. A widoczność niewiele
się poprawiła.
- Powiedziałabym, że znacznie się poprawiła.
Okno jest zbyt zaparowane i brudne, by stwierdzić, czy pogoda jest
lepsza, czy gorsza.
- A dlaczego nie zostać tutaj? Ma pani ze sobą swoje rzeczy.
Stefan wskazuje głową jej dyżurną torbę.
- To tylko na wypadek prawdziwego niebezpieczeństwa.
- Może jeśli pani tu zostanie, uniknie pani prawdziwego
niebezpieczeństwa. Piotr mówi, że już do końca dnia nie będzie dziś
zezwolenia na rutynowe starty.
Czy to o tym właśnie rozmawiali? Wyglądało, że było w tym więcej ognia
niż w zwykłej rozmowie o pogodzie. Vee używa swego najostrzej i najczyściej brzmiącego angielskiego.
- Cóż, ATA upoważnia mnie do podejmowania samodzielnych decyzji. Więc
teraz odlecę i wrócę do siebie, gdy jeszcze jest dość jasno. - Drewno
skrzypi, gdy wstaje. - Lepiej nie dopuścić, by silnik zanadto wystygł.
Stefan nadal siedzi oparty o stół i zaczyna szukać innych argumentów za
tym, by pozostała, ale Vee jest już za drzwiami, zanim za nią nadąży.
Mgła jest teraz wyraźnie rzadsza i Vee czuje dreszcz satysfakcji, że
miała rację. Zwalnia kroku, gdy dostrzega koło siebie duży cień Stefana.
- Proszę nie robić sobie kłopotu i nie iść ze mną.
- Ale będzie pani potrzebowała kogoś, kto zakręci śmigłem.
- Nie macie obsługi naziemnej?
- Z wielką radością sam to zrobię.
I może, gdy teraz o tym myśli, tak będzie najlepiej. Ktoś inny mógłby
zażądać oficjalnych zezwoleń i może nawet zadzwoniłby do kapitana
Millsa. A to by wszystko skomplikowało. Jeśli dobrze pójdzie, nie będzie
musiała w ogóle wspomnieć o tym przymusowym lądowaniu, po prostu powie,
że pominęła Birch ze względu na gęstą mgłę nasuwającą się znad morza.
Dzięki temu zachowa czysty rejestr przelotów po kraju.
Mgła się na tyle podniosła, że Vee widzi w dali na płycie lotniska rząd
Hurricane'ów i Spitfire'ów. Nie może powstrzymać się przed pytaniem.
- Pan lata na myśliwcach?
Stefan potakująco kiwa głową.
- Pani także?
- Och nie, przynajmniej jeszcze nie. Muszę najpierw zdobyć Skrzydła
Pilota.
- Zapewne niebawem.
- Może nie po dzisiejszym przypadku.
- Ach! Wszyscy piloci gubią się w chmurach. Czego oczekuje ATA, skoro
nie ma pani radia?
Vee uśmiecha się. On robi wrażenie oburzonego jej ewentualną krzywdą.
- Czy sądzi pan, że ktoś poinformuje ATA, że byłam tutaj?
- A dla pani lepiej, gdyby się tak nie stało?
- No cóż, przymusowe lądowanie nie wygląda najlepiej, prawda?
- Wobec tego zapewniam, że dziś nie wylądował tutaj żaden Tiger Moth.
- Naprawdę? Ślicznie dziękuję.
Stefan wzrusza ramionami.
- Nie ma sprawy.
Na moment łapie ją za rękaw.
- Proszę, niech pani stanie tutaj na chwilę.
Podchodzi bliżej, bacznie obserwując jej twarz. Vee czuje lekki
cynamonowy zapach jego mydła i skórzanej kurtki lotniczej pod
kombinezonem. Serce bije jej szybciej, gdy on wyciąga z kieszeni
nieskazitelnie białą chusteczkę.
- Tu jest grudka tłuszczu. Proszę zamknąć oczy.
Vee bez zastanowienia robi, co on każe, i jak dziecko nadstawia ku niemu
twarz. Ma zamknięte oczy. Miękka tkanina pociera raz za razem to samo
miejsce tuż pod jej brwią.
- Już.
Otwiera oczy i czuje powiew powietrza, gdy on odchodzi. Wyraz jego
twarzy się zmienia; jest poważny, trochę zażenowany, a w jego spojrzeniu
jest jakiś głęboki smutek.
Vee uśmiecha się niepewnie.
- Czy to naprawdę dla pana taki problem zobaczyć kobietę w kokpicie?
- Nie. Dlaczego pani pyta?
- Patrzy pan na mnie tak dziwnie, a kiedy pierwszy raz pan mnie
zobaczył, wyglądał...
- Jak?
- Na zaszokowanego.
- Nie. Pani się myli. Nie mam nic przeciwko kobietom pilotom. Wręcz
przeciwnie, w gruncie rzeczy...
Vee widzi, jak porusza mu się grdyka, gdy przełyka ślinę.
- Tak naprawdę, ja...
Otwiera usta, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale po chwili
potrząsa głową. Jego twarz natychmiast przybiera szarawy odcień.
Czując nagłe zażenowanie, Vee podnosi rekę do czoła, by spojrzeć na pas
startowy.
- Sądzę, że podstawa chmur podniosła się do jakiegoś tysiąca stóp.
On wzdycha.
- Ma pani rację.
Idą do Tigera i Stefan staje obok kabiny. Vee ładuje złożony spadochron
do schowka w fotelu pilota, a sama siada ponad nim. Bierze mapę, a Stefan ponownie pochyla się nad nią, pokazując trasę.
- Niech pani leci całkiem na wschód, aż zobaczy pani tory kolejowe.
Potem, jeśli widoczność nadal będzie kiepska, niech pani leci wzdłuż
torów na północ aż do Rivenhall i tam wyląduje, widzi pani?
- Dziękuję.
Kolejne awaryjne lądowanie? Nie zrobi czegoś takiego. Vee włącza
stacyjkę.
- A teraz, jeśli nie ma pan nic przeciwko? Śmigło?
Stefan potakuje i idzie w kierunku dziobu samolotu.
- Przepustnica otwarta.
- Przepustnica otwarta. Dalej!
Ciągnie łopatkę obiema rękami i podmuch śmigła zrzuca mu włosy na oczy.
Silnik terkocze jak maszyna do szycia, a Stefan cofa się o kilka kroków,
czekając, by Vee dociągnęła rzemyk w pasie i włożyła rękawiczki. Jest
tam nadal, z rękami w kieszeniach i grymasem na twarzy, gdy ona,
rozgrzewając silnik, sprawdza klapy i kontrolki.
Może przypomina mu kogoś, kogo znał. Może kogoś z Polski. Może nawet
inną kobietę pilota. Tak przystojny facet miał z pewnością dużo
dziewczyn. Jednak coś w zrezygnowanym wyrazie jego twarzy sugeruje, że
nie bardzo chce myśleć o osobie, którą Vee mu przypomniała.
Vee uprzejmie macha ręką, gdy Stefan kieruje Tigera na betonowy pas.
Rzuca ostatnie ukradkowe spojrzenie, przesuwając w przód dźwignię
przepustnicy. On nie macha do niej w odpowiedzi. Rękaw lotniczy wypełnia
się lekką bryzą znad morza i Tiger jak zawsze lekko wzbija się w powietrze.
Gdy tylko koła samolotu tracą kontakt z ziemią, słabe promienie
słoneczne rozpraszają powietrze wokół dwupłatowca. Vee zatacza kręgi w kierunku wschodnim, stale przecinając pas niewielkich fal przy ujściu
rzeki. Gdy wchodzi na odpowiednią wysokość, pas czystego nieba otwiera
się pomiędzy mgłą na ziemi a wysokimi chmurami na sklepieniu. Na
wschodzie linia kolejowa wcina się w monotonię pól. Daleko na horyzoncie
widnieje brązowa łuna Londynu. Potem, gdy Vee ogląda się na lotnisko,
które właśnie opuściła, ściska jej się serce. Oświetlony światłami pasa
startowego Stefan ciągle tam stoi, z rękami w kieszeniach, przygarbiony.
I nadal patrzy w ślad za nią.
Poznań, ziemie wcielone do Rzeszy Niemieckiej
Czwartek, 1 kwietnia
Po sposobie, w jaki ojciec smaży jajecznicę, Ewa orientuje się, że jest
w złym humorze. Zbyt gorący tłuszcz pryska na kuchenkę, na białku tworzą
się przypalone, czarne pęcherzyki. Gniewnie spogląda na nią przez ramię.
Na siwych wąsach ma resztki piany z piwa.
- Wyspana?
- Ledwie, ledwie.
- Wiesz, ile jest roboty. A dziś rano przyjeżdża kolejny oficer
Schutzstaffel.
- Tak bez uprzedzenia? Oni to mają nerwy.
Ojciec rzuca szybkie spojrzenie.
- Cicho bądź, Myszko.
Ewa stuka wycieranymi nad zlewem naczyniami i głośno odstawia na
kuchenkę do połowy napełniony dzbanek do kawy.
- Gdzie go umieścimy? W szczytowym pokoju?
- Nie, to SS-Obersturmführer. Pójdzie do pokoju z dębowym łóżkiem.
Ewa kiwa głową. Przynajmniej ten na poddaszu, sąsiadujący z jej pokojem,
dłużej pozostanie pusty. Czasami ogarnia ją panika, kiedy myśli o tych
kilku centymetrach gipsu i drewna, które oddzielają jej tajną szufladę
od głowy chrapiącego niemieckiego oficera.
Nadmiernie wysmażone jajka podskakują, gdy ojciec zsuwa je na popękany
talerz. Umieszcza go na stosie papierów na kredensie i nadal stojąc,
sieka gumowatą masę łyżeczką. Ewa opiera się plecami o zlew i zakłada
ręce na piersiach.
- Czy policzymy coś ekstra za ten większy pokój?
Ojciec potrząsa głową i wkłada kromkę czerstwego czarnego chleba w twardniejące żółtko.
- Opłata za kwaterę była uzgodniona. Cieszmy się, że biznes się kręci.
- I z dodatkowej pracy?
- Tak, czemu nie? Nowy lokator trochę zapełni pustą restaurację.
- A czego się spodziewałeś, papo, gdy dałeś na drzwiach wywieszkę "Tylko
dla Niemców"?
Jego dłoń z kromką czarnego chleba zawisa w powietrzu, gdy spogląda na
córkę. Ewa posunęła się za daleko. Wie, że ojciec czuje się niezręcznie
ze względu na zakres ich kolaboracji z okupantem. Ale jeśli Ewa może
traktować swoją uprzejmość wobec lokatorów jako przykrywkę dla swej
tajnej działalności w Podziemiu, jej ojciec, Oskar, musi przekonywać sam
siebie, że nie ma innego wyboru. Twierdzi, że niemiecka inwazja była
nieuchronna, bo Rzeczpospolita Polska była bardzo słaba. Państwo
istniało zaledwie dwadzieścia lat, zanim ponownie zostało włączone w obręb granic potężnych sąsiadów. Jak więc może być zdrajcą tak
nietrwałego kraju, który już nie istnieje?
Ewa podejrzewa, że jej ojciec w gruncie rzeczy poczuł ulgę, gdy
Wehrmacht wkroczył do Poznania i natychmiast zamienił wszystkie miejskie
oznakowania na Posen. Miasto od razu zaczęło trochę bardziej
przypominać wyglądem i atmosferą to z czasów młodości Oskara Hartmana. A on sam już więcej nie czuł się zakłopotany swym niemieckim imieniem ani
nie musiał śpiewać ulubionych kolęd w odosobnieniu.
Chociaż nigdy by się jej do tego nie przyznał, Ewa zastanawia się, czy
ojciec nie wolałby być po prostu prawdziwym Niemcem niż
niemieckojęzycznym Polakiem. Oskar urodził się i dorastał w mieście,
które stanowiło część Niemiec, i nawet niezłomnie walczył za Kaisera
podczas pierwszej wojny światowej. Ewa sądzi, że ojciec sam nie wie
dokładnie, wobec kogo naprawdę powinien być lojalny, a ona nie potrafi
mu pomóc, rozdrapując tę dolegliwość jak na wpół zagojoną ranę.
- Eva, dosyć.
Dźwięk błędnej wersji jej imienia w jego ustach, z twardym niemieckim E,
sprawia, że Ewa znowu chce zerwać strup z rany.
- Nie powinniśmy byli wcale podpisywać volkslisty.
- Nie zaczynaj znowu, Eva. I mów cicho.
- Nie nazywam się Eva. Brzydzę się tym imieniem.
Jednak by zapewnić im miejsce w kategorii pierwszej na volksliście i by
móc nadal prowadzić pensjonat po objęciu władzy przez okupantów, pan
Hartman przysiągł, że to nie on wybrał imię dla córki zapisane w akcie
urodzenia. W 1919 roku, gdy dziewczynka przyszła na świat, nowo
mianowany polski urzędnik, który wypełniał jej świadectwo urodzenia,
automatycznie zmienił niemieckie imię Eva na polską Ewę. Jednak w domu,
jak przekonująco zapewniał Oskar życzliwego SS-Scharführera, córkę
zawsze nazywano Eva.
Oskar odnosi pusty talerz do zlewu i syczy:
- Gdybyś nadal była Ewą, nie moglibyśmy już mieszkać w tym pensjonacie.
Na moim miejscu stałby teraz jakiś zadowolony z siebie osadnik, gotujący
śledzie na każdy posiłek i mówiący po niemiecku z rosyjskim akcentem.
Wyobraź to sobie!
Ona wzrusza ramionami, ale wie, że ojciec ma rację. Nie mieli żadnego
wyboru poza volkslistą. Trudno sobie wyobrazić, jak by żyli, gdyby
zostali uznani za Polaków, potem wysiedleni i pewnie wysłani do Rzeszy
jako robotnicy przymusowi. I jak ona mogłaby być przydatna AK, gdyby
pracowała pod przymusem w jakiejś niemieckiej fabryce, nosząc czerwoną
gwiazdę z naszywką "P"?
Ewa nalewa ledwie ciepłą kawę i podnosi do ust czarkę, by ukryć swoją
porażkę. Naprawdę szkoda, że kłóci się w ten sposób z własnym ojcem.
Mówi, jakby miała piętnaście lat, a nie dwadzieścia trzy. Ale wygodnie
jest być w złym humorze; przestaje wtedy myśleć o tym, jak wyglądałoby
jej życie, gdyby nie wojna.
- Przepraszam, papo. Powlekę to dębowe łóżko najlepszą pościelą.
- Dobrze, Myszko. - Ojciec odkręca kran. - Wiem, że ci trudno doglądać
wszystkiego, zwłaszcza przy takich gościach, jakich teraz mamy...
Kładzie dłoń na jej ręce i ściska.
- Bez ciebie nie dałbym sobie rady z prowadzeniem pensjonatu.
Ewa czuje niespodziewane szczypanie w nosie i przytula się do ojca. Jego
policzek drapie ją w czoło.
- Jestem zadowolona z tego, co robię, papo. A oni naprawdę nie sprawiają
mi kłopotu.
Cofa się i wyjmuje odrobinę żółtka z czubka jego wąsów.
Ojciec kiwa głową i mówi cicho:
- Przynajmniej jestem zbyt stary, by dostać powołanie, nie tak jak część
z tych, którzy wybrali volkslistę. Nie musisz się martwić, że jesteś tu
sama.
Na dziedzińcu trzaskają drzwi i Ewie mocniej bije serce. Czyżby to był
nowy lokator? Nie powiedziała ojcu całej prawdy na temat oficerów.
Większość z nich, nawet jeśli nie są zbyt uprzejmi, przynajmniej trzyma
ręce przy sobie. Jednak kilku z nich nie. Jakiś spokojny oficer w pokoju
byłby manną z nieba. Zerka na dziedziniec przez siatkową firankę. Ale to
tylko Scharführer Feldman zakłada szelki na kamizelkę, wychodząc z toalety w pensjonacie.
- Wiem, papo. Pójdę i posprzątam rzeczy po śniadaniu. Myślę, że już
wszyscy skończyli.
Kiedy Ewa idzie z tacą do jadalni, widzi, że rzeczywiście wszyscy
oficerowie wyszli, poza jednym. Siedzi do niej tyłem. Ma taką samą
szarozieloną kurtkę jak inni, ale ona od razu wie, że go wcześniej nie
widziała.
Nauczyła się odzywać pierwsza.
- Heil Hitler!
Przybysz odwraca się. Jego ciemnoblond włosy są ułożone do tyłu i jakby
wilgotne. Uśmiecha się i Ewa dostrzega, że jest nadzwyczaj przystojny.
- Dzień dobry, panno Hartman.
Gasi papierosa i wstaje, robiąc szybki skłon głową.
- SS-Obersturmführer Beck. Miło mi panią poznać.
Ładnie z jego strony, że oszczędził jej pełnej procedury z Heil
Hitler.
- Dziękuję, panie Obersturmführer. Jak rozumiem, jest pan naszym nowym
gościem?
- Tak.
- Tak mi przykro, że musiał pan czekać. Powinien był pan zadzwonić po
mnie lub mojego ojca.
- Drzwi wejściowe były otwarte, więc nie chciałem przeszkadzać pani w kuchni.
Ma przyjazny uśmiech i nie robi wrażenia tak przesadnie pewnego siebie
jak większość z nich. Ewa zawsze musi zwalczać w sobie odruch, by
zachowywać się oschle i ponuro wobec okupantów, bo wie, że życzliwość
jest najlepszym kamuflażem dla konspiratorów. I stara się nie polubić
żadnego z tych niemieckich oficerów. Ale widzi, że akurat w tym
przypadku to może być trudne.
- Dziękuję, panie Obersturmführer, jest pan bardzo miły. Czy ma pan
teraz ochotę na śniadanie? Jeszcze nie skończyłam szykować pana pokoju.
- Tylko kawę, jeśli mogę prosić.
- Oczywiście. Zrobiłam świeży dzbanek.
W rzeczywistości resztki kawy w dzbanku stoją na kuchence już dobrą
chwilę, ale Ewa nalewa je do jednej z najładniejszych filiżanek
Rosenthala. Mruga ze zdziwienia, przypominając sobie, że Beck przy
powitaniu wymienił jej nazwisko. Skąd wiedział, że to właśnie ona, a nie
jakaś dziewczyna na przychodne, która pomaga przy śniadaniu? A sposób, w jaki wślizgnął się do jadalni wprost z ulicy, wydaje się jeśli nie
podejrzany, to przynajmniej dziwny. Jednak gdyby został tu specjalnie
przysłany z zadaniem obserwowania jej, z pewnością byłby ostrożniejszy
podczas spontanicznego powitania. Może po prostu rozpoznał ją na
podstawie opisu, który dostał od innych lokatorów.
Ewa stawia filiżankę w jasnoróżowe różyczki napełnioną ziemistą kawą
przy nakryciu przed Beckiem. On ma rozpiętą kurtkę. Pod spodem jego
beżowa koszula wygląda, jakby była przyklejona do skóry i wilgotna. Ewa
stara się omijać go wzrokiem, sprzątając inne stoły. Część lnianych,
kraciastych serwetek jest już ciasno zwinięta i umieszczona we
właściwych obrączkach, ułożonych pod lustrem na kredensie. Inne, zmięte,
zostały pozostawione na stołach przez zadufanych użytkowników,
przekonanych, że Ewa będzie wiedziała, w której obrączce należy umieścić
serwetkę danego oficera. Ona oczywiście rozpoznaje najgorzej wychowanych
po sposobie, w jaki rzucają serwetki.
Obersturmführer Beck bierze łyk z porcelanowej filiżanki.
- Dziękuję, panno Hartman. To taka zmiana na lepsze w porównaniu do kawy
w koszarach.
Ewa nadal się miło uśmiecha, chociaż wie, że on kłamie.
- Był pan zakwaterowany w Zamku?
- Tak. I cieszę się, że moja prośba o przeniesienie tutaj została
spełniona.
- Pan specjalnie prosił do nas?
- O tak, wszyscy mówią, że to najlepszy pensjonat w mieście.
Teraz już wyraźnie kłamie, ale Ewa uśmiecha się jeszcze szerzej.
- Pochlebia nam pan, panie Obersturmführer.
- Więc proszę wybaczyć, że zjawiłem się podczas śniadania, ale po tym,
jak wstałem wcześnie, żeby popływać, nie mogłem po prostu znieść, że mam
znowu przejść przez całe miasto i wrócić na pryczę w koszarach.
Ewa układa pozostałe zwinięte serwetki na kredensie. Pływak. To
pasowałoby do wilgotnych włosów i chyba także do jego szerokich ramion.
- Lubi pan pływać, panie Obersturmführer?
- Bardzo.
- W tym nowym basenie?
- Zna go pani? Znakomite udogodnienie dla miasta. Już tam pani pływała?
Jej uśmiech nawet na moment nie słabnie, gdy kręci głową.
- Jeszcze nie, ale słyszałam, że jest świetny.
W rzeczywistości skręca ją na samą myśl o pływaniu w tym krytym basenie.
Bo chociaż basen jest nowy, budynek, w którym się mieści, już nie. A kto
stwierdzi, że taki sam los nie spotka z kolei kościoła św. Wojciecha?
Kościół równie łatwo można przekształcić w salę gimnastyczną, jak wielką
miejską synagogę zmieniono w basen o wymiarach olimpijskich.
Beck z brzękiem odstawia filiżankę na spodek.
- To taki nowoczesny obiekt sportowy. Woda utrzymuje temperaturę idealną
dla pływania wyczynowego, ale powietrze jest tam zawsze ciepłe. Jeśli
pani ma ochotę, mógłbym załatwić pani możliwość pływania na osobności,
po godzinach otwarcia.
Gładzi palcem delikatne uszko filiżanki, gdy się jej przygląda, i Ewa
czuje falę gorąca na karku. Jednak tym razem nie jest ono wywołane
wysiłkiem włożonym w stłumienie niechęci do przedstawicieli okupantów.
- Byłoby wspaniale, panie Obersturmführer, gdy tylko uda mi się znaleźć
trochę czasu. Czy często pan pływa?
- Codziennie, jeśli tylko mogę. Basen jest położony bardzo blisko
biblioteki.
- Biblioteki?
- Tak. Właśnie tam pracuję.
Przerywa, przeciąga dłonią po mokrych włosach i śmieje się z jej
zakłopotania. Kładzie żółtą paczkę papierosów na obrusie.
- Pozwoli pani?
Ewa gestem zachęca go, by zapalił. On wyciąga papierosa z paczki, a jej
wali serce. "Mokri" ekstra mocne - takie same jak te, które zawsze miał
w kieszeni Stefan.
Beck wskazuje jej sąsiednie krzesło przy stole.
- Ma pani teraz czas na papierosa?
- Tak, dziękuję.
Stara się nadal uśmiechać, gdy sięga po papierosa. Dlaczego miałaby nie
być życzliwa wobec tego nowego? Przynajmniej na początku.
Beck pstryka zapalniczką i podsuwa wysoki płomień do jej twarzy. Ewa
zaciąga się dymem i unosi nieco spódniczkę, siadając.
- Zatem jest pan naukowcem, panie Obersturmführer?
On opiera łokieć na stole, a smuga dymu wije się nad papierosem, który
trzyma w dłoni.
- Ach, przed wojną było to moje marzenie. Ale teraz przynajmniej moje
lingwistyczne badania mają praktyczne zastosowanie.
Ewa wypuszcza kłąb dymu i stara się nie robić wrażenia nadmiernie
zainteresowanej.
- Jak to?
- Jestem odpowiedzialny za plan zmiany nazw.
Ona uśmiecha się i przekrzywia głowę.
- Ma pan na myśli zmianę nazw ulic?
- Nie tylko ulic: jestem odpowiedzialny za znalezienie właściwej
niemieckiej nazwy dla każdego miejsca na mapie w całym Kraju Warty, aż
po najmniejszą osadę i najwęższą dróżkę.
- O mój Boże! To wygląda na wielkie zadanie.
- I jest. Mógłbym spędzać każdą noc w bibliotece i jeszcze nie uporać
się z badaniami, które należy zrobić.
Papieros wisi w kąciku warg Ewy, która wpatruje się spokojnie w jego
jasnoszare oczy.
- Na pewno niełatwo znaleźć starą niemiecką nazwę dla każdego miejsca.
- Powinno mi się udać, o ile będę miał dość czasu na przestudiowanie
starych map i dokumentów dotyczących własności ziemi. Jednak nie
wszystkie dawne nazwy są odpowiednie.
- Naprawdę?
- Na przykład tej ulicy, która prowadzi do nowego basenu.
Ma na myśli ulicę Żydowską.
Ewa strzepuje popiół z papierosa do popielniczki.
- Jestem za młoda, by pamiętać, jak się nazywała, gdy nasze miasto
wchodziło w skład Prus.
- Oczywiście! Ale nazwa była taka sama. Jüden Strasse. Zatem nie możemy
przywrócić tej nazwy, prawda?
- Nie. Myślę, że nie!
Ewa śmieje się, starając się, by nie brzmiało to sztucznie.
On się uśmiecha.
- Sądzę, że nowe określenie, "Becken Strasse", sugeruje bliskość tego
obiektu inżynierii wodnej. Czysty przypadek, że moje własne nazwisko
będzie częścią tej nowej nazwy ulicy.
Puszcza oczko i widać, że żartuje sam z siebie, a Ewa tym razem śmieje
się naprawdę.
- Co za fascynująca i ważna praca!
On przestawia krzesło spod stołu do kąta i wyciąga nogi, krzyżując je w kostkach.
- Och, czasem to bywa żmudne. Pracuję tu zaledwie od miesiąca, ale już
są nieporozumienia pomiędzy armią i pocztą co do map i adresów.
Ewa mocno zaciąga się papierosem i próbuje określić miejsce pochodzenia
Becka na podstawie jego głosu, ale jego niemiecki jest pozbawiony
akcentu. Słuchając go, zdaje sobie sprawę, jak miękko i melodyjnie może
brzmieć ten język.
- Skąd pan pochodzi, panie Obersturmführer?
- A jak pani myśli?
- Skądś, gdzie mówi się czystym językiem. - Wzrusza ramionami. - Może z Hanoweru?
- Całkiem nieźle. - Kiwa głową z uśmiechem. - Chce pani jeszcze
zgadywać?
- Hmm... z Dortmundu?
- Nie kończmy zabawy zbyt szybko. Czemu nie miałoby być jednego pytania
każdego dnia, skoro zamieszkam tutaj w waszym ślicznym pensjonacie? Ale
wątpię, czy pani się uda.
Ewa kiwa stopą, zakładając nogę na nogę.
- Mogę pana zaskoczyć!
Wstrząśnięta łapie się na tym, że jej ochronny pancerz pęka. Przez kilka
chwil rozmawiała z Beckiem, w ogóle nie myśląc o jego mundurze ani o zagrożeniu, jakie może on stanowić.
- Cóż, panie Obersturmführer, będę niecierpliwie czekać na codzienny
quiz i na możliwość otoczenia pana gościnnością Hartmanów.
Wstaje i podchodzi do szuflady kredensu po nieużywane obrączki do
serwetek, potem umieszcza je na stole przed Beckiem. Złote włosy
błyszczą mu na karku nad aksamitnym, zielonym kołnierzem kurtki.
- Mógłby pan wybrać sobie którąś? Pierzemy serwetki co tydzień, więc
każdy oficer trzyma swoją we własnej obrączce.
Obrączki mają trzy charakterystyczne wzory: albo są zrobione z rogu z wyrytymi głowami byków, albo mają namalowane górskie kwiatki, albo są to
cynowe opaski bez żadnych ozdób.
Beck zaskakuje ją, biorąc najprostszą.
- Dobry wybór, panie Obersturmführer.
- Prosta jak obrączka ślubna.
Uśmiecha się i skupia na sobie intensywne spojrzenie Ewy, która zwija
różową lnianą serwetkę. Jedynie mocniejsze bicie serca mówi jej, że
wstrzymuje oddech.
Gdy Ewa odwraca się, by odłożyć niepotrzebne obrączki do szuflady,
przybiera spokojny wyraz twarzy. Kilka razy musiała zrobić duży wysiłek,
by nie zadurzyć się w jednym z oficerów zakwaterowanych w pensjonacie.
Jej życzliwość, a czasami kokieteria nie mogły przerodzić się w prawdziwe uczucie, bo jej kamuflaż byłby całkowicie zagrożony. Poza tym,
chociaż może nie każdy oficer mieszkający pod dachem jej pensjonatu
budził w niej niechęć, to nienawidziła tego, czemu służyli.
Jednak jej odczucia jeszcze nigdy nie były wystawione na taką próbę jak
ta. Ponieważ Ewa nie potrafi w tej chwili myśleć o niczym innym niż jej
największe obecnie pragnienie: znaleźć się wewnątrz dawnej synagogi przy
Becken Strasse i obserwować, jak Obersturmführer Beck wychodzi z basenu,
ociekając wodą.
Zaciska mocno usta w uśmiechu i odwraca się ku niemu.
- Ma pan ochotę na kolejną kawę, gdy będę szykować pański pokój?
- Nie, dziękuję. I proszę nie robić sobie specjalnego kłopotu.
- Och, to żaden kopot, po prostu trochę odkurzę i dam świeżą pościel.
Skłania głowę tak energicznie i lekko, na ile jej się udaje, a potem
wychodzi z pokoju.
Jednak gdy się wspina po schodach, ćmiące, znajome poczucie winy dopada
ją przy każdym kroku. Mija drzwi do pokoju z dębowym łożem i idzie
dalej, kolejną kondygnacją schodów, aż do swojej nisko sklepionej
sypialni pomiędzy skosami dachu. Zamyka za sobą drzwi i siada na
dywanie.
To nie fair. Dlaczego nie może jej się spodobać przystojny facet, do
którego wcale nie czuje miłego dreszczyku pożądania, bez
przytłaczającego poczucia winy? Święci Pańscy, mijają już trzy lata,
odkąd miała ostatnie wieści od Stefana. Trzy z jej najlepszych lat
stracone. Byłoby lepiej, gdyby miała całkowitą pewność, że on nie żyje.
Ponieważ w tej sytuacji cała reszta jej życia może upłynąć w cieniu
pytania o los Stefana.
Czy pozostałe lata jej młodości mają przemknąć w ogóle bez miłości? Nie
może nie angażować się emocjonalnie ze względu na jakieś widmo. Gdyby
wszystko potoczyło się inaczej, Stefan do tej pory znalazłby sobie inną
kochankę. I na ile Ewa się orientuje, może już ją ma. Ewa siedzi bez
ruchu na podłodze, próbując wyobrazić sobie Stefana z jakąś domniemaną
dziewczyną w innym kraju. Jednak łzy szczypią ją pod powiekami. Potrząsa
głową. Do licha, trzy lata to wystarczająco długo. W jakiś sposób musi
wyrzucić go z serca.
Ewa pociąga nosem i miękko przyklęka na lśniących, nierównych deskach
podłogi. Z policzkiem przyciśniętym do szafy sięga obiema rękami pod
spód i wyczuwa dwa zaciski. Napinając ramiona dla utrzymania równowagi,
obraca je i wyciąga z dołu kwadratowy pojemnik nieco mniejszy od pudełka
na buty. Bezszelestnie przenosi tajną szufladę na łóżko i ustawia ją na
kołdrze.
Kilka sztuk starej bielizny na wierzchu nie zmyliłoby nikogo, ale nie
potrafi zmusić się, by zostawić zawartość zupełnie odkrytą. Przenosi
cichą maszynę do pisania na łóżko wraz ze stertą gęsto zadrukowanych
papierów - to liczby, słowa, kropki i kreski, które przepisuje z nabazgranych przez agentów notatek, oraz jakieś nieostre fotografie, a ona nie bardzo rozumie ich znaczenie. Sterta rośnie. Musi poinformować
łączniczkę, że potrzebuje nowej dostawy.
Pod maszynopisami jest mały stosik otwartych brązowych kopert. Widok
jego ręcznego pisma zawsze zapiera jej dech w piersiach, jakby sam
Stefan ukrywał się pod szafą. Właściwie nie musi jakoś szczególnie
chować jego listów. Nawet w Rzeszy nie jest przestępstwem mieć
narzeczonego, który służył w wojsku nieistniejącej Rzeczypospolitej
Polskiej. Chodzi po prostu o to, że Ewa nie jest w stanie znieść myśli,
że ktoś jeszcze mógłby przeczytać słowa Stefana o miłości.
Jednak słowa blakną. I chociaż Ewa potrafi odtworzyć swoje emocje z czasów, kiedy te listy do niej dotarły, nie czuje ich już tak mocno.
Wyciąga list z samego dołu. To ten, który przyszedł tuż przed pierwszymi
wojennymi świętami Bożego Narodzenia; wcześniej nie miała żadnego znaku
od Stefana od tego parnego letniego poranka, gdy wsiadł do pociągu do
Warszawy zapchanego oddziałami w zielonobrązowych mundurach. Ich ostatni
pocałunek był tak gwałtowny, że została jej ranka po wewnętrznej stronie
ust.
Gdy Ewa po raz pierwszy zobaczyła kopertę z własnym nazwiskiem napisanym
jego ręką, aż zadrżała z emocji. Kiedy ją rozdarła, poczuła przypływ
radości. Stefan żył i pozostał całkowicie sobą; dowodziły tego jego
słowa:
Muszę wyznać - napisał - że "Karaś" rozbił się już podczas pierwszego
lotu przeciwko Sowietom, a co zawstydzające, nie został zestrzelony
przez kulę wroga, ale unicestwiony przez niewielką mechaniczną usterkę.
Wtedy ja wraz z drugim pilotem poszliśmy w zupełnie niewłaściwym
kierunku i wpadliśmy na uroczego kapitana Armii Czerwonej, który
wyglądał na dość zakłopotanego, gdy nas aresztował.
Nawet teraz Ewa słyszy przy tych słowach jego głos i nie może
powstrzymać uśmiechu.
Stefan sprawił, że opowieść o obozie dla jeńców brzmiała znośnie, a nawet efektownie. Starą klasztorną twierdzę, w której go trzymano, Ewa
wyobraża sobie tak dokładnie, jakby już kiedyś tam była, choć przecież
nigdy w rzeczywistości nie widziała okalających ją murów z wieżyczkami
ani prycz ustawionych w sześciu piętrach wewnątrz wspaniałego,
kopulastego kościoła. Stefan napisał, że śpi w najlepszym miejscu: na
najwyższej pryczy z dobrym widokiem na kolorowe malowidła świętych. To
miejsce chroni go także, jak twierdzi: ...od przykrości, które znoszą ci
na niżej położonych pryczach, na których kapie stale ściekająca po
ścianach wilgoć, pochodząca ze skroplonych oddechów setek mężczyzn (a także wilgoć tworzona przez tych facetów, którym nie chce się w nocy
zleźć na dół do wiadra!).
Może Stefan wiedział, że po początkowym uczuciu ulgi Ewa będzie
przerażona wizją tego, co go czeka podczas rosyjskiej zimy, i próbował
ją uspokoić. Jednak szczegóły, o których pisał, wyglądały na prawdziwe:
że owsianka na śniadanie zachowuje ciepło w drewnianej misce, że jeńcy
dostali szachy i harmonijki ustne, że w obozie jest sala kinowa i rozrywka radiowa: ...stale korzystamy z Radia Moskwa, które gra przez
głośniki, umieszczone w każdej części otoczonych murem zabudowań, nawet
w latrynach. Cenzor najwyraźniej nie dostrzegł sarkazmu Stefana. Nawet
adres podany, gdyby chciała odpisać: "Dom Wypoczynkowy im. Gorkiego,
Moskwa, skrytka pocztowa 12", pomagał uciszyć jej niepokój. Wyobrażała
sobie jeńców podczas leczniczych masaży wykonywanych przez tęgich Rosjan
w białych fartuchach.
Oczy Ewy wędrują ostrożnie na dół strony do najbardziej poruszającego
fragmentu tego pierwszego listu: Moja kochana Ewo... twoja fotografia
jest ukryta w klapie mojej kamizelki i przytulona do serca... a kiedy
przypomnę sobie zarys twojego ramienia albo zapach twoich włosów, czuję
oszołomienie... Ewa uzmysławia sobie, że gdy to czyta, nadal jak na złość
szczypie ją w nosie.
Jednak najbardziej zaczyna ją denerwować to, co nastąpiło potem. Jak
Stefan mógł być tak naiwny w grudniu 1939 roku, by wyobrażać sobie, że
wkrótce zostanie zwolniony? Jego listy z Rosji przychodziły przez całą
pierwszą zimę, jeden co kilka tygodni, aż do wiosny 1940 roku. A potem
nic. Jednak słowa w liście, który trzyma w ręku, brzmią stanowczo nie
tylko w odniesieniu do szybkiego uwolnienia Stefana, ale również tego,
że on i Ewa wkrótce się pobiorą: Wizja naszego ślubu na wiosnę dodaje
mi otuchy - pisze. - Nie drwij, Ewo, ale czasem wyraźnie widzę, jak
stoisz przed fotografem, oblana promieniami słońca, w wianku z kwiatów
wiśni we włosach.
Ewa ma suche oczy, gdy wkłada list z powrotem do pudełka. Bardzo się
pomylił. To już czwarta wiosna, odkąd napisał te słowa, a jedyny
pierścionek, jaki Ewa ma na palcu, to ten ze sztucznym oczkiem, który
Stefan kupił w pośpiechu na ulicy Żydowskiej, gdy dostał rozkaz
mobilizacyjny.
Z upływem czasu ujmująca przedtem wiara Stefana w przyszłość wygląda
raczej na arogancję. Tak, arogancki. Taki właśnie jest Stefan Bergel.
Ale już dość tego. Ewa zaciska obie pięści na jedwabnej kołdrze, w miarę
jak rośnie jej irytacja na nieobecnego kochanka. Tym razem jej udręka
jest niemal tak gwałtowna, że czuje się wyzwolona.