Miłość w cieniu słońca - Katarzyna Grochola

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CHCIAŁ­BYM SO­BIE PRZY­PO­MNIEĆ wszystko, ka­wa­łek po ka­wałku, nie zwa­ża­jąc na to, że być może nie mam już czasu, chciał­bym nie­spiesz­nie móc przy­wo­łać wszyst­kie my­śli, wszyst­kie do­tyki, wszyst­kie po­ca­łunki, chciał­bym, żeby noce i dni za­świad­czyły te­raz o nie­spo­ty­ka­nej sile, która mo­gła la­tami drze­mać w ukry­ciu, ale wy­szła w końcu na świa­tło dzienne, kar­miona sa­mot­no­ścią i nie­po­ko­jem,

sile, która każe mi się­gnąć w prze­szłość jak w stary wo­rek, na któ­rego dnie po­nie­wie­rają się moje wspo­mnie­nia - czas je otrze­pać, za­nim stracę ostat­nie chwile świa­tła i za­pad­nie ciem­ność.

Sile do mi­ło­ści.

Za­nim za­po­mnę. Nie chcę za­po­mnieć.

Sile wy­boru.

Wy­bie­ram pa­mięć.

WY­BIE­RAM CIE­BIE, moja ko­chana.

ŻEBY TO WSZYSTKO UPO­RZĄD­KO­WAĆ przed koń­cem, mu­szę za­cząć od po­czątku i ja­koś ogar­nąć ca­łość. Ni­gdy nie umia­łem ogar­niać ca­ło­ści, tylko ka­wałki, od­pry­ski, ułomki, czę­ści i cząstki, więk­sze i mniej­sze. W tym by­łem za­wsze do­bry jako do­ro­sły męż­czy­zna; dzie­ciń­stwa nie wli­czam w swoje ży­cie, za­wsze było osobną czę­ścią, któ­rej pra­wie nie pa­mię­tam, a to, o czym nie pa­mię­tasz, prze­staje ist­nieć.

Oczy­wi­ście nie od razu, nie od pstryk­nię­cia pal­cem i wy­po­wie­dze­nia po­boż­nego ży­cze­nia, z nie­pa­mię­cią dzieje się tak jak ze wszyst­kim - z cza­sem, krok po kroku, wspo­mnie­nia tracą barwy, głos staje się le­d­wie sły­szalny, nie­zau­wa­żal­nie po­stę­puje sta­rze­nie się ma­te­riału - w sen­sie do­słow­nym - bie­rzesz do ręki coś, co było ko­lo­ro­wym, de­li­kat­nym je­dwa­biem, a trzy­masz - bu­twie­jący ka­wa­łek szmaty.

Stę­chły pył, który tylko zo­sta­wia na two­ich pal­cach za­pach zgni­li­zny i prze­mi­ja­nia.

CHCIA­ŁEM COŚ OCA­LIĆ po­mimo bólu. Ale po­wi­nie­nem być kraw­cem, żeby po­zszy­wać te strzępki swo­jego ży­cia i nadać im kształt, ja­ki­kol­wiek. I to bar­dzo, bar­dzo do­brym kraw­cem.

A tym­cza­sem wy­dłu­buję z pa­mięci z wiel­kim tru­dem to, co jak my­śla­łem, wryje się tam na za­wsze i ni­gdy nie ule­gnie znisz­cze­niu.

Nie­które rze­czy jesz­cze błysz­czą, jesz­cze twa­rze są żywe, jesz­cze uśmie­chy po­wa­la­jące, ale więk­szość już jest cie­niem, który usu­wam z ol­brzy­mim tru­dem, żeby wy­do­być po raz ostatni to, co dla mnie naj­waż­niej­sze. To, co mogę prze­ciw­sta­wić umie­ra­niu.

NIE WIEM, ile jesz­cze zo­stało mi czasu, żeby cię oca­lić, za­nim znik­niesz i nie będę miał do cie­bie do­stępu.

Czuję, jak mi się wy­my­kasz, za­trwa­ża­jąco szybko, tracę cię z se­kundy na se­kundę, prze­cie­kasz mi przez palce jak krew try­ska­jąca z otwar­tej rany.

Nie mogę zro­bić nic, mam do dys­po­zy­cji tylko prze­szłość, swoją pa­mięć, i tylko tak mogę cię ule­czyć, wy­rwać cię śmierci.

Na­wet nie wiem, czy mnie jesz­cze sły­szysz.

Czuję nad­cho­dzącą ciem­ność, jest chłodna i za­ta­piasz się w niej jak w głę­bo­kim je­zio­rze.

Może jest już za późno? Po­wieki już się nie po­ru­szają, cięż­kie jak ka­mień. Tak mało na­dziei... Ale nie po­tra­fię się pod­dać, mu­szę spró­bo­wać... wszystko... ostatni raz... od po­czątku.

NIE MA PO­CZĄTKU

i dla­tego tak trudno,

jakby po­czą­tek nie ist­niał,

nie po­ja­wił się.

Za­częło się od końca.

Od razu było wszyst­kim.

Nie było po­czątku.

Nie pa­mię­tam czasu, kiedy jej nie było.

A mu­szę so­bie przy­po­mnieć. Nie mogę nic zgu­bić.

Nie było mnie, do­póki ona się nie po­ja­wiła.

Przed­tem nie wie­dzia­łem, że mnie nie ma.

Cho­dzi­łem. Sia­da­łem. Wsta­wa­łem. Cho­dzi­łem znowu. Praw­do­po­dob­nie od­dy­cha­łem. Może na­wet ja­kieś ko­biety...

Tak, tak mo­gło być.

Ale nie pa­mię­tam.

Mu­sia­łem jeść, pić, wy­da­lać. Może pra­co­wa­łem. Mo­głem na­wet czy­tać. Coś. Cza­sem.

Ale nie je­stem pe­wien.

Nie wiem, czy przed­tem był ja­kiś świat.

Może, a może nie,

ra­czej na pewno nie,

nie było świata,

przed­tem mó­wili: "nie do­ty­kaj, bo ze­psu­jesz",

nie do­ty­ka­łem,

nie psu­łem.

Ale tego dnia

Ona

...i na chod­niku obok niej, tuż obok, czer­wone auto z otwar­tymi drzwiami,

a na sie­dze­niu obok kie­rowcy męż­czy­zna w zie­lo­nej blu­zie, z pa­pie­ro­sem w ką­ciku ust, na­chy­lony lekko do przodu, grze­bał w schowku,

pa­pie­ros w zie­mię szedł, a dym do góry, w oko, wy­krzy­wiał mu twarz.

Ona

...a na­prze­ciwko niej, tuż przy kra­węż­niku, nie­wy­soka ko­bieta z wóz­kiem dzie­cię­cym,

wó­zek na jezd­nię pra­wie wy­su­nięty, wó­zek sza­ro­nie­bie­ski, wy­godny, duży, a dziecko w nim małe, ró­żowe, lep­kie od przy­szło­ści.

I ona

...a przy la­tarni na zie­lo­nej smy­czy rudy pies, pies zwie­rzę, ogon pod­ku­lony, ale ja­koś sprę­żony w stronę drzwi sklepu, jakby po­lo­wał na kró­lika, czujny, jakby na kró­lika od­ważny, a jed­no­cze­śnie prze­stra­szony z tym ogo­nem pod­ku­lo­nym - jakby na dzika.

Więc pies czujny z przodu, a prze­stra­szony z tyłu, po­dwójny pies w ocze­ki­wa­niu.

I ona w ocze­ki­wa­niu.

I au­to­bus, i lu­dzie

wy­sy­py­wani z au­to­busu nie­dbale,

oni wszy­scy słu­chawki na uszach, oni wszy­scy te­le­fony w rę­kach.

Ona nie,

ona wol­no­ręczna stała, go­towa,

stwo­rzy­cielka nieba i ziemi.

Ra­do­sna.

A oni obok,

wszy­scy ręce za­jęte,

pu­ste od in­nych lu­dzi.

Za­jęte tor­bami, to­reb­kami, te­le­fo­nami, czyn­no­ściami swo­imi ksob­nymi, ze wzro­kiem gdzieś w nic wpa­trzo­nym.

I ona

nie­ru­choma,

jak ze spiżu, z mar­muru, z gra­nitu, od­lana ide­al­nie w ka­mie­niu, z au­re­olą ja­śnie­jącą,

i oni

szybcy - w ru­chu - w nie­po­koju - w roju - w prze­miesz­cza­niu,

a ona

szczę­śliwa,

w tę­sk­no­cie,

stała tam od za­wsze i cze­kała.

Cze­kała na mnie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki