Rozdział 1
Od zawsze uwielbiałem Nowy Jork, lecz najbardziej kochałem go wiosną. Poranny jogging w Central Parku niesamowicie budził mnie do życia, a od kilku lat był dla mnie niezbędny jak samo oddychanie. Co więc było piękniejszego niż powolny trucht w towarzystwie muzyki sączącej się ze słuchawek, gdy wokół przyroda budziła się do życia?
Betonowa dżungla wyrastająca zza zielonych koron drzew od jakiegoś czasu była moim domem, lecz wychowałem się w zupełnie innym otoczeniu. Nie wiem, czy to właśnie dlatego pragnę wybrać miejsce tak intensywnie tętniące życiem, czy wręcz na przekór temu, że nigdy tak naprawdę nie miałem w planach opuszczać Ashland.
Przemierzyłem całe Stany Zjednoczone, aby odciąć się od przeszłości, która pozostawiła we mnie poczucie pustki, a i tak nie potrafiłem się od niej uwolnić. Biegłem wąską alejką wśród kwiatów wiśni, gubiących swoje drobne płatki, które wirowały jeszcze długo w powietrzu, zanim opadły na zieloną, starannie przyciętą trawę. Byłem przyzwyczajony do myśli o swoim równym oddechu i głównie to zajmowało mnie przez te wszystkie kilometry, które codziennie pokonywałem. To chyba właśnie te myśli były dla mnie kojące, bo nie byłem w stanie myśleć wtedy o niczym więcej. Nie byłem w stanie myśleć o niej.
A jednak tego ranka o niej pomyślałem i spowodowały to chyba te różowe kwiaty, bo Pam uwielbiała przecież japoński ogród w Ashland. Central Park przypominał go jedynie odrobinę, ale to wystarczyło, abym się zatrzymał. Gdy rozglądałem się wokół, wszystko zdawało się ją przypominać. Jasnoróżowe płatki kwiatów, śnieżnobiałe obłoki na soczyście błękitnym niebie, a nawet muzyka, której razem słuchaliśmy. Choć był rok dwa tysiące trzeci, ja od pięciu lat nie zapisałem na odtwarzaczu ani jednego nowego kawałka. Moje uszy nie tolerowały żadnej piosenki, której nie słuchaliśmy razem.
Nie wiedziałem, czy mam nierówno pod sufitem, ale nie dbałem o to. Rozejrzałem się wokół, myśląc o niej, i... zobaczyłem ją. Działo się to jakby w odpowiedzi na wszystkie moje szalone myśli.
Zaśmiałem się. Cholera, to był Nowy Jork, prawie pięć tysięcy kilometrów od Ashland, jak więc mógłbym pomyśleć, że zobaczę ją właśnie tutaj?
Ale przecież znałem ją na pamięć. I choć miała zupełnie inną fryzurę niż kiedyś, jej twarz zdawała się krzyczeć do mnie przez tłum obcych ludzi. Stała na brzegu parku, przy przystanku autobusowym. Z tej perspektywy widziałem zaledwie jej profil, ale w jednej chwili nabrałem stuprocentowej pewności. To była ona.
Poczułem się tak, jakby moje stopy stały się częścią chodnika, po którym jeszcze przed chwilą biegłem, a teraz stałem niezdolny do żadnego ruchu. Moje serce przestało bić, a na ramiona wypełzła gęsia skórka. Nawet oddech, który tak bardzo starałem się opanowywać, teraz zamarł w moich płucach, jakby zapomniał, że musi przez nie przepływać, aby utrzymać mnie przy życiu. I przy zdrowych zmysłach.
Zanim zdążyłem ocknąć się z tego amoku, nadjechał autobus. Patrzyłem, jak Pamela wsiada do środka, przytrzymując się metalowej barierki przy otwieranych automatycznie drzwiach. Gdy te zamknęły się za nią i zniknęła mi z pola widzenia, nagle oprzytomniałem.
- Pam! - zawołałem, nie bacząc na to, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż najzwyczajniej w świecie z kimś ją pomyliłem.
Znaki te musiały się mylić. Przecież wiedziałem, kogo widzę, i nic nie było w stanie mi tego wyperswadować. Ten z pozoru zwyczajny wiosenny piątkowy poranek okazał się kluczowy.
Dlatego też, nie myśląc dłużej, zacząłem biec i nie miało to nic wspólnego z truchtem sprzed chwili. Puściłem się sprintem przez wąskie, zatłoczone alejki Central Parku, wiedząc, że autobus, który zniknął mi z pola widzenia, skręci zaraz w prawo. O tej godzinie zawsze były spore korki, więc moje szanse na to, aby zdążyć do kolejnego przystanku, nie były zerowe.
Po pięciu latach nadal pamiętałem ją tak dobrze... Nie było mowy o pomyłce. Moje serce przyspieszało z każdą sekundą, a każde kolejne uderzenie było coraz mocniejsze. Jeśli zgubię ten autobus... co wtedy? Coś podpowiadało mi, że już nigdy nie zaznam spokoju. Bo jak mógłbym go zaznać, mając świadomość, że ona jest gdzieś tutaj, w tym samym mieście? Było ogromne, to prawda, ale po tylu latach w końcu nabrałem pewności, że Pam nie rozpłynęła się w powietrzu.
Biegłem. Potrącałem ludzi, ścinałem zakręty przebiegając przez trawniki, aby zyskać sekundę lub dwie. Przeskakiwałem przez barierki, a w międzyczasie rozglądałem się za biało-niebieskim autobusem, który gdzieś w oddali ukazywał mi się pomiędzy drzewami. Brakowało mi powietrza, lecz niemal wcale nie zwracałem na to uwagi. Biegłem napędzany jakąś dziwną, ponadnaturalną siłą, zupełnie zapominając o kontrolowaniu tempa i oddechu.
Zapomniałem o wszystkim. Zamiast tego zaczęły pochłaniać mnie panika i przerażające poczucie, że nie zdążę. A to przecież nie tak miało być.
Autobus zatrzymał się w chwili, gdy wybiegłem na zatłoczony chodnik okalający Central Park. Soczysta zieleń trawników zamieniła się w szarość kamienic, a szum drzew i gwar rozmów przeistoczył się w odgłosy klaksonów i zatłoczonego miasta.
Zachłannie obejmowałem wzrokiem wszystkie osoby, które wysiadały z autobusu, i gdy upewniłem się, że Pam wśród nich nie ma, trzema zwinnymi susami pokonałem ostatnie metry i z impetem wpadłem do środka. Panował ścisk, ale nie interesowało mnie to.
Ile przystanków przejechałem? Nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że jechałem przyciśnięty do szyby naprzeciwko automatycznych drzwi, a tłok wokół mnie skutecznie uniemożliwiał uważne rozejrzenie się po wnętrzu. Za każdym razem, gdy drzwi się otwierały, rozpaczliwie starałem unieść się na palcach, aby stwierdzić, czy dziewczyny, której szukam, nie ma w tłumie ludzi wylewających się na zewnątrz. Byłem tak przejęty, że zapomniałem nawet o kupieniu biletu. Nie przejmowałem się również ciekawskimi spojrzeniami wycelowanymi prosto we mnie. Każdy z pasażerów walczył o swoje kilkadziesiąt centymetrów kwadratowych, niezbędnych do utrzymania równowagi, a tymczasem jednego nadpobudliwego pasażera nosiło zdecydowanie zbyt mocno.
Cóż, Nowy Jork pełen był wariatów, dlatego niespecjalnie zwracałem uwagę na kogokolwiek. Gdy dojechaliśmy na skrzyżowanie ulic Siódmej i Czternastej, ponownie wspiąłem się na palce i tym razem dostrzegłem niedużą postać przeciskającą się pomiędzy pasażerami w stronę środkowych drzwi.
Natychmiast ruszyłem za nią, bowiem gdy znajdowała się tak blisko, stałem się jeszcze bardziej pewny tego, że mam rację. Zanim przepchnąłem się pomiędzy pasażerami, ona zdążyła się już nieco oddalić, ale po pościgu, który odbyłem kilka minut temu, wydawało się to zbyt błahe, abym się tym przejął.
Oczywiście chodziło wyłącznie o dzielącą nas odległość, bo wszystkim innym przejęty byłem aż zanadto. Serce waliło mi w piersi i podczas gdy przez całą jazdę autobusem miałem ochotę wykrzyczeć jej imię, nagle wszystko we mnie zamarło.
O żadnej gracji nie mogło być mowy. Wypadłem na chodnik, rozglądając się gorączkowo, a kiedy podążyłem spojrzeniem wzdłuż chodnika, ona właśnie odchodziła, poprawiając pasek przewieszonej przez ramię torebki.
- Pam - powiedziałem bardziej do siebie niż do niej. Nie miała prawa mnie usłyszeć. - Pam! - powtórzyłem nieco głośniej.
Drgnęła, przystanęła w miejscu i rozejrzała się wokół. Fakt, że zareagowała na swoje imię, wywołał u mnie stan ponadludzkiej ekscytacji.
- Pam!
Odwróciła się do mnie, a ja westchnąłem i chyba pierwszy raz, odkąd ją ujrzałem tego poranka, wziąłem świadomy, głęboki oddech, który jedynie w zamyśle miał mnie uspokoić. Moje dłonie zadrżały, a za ich śladem poszły kolana oraz reszta ciała, sprawiając, że poczułem się dziwnie wiotki.
Niebieskie oczy rozszerzyły się na mój widok, a ciemnobrązowe, niemal czarne włosy zafalowały pod naporem wiatru. Rubinowe usta rozchyliły się nieznacznie, ukazując rządek białych zębów, a trochę niżej drobne dłonie zacisnęły się kurczowo na pasku torebki.
Po tym, co ujrzałem, wiedziałem to od razu. Ona również mnie rozpoznała.
Oczywiście, że tak, bo jak mogłaby mnie nie pamiętać? Cholera. Myślałem, że straciłem ją już na zawsze, a tymczasem ona stała przede mną całkowicie prawdziwa, nieurojona.
I to chyba właśnie strach w jej oczach spowodował, że nie wziąłem tego wszystkiego za sen.
Zanim się odezwała, jej usta zadrżały.
Chwilę później jednak usłyszałem jej głos, który niemal zwalił mnie z nóg.
- Anthony?
***
Rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty siódmy. W telewizji pojawiają się pierwsze odcinki Świata według Bundych oraz Pełnej Chaty. Swoją premierę mają również Predator Johna McTiermana oraz album Bad Michaela Jacksona. Fidżi staje się republiką, a Filipiny wprowadzają w życie nową konstytucję. Pierwszy września tego roku jest początkiem naszej historii.
Tym pierwszym początkiem, najważniejszym i najbardziej kluczowym, bo gdyby nie on, nie byłoby również tych kolejnych. Gdy wracam do tego we wspomnieniach, była to zupełnie inna epoka niż ta, którą znamy obecnie. Było jednak wspaniale. Wiem, że miałem wtedy jedynie sześć lat, ale mam wrażenie, że nawet dorośli czuli się wtedy bardziej wolni niż dzisiaj.
To, co musicie o mnie wiedzieć, to fakt, że wychowałem się bez rodziców. Ojciec odszedł od mojej matki, gdy jeszcze była w ciąży, a kiedy miałem dwa lata, jej miłość do alkoholu wygrała z miłością do własnego dziecka. W tamtych latach obyło się to bez zbędnych formalności i zaopiekowała się mną babcia, która, choć nie dała sobie rady z własną córką, z wnukiem poradziła sobie całkiem nieźle. Musiało minąć wiele lat, abym docenił wszystko, co dla mnie zrobiła, ale nigdy nie dawałem jej zbytnio w kość. Byłem nieznośny na tyle, na ile zazwyczaj bywają nieznośni mali chłopcy, ale nigdy nie uciekłem z domu, nie paliłem papierosów ani nie malowałem wieczorami graffiti na ścianach kamienic.
Wróćmy jednak do osiemdziesiątego siódmego. Dobrze pamiętam datę naszego pierwszego spotkania, bo był to pierwszy dzień roku szkolnego, w dodatku pierwszy dzień szkoły jako takiej dla nas obojga. Ja chodziłem wcześniej do przedszkola, więc nie miałem problemu z dostosowaniem się do nowego środowiska i przede wszystkim do przebywania w nim bez osoby dorosłej. Pam miała zgoła odmienne podejście.
Kiedy nauczycielka wprowadziła do klasy drobną dziewczynkę z twarzą rumianą od płaczu, nie miałem pojęcia, że wprowadza ją również w moje życie. Jej włosy były tak ciemne, że wyglądały na czarne, lecz wystarczał refleks słońca wpadającego przez okno, aby zyskały nieco złotego odcienia. Ścięta na prosto grzywka zasłaniała jej czoło, lecz doskonale eksponowała smukłą twarzyczkę o pięknych dużych oczach. Pamela Dawson była śliczną dziewczynką, dlatego nikt nie śmiał się z niej, gdy spanikowana nie chciała puścić matczynej dłoni przed wejściem do sali pełnej dzieci, których nigdy wcześniej nie widziała.
Ja również od razu to ujrzałem i to chyba dlatego odsunąłem wtedy puste krzesło obok mnie, aby Pam wybrała właśnie to miejsce. Czy to ten ruch zadecydował o naszej późniejszej przyjaźni? Wydaje mi się, że tak. Gdyby wtedy nie usiadła obok mnie, może zyskałaby innego przyjaciela na dobre i na złe. I ja również. Wiem, co sobie myślicie - pewnie nawet nie miałbym szansy tego pożałować, bo skoro nie wiedziałbym, w jakim kierunku mogła potoczyć się moja przyszłość, nie wiedziałbym też, jak wyglądałaby ona bez tej niezwykłej dziewczyny u mojego boku.
O tak, Pam była niezwykła. A do tego ładna, skromna, mądra i rezolutna. Najchętniej opowiedziałbym o każdym spędzonym z nią dniu, lecz nie o to chodzi. Chyba nie pamiętam wszystkiego, choć zdecydowanie każdy z tych dni byłby wart opisania.
Rozumieliśmy się już od pierwszych chwil, jeszcze zanim poznaliśmy swoje imiona. Kiedy Pam zajęła miejsce w ławce obok mnie, kręciłem się niespokojnie na swoim krześle, bo choć w szkole czułem się w miarę pewnie, to towarzystwo tak ładnej dziewczynki było dość krępujące. Ja byłem chudy, wtedy jeszcze dość niski, no i te okulary... Powiększały moje oczy tak, że wydawały się one nienaturalnie duże. Włosy tego dnia miałem starannie uczesane, lecz zazwyczaj pozostawały w nieładzie, bo tak czułem się najlepiej.
Wystarczyło, że spojrzała na mnie błyszczącymi od łez oczami, pociągając nosem i nerwowo wycierając zaczerwienione policzki. I wystarczyło, aby kącik moich ust drgnął nieśmiało w słabym uśmiechu. Potem wszystko potoczyło się samo.
Byliśmy nierozłączni i stało się to niezwykle naturalnie. Ani ja nie starałem się o jej towarzystwo, ani ona nie przykleiła się do mnie wbrew mojej woli. Po prostu się zaprzyjaźniliśmy. Bardzo łatwo nam to przyszło, jak to pewnie zazwyczaj dzieje się w wieku sześciu lat. Łatwo też utrzymaliśmy naszą przyjaźń, zważywszy, że mieszkaliśmy jedynie dwie przecznice od siebie.
Autobus szkolny zabierał najpierw mnie, ja zajmowałem dwa siedzenia dla siebie i Pam, a ona wsiadała po trzech minutach i od razu kierowała się w moją stronę. Popołudniami odwiedzaliśmy się nawzajem i oglądaliśmy kreskówki, a kiedy zaczynało zmierzchać, jej rodzice odprowadzali mnie do domu lub ja odprowadzałem ją razem z babcią.
To nie był jeszcze ten wiek, w którym krępowałoby nas to, że ja jestem chłopcem, a ona dziewczynką. Ona miała typowo dziewczęce zainteresowania, ja natomiast byłem stuprocentowym chłopcem, ale nikogo wokół nas to nie obchodziło. Z czasem chyba po prostu wszyscy się do tego przyzwyczaili i dlatego nikt nie kierował w naszą stronę żartów lub sugestii o tym, że mogłoby to być coś więcej niż przyjaźń. Cóż, przynajmniej do czasu. Na razie byliśmy jednak po prostu Anthonym i Pamelą. Tonym i Pam.
Jak już powiedziałem, każde z nas miało swoje zainteresowania, ale mieliśmy też wspólne. Wydaje mi się, że we wszystkim, co lubiliśmy robić razem, potrafiliśmy odnaleźć zarówno dziewczęcą, jak i chłopięcą stronę. Uwielbialiśmy rysować i podczas gdy Pam rysowała głównie zamki, księżniczki i konie, ja wolałem figury geometryczne. Uwielbiałem również sprowadzać twórczość Pam na ziemię, nadając jej rysunkom właściwych proporcji. Twardo trzymałem się rzeczywistości, gdy Pam bujała w obłokach, ale oboje potrafiliśmy niezwykle dobrze odnaleźć się w otaczającym nas świecie.
W kreskówkach, które razem oglądaliśmy, zawsze kibicowałem głównym bohaterom w walkach z ich antagonistami. Pam natomiast bardziej obchodził fakt, czy bohater po zakończonej walce zdoła wrócić do swojej miłości, którą pozostawił lub w imię której walczył.
To w idealny sposób obrazuje naszą relację. Potrafiliśmy spędzać ze sobą długie godziny bez kłótni i wymówek, a jej rodzice i moja babcia byli dla nas nadzwyczaj wyrozumiali. Z perspektywy dorosłego człowieka wydaje mi się, że oni już wtedy potrafili to docenić. My doceniliśmy to dużo później.