Miłość to nie grzech - Roma J. Fiszer

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Za­my­śle­nia

Gdy­nia, 2 pa­ździer­ni­ka 2015 roku

Elwi­ra za­trzy­ma­ła fre­elan­de­ra na par­kin­gu przy Na­brze­żu Po­mor­skim, vis-a-vis bu­dyn­ku miesz­czące­go Akwa­rium Gdy­ńskie. Zga­si­ła sil­nik i uchy­li­ła szy­bę. Wraz z krzy­kiem mew do wnętrza sa­mo­cho­du wpa­dło rze­śkie mor­skie po­wie­trze. Jej spoj­rze­nie po­wo­li prze­su­nęło się po cu­mu­jących opo­dal ża­glow­cach: "Da­rze Mło­dzie­ży" i "Dra­go­nie", aż do­ta­rło do fa­lo­chro­nów. Wpa­trzy­ła się w trzy pra­wie dwu­dzie­sto­pi­ęcio­me­tro­we sta­lo­we masz­ty o wy­dętych, też sta­lo­wych ża­glach. Za­ko­ńczo­ne były krót­ki­mi rej­ka­mi, jak wy­ja­śniał kie­dyś tata, choć mama wci­ąż po­wta­rza­ła, że są to małe krzy­że. W po­bli­żu sta­lo­we­go po­mni­ka przy­cup­nął ka­mien­ny mo­nu­ment Jo­se­pha Con­ra­da. Po­sta­no­wi­ła wy­si­ąść z auta i prze­spa­ce­ro­wać się wo­kół skwe­ru z po­mni­ka­mi. Na­ci­ągnęła kap­tur na gło­wę, bo moc­no wia­ło. Od dziec­ka lu­bi­ła ten ko­ńco­wy frag­ment alei Jana Pa­wła II, cho­ciaż w ich domu za­wsze mó­wi­ło się na wszyst­ko, co za­czy­na­ło się przy uli­cy Świ­ęto­ja­ńskiej i ci­ągnęło aż do obu po­mni­ków, skwer Ko­ściusz­ki.

Wo­kół po­mni­ków jako mała dziew­czyn­ka wy­grze­wa­ła się na ła­wecz­kach, zbie­ra­ła na traw­ni­ku sto­krot­ki, je­ździ­ła wzdłuż gład­kich płyt na wrot­kach, ro­we­rze czy de­sko­rol­ce. Tak się dzia­ło aż do Świ­ęta Mo­rza, po któ­rym całą ro­dzi­ną opusz­cza­li mia­sto, prze­no­sząc się do ko­ńca sierp­nia do let­ni­ska nad Mausz. Jako li­ce­alist­ka a po­tem stu­dent­ka wy­bie­ra­ła to wła­śnie miej­sce, żeby w ci­szy przej­rzeć przed kla­sów­ka­mi czy ko­lo­kwia­mi no­tat­ki albo ksi­ążki. Jej oczy zwil­got­nia­ły tro­chę od wspo­mnień, a tro­chę od wia­tru. Wes­tchnęła. To było, ale już nie wró­ci.

"Mamo, tato, Aniu! Jak mi was bra­ku­je!"

Przy­sta­nęła i przy­mknęła na chwi­lę po­wie­ki. Od­wró­ci­ła się ty­łem do wia­tru i osu­szy­ła oczy chu­s­tecz­ką.

"Czy ma­cie po­jęcie, ko­cha­ni, ile się u mnie zmie­ni­ło od lu­te­go?! O Ar­tu­rze już wam wcze­śniej mó­wi­łam, a nie­daw­no przy­jęłam oświad­czy­ny Krzy­sia. Że strasz­nie szyb­ko?! A na co mam cze­kać? On jest do­bry... jak sied­miu kra­sno­lud­ków!", uśmiech­nęła się. "Szko­da, że nie mie­li­ście szczęścia go po­znać. Jest le­śni­czym w Bo­rach Tu­chol­skich i miesz­ka w le­śni­czów­ce Świer­ki. Też już wam o tym mó­wi­łam, ale te­raz tak bar­dziej ofi­cjal­nie. Świer­ki są nie­da­le­ko Dzie­mian. Do Zie­lo­ne­go Dwo­ru nad Mau­szem mam stam­tąd tyl­ko pół go­dzi­ny jaz­dy moim fre­elan­de­rem. Aha! Prze­cież tego jesz­cze nie wie­cie. Od­ku­pi­łam go od pana Ja­ku­ba, któ­re­go kie­dyś sami wy­bra­li­ście na mo­je­go ojca chrzest­ne­go. Ko­cha­ny jest ten nasz Ku­buś, jak na­zy­wa go bab­cia Łu­cja. Po­mó­gł mi w spra­wach miesz­ka­nio­wych, ze sprze­da­żą let­ni­ska włącz­nie. To zna­czy z let­ni­skiem my­śla­łam, że tak się sta­ło, ale kie­dy w sierp­niu wsku­tek jego pod­stępu po­je­cha­ły­śmy tam na kil­ka dni z bab­cią, w re­zul­ta­cie prze­sta­łam my­śleć o sprze­da­ży, a te­raz na­wet prze­bu­do­wu­ję do­mek. We­dług wa­szych, tat­ku i ma­mu­siu, pla­nów, któ­re je­dy­nie zmo­dy­fi­ko­wa­łam. W su­mie więc do­brze się sta­ło, że let­ni­sko zo­sta­je przy mnie. Po­sta­no­wi­łam, że będzie pi­ęter­ko, a na dole duży sa­lon, jak chciał tata, i zgrab­niej urządzo­na kuch­nia, jak ma­rzy­ło się ma­mie. Ta­ra­sik, tak jak chcia­ła Anul­ka, też będzie...".

Ko­lej­ny raz wes­tchnęła. Kto wie, może tam się prze­nie­sie na sta­łe? Po­ki­wa­ła gło­wą, jak­by z nimi roz­ma­wia­ła. Po­de­szła do fa­lo­chro­nu i opa­rła się o nie­go łok­cia­mi. Wpa­trzy­ła się w nie­co za­mglo­ny bul­war nad­mor­ski, jej wzrok prze­su­nął się wol­no na Ka­mien­ną Górę z krzy­żem, gdzie nie­da­le­ko miesz­ka bab­cia, a po­tem spoj­rze­nie prze­nio­sło się na ma­ri­nę. Tyl­ko kil­ka jach­tów zo­sta­ło na wo­dzie, resz­ta już wy­sli­po­wa­na. Idzie zima.

"Chy­ba już wy­star­czy spa­ce­ru", po­my­śla­ła, wstrząsa­jąc się od na­pły­wa­jące­go znad za­to­ki chłod­ne­go i wil­got­ne­go wia­tru.

Raz jesz­cze jej wzrok za­trzy­mał się na wy­nio­słym krzy­żu na szczy­cie Ka­mien­nej Góry.

- Już jadę, bab­ciu! - po­wie­dzia­ła ci­cho.

Po pi­ęciu mi­nu­tach fre­elan­der, mi­nąw­szy bu­dy­nek Do­wódz­twa Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, Te­atr Mu­zycz­ny, Mu­zeum Mia­sta Gdy­ni i Ri­wie­rę, piął się ser­pen­ty­ną w kie­run­ku szczy­tu wzgó­rza. Na ron­dzie z po­mni­kiem Hen­ry­ka Sien­kie­wi­cza po­środ­ku skręci­ła w uli­cę Mic­kie­wi­cza. Za­par­ko­wa­ła na swo­im sta­łym od nie­daw­na miej­scu. Wy­ci­ągnęła z kar­to­nu le­żące­go na tyl­nym sie­dze­niu dwa eg­zem­pla­rze ode­bra­ne­go z dru­kar­ni pół go­dzi­ny temu swo­je­go "dzie­ła" o Apo­lo­nii i Zby­sła­wie. Wspól­nie z bab­cią po dłu­giej na­ra­dzie nada­ły mu ty­tuł Mi­ło­ść z "Ba­to­re­go". Moc­ny za­pach far­by dru­kar­skiej mile pod­ra­żnił jej noz­drza.

"Nowa ksi­ążka i do tego mo­je­go au­tor­stwa!", uśmiech­nęła się.

Mu­snęła wzro­kiem okład­kę, po czym moc­no przy­tu­li­ła ksi­ążki. Ru­szy­ła wol­nym kro­kiem w kie­run­ku wil­li, w któ­rej bab­cia mia­ła swo­je miesz­ka­nie. Mi­nęła dom, gdzie kie­dyś miesz­kał Ka­rol Ol­gierd Bor­chardt, prze­śli­zgnęła się wzro­kiem po nad­bu­dów­ce na szczy­cie, w któ­rej pi­sał i przyj­mo­wał go­ści, a któ­rą, jak do­wie­dzia­ła się od bab­ci, na­zwał Siód­mym Nie­bem.

Zer­k­nęła raz jesz­cze na okład­ki ksi­ążek. Dłu­go wa­ha­ła się, co po­win­no się na nich zna­le­źć, ale kie­dy za­da­ła py­ta­nie w tej spra­wie bab­ci Łu­cji, ta za­miast słów skie­ro­wa­ła spoj­rze­nie na wi­szącą nad kre­den­sem po­do­bi­znę Apo­lo­nii z dmu­chaw­cem.

- Że też sama na to nie wpa­dłam! - krzyk­nęła wów­czas.

Bab­cia ją przy­tu­li­ła.

Po usta­le­niach z gra­fi­kiem, któ­ry pro­jek­to­wał okład­kę, w tle pra­bab­ci z dmu­chaw­cem zna­la­zł się trans­atlan­tyk "Ba­to­ry" prze­mie­rza­jący Za­to­kę Gda­ńską.

Po chwi­li dzwo­ni­ła już do drzwi miesz­ka­nia bab­ci. Otwo­rzy­ła jej pra­wie na­tych­miast.

- Nie mo­głam się do­cze­kać - rze­kła nie­cier­pli­wie i wy­ci­ągnęła dłoń po ksi­ążki.

Tym ra­zem nie cze­ka­ła, aż El­wi­ra się roz­bie­rze, tyl­ko od razu po­drep­ta­ła do sto­ło­we­go. Kie­dy wnucz­ka we­szła do po­ko­ju, bab­cia gła­dzi­ła okład­kę.

- Pi­ęk­na jest. Mia­łaś ra­cję, żeby nie do­da­wać po­do­bi­zny Zby­sła­wa. Wpraw­dzie przy­stoj­ny ni­czym Red Bu­tler, ale...

- ...to nie jest Prze­mi­nęło z wia­trem - do­ko­ńczy­ła za nią z lek­kim uśmie­chem wnucz­ka, choć szyb­ko spo­wa­żnia­ła.

- Do­kład­nie. Chwi­lę po­oglądam - oznaj­mi­ła bab­cia i znów skie­ro­wa­ła wzrok na wo­lu­min.

El­wi­ra za­jęła się swo­im eg­zem­pla­rzem. Po­do­bał jej się lek­ko kre­mo­wy pa­pier, nie­co inna czcion­ka przy pod­pi­sach pod iko­no­gra­fią, spo­sób ła­ma­nia tek­stu, któ­ry do­pie­ro te­raz mo­żna było wła­ści­wie oce­nić. Po chwi­li za­mknęła ksi­ążkę i odło­ży­ła ją na sto­lik.

- Już? - spy­ta­ła bab­cia.

- Na ra­zie re­zy­gnu­ję z dal­sze­go prze­gląda­nia. Zresz­tą tekst znam na pa­mi­ęć, łącz­nie z two­im wpro­wa­dze­niem. Oku­pi­łam to mie­si­ącem orki, z kil­ko­ma nie­prze­spa­ny­mi no­ca­mi włącz­nie.

- Kie­dy da­łaś mi do po­wtór­nej re­dak­cji ca­ło­ść po skła­dzie, by­łam tro­chę prze­ra­żo­na, że wy­szło aż dwie­ście stron, ale do­brze, że nie skra­ca­łaś nie­któ­rych swo­ich łącz­ni­ków, jak je na­zwa­łaś, a do cze­go sama po­cząt­ko­wo cię na­ma­wia­łam.

- My­ślę, że gdy­by od­wró­cić pro­por­cje, to zna­czy gdy­by zbe­le­try­zo­wać ich dzie­je, a tyl­ko gdzie­nie­gdzie wsta­wić ja­kieś fot­ki, li­sty czy do­ku­men­ty, mo­gła­by po­wstać ca­łkiem zgrab­na po­wie­ść, tyl­ko że mój styl po­zo­sta­wia wie­le do ży­cze­nia.

- A moim zda­niem jest nie­zły. Masz spo­ry za­sób słów, cie­ka­wie bu­du­jesz nar­ra­cję, zgrab­nie po­tra­fisz do­ko­nać prze­jścia z jed­ne­go na­stro­ju w inny, cza­sa­mi tyl­ko po­pe­łniasz błędy do­ty­czące szy­ku w zda­niu, jak­byś my­śla­ła po an­giel­sku.

- Po­lo­nist­ka też mi to za­rzu­ca­ła.

- Fa­cho­wa re­dak­cja w ja­ki­mś wy­daw­nic­twie, któ­rą mu­sia­łby prze­jść twój tekst, spo­ro by cię na­uczy­ła. Szyb­ko byś po­rzu­ci­ła ma­nie­ry do­ty­czące cho­ćby tych błędów.

- Tak mó­wisz, bab­ciu, jak­bym się do cze­goś ta­kie­go zbie­ra­ła, a ja tyl­ko za­re­ago­wa­łam na two­je krót­kie py­ta­nie.

- Czy­li jed­nak po­my­śla­łaś o pi­sa­niu.

- Może przez chwi­lę, ale stwier­dzi­łam, że albo dzien­ni­kar­stwo, albo li­te­ra­tu­ra.

- Mó­wi­ąc języ­kiem spor­to­wym, to są bar­dzo po­dob­ne do sie­bie kon­ku­ren­cje. Gdy­byś pra­co­wa­ła w ja­kie­jś re­dak­cji na sta­łe, by­łby z tym pro­blem, ale na ra­zie nie sły­sza­łam o ta­kim po­my­śle.

- A ja­kie ga­ze­ty mamy w Trój­mie­ście, co?! - El­wi­ra spoj­rza­ła na bab­cię.

- Te­raz jest z tym sła­bo, ale ca­łkiem nie­daw­no prze­gląda­łam gdy­ńską ksi­ążkę te­le­fo­nicz­ną z trzy­dzie­ste­go ósme­go roku i wów­czas w mie­ście było sie­dem­na­ście re­dak­cji. Zna­czy tyle na­li­czy­łam ró­żnych ad­re­sów.

- A szu­ka­łaś cze­goś kon­kret­ne­go?

- Pa­mi­ętasz wil­lę Sor­ren­to na rogu Ma­tej­ki? An­drzej zro­bił mi ostat­nio zdjęcia ca­łej oko­li­cy Pa­de­rew­skie­go, z Ma­tej­ki włącz­nie, i ona wpa­dła mi w oczy. Prze­szu­ki­wa­łam przed­wo­jen­ną ksi­ążkę ad­re­so­wą, ale nie zna­la­złam jej ani w spi­sie gdy­ńskich pen­sjo­na­tów, ani w spi­sie do­mów - od­po­wie­dzia­ła, wi­dząc py­ta­jący wzrok El­wi­ry. - Sądzę, że jest te­raz chy­ba na­wet pi­ęk­niej­sza niż wte­dy.

- A wra­ca­jąc, bab­ciu, do re­dak­cji ga­zet?

- To nie wszyst­ko były od­dziel­ne ga­ze­ty, ale oprócz wie­lu re­dak­cji praw­dzi­wie gdy­ńskich cza­so­pism, w tym zwi­ąza­nych z mo­rzem, były też re­dak­cje pism cen­tral­nych czy ga­zet z in­nych miast Pol­ski. Kie­dyś z tym wszyst­kim było o nie­bo le­piej, choć dzi­siaj wie­le spraw uła­twia in­ter­net. Na pew­no - do­da­ła z prze­ko­na­niem. - Czu­ję więc, że chy­ba po­zo­sta­niesz fre­elan­cer­ką dzien­ni­kar­stwa...

- ...któ­ry je­ździ fre­elan­de­rem! - do­ko­ńczy­ła El­wi­ra i pi­snęła z ucie­chy.

- Do­bre. - Bab­cia po­ka­za­ła jej kciuk. - A cho­dzą ci już po gło­wie ja­kieś po­my­sły oprócz tych stron in­ter­ne­to­wych?

- Na ra­zie mu­szę ciut od­po­cząć, do­spać. Mu­si­my, bab­ciu, zor­ga­ni­zo­wać spo­tka­nie au­tor­skie, bo Krzy­siek wci­ąż do­py­tu­je się, na kie­dy ma za­ma­wiać salę, poza tym on do mnie tęsk­ni, ja tęsk­nię, no wiesz.

- Wszyst­ko wi­dzę, ale...

- A do tego mu­szę jesz­cze od­wie­dzić let­ni­sko. Stach się nie od­zy­wa, może po­trze­bu­je za­licz­ki na ma­te­ria­ły?

- Gdy­by po­trze­bo­wał, daw­no by za­dzwo­nił. Na­wet by się nie cer­to­lił, któ­ra jest go­dzi­na.

- Niby masz ra­cję. To na kie­dy mam za­ma­wiać salę?

- Dla mnie ka­żdy dzień jest do­bry. Nie od­kła­daj tego, nie cze­kaj na lep­szą po­go­dę... Choć może spraw­dź, czy cza­sem nie za­po­wia­da­ją opa­dów śnie­gu.

- W pa­ździer­ni­ku?!

- A bo rzad­ko tak było?!

- O czy­mś za­po­mnia­łam, bab­ciu! - El­wi­ra ze­rwa­ła się i po­pędzi­ła do przed­po­ko­ju. Po chwi­li wró­ci­ła z ple­ca­kiem.

- Masz dla mnie ko­lej­ny lap­top? - za­py­ta­ła bab­cia.

Wnucz­ka tyl­ko uśmiech­nęła się na ten żart i bez sło­wa po­ło­ży­ła na sto­li­ku mi­ędzy nimi pa­mi­ęt­nik pra­bab­ci Apo­lo­nii.

- Może już zno­wu wró­cić na swo­je miej­sce - rze­kła, wska­zu­jąc bu­fet, gdzie w jed­nej z szu­flad cze­ka­ła pu­sta skryt­ka.

- Po­wiem two­imi sło­wa­mi: znam go na pa­mi­ęć - od­pa­rła bab­cia i te sło­wa za­sko­czy­ły wnucz­kę. - Poza tym my­ślę, Wir­ciu, że le­piej będzie, jak za­czniesz nie­któ­re do­ku­men­ty zwi­ąza­ne z hi­sto­rią na­szej ro­dzi­ny, a na­wet ksi­ążki czy al­bu­my prze­wo­zić do sie­bie. Roz­ma­wia­łam już o tym z Ju­sty­ną i An­drze­jem. Oni nie rosz­czą so­bie do nich żad­nych pre­ten­sji, a u cie­bie, bez względu na to, co dzi­siaj o tym my­ślisz, będą bez­piecz­ne i nie­raz mogą ci się przy­dać.

- Ale oni prze­cież mają dzie­ci, któ­re nie wi­dzia­ły jesz­cze wszyst­kich al­bu­mów, nie mó­wi­ąc o me­try­kach czy in­nych do­ku­men­tach! - za­pe­rzy­ła się El­wi­ra.

Bab­cia z nie­zmąco­nym spo­ko­jem po­kręci­ła gło­wą.

- Sama już nie wiem - wy­szep­ta­ła w od­po­wie­dzi na ten gest wnucz­ka.

- Usta­li­łam z nimi, że dzi­ęki temu będziesz mo­gła go­ścić ich u sie­bie, opo­wia­dać o na­szych przod­kach. Nikt tak do­brze nie zna fak­tów z ich ży­cia jak ty.

- Ale ja wy­bie­ra­łam z ró­żnych miejsc tyl­ko nie­któ­re do­ku­men­ty czy zdjęcia do­ty­czące Apo­lo­nii, a po­tem one wra­ca­ły w te same miej­sca.

- No wła­śnie! Dzi­ęki temu wiesz, gdzie co w tej chwi­li leży i w ogó­le co się tam znaj­du­je! Ja o wie­lu rze­czach prze­cież za­po­mnia­łam. Pa­mi­ętasz, ile razy się dzi­wi­łam, kie­dy mi coś po­ka­zy­wa­łaś?!

- Pa­mi­ętam... Ale one wszyst­kie wy­ma­ga­ją po­se­gre­go­wa­nia, opi­sa­nia. Mam na­wet po­my­sł, jak to zro­bić.

- Po­ka­zy­wa­łaś mi bazę da­nych, któ­rą zro­bi­łaś dla ma­te­ria­łów z ku­frów Zby­sła­wa. My­ślisz o czy­mś ta­kim?

- W sen­sie ogól­nym tak, ale chcia­ła­bym wło­żyć do­ku­men­ty w ko­szul­ki fo­lio­we i umie­ścić w ele­ganc­kich tecz­kach.

El­wi­ra wy­chy­li­ła się i spoj­rza­ła na naj­ni­ższą pó­łkę bi­blio­tecz­ki, gdzie spo­czy­wa­ło kil­ka gu­stow­nych bor­do­wych se­gre­ga­to­rów, któ­re jej mama i tata spre­zen­to­wa­li bab­ci trzy lata temu.

- One po­win­ny stać w sa­lo­nie - po­wie­dzia­ła - że­bym nie mu­sia­ła nie­ustan­nie pro­wa­dzić po­szu­ki­wań. Naj­pierw wszyst­ko trze­ba ze­ska­no­wać, sko­pio­wać na prze­no­śnie dys­ki i ta­kie tam.

- Więc sama wi­dzisz, że tyl­ko ty będziesz po­tra­fi­ła się tym od­po­wied­nio za­jąć. A oni chęt­nie przy­ja­dą do sio­strze­ni­cy czy ich dzie­ci kie­dyś do cio­ci, ty za­si­ądziesz w fo­te­lu, prze­su­niesz oku­la­ry na nos i będziesz pra­wić, i pra­wić. - To mó­wi­ąc, bab­cia pod­nio­sła wy­pro­sto­wa­ny pa­lec i się uśmiech­nęła.

- Będę taka jak ty?

- Znacz­nie lep­sza! Po­tra­fisz wszyst­ko le­piej niż ja ogar­nąć. Masz też lep­sze na­rzędzia.

- Hola, hola. A kto w try miga zre­da­go­wał opra­co­wa­nie Agniesz­ki i jesz­cze uzu­pe­łnił dwa naj­istot­niej­sze roz­dzia­ły?

- Ol­gierd jest za­chwy­co­ny i cie­szy się z mo­jej pra­cy, bo twór­czo zga­dza się z mo­imi wszyst­ki­mi opi­nia­mi, a na­wet tro­chę ża­łu­je, że to nie on je spi­sał, cho­ciaż my­ślał od daw­na po­dob­nie. "Czy wiesz, że gdy­bym ja to zro­bił, to oni od daw­na by po mnie je­ździ­li jak po ły­sej ko­by­le?!" - wy­re­cy­to­wa­ła gru­bym gło­sem, na­śla­du­jąc Ol­gier­da, i za­chi­cho­ta­ła. El­wi­ra do­łączy­ła do jej śmie­chu. - Po­wie­dział też, że jako re­cen­zent będzie mógł ła­twiej mnie bro­nić, a prze­ko­nał już do mo­ich ra­cji kil­ku ko­le­gów pro­fe­so­rów. Aha! Po­noć w li­sto­pa­dzie mają dru­ko­wać ksi­ążkę.

- Oj, to su­per! A wra­ca­jąc do two­jej szyb­ko­ści i siły, to kto w nie­ca­łe trzy dni zro­bił re­dak­cję Mi­ło­ści na "Ba­to­rym"?

El­wi­ra po­ło­ży­ła dłoń na swo­im eg­zem­pla­rzu ksi­ążki i spoj­rza­ła na bab­cię.

- Nie chwa­ląc się, jam to uczy­ni­ła. - Bab­cia za­trze­po­ta­ła po­wie­ka­mi. - Chy­ba wy­ko­rzy­sta­łam na to ja­kiś ostat­ni po­sia­da­ny za­pas sił, bo od tego cza­su nie­chęt­nie pa­trzę na druk.

- Wi­dzisz?! Też mu­sisz tro­chę od­po­cząć. Dzwo­nię w ta­kim ra­zie do Krzy­sia i uma­wiam salę.

- Naj­pierw spraw­dź po­go­dę.

- Patrz, za­po­mnia­łam.

El­wi­ra prze­nio­sła na ławę po­mi­ędzy nimi bia­ły lap­top i uru­cho­mi­ła stro­nę Ven­tu­sky. Szyb­ko za­po­zna­ła się z pro­gno­zą po­go­dy na dzie­si­ęć naj­bli­ższych dni. Uśmiech­nęła się za­do­wo­lo­na.

- Śnie­gu nie wi­dzę, za to po­ja­wi się kil­ka dni z desz­czem. Tem­pe­ra­tu­ra ma być taka so­bie, ale będzie spo­ro sło­ńca.

- To te­raz dzwoń, dziec­ko.

El­wi­ra wy­jęła z ple­ca­ka te­le­fon i wy­szu­ka­ła Krzysz­to­fa na li­ście kon­tak­tów.

- Wir­ku, ko­cha­nie! - roz­le­gł się ra­do­sny okrzyk w słu­chaw­ce. - Na­resz­cie! Tęsk­nię, usy­cham, sza­le­ję z mi­ło­ści!

- Za­mknęłam, Krzy­siu, spra­wę ksi­ążki, nie prze­sta­jąc cię ko­chać. - Ostat­nie sło­wa El­wi­ra wy­po­wie­dzia­ła nie­co ci­szej, zer­ka­jąc na bab­cię, któ­ra słod­ko się uśmiech­nęła.

- Ej, dziew­czy­no, wsty­dzisz się swo­jej mi­ło­ści?! Ja te­raz mó­wię przy Bar­to­szu, je­ste­śmy w szo­pie, ale jak chcesz, to pój­dę do kuch­ni i będę tak samo mó­wił na­wet przy pani Kry­si!

- Wie­rzę ci, ko­cha­ny. Po­słu­chaj, Krzy­śku, jest wa­żna spra­wa.

- A moja mi­ło­ść to nie jest wa­żna spra­wa?!

- Ja­sne, naj­wa­żniej­sza.

Bab­cia Łu­cja, sły­sząc ostat­nie sło­wa, zło­ży­ła dło­nie i unio­sła oczy ze szczęścia.

- Krzy­siu, po­wiedz mi, na kie­dy naj­szyb­ciej mo­żesz za­ła­twić salę w za­je­ździe?

- A cho­ćby na ju­tro!

- Na ju­tro to nie, ale po­wiedz­my na przy­szły pi­ątek?

- A dla­cze­go chcesz cze­kać tak dłu­go? Prze­cież mó­wi­łem ci, że tęsk­nię.

- Ksi­ążko­we spo­tka­nie z ro­dzi­na­mi to jed­na spra­wa, a ja prze­cież mogę przy­je­chać jesz­cze na ten week­end.

- Po­wa­żnie?! To ja tak chcę! Czy­li pod­su­mo­wu­jąc, za­ma­wiam salę na przy­szły pi­ątek, a na któ­rą go­dzi­nę?

- To jest wła­śnie pro­blem, bo nie wiem, czy moi, a ta­kże czy twoi krew­ni będą w sta­nie za­ła­twić so­bie dzień wol­ny. Pa­mi­ętaj, że mó­wi­my o pi­ąt­ku!

- No tak, za­ga­lo­po­wa­łem się. A gdy­by ci­ężko było z pi­ąt­kiem, to może so­bo­ta?

- My­ślę, że też może być. Ja jesz­cze dzi­siaj omó­wię ter­min z cio­cią i wuj­kiem, cho­ciaż oni od daw­na palą się do wy­jaz­du do Świer­ków. Bo ksi­ążka ksi­ążką, ale chcą po­znać ta­kże cie­bie - za­chi­cho­ta­ła El­wi­ra.

- Mam się bać?

- Jak uwa­żasz, ale ty nie je­steś z tych, któ­rzy się boją!

- Przy to­bie prze­sta­łem się bać cze­go­kol­wiek. - Te­raz za­chi­cho­tał Krzysz­tof. - Czy­li na­praw­dę ju­tro przy­je­dziesz?

- Tak, ale po dro­dze od­wie­dzę let­ni­sko, bo chcę zo­ba­czyć, co sły­chać u Sta­cha Ja­ni­ka. Tam za­ba­wię góra go­dzi­nę, więc oko­ło po­łud­nia będę w Świer­kach.

- Su­per! Tyl­ko tym ra­zem nic nie ku­puj, bo pani Kry­sia po­wie­dzia­ła, że na­pie­cze na twój przy­jazd do­bro­ci. Lubi ku­po­wać u Na­ta­lii i Ba­śki i często wy­pi­ja u nich kawę. Ob­ga­du­ją cię! - Zno­wu za­rżał.

- Coś ta­kie­go!

- Po­zna­łaś ją... po­cze­kaj mo­ment, bo Bar­tosz chce mi coś po­wie­dzieć albo sam ci po­wie. - El­wi­ra usły­sza­ła w te­le­fo­nie trza­ski i śmie­chy.

- El­wi­ra? Krzy­siek za­kom­bi­no­wał nie w tę stro­nę. Za­raz go wy­pro­stu­ję, że tak nie wol­no żar­to­wać. Kry­sia bar­dzo cię ceni. Pra­wie co­dzien­nie opo­wia­da coś o to­bie na do­bra­noc, wspo­mi­na cię. Tak że jak sły­szysz, my też za tobą tęsk­ni­my. Po­zdra­wiam cię od sie­bie i rów­nież od Kry­si. Przy­je­żdżaj szyb­ko!

W słu­chaw­ce zno­wu za­chro­bo­ta­ło od prze­kła­da­nia te­le­fo­nu z rąk do rąk.

- Za­raz mi się obe­rwie. - Usły­sza­ła po chwi­li roz­ba­wio­ny głos Krzysz­to­fa uda­jące­go prze­strach. - Chy­ba już sko­ńczy­my, bo tu się szy­ku­je pra­nie - za­śmiał się. - Czy­li będziesz ju­tro oko­ło po­łud­nia, tak?

- Do­kład­nie, Krzy­siu. Pa.

- Pa, Wir­ku!

El­wi­ra sko­ńczy­ła roz­mo­wę i z roz­pędu wrzu­ci­ła te­le­fon do ple­ca­ka. Zer­k­nęła na bab­cię, któ­ra sie­dzia­ła roz­anie­lo­na z dło­ńmi przy­ło­żo­ny­mi do po­licz­ków.

- Jak on cię ko­cha, Wir­cia, moje ser­dusz­ko - wy­szep­ta­ła. - A jacy ko­cha­ni są ci pa­ństwo le­śni­czo­stwo Sie­wier­scy. Słów mi bra­ku­je. Tak się cie­szę, że do­brze cię tam wi­dzą...

Po­ło­ży­ła dłoń na dło­ni wnucz­ki, wpa­tru­jąc się z czu­ło­ścią w jej twarz.

Mi­ło­ść z "Ba­to­re­go"

Le­śni­czów­ka Świer­ki, Bory Tu­chol­skie, 10 pa­ździer­ni­ka 2015 roku

Trzy sa­mo­cho­dy ru­szy­ły z Gdy­ni do Świer­ków małą ko­lum­ną, na któ­rej cze­le je­chał zie­lo­ny fre­elan­der El­wi­ry z bab­cią Łu­cją. Na tyl­nym sie­dze­niu spo­czy­wa­ły kar­to­ny wy­pe­łnio­ne ksi­ążka­mi Mi­ło­ść z "Ba­to­re­go". Ale­ja Pi­łsud­skie­go przy­wi­ta­ła ich nie­spo­dzie­wa­nie mżaw­ką, któ­ra utrzy­my­wa­ła się do Kar­tuz, pó­źniej się roz­po­go­dzi­ło. Z od­twa­rza­cza pły­nęły hity mu­zy­ki po­wa­żnej, któ­re El­wi­ra prze­gra­ła z kom­pu­te­ra bab­ci na pen­dri­ve'a. Kie­dy pu­ści­ła pierw­szy utwór, bab­cia z nie­do­wie­rza­niem wsłu­cha­ła się w prze­strzen­ny dźwi­ęk do­cho­dzący z sze­ściu gło­śni­ków.

- Zu­pe­łnie jak w moim ste­reo­fo­nicz­nym Rad­mo­rze - oce­ni­ła po chwi­li. Jej spoj­rze­nie chło­nęło je­sien­ne wi­do­ki po obu stro­nach szo­sy. - Jak ty ostro­żnie je­dziesz - po­wta­rza­ła co ja­kiś czas, co El­wi­ra in­ter­pre­to­wa­ła jako wska­zów­kę, by nie je­chać szyb­ciej, choć mimo mżaw­ki dro­ga i wa­run­ki na to po­zwa­la­ły. - A oni się cza­sem nie zgu­bi­li? - do­py­ty­wa­ła też, wów­czas El­wi­ra zer­ka­ła w lu­ster­ko wstecz­ne.

- Wi­dzę ich, bab­ciu. Pil­nu­ją się - od­po­wia­da­ła nie­zmien­nie, a bab­cia ki­wa­ła gło­wą.

Przez Ko­ście­rzy­nę prze­je­cha­li wol­niej, bo bab­cia chcia­ła zo­ba­czyć, jak wie­le się w mie­ście zmie­ni­ło. Była zdu­mio­na jego roz­bu­do­wą i sze­ro­ki­mi dwu­pa­smo­wy­mi uli­ca­mi.

- Co­raz ład­niej lu­dzie tu so­bie miesz­ka­ją, tyl­ko strasz­ny na dro­gach ruch. Zresz­tą jak wszędzie.

Ostat­ni od­ci­nek tra­sy po­ko­na­ły bły­ska­wicz­nie. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zje­cha­ły w Pa­ro­wej na po­lną dro­gę pro­wa­dzącą w kie­run­ku lasu. El­wi­ra je­cha­ła wol­niej niż zwy­kle. Bab­cia z za­in­te­re­so­wa­niem wpa­try­wa­ła się w łąki i za­ora­ne pola od­po­czy­wa­jące przed no­wym se­zo­nem. Wkrót­ce wje­cha­ły w las. Drze­wa li­ścia­ste już częścio­wo w zło­tych ko­lo­rach ra­do­wa­ły oko.

- Uro­czo tu­taj. Ale mia­łaś da­le­ko, żeby iść pie­szo od szo­sy. Do­brze, że nasz Ku­buś jest taki ko­cha­ny i po­ży­czył ci to au­tko - rze­kła bab­cia, a El­wi­ra kiw­nęła gło­wą.

Kie­dy na ho­ry­zon­cie wy­ro­sła le­śni­czów­ka, z gło­śni­ków po­pły­nął nie­ocze­ki­wa­nie marsz trium­fal­ny z Aidy. Bab­cia uśmiech­nęła się sze­ro­ko.

- Jak ty tym po­ste­ro­wa­łaś, że on za­brzmiał aku­rat w tym mo­men­cie? - zwró­ci­ła się do El­wi­ry.

- Ma się te zdol­no­ści.

- O, Krzy­siek! I pew­nie ten dru­gi le­śni­czy - po­wie­dzia­ła bab­cia na wi­dok dwóch mężczyzn zmie­rza­jących w kie­run­ku bra­my. - Tu­taj jest na­praw­dę uro­czo. Zdjęcia nie są w sta­nie od­dać pi­ęk­na, któ­re wi­dzę na żywo.

Po chwi­li obok fre­elan­de­ra za­par­ko­wa­ły sa­mo­cho­dy Ju­sty­ny i An­drze­ja.

- Dzień do­bry, wi­ta­my ser­decz­nie w Świer­kach! - ode­zwał się do­no­śnym gło­sem Krzysz­tof.

Po­wsta­ło krót­kie za­mie­sza­nie i na­stąpi­ły przy­wi­ta­nia.

- Za­pra­sza­my na kawę i her­ba­tę, żona cze­ka. - Le­śni­czy Bar­tosz Sie­wier­ski wska­zał dło­nią bu­dy­nek le­śni­czów­ki.

- A może dla roz­pro­sto­wa­nia nóg naj­pierw zro­bi­my krót­ki spa­cer? - za­pro­po­no­wa­ła bab­cia i nie cze­ka­jąc na re­ak­cję, po­ci­ągnęła wnucz­kę za rękę.

Go­ście ru­szy­li za nimi. Krzysz­tof opo­wie­dział, skąd wzi­ęła się na­zwa le­śni­czów­ki, oraz hi­sto­rię po­now­ne­go prze­pro­wa­dze­nia stru­mie­nia przez staw.

- Te­raz dzi­ęki po­my­sło­wi El­wi­ry będzie­my mie­li w no­wym se­zo­nie wci­ąż świe­żą rybę - po­chwa­lił ją.

- Już coś wpu­ści­li­ście do sta­wu? - Dziew­czy­na pe­łnym nie­do­wie­rza­nia spoj­rze­niem omio­tła obu le­śni­czych.

- Ma się pew­ne zna­jo­mo­ści w zwi­ąz­ku węd­kar­skim, więc się uda­ło - rzu­cił Bar­tosz. - Od kil­ku­na­stu dni uczy się tu­taj pły­wać tro­chę pło­ci, oko­ni i kar­pi, żeby ro­dzin­ni węd­ka­rze mie­li już wio­sną za­ba­wę, a ty­tu­łem eks­pe­ry­men­tu wpu­ści­li­śmy ta­kże tro­chę pstrągów.

- Trze­ba było ga­lo­pem do­dać kra­tom na wlo­cie i wy­lo­cie stru­mie­nia siat­ki o mniej­szych oczkach, żeby nam się to całe to­wa­rzy­stwo nie roz­pły­nęło po świe­cie - uzu­pe­łnił z hu­mo­rem Krzysz­tof.

- Bar­dzo po­my­sło­we roz­wi­ąza­nie! - oce­nił wu­jek An­drzej, wpa­tru­jąc się w jed­ną z krat. - Może kie­dyś uda się u was po­sie­dzieć z węd­ką? - Spoj­rzał z na­dzie­ją na le­śni­czych.

- My też by­śmy mo­gli tu­taj po­węd­ko­wać? - spy­tał je­den z jego sy­nów.

- Oczy­wi­ście! - od­pa­rł Sie­wier­ski. - Chęt­nie się wami za­opie­ku­je i rzecz ja­sna do­ra­dzi mój Zby­szek. Za­raz go po­zna­cie!

- Zo­sta­li­śmy tym­cza­sem po­in­stru­owa­ni, Wir­ku, że mu­si­my naj­pierw zdo­być po­zwo­le­nie wod­no­praw­ne. Wnio­sek już zo­stał zło­żo­ny.

- Su­per! A wiesz, wuj­ku, Krzy­sio chciał mi tu­taj zro­bić jesz­cze pla­żę - przy­po­mnia­ła so­bie El­wi­ra - ale od­pu­ści­łam, bo zło­ty pia­sek by tu nie pa­so­wał. - Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Dla cie­bie, Wir­ku, wszyst­ko. Pa­su­je, czy nie pa­su­je! Na­wet te­raz - za­de­kla­ro­wał Krzysz­tof. El­wi­ra cmok­nęła go w po­dzi­ęce za miłe sło­wa.

- Być może trze­ba będzie zbu­do­wać na wlo­cie do sta­wu mni­cha[1], ta­kie spe­cjal­ne ustroj­stwo za­miast sa­mej kra­ty, ale o tym zde­cy­du­je­my do­pie­ro wio­sną. Zo­ba­czy­my, czy war­to za­gęsz­czać staw ry­ba­mi, bo nie wia­do­mo, jak so­bie da­dzą radę zimą - wy­ja­śnił Bar­tosz. - To rady ko­le­gi ze zwi­ąz­ku węd­kar­skie­go. Mó­wił też o spe­cjal­nych ro­śli­nach w sta­wie i wo­kół, ale o tym po­my­śli­my pó­źniej.

- Pro­po­nu­ję jed­nak po­wrót do le­śni­czów­ki, bo za go­dzi­nę mu­si­my być w za­je­ździe - ogło­sił Krzysz­tof.

Wkrót­ce go­ście wi­ta­li się z pa­nią Sie­wier­ską, Klau­dią i Zbysz­kiem.

- Te­raz wca­le się nie dzi­wię, że w ta­kich prze­pi­ęk­nych oko­licz­no­ściach przy­ro­dy Zby­sław mógł stra­cić czuj­no­ść - oce­ni­ła bab­cia, spo­gląda­jąc w kie­run­ku okna.

- Są na­wet tacy, któ­rzy uwa­ża­ją, że tu­taj tyl­ko żyć, a nie umie­rać! - rzu­ci­ła nie­ocze­ki­wa­nie Klau­dia z po­ciesz­ną miną, spo­gląda­jąc za­czep­nie na El­wi­rę.

- Bo to praw­da. Nie wy­pie­ram się tych słów - zgo­dzi­ła się z nią star­sza przy­ja­ció­łka, ustro­iw­szy twarz pi­ęk­nym uśmie­chem.

Bab­cia Łu­cja wpa­try­wa­ła się z uwiel­bie­niem w sie­dzącą obok sie­bie parę: wnucz­kę i Krzysz­to­fa. Klau­dia raz jesz­cze za­cy­to­wa­ła El­wi­rę, że Krzy­sio jest do­bry jak sied­miu kra­sno­lud­ków, wy­wo­łu­jąc po­wszech­ną we­so­ło­ść przy sto­le, a dal­sza roz­mo­wa zo­sta­ła jed­nak zdo­mi­no­wa­na przez wy­mia­nę po­glądów na te­mat ży­cia w le­sie i go­to­wa­nia, w czym prym wio­dły pa­nie.

W pew­nym mo­men­cie bab­cia Łu­cja po­kręci­ła gło­wą, jak­by coś jej się nie zga­dza­ło.

- Wi­dzę jed­ną cór­kę, a sły­szę o niej raz Ania, raz Klau­dia. Czy mo­że­cie mi wy­ja­śnić, dla­cze­go tak się dzie­je? - Jej spoj­rze­nie prze­bie­gło po Sie­wier­skich, któ­rzy ta­jem­ni­czo się uśmiech­nęli.

El­wi­rze na­to­miast sta­nęła przed ocza­mi sce­na pierw­szej kąpie­li w sta­wie z Klau­dią-Anią, kie­dy ta wy­ja­śni­ła jej pro­blem. Z cie­ka­wo­ścią spoj­rza­ła te­raz na Sie­wier­ską, jak ona to przed­sta­wi.

- Kie­dy Ania się uro­dzi­ła, Bar­tosz po­dał w urzędzie sta­nu cy­wil­ne­go ko­lej­no­ść imion: Klau­dia Anna - pod­jęła żona le­śni­cze­go. - Wcze­śniej uma­wia­li­śmy się ina­czej, ale po­nie­waż nie je­stem kłó­tli­wa i nie ka­za­łam mu spra­wy urzędo­wo od­kręcać, sama mó­wię do cór­ci Ania, Anka, a on...

- Klau­dia - do­ko­ńczył za żonę roz­ba­wio­ny Bar­tosz. - Chcia­łem wte­dy po­sta­wić na swo­im i do­pie­ro po­tem oka­za­ło się, że to był je­den je­dy­ny raz w na­szym ży­ciu.

- Zresz­tą co­raz częściej ła­pię się na tym, że też za­czy­nam mó­wić do cór­ki Klau­dia, sko­ro i mąż, i Zby­szek, i ona sama już też przy­wy­kła... - do­da­ła Bar­to­szo­wa, ma­cha­jąc ręką. - A poza tym i tę spra­wę za­cznij­my po no­we­mu w no­wym miej­scu.

- No tak, te­raz wszyst­ko jest ja­sne! - skwi­to­wa­ła bab­cia.

- A mnie mó­wi­li­ście, że tata się po pro­stu po­my­lił! - Po­gro­zi­ła ro­dzi­com żar­to­bli­wie cór­ka.

Czas szyb­ko pły­nął i Krzysz­tof zno­wu mu­siał o tym przy­po­mnieć. Wkrót­ce prze­mie­ści­li się do za­jaz­du w po­bli­żu Dzie­mian, no­szące­go nie­wy­szu­ka­ną na­zwę Bory. W prze­stron­nym holu cze­ka­li już człon­ko­wie ro­dzi­ny Gra­żew­skich. Po­zna­wa­nie się obu ro­dzin prze­bie­ga­ło w mi­łym roz­gar­dia­szu. El­wi­ra na­to­miast roz­gląda­ła się nie­spo­koj­nie wo­kół, jak­by ko­goś szu­ka­ła. Na­gle uśmiech­nęła się sze­ro­ko i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szy­ła w kie­run­ku we­jścia, doj­rza­ła w nim bo­wiem swo­je­go ojca chrzest­ne­go, pana Ja­ku­ba z żoną.

- Mój ko­cha­ny wuj­cio - wy­szep­ta­ła mu do ucha, a po­tem przy­wi­ta­ła się nie mniej ser­decz­nie z jego żoną Ma­rią.

- Jak zwy­kle coś nam wy­pa­dło - pró­bo­wał się tłu­ma­czyć pan Ja­kub.

- Nie nam, Ku­buś, a to­bie - po­pra­wi­ła go żona, na co nie po­zo­sta­ło mu nic in­ne­go, jak przy­znać jej ra­cję.

Kie­dy wszy­scy za­jęli miej­sca w sali re­stau­ra­cyj­nej przy sto­le usta­wio­nym w pod­ko­wę, a kel­ner­ki po­da­ły kawę i her­ba­tę, Krzysz­tof pod­sze­dł do dwóch złączo­nych z przo­du sali sto­li­ków, na któ­rych po­roz­kła­dał w kil­ku sto­si­kach eg­zem­pla­rze Mi­ło­ści z "Ba­to­re­go" oraz podłączył kom­pu­ter do rzut­ni­ka. Zer­k­nął raz jesz­cze na wszyst­ko, po czym od­wró­cił się, spoj­rzał na salę i chrząk­nął.

- Jesz­cze ni­g­dy nie pro­wa­dzi­łem kon­fe­ran­sjer­ki... w le­sie trud­no o ta­kie oka­zje... - Roz­ło­żył za­baw­nie dło­nie. Go­ście skwi­to­wa­li jego sło­wa śmie­chem. - Jako że ktoś jed­nak musi za­po­wie­dzieć zna­ko­mi­tą au­tor­kę po­czyt­nych dzieł w przy­szło­ści, choć za­pew­ne nie­da­le­kiej - do­dał po chwi­li, co z ko­lei wy­wo­ła­ło bu­rzę okla­sków i ra­do­snych okrzy­ków - więc pa­dło na mnie. Przed nami... pani El­wi­ra Fi­lip­ska!

Wska­zał ją dło­nią i zno­wu na­stąpi­ły okla­ski, po któ­rych au­tor­ka uro­czo dy­gnęła.

- Kie­dyś za­pew­ne spo­tka­my się na jej be­ne­fi­sie i będzie­my z nie­kła­ma­ną dumą wspo­mi­nać, że mie­li­śmy za­szczyt uczest­ni­czyć ta­kże w jej pre­mie­ro­wym spo­tka­niu au­tor­skim - po­sta­no­wił do­dać. Po­now­nie roz­le­gły się okla­ski. - Po­nie­waż jed­nak praw­dzi­wym spi­ri­tus mo­vens roz­wi­kła­nia hi­sto­rii na­szych przod­ków, Apo­lo­nii i Zby­sła­wa, a w efek­cie na­pi­sa­nia tego dzie­ła - spoj­rzał na roz­ło­żo­ne ksi­ążki - była pani Łu­cja Sta­chow­ska, zna­na jako bab­cia Łu­cja, bar­dzo pro­szę, aby za­szczy­ci­ła nas i za­sia­dła ra­zem z au­tor­ką na ho­no­ro­wym miej­scu.

Ge­stem za­pro­sił obie pa­nie do sto­li­ka z ksi­ążka­mi, po czym na­ci­snął je­den z kla­wi­szy na kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra. Na bia­łej ścia­nie za jego ple­ca­mi wy­świe­tlił się ob­raz okład­ki ksi­ążki. Za­ini­cjo­wał okla­ski, pod­czas któ­rych bab­cia, nie­co się kry­gu­jąc, po­de­szła ra­zem z El­wi­rą do sto­li­ka z ksi­ążka­mi.

- Już od­da­ję pa­niom głos - ode­zwał się Krzysz­tof - ale po­my­śla­łem, że by­ło­by cu­dow­nie, gdy­by na po­cząt­ku na­sze­go spo­tka­nia wła­śnie bab­cia Łu­cja w kil­ku sło­wach opo­wie­dzia­ła nam, jak i skąd wzi­ęła się w ży­ciu na­sze­go za­cne­go pra­dziad­ka Zby­sła­wa jej mama Apo­lo­nia Wen­ta. Spójrz­cie, jaka to była pi­ęk­na ko­bie­ta...

Zno­wu jego pa­lec do­tknął kla­wia­tu­ry, a na ścia­nie po­ja­wi­ła się po­do­bi­zna Apo­lo­nii z dmu­chaw­cem.

Dzie­ci Ju­sty­ny i An­drze­ja wraz z Klau­dią za­częły roz­no­sić go­ściom fo­to­gra­fie oboj­ga bo­ha­te­rów ksi­ążki. El­wi­ra przy­po­mnia­ła so­bie o nich do­pie­ro w chwi­li, gdy wy­pa­ko­wy­wa­li z Krzysz­to­fem ksi­ążki z sa­mo­cho­du. Znad sto­li­ków po­nió­sł się szmer po­dzi­wu dla ich po­do­bizn, a po chwi­li wszyst­kie spoj­rze­nia zno­wu prze­nio­sły się na bab­cię Łu­cję. Ta zaś naj­pierw się pod­nio­sła, ale po chwi­li de­li­kat­nie mach­nęła dło­nią i na po­wrót usia­dła.

- Chy­ba mi wy­ba­czy­cie, ale tak będzie mi zręcz­niej. - Ob­da­ro­wa­ła go­ści uśmie­chem. - Moja mama była pi­ęk­ną ko­bie­tą... - ode­zwa­ła się po chwi­li i na mo­ment za­wie­si­ła głos - ...choć wa­żniej­sze jest to, że od dziec­ka była wiel­ką pa­triot­ką, a do tego fan­ką, je­śli tak mo­żna po dzi­siej­sze­mu po­wie­dzieć, pro­fe­so­ra ar­che­olo­gii Jó­ze­fa Ko­strzew­skie­go. Był to nasz bo­daj naj­wy­bit­niej­szy teo­re­tyk idei au­to­chto­ni­zmu, wiel­ki prze­ciw­nik nie­miec­kie­go ra­si­sty Gu­sta­fa Kos­sin­ny, choć rów­nież z ty­tu­łem pro­fe­so­ra. Tam­ten sprusz­czo­ny Ma­zur był na­wet w pew­nym okre­sie na­uczy­cie­lem aka­de­mic­kim mło­de­go Jó­ze­fa, a do tego zwo­len­ni­kiem i pro­pa­ga­to­rem teo­rii al­loch­to­ni­zmu, czy­li zda­niem Kos­sin­ny my, Sło­wia­nie, ze­szli­śmy z drzew do­pie­ro w siód­mym wie­ku na­szej ery gdzieś na ba­gni­stych te­re­nach w po­bli­żu Pry­pe­ci - pe­ro­ro­wa­ła za­dzi­wia­jąco do­no­śnym gło­sem Łu­cja. - Pro­fe­sor Ko­strzew­ski za­dał temu kłam swo­imi zna­ko­mi­ty­mi pra­ca­mi na­uko­wy­mi, a wspó­łcze­sne ba­da­nia ha­plo­grup po­twier­dza­ją jego tezy w ca­łej roz­ci­ągło­ści. Sło­wia­nie są u sie­bie od kil­ku ty­si­ęcy lat... - za­wie­si­ła głos i spoj­rza­ła na El­wi­rę, któ­ra przed mo­men­tem stuk­nęła ci­chut­ko pa­znok­ciem o stół. - Wiem, ko­cha­nie, już zmie­rzam do brze­gu - rzu­ci­ła więc uspo­ka­ja­jąco, co słu­cha­cze przy­jęli uśmie­cha­mi i okla­ska­mi. - Moja mama, fa­scy­nat­ka pro­fe­so­ra Ko­strzew­skie­go i jego teo­rii, ab­sol­went­ka sla­wi­sty­ki Uni­wer­sy­te­tu w Po­zna­niu, za­raz po stu­diach ru­szy­ła do Gdy­ni bu­do­wać od­ro­dzo­ną Pol­skę. Nie zna­la­zła tam nie­ste­ty pra­cy zgod­nej ze swo­im wy­kszta­łce­niem, więc chwi­lo­wo za­jęła się czy­mś in­nym. Jej zda­niem bar­dziej uży­tecz­nym. Kie­ro­wa­ła częścią ho­te­lo­wą Domu Zdro­jo­we­go w Gdy­ni i ro­bi­ła to naj­le­piej, jak po­tra­fi­ła. Wy­szła za mąż za po­cho­dzące­go z Ka­szub mło­de­go pro­jek­tan­ta por­tu gdy­ńskie­go Emi­lia­na Wen­tę, a kie­dy po ja­ki­mś cza­sie otrzy­ma­ła nie­ocze­ki­wa­ną pro­po­zy­cję do­łącze­nia do za­ło­gi "Ba­to­re­go", po krót­kim na­my­śle przy­jęła tę ofer­tę z na­dzie­ją na nie­co szyb­szą po­pra­wę sta­tu­su ma­te­rial­ne­go ro­dzi­ny, tak jak to i dzi­siaj się dzie­je. Mia­ła na trans­atlan­ty­ku kie­ro­wać - i kie­ro­wa­ła bar­dzo dłu­go, bo aż do ko­ńca pi­ęćdzie­si­ąte­go dru­gie­go roku - jego częścią ho­te­lo­wą. O tym wszyst­kim będzie opo­wia­dać au­tor­ka - spoj­rza­ła z dumą na wnucz­kę - a ja może tyl­ko cza­sem coś do­po­wiem. Prze­pra­szam, jesz­cze ostat­nia myśl, któ­rą chcia­ła­bym się po­dzie­lić. Z li­stów i pa­mi­ęt­ni­ka mamy do­wie­dzia­łam się, że Zby­sław był wy­jąt­ko­wym dżen­tel­me­nem. Kie­dy pierw­sze­go wrze­śnia trzy­dzie­ste­go dzie­wi­ąte­go roku usły­sza­ła pod­czas śnia­da­nia hio­bo­wą wia­do­mo­ść o na­pa­ści hi­tle­row­skich Nie­miec na Pol­skę, z prze­jęcia ze­mdla­ła, ude­rza­jąc gło­wą o rant sto­łu. Ska­le­czy­ła się, ale ry­cerz Zby­sław przy­pad­kiem zna­la­zł się obok. I tak to się za­częło.

Tym ra­zem po­dzi­ęko­wa­ły jej ci­che szme­ry gło­sów. Po chwi­li El­wi­ra zmie­ni­ła ob­ra­zek wy­świe­tla­ny na ścia­nie. Po­ja­wił się je­den z bo­ha­te­rów jej wie­czo­ru au­tor­skie­go, trans­atlan­tyk m/s "Ba­to­ry" w pe­łnej gali ban­de­ro­wej.

- Był pi­ęk­ny - rzu­ci­ła, spoj­rzaw­szy na nie­go przez mo­ment. - Do­sta­łam od bab­ci Łu­cji dwa li­sty Zby­sła­wa Gra­żew­skie­go do pra­bab­ci Apo­lo­nii Wen­ty z za­da­niem, że­bym spró­bo­wa­ła roz­wi­kłać tę ro­man­tycz­ną, choć dziw­ną hi­sto­rię - za­ga­iła po chwi­li prze­rwy. - By­łam wów­czas w bar­dzo trud­nym mo­men­cie swo­je­go ży­cia...

Na chwi­lę po­smut­nia­ła i za­wie­si­ła głos, ale do­strze­głszy, że eme­ry­to­wa­ny le­śni­czy Szcze­pan, stryj Krzysz­to­fa, zde­cy­do­wa­nie po­trząsnął gło­wą, bla­do się uśmiech­nęła i wró­ci­ła do te­ma­tu.

- Kil­ka razy prze­czy­ta­łam oba otrzy­ma­ne li­sty - pod­nio­sła je - i zu­pe­łnie nie mia­łam po­jęcia, co ro­bić da­lej. Wresz­cie jed­nak wpa­dła mi do gło­wy myśl, że po coś wy­my­ślo­no in­ter­net. Mio­ta­łam się w sie­ci, szu­ka­łam to tu, to tam, wresz­cie uda­ło mi się zna­le­źć por­tal, gdzie po­tom­ko­wie pa­sa­że­rów pły­wa­jących nie­gdyś na trans­atlan­ty­ku "Ba­to­ry" i jego na­stęp­cy "Ste­fa­nie Ba­to­rym" wy­mie­nia­li się in­for­ma­cja­mi i zdjęcia­mi. Wczy­ta­łam się w pa­sjo­nu­jące dys­ku­sje, sta­ra­jąc się nie prze­oczyć żad­ne­go z ko­men­ta­rzy. Jesz­cze tego sa­me­go dnia wie­czo­rem na­tknęłam się na za­pis Krzy­sia - uśmiech­nęła się sze­ro­ko w jego stro­nę. - Oczy­wi­ście wów­czas był dla mnie nie­zna­jo­mym le­śni­czym z Bo­rów Tu­chol­skich Krzysz­to­fem Gra­żew­skim. Ale krok po kro­ku ta ofi­cjal­na zna­jo­mo­ść prze­ro­dzi­ła się... - Te­raz nar­ra­cja El­wi­ry szyb­ko na­bra­ła ko­lo­rów i tem­pa.

Fak­tycz­ną opo­wie­ść o bo­ha­te­rach swo­jej ksi­ążki roz­po­częła, wy­świe­tla­jąc ska­ny li­stów Zby­sła­wa do Apo­lo­nii, któ­re otrzy­ma­ła od bab­ci, po­tem po­ka­za­ła list od Apo­lo­nii do Zby­sła­wa, o któ­rym wspo­mi­nał Krzysz­tof w ko­men­ta­rzu na por­ta­lu. Prze­szła na­stęp­nie do pierw­szych swo­ich od­wie­dzin w Świer­kach i uj­rze­nia ku­frów z pa­mi­ąt­ka­mi po Zby­sła­wie. Po­ka­za­ła pierw­sze fo­to­gra­fie z ich otwar­cia, se­gre­go­wa­nia ma­te­ria­łów. Do­ta­rła do fot­ki z wszyst­ki­mi li­sta­mi, któ­re po­słu­ży­ły jej do od­two­rze­nia lo­sów oboj­ga. Pre­zen­to­wa­ła wy­bra­ne li­sty, kart­ki pocz­to­we, ska­ny z ka­len­da­rzy Zby­sła­wa. Pły­nęła wart­ka opo­wie­ść. Zmie­nia­ła zdjęcia zwi­ąza­ne z rej­sa­mi "Ba­to­re­go", po­ka­zy­wa­ła ska­ny z wła­snej ksi­ążki albo z ksi­ążki Je­rze­go Per­t­ka, a ta­kże fo­to­gra­fie, na któ­rych po­ja­wia­li się Apo­lo­nia lub Zby­sław. Wy­świe­tli­ła też jed­no z nie­wie­lu zdjęć ze stat­ku, na któ­rym zna­le­źli się obo­je.

- Dłu­go nie mo­głam zro­zu­mieć, jak to było mo­żli­we, że w ku­frach i za­so­bach bab­ci zna­la­zło się tyl­ko jed­no wspól­ne zdjęcie. Prze­cież choć trans­atlan­tyk miał znacz­ne roz­mia­ry, to jed­nak ich dro­gi mu­sia­ły się na nim krzy­żo­wać i ja­kieś przy­pad­ko­we fot­ki po­win­ny się zna­le­źć. Od­po­wie­dź po­ja­wi­ła się w ich li­stach i pa­mi­ęt­ni­kach. Oka­za­ło się, że ro­bi­li to ce­lo­wo. Na stat­ku zo­sta­wi­li miej­sce tyl­ko dla kon­tak­tów słu­żbo­wych. Ofi­cjal­nych. Je­ste­ście pa­ństwo w sta­nie so­bie to wy­obra­zić?! - spy­ta­ła i ro­zej­rza­ła się wo­kół.

Nikt się nie ode­zwał, ale nie­któ­rzy z go­ści kręci­li gło­wa­mi.

- Ja też nie po­tra­fi­łam, a jed­nak oni tak funk­cjo­no­wa­li. Tyle lat! Czy­ta­jąc ksi­ążkę Per­t­ka - zno­wu wy­świe­tli­ła jej okład­kę - za­częłam ro­zu­mieć, w czym rzecz. Na stat­ku mu­sia­ła bo­wiem pa­no­wać ab­so­lut­na dys­cy­pli­na i nie mo­gły po­ja­wić się naj­mniej­sze przy­pad­ki na­ru­sze­nia za­sad oby­cza­jo­wo­ści. Ci, któ­rzy nie zdo­ła­li się temu pod­po­rząd­ko­wać i oka­za­li w tym względzie sła­bo­ść, byli zwal­nia­ni kar­nie z za­ło­gi.

Dla udo­ku­men­to­wa­nia swo­ich słów wy­świe­tli­ła skan opi­su z ksi­ążki Per­t­ka do­ty­czący rej­su do Au­stra­lii i No­wej Ze­lan­dii oraz uzu­pe­łni­ła go od­po­wied­nim ko­men­ta­rzem z ka­len­da­rza Zby­sła­wa.

- To wszyst­ko znaj­dzie­cie pa­ństwo w mo­jej ksi­ążce, cho­ciaż je­śli ktoś zdo­ła do­trzeć rów­nież do ksi­ążki Per­t­ka, do któ­rej po­szu­ki­wań gdzie się da bar­dzo za­chęcam, to będzie po­dwój­nie wy­gra­nym. Ja tyl­ko za­cy­to­wa­łam krót­kie jej frag­men­ty, żeby skon­fron­to­wać z za­pi­sa­mi Zby­sła­wa z ka­len­da­rzy czy sło­wa­mi oboj­ga z ich pa­mi­ęt­ni­ków, a w tam­tej ksi­ążce znaj­du­je się szcze­gó­ło­wa hi­sto­ria rej­sów "Ba­to­re­go" z cza­sów woj­ny. Ksi­ążka Kró­lew­ski sta­tek "Ba­to­ry" ma pra­wie trzy­sta stron za­pi­sa­nych w dwóch ko­lum­ną małą czcion­ką, a moją opo­wie­ść o na­szych wspól­nych bli­skich zmie­ści­łam na oko­ło dwu­stu. I to wi­ęk­szą czcion­ką, żeby nie trze­ba było szu­kać lupy - uśmiech­nęła się sze­ro­ko. - Dla chęt­nych przy­go­to­wa­łam ta­kże zbiór pe­łnej iko­no­gra­fii, ze­bra­nej prze­ze mnie w trak­cie roz­wi­kły­wa­nia lo­sów Apo­lo­nii i Zby­sła­wa.

Te­raz wy­świe­tli­ła zdjęcie swo­jej pra­bab­ki w uni­for­mie w sty­lu mun­du­ru woj­sko­we­go, sprzed pierw­sze­go rej­su z Ha­li­fak­su do Eu­ro­py, a obok zdjęcie Zby­sła­wa z le­gi­ty­ma­cji ofi­cer­skiej.

Kie­dy prze­szła do cza­sów, gdy Apo­lo­nia prze­sta­ła pły­wać, Zby­sław wró­cił do kra­ju, a obo­je byli już nęka­ni przez UB, w sali zro­bi­ło się jesz­cze ci­szej. Wkrót­ce do­ta­rła do fi­na­łu opo­wie­ści. Wy­świe­tli­ła wy­ci­nek z ga­ze­ty opi­su­jący he­ka­tom­bę w do­mach Han­kie­wi­cza na war­szaw­skiej Woli, a ta­kże list Le­cho­sła­wa do bra­ta o tym fak­cie. Przy­wo­ła­ła wy­bra­ne sło­wa Zby­sła­wa na­pi­sa­ne do po­tom­nych, nie­któ­re za­pi­sy z pa­mi­ęt­ni­ka Apo­lo­nii, fak­ty o jej śmier­ci i śmier­ci jej męża, a na za­ko­ńcze­nie o wy­ko­na­niu wy­ro­ku śmier­ci na Zby­sła­wie. W sali nie było pra­wie ni­ko­go, kto by nie miał wil­got­nych oczu.

- To wszyst­ko jest hi­sto­rią, któ­ra za­mkni­ęta w ku­frach zo­sta­ła pra­wie za­po­mnia­na, lecz zda­rzył się cud. Oni - wska­za­ła na zdjęcia Apo­lo­nii i Zby­sła­wa, po­wtór­nie wy­świe­tlo­ne na bia­łej ścia­nie - nie mie­li szczęścia, żeby się spo­tkać po woj­nie w kra­ju. Ko­cha­li się i tak ode­szli. Ale los chciał, by dzie­je ich mi­ło­ści mo­gły dziś do­trzeć do nas, wy­wo­łu­jąc za­du­mę i wzru­sze­nie. Dla nas po­now­nie są żywi.

Przez chwi­lę w sali sły­chać było tyl­ko prze­ły­ka­nie śli­ny, wy­cie­ra­nie no­sów i wes­tchnie­nia.

- Chęt­nie od­po­wiem na py­ta­nia, je­śli ta­kie będą - oświad­czy­ła El­wi­ra, ko­ńcząc wy­stąpie­nie.

Scho­ro­wa­ny eme­ry­to­wa­ny le­śni­czy Szcze­pan Gra­żew­ski, po­przed­ni go­spo­darz Świer­ków, nie ka­zał na sie­bie dłu­go cze­kać. Pod­nió­sł dłoń, a po chwi­li wstał.

- El­wi­ro, je­steś cu­dow­ną dziew­czy­ną: pi­ęk­ną, mądrą, do­cie­kli­wą, pra­co­wi­tą... i mó­głbym jesz­cze dłu­go tak wy­li­czać. O cóż mie­li­by­śmy cie­bie, dziec­ko, py­tać? Do­pro­wa­dzi­łaś do tego, że wresz­cie Zby­sław wraz Apo­lo­nią tra­fią na po­cze­sne miej­sca w na­szych do­mach, bi­blio­te­kach, ser­cach. Po­wie­dzia­łem ci nie­daw­no na dro­dze do le­śne­go krzy­ża, że naj­gor­szym z grze­chów jest grzech za­nie­cha­nia. Bio­rę go wy­łącz­nie na sie­bie, bo nie chcę, nie mogę nim ob­ci­ążać ni­ko­go. Po­mo­gła ci bar­dzo pani Łu­cja. Wszyst­ko wiem, czu­ję, pro­szę nie pró­bo­wać za­prze­czać! - za­re­ago­wał gwa­łtow­nie na pod­jętą przez bab­cię pró­bę za­kwe­stio­no­wa­nia jego słów, ale w mgnie­niu oka ła­god­nie się do niej uśmiech­nął. - Prze­pra­szam, ale cza­sa­mi bra­ku­je mi już re­flek­sji, de­li­kat­no­ści, choć się sta­ram. Wci­ąż się tego uczę. Dwie ro­dzi­ny - jego ra­mię za­to­czy­ło okrąg - nie­zna­jące się wcze­śniej, w ci­ągu nie­ca­łych trzech mie­si­ęcy po­łączy­ła spra­wa mi­ło­ści Zby­sła­wa i Apo­lo­nii. Tak, wiem, oni for­mal­nie zgrze­szy­li, bo mie­li prze­cież swo­je ro­dzi­ny, swo­je dru­gie po­ło­wy, ale zwa­żmy na to, co po­tem prze­szli. A była to strasz­li­wa dro­ga krzy­żo­wa, grze­chy swo­je od­po­ku­to­wa­li, za­cho­waj­my więc ich do­brze w pa­mi­ęci... Amen. - Prze­że­gnał się i usia­dł na krze­śle.

W sali zno­wu za­pa­dła ci­sza. Prze­rwa­ły ją kro­ki bab­ci Łu­cji, któ­ra po­de­szła do nie­go, szep­nęła mu do ucha kil­ka słów, on pod­nió­sł na nią wil­got­ne oczy i uśmiech­nął się bla­do, po czym uca­ło­wał jej dłoń.

- Jest pani ko­cha­na - po­wie­dział ci­cho.

El­wi­ra chrząk­nęła. Oczy obec­nych po­now­nie zwró­ci­ły się w jej stro­nę.

- Tro­chę my­śla­łam o de­dy­ka­cji, któ­rą po­win­nam wpi­sy­wać jako au­tor­ka do ksi­ążek. - Rzu­ci­ła na nie wzro­kiem. - Dzi­ęki panu Szcze­pa­no­wi już wiem, pod­po­wie­dział mi. Po­zwól­cie, ko­cha­ni, że wszyst­kim wpi­szę jed­no­brz­mi­ącą de­dy­ka­cję: Mi­ło­ść nie jest grze­chem. Czy tak może być?

W od­po­wie­dzi roz­le­gły się ci­che okla­ski.

Przed­sta­wi­cie­le obu ro­dzin wręczy­li jej wi­ązan­ki kwia­tów. Czu­ła się oszo­ło­mio­na, przy­tu­li­ła je. Ostro­żnie stąpa­jąc, pierw­szy do­ta­rł do niej po de­dy­ka­cję Szcze­pan Gra­żew­ski. Usia­dł ci­ężko obok El­wi­ry i się uśmiech­nął.

- Po­pro­szę w ta­kim ra­zie, au­tor­ko, o tę cu­dow­ną de­dy­ka­cję - po­wie­dział. - Mam jesz­cze jed­no wiel­kie ma­rze­nie - wy­szep­tał po chwi­li, ale za­raz po­kręcił gło­wą, jak­by so­bie za­prze­czał.

- Może mi pan po­wie­dzieć, śmia­ło - od­pa­rła mu rów­nie ci­cho.

- Jed­nak nie po­wiem - po­sta­no­wił. - Może gdy­by nie to... - Jego dłoń do­tknęła ma­ry­nar­ki.

- Niech pan tak nie mówi. Zresz­tą ży­cie też nie jest grze­chem, więc pro­szę da­lej ma­rzyć - uśmiech­nęła się.

- Mądre sło­wa. Je­steś wy­jąt­ko­wo by­stra i pew­nie do­my­śli­łaś się mo­je­go ukry­te­go ma­rze­nia, ale i tak nie wy­po­wiem go na głos. Za­uwa­ży­łem, że umiesz już pew­ne rze­czy ro­bić le­piej niż ja. To do­brze wró­ży. Szko­da tyl­ko...

- Pro­szę tak nie mó­wić ani tak nie my­śleć. Trze­ba za­wsze mieć na­dzie­ję.

- Mó­wisz?!

- W lu­tym nie da­wa­łam so­bie żad­nej szan­sy. Żad­nej! - pod­kre­śli­ła. - Tak było! Nie po­wie­dzia­łam tego panu wów­czas, bo spa­cer trwał zbyt krót­ko. A co do ku­frów i Zby­sła­wa... w pew­nym mo­men­cie już chcia­łam za­ko­ńczyć po­szu­ki­wa­nia, by­łam pew­na, że tam ni­cze­go wi­ęcej nie ma, ale przy­szła roz­mo­wa z pa­nem. Po­tem zaś na­stąpi­ła dłu­ga noc... A gdy­bym się nie upa­rła?

- Wła­śnie, ty je­steś upar­ta, w sen­sie po­zy­tyw­nym. Ale ko­ńczę już, bo inni so­bie po­my­ślą, że tak szep­czę, bo cię pod­ry­wam - mru­gnął, wpa­trzył się, jak wpi­su­je de­dy­ka­cję, pod­nió­sł się, po­ca­ło­wał jej dłoń. - A pod­pis bab­ci Łu­cji? - Spoj­rzał w kie­run­ku sto­łu usta­wio­ne­go w pod­ko­wę.

- Bab­ciu! - za­wo­ła­ła El­wi­ra.

Łu­cja pod­nio­sła rękę, jak­by tyl­ko na to cze­ka­ła, i ubez­pie­cza­na przez Krzysz­to­fa wol­nym kro­kiem do­ta­rła po chwi­li do sto­li­ka.

- Pod­pi­su­je­my ra­zem. Pan Szcze­pan cze­ka.

Bab­cia usia­dła, prze­czy­ta­ła de­dy­ka­cję na­pi­sa­ną przez wnucz­kę, uśmiech­nęła się i też zło­ży­ła swój pod­pis. Le­śni­czy po­ca­ło­wał jej dłoń, po czym uśmiech­ni­ęty od­sze­dł po­wo­li z Krzysz­to­fem.

Do sto­łu za­częli pod­cho­dzić ko­lej­ni człon­ko­wie obu ro­dzin. Z ka­żdą chwi­lą pod­pi­sy­wa­nia ksi­ążek El­wi­ra uspo­ka­ja­ła się co­raz bar­dziej. Po twa­rzach uczest­ni­ków spo­tka­nia też wi­dać było, że wra­ca im lep­szy na­strój. Eg­zem­pla­rze zni­ka­ły je­den po dru­gim, a w tym cza­sie kel­ner­ki na­kry­wa­ły sto­ły do po­si­łku.

Obiad mi­nął już w zde­cy­do­wa­nie po­god­niej­szym na­stro­ju. To­czy­ły się co­raz bar­dziej oży­wio­ne roz­mo­wy, na twa­rzach po­ja­wi­ły się uśmie­chy. W trak­cie to­a­stu lamp­ką wina za zdro­wie au­tor­ki, któ­ry wy­gło­sił z em­fa­zą wu­jek An­drzej, roz­le­gły się na­wet gło­śne śmie­chy. Po obie­dzie kel­ner­ki spraw­nie uprząt­nęły stół. Lecz oto nie­spo­dzie­wa­nie pod­nió­sł się Krzysz­tof, za­ma­szy­stym ge­stem od­su­nął swo­je krze­sło, po czym padł na ko­la­na przed El­wi­rą. Ta z wra­że­nia aż przy­ci­snęła dło­nie do pier­si.

- El­wi­ro, mój ko­cha­ny Wir­ku. - W ci­szy, któ­ra mo­men­tal­nie za­pa­dła, roz­le­gły się jego sło­wa. - Moje ser­ce osza­la­ło za tobą i nie wy­obra­żam so­bie dal­sze­go ży­cia bez cie­bie. Czy ze­chcesz zo­stać moją żoną?

Oczy dziew­czy­ny zro­bi­ły się ogrom­ne. Znie­ru­cho­mia­ła. Na mo­ment przy­mknęła po­wie­ki, po czym zno­wu otwo­rzy­ła je sze­ro­ko. Prze­bie­gła oszo­ło­mio­nym spoj­rze­niem po twa­rzy bab­ci, po­tem sie­dzących w jej po­bli­żu le­śni­cze­go Szcze­pa­na i pana Ja­ku­ba, a w ko­ńcu po ob­li­czach po­zo­sta­łych go­ści. Wresz­cie jej wzrok za­trzy­mał się na mło­dym le­śni­czym i twarz wy­pe­łni­ła się bez­gra­nicz­nym szczęściem. Na wy­ci­ągni­ętej dło­ni Krzysz­to­fa po­ja­wił się pie­rścio­nek z bia­łym oczkiem. Wpa­try­wa­ła się w błysz­czące cac­ko, nie do­wie­rza­jąc temu, co wi­dzi. Po chwi­li jej drżące pal­ce przy­kry­ły dłoń klęczące­go przed nią mężczy­zny.

- Krzy­siu ko­cha­ny, oczy­wi­ście. Ni­cze­go in­ne­go nie pra­gnę. Tyl­ko nie po­my­śla­łam, że to może się zda­rzyć dzi­siaj...

Krzysz­tof nie po­zwo­lił jej do­ko­ńczyć. Gwa­łtow­nie po­rwał się z ko­lan i ob­da­rzył ją go­rącym po­ca­łun­kiem. W sali roz­le­gły się fre­ne­tycz­ne okla­ski. Nie wia­do­mo kie­dy pie­rścio­nek zna­la­zł się na ser­decz­nym pal­cu El­wi­ry. Roz­pro­mie­nio­na pod­nio­sła dłoń, żeby wszy­scy mo­gli go obej­rzeć. Krzysz­tof zer­k­nął w kie­run­ku drzwi we­jścio­wych. Po chwi­li po­ja­wi­ły się obok nie­go dwie kel­ner­ki z bu­kie­ta­mi kwia­tów. Je­den wręczył El­wi­rze, a dru­gi zdez­o­rien­to­wa­nej bab­ci Łu­cji.

Te­raz po­mi­ędzy sto­ły wje­chał wó­zek z tor­tem i pa­lący­mi się na nim fa­jer­wer­ka­mi. Po bo­kach sto­łów strze­li­ły kor­ki szam­pa­na, a wy­pe­łnio­ne nim lamp­ki szyb­ko tra­fi­ły w dło­nie bie­siad­ni­ków. Le­śni­czy Szcze­pan Gra­żew­ski za­in­to­no­wał drżącym gło­sem Sto lat. Pie­śń pod­chwy­ci­li ra­do­śnie i gło­śno po­zo­sta­li go­ście. El­wi­ra i Krzysz­tof zno­wu za­to­nęli w go­rącym po­ca­łun­ku. Za­po­mnie­li o bo­żym świe­cie. Przy­wo­łał ich szkla­ny dźwi­ęk kie­lisz­ka, w któ­ry bab­cia stu­ka­ła ły­żecz­ką. Usie­dli, bab­cia zaś wsta­ła, tu­ląc do sie­bie otrzy­ma­ny od Krzysz­to­fa bu­kiet.

- Ko­cha­ne dzie­ci: El­wi­ro i Krzysz­to­fie. To wasz pierw­szy tak pi­ęk­ny dzień, ale ta­kże mój pierw­szy od bar­dzo, bar­dzo daw­na. Tra­fi­li­ście na sie­bie przy­pad­kiem, ale to będzie nie­przy­pad­ko­wy zwi­ązek. Baj­ko­wa Kró­lew­na Śnie­żka z Gdy­ni i le­śni­czy z Bo­rów Tu­chol­skich, o któ­rym le­gen­dy gło­szą, że jest do­bry jak sied­miu kra­sno­lud­ków...

- Łaał, łał, łał! - wy­da­rła się Klau­dia, kręcąc dzi­ko ręką nad sto­łem.

- Czu­łam, że mnie wspo­mo­żesz. - Roz­ba­wio­na bab­cia Łu­cja za­re­ago­wa­ła na spon­ta­nicz­ną re­ak­cję dziew­czy­ny. - Ży­czę wam, ko­cha­ne dzie­ci, cu­dow­nych lat we wza­jem­nym zro­zu­mie­niu i mi­ło­ści. Niech sło­ńce An­ty­li świe­ci dla was wszędzie, gdzie­kol­wiek się znaj­dzie­cie. Ko­cham was i wzno­szę to­ast, ży­cząc wam przy­sło­wio­wych stu lat!

Mury za­jaz­du raz jesz­cze wy­pe­łnił ra­do­sny chór śpie­wa­jący Sto lat. Gdy gło­sy umil­kły, wszyst­kie kie­lisz­ki unio­sły się, roz­le­gł się ich brzęk, po czym to­ast zo­stał spe­łnio­ny.

Bab­cia przy­tu­li­ła El­wi­rę, szep­cząc jej do ucha za­klęcia z oso­bi­sty­mi ży­cze­nia­mi. Ta tyl­ko uśmie­cha­ła się sze­ro­ko. Po­tem po­dob­nie uczy­ni­li ro­dzi­ce Krzysz­to­fa, le­śni­czy Szcze­pan i po­zo­sta­li człon­ko­wie obu ro­dzin. Kie­dy za­mie­sza­nie nie­co opa­dło, a go­ście usie­dli, El­wi­ra w to­wa­rzy­stwie Krzysz­to­fa po­kro­iła tort, któ­ry tra­fiał na ta­le­rzy­ki go­ści. Gdy wresz­cie do­tar­li na swo­je miej­sca, raz jesz­cze roz­le­gł się szkla­ny dźwi­ęk wy­gry­wa­ny ły­żecz­ką na kie­lisz­ku. Tym ra­zem mu­zy­kiem oka­zał się le­śni­czy Szcze­pan, któ­ry mo­ment wcze­śniej wy­mie­nił kil­ka słów z oj­cem Krzysz­to­fa.

- Dzia­łam z upo­wa­żnie­nia mo­je­go bra­ta Lu­dwi­ka, choć nie ukry­wam, że usil­nie go pro­si­łem, aby od­dał mi dzi­siaj swój głos. - Po­chy­lił w kie­run­ku bra­ta gło­wę w po­dzi­ęko­wa­niu. - On wy­gło­si, bo tak być musi, to­ast na ślu­bie... zna­czy we­se­lu - po­pra­wił się. - Nie­daw­no... - zmarsz­czył czo­ło, jak­by się za­sta­na­wiał, kie­dy to było - ...przed dzi­siej­szym obia­dem - za­ak­cen­to­wał ostat­nie sło­wo, wy­wo­łu­jąc uśmie­chy na twa­rzach ro­dzin - roz­ma­wia­łem przez chwi­lę z El­wi­rą. Przy­po­mnia­ła mi, że są ta­kie sło­wa jak na­dzie­ja i ma­rze­nie. Z pew­ne­go względu od ja­kie­goś cza­su nie przy­cho­dzi­ły mi one do gło­wy, ale od chwi­li wpi­sa­nia przez nią cu­dow­nej de­dy­ka­cji do mo­je­go eg­zem­pla­rza ksi­ążki bar­dzo in­ten­syw­nie o tym my­ślę. - Zno­wu zmarsz­czył czo­ło, żeby po­ka­zać, jak bar­dzo się sta­ra. Wie­lu go­ści po­now­nie się uśmiech­nęło. - Czy ty o tym, co się wy­da­rzy­ło przed chwi­lą, na­praw­dę nic nie wie­dzia­łaś?! - Spoj­rzał El­wi­rze pro­sto w oczy, ta zde­cy­do­wa­nie za­prze­czy­ła. - Wie­rzę jej, bo ona jest ta­kże wy­jąt­ko­wo praw­do­mów­na! - Pod­nió­sł wy­so­ko pa­lec. - Pani El­wi­ro, ko­cha­na El­wi­ro, otóż od chwi­li zło­że­nia przez pa­nią pod­pi­su za­cząłem ma­rzyć, mieć na­dzie­ję. I pro­szę spoj­rzeć, spe­łni­ło mi się! Za­cznę więc te­raz ma­rzyć jak ni­g­dy do­tąd. - Zaj­rzał w oczy żo­nie, któ­ra się do nie­go uśmiech­nęła. - War­to! Sko­ro więc mnie się spe­łni­ło, to wie­rzę, że wam, cze­go­kol­wiek so­bie za­ma­rzy­cie, też się wszyst­ko spe­łni. Ży­czę wam wie­lu lat wśród cu­dow­nej przy­ro­dy i cu­dow­nych, do­brych lu­dzi. To są naj­wa­żniej­sze rze­czy w na­szej piel­grzym­ce na Zie­mi. Sto lat, El­wi­ro i Krzysz­to­fie!

Po­now­nie pod­nie­sio­ne kie­lisz­ki z szam­pa­nem stuk­nęły o sie­bie, a pie­śń Sto lat raz jesz­cze raz wstrząsnęła mu­ra­mi za­jaz­du.

*

El­wi­ra od­stąpi­ła bab­ci Łu­cji swój po­kój na jej pierw­szą noc w le­śni­czów­ce. Bab­cia po­cząt­ko­wo nie­co kręci­ła no­sem na jego spar­ta­ński wy­strój, ale kie­dy wnucz­ka wy­ja­śni­ła jej, że prze­cież tu­taj tyl­ko by­wa­ła, a do­pie­ro te­raz może się to zmie­nić, przy­zna­ła jej ra­cję.

- W my­ślach wi­dzę już was ma­łże­ństwem - wy­ja­śni­ła.

- Mo­żna się szyb­ko za­ręczyć, ale sam ślub... we­se­le...

- Nie ro­zu­miem cię, dzie­cin­ko. To po co przy­jęłaś oświad­czy­ny?

- Tak mi się tyl­ko po­wie­dzia­ło.

- To tyle cu­dow­nych słów dzi­siaj o to­bie pa­dło, a ty na­gle... - Zgor­szo­na bab­cia nie do­po­wie­dzia­ła, tyl­ko po­kręci­ła gło­wą.

- Zro­zum, mia­łam wie­le emo­cji... może nie­pre­cy­zyj­nie się wy­ra­zi­łam.

- Tak już le­piej. A je­śli już, to kie­dy ślub? - na­ci­ska­ła bab­cia.

- My­śla­łam, że jed­nak dzi­siaj od­pu­ścisz. No do­brze, mu­szę się sku­pić, za­sta­no­wić, tyle my­śli wci­ąż bie­ga mi po gło­wie. Spa­dło to na mnie jak grom z ja­sne­go nie­ba.

- Ni­cze­go się nie do­my­śla­łaś?!

- No skąd, nic a nic. Zresz­tą przez pra­wie trzy ty­go­dnie nie wi­dzie­li­śmy się z Krzy­siem, sie­dzia­łam w Gdy­ni, a w po­przed­ni week­end tyl­ko tu wpa­dłam i wy­pa­dłam.

- No już do­brze, Wir­ciu. A ty gdzie będziesz spa­ła?

- W jed­nym z po­koi na pi­ęter­ku. Może w tym za ścia­ną?

Za­nim za­sia­dły z ro­dzi­ną Sie­wier­skich do dłu­giej ko­la­cji, wy­bra­ły się na spa­cer. Wró­ci­ły, kie­dy już pra­wie ciem­nia­ło. Co chwi­la za­trzy­my­wa­ły się, przy­tu­la­ły do sie­bie, opo­wia­da­ły so­bie, jak było, i ma­rzy­ły o tym, jak będzie. Było też tro­chę łez, choć bab­cia sta­ra­ła się tak kie­ro­wać roz­mo­wą, by były to głów­nie łzy szczęścia. Żad­nych trud­niej­szych te­ma­tów. Przy ko­la­cji Sie­wier­ska zer­ka­ła od cza­su do cza­su na mło­dych i pra­wie nie­zau­wa­żal­nie kręci­ła gło­wą. W pew­nej chwi­li mach­nęła dło­nią, co nie uszło uwa­gi jej męża.

- Mach­nęłaś na mnie? - za­py­tał żar­to­bli­wie.

- A to jest bar­dzo in­try­gu­jące, że tak to ode­bra­łeś! - Sie­wier­ska wpa­trzy­ła się ba­daw­czo w męża. - Masz coś na su­mie­niu? Nie męcz się - do­po­wie­dzia­ła szyb­ko i po­kręci­ła zde­cy­do­wa­nie gło­wą. - Je­śli już je­steś taki cie­ka­wy, to od ja­kie­goś cza­su mam ocho­tę wy­ko­ny­wać do cie­bie tyl­ko gest przy­wo­łu­jący - uśmiech­nęła się do nie­go.

- Łał! - wy­rwa­ło się Klau­dii.

Sie­wier­ski wpa­trzył się w żonę po­wi­ęk­szo­ny­mi ze zdzi­wie­nia ocza­mi.

- Tata jest tu­taj taki jak kie­dyś - wy­ja­śni­ła cór­ce Sie­wier­ska. - Ma na wszyst­ko czas, ocho­tę, wi­dzę, że le­piej się czu­je, wy­da­je mi się na­wet, że le­piej śpi.

- Masz ra­cję, Kry­siu. To wszyst­ko praw­da - przy­znał le­śni­czy.

- A po dzi­siej­szych prze­ży­ciach w za­je­ździe nie wy­pa­da nie mó­wić praw­dy. - Jego żona spoj­rza­ła wo­kół po twa­rzach.

Wszyst­kie wy­ra­ża­ły zgo­dę.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki