Zamyślenia
Gdynia, 2 października 2015 roku
Elwira zatrzymała freelandera na parkingu przy Nabrzeżu Pomorskim, vis-a-vis budynku mieszczącego Akwarium Gdyńskie. Zgasiła silnik i uchyliła szybę. Wraz z krzykiem mew do wnętrza samochodu wpadło rześkie morskie powietrze. Jej spojrzenie powoli przesunęło się po cumujących opodal żaglowcach: "Darze Młodzieży" i "Dragonie", aż dotarło do falochronów. Wpatrzyła się w trzy prawie dwudziestopięciometrowe stalowe maszty o wydętych, też stalowych żaglach. Zakończone były krótkimi rejkami, jak wyjaśniał kiedyś tata, choć mama wciąż powtarzała, że są to małe krzyże. W pobliżu stalowego pomnika przycupnął kamienny monument Josepha Conrada. Postanowiła wysiąść z auta i przespacerować się wokół skweru z pomnikami. Naciągnęła kaptur na głowę, bo mocno wiało. Od dziecka lubiła ten końcowy fragment alei Jana Pawła II, chociaż w ich domu zawsze mówiło się na wszystko, co zaczynało się przy ulicy Świętojańskiej i ciągnęło aż do obu pomników, skwer Kościuszki.
Wokół pomników jako mała dziewczynka wygrzewała się na ławeczkach, zbierała na trawniku stokrotki, jeździła wzdłuż gładkich płyt na wrotkach, rowerze czy deskorolce. Tak się działo aż do Święta Morza, po którym całą rodziną opuszczali miasto, przenosząc się do końca sierpnia do letniska nad Mausz. Jako licealistka a potem studentka wybierała to właśnie miejsce, żeby w ciszy przejrzeć przed klasówkami czy kolokwiami notatki albo książki. Jej oczy zwilgotniały trochę od wspomnień, a trochę od wiatru. Westchnęła. To było, ale już nie wróci.
"Mamo, tato, Aniu! Jak mi was brakuje!"
Przystanęła i przymknęła na chwilę powieki. Odwróciła się tyłem do wiatru i osuszyła oczy chusteczką.
"Czy macie pojęcie, kochani, ile się u mnie zmieniło od lutego?! O Arturze już wam wcześniej mówiłam, a niedawno przyjęłam oświadczyny Krzysia. Że strasznie szybko?! A na co mam czekać? On jest dobry... jak siedmiu krasnoludków!", uśmiechnęła się. "Szkoda, że nie mieliście szczęścia go poznać. Jest leśniczym w Borach Tucholskich i mieszka w leśniczówce Świerki. Też już wam o tym mówiłam, ale teraz tak bardziej oficjalnie. Świerki są niedaleko Dziemian. Do Zielonego Dworu nad Mauszem mam stamtąd tylko pół godziny jazdy moim freelanderem. Aha! Przecież tego jeszcze nie wiecie. Odkupiłam go od pana Jakuba, którego kiedyś sami wybraliście na mojego ojca chrzestnego. Kochany jest ten nasz Kubuś, jak nazywa go babcia Łucja. Pomógł mi w sprawach mieszkaniowych, ze sprzedażą letniska włącznie. To znaczy z letniskiem myślałam, że tak się stało, ale kiedy w sierpniu wskutek jego podstępu pojechałyśmy tam na kilka dni z babcią, w rezultacie przestałam myśleć o sprzedaży, a teraz nawet przebudowuję domek. Według waszych, tatku i mamusiu, planów, które jedynie zmodyfikowałam. W sumie więc dobrze się stało, że letnisko zostaje przy mnie. Postanowiłam, że będzie pięterko, a na dole duży salon, jak chciał tata, i zgrabniej urządzona kuchnia, jak marzyło się mamie. Tarasik, tak jak chciała Anulka, też będzie...".
Kolejny raz westchnęła. Kto wie, może tam się przeniesie na stałe? Pokiwała głową, jakby z nimi rozmawiała. Podeszła do falochronu i oparła się o niego łokciami. Wpatrzyła się w nieco zamglony bulwar nadmorski, jej wzrok przesunął się wolno na Kamienną Górę z krzyżem, gdzie niedaleko mieszka babcia, a potem spojrzenie przeniosło się na marinę. Tylko kilka jachtów zostało na wodzie, reszta już wyslipowana. Idzie zima.
"Chyba już wystarczy spaceru", pomyślała, wstrząsając się od napływającego znad zatoki chłodnego i wilgotnego wiatru.
Raz jeszcze jej wzrok zatrzymał się na wyniosłym krzyżu na szczycie Kamiennej Góry.
- Już jadę, babciu! - powiedziała cicho.
Po pięciu minutach freelander, minąwszy budynek Dowództwa Marynarki Wojennej, Teatr Muzyczny, Muzeum Miasta Gdyni i Riwierę, piął się serpentyną w kierunku szczytu wzgórza. Na rondzie z pomnikiem Henryka Sienkiewicza pośrodku skręciła w ulicę Mickiewicza. Zaparkowała na swoim stałym od niedawna miejscu. Wyciągnęła z kartonu leżącego na tylnym siedzeniu dwa egzemplarze odebranego z drukarni pół godziny temu swojego "dzieła" o Apolonii i Zbysławie. Wspólnie z babcią po długiej naradzie nadały mu tytuł Miłość z "Batorego". Mocny zapach farby drukarskiej mile podrażnił jej nozdrza.
"Nowa książka i do tego mojego autorstwa!", uśmiechnęła się.
Musnęła wzrokiem okładkę, po czym mocno przytuliła książki. Ruszyła wolnym krokiem w kierunku willi, w której babcia miała swoje mieszkanie. Minęła dom, gdzie kiedyś mieszkał Karol Olgierd Borchardt, prześlizgnęła się wzrokiem po nadbudówce na szczycie, w której pisał i przyjmował gości, a którą, jak dowiedziała się od babci, nazwał Siódmym Niebem.
Zerknęła raz jeszcze na okładki książek. Długo wahała się, co powinno się na nich znaleźć, ale kiedy zadała pytanie w tej sprawie babci Łucji, ta zamiast słów skierowała spojrzenie na wiszącą nad kredensem podobiznę Apolonii z dmuchawcem.
- Że też sama na to nie wpadłam! - krzyknęła wówczas.
Babcia ją przytuliła.
Po ustaleniach z grafikiem, który projektował okładkę, w tle prababci z dmuchawcem znalazł się transatlantyk "Batory" przemierzający Zatokę Gdańską.
Po chwili dzwoniła już do drzwi mieszkania babci. Otworzyła jej prawie natychmiast.
- Nie mogłam się doczekać - rzekła niecierpliwie i wyciągnęła dłoń po książki.
Tym razem nie czekała, aż Elwira się rozbierze, tylko od razu podreptała do stołowego. Kiedy wnuczka weszła do pokoju, babcia gładziła okładkę.
- Piękna jest. Miałaś rację, żeby nie dodawać podobizny Zbysława. Wprawdzie przystojny niczym Red Butler, ale...
- ...to nie jest Przeminęło z wiatrem - dokończyła za nią z lekkim uśmiechem wnuczka, choć szybko spoważniała.
- Dokładnie. Chwilę pooglądam - oznajmiła babcia i znów skierowała wzrok na wolumin.
Elwira zajęła się swoim egzemplarzem. Podobał jej się lekko kremowy papier, nieco inna czcionka przy podpisach pod ikonografią, sposób łamania tekstu, który dopiero teraz można było właściwie ocenić. Po chwili zamknęła książkę i odłożyła ją na stolik.
- Już? - spytała babcia.
- Na razie rezygnuję z dalszego przeglądania. Zresztą tekst znam na pamięć, łącznie z twoim wprowadzeniem. Okupiłam to miesiącem orki, z kilkoma nieprzespanymi nocami włącznie.
- Kiedy dałaś mi do powtórnej redakcji całość po składzie, byłam trochę przerażona, że wyszło aż dwieście stron, ale dobrze, że nie skracałaś niektórych swoich łączników, jak je nazwałaś, a do czego sama początkowo cię namawiałam.
- Myślę, że gdyby odwrócić proporcje, to znaczy gdyby zbeletryzować ich dzieje, a tylko gdzieniegdzie wstawić jakieś fotki, listy czy dokumenty, mogłaby powstać całkiem zgrabna powieść, tylko że mój styl pozostawia wiele do życzenia.
- A moim zdaniem jest niezły. Masz spory zasób słów, ciekawie budujesz narrację, zgrabnie potrafisz dokonać przejścia z jednego nastroju w inny, czasami tylko popełniasz błędy dotyczące szyku w zdaniu, jakbyś myślała po angielsku.
- Polonistka też mi to zarzucała.
- Fachowa redakcja w jakimś wydawnictwie, którą musiałby przejść twój tekst, sporo by cię nauczyła. Szybko byś porzuciła maniery dotyczące choćby tych błędów.
- Tak mówisz, babciu, jakbym się do czegoś takiego zbierała, a ja tylko zareagowałam na twoje krótkie pytanie.
- Czyli jednak pomyślałaś o pisaniu.
- Może przez chwilę, ale stwierdziłam, że albo dziennikarstwo, albo literatura.
- Mówiąc językiem sportowym, to są bardzo podobne do siebie konkurencje. Gdybyś pracowała w jakiejś redakcji na stałe, byłby z tym problem, ale na razie nie słyszałam o takim pomyśle.
- A jakie gazety mamy w Trójmieście, co?! - Elwira spojrzała na babcię.
- Teraz jest z tym słabo, ale całkiem niedawno przeglądałam gdyńską książkę telefoniczną z trzydziestego ósmego roku i wówczas w mieście było siedemnaście redakcji. Znaczy tyle naliczyłam różnych adresów.
- A szukałaś czegoś konkretnego?
- Pamiętasz willę Sorrento na rogu Matejki? Andrzej zrobił mi ostatnio zdjęcia całej okolicy Paderewskiego, z Matejki włącznie, i ona wpadła mi w oczy. Przeszukiwałam przedwojenną książkę adresową, ale nie znalazłam jej ani w spisie gdyńskich pensjonatów, ani w spisie domów - odpowiedziała, widząc pytający wzrok Elwiry. - Sądzę, że jest teraz chyba nawet piękniejsza niż wtedy.
- A wracając, babciu, do redakcji gazet?
- To nie wszystko były oddzielne gazety, ale oprócz wielu redakcji prawdziwie gdyńskich czasopism, w tym związanych z morzem, były też redakcje pism centralnych czy gazet z innych miast Polski. Kiedyś z tym wszystkim było o niebo lepiej, choć dzisiaj wiele spraw ułatwia internet. Na pewno - dodała z przekonaniem. - Czuję więc, że chyba pozostaniesz freelancerką dziennikarstwa...
- ...który jeździ freelanderem! - dokończyła Elwira i pisnęła z uciechy.
- Dobre. - Babcia pokazała jej kciuk. - A chodzą ci już po głowie jakieś pomysły oprócz tych stron internetowych?
- Na razie muszę ciut odpocząć, dospać. Musimy, babciu, zorganizować spotkanie autorskie, bo Krzysiek wciąż dopytuje się, na kiedy ma zamawiać salę, poza tym on do mnie tęskni, ja tęsknię, no wiesz.
- Wszystko widzę, ale...
- A do tego muszę jeszcze odwiedzić letnisko. Stach się nie odzywa, może potrzebuje zaliczki na materiały?
- Gdyby potrzebował, dawno by zadzwonił. Nawet by się nie certolił, która jest godzina.
- Niby masz rację. To na kiedy mam zamawiać salę?
- Dla mnie każdy dzień jest dobry. Nie odkładaj tego, nie czekaj na lepszą pogodę... Choć może sprawdź, czy czasem nie zapowiadają opadów śniegu.
- W październiku?!
- A bo rzadko tak było?!
- O czymś zapomniałam, babciu! - Elwira zerwała się i popędziła do przedpokoju. Po chwili wróciła z plecakiem.
- Masz dla mnie kolejny laptop? - zapytała babcia.
Wnuczka tylko uśmiechnęła się na ten żart i bez słowa położyła na stoliku między nimi pamiętnik prababci Apolonii.
- Może już znowu wrócić na swoje miejsce - rzekła, wskazując bufet, gdzie w jednej z szuflad czekała pusta skrytka.
- Powiem twoimi słowami: znam go na pamięć - odparła babcia i te słowa zaskoczyły wnuczkę. - Poza tym myślę, Wirciu, że lepiej będzie, jak zaczniesz niektóre dokumenty związane z historią naszej rodziny, a nawet książki czy albumy przewozić do siebie. Rozmawiałam już o tym z Justyną i Andrzejem. Oni nie roszczą sobie do nich żadnych pretensji, a u ciebie, bez względu na to, co dzisiaj o tym myślisz, będą bezpieczne i nieraz mogą ci się przydać.
- Ale oni przecież mają dzieci, które nie widziały jeszcze wszystkich albumów, nie mówiąc o metrykach czy innych dokumentach! - zaperzyła się Elwira.
Babcia z niezmąconym spokojem pokręciła głową.
- Sama już nie wiem - wyszeptała w odpowiedzi na ten gest wnuczka.
- Ustaliłam z nimi, że dzięki temu będziesz mogła gościć ich u siebie, opowiadać o naszych przodkach. Nikt tak dobrze nie zna faktów z ich życia jak ty.
- Ale ja wybierałam z różnych miejsc tylko niektóre dokumenty czy zdjęcia dotyczące Apolonii, a potem one wracały w te same miejsca.
- No właśnie! Dzięki temu wiesz, gdzie co w tej chwili leży i w ogóle co się tam znajduje! Ja o wielu rzeczach przecież zapomniałam. Pamiętasz, ile razy się dziwiłam, kiedy mi coś pokazywałaś?!
- Pamiętam... Ale one wszystkie wymagają posegregowania, opisania. Mam nawet pomysł, jak to zrobić.
- Pokazywałaś mi bazę danych, którą zrobiłaś dla materiałów z kufrów Zbysława. Myślisz o czymś takim?
- W sensie ogólnym tak, ale chciałabym włożyć dokumenty w koszulki foliowe i umieścić w eleganckich teczkach.
Elwira wychyliła się i spojrzała na najniższą półkę biblioteczki, gdzie spoczywało kilka gustownych bordowych segregatorów, które jej mama i tata sprezentowali babci trzy lata temu.
- One powinny stać w salonie - powiedziała - żebym nie musiała nieustannie prowadzić poszukiwań. Najpierw wszystko trzeba zeskanować, skopiować na przenośnie dyski i takie tam.
- Więc sama widzisz, że tylko ty będziesz potrafiła się tym odpowiednio zająć. A oni chętnie przyjadą do siostrzenicy czy ich dzieci kiedyś do cioci, ty zasiądziesz w fotelu, przesuniesz okulary na nos i będziesz prawić, i prawić. - To mówiąc, babcia podniosła wyprostowany palec i się uśmiechnęła.
- Będę taka jak ty?
- Znacznie lepsza! Potrafisz wszystko lepiej niż ja ogarnąć. Masz też lepsze narzędzia.
- Hola, hola. A kto w try miga zredagował opracowanie Agnieszki i jeszcze uzupełnił dwa najistotniejsze rozdziały?
- Olgierd jest zachwycony i cieszy się z mojej pracy, bo twórczo zgadza się z moimi wszystkimi opiniami, a nawet trochę żałuje, że to nie on je spisał, chociaż myślał od dawna podobnie. "Czy wiesz, że gdybym ja to zrobił, to oni od dawna by po mnie jeździli jak po łysej kobyle?!" - wyrecytowała grubym głosem, naśladując Olgierda, i zachichotała. Elwira dołączyła do jej śmiechu. - Powiedział też, że jako recenzent będzie mógł łatwiej mnie bronić, a przekonał już do moich racji kilku kolegów profesorów. Aha! Ponoć w listopadzie mają drukować książkę.
- Oj, to super! A wracając do twojej szybkości i siły, to kto w niecałe trzy dni zrobił redakcję Miłości na "Batorym"?
Elwira położyła dłoń na swoim egzemplarzu książki i spojrzała na babcię.
- Nie chwaląc się, jam to uczyniła. - Babcia zatrzepotała powiekami. - Chyba wykorzystałam na to jakiś ostatni posiadany zapas sił, bo od tego czasu niechętnie patrzę na druk.
- Widzisz?! Też musisz trochę odpocząć. Dzwonię w takim razie do Krzysia i umawiam salę.
- Najpierw sprawdź pogodę.
- Patrz, zapomniałam.
Elwira przeniosła na ławę pomiędzy nimi biały laptop i uruchomiła stronę Ventusky. Szybko zapoznała się z prognozą pogody na dziesięć najbliższych dni. Uśmiechnęła się zadowolona.
- Śniegu nie widzę, za to pojawi się kilka dni z deszczem. Temperatura ma być taka sobie, ale będzie sporo słońca.
- To teraz dzwoń, dziecko.
Elwira wyjęła z plecaka telefon i wyszukała Krzysztofa na liście kontaktów.
- Wirku, kochanie! - rozległ się radosny okrzyk w słuchawce. - Nareszcie! Tęsknię, usycham, szaleję z miłości!
- Zamknęłam, Krzysiu, sprawę książki, nie przestając cię kochać. - Ostatnie słowa Elwira wypowiedziała nieco ciszej, zerkając na babcię, która słodko się uśmiechnęła.
- Ej, dziewczyno, wstydzisz się swojej miłości?! Ja teraz mówię przy Bartoszu, jesteśmy w szopie, ale jak chcesz, to pójdę do kuchni i będę tak samo mówił nawet przy pani Krysi!
- Wierzę ci, kochany. Posłuchaj, Krzyśku, jest ważna sprawa.
- A moja miłość to nie jest ważna sprawa?!
- Jasne, najważniejsza.
Babcia Łucja, słysząc ostatnie słowa, złożyła dłonie i uniosła oczy ze szczęścia.
- Krzysiu, powiedz mi, na kiedy najszybciej możesz załatwić salę w zajeździe?
- A choćby na jutro!
- Na jutro to nie, ale powiedzmy na przyszły piątek?
- A dlaczego chcesz czekać tak długo? Przecież mówiłem ci, że tęsknię.
- Książkowe spotkanie z rodzinami to jedna sprawa, a ja przecież mogę przyjechać jeszcze na ten weekend.
- Poważnie?! To ja tak chcę! Czyli podsumowując, zamawiam salę na przyszły piątek, a na którą godzinę?
- To jest właśnie problem, bo nie wiem, czy moi, a także czy twoi krewni będą w stanie załatwić sobie dzień wolny. Pamiętaj, że mówimy o piątku!
- No tak, zagalopowałem się. A gdyby ciężko było z piątkiem, to może sobota?
- Myślę, że też może być. Ja jeszcze dzisiaj omówię termin z ciocią i wujkiem, chociaż oni od dawna palą się do wyjazdu do Świerków. Bo książka książką, ale chcą poznać także ciebie - zachichotała Elwira.
- Mam się bać?
- Jak uważasz, ale ty nie jesteś z tych, którzy się boją!
- Przy tobie przestałem się bać czegokolwiek. - Teraz zachichotał Krzysztof. - Czyli naprawdę jutro przyjedziesz?
- Tak, ale po drodze odwiedzę letnisko, bo chcę zobaczyć, co słychać u Stacha Janika. Tam zabawię góra godzinę, więc około południa będę w Świerkach.
- Super! Tylko tym razem nic nie kupuj, bo pani Krysia powiedziała, że napiecze na twój przyjazd dobroci. Lubi kupować u Natalii i Baśki i często wypija u nich kawę. Obgadują cię! - Znowu zarżał.
- Coś takiego!
- Poznałaś ją... poczekaj moment, bo Bartosz chce mi coś powiedzieć albo sam ci powie. - Elwira usłyszała w telefonie trzaski i śmiechy.
- Elwira? Krzysiek zakombinował nie w tę stronę. Zaraz go wyprostuję, że tak nie wolno żartować. Krysia bardzo cię ceni. Prawie codziennie opowiada coś o tobie na dobranoc, wspomina cię. Tak że jak słyszysz, my też za tobą tęsknimy. Pozdrawiam cię od siebie i również od Krysi. Przyjeżdżaj szybko!
W słuchawce znowu zachrobotało od przekładania telefonu z rąk do rąk.
- Zaraz mi się oberwie. - Usłyszała po chwili rozbawiony głos Krzysztofa udającego przestrach. - Chyba już skończymy, bo tu się szykuje pranie - zaśmiał się. - Czyli będziesz jutro około południa, tak?
- Dokładnie, Krzysiu. Pa.
- Pa, Wirku!
Elwira skończyła rozmowę i z rozpędu wrzuciła telefon do plecaka. Zerknęła na babcię, która siedziała rozanielona z dłońmi przyłożonymi do policzków.
- Jak on cię kocha, Wircia, moje serduszko - wyszeptała. - A jacy kochani są ci państwo leśniczostwo Siewierscy. Słów mi brakuje. Tak się cieszę, że dobrze cię tam widzą...
Położyła dłoń na dłoni wnuczki, wpatrując się z czułością w jej twarz.
Miłość z "Batorego"
Leśniczówka Świerki, Bory Tucholskie, 10 października 2015 roku
Trzy samochody ruszyły z Gdyni do Świerków małą kolumną, na której czele jechał zielony freelander Elwiry z babcią Łucją. Na tylnym siedzeniu spoczywały kartony wypełnione książkami Miłość z "Batorego". Aleja Piłsudskiego przywitała ich niespodziewanie mżawką, która utrzymywała się do Kartuz, później się rozpogodziło. Z odtwarzacza płynęły hity muzyki poważnej, które Elwira przegrała z komputera babci na pendrive'a. Kiedy puściła pierwszy utwór, babcia z niedowierzaniem wsłuchała się w przestrzenny dźwięk dochodzący z sześciu głośników.
- Zupełnie jak w moim stereofonicznym Radmorze - oceniła po chwili. Jej spojrzenie chłonęło jesienne widoki po obu stronach szosy. - Jak ty ostrożnie jedziesz - powtarzała co jakiś czas, co Elwira interpretowała jako wskazówkę, by nie jechać szybciej, choć mimo mżawki droga i warunki na to pozwalały. - A oni się czasem nie zgubili? - dopytywała też, wówczas Elwira zerkała w lusterko wsteczne.
- Widzę ich, babciu. Pilnują się - odpowiadała niezmiennie, a babcia kiwała głową.
Przez Kościerzynę przejechali wolniej, bo babcia chciała zobaczyć, jak wiele się w mieście zmieniło. Była zdumiona jego rozbudową i szerokimi dwupasmowymi ulicami.
- Coraz ładniej ludzie tu sobie mieszkają, tylko straszny na drogach ruch. Zresztą jak wszędzie.
Ostatni odcinek trasy pokonały błyskawicznie. Po kilkunastu minutach zjechały w Parowej na polną drogę prowadzącą w kierunku lasu. Elwira jechała wolniej niż zwykle. Babcia z zainteresowaniem wpatrywała się w łąki i zaorane pola odpoczywające przed nowym sezonem. Wkrótce wjechały w las. Drzewa liściaste już częściowo w złotych kolorach radowały oko.
- Uroczo tutaj. Ale miałaś daleko, żeby iść pieszo od szosy. Dobrze, że nasz Kubuś jest taki kochany i pożyczył ci to autko - rzekła babcia, a Elwira kiwnęła głową.
Kiedy na horyzoncie wyrosła leśniczówka, z głośników popłynął nieoczekiwanie marsz triumfalny z Aidy. Babcia uśmiechnęła się szeroko.
- Jak ty tym posterowałaś, że on zabrzmiał akurat w tym momencie? - zwróciła się do Elwiry.
- Ma się te zdolności.
- O, Krzysiek! I pewnie ten drugi leśniczy - powiedziała babcia na widok dwóch mężczyzn zmierzających w kierunku bramy. - Tutaj jest naprawdę uroczo. Zdjęcia nie są w stanie oddać piękna, które widzę na żywo.
Po chwili obok freelandera zaparkowały samochody Justyny i Andrzeja.
- Dzień dobry, witamy serdecznie w Świerkach! - odezwał się donośnym głosem Krzysztof.
Powstało krótkie zamieszanie i nastąpiły przywitania.
- Zapraszamy na kawę i herbatę, żona czeka. - Leśniczy Bartosz Siewierski wskazał dłonią budynek leśniczówki.
- A może dla rozprostowania nóg najpierw zrobimy krótki spacer? - zaproponowała babcia i nie czekając na reakcję, pociągnęła wnuczkę za rękę.
Goście ruszyli za nimi. Krzysztof opowiedział, skąd wzięła się nazwa leśniczówki, oraz historię ponownego przeprowadzenia strumienia przez staw.
- Teraz dzięki pomysłowi Elwiry będziemy mieli w nowym sezonie wciąż świeżą rybę - pochwalił ją.
- Już coś wpuściliście do stawu? - Dziewczyna pełnym niedowierzania spojrzeniem omiotła obu leśniczych.
- Ma się pewne znajomości w związku wędkarskim, więc się udało - rzucił Bartosz. - Od kilkunastu dni uczy się tutaj pływać trochę płoci, okoni i karpi, żeby rodzinni wędkarze mieli już wiosną zabawę, a tytułem eksperymentu wpuściliśmy także trochę pstrągów.
- Trzeba było galopem dodać kratom na wlocie i wylocie strumienia siatki o mniejszych oczkach, żeby nam się to całe towarzystwo nie rozpłynęło po świecie - uzupełnił z humorem Krzysztof.
- Bardzo pomysłowe rozwiązanie! - ocenił wujek Andrzej, wpatrując się w jedną z krat. - Może kiedyś uda się u was posiedzieć z wędką? - Spojrzał z nadzieją na leśniczych.
- My też byśmy mogli tutaj powędkować? - spytał jeden z jego synów.
- Oczywiście! - odparł Siewierski. - Chętnie się wami zaopiekuje i rzecz jasna doradzi mój Zbyszek. Zaraz go poznacie!
- Zostaliśmy tymczasem poinstruowani, Wirku, że musimy najpierw zdobyć pozwolenie wodnoprawne. Wniosek już został złożony.
- Super! A wiesz, wujku, Krzysio chciał mi tutaj zrobić jeszcze plażę - przypomniała sobie Elwira - ale odpuściłam, bo złoty piasek by tu nie pasował. - Przewróciła oczami.
- Dla ciebie, Wirku, wszystko. Pasuje, czy nie pasuje! Nawet teraz - zadeklarował Krzysztof. Elwira cmoknęła go w podzięce za miłe słowa.
- Być może trzeba będzie zbudować na wlocie do stawu mnicha[1], takie specjalne ustrojstwo zamiast samej kraty, ale o tym zdecydujemy dopiero wiosną. Zobaczymy, czy warto zagęszczać staw rybami, bo nie wiadomo, jak sobie dadzą radę zimą - wyjaśnił Bartosz. - To rady kolegi ze związku wędkarskiego. Mówił też o specjalnych roślinach w stawie i wokół, ale o tym pomyślimy później.
- Proponuję jednak powrót do leśniczówki, bo za godzinę musimy być w zajeździe - ogłosił Krzysztof.
Wkrótce goście witali się z panią Siewierską, Klaudią i Zbyszkiem.
- Teraz wcale się nie dziwię, że w takich przepięknych okolicznościach przyrody Zbysław mógł stracić czujność - oceniła babcia, spoglądając w kierunku okna.
- Są nawet tacy, którzy uważają, że tutaj tylko żyć, a nie umierać! - rzuciła nieoczekiwanie Klaudia z pocieszną miną, spoglądając zaczepnie na Elwirę.
- Bo to prawda. Nie wypieram się tych słów - zgodziła się z nią starsza przyjaciółka, ustroiwszy twarz pięknym uśmiechem.
Babcia Łucja wpatrywała się z uwielbieniem w siedzącą obok siebie parę: wnuczkę i Krzysztofa. Klaudia raz jeszcze zacytowała Elwirę, że Krzysio jest dobry jak siedmiu krasnoludków, wywołując powszechną wesołość przy stole, a dalsza rozmowa została jednak zdominowana przez wymianę poglądów na temat życia w lesie i gotowania, w czym prym wiodły panie.
W pewnym momencie babcia Łucja pokręciła głową, jakby coś jej się nie zgadzało.
- Widzę jedną córkę, a słyszę o niej raz Ania, raz Klaudia. Czy możecie mi wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje? - Jej spojrzenie przebiegło po Siewierskich, którzy tajemniczo się uśmiechnęli.
Elwirze natomiast stanęła przed oczami scena pierwszej kąpieli w stawie z Klaudią-Anią, kiedy ta wyjaśniła jej problem. Z ciekawością spojrzała teraz na Siewierską, jak ona to przedstawi.
- Kiedy Ania się urodziła, Bartosz podał w urzędzie stanu cywilnego kolejność imion: Klaudia Anna - podjęła żona leśniczego. - Wcześniej umawialiśmy się inaczej, ale ponieważ nie jestem kłótliwa i nie kazałam mu sprawy urzędowo odkręcać, sama mówię do córci Ania, Anka, a on...
- Klaudia - dokończył za żonę rozbawiony Bartosz. - Chciałem wtedy postawić na swoim i dopiero potem okazało się, że to był jeden jedyny raz w naszym życiu.
- Zresztą coraz częściej łapię się na tym, że też zaczynam mówić do córki Klaudia, skoro i mąż, i Zbyszek, i ona sama już też przywykła... - dodała Bartoszowa, machając ręką. - A poza tym i tę sprawę zacznijmy po nowemu w nowym miejscu.
- No tak, teraz wszystko jest jasne! - skwitowała babcia.
- A mnie mówiliście, że tata się po prostu pomylił! - Pogroziła rodzicom żartobliwie córka.
Czas szybko płynął i Krzysztof znowu musiał o tym przypomnieć. Wkrótce przemieścili się do zajazdu w pobliżu Dziemian, noszącego niewyszukaną nazwę Bory. W przestronnym holu czekali już członkowie rodziny Grażewskich. Poznawanie się obu rodzin przebiegało w miłym rozgardiaszu. Elwira natomiast rozglądała się niespokojnie wokół, jakby kogoś szukała. Nagle uśmiechnęła się szeroko i zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku wejścia, dojrzała w nim bowiem swojego ojca chrzestnego, pana Jakuba z żoną.
- Mój kochany wujcio - wyszeptała mu do ucha, a potem przywitała się nie mniej serdecznie z jego żoną Marią.
- Jak zwykle coś nam wypadło - próbował się tłumaczyć pan Jakub.
- Nie nam, Kubuś, a tobie - poprawiła go żona, na co nie pozostało mu nic innego, jak przyznać jej rację.
Kiedy wszyscy zajęli miejsca w sali restauracyjnej przy stole ustawionym w podkowę, a kelnerki podały kawę i herbatę, Krzysztof podszedł do dwóch złączonych z przodu sali stolików, na których porozkładał w kilku stosikach egzemplarze Miłości z "Batorego" oraz podłączył komputer do rzutnika. Zerknął raz jeszcze na wszystko, po czym odwrócił się, spojrzał na salę i chrząknął.
- Jeszcze nigdy nie prowadziłem konferansjerki... w lesie trudno o takie okazje... - Rozłożył zabawnie dłonie. Goście skwitowali jego słowa śmiechem. - Jako że ktoś jednak musi zapowiedzieć znakomitą autorkę poczytnych dzieł w przyszłości, choć zapewne niedalekiej - dodał po chwili, co z kolei wywołało burzę oklasków i radosnych okrzyków - więc padło na mnie. Przed nami... pani Elwira Filipska!
Wskazał ją dłonią i znowu nastąpiły oklaski, po których autorka uroczo dygnęła.
- Kiedyś zapewne spotkamy się na jej benefisie i będziemy z niekłamaną dumą wspominać, że mieliśmy zaszczyt uczestniczyć także w jej premierowym spotkaniu autorskim - postanowił dodać. Ponownie rozległy się oklaski. - Ponieważ jednak prawdziwym spiritus movens rozwikłania historii naszych przodków, Apolonii i Zbysława, a w efekcie napisania tego dzieła - spojrzał na rozłożone książki - była pani Łucja Stachowska, znana jako babcia Łucja, bardzo proszę, aby zaszczyciła nas i zasiadła razem z autorką na honorowym miejscu.
Gestem zaprosił obie panie do stolika z książkami, po czym nacisnął jeden z klawiszy na klawiaturze komputera. Na białej ścianie za jego plecami wyświetlił się obraz okładki książki. Zainicjował oklaski, podczas których babcia, nieco się krygując, podeszła razem z Elwirą do stolika z książkami.
- Już oddaję paniom głos - odezwał się Krzysztof - ale pomyślałem, że byłoby cudownie, gdyby na początku naszego spotkania właśnie babcia Łucja w kilku słowach opowiedziała nam, jak i skąd wzięła się w życiu naszego zacnego pradziadka Zbysława jej mama Apolonia Wenta. Spójrzcie, jaka to była piękna kobieta...
Znowu jego palec dotknął klawiatury, a na ścianie pojawiła się podobizna Apolonii z dmuchawcem.
Dzieci Justyny i Andrzeja wraz z Klaudią zaczęły roznosić gościom fotografie obojga bohaterów książki. Elwira przypomniała sobie o nich dopiero w chwili, gdy wypakowywali z Krzysztofem książki z samochodu. Znad stolików poniósł się szmer podziwu dla ich podobizn, a po chwili wszystkie spojrzenia znowu przeniosły się na babcię Łucję. Ta zaś najpierw się podniosła, ale po chwili delikatnie machnęła dłonią i na powrót usiadła.
- Chyba mi wybaczycie, ale tak będzie mi zręczniej. - Obdarowała gości uśmiechem. - Moja mama była piękną kobietą... - odezwała się po chwili i na moment zawiesiła głos - ...choć ważniejsze jest to, że od dziecka była wielką patriotką, a do tego fanką, jeśli tak można po dzisiejszemu powiedzieć, profesora archeologii Józefa Kostrzewskiego. Był to nasz bodaj najwybitniejszy teoretyk idei autochtonizmu, wielki przeciwnik niemieckiego rasisty Gustafa Kossinny, choć również z tytułem profesora. Tamten spruszczony Mazur był nawet w pewnym okresie nauczycielem akademickim młodego Józefa, a do tego zwolennikiem i propagatorem teorii allochtonizmu, czyli zdaniem Kossinny my, Słowianie, zeszliśmy z drzew dopiero w siódmym wieku naszej ery gdzieś na bagnistych terenach w pobliżu Prypeci - perorowała zadziwiająco donośnym głosem Łucja. - Profesor Kostrzewski zadał temu kłam swoimi znakomitymi pracami naukowymi, a współczesne badania haplogrup potwierdzają jego tezy w całej rozciągłości. Słowianie są u siebie od kilku tysięcy lat... - zawiesiła głos i spojrzała na Elwirę, która przed momentem stuknęła cichutko paznokciem o stół. - Wiem, kochanie, już zmierzam do brzegu - rzuciła więc uspokajająco, co słuchacze przyjęli uśmiechami i oklaskami. - Moja mama, fascynatka profesora Kostrzewskiego i jego teorii, absolwentka slawistyki Uniwersytetu w Poznaniu, zaraz po studiach ruszyła do Gdyni budować odrodzoną Polskę. Nie znalazła tam niestety pracy zgodnej ze swoim wykształceniem, więc chwilowo zajęła się czymś innym. Jej zdaniem bardziej użytecznym. Kierowała częścią hotelową Domu Zdrojowego w Gdyni i robiła to najlepiej, jak potrafiła. Wyszła za mąż za pochodzącego z Kaszub młodego projektanta portu gdyńskiego Emiliana Wentę, a kiedy po jakimś czasie otrzymała nieoczekiwaną propozycję dołączenia do załogi "Batorego", po krótkim namyśle przyjęła tę ofertę z nadzieją na nieco szybszą poprawę statusu materialnego rodziny, tak jak to i dzisiaj się dzieje. Miała na transatlantyku kierować - i kierowała bardzo długo, bo aż do końca pięćdziesiątego drugiego roku - jego częścią hotelową. O tym wszystkim będzie opowiadać autorka - spojrzała z dumą na wnuczkę - a ja może tylko czasem coś dopowiem. Przepraszam, jeszcze ostatnia myśl, którą chciałabym się podzielić. Z listów i pamiętnika mamy dowiedziałam się, że Zbysław był wyjątkowym dżentelmenem. Kiedy pierwszego września trzydziestego dziewiątego roku usłyszała podczas śniadania hiobową wiadomość o napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę, z przejęcia zemdlała, uderzając głową o rant stołu. Skaleczyła się, ale rycerz Zbysław przypadkiem znalazł się obok. I tak to się zaczęło.
Tym razem podziękowały jej ciche szmery głosów. Po chwili Elwira zmieniła obrazek wyświetlany na ścianie. Pojawił się jeden z bohaterów jej wieczoru autorskiego, transatlantyk m/s "Batory" w pełnej gali banderowej.
- Był piękny - rzuciła, spojrzawszy na niego przez moment. - Dostałam od babci Łucji dwa listy Zbysława Grażewskiego do prababci Apolonii Wenty z zadaniem, żebym spróbowała rozwikłać tę romantyczną, choć dziwną historię - zagaiła po chwili przerwy. - Byłam wówczas w bardzo trudnym momencie swojego życia...
Na chwilę posmutniała i zawiesiła głos, ale dostrzegłszy, że emerytowany leśniczy Szczepan, stryj Krzysztofa, zdecydowanie potrząsnął głową, blado się uśmiechnęła i wróciła do tematu.
- Kilka razy przeczytałam oba otrzymane listy - podniosła je - i zupełnie nie miałam pojęcia, co robić dalej. Wreszcie jednak wpadła mi do głowy myśl, że po coś wymyślono internet. Miotałam się w sieci, szukałam to tu, to tam, wreszcie udało mi się znaleźć portal, gdzie potomkowie pasażerów pływających niegdyś na transatlantyku "Batory" i jego następcy "Stefanie Batorym" wymieniali się informacjami i zdjęciami. Wczytałam się w pasjonujące dyskusje, starając się nie przeoczyć żadnego z komentarzy. Jeszcze tego samego dnia wieczorem natknęłam się na zapis Krzysia - uśmiechnęła się szeroko w jego stronę. - Oczywiście wówczas był dla mnie nieznajomym leśniczym z Borów Tucholskich Krzysztofem Grażewskim. Ale krok po kroku ta oficjalna znajomość przerodziła się... - Teraz narracja Elwiry szybko nabrała kolorów i tempa.
Faktyczną opowieść o bohaterach swojej książki rozpoczęła, wyświetlając skany listów Zbysława do Apolonii, które otrzymała od babci, potem pokazała list od Apolonii do Zbysława, o którym wspominał Krzysztof w komentarzu na portalu. Przeszła następnie do pierwszych swoich odwiedzin w Świerkach i ujrzenia kufrów z pamiątkami po Zbysławie. Pokazała pierwsze fotografie z ich otwarcia, segregowania materiałów. Dotarła do fotki z wszystkimi listami, które posłużyły jej do odtworzenia losów obojga. Prezentowała wybrane listy, kartki pocztowe, skany z kalendarzy Zbysława. Płynęła wartka opowieść. Zmieniała zdjęcia związane z rejsami "Batorego", pokazywała skany z własnej książki albo z książki Jerzego Pertka, a także fotografie, na których pojawiali się Apolonia lub Zbysław. Wyświetliła też jedno z niewielu zdjęć ze statku, na którym znaleźli się oboje.
- Długo nie mogłam zrozumieć, jak to było możliwe, że w kufrach i zasobach babci znalazło się tylko jedno wspólne zdjęcie. Przecież choć transatlantyk miał znaczne rozmiary, to jednak ich drogi musiały się na nim krzyżować i jakieś przypadkowe fotki powinny się znaleźć. Odpowiedź pojawiła się w ich listach i pamiętnikach. Okazało się, że robili to celowo. Na statku zostawili miejsce tylko dla kontaktów służbowych. Oficjalnych. Jesteście państwo w stanie sobie to wyobrazić?! - spytała i rozejrzała się wokół.
Nikt się nie odezwał, ale niektórzy z gości kręcili głowami.
- Ja też nie potrafiłam, a jednak oni tak funkcjonowali. Tyle lat! Czytając książkę Pertka - znowu wyświetliła jej okładkę - zaczęłam rozumieć, w czym rzecz. Na statku musiała bowiem panować absolutna dyscyplina i nie mogły pojawić się najmniejsze przypadki naruszenia zasad obyczajowości. Ci, którzy nie zdołali się temu podporządkować i okazali w tym względzie słabość, byli zwalniani karnie z załogi.
Dla udokumentowania swoich słów wyświetliła skan opisu z książki Pertka dotyczący rejsu do Australii i Nowej Zelandii oraz uzupełniła go odpowiednim komentarzem z kalendarza Zbysława.
- To wszystko znajdziecie państwo w mojej książce, chociaż jeśli ktoś zdoła dotrzeć również do książki Pertka, do której poszukiwań gdzie się da bardzo zachęcam, to będzie podwójnie wygranym. Ja tylko zacytowałam krótkie jej fragmenty, żeby skonfrontować z zapisami Zbysława z kalendarzy czy słowami obojga z ich pamiętników, a w tamtej książce znajduje się szczegółowa historia rejsów "Batorego" z czasów wojny. Książka Królewski statek "Batory" ma prawie trzysta stron zapisanych w dwóch kolumną małą czcionką, a moją opowieść o naszych wspólnych bliskich zmieściłam na około dwustu. I to większą czcionką, żeby nie trzeba było szukać lupy - uśmiechnęła się szeroko. - Dla chętnych przygotowałam także zbiór pełnej ikonografii, zebranej przeze mnie w trakcie rozwikływania losów Apolonii i Zbysława.
Teraz wyświetliła zdjęcie swojej prababki w uniformie w stylu munduru wojskowego, sprzed pierwszego rejsu z Halifaksu do Europy, a obok zdjęcie Zbysława z legitymacji oficerskiej.
Kiedy przeszła do czasów, gdy Apolonia przestała pływać, Zbysław wrócił do kraju, a oboje byli już nękani przez UB, w sali zrobiło się jeszcze ciszej. Wkrótce dotarła do finału opowieści. Wyświetliła wycinek z gazety opisujący hekatombę w domach Hankiewicza na warszawskiej Woli, a także list Lechosława do brata o tym fakcie. Przywołała wybrane słowa Zbysława napisane do potomnych, niektóre zapisy z pamiętnika Apolonii, fakty o jej śmierci i śmierci jej męża, a na zakończenie o wykonaniu wyroku śmierci na Zbysławie. W sali nie było prawie nikogo, kto by nie miał wilgotnych oczu.
- To wszystko jest historią, która zamknięta w kufrach została prawie zapomniana, lecz zdarzył się cud. Oni - wskazała na zdjęcia Apolonii i Zbysława, powtórnie wyświetlone na białej ścianie - nie mieli szczęścia, żeby się spotkać po wojnie w kraju. Kochali się i tak odeszli. Ale los chciał, by dzieje ich miłości mogły dziś dotrzeć do nas, wywołując zadumę i wzruszenie. Dla nas ponownie są żywi.
Przez chwilę w sali słychać było tylko przełykanie śliny, wycieranie nosów i westchnienia.
- Chętnie odpowiem na pytania, jeśli takie będą - oświadczyła Elwira, kończąc wystąpienie.
Schorowany emerytowany leśniczy Szczepan Grażewski, poprzedni gospodarz Świerków, nie kazał na siebie długo czekać. Podniósł dłoń, a po chwili wstał.
- Elwiro, jesteś cudowną dziewczyną: piękną, mądrą, dociekliwą, pracowitą... i mógłbym jeszcze długo tak wyliczać. O cóż mielibyśmy ciebie, dziecko, pytać? Doprowadziłaś do tego, że wreszcie Zbysław wraz Apolonią trafią na poczesne miejsca w naszych domach, bibliotekach, sercach. Powiedziałem ci niedawno na drodze do leśnego krzyża, że najgorszym z grzechów jest grzech zaniechania. Biorę go wyłącznie na siebie, bo nie chcę, nie mogę nim obciążać nikogo. Pomogła ci bardzo pani Łucja. Wszystko wiem, czuję, proszę nie próbować zaprzeczać! - zareagował gwałtownie na podjętą przez babcię próbę zakwestionowania jego słów, ale w mgnieniu oka łagodnie się do niej uśmiechnął. - Przepraszam, ale czasami brakuje mi już refleksji, delikatności, choć się staram. Wciąż się tego uczę. Dwie rodziny - jego ramię zatoczyło okrąg - nieznające się wcześniej, w ciągu niecałych trzech miesięcy połączyła sprawa miłości Zbysława i Apolonii. Tak, wiem, oni formalnie zgrzeszyli, bo mieli przecież swoje rodziny, swoje drugie połowy, ale zważmy na to, co potem przeszli. A była to straszliwa droga krzyżowa, grzechy swoje odpokutowali, zachowajmy więc ich dobrze w pamięci... Amen. - Przeżegnał się i usiadł na krześle.
W sali znowu zapadła cisza. Przerwały ją kroki babci Łucji, która podeszła do niego, szepnęła mu do ucha kilka słów, on podniósł na nią wilgotne oczy i uśmiechnął się blado, po czym ucałował jej dłoń.
- Jest pani kochana - powiedział cicho.
Elwira chrząknęła. Oczy obecnych ponownie zwróciły się w jej stronę.
- Trochę myślałam o dedykacji, którą powinnam wpisywać jako autorka do książek. - Rzuciła na nie wzrokiem. - Dzięki panu Szczepanowi już wiem, podpowiedział mi. Pozwólcie, kochani, że wszystkim wpiszę jednobrzmiącą dedykację: Miłość nie jest grzechem. Czy tak może być?
W odpowiedzi rozległy się ciche oklaski.
Przedstawiciele obu rodzin wręczyli jej wiązanki kwiatów. Czuła się oszołomiona, przytuliła je. Ostrożnie stąpając, pierwszy dotarł do niej po dedykację Szczepan Grażewski. Usiadł ciężko obok Elwiry i się uśmiechnął.
- Poproszę w takim razie, autorko, o tę cudowną dedykację - powiedział. - Mam jeszcze jedno wielkie marzenie - wyszeptał po chwili, ale zaraz pokręcił głową, jakby sobie zaprzeczał.
- Może mi pan powiedzieć, śmiało - odparła mu równie cicho.
- Jednak nie powiem - postanowił. - Może gdyby nie to... - Jego dłoń dotknęła marynarki.
- Niech pan tak nie mówi. Zresztą życie też nie jest grzechem, więc proszę dalej marzyć - uśmiechnęła się.
- Mądre słowa. Jesteś wyjątkowo bystra i pewnie domyśliłaś się mojego ukrytego marzenia, ale i tak nie wypowiem go na głos. Zauważyłem, że umiesz już pewne rzeczy robić lepiej niż ja. To dobrze wróży. Szkoda tylko...
- Proszę tak nie mówić ani tak nie myśleć. Trzeba zawsze mieć nadzieję.
- Mówisz?!
- W lutym nie dawałam sobie żadnej szansy. Żadnej! - podkreśliła. - Tak było! Nie powiedziałam tego panu wówczas, bo spacer trwał zbyt krótko. A co do kufrów i Zbysława... w pewnym momencie już chciałam zakończyć poszukiwania, byłam pewna, że tam niczego więcej nie ma, ale przyszła rozmowa z panem. Potem zaś nastąpiła długa noc... A gdybym się nie uparła?
- Właśnie, ty jesteś uparta, w sensie pozytywnym. Ale kończę już, bo inni sobie pomyślą, że tak szepczę, bo cię podrywam - mrugnął, wpatrzył się, jak wpisuje dedykację, podniósł się, pocałował jej dłoń. - A podpis babci Łucji? - Spojrzał w kierunku stołu ustawionego w podkowę.
- Babciu! - zawołała Elwira.
Łucja podniosła rękę, jakby tylko na to czekała, i ubezpieczana przez Krzysztofa wolnym krokiem dotarła po chwili do stolika.
- Podpisujemy razem. Pan Szczepan czeka.
Babcia usiadła, przeczytała dedykację napisaną przez wnuczkę, uśmiechnęła się i też złożyła swój podpis. Leśniczy pocałował jej dłoń, po czym uśmiechnięty odszedł powoli z Krzysztofem.
Do stołu zaczęli podchodzić kolejni członkowie obu rodzin. Z każdą chwilą podpisywania książek Elwira uspokajała się coraz bardziej. Po twarzach uczestników spotkania też widać było, że wraca im lepszy nastrój. Egzemplarze znikały jeden po drugim, a w tym czasie kelnerki nakrywały stoły do posiłku.
Obiad minął już w zdecydowanie pogodniejszym nastroju. Toczyły się coraz bardziej ożywione rozmowy, na twarzach pojawiły się uśmiechy. W trakcie toastu lampką wina za zdrowie autorki, który wygłosił z emfazą wujek Andrzej, rozległy się nawet głośne śmiechy. Po obiedzie kelnerki sprawnie uprzątnęły stół. Lecz oto niespodziewanie podniósł się Krzysztof, zamaszystym gestem odsunął swoje krzesło, po czym padł na kolana przed Elwirą. Ta z wrażenia aż przycisnęła dłonie do piersi.
- Elwiro, mój kochany Wirku. - W ciszy, która momentalnie zapadła, rozległy się jego słowa. - Moje serce oszalało za tobą i nie wyobrażam sobie dalszego życia bez ciebie. Czy zechcesz zostać moją żoną?
Oczy dziewczyny zrobiły się ogromne. Znieruchomiała. Na moment przymknęła powieki, po czym znowu otworzyła je szeroko. Przebiegła oszołomionym spojrzeniem po twarzy babci, potem siedzących w jej pobliżu leśniczego Szczepana i pana Jakuba, a w końcu po obliczach pozostałych gości. Wreszcie jej wzrok zatrzymał się na młodym leśniczym i twarz wypełniła się bezgranicznym szczęściem. Na wyciągniętej dłoni Krzysztofa pojawił się pierścionek z białym oczkiem. Wpatrywała się w błyszczące cacko, nie dowierzając temu, co widzi. Po chwili jej drżące palce przykryły dłoń klęczącego przed nią mężczyzny.
- Krzysiu kochany, oczywiście. Niczego innego nie pragnę. Tylko nie pomyślałam, że to może się zdarzyć dzisiaj...
Krzysztof nie pozwolił jej dokończyć. Gwałtownie porwał się z kolan i obdarzył ją gorącym pocałunkiem. W sali rozległy się frenetyczne oklaski. Nie wiadomo kiedy pierścionek znalazł się na serdecznym palcu Elwiry. Rozpromieniona podniosła dłoń, żeby wszyscy mogli go obejrzeć. Krzysztof zerknął w kierunku drzwi wejściowych. Po chwili pojawiły się obok niego dwie kelnerki z bukietami kwiatów. Jeden wręczył Elwirze, a drugi zdezorientowanej babci Łucji.
Teraz pomiędzy stoły wjechał wózek z tortem i palącymi się na nim fajerwerkami. Po bokach stołów strzeliły korki szampana, a wypełnione nim lampki szybko trafiły w dłonie biesiadników. Leśniczy Szczepan Grażewski zaintonował drżącym głosem Sto lat. Pieśń podchwycili radośnie i głośno pozostali goście. Elwira i Krzysztof znowu zatonęli w gorącym pocałunku. Zapomnieli o bożym świecie. Przywołał ich szklany dźwięk kieliszka, w który babcia stukała łyżeczką. Usiedli, babcia zaś wstała, tuląc do siebie otrzymany od Krzysztofa bukiet.
- Kochane dzieci: Elwiro i Krzysztofie. To wasz pierwszy tak piękny dzień, ale także mój pierwszy od bardzo, bardzo dawna. Trafiliście na siebie przypadkiem, ale to będzie nieprzypadkowy związek. Bajkowa Królewna Śnieżka z Gdyni i leśniczy z Borów Tucholskich, o którym legendy głoszą, że jest dobry jak siedmiu krasnoludków...
- Łaał, łał, łał! - wydarła się Klaudia, kręcąc dziko ręką nad stołem.
- Czułam, że mnie wspomożesz. - Rozbawiona babcia Łucja zareagowała na spontaniczną reakcję dziewczyny. - Życzę wam, kochane dzieci, cudownych lat we wzajemnym zrozumieniu i miłości. Niech słońce Antyli świeci dla was wszędzie, gdziekolwiek się znajdziecie. Kocham was i wznoszę toast, życząc wam przysłowiowych stu lat!
Mury zajazdu raz jeszcze wypełnił radosny chór śpiewający Sto lat. Gdy głosy umilkły, wszystkie kieliszki uniosły się, rozległ się ich brzęk, po czym toast został spełniony.
Babcia przytuliła Elwirę, szepcząc jej do ucha zaklęcia z osobistymi życzeniami. Ta tylko uśmiechała się szeroko. Potem podobnie uczynili rodzice Krzysztofa, leśniczy Szczepan i pozostali członkowie obu rodzin. Kiedy zamieszanie nieco opadło, a goście usiedli, Elwira w towarzystwie Krzysztofa pokroiła tort, który trafiał na talerzyki gości. Gdy wreszcie dotarli na swoje miejsca, raz jeszcze rozległ się szklany dźwięk wygrywany łyżeczką na kieliszku. Tym razem muzykiem okazał się leśniczy Szczepan, który moment wcześniej wymienił kilka słów z ojcem Krzysztofa.
- Działam z upoważnienia mojego brata Ludwika, choć nie ukrywam, że usilnie go prosiłem, aby oddał mi dzisiaj swój głos. - Pochylił w kierunku brata głowę w podziękowaniu. - On wygłosi, bo tak być musi, toast na ślubie... znaczy weselu - poprawił się. - Niedawno... - zmarszczył czoło, jakby się zastanawiał, kiedy to było - ...przed dzisiejszym obiadem - zaakcentował ostatnie słowo, wywołując uśmiechy na twarzach rodzin - rozmawiałem przez chwilę z Elwirą. Przypomniała mi, że są takie słowa jak nadzieja i marzenie. Z pewnego względu od jakiegoś czasu nie przychodziły mi one do głowy, ale od chwili wpisania przez nią cudownej dedykacji do mojego egzemplarza książki bardzo intensywnie o tym myślę. - Znowu zmarszczył czoło, żeby pokazać, jak bardzo się stara. Wielu gości ponownie się uśmiechnęło. - Czy ty o tym, co się wydarzyło przed chwilą, naprawdę nic nie wiedziałaś?! - Spojrzał Elwirze prosto w oczy, ta zdecydowanie zaprzeczyła. - Wierzę jej, bo ona jest także wyjątkowo prawdomówna! - Podniósł wysoko palec. - Pani Elwiro, kochana Elwiro, otóż od chwili złożenia przez panią podpisu zacząłem marzyć, mieć nadzieję. I proszę spojrzeć, spełniło mi się! Zacznę więc teraz marzyć jak nigdy dotąd. - Zajrzał w oczy żonie, która się do niego uśmiechnęła. - Warto! Skoro więc mnie się spełniło, to wierzę, że wam, czegokolwiek sobie zamarzycie, też się wszystko spełni. Życzę wam wielu lat wśród cudownej przyrody i cudownych, dobrych ludzi. To są najważniejsze rzeczy w naszej pielgrzymce na Ziemi. Sto lat, Elwiro i Krzysztofie!
Ponownie podniesione kieliszki z szampanem stuknęły o siebie, a pieśń Sto lat raz jeszcze raz wstrząsnęła murami zajazdu.
*
Elwira odstąpiła babci Łucji swój pokój na jej pierwszą noc w leśniczówce. Babcia początkowo nieco kręciła nosem na jego spartański wystrój, ale kiedy wnuczka wyjaśniła jej, że przecież tutaj tylko bywała, a dopiero teraz może się to zmienić, przyznała jej rację.
- W myślach widzę już was małżeństwem - wyjaśniła.
- Można się szybko zaręczyć, ale sam ślub... wesele...
- Nie rozumiem cię, dziecinko. To po co przyjęłaś oświadczyny?
- Tak mi się tylko powiedziało.
- To tyle cudownych słów dzisiaj o tobie padło, a ty nagle... - Zgorszona babcia nie dopowiedziała, tylko pokręciła głową.
- Zrozum, miałam wiele emocji... może nieprecyzyjnie się wyraziłam.
- Tak już lepiej. A jeśli już, to kiedy ślub? - naciskała babcia.
- Myślałam, że jednak dzisiaj odpuścisz. No dobrze, muszę się skupić, zastanowić, tyle myśli wciąż biega mi po głowie. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba.
- Niczego się nie domyślałaś?!
- No skąd, nic a nic. Zresztą przez prawie trzy tygodnie nie widzieliśmy się z Krzysiem, siedziałam w Gdyni, a w poprzedni weekend tylko tu wpadłam i wypadłam.
- No już dobrze, Wirciu. A ty gdzie będziesz spała?
- W jednym z pokoi na pięterku. Może w tym za ścianą?
Zanim zasiadły z rodziną Siewierskich do długiej kolacji, wybrały się na spacer. Wróciły, kiedy już prawie ciemniało. Co chwila zatrzymywały się, przytulały do siebie, opowiadały sobie, jak było, i marzyły o tym, jak będzie. Było też trochę łez, choć babcia starała się tak kierować rozmową, by były to głównie łzy szczęścia. Żadnych trudniejszych tematów. Przy kolacji Siewierska zerkała od czasu do czasu na młodych i prawie niezauważalnie kręciła głową. W pewnej chwili machnęła dłonią, co nie uszło uwagi jej męża.
- Machnęłaś na mnie? - zapytał żartobliwie.
- A to jest bardzo intrygujące, że tak to odebrałeś! - Siewierska wpatrzyła się badawczo w męża. - Masz coś na sumieniu? Nie męcz się - dopowiedziała szybko i pokręciła zdecydowanie głową. - Jeśli już jesteś taki ciekawy, to od jakiegoś czasu mam ochotę wykonywać do ciebie tylko gest przywołujący - uśmiechnęła się do niego.
- Łał! - wyrwało się Klaudii.
Siewierski wpatrzył się w żonę powiększonymi ze zdziwienia oczami.
- Tata jest tutaj taki jak kiedyś - wyjaśniła córce Siewierska. - Ma na wszystko czas, ochotę, widzę, że lepiej się czuje, wydaje mi się nawet, że lepiej śpi.
- Masz rację, Krysiu. To wszystko prawda - przyznał leśniczy.
- A po dzisiejszych przeżyciach w zajeździe nie wypada nie mówić prawdy. - Jego żona spojrzała wokół po twarzach.
Wszystkie wyrażały zgodę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki