Miłość szyta na miarę - Paulina Wiśniewska

Kup ebooka

46.90 zł
38.93 zł (39,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ali­cja

Ali­cja Mil­czek prze­kro­czyła próg pra­cowni z ta­kim sa­mym uśmie­chem, jaki to­wa­rzy­szył jej za­wsze, gdy tu przy­cho­dziła. Po­śród tych wszyst­kich ma­te­ria­łów, igieł, ma­szyn i ko­ro­nek czuła się na­prawdę sobą. Przy­wi­tała się z Ro­za­lią, kraw­cową, która w du­żej mie­rze zaj­mo­wała się po­praw­kami, po czym skie­ro­wała kroki do nie­wiel­kiej kuchni. Za­wsze za­czy­nała dzień od fi­li­żanki ulu­bio­nej kawy zbo­żo­wej, bez niej po­ra­nek w pra­cowni był nie­kom­pletny, ewi­dent­nie cze­goś mu bra­ko­wało. Obok szafki stał ta­le­rzyk z ka­wał­kiem bez­owej szar­lotki. Ro­za­lia znowu za­dbała, aby osło­dzić Ali­cji dzień. Ko­bieta uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią, wy­cią­gnęła z szu­flady wi­del­czyk i wbiła go w cia­sto. Przy­mknęła oczy, roz­ko­szu­jąc się sma­kiem, który do­brze znała. Do­piero gdy na­sy­ciła się sło­dy­czą wy­pieku, prze­szła z kawą do swo­jego po­miesz­cze­nia. Za­nim usia­dła, ro­zej­rzała się po wszyst­kich zwo­jach roz­ma­itych ma­te­ria­łów - od je­dwabi przez kasz­miry aż do ko­ro­nek i tiu­lów.

Ali­cja pod­po­rząd­ko­wała swoje ży­cie utar­tym sche­ma­tom, dzięki któ­rym znaj­do­wała się na wła­ści­wej dro­dze, i choć nie za­wsze tak było, cie­szyła się, że z cza­sem udało jej się wy­pra­co­wać pewne na­wyki. Pro­wa­dziła tę pra­cow­nię od pra­wie pię­ciu lat, a za­ło­że­nie jej było speł­nie­niem ma­rzeń i po­cząt­kiem no­wej drogi w ży­ciu. Za­mknęła wtedy pe­wien bo­le­sny etap, obie­cu­jąc so­bie, że nowy roz­dział, który otwo­rzy, bę­dzie po­zba­wiony bólu z prze­szło­ści. Ali­cja w Kra­inie Su­kie­nek, bo tak wła­śnie na­zwała swoje "dziecko", miała się cał­kiem do­brze. Pier­wot­nym za­ło­że­niem było oczy­wi­ście szy­cie su­kie­nek, ale in­nych niż te, które spo­tkać można w co dru­giej sie­ciówce. Chciała stwo­rzyć miej­sce, w któ­rym po­wsta­wać będą wy­jąt­kowe kre­acje, ta­kie, któ­rych nie można spo­tkać ni­g­dzie in­dziej. Po no­cach ry­so­wała pro­jekty i choć te pierw­sze za­zwy­czaj lą­do­wały w ko­szu, ko­lejne dały po­czą­tek miej­scu, do któ­rego klientki chęt­nie wra­cały.

Szyła wła­ści­wie od za­wsze, od­kąd tylko się na­uczyła, jak po­praw­nie na­wlec nitkę na igłę. Za­czy­nała od pro­stych ście­gów, a gdy te miała opa­no­wane nie­mal do per­fek­cji, za­jęła się wy­szy­wa­niem ob­ra­zów. Po­łknęła bak­cyla do tego stop­nia, że gdy tylko zbli­żały się jej uro­dziny czy Boże Na­ro­dze­nie, jako pre­zent ży­czyła so­bie nowe wzory do wy­szy­wa­nia i nici w roz­ma­itych ko­lo­rach. Z cza­sem jed­nak znu­dziło ją wy­szy­wa­nie we­dług okre­ślo­nego wzoru. Chciała spró­bo­wać stwo­rzyć coś swo­jego, coś uni­ka­to­wego, i wtedy za­częła wy­szy­wać swoje ob­razy. Ro­biła szkic, stop­niowo na­da­jąc mu kształt, a po­tem ko­lory. Te­raz nie wy­obra­żała so­bie, że mo­głaby ro­bić coś in­nego. Pa­sja z lat dzie­ciń­stwa zo­stała z nią na lata i stała się spo­so­bem na ży­cie. Oczy­wi­ście zda­rzały się chwile kry­zysu, gdy pro­jekt su­kienki le­żał odło­giem, a pustka wy­peł­nia­jąca głowę Ali­cji sta­wała się co­raz bar­dziej fru­stru­jąca. Na­uczyła się jed­nak, jak ra­dzić so­bie w ta­kich sy­tu­acjach. Zna­la­zła swój złoty śro­dek, ja­kim była jazda na łyż­wach. Co prawda, te­raz, gdy wio­sna roz­go­ściła się na do­bre, za­mie­niła tę ak­tyw­ność na bie­ga­nie i prze­mie­rzała ulice To­ru­nia, po­zna­jąc wiele war­tych od­kry­cia za­kąt­ków, a i tak nie zdo­łała zo­ba­czyć wszyst­kich. Miesz­kała w ka­mie­nicy, w ma­łej ka­wa­lerce, którą dzie­liła ze swoim ko­tem. Mru­czek był w pew­nym sen­sie łącz­ni­kiem mię­dzy nią a do­mem ro­dzin­nym. Kotka, którą ro­dzice wy­cho­wali od ma­łego, oko­ciła się, wy­da­jąc na świat jed­nego ko­ciaka, który skradł Ali serce od sa­mego po­czątku.

W drzwiach jej po­koju sta­nęła uśmiech­nięta od ucha do ucha Ro­za­lia. To mo­gło ozna­czać tylko jedno - za­wsze, gdy koń­czyła ja­kiś ważny pro­jekt, zja­wiała się w progu i wy­glą­dała wła­śnie tak jak te­raz.

- Skoń­czy­łam ostat­nie po­prawki sukni ślub­nej dla pani Anny. Chcesz zo­ba­czyć?

- Jesz­cze py­tasz! Wiem, jak ważny był dla cie­bie ten pro­jekt.

W po­koju Ro­za­lii, w któ­rym - w prze­ci­wień­stwie do po­koju Ali­cji - pa­no­wał ład i po­rzą­dek, stał ma­ne­kin, na któ­rym pre­zen­to­wała się wspo­mniana suk­nia. Ali­cja obe­szła ma­ne­kina do­okoła, tak jak zwy­kle, kiedy spraw­dzała go­towy pro­jekt. Po­gła­dziła górę sukni utkaną z taką pre­cy­zją i do­kład­no­ścią, na jaką stać było Ro­za­lię. Każdy na­wle­czony ko­ra­lik był na swoim miej­scu, równo, je­den za dru­gim, two­rząc spójną ca­łość. Dół sukni był roz­klo­szo­wany, przy­wo­dził na myśl su­kienki księż­ni­czek z ba­jek Di­sneya. Ali­cja lu­stro­wała jesz­cze suk­nię, spraw­dza­jąc szcze­góły, za­le­żało jej, aby klientka była za­do­wo­lona. Ro­za­lia znała już sche­mat spraw­dza­nia. Mil­cze­nie Ali­cji ozna­czało sku­pie­nie. Do­piero gdy skoń­czyła, mó­wiła co­kol­wiek. Czy była su­rowa w oce­nie? Zda­rzało się, ale za­wsze wy­ra­żała to tak, aby ni­kogo nie ura­zić. Słu­żyła po­mocą przy po­praw­kach. Ro­za­lia lu­biła z nią współ­pra­co­wać, tra­fiła tu­taj przy­pad­kiem i jak się póź­niej oka­zało, przy­pa­dek ten od­mie­nił jej ży­cie na lep­sze. W po­przed­nim miej­scu pracy nie umiała się od­na­leźć przez kilka mie­sięcy. Sze­fowa wy­wie­rała wręcz nie­zdrową pre­sję, przez co ko­bieta stra­ciła pa­sję do tego, co ro­biła. Zbyt mocno od­czuła na­cisk ze strony prze­ło­żo­nej, zresztą nie tylko ona. Dzień, w któ­rym raz na za­wsze opu­ściła tamto miej­sce, zo­stał jej w pa­mięci do dziś. Od­kąd pra­co­wała z Ali­cją, czyli bli­sko cztery lata, od­żyło w niej po­wo­ła­nie do kra­wiec­twa. Przede wszyst­kim czuła się do­ce­niana, sza­no­wana i ro­zu­miana.

- Sama mo­gła­bym pójść w tej sukni do ślubu, jest wręcz baj­kowa. Świet­nie się spi­sa­łaś - oznaj­miła cie­płym gło­sem, uśmie­cha­jąc się przy tym.

- Ka­mień z serca, wło­ży­łam w nią mnó­stwo pracy, szcze­gól­nie że pani Anna to dość wy­ma­ga­jąca klientka. Nie­ła­two spro­stać jej ocze­ki­wa­niom, ale wbrew po­zo­rom lu­bię ta­kie wy­zwa­nia.

- Nie bar­dziej niż pani Hanna, pa­mię­tasz ją?

- Jak mo­gła­bym nie pa­mię­tać. Za­nim na do­bre się zde­cy­do­wała, jaki chce pro­jekt su­kienki na wy­stawę, my­śla­łam, że osi­wieję. Przy wy­bo­rze ma­te­riału i ko­loru też się roz­wo­dziła tak długo, że za ten czas zdą­ży­ła­bym skoń­czyć to, co za­czę­łam.

- Mó­wią, że klient nasz pan i w ogóle, ale są tacy klienci, przy któ­rych do­staję bia­łej go­rączki.

- Nie ty jedna. Wra­ca­jąc do sukni, dal­sze po­prawki ustalę, kiedy już pani Anna przyj­dzie na przy­miarkę. Mam na­dzieję, że bę­dzie za­do­wo­lona, te ko­ra­liki śniły mi się już po no­cach - wes­tchnęła Ro­za­lia.

Ali­cja po­dzi­wiała, z jaką pa­sją Ro­za­lia pod­cho­dziła za­równo do każ­dej su­kienki, jak i in­nych ubrań. Jakby uro­dziła się z igłą i nitką w ręku. Oprócz niej pra­co­wały tu­taj także Ju­lita i Kry­styna, duet, który nie miał so­bie rów­nych. Kry­styna szu­kała pracy po tym, jak w po­przed­nim sa­lo­nie kra­wiec­kim szef zde­cy­do­wał się na re­duk­cję eta­tów ze względu na koszty. Jej córka, Ju­lita, koń­czyła aku­rat do­dat­kowe kursy kra­wiec­kie, przy­szła z mamą, żeby ją wes­przeć. Ali­cja miała dwa wolne miej­sca, ale nie ogła­szała jesz­cze na­boru na żad­nym por­talu. Wy­wie­siła tylko krótką in­for­ma­cję na drzwiach wej­ścio­wych. Naj­pierw za­kła­dała, że po­ra­dzą so­bie we dwie z Ro­za­lią, nie miały aż tylu zle­ceń, by po­więk­szać ze­spół. Gdy jed­nak za­czął się okres letni, spły­wało ich co­raz wię­cej. Usta­liły więc, że za­trud­nią dwie kraw­cowe - i to w zu­peł­no­ści wy­star­czy, by stwo­rzyć ze­spół. Ali­cja po roz­mo­wie z Kry­styną zde­cy­do­wała, że ją za­trudni. Z cie­ka­wo­ści za­py­tała Ju­litę, czym się zaj­muje, a gdy ta od­parła, że ukoń­czyła kursy i chce iść w ślady mamy, nie miała już wąt­pli­wo­ści, że ją także przyj­mie pod swoje skrzy­dła. I tak od tam­tej pory pra­cują we czwórkę. Nie mo­gła so­bie wy­ma­rzyć lep­szego ze­społu - po­mi­ja­jąc kwe­stie za­wo­dowe, świet­nie się do­ga­dy­wały jako przy­ja­ciółki.

- To­bie śniły się ko­ra­liki, a mnie ko­ronki i tiul.

- Jaki pro­jekt tym ra­zem?

- Dwie su­kienki dla świad­ko­wej panny mło­dej. Jedna na we­sele, druga na po­pra­winy. Przy­znam szcze­rze, że obie są bar­dzo nie­tu­zin­kowe, pod­su­nę­łam tylko drobne zmiany, za­nim za­czę­łam pracę. Pier­wotna wer­sja su­kienki na we­sele była tak eks­tra­wa­gancka, iż oba­wia­łam się, że przy­ćmi pannę młodą.

- Chyba że taki za­miar miała świad­kowa.

- Wąt­pię, to jej sio­stra, w do­datku bliź­niaczka. Po­ka­zała mi zdję­cie, są jak dwie kro­ple wody, więc jak­bym spo­tkała któ­rąś z nich na ulicy, nie wie­dzia­ła­bym, która jest która.

Ali­cja omó­wiła z Ro­za­lią resztę szcze­gó­łów, po czym wró­ciła do swo­jej pracy. Pla­no­wała stwo­rzyć ka­ta­log wio­sna/lato, gdyż sa­lon od­wie­dzało co­raz wię­cej klien­tek, które nie miały swo­jej wi­zji su­kienki od a do z, wo­lały wy­brać go­towy pro­jekt i ewen­tu­al­nie do­dać tro­chę od sie­bie. Jako że każda osoba jest inna, Ali­cja chciała umie­ścić po dzie­sięć pro­jek­tów dla każ­dej z pór roku, co da­wało ra­zem dwa­dzie­ścia mo­deli do wy­boru. Otwo­rzyła szki­cow­nik w miej­scu, w któ­rym tkwiła ko­lo­rowa kar­teczka. Przyj­rzała się ba­daw­czo za­czę­temu szki­cowi, ale nie mo­gła się sku­pić na osta­tecz­nym wy­glą­dzie. Pustka w gło­wie już na po­czątku ty­go­dnia? Tylko nie to - po­my­ślała. Wstała zza biurka i po­de­szła do okna, otwie­ra­jąc je. Błę­kitne niebo roz­świe­tlały pro­mie­nie kwiet­nio­wego słońca. Wy­sta­wiła ku nim twarz, roz­ko­szu­jąc się cie­płem. Ze wszyst­kich pór roku to wła­śnie wio­snę lu­biła naj­bar­dziej, choć każdy okres w roku miał swój urok. Wio­sną wszystko bu­dziło się do ży­cia po zi­mie, dzień sta­wał się dłuż­szy, a ona sama czuła się po pro­stu le­piej. Miała wię­cej za­pału i chęci do cze­go­kol­wiek, czę­ściej spę­dzała so­bot­nie i nie­dzielne po­ranki na bal­ko­nie, który - choć mały - miał swój urok. Był w pełni wy­star­cza­jący dla niej i Mruczka. Cie­kaw­ski świata kot był bez­pieczny, gdyż Ali­cja za­mon­to­wała siatkę. Mógł więc do woli ko­rzy­stać z le­ni­wych po­po­łu­dni w słońcu. Za­mknęła oczy, a cie­pły wiatr mu­skał jej po­liczki.

- Znowu brak weny? - usły­szała za ple­cami głos Ju­lity. Dziew­czyna zdą­żyła już po­znać pewne ry­tu­ały Ali­cji, w ta­kie dni jak ten jed­nym z nich było wy­sta­wia­nie twa­rzy do słońca, ko­niecz­nie z za­mknię­tymi oczami. W taki spo­sób zbie­rała my­śli, które, roz­bie­gane, mą­ciły jej sku­pie­nie.

- Chyba po­trze­buję kilku dni wol­nego - od­parła, samą sie­bie za­ska­ku­jąc tymi sło­wami.

Od­kąd zaj­mo­wała się pra­cow­nią, rzadko po­zwa­lała so­bie na urlop, choć Ro­za­lia nie­jed­no­krot­nie su­ge­ro­wała jej od­po­czy­nek. Ali­cja nie chciała zo­sta­wiać sa­lonu na dłu­żej. Te­raz jed­nak, gdy se­zon ślubny nie ru­szył na do­bre, mo­gła chyba po­zwo­lić so­bie na dłuż­szy niż trzy­dniowy po­byt w ro­dzin­nych stro­nach. Wkrótce Wiel­ka­noc, więc choć pier­wot­nie pla­no­wała zo­stać u ro­dzi­ców tylko dwa dni, te­raz roz­wa­żyła prze­dłu­że­nie wi­zyty. Do­brze jej zrobi wiej­skie oto­cze­nie, świeże po­wie­trze, a pro­jek­to­wać może rów­nie do­brze w ma­mi­nym ogródku.

- Za­raz święta, ide­alna oka­zja na dłuż­szy wy­jazd, my się wszyst­kim zaj­miemy, bę­dziemy tu­taj we trzy.

- Jak to? Ro­za­lia prze­cież miała je­chać do mamy.

- Zmiana pla­nów, tak po­wie­działa, ale nie wda­wała się w szcze­góły.

Ali­cję nieco za­nie­po­koił ten fakt. Mama Ro­za­lii miała już swoje lata, cho­ro­wała, dla­tego gdy tylko nada­rzyła się oka­zja, wy­cho­dziła w pią­tek wcze­śniej i week­end spę­dzała we wsi pod To­ru­niem.

- W po­rządku, w ta­kim ra­zie roz­ważę kwe­stię od­po­czynku. Szki­cow­nik mogę za­brać ze sobą, jesz­cze nie skoń­czy­łam pracy nad wio­senno-let­nim ka­ta­lo­giem.

- Czyli jed­nak? - za­ga­iła Ju­lita.

Sze­fowa nie była do końca prze­ko­nana do wi­zji więk­szej ilo­ści go­to­wych pro­jek­tów. Po prze­dys­ku­to­wa­niu po­my­słu z resztą ze­społu zde­cy­do­wała się jed­nak pod­jąć wy­zwa­nie. Dużo w tym było za­sługi Ju­lity, która na bie­żąco śle­dziła mo­dowe trendy w so­cial me­diach, miała więc świeże spoj­rze­nie na to, co modne. Ali­cja z bie­giem czasu zo­stała w tyle, wo­lała się sku­pić na kre­owa­niu wła­snych po­my­słów, ale nie­kiedy bra­ko­wało jej źró­dła in­spi­ra­cji - bodźca, który po­ru­szy w niej struny kre­atyw­no­ści. Do­póki nie otwo­rzyła Ali­cji w Kra­inie Su­kie­nek, nie wie­działa, jak wy­ma­ga­jąca jest praca twór­cza. Ile czasu trzeba po­świę­cić i jak za­wodna po­trafi być kre­atyw­ność, gdy zda­rzy się kry­zy­sowy mo­ment. Tym, co pchało ją na­przód i na­pę­dzało do dzia­ła­nia, były efekty. Za­do­wo­lone klientki, cie­płe słowa po­chwały, do­sko­na­le­nie swo­ich umie­jęt­no­ści. Czy gdyby po­now­nie sta­nęła na ścieżce wy­boru, pod­ję­łaby taką samą de­cy­zję? Zde­cy­do­wa­nie tak. Od­dała serce temu miej­scu, a ono stało się in­te­gralną czę­ścią jej ży­cia.

- Mam kilka szki­ców, które wy­ma­gają po­pra­wek, ale my­ślę, że mo­tyw prze­wodni mam już wy­brany.

- Eks­tra, na­prawdę się wkrę­ci­łaś.

- Że­byś wie­działa - nie mo­gła się z nią nie zgo­dzić.

***

Julita wy­szła do­bre dzie­sięć mi­nut temu z jej po­koju, a ona na­dal nie mo­gła sku­pić się na pracy. Przy­ła­pała się na tym, że za­miast szki­co­wać, ba­zgrze ołów­kiem po kartce. Ode­rwała wzrok od bo­ho­ma­zów nie­przed­sta­wia­ją­cych ni­czego sen­sow­nego. Wstała od biurka i po­de­szła do okna, z któ­rego roz­cią­gał się wi­dok na bru­ko­wane uliczki pro­wa­dzące w samo serce sta­rego mia­sta. Nie­kiedy w chwi­lach, gdy bra­ko­wało jej po­my­słu, wy­bie­rała się na spa­cer wła­śnie w to miej­sce. Klu­czyła do­brze zna­nymi ścież­kami, przy­glą­da­jąc się za­byt­kom, ta­kim jak Ra­tusz Sta­ro­miej­ski czy Pa­łac Dąmb­skich. Te­raz jed­nak kry­zys był bar­dziej zło­żony, a su­ge­stia Ju­lity o wy­po­czynku wy­dała się Ali­cji strza­łem w dzie­siątkę. Po­byt w ro­dzin­nych stro­nach bę­dzie lep­szy niż na­wet naj­bar­dziej wy­pa­siony ho­tel z kil­koma gwiazd­kami i do­dat­kami, które tak sku­tecz­nie przy­cią­gają rze­sze tu­ry­stów. Się­gnęła po ko­mórkę, by za­dzwo­nić do mamy. Wie­działa, że ta się ucie­szy, lecz w ostat­niej chwili się po­wstrzy­mała. Niech to bę­dzie nie­spo­dzianka - po­my­ślała, uśmie­cha­jąc się. Sama je lu­biła, szcze­gól­nie gdy ra­do­ścią z nich mo­gła dzie­lić się z bli­skimi.

Włą­czyła Cztery pory roku Vi­val­diego, żeby nieco się wy­ci­szyć, i przej­rzała ter­mi­narz. Wo­lała się upew­nić, że nie ma ja­kie­goś pro­jektu su­kienki, który już po­wi­nien wi­sieć na ma­ne­ki­nie, cze­ka­jąc na ewen­tu­alne drobne po­prawki pod­czas przy­miarki. Wer­to­wała strony, ale poza su­kienką, która od kilku dni była już go­towa, nie miała żad­nego de­adline'u. Z ulgą za­mknęła ter­mi­narz, cho­wa­jąc go do to­rebki. Wło­żyła do niej także kilka ka­ta­lo­gów, szki­cow­nik oraz te­le­fon służ­bowy, na wy­pa­dek gdyby ja­kaś klientka chciała roz­ma­wiać bez­po­śred­nio z nią. Co prawda, mo­gła zle­cić pro­jekt Ju­li­cie, któ­rej chęci do pracy prze­ra­stały ocze­ki­wa­nia Ali­cji, wo­la­łaby jed­nak, by dziew­czyna na­by­wała umie­jęt­no­ści pod okiem Kry­styny i Ro­za­lii. Była zdolna, ale nie miała jesz­cze ta­kiego wy­czu­cia, a jak wia­domo, wszystko przy­cho­dzi z cza­sem.

- Wy­cho­dzisz? - za­ga­iła Ju­lita, pa­trząc na sze­fową, która ob­ju­czona w nie­do­pi­na­jącą się to­rebkę i mniej­szą torbę ma­te­ria­łową kie­ro­wała się do kuchni z pu­stym kub­kiem.

- Mia­łaś ra­cję, po­trze­buję kilku dni wol­nego, zmiany oto­cze­nia, może po­my­sły same do mnie przyjdą, tak jak kie­dyś.

- Pew­nie, że tak, ale o nic się nie martw, za­dbamy o twoje "dziecko".

Ali­cja piesz­czo­tli­wie na­zy­wała swój sa­lon "dziec­kiem", bo stwo­rzyła go sama, od pod­staw, i zwłasz­cza na po­czątku, po­świę­cała każdą wolną chwilę, na­wet w week­end, by do­pra­co­wy­wać kształ­to­waną w wy­obraźni wi­zję.

- Zo­sta­wiam Ali­cję w Kra­inie Su­kie­nek w do­brych rę­kach. W ra­zie czego mam ze sobą te­le­fon służ­bowy, więc je­śli za­dzwoni ja­kaś moja klientka, mo­że­cie ją po­kie­ro­wać do mnie. Szcze­gól­nie Ma­chul­ska, jest aż nadto wy­ma­ga­jąca i przy po­praw­kach spę­dza do­bre dwie go­dziny, oglą­da­jąc su­kienki z taką skru­pu­lat­no­ścią, jakby chciała przej­rzeć ma­te­riał na wy­lot. - Ali­cja te­atral­nie prze­wró­ciła oczami, śmie­jąc się przy tym.

- No tak, pani Ka­ta­rzyna za­pa­dła mi w pa­mięć, mimo iż wi­dzia­łam ją może dwa razy.

- Więc sama wiesz, jaka po­trafi być. Oczy­wi­ście nie wi­dzę nic złego w spraw­dze­niu cze­goś przed za­ku­pem, szcze­gól­nie je­śli jest to wy­da­tek rzędu kil­ku­set zło­tych, ale bez prze­sady, wszystko ma swój umiar.

- A ona jest ni­czym mi­kro­bio­log ba­da­jący naj­mniej­sze or­ga­ni­zmy pod ul­tra­do­kład­nym mi­kro­sko­pem - za­żar­to­wała Ju­lita, czym roz­ba­wiła Ali­cję.

- Le­piej bym tego nie ujęła.

Prze­ka­zała jesz­cze kilka kwe­stii Ro­za­lii oraz Kry­sty­nie, po czym opu­ściła sa­lon. Kwiet­niowe słońce przy­jem­nie grzało, a cie­pły wiatr mu­skał twarz Ali­cji. Kilka mi­nut spa­ceru umi­liła so­bie roz­mową z przy­ja­ciółką, Magdą, która tak jak Ali­cja przy­je­chała do To­ru­nia na stu­dia. Ra­zem stu­dio­wały za­rzą­dza­nie, miesz­kały i nie­prze­rwa­nie utrzy­my­wały kon­takt. Od­kąd Magda po­znała Tomka, swo­jego obec­nego męża, za­miesz­kała z nim, przez co sa­mot­ność nieco za­częła Ali­cji do­skwie­rać. Wła­ści­ciel wy­naj­mo­wa­nego przez nią i Magdę miesz­ka­nia nie miał pro­blemu z obec­no­ścią zwie­rząt do­mo­wych. Przy­ja­ciółka miała jed­nak bar­dzo silną aler­gię, więc oka­zja wręcz sama do przy­szła po jej wy­pro­wadzce. Kiedy kotka w domu ro­dzin­nym się oko­ciła, Ali­cja wie­działa, że gdy tylko ko­ciak pod­ro­śnie, za­bie­rze go ze sobą. Za­częła więc dzie­lić miesz­ka­nie z Mrucz­kiem, który był na tyle bez­pro­ble­mowy, że kil­ku­go­dzinna po­dróż w sa­mo­cho­dzie była dla niego ni­czym in­nym niż oka­zją do dłu­giej drzemki.

Pod­czas roz­mowy Magda lu­biła tro­chę po­na­rze­kać na szefa, który od kilku dni pod­krę­cał tempo pracy do tego stop­nia, iż wszy­scy czuli się jak ro­boty, a nie lu­dzie.

- Weź mnie do sie­bie, taka sze­fowa jak ty to skarb - po­ża­liła się do słu­chawki.

Ali­cji schle­biały ta­kie słowa, od po­czątku bo­wiem za­ło­żyła, że za­miast stwa­rzać dy­stans, bę­dzie go skra­cać. Dla­tego po­zwa­lała dziew­czy­nom mó­wić so­bie po imie­niu, zresztą two­rzyły mały ze­spół, więc to całe "pa­nio­wa­nie" wpro­wa­dzi­łoby nie­po­trzebną ni­komu sztywną at­mos­ferę.

W drzwiach ka­mie­nicy przy­wi­tała się z pa­nem Lesz­kiem, który za­wsze uno­sił czapkę i ki­wał głową. Miesz­kał pię­tro ni­żej, mimo sę­dzi­wego wieku ra­dził so­bie w sa­mot­nym ży­ciu, ale od czasu do czasu Ali­cja po­ma­gała mu z cięż­szymi za­ku­pami. Star­szy pan za­pra­szał ją w po­dzięce na her­batę, którą za­wsze po­da­wał, uży­wa­jąc ser­wisu w nie­bie­skie mo­tyle, pre­zentu ślub­nego jego i żony. Nie­stety Bo­żenka, jak ją na­zy­wał, zo­sta­wiła go sa­mego kilka lat temu. Ali­cja po­znała go już jako wdowca. Kilka razy pod­czas wspo­mnia­nej her­baty opo­wia­dał o swo­jej żo­nie, o tym, co prze­szli. Po­dzi­wiała go za siłę, jaką w so­bie miał, i po­godę du­cha, która mimo przy­krych do­świad­czeń ni­gdy go nie opu­ściła.

We­szła do miesz­ka­nia, nie­mal po­ty­ka­jąc się o Mruczka, który chyba był dziś wy­jąt­kowo stę­sk­niony, bo jak ni­gdy sie­dział na wy­cie­raczce. Ali­cja schy­liła się i po­dra­pała pu­pila za uchem, na co od­po­wie­dział gło­śnym mru­cze­niem.

- Aż tak za mną tę­sk­ni­łeś? - za­py­tała, kon­ty­nu­ując piesz­czotę.

Ko­ciak krę­cił się wo­kół jej nóg, mru­cząc gło­śniej. Się­gnęła do szafy po nie­wielką wa­lizkę i po­ło­żyła ją na pod­ło­dze. Pa­ko­wała ubra­nia do więk­szej ko­mory, a Mru­czek jej to­wa­rzy­szył, sie­dząc ni­g­dzie in­dziej jak w wa­lizce, przez co Ali­cja miała nieco utrud­nione za­da­nie. Nie prze­szka­dzała jej jed­nak obec­ność kota, lu­biła, gdy łak­nął jej to­wa­rzy­stwa. Od­bie­rała to jako wdzięcz­ność za to, że dała mu dach nad głową.

Do­pa­ko­wała resztę rze­czy, nu­cąc pod no­sem me­lo­dię, która wpa­dła jej w ucho. Mru­czek pa­trzył na nią, prze­krzy­wia­jąc łe­bek. Wzbu­dzał tym u swo­jej wła­ści­cielki uśmiech. Do­prawdy nie wy­obra­żała so­bie ży­cia bez tego sier­ściu­cha, jak zwy­kła go nie­raz na­zy­wać. Nie­spo­dzie­wany wy­jazd bar­dzo pod­bu­do­wał Ali­cję, dla­tego je­chała pełna na­dziei, że gdy wróci, po­my­sły same będą do niej przy­cho­dziły, co z ko­lei prze­łoży się na efekty w pracy. Na­pi­sała jesz­cze krótką wia­do­mość do Ju­lity oraz Magdy, pod­łą­czyła te­le­fon do ra­dia i wsłu­chu­jąc się w głos ulu­bio­nego lek­tora au­dio­bo­oków, wy­je­chała z ga­rażu.

***

Wysia­dła, wcią­ga­jąc do płuc po­wie­trze, które w Mi­łej pach­niało zu­peł­nie ina­czej. Oprócz cha­rak­te­ry­stycz­nych wiej­skich za­pa­chów, które Ali­cji nie­od­łącz­nie ko­ja­rzyły się z do­mem, czuła świeżo sko­szoną trawę. Chwy­ciła trans­por­ter, a kot się po­ru­szył, wy­bu­dzony z dłu­giej drzemki. Kil­ku­go­dzinna po­dróż prze­bie­gła Ali­cji spo­koj­nie, ale od­czu­wała lek­kie zmę­cze­nie, dla­tego pla­no­wała drzemkę na ha­maku w ogro­dzie.

Prze­szła przez pod­jazd na tył domu, gdzie znaj­do­wały się drzwi wej­ściowe. Do­strze­gła mamę po­chy­loną nad do­nicą z kwia­tami. Wo­kół stały na­po­częte worki z zie­mią, kilka mniej­szych i więk­szych do­ni­czek oraz skrzynki z prze­róż­nymi kwia­tami, któ­rych ko­lory były tak różne, iż z pew­no­ścią po­wsta­nie z tego piękna kom­po­zy­cja. Aniela Mil­czek od lat dbała o ogród, two­rząc roz­ma­ite aran­ża­cje. Ali­cja nie miała ręki do ro­ślin, ale chęt­nie po­dzi­wiała dzieło mamy, pod­su­wa­jąc ewen­tu­alne su­ge­stie do­ty­czące wy­boru ko­lo­ry­styki. Nie chcąc wy­stra­szyć mamy, po­sta­wiła trans­por­ter na ziemi i otwo­rzyła drzwiczki. Mru­czek le­ni­wie się prze­cią­gnął, po czym zbli­żył się do Anieli, ła­sząc się do jej nóg. Ko­bieta spu­ściła wzrok na nie­spo­dzie­wa­nego to­wa­rzy­sza.

- Skąd się tu wzią­łeś, mały?

- Cześć, ma­muś - ode­zwała się Ali­cja, pa­trząc, jak zdu­mie­nie na twa­rzy mamy prze­cho­dzi w prze­peł­niony cie­płem uśmiech.

- Alutka! - wy­krzyk­nęła i po­de­szła, by uści­skać córkę. Za­wsze na­zy­wała ją Alutką i jej jako je­dy­nej Ali­cja na to po­zwa­lała. - Co za nie­spo­dzianka!

- Po­trze­buję zmiany oto­cze­nia - wes­tchnęła.

- Brak po­my­słów?

- Jak ty mnie do­brze znasz. A gdzie tata?

- W polu, jak to on, nie od­pu­ści, do­póki nie wy­sieje wszyst­kiego. - Mach­nęła ręką.

Cały tata - po­my­ślała. Za­wsze z pa­sją pod­cho­dził do swo­jej pracy, po­tra­fił cie­szyć się każ­dym drob­nym plo­nem, który za­siał.

- Do kiedy zo­sta­jesz?

- My­ślę, że do końca ty­go­dnia, ale nie pla­no­wa­łam jesz­cze. Pra­cow­nia zo­stała w do­brych rę­kach, więc w ra­zie czego dziew­czyny zajmą się bie­żą­cymi pro­jek­tami, pod­czas gdy ja będę pla­no­wała nowe.

- Ha­mak już wisi w ogro­dzie, tata go za­mon­to­wał, że­bym - jak to okre­ślił - w końcu od­po­częła ina­czej niż w kuchni czy przy sa­dze­niu kwia­tów. Ja jed­nak nie umiem ot tak po­ło­żyć się i nic nie ro­bić, chyba że mia­ła­bym ja­kąś cie­kawą książkę pod ręką, wtedy mogę znik­nąć choćby i na cały dzień.

- Tak się składa, że przy­wio­złam kilka ty­tu­łów naj­now­szych pre­mier, więc coś so­bie wy­bie­rzesz, a ja cię od­ciążę w do­mo­wych obo­wiąz­kach.

- Alutka, nie de­ner­wuj mnie, nie bę­dziesz mi tu sprzą­tać czy go­to­wać. Przy­je­cha­łaś od­po­cząć.

- Tak czy siak, chcia­ła­bym ci po­móc.

- Te­raz na­pij się kawy, a nie już rwiesz się do ro­boty.

Ali­cja nie spie­rała się dłu­żej z mamą, za­nim jed­nak na do­bre roz­sią­dzie się przy stole, wpa­da­jąc w wir roz­mowy, po­sta­no­wiła się od­świe­żyć. Idąc po scho­dach do swo­jego daw­nego po­koju, czuła, jak wspo­mnie­nia tań­czą jej przed oczami. Miała ich wiele zwią­za­nych z do­mem ro­dzin­nym i nie­kiedy ża­ło­wała, że nie mo­gła miesz­kać bli­żej ro­dzi­ców. Pra­cow­nia w du­żym mie­ście miała więk­szą ra­cję bytu niż w oko­li­cach Mi­łej. W tym aspek­cie miała pełne wspar­cie ro­dzi­ców, ki­bi­co­wali jej od chwili, gdy pra­cow­nia była na­sion­kiem, jak to ujął tata. Pierw­sze szkice Ali­cja dała im w pre­zen­cie jako pa­miątkę. Zna­la­zły swoje miej­sce na półce, tuż obok al­bu­mów z ro­dzin­nymi zdję­ciami. Tro­chę się tego na­gro­ma­dziło, więc gdy Ali­cja brała kilka z nich, aby po­wspo­mi­nać stare czasy, zaj­mo­wało jej to co naj­mniej dwie go­dziny. Za­ta­piała się w prze­szło­ści, lu­biła do niej wra­cać, a naj­waż­niej­sze mo­menty za­klęte w fo­to­gra­fiach sta­no­wiły pa­miątkę na lata. Kie­dyś się za­sta­na­wiała, czy poza zdję­ciami są ja­kieś inne skarby, jak dzien­niki czy li­sty, ale kiedy mama zbyła ją zdaw­ko­wym: "W na­szej ro­dzi­nie nikt ta­kich rze­czy nie pi­sał", Ali­cja dała za wy­graną i nie drą­żyła wię­cej te­matu. Te­raz jed­nak za­częła na nowo wra­cać do tam­tej my­śli. Kie­dyś wy­obra­żała so­bie, że tra­fia na dzien­nik babci czy pra­babci i po­przez jego karty po­znaje jej ży­cie. Nic ta­kiego w trzy­dzie­sto­let­nim ży­ciu Ali­cji nie na­stą­piło, dała więc spo­kój.

W jej po­koju nic poza ko­lo­rem ścian się nie zmie­niło, od­kąd wy­je­chała na stu­dia. Usia­dła na łóżku, któ­rego sprę­żyny przez lata zdą­żyły się wy­ro­bić, ale mimo to nie wy­obra­żała so­bie wy­god­niej­szego miej­sca do spa­nia. W To­ru­niu z ra­cji ma­łego me­trażu miała roz­kła­daną ka­napę - choć wy­godną, ni­jak się ona miała do sprę­ży­no­wego ma­te­raca, w który Ali­cja tak bar­dzo lu­biła się za­ta­piać. Drzwi uchy­liły się i po­ja­wił się w nich koci łe­bek. Mru­czek, stę­sk­niony za wła­ści­cielką, w mig za­czął ła­sić się do jej nóg.

- Oj, ko­cie, co ty byś beze mnie zro­bił, co? - Po­dra­pała go za uchem, na co on od­wdzię­czył się gło­śnym mru­cze­niem.

Kilka mi­nut roz­glą­dała się po wnę­trzu, od­naj­du­jąc w gło­wie wspo­mnie­nia, które wy­wo­ły­wały przy­jemne od­czu­cia. Ali­cja lu­biła je ko­lek­cjo­no­wać, naj­czę­ściej w po­staci fo­to­gra­fii. Kie­dyś pró­bo­wała z pa­mięt­ni­kiem, ale uznała, że nie ma na tyle cie­ka­wego ży­cia, by prze­le­wać jego szcze­góły na pa­pier. Od­rzu­ca­jąc nic nie­wno­szące prze­my­śle­nia, prze­brała się w spodenki i T-shirt, włosy zwią­zała w ku­cyk na czubku głowy, się­gnęła do wa­lizki po książkę i udała się na dół, by zro­bić so­bie kawę. Z ta­kim ze­sta­wem chwilę póź­niej umo­ściła się na ha­maku w przy­do­mo­wym ogródku. Słońce aku­rat świe­ciło na ogró­dek, a jego pro­mie­nie przy­jem­nie ogrze­wały twarz ko­biety. Kilka dni spę­dzi z twa­rzą wy­sta­wioną do słońca i piegi mu­ro­wane. Ża­ło­wała, że w okre­sie je­sienno-zi­mo­wym słońce nie ma ta­kiej mocy, by wy­wo­łać ten lu­biany przez Ali­cję efekt. Piegi do­da­wały jej uroku, przez co wy­glą­dała dziew­częco.

Bło­gie chwile re­laksu prze­rwała Aniela.

- Cór­cia, prze­pra­szam, że ci prze­szka­dzam, ale po­trze­buję jed­nej rze­czy ze stry­chu. Po­szła­bym sama, ale ko­lano mi znowu do­ku­cza.

- Oj, ma­muś, wiesz, że dla mnie to nie pro­blem. A ty po­win­naś się oszczę­dzać, skoro ko­lano cię boli.

- Za dużo dziś pra­co­wa­łam w ogródku, ale co ja po­ra­dzę, że chcia­łam nadać mu nowy wy­gląd. Poza tym dawno nic nie zmie­nia­łam, a jak wia­domo, zmiany są do­bre. Tym bar­dziej że wio­sna w pełni, żal by było prze­ga­pić oka­zję.

- Co ra­cja, to ra­cja, a czego kon­kret­nie po­trze­bu­jesz?

Aniela wy­tłu­ma­czyła córce, gdzie stoją od­no­wione przez nią skrzynki na kwiaty, nad któ­rymi tak długo pra­co­wała. Jak wiele rze­czy w ogro­dzie, te także były z od­zy­sku. Pchli targ od­by­wa­jący się w ma­łym mia­steczku kilka ki­lo­me­trów od Mi­łej był wy­da­rze­niem, któ­rego Aniela nie mo­gła prze­ga­pić. Dla­tego za­wsze na­ma­wiała męża na wy­jazd, by zna­leźć ja­kąś pe­rełkę wśród sta­rych ru­pieci. Tym spo­so­bem na­byli mię­dzy in­nymi kre­dens, który we­dług sprze­dawcy po­cho­dził z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Nad­gry­ziony zę­bem czasu me­bel za­jął Anielę na dłu­gie go­dziny, ale efekt koń­cowy tak bar­dzo ją za­sko­czył, iż nie ża­ło­wała na­wet mi­nuty spę­dzo­nej na jego re­no­wa­cji. Ot, miała ko­lejne za­ję­cie, pod­czas gdy mąż zaj­mo­wał się uprawą pól. Liczbę zwie­rząt go­spo­dar­skich ogra­ni­czyli do mi­ni­mum, młodsi nie będą, a rąk do po­mocy było jak na le­kar­stwo. Mło­dzi, gdy tylko mieli oka­zję, wy­jeż­dżali z Mi­łej, naj­pierw na stu­dia, a po­tem na stałe osia­dali w róż­nych za­kąt­kach Pol­ski da­ją­cych szansę na roz­wój i lep­szą pracę. Poza dwiema kro­wami, kil­koma ku­rami, ko­niem i kacz­kami nie po­sia­dali wię­cej zwie­rząt, a z tych, które zo­stały, mieli po­ży­tek w po­staci mleka, jaj, mięsa i przy­strzy­żo­nego traw­nika, który Si­wek tak chęt­nie ob­gry­zał.

Ali­cja pod­sta­wiła so­bie krze­sło pod klapę pro­wa­dzącą na strych. Zła­pała za skó­rzany pa­sek, który za­stą­pił me­ta­lowe kółko, i ostroż­nie po­cią­gnęła do sie­bie. Drewno za­skrzy­piało, a schodki się roz­ło­żyły. Jesz­cze nie we­szła na strych, a już po­czuła woń stę­chli­zny po­mie­szaną z ku­rzem i za­pa­chem drewna. Lu­biła tę dziwną mie­szankę, miała w so­bie coś swoj­skiego. Z pewną dozą ostroż­no­ści po­sta­wiła stopę na pierw­szym schodku, ten w od­po­wie­dzi za­skrzy­piał.

Ilość rze­czy, jaką do­strze­gła, gdy już we­szła na górę, była spo­rym za­sko­cze­niem. Nie po­dej­rze­wała, że aż tyle mo­gło się ich uzbie­rać. Kar­tony pię­trzyły się w za­kąt­kach, do tego przy­kryte fo­liami me­ble, które za­pewne Aniela odło­żyła, aby za­jąć się nimi w póź­niej­szym cza­sie. Ali­cja przy­szła po skrzynki, ale to, co uj­rzała, przy­kuło jej uwagę na tyle, iż po­sta­no­wiła spraw­dzić. A nuż trafi na coś cie­kaw­szego niż ni­komu nie­po­trzebne graty? Cho­dziła po stry­chu, przy­glą­da­jąc się kar­to­nom. Ża­den nie był pod­pi­sany, poza jed­nym, sto­ją­cym nieco z tyłu, jakby miał po­zo­stać w ukry­ciu. Tak jak po­przed­nie, nie był za­kle­jony ta­śmą, był jed­nak pod­pi­sany: "Pa­miątki". Cie­ka­wość jesz­cze bar­dziej wzro­sła, więc Ali­cja po­sta­no­wiła zaj­rzeć do środka. Oczy­wi­ście na­pis mógł ozna­czać tyle co nic, ale bio­rąc pod uwagę fakt, że ro­dzice rzadko kiedy opusz­czali Miłą, nie mo­gli zgro­ma­dzić tylu pa­mią­tek z wy­jaz­dów, by za­jęły cały kar­ton. Pod­nio­sła wieko po­kryte so­lidną war­stwą ku­rzu i za­kasz­lała, gdy jego kłęby wzbiły się w po­wie­trze. Na wierz­chu spo­czy­wało kilka no­te­sów opra­wio­nych w brą­zową skórę i prze­wią­za­nych wstąż­kami w tym sa­mym ko­lo­rze. Z za­cie­ka­wie­niem się wpa­try­wała, ob­ra­ca­jąc je w dłoni. Skóra była przy­jem­nie miękka, miej­scami lekko chro­po­wata. Roz­luź­niła wstążkę i de­li­kat­nie otwo­rzyła trzy­many w dło­niach dzien­nik. Po­czuła za­pach przy­wo­dzący na myśl le­niwe po­po­łu­dnie w bi­blio­tece peł­nej sta­rych ksią­żek. Druk, pa­pier, kurz, mie­szanka ide­alna, by za­to­pić się w lek­tu­rze wspo­mnień. Za­dzi­wia­jące było to, jaką moc mają słowa. Ile można utrwa­lić za ich po­mocą. Są jak te­ra­pia, nie za­wsze chcemy roz­ma­wiać, ale jed­no­cze­śnie czu­jemy po­trzebę zwie­rze­nia się, wy­rzu­ce­nia z sie­bie na­gro­ma­dzo­nych emo­cji. Znacz­nie ła­twiej jest otwo­rzyć ze­szyt i prze­lać uczu­cia na pa­pier.

Ali­cja otwo­rzyła ten, który trzy­mała w dło­niach, ale za­miast za­pi­sa­nych kar­tek za­uwa­żyła ko­perty pod­pi­sane: Dla mo­jej có­reczki. Otwo­rzyła ko­pertę. Sta­ranne, nie­mal ka­li­gra­ficzne pi­smo wy­peł­niało po­żół­kłe już strony. Prze­je­chała pal­cami po kartce, lu­biła czuć fak­turę pa­pieru. Roz­wi­nęła kartkę i za­częła czy­tać...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki